WSPÓŁCZESNA PRZESZŁOŚĆ

 

2   

 

Koło Naukowe Studentów Archeologii Instytut Prahistorii UAM

WSPÓŁCZESNA PRZESZŁOŚĆ
Redakcja Urszula Stępień

Poznań 2009
3   

  Materiały z X Międzynarodowej Interdyscyplinarnej Sesji Studentów Archeologii „Współczesna przeszłość” (Puszczykowo 15-17 grudnia 2008 roku) wydane przez Koło Naukowe Studentów Archeologii działające przy Instytucie Prahistorii Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Publikacja sfinansowana przez Instytut Prahistorii Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Organizatorzy konferencji: Kornelia Kajda Mikołaj Kostyrko      Przemysław Kujawiński Agnieszka Łukaszyk Mirosław Minicki Prowadzący warsztaty: Marta Bartkowiak Agata Czeszewska Joanna Dutka Marta Filipczak Kornelia Kajda Mikołaj Kostyrko Jędrzej Kotlewski Przemysław Kujawiński Agnieszka Łukaszyk

Tomasz Michalik Urszula Stępień Dąbrówka Stępniewska Katarzyna Traczyk

Joanna Mardas Marcin Michalski Mirosław Minicki Iga Pietrzak Daria Ratajczak Dąbrówka Stępniewska Natalia Weimann Joanna Zaremba

Korekta abstraktów: Kornelia Kajda Projekt okładki: Katarzyna Balcerzak, Urszula Stępień ISBN: 978-83-916671-5-6 4   

 

Spis treści
Słowo wstępne ……………………………………………….. 9 Podziękowania ……………………………………………... 11

Część I - Archeologia współczesności
Joanna Cywińska (Toruń) Przeszłość nie-obecna. Archeontologia w kontekście sztuki krytycznej………………..……...…..…….………….. 17 Jacek Małczyński (Wrocław) Drzewa „żywe pomniki w Muzeum Miejsca Pamięci w Bełżcu…………………………….……..……………....... 39 Agata Wojciechowska, Mateusz Janczyński (Gdańsk) Archeologia zbrodni II wojny światowej w badaniach polskich……………………………………………………… 53 Małgorzata Wosińska (Poznań) „Do kogo należy Ta ziemia?” Postrzeganie, wyobrażenie i doświadczanie grobów masowych przez mieszkańców Ponar. Próba kategoryzacji………………………………...... 79 Dawid Kobiałka (Poznań) Dlaczego współczesna archeologia jest perwersyjną nauką?...................................................................................... 97 Monika Okupniak (Poznań) Na styku światów – szkielet z Risan jako przyczynek do dyskusji nad znaczeniem źródeł współczesnych……........... 113 Tomasz Staniewicz (Poznań) Kto ma rację? Problem prawdziwości danych literaturowoarchiwalnych na przykładzie obszaru Środkowego Nadodrza w epoce brązu ……………………………………...…….... 125

 

Część II - Kulturowa przeszłość
Patrycja Ignaczak (Toruń) (Nie)obecność Samów w archeologii skandynawskiej……. 145 Anna Galuhn (Poznań) Archeologia współczesnych archeologów.……...……...….. 165 Dąbrówka Stępniewska (Poznań) W kręgu humanistyki zaangażowanej. Refleksja archeologiczna ………………………………….................. 179 Magdalena Benysek (Poznań) Archeologia jako narzędzie propagandy …………...........… 187 Melissa Hocking (Washington) Figments of Vacancy: Will we survive the sleep? How the mind formulates myths from images and uses the spoken word, stereotypes and technology as a god to solidify it……………………………………........………… 203 Joanna Stępniak (Toruń) Gender archaeology jako inspiracja dla współczesnych poszukiwań ludzkiej tożsamości ………………...............… 213 Aneta Chojnacka, Aleksandra Furmanek (Warszawa) Pamięć i zapomnienie – problematyka społeczna zarządzania dziedzictwem kulturowym ………………….... 237 Urszula Stępień (Poznań) Łupanie eksperymentalne – nadzieja czy zagrożenie współczesnych badań …………………………………..…. 255 Natalia Weimann (Poznań) Mitologia kaszubska – czyli refleksja o refleksyjnym charakterze relacji między przeszłością a współczesnością.…………………………..……...…….... 265 Karolina Koziura (Poznań) Bojkowie w Libuchorze – przeszłość czy teraźniejszość? ... 279 Przemysław Piwowarczyk (Katowice) Argument starszeństwa w apologetyce żydowskiej i chrześcijańskiej do końca II w. n.e. ……...….. 303

  Marcin Jauksz (Poznań) Archeolog jako metafora. Klucze tradycji do „Pałuby” Karola Irzykowskiego ……………………………….….…. 323 Bożena Palczyńska (Poznań) Człowiek zagadka – czy sprawa Hobbita to rzeczywiście „burza w szklance wody”? ………………….. 339 Łukasz Bukowiecki (Warszawa) Drzwi Gnieźnieńskie na wystawie ………………...……..... 353

Część III: Przedstawianie przeszłości
Rafał Górny (Poznań) Miejsce archeologa w kulturze masowej ………………...... 377 Leszek Gardeła (Aberdeen) Współcześni wikingowie. Wojownicy, metalowcy i tak zwani poganie. ………………………………….....…. 387 Maksym Mackiewicz (Wrocław) Zastosowanie skanera 3-D w procesie dokumentacji zabytków archeologicznych. Możliwości i perspektywy …………………………….…….……...…... 405 Adam Piwek (Wrocław) Zafascynować przeszłością. Metody i sposoby prezentowania historii w klasach IV-VI polskiej szkoły podstawowej oraz podczas lower secondary education w Wielkiej Brytanii ………………………………………... 421 Damian Halmer (Katowice) Popularyzować czy upraszczać? Najstarsze dzieje Rybnika w świetle popularnonaukowych prac Marka Szołtyska …………………………………..………….…… 439

 

                                 

  Urszula Stępień Instytut Prahistorii Uniwersytet im. Adama Mickiewicza Poznań

Współczesna przeszłość
Publikacja ta zawiera materiały z X Międzynarodowej Interdyscyplinarnej Sesji Studentów Archeologii „Współczesna przeszłość”, która odbyła się w dniach 15-17 grudnia 2008 roku w Puszczykowie. Jest to kontynuacja cyklu konferencji rozpoczętych w 1999 roku przez studentów Instytutu Prahistorii Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Współczesna przeszłość może wydawać się błędem logicznym, jednak chcieliśmy jako młodzi archeolodzy zastanowić się nad problemami dotyczącymi przeszłości. Współczesna humanistyka łamie pozytywistyczne zasady, stając się coraz bardziej łaskawa dla czasów, które na stałe są w pamięci naszego społeczeństwa i nadal żyjących świadków. Autorzy prawie trzydziestu wystąpień, którzy reprezentują różne kierunki nauki, w różnorodny sposób podchodzili do tematu konferencji. Wygłaszane referaty zostały zgrupowane w trzy główne bloki tematyczne. W części I Archeologia współczesności zostało zebrane siedem artykułów dotyczących głównie wydarzeń XX wieku. Poruszany jest problem zbrodni II wojny światowej przez pryzmat różnych wydarzeń na obszarze Polski i Europy. Pojawia się problem jak traktować zmarłych, których możemy poznać tożsamość, ich historię, rodzinę, ostatnie chwile życia… Podkreślono również problem badań współczesnych i odnoszenia się do wykopalisk prowadzonych w 1 połowie XX wieku. Część II – Kulturowa przeszłość – zawiera największą liczbę referatów i dotyczy przeszłości otaczającej nas w życiu codziennym. Przeszłości archeologia może stać się orężem wal9 

  ki, dowodem na tożsamość danych grup ludzi, jak i pomagać w rozwoju i zmianach społecznych. Ukazane są również problemy wykorzystywania i przedstawiania przeszłości, wręcz żonglowaniem faktów, by przedstawić „prawdę” jaką chce ukazać twórca danych myśli. Część III – Przedstawianie przeszłości, mimo że posiada tylko pięć referatów, w sposób wyczerpujący ukazuje różne aspekty obrazowania przeszłości. Ukazane są zarówno nowe metody dokumentacji zabytków (przeznaczone dla archeologów), problem metod nauczania historii w szkołach, jak i archeologia występująca na co dzień w kulturze masowej. Pojawia się problem jak przedstawiać naszą dziedzinę nauki – popularyzować czy nie, popierać nasz wizerunek jako Indiana Jonesa czy odcinać się od popularnonaukowego obrazu archeologii? Krótka charakterystyka publikowanych referatów pokazuje różne szczeble podchodzenia do przeszłości w współczesnym świecie. Mamy nadzieje, że pozwoli ona rozwinąć dyskusję na tematy poruszane podczas naszej konferencji i pozwoli na refleksję nad określonymi problemami.

10 

 

Podziękowania
W tym miejscu chcielibyśmy wyrazić swoją wdzięczność wszystkim tym bez , których nie moglibyśmy już po raz dziesiąty spotkać się w Puszczykowie. Tegoroczna konferencja nie odbyłaby się bez pomocy naszych Profesorów i wielkiego zaangażowania członków Koła Naukowego. Jesteśmy bardzo szczęśliwi, że wspólnymi działaniami doprowadziliśmy do realizacji tego, tak bardzo ważnego dla naszego środowiska spotkania. Na samym początku pragniemy podziękować Pani Profesor Danucie Mincie–Tworzowskiej, Dyrektorowi Instytutu Prahistorii UAM, za ciągle okazywane nam wsparcie, zachęty i inspiracje do działania, otwartości i wyrozumiałość na nasze pomysły. Nade wszystko za nieustające zainteresowanie sprawami Koła. Bardzo serdecznie dziękujemy naszemu Opiekunowi Panu Profesorowi Włodzimierzowi Rączkowskiemu za poświęcenie nam czas, ciągłe pobudzanie nas do refleksji nad przeszłością, wiarę w nasze zamierzenia i wsparcie, bez którego trudno byłoby wyobrazić sobie naszą działalność. Za pomoc w organizacji konferencji dziękujemy również Panu Profesorowi Zbigniewowi Pilarczykowi, Prorektorowi UAM oraz Fundacji UAM. Wyrazy wdzięczności kierujemy do wszystkich instytutcji, które wsparły nasz projekt: Prezydenta Miasta Poznania, Rektora Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, Wojewody i Marszałka Województwa Wielkopolskiego za objęcie patronatem honorowym naszego przedsięwzięcia. Firmom „Inter Marche” oraz cukierni „Malibu” za wsparcie rzeczowe. Z wielką serdecznością chcielibyśmy podziękować wreszcie tym wszystkim, bez których zaangażowania sesja ta nie miałaby szansy zaistnieć. Bardzo dziękujemy wszystkim studentom związanym z Kołem Naukowym za ich poświęcenie 11 

  i podejmowane trudy związane z organizacją konferencji. Agnieszce Łukaszyk i Mikołajowi Kostyrko za ogromną wolę współpracy, tworzenie całokształtu konferencji i stawianie czoła wyzwaniom. Przemkowi Kujawińskiemu, Kornelii Kajdzie, Mirosławowi Minickiemu, Dąbrówce Stępniewskiej, Joannie Dutce, Marcie Filipczak, Jędrzejowi Kotlewskiemu, Marcinowi Michalskiemu, Joannie Zarembie, Darii Ratajczak, Idze Pietrzak, Natalii Weimann, Agacie Czeszewskiej, Marcie Bartkowiak, Asi Mardas za przeprowadzenie warsztatów w czasie konferencji, bezinteresowne wsparcie, poświęcony czas, inspiracje i pomysły, dobre rady oraz chęć do tworzenia jak najlepszej atmosfery służącej wymianie myśli. Tomkowi Marciniakowi, Kasi Traczyk, Oldze Tarczyńskiej, Adamowi Szczęsnemu, Piotrowi Banaszakowi, Markowi Pankiewiczowi, Urszuli Stępień, Andrzejowi Święchowi za nieodzowną pomoc w technicznej organizacji naszego spotkania, wsparcie na różnych etapach przygotowywania sesji, poświęcenie z jakim realizowali swoje zadania. Dziękujemy wreszcie tym wszystkim, którzy obdarzyli nas swoją życzliwością, dobrym słowem i zachętą, a których tutaj z różnych przyczyn nie wymieniliśmy. Dzięki pracy tak dużej liczby osób udało nam się już po raz dziesiąty doprowadzić do dialogu między przedstawicielami różnych dyscyplin naukowych, którego pokłosiem jest niniejsza publikacja.          Tomasz Michalik i Organizatorzy

12 

 

13 

 

 

14 

   

CZĘŚĆ I ARCHEOLOGIA WSPÓŁCZESNOŚCI

15 

 

                            16 

Joanna Cywińska Instytut Archeologii Katedra Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytet Mikołaja Kopernika Toruń

Przeszłość nie-obecna. Archeontologia w kontekście sztuki krytycznej 1
W artykule zatytułowanym Eskapizm dziejowy. Polityka historyczna a problem bezpieczeństwa wspólnotowego Henryk Mamzer (2007, s. 31-32), powołując się na wcześniejsze stwierdzenie R. Kosselecka (1997, s. 365) nazywa teraźniejszość:
[…] dialektyczną mediacją pomiędzy przestrzenią doświadczenia wypełnioną niedawną tzw. zapamiętaną przeszłością i horyzontem oczekiwania – nadciągającą przyszłością.

Stwierdza on tym samym, iż teraźniejszość nie może istnieć bez przeszłości, bez innego, dzięki któremu została ona wyodrębniona i wyeksponowana (Mamzer 2007, s. 32):
[…] nie tylko uświadomienie sobie inności jest warunkiem uświadomienia naszej własnej tożsamości, tożsamość jest przez ową inność ukierunkowana.

Współczesny badacz przeszłości, tak samo jak każdy inny uczestnik kultury, żyje w świecie, gdzie podlegające ciągłej konstytualizacji kategorie takie, jak: różnorodność, tożsamość, doświadczenie, pamięć, tradycja, wielokulturowość, itd. nieustannie przeplatają się, tworzą sieci wielowy1

Tytuł zaczerpnięty z pracy E. Domańskiej Historie niekonwencjonalne. Refleksja o przeszłości w nowej humanistyce, Poznań 2006, s. 167.

17

miarowych relacji, nieraz rozpływają w nadmiarze informacji, by, kiedy indziej zaistnieć czy to w formie ukształtowanych pojęć, czy też jako narzędzia w rękach ideologii, polityki, a nawet samej nauki. Od momentu przełomu antypozytywistycznego (w rozumieniu nauki zachodnioeuropejskiej 2 ) mamy do czynienia z ciągłym sporem o przedmiot, metodę i status nauk historycznych. Dzisiaj – jak twierdzi H. Mamzer (1997, s. 14) – ponownie ożywa konflikt wywołany przez czynniki związane z kulturową oraz polityczno-ekonomiczną transformacją. Wiąże się to z przewartościowaniem idei realizmu i obiektywności poznania. Zakwestionowanie wiedzy jako wiernej reprezentacji obiektywnie i niezależnie od nas istniejącego świata, podważenie kategorii autonomicznego, racjonalnego podmiotu poznania, który może postrzegać ów obiektywnie istniejący świat w oderwaniu od wszelkich uwikłań społecznych i kulturowych, przeciwstawienie logiki retoryce jako formie przekonywania oraz odrzucenie przekonania o uniwersalności rozumu poznającego (Buchowski, Kempny 1999, s. 12-13), doprowadziło do ugruntowania poglądu o niezdolności sformułowania jedynego właściwego paradygmatu poznawczego. Ponowoczesność 3 cechuje utrata wiary w schematy, które uzasadniały racjonalne, naukowe, technologiczne i poliD. Minta-Tworzowska (2000, s. 185) trafnie zauważa, iż przełom antypozytywistyczny inaczej interpretowano na gruncie nauki polskiej i zachodnioeuropejskiej. Tradycja filozofii i filozofii nauki polskiej nadaje modernizmowi miano antypozytywistycznego, natomiast prace zachodnioeuropejskie łączą go z pozytywizmem, który jednak rozumiano odmiennie aniżeli w Polsce. W ostatnim czasie – jak pisze autorka – pojawiają się prace skierowane do odbiorcy polskiego, a dostosowane do zachodnioeuropejskiego rozumienia modernizmu, co wprowadza zamieszanie. 3 Przyjmuję rozumienie ponowoczesności zaproponowane przez J. F. Lyotarda (1997, s. 19): […] kondycja wiedzy w najbardziej rozwiniętych społeczeństwach. Zdecydowaliśmy się ją nazwać „postmodernistyczną”. Słowo to jest używane na kontynencie amerykańskim przez socjologów i krytyków literatury. Oznacza stan kultury po przekształceniach, jakim uległy reguły gry nauki, literatury i sztuki, począwszy od końca XIX wieku.
2

18

tyczne projekty świata nowoczesnego. Ich odrzucenie wiązało się z przyjęciem założenia o lokalnych, wielorakich i heterogenicznych odmianach „wiedzy”(Barker 2005, s. 231), a także o możliwości istnienia wielu roszczeń do prawdy, dyskursów i sposobów przedstawiania „rzeczywistości” (Barker 2005, s. 232). Nauka – jak pisze S. Amsterdamski (1983) – stała się faktem kultury, a nie faktem natury. Doprowadziło do stwierdzenia, iż należy na nią patrzeć w perspektywie „historycznie zmiennych wzorców myślenia o tym, co istnieje, oraz o tym jak to, co istnieje powinno być poznawane” (Szahaj 2004, s. 20-21). Konsekwencją tego poglądu stała się zmiana podejścia do zagadnienia prawdy. Odrzucono prawdę przez duże P, na rzecz prawdy wewnętrznej dla pewnego określonego dyskursu. Uznano także, iż jest ona raczej wytwarzana niż odkrywana i stanowi rezultat procesów mediacji (Szahaj 2004, s. 20-22):
[…] prowizorycznej zgody osiąganej w stosownych warunkach, nie zaś wynik porównywania sądów z niezależną od języka rzeczywistością.

Zatem wszystkie sądy, które wydajemy o współczesnej, minionej i przyszłej „rzeczywistości” są tylko konstrukcją wytwarzaną w kontekście danej kultury i niezdolną wyjść poza jej ramy. To właśnie chęć przezwyciężenia owych konstruktywistycznych ram stała za przyczyną wydobycia na światło dzienne zjawisk dotychczas deprecjonowanych, spychanych na margines albo z gruntu ignorowanych jako niedające wglądu w kwestie istotne dla objaśniania zarówno teraźniejszości, jak i przeszłości, a do których zaliczyć można, m.in. problematykę dotyczącą rzeczy, płci, ciała ludzkiego, szczątków ludzkich, zwierzęcych czy roślinnych. Archeontologia, którą E. Domańska (2006, s. 167) definiuje jako:

19

[…] zbieranie istniejących rzeczy i kontemplację ich bycia, co ma na celu próbę odzyskania początku

jest właśnie jedną z dziedzin, które owe deprecjonowane zjawiska (w tym przypadku są to wszelkie ślady przeszłości) wynajduje i na nowo rozważa. Próbuje rozpatrywać w perspektywie ontologicznej, która to pozwala mówić (Domańska 2006, s. 168):
[…] o otwierającym się na bycie myśleniu o przeszłości.

Czerpie ona swe inspiracje z tzw. „archeologii heideggerowskiej”, która ma być swoistym testem sprawdzającym (Domańska 2006, s. 164-165):
[…] efekty aplikacji wybranych wątków filozofii Martina Heideggera do refleksji archeologicznej.

We wstępie pracy zatytułowanej Budować, mieszkać myśleć M. Heidegger (1997, s. 29) pisze:
Jakąkolwiek obrać by drogę dla bytu, czy interpretować go jako ducha w rozumieniu spirytualizmu, czy jako materiał i siłę w sensie materializmu, jako stawanie się i życie, jako wyobraźnię, wolę, substancję, podmiot, energię, jako wieczny powrót tożsamego - zawsze byt ukazuje się jako byt w świetle bycia.

Natomiast w Byciu i czasie (Heidegger 1994) bycie bytu odnosi wewnętrznie do rozumienia samego bycia. Pozbawia tym samym relację podmiot - przedmiot waloru paradygmatycznego. Zwraca się ku ontologii i rozbija prymat teorii poznania, a posługując się hermeneutyką egzystencjalną likwiduje metodologiczne uprzywilejowanie autorefleksji. Jak pisze J. Habermas (2000, s. 170-171):

20

[…] zamiast samoodniesienia poznającego podmiotu, czyli samowiedzy, mamy egzegezę przedontologicznego rozumienia bycia, zatem ekspilację związków sensu, w którym codzienna egzystencja zawsze już z góry się znajduje.

Archeolog Hakan Karlsson (2000), który zaaplikował filozofię późnego Heideggera do swoich badań, zaproponował projekt „archeologii kontemplacyjnej”. Ma ona poprzez kontemplację bycia jako fundamentu wszystkiego co istnieje oraz poprzez rozważenie wszelkich interpretacji ontologicznego statusu bytów, doprowadzić do wyjścia poza antropocentryzm i binarne opozycje takie, jak: natura - kultura, umysł - ciało, podmiot - przedmiot. Pozwala także na reinterpretację rozumienia bytów – rzeczy czy artefaktów nie traktuje się jako bierne „przedmioty badawcze”, ale jako byty, które obdarzone są niemożliwym do bezpośredniego uchwycenia byciem. Propozycja Karlssona przyczyniła się do uformowania terminu archeontologii, która pozwala gromadzić byty i podchodzić z troską do ich bycia, nie tylko jako „reliktów przeszłości”, ale także jako aktywnych uczestników teraźniejszej rzeczywistości. Wpisuje się ona tym samym w projekt nowej humanistyki (Domańska 2006, s. 168), której konteksty wypromowały, m.in. tzw. zwrot ku rzeczom (Domańska 2006, Barański 2007) czy zwrot ku ciału (Shusterman 2007). Nowa humanistyka zgodnie z definicją zaproponowaną przez E. Domańską, składa się głównie z dyskursów krytycznych, które kierują się przeciwko etnocentrycznemu, antropocentrycznemu czy fallogocentrycznemu humanizmowi. Jej cechę charakterystyczną stanowi postawa bycia w opozycji do dominujących systemów władzy. To właśnie problem władzy i jego krytyka sytuują się w samym środku tworzonej przez nią wiedzy, która ma obejmować zagadnienia dyskwalifikowane i odrzucane dotychczas jako odstające od uznawanych kanonów racjonalności i naukowości. Ważne miejsce zajmują w niej problemy tożsamości i podmiotowości. Próbuje się je na nowo rozważyć i napisać wychodząc z odmiennych

21

od dotychczasowych założeń. Nowa humanistyka stanowi próbę regeneracji historii jako dyscypliny, której ponowoczesność obwieściła kryzys (Domańska 2006, s. 17-22). Archeontologia, jak już wcześniej pisałam, jest częścią nowej humanistyki. Sytuując się na styku filozofii, archeologii i historii, stara się ona wydobyć nieobecność śladu bycia, ujawnia istnienie przeszłości, która „nie chce odejść”. Przeszłości, której pozostałości wpisane w nowy kontekst, wykreowany przez sztukę, antropologię, historię czy archeologię, nabierają innego znaczenia modyfikowanego ponadto przez dyskurs społeczny, polityczny, wreszcie kulturowy. Dzięki odniesieniom do sztuki, a zwłaszcza sztuki współczesnej, możemy poszerzyć dyskurs przeszłości, rozpatrzyć go w nowej perspektywie, która stanowi niejako pomost między tym, co było a teraźniejszością. Pomost mogący pretendować do miana mediatora w świecie, jakby nie patrzeć, zdominowanym przez media, rynek, konsumpcję, niekiedy ideologie (często puste ideologie). W ramach sztuki współczesnej w Polsce, zwłaszcza w latach 90. XX wieku, rozwinął się nurt zwany sztuką krytyczną. Można go powiązać ze zjawiskami, które rozwijały się w tym samym czasie w Stanach Zjednoczonych i na Zachodzie Europy. Chodzi tu między innymi o „postmodernizm oporu”4 , „sztukę ciała” czy abject art. Niektórzy krytycy określając praktykę artystyczną polskich artystów, posługiwali się także określeniami, takimi jak: „sztuka ciała” czy „post-

„Postmodernizm oporu” – zdaniem H. Fostera (1987, s. 12) – określa siebie jako praktykę przeciwną zarówno oficjalnej kulturze modernizmu, jak i tzw. fałszywej normatywności reakcyjnego postmodernizmu. Rozumiany jest on jako krytyczna dekonstrukcja tradycji, krytyka jej źródeł, nie zaś jako instrumentalnie traktowany pastisz popularnych i pseudohistorycznych form, czy też powrót do tak rozumianej tradycji. Uczestniczy on, zatem, w debacie o współczesności, stając raczej po stronie krytyków, a nie jej obrońców.

4

22

modernistyczna praktyka” (http://www.culture.pl/pl/ culture/ artykuly/es_sztuka_krytyczna). Artyści końca XX wieku, jak pisze P. Piotrowski (1996, s. 74-76), funkcjonowali w świecie zdecentralizowanym, rozbitym, którego nie wiążą już żadne wielkie tematy, wśród których można wymienić społeczne utopie, naukę, systemy wartości, w świecie zrodzonym z kryzysu logocentrycznej tradycji, której ostatnim wyraźnym przejawem był strukturalizm, a także w świecie, w którym nie było już jasne „kto mówi” – w świecie „śmierci autora”. Był to także okres, którego istotę znamionują wzajemne relacje między władzą, produkcją a komunikacją. Czas, kiedy człowiek nie próbuje wyzwolić się od władzy państwa i jego instytucji, ale przede wszystkim stara się uciec od instytucjonalnej władzy państwa oraz indywidualizacji, która jest przez tę władzę generowana, jest jej pochodną, która posługuje się, by osiągnąć swe cele, środkami masowej komunikacji (Foucault 1988, s. 424). W Polsce zmiany samego podejścia do sztuki, a także zamiany w postawie samych artystów wpłynęły na ich zainteresowanie nową rzeczywistość społeczną po 1989 roku, kiedy Polska weszła w fazę przyspieszonego kapitalizmu i kiedy rodząca się demokracja wzbudzała lęk i niepewność. Okres ten przyniósł między innymi ograniczenia praw kobiet, jak na przykład wprowadzenie w 1993 roku zakazu aborcji. Zaprzestano także rozważań na temat wolności, uważając, że w tej sprawie nie zostało już nic do zrobienia (http://www.culture. pl/pl/culture/artykuly/es_sztuka_krytyczna). Artur Żmijewski (2008) w książce Drżące ciała, określił sztukę krytyczną krytyką dominującej władzy symbolicznej, podtrzymującej społeczny i polityczny status quo. Winna ona tym samym odzyskiwać to, co wyparte i przywracać sferze publicznej, poszerzać sferę publicznej dyskusji oraz negocjować kształt wspólnej rzeczywistości. Będąc uwikłaną w porządek, który krytykuje, musi mówić językiem do niego przystającym – umocowanym nie w sztuce, a w sferze

23

publicznej. Sztuka taka powinna stanowić wiedzę i władzę jednocześnie, a artysta będący jej przedstawicielem zobowiązany jest działać i wytwarzać wiedzę na temat rzeczywistości. Problematyka władzy była niemal centralną w polskiej sztuce krytycznej lat 90. XX wieku. Artyści, którzy ją podejmowali, jak chociażby Barbara Kruger, odwoływali się głównie do kategorii, w jakich zaprezentował ją M. Foucault. Nie była to zatem władza stanowiąca instytucję i centralny system, lecz władza określana jako sieć rozmaitych relacji, przejawiająca się w wielu różnych obszarach (Piotrowski 1996, s. 79). Jednym z takich obszarów stało się ciało i mechanizmy jego ubezwłasnowolnienia przez współczesną kulturę, przez władzę uwewnętrznioną Foucaulta (1998). Podejmowano problematykę ciała, m.in. w kategoriach wykluczenia osób starszych, chorych, niepełnosprawnych. Przykładem mogą być prace K. Kozyry: Więzy krwi (1995), Olimpia (1996), Łaźnie (1997 i 1999), których autorka podejmuje w nich problem widzialności i niewidzialności określonych typów ciał oraz aspekt wpisania ciała w różne konstrukcje władzy. W pracach A. Żmijewskiego tematy te przybierają formę badania rzeczywistości, stosunków społecznych, ludzkich relacji, uwięzienia człowieka w konwencjach, uzależnienia od różnych form władzy. Kwestie seksualności kobiecej podejmuje A. Żebrowska w pracy Grzech pierworodny (1994). Artystka wskazuje w niej na siłę mitów związanych z kobiecą seksualnością postrzeganą jako grzech oraz współczesnych mitów piękna reprezentowanych przez lalkę Barbie. Innym aspektem jest odnoszenie ciała do władzy jako tej, która ciało zawłaszcza. Tu przykładem mogą być prace G. Klamana: Emblematy (1993), Katabasis (1993), Fundamant (1994), Anatomia polityczna ciał (1995). Artystę interesują w nich, między innymi sposoby przedstawiania martwego ciała i jego wnętrza, a także nasz stosunek do

24

ludzkich zwłok) (http://www.culture.pl/pl/culture/artykuly/ es_sztuka_krytyczna). Sztuka krytyczna prowokowała i nadal prowokuje liczne dyskusje i debaty na swój temat. Analizując wypowiedzi niektórych znawców i krytyków sztuki współczesnej odnoszące się właśnie do omawianej sztuki krytycznej, można wysnuć istotne wnioski dla stanu wiedzy i uwikłania w spory polityczne, ideologiczne czy etyczne polskiej nauki. Przytoczę fragment debaty, która toczyła się na łamach dwumiesięcznika Gazeta malarzy i poetów, w 2001 roku, a który myślę doskonale to ilustruje.
Maciej Mazurek: Profesor Grzegorz Dziamski zwrócił uwagę na pojęcie „wojny w kulturze”. Coś takiego istnieje, i ważne jest zdefiniowanie stron tego kulturowego konfliktu. Sztuka krytyczna to jeden z najbardziej spektakularnych przejawów tej „wojny”, dlatego tak głośny. Grzegorz Dziamski: Dzisiejsza sztuka krytyczna posługuje się bardzo niebezpieczną strategią. Myślę o sztuce lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych – strategia subwersji. Subwersja polega na naśladowaniu, utożsamianiu się niemalże z przedmiotem krytyki, a następnie delikatnym przesunięciu znaczeń. Ten moment przesunięcia znaczeń nie zawsze jest uchwytny dla widza. To nie jest krytyka wprost, bezpośrednia, tylko krytyka pełna dwuznaczności, odwołująca się do pewnego sekretnego porozumienia z widzem, który musi podążać za myślą autora, a bardzo często sam skonstruować krytyczny sens pracy. Grzegorz Dziamski: Na początku naszej rozmowy Izabela Kowalczyk powiedziała, że sztuka krytyczna zmusza każdego z nas do bardzo osobistej reakcji. Nie reakcji na sztukę, tylko osobistej reakcji na problemy, które sytuują się, bardzo często, daleko poza sztuką. Dotyczą naszego stosunku do religii, tradycji, kultury, tradycji narodowej itp. kwestii. Ta sztuka zmusza każdego do bardzo osobistej reakcji. Tak powiedziała, po czym wycofała się z tego, mówiąc, że „ta sztuka jest passé”. Byłoby bardzo złe, gdyby sztuka, która zmusza nas, oglądających, do bardzo osobistej reakcji – była sztuką passé.

25

Izabela Kowalczyk: Mówiąc, że ta sztuka jest passé, chodziło mi o to, że odchodzi się już od jej wystawiania. Być może wiąże się to z tym, że artystów tego nurtu jest zaledwie kilku – około 10. Nastąpiło więc pewne przesycenie. Wciąż dyskutowano o tych samych pracach, np. o Piramidzie zwierząt i Łaźni Kozyry, pracy Żebrowskiej czy Lego Libery i to się znudziło. Niemniej uważam, że ta sztuka odegrała bardzo ważną rolę w latach dziewięćdziesiątych, a Być może nadal będzie Odgrywać. Powiedziała nam coś ważnego. Ta sztuka zmienia konteksty, nie operuje czymś zasadniczo nowym, tylko czymś, co już istnieje w innych dyskursach. Na przykład Klaman nawiązuje do kontekstu medycyny, nauki; Żebrowska – do kontekstu pornografii. Artyści przenoszą więc to, co już istnieje w innych kontekstach – w kontekst sztuki, w miejsce, gdzie to było nieobecne. Zastanawia mnie, dlaczego tak silne reakcje budzi właśnie ta zmiana kontekstu, pokazanie w sztuce czegoś, co przecież istnieje w społeczeństwie, w kulturze, nie budząc większych sprzeciwów. Maciej Mazurek: To, co od razu w przypadku sztuki krytycznej jest widoczne to, że ona daje się tak doskonale, wyczerpująco opisać. Tu wszystko jest jasne i dlatego śmiertelnie nudne. Janusz Marciniak: Wyobraźmy sobie taką sytuację. Ktoś znajduje ludzkie szczątki. Pojawia się prokurator. Policja rozpoczyna dochodzenie. Dlaczego – jeśli widzę ludzkie szczątki w galerii – nie mogę zapytać, skąd się tam wzięły? Przecież pielęgnujemy cmentarze, wyjaśniamy np. sprawę mordu w Katyniu lub, ostatnio, w Jedwabnem. Poddajemy się wewnętrznej „procedurze” empatii i współczucia. Myślimy w kategoriach prawa, które jest starsze od nas. Stajemy po stronie tych, którzy nie mogą się bronić ani dochodzić swych praw. Jednym słowem: uważam, że etyk Akademii Medycznej, który wyraża zgodę na wypożyczenie artyście preparatów anatomicznych do celów nie naukowych, przekracza swoje kompetencje i zawodzi zaufanie społeczne. Izabela Kowalczyk: A dlaczego do celów naukowych – jest usprawiedliwione? Janusz Marciniak: Odpowiem pytaniem. Czy nauka i sztuka służą temu samemu celowi? Czy każdy cel uświęca środki? Jeśli tak, to wielu zbrodniarzy musi zostać zrehabilitowanych... Dyplom uczelni artystycznej nie uprawnia do łamania prawa. Artysta nie jest świętą krową. Gorąco polecam rozważania Romana Ingardena o odpowiedzialności.

26

Wojciech Makowiecki: Cztery lata temu na Biennale w Wenecji była wystawa poświęcona ciału, wypożyczono obiekty z całej Europy, odbywała się chyba w Palazzo Corner. To było historyczne uzasadnienie tego, co współcześni Artyści z ciałem robią. Janusz Marciniak: Widziałem ta wystawę. Wojciech Makowiecki: Czy zadawałeś wtedy takie pytania, jak dzisiaj. Janusz Marciniak: W zamierzeniu autora wystawy Tożsamość i odmienność, którym był Jean Clair, owe, jak je nazywasz, „obiekty” nie udawały dzieł sztuki. Były sobą. Stanowiły pewien kontekst dla obrazów i rzeźb, i razem z nimi mówiły nam coś ważnego o nas. Wojciech Makowiecki: Znalazły się jako wystawa towarzysząca Biennale i wystawy tego typu są realizowane przez cały czas, na przykład ostatnio Sztuka i nauka o ludzkim ciele od Leonardo do dziś w Hayward Gallery w Londynie. Maciej Mazurek: Kwestia samego ciała jest mniej istotna, ciało to ciało. Istotna jest odpowiedź na pytanie, dlaczego ono się tam znajduje, dlaczego wzbudza takie reakcje? Podejrzewam, że człowiek estetyczny, a elity kulturalne są niezwykle zestetyzowane, potrzebuje dreszczyku emocji w śmiertelnie nudnym życiu. Janusz Marciniak: Piewcy sztuki krytycznej mówią o ciele i kalectwie tak, jakby nie było Breughela, Boscha, Velázqueza, Brouwera, Halsa, Rembrandta, Goyi, Géricault, Bacona, Freuda, Wróblewskiego, Szapocznikow... I przejmującego współbrzmienia sztuki i literatury. Ajschylos, Leopardi, Rilke, Kafka, Korczak... Jakby nie było ludzi i instytucji niosących pomoc potrzebującym. Często anonimowo, bez rozgłosu, bezinteresownie. Wrażliwość na cierpienie drugiego człowieka jest obecna w sztuce i, szerzej, w kulturze – dzięki religiom uniwersalistycznym, w których istnieje kategoria współczucia, i dzięki ludzkiemu zawierzeniu. Zdumiewa niewiedza apologetów sztuki krytycznej. Dlaczego reakcja na wizerunek człowieka, który proponuje coraz bardziej infantylna kultura masowa, ma być de facto naśladowaniem tej kultury i polegać na epatowaniu odwrotnością „piękna” – „brzydotą"? Z jakiego powodu ludzie niepełnosprawni mają stanowić odrębną kategorię, być elementem „strategii artystycznej”, dla której punktem odniesienia jest kultura masowa zamiast kultury osobistej? Czyż nie stają się wówczas ofiarami fałszywego, powierzchownego współczucia? Wystawa Claira

27

dezawuowała mit o możliwości naukowego poznania człowieka i jednocześnie wskazywała na głęboko konfesyjny charakter sztuki. Roman Kubicki: Przypomnę. Do czasów nowożytnych mieliśmy tylko jedną świątynię – sakralną. I tylko w niej ciało mogło być traktowane instrumentalnie – jako relikwia. Wraz z nowożytnością pojawiają się dwie nowe świątynie, tym razem stawiane na fundamentach metafizyki pozareligijnej – świątynia nauki i świątynia sztuki. W świecie każdej z nich rozgorzała walka o prawo do instrumentalnego traktowania martwego ciała. Nauki przyrodnicze dawno już tę walkę wygrały. Sztuka prowadzi ją nadal. 5

W sztuce po 2000 roku, jak twierdzi I. Kowalczyk, coraz bardziej widoczne jest zainteresowanie historią. Łączy się ono często z badaniem tego, jak kultura popularna współtworzy historię oraz jak ta kultura wpływa na nasze o niej myślenie.
To zainteresowanie faktami historycznymi wydaje się wtórne wobec samego pytania o historię, o to, jak ona jest konstruowana, do czego jest wykorzystywana, jak jest używana; a także jak historia miesza się z fikcją; jak funkcjonuje ona w naszej wyobraźni.

(Gazeta Malarzy i Poetów 2001) Archeontologię ze sztuką krytyczną łączy nie tylko przedmiot zainteresowań, ale także, a może przede wszystkim sposób jego prezentacji. Umiejscowienie archeontologii w kontekście sztuki krytycznej sprawia, iż możemy całą dyskusję nad źródłami historycznymi, archeologicznymi, jak również nad przeszłością czy pamięcią, która współtworzy krajobraz współczesności, przenieść na grunt sztuki współczesnej. Ona to bowiem jest w stanie przedstawić naszej świadomości coś co minęło nie tylko w ramach tła kulturowego, w których to coś kiedyś istniało, ale także w przestrzeni, która nas bezpośrednio
5

Rozmowa opublikowana w dwumiesięczniku Gazeta Malarzy i Poetów nr 2-3 (2001), s. 39-40.

28

dotyka. Dlatego sposób, w jaki sztuka krytyczna prezentuje przeszłość, a nawet więcej, sposób, w jaki ją demitologizuje może stać się istotnym głosem w dyskusji nad rozumieniem historii. Obnaża bowiem nasze współczesne schematy myślowe, jak również siatki, które wytworzyły dzieje naszej obecności w danej czasoprzestrzeni. Sztuką krytyczną pragnę nazwać nie tylko zjawiska opisane powyżej, a mieszczące się w ramach wyznaczonych przez krytyków sztuki i badaczy współczesności. Chciałabym owym terminem objąć wszystkie te aspekty działalności artystycznej, które posługując się „konstruktywną krytyką”, starają się wyrazić zdanie o rzeczywistości. Uwagę swą skupiłam szczególnie na pracach, które zgodnie z tematyką referatu, poruszają problem obecnej w teraźniejszość przeszłości, tj. pracach: Christiana Boltanskiego, Masao Okabe, Grupy AES+F z Rosji i Piotra Uklańskiego. Christian Boltanski, jeden z najważniejszych współczesnych artystów, często podejmuje w swej twórczości problematykę pamięci. Tworzy swe prace posługując się techniką gromadzenia dokumentów, świadectw osób żyjących i zmarłych (używane ubrania, przedmioty). Interesuje go wykorzystywanie fragmentów rzeczywistości. Najczęściej wykorzystywanym przez niego medium jest fotografia:
Robienie zdjęć to właśnie takie próby zatrzymania czasu, ale sfotografowane zdarzenie kończy się i umiera trzy sekundy później. 6

Artysta często prezentował swoje prace na dworcach i w kościołach, gdyż uważał, że ludziom łatwiej jest je dostrzec w miejscach nie związanych ze sztuką (http://www.csw.art.pl/new/2001/boltanski.html).

6

Cytat pochodzi z tekstu Milady Ślizińskiej, kurator wystawy Ch. Boltanskiego zatytułowanej RENEVIR, obiekty, instalacje, fotografia, która odbyła się w Centrum Sztuki Współczesnej. Zamek Ujazdowski w 2001 roku.

29

Na wystawie zatytułowanej RENEWIR, obiekty, instalacje, fotografia, która odbyła była w 2001 roku w Centrum Sztuki Współczesnej – Zamek Ujazdowski, Boltanski przedstawił prace, w których tworzeniu wykorzystał stare fotografie, elementy architektoniczne, instalacje, źródła światła – reflektory, lampy. Podejmuje on w nich problematykę pamięci, w tym sensie, że dostrzega ślady zacierania przeszłości, wydobywa ich nieobecność i nadaje jej ontologiczny charakter. Czyni podobnie jak archeontologia – w nieobecności śladu bycia dostrzega istnienie przeszłości nie-nieobecnej, przeszłości, która nie chce odejść (Piotrowski 2002, s. 2003).

Ryc. 1. Wystawa Ch. Boltanski RENEVIR, obiekty, instalacje, fotografia; Centrum Sztuki Współczesnej - Zamek Ujazdowski, 2001 rok.

30

Ryc. 2. Wystawa Masao Okabe Is There a Future for Our Past? The Dark Face of the Light; Biennale - Wenecja, 2007 rok.

Japoński artysta Masao Okabe na Międzynarodowym Biennale w Wenecji w 2007 roku zaprezentował pracę zatytułowaną Is There a Future for Our Past? The Dark Face of the Light (ciemna twarz światła). Stanowiła ona ogromne przedsięwzięcie, któremu krytycy nadali miano konceptualnego

31

projektu odwołującego się do dzielnicy Ujina w Hiroszimie i mieszczącej się tam stacji kolejowej. Miejsce to jest historycznie związane z licznymi wojnami, przesiedleniami ludności do wszystkich części Azji, oraz z bombą atomową. Praca Okabe wykonana w technice frotażu, prezentuje kamienne elementy peronów nieistniejącej dziś już stacji w Ujina, jak określił to prof. Smużny na jednym z wykładów dotyczących sztuki współczesnej – są to kamienie, które widziały bombę zrzucaną na Hiroszimę. Autor oprócz frotażu wykorzystał również wideo i fragmenty kamiennych bloków (dawnych części peronu). Stworzył w ten sposób pracę o pamięci, teraźniejszości i przyszłości. Patrząc, bowiem, na jego dzieło można zadać pytanie: jaka przyszłość nas czeka w świecie, w którym nowoczesne technologie przejmują władzę? Czy przeszłość „odciśnięta na kamieniach”, jej ślady już zawsze będą powracać? Autor zwraca także uwagę na marginalizację poszczególnych ludzkich losów przez klasyczną historię, którą zajmują najczęściej dzieje całych zbiorowości. Składa nam mikrohistorię jednej dzielnicy, chcąc w ten sposób uwrażliwić współczesny świat na to, co choć niedopuszczone do głosu, krzyczało najmocniej.

32

Ryc. 3. Wystawa AES+F Action Half Life; Biennale – Wenecja, 2007 rok.

Grupa AES+F pochodząca z Rosji, którą tworzy czwórka artystów: Tatiana Arzamasova, Lew Evzovich, Evgeny Svyatsky i Vladimir Fridkes, na wspomnianym już wcześniej Międzynarodowym Biennale w Wenecji w 2007 roku, zaprezentowała film zatytułowany Action Half Life. Ukazano w nim przy pomocy artystycznych środków autentyczne wydarzenia prezentowane w mediach, które odnoszą się do wojen toczonych na świecie. Autorzy wplatają mityczne sceny we współczesną konwencję. Bohaterami ich filmu są dzieci i młodzież, którzy niczym Dawid wyruszają do walki z Goliatem. Aktorzy odziani w biel wykonują mechaniczne ruchy – akty przemocy skierowane w stronę drugiego człowieka. Toczącej się akcji towarzyszy cały czas muzyka Wagnera. Ta praca nie tylko odsyła do namysłu nad wojną, jej dziejami, ofiarami, nad historią cierpienia, ludzkich losów. Prezentowana w niej wielokulturowość ma za zadanie przedstawienie różnic pomiędzy

33

Wschodem a Zachodem dzisiejszego świata. Są to jednak różnice, których treść ma charakter ambiwalentny, bowiem w obliczu dramatu, zostają one niemal całkowicie zatarte. Przedstawiona zostaje tu także medialna gra, toczona pomiędzy medium a odbiorcą. Stanowi ona niemal Boudillardowską paradoksalną tezę, że „Wojny w zatoce nie było”. Większość z tego, co prezentują nam media, to tylko dobrze wyreżyserowany spektakl, który możemy oglądać siedząc wygodnie w fotelach. Realne wydarzenia zostają zatarte i wygłuszone przez symulację rzeczywistości. Jednak ludzie ciągle giną w obronie ślepych ideologii, interesów rynkowych, władzy.

Ryc. 4. Wystawa P. Uklański Naziści; Zachęta – Warszawa, 2000 rok.

Piotr Uklański jest artystą, który posługuje się różnymi mediami – od fotografii, instalacji, poprzez wideo i performance. Prowadzi krytyczną, przesyconą ironią grę ze stereotypami kultury popularnej i jej wizualnymi kliszami.

34

Materiałem swych prac czyni zdegradowane obszary popkultury. Jego prace poruszają kwestie zarówno radości, jak i winy, która pojawia się w momencie doświadczania piękna 7 . Jednym z problemów, jakie stawia sztuka jest pytanie, na ile historia jest konstruowana przez kulturę popularną, jak bardzo fikcja miesza się z rzeczywistością i na ile sama historia staje się symulacją. Ten problem poruszył Piotr Uklański na wystawie zatytułowanej Naziści prezentowanej w Galerii Zachęta w 2000 roku. Stanowi ona prezentację fotosów filmowych ukazujących nazistów przedstawianych w filmach fabularnych. Tytułowi Naziści znani z obrazów kultury popularnej, to mężczyźni silni, przystojni, o wyraźnych, regularnych rysach twarzy. Ich wizerunki posiadają niezwykłą moc, uwodzą i przyciągają spojrzenie. A jednocześnie reprodukują dyskurs siły i władzy (http://www.culture.pl/pl/culture/artykuly/ os_uklanski_piotr.). Uklański wybierając właśnie takie, a nie inne wizerunki skłania widzów do zastanowienia, na ile kultura popularna powtarza pewne klisze, na przykład na temat zdrowego, silnego ciała, klisze, które były przecież produkowane w dyskursie III Rzeszy (http://www.culture.pl/pl/ culture/ artykuly/os_uklanski_piotr.). Zarówno archeontologia, jak i sztuka krytyczna stanowią narzędzia opisu przeszłej, jak i teraźniejszej oraz przyszłej rzeczywistości. Są konstrukcjami zbudowanymi na użytek humanistyki. Tworzą ramy poznania i wiedzy na temat zjawisk, które analizują. I choć pomagają zgłębiać wybrane aspekty kultury, czynią to w sposób ukierunkowany. To ukierunkowanie zostało ukształtowane „historycznie” – w toku rozwoju całej humanistyki. Dlatego dziś, jeśli chcemy zajmować się wybranym aspektem kultury czy to przeszłej, czy współczesnej, musimy dokonać przedefiniowania zastanych pojęć (chodzi tu, między innymi, o takie pojęcia jak kultura, przeszłość, rzecz, itd.), nie tylko w obrębie
7

Informacje zaczerpnięte z tekstu Ewy Gorządek, opublikowanego na stronie http://www.culture.pl /pl/culture/artykuly/os_uklanski_piotr.

35

naszej dziedziny, ale w ramach rozważań nad rzeczywistością. „Wyobrażone”, bowiem, na nowo terminy, mogą dać asumpt do rozwiązania ważkich problemów. Jednym z takich problemów jest, niewątpliwie, kwestia statusu naszej przeszłości: czym w istocie jest sama przeszłość i czy zasadnym wydaje się wciąganie jej w dyskursy teraźniejszości. Takie spojrzenie na zjawiska mieszące się w obrębie nowej humanistyki, skłania nas do zadania pytania: dokąd zmierza dzisiejsza humanistyka? Wydaje się, że zaczyna ona obierać drogę wyznaczoną przez jednego z najbardziej wpływowych filozofów dzisiejszych czasów, Giorgio Agambena, który w swych rozważaniach stosuje metodę i styl pozwalające na estetyczno-polityczne ujmowanie faktów egzystencjalnych i intelektualnych oraz poetycko zabarwioną poetykę kultury (Agambena 2006, s. 116):
Nieprofanowalność pornografii – wszelka nieprofanowalność – opiera się na powstrzymaniu i przechwyceniu autentycznie profanatorskiej intencji. Dlatego właśnie za każdym razem należy wyrywać mechanizmom – wszelkim mechanizmom – potencjał użytku, który ujarzmiają. Profanacja 8 nieprofanowalnego to polityczne wyzwanie dla nadchodzącego pokolenia

Bibliografia
Agamben G. 2006 Profanacje, Warszawa. Amsterdamski S. 1983 Kryzys scjentyzmu [w:] red. S. Nowak, Wizje człowieka i społeczeństwa w teoriach i badaniach naukowych, Warszawa. Barański J. 2007 Świat rzeczy. Zarys antropologiczny, Kraków.

8

Profanować, to dopuszczać możliwość szczególnej niedbałości, która ignoruje oddzielenie, a właściwie znajduje dla niego specyficzne zastosowanie […] Profanowanie jest bowiem czymś więcej niż zwykłym obalaniem i znoszeniem separacji – to poszukiwanie dla niej nowych zastosowań, nauka igrania z istniejącymi formami rozdziału (Agamben 2006, s. 95, 110).

36

Barker Ch. 2005 Studia kulturowe. Teoria i praktyka, Kraków, s. 231-232. Buchowski M., Kempny M. 1999 Czy istnieje antropologia postmodernistyczna? [w:] Amerykańska antropologia postmodernistyczna, Warszawa, s. 12-13. Domańska E. 2006 Historie niekonwencjonalne. Refleksja o przeszłości nowej humanistyce, Poznań. Foster H. 1987 Postmodernizm: A Prefacje [w:] red. H. Foster, Postmodern Culture, London, s. XII. Foucault M. 1988 The Subject and Power [w:] red. B. Wallis, Art after Modernism. Rethinking Representation, New York-Boston. 1998 Nadzorować i karać. Narodziny więzienia, Warszawa. Habermas J. 2000 Filozoficzny dyskurs nowoczesności, Kraków. Heidegger M. 1977 Czym jest metafizyka? – Wprowadzenie [w:] Budować, mieszkać, myśleć, Warszawa, s. 59 Karlsson H. 2000 Why Is There Material Culture Rather Than Nothing? Heidegger Thoughts and Archeology [w:] red. C. Holtorf, H. Karlsson, Philosophy and Archeological Practise. Perspectives for the 21st Century, Goteborg: Bricoleur Press. Kosseleck R. 2001 Semantyka historyczna, Poznań. Lyotard J.-F. 1997 Kondycja ponowoczesna. Raport o stanie wiedzy, Warszawa, s. 19. Mamzer H. 1997 Pytanie o archeologię [w:] red. J. Ostoja-Zagórski, Jakiej archeologii potrzebuje współczesna humanistyka?, Poznań, s. 13-49. 2007 Eskapizm dziejowy. Polityka historyczna a problem bezpieczeństwa wspólnotowego [w:] red. A. Dobosz, A.P. Kowalski, Bezpieczeństwo ontologiczne, Bydgoszcz, s. 17-38. Minta-Tworzowska D. 2000 Archeologiczne rekonstrukcje świata pradziejowego wobec krytyki postmodernistycznej [w:] red. S.Tabaczyński, Kultury archeologiczne a rzeczywistość dziejowa, Warszawa, s. 185-198. Piotrowski P. 1996 W cieniu Duchampa. Notatki nowojorskie, Poznań, s.74–95.

37

2002 O „sztuce dziś”, a więc „tu i teraz” [w:] red. M. Poprzęcka, Sztuka dzisiaj, Materiały Sesji Stowarzyszenia Historyków Sztuki, Warszawa, s. 17-26. Shusterman R. 2007 O sztuce i życiu. Od poetyki hip-hopu do filozofii somatycznej, Wrocław. Szahaj A. 2004 Zniewalająca moc kultury. Artykuły i szkice z filozofii kultury, poznania i polityki, Toruń. Żmijewski A. 2008 Drżące ciała, Warszawa. Internet http://www.csw.art.pl/new/2001/boltanski.html http://www.culture.pl/pl/culture/artykuly/es_sztuka_krytyczna http://www.culture.pl/pl/culture/artykuly/os_uklanski_piotr

38

Jacek Małczyński MISH Uniwersytet Wrocławski Wrocław

Drzewa „żywe pomniki” w Muzeum-Miejscu Pamięci w Bełżcu 1 .
Pamiętam, jak ktoś we wspólnym pokoju w Cambridge drażnił się z mianowanym przez samego siebie „nie żydowskim Żydem” i historykiem marksizmu Isaakiem Deutscherem, pochodzącym z tego właśnie kraju na temat jego korzeni. Ten kpiąco ripostował: „To drzewa mają korzenie” – „Żydzi mają nogi”. Pomyślałem, że oto kolejna metafora popadła w ironiczną dosłowność, ale cóż, niektórzy Żydzi mają i jedne, i drugie, a do tego jeszcze konary i pnie.

(Schama 2008, s. 43) Wstęp Jak pisze James E. Young (2004, s. 267):
Zgodnie z książkowym, obrazoburczym rysem żydowskiej tradycji, pierwsze «pomniki» okresu Holocaustu powstały nie w kamieniu, szkle czy stali, ale w narracji.

W pracy tej chciałbym zaproponować alternatywną interpretację i pokazać, iż pierwsze pomniki Holocaustu nie powstały ani w kamieniu, ani w szkle, ani w narracji, lecz w przyrodzie. Przedmiotem moich rozważań będą drzewa rosnące na terenie byłego obozu zagłady w Bełżcu. W pierwszej części pracy przedstawię historię tamtejszych drzew, od momentu powstania obozu w 1941 roku aż po otwarcie w 2004
Tytuł pracy nawiązuje do projektu artystycznego Biopresence George’a Tremmela i Shiho Fukuhary umożliwiającego stworzenie transgenicznych drzew, które jako „żywe pomniki”, będą przechowywać informacje o ludzkim DNA. Taka forma upamiętnienia zmarłych stanowić ma alternatywę wobec tradycyjnych nagrobków [zob. http://www.biopresence.com/ (19.01.2009)]. 1

39

roku Muzeum – Miejsca Pamięci. Posłużę się w tym celu pojęciem krajobrazu rozumianego za Simonem Schamą jako kulturowe przedstawienie przyrody. Wykorzystując wspomnienia ocalałego z Bełżca Rudolfa Redera oraz ukazujące się po wojnie artykuły, spróbuję odtworzyć obozowy i poobozowy krajobraz. W drugiej części pracy przedstawię projekt nowego upamiętnienia, w którym drzewa pełnią rolę świadków. Pytanie, na które chciałbym odpowiedzieć dotyczy tego, w jakim sensie drzewo może być świadkiem? Postaram się dowieść, że w obecnym pomniku drzewa są świadkami na zasadzie metonimii w rozumieniu Franka Ankersmita. Na koniec, nawiązując do rozważań Giorgio Agambena, spróbuję pokazać, iż drzewa stanowią przykład innego typu świadka. Pojęcia, którymi posługuje się włoski filozof wykluczają natomiast nieludzkie formy świadectwa i nie pozwalają na zrozumienie tego, czym są drzewa rosnąca w miejscach zagłady. 1. Historia drzew w Bełżcu Według Simona Schamy (2008, s. 138), autora książki Krajobraz i pamięć:
Krajobrazy są kulturą, jeszcze zanim staną się przyrodą; tworami wyobraźni nakładanymi na las, wodę i skały.

W ujęciu tym krajobraz postrzegany jest jako nośnik pamięci oraz substytut ludzkiej historii. W jednym z rozdziałów swej książki, zatytułowanym Las, Schama (2008, s. 36) określa Holocaust mianem wydarzenia bez krajobrazu:
Dla polskich Żydów jadących do krematoriów widok rodzimej ziemi został zasłonięty zabitymi na głucho oknami wagonów transportowych, tłukących się nieubłaganie w kierunku obozów śmierci. Oczyma duszy postrzegamy Holocaust jako coś pozbawione krajobrazu – lub w najlepszym razie – pozbawione cech charakterystycznych i barw; spowite w ciemność i mgłę, otulone nieustającą zimą, skąpane w odcieniach mroku i szarości; szarości dymu, popiołu, sproszkowanych kości i niegaszonego wapna. To jest szo-

40

kujące, gdy zdamy sobie sprawę, że Treblinka również jest częścią jaskrawego kolorowego krajobrazu rzecznej krainy Bugu i Wisły; delikatnej, łagodnej krainy pełnej topolowych i osikowych alej.

Jak dowodzi Schama ponury pejzaż Holocaustu stanowi zarazem fragment innego krajobrazu. Te same elementy przyrody w kulturowym przedstawieniu stają się częścią różnych krajobrazów. Wykorzystując źródła przedstawiające obozowy i poobozowy pejzaż Bełżca, spróbuję dalej zastanowić się nad tym, z jakich elementów został on skonstruowany. Obóz zagłady w Bełżcu powstał na lesistym Wzgórzu Kozielsk i zajmował powierzchnię ponad siedmiu hektarów. Do jego budowy przystąpiono w 1941 roku. Jak czytamy w relacji ocalałego Rudolfa Redera (1999, s. 49), usytuowanie obozu pośród lasu sprzyjało zamaskowaniu zbrodni:
Po pewnym czasie znałem już dobrze cały teren. Położony był wśród młodego sosnowego lasu. Zalesienie było gęste i ażeby jeszcze zmniejszyć przedostawanie się światła, przywiązywano do drzew inne drzewa i w ten sposób podwojono gęstość zalesienia ponad miejscem, gdzie były komory. Za nimi piaszczysta droga, którą wlokło się trupy. Niemcy rozpięli nad nią dach, zrobiony z gładkiego drutu, nad którym rozłożono zieleń.

W cytowanym fragmencie splatają się ze sobą dwa krajobrazy. Komory gazowe wyrastają na tle sosnowego lasu, cień rzucany przez drzewa kontrastuje z ich zielenią. Rosnące wokół drzewa wykorzystane przez SS-manów do skrywania obozu stały się mimowolnymi uczestnikami zagłady. Kiedy w 1943 roku przystąpiono do likwidacji obozu, jedną z przyczyn tej decyzji mógł być brak miejsca na kolejne masowe groby (Kuwałek 2005, s. 48-49). Wzgórze Kozielsk zakończone było bowiem skarpą, która uniemożliwiała dalszą rozbudowę. W ten sposób przyroda mogła wyrazić swój sprzeciw wobec zbrodni. W 1943 roku obóz w Bełżcu został zlikwidowany. Usunięto wszelkie zabudowania, a na całym obszarze dla zatajenia śladów zbrodni posadzono sosnowy las. Pierwszy zna-

41

ny opis poobozowego krajobrazu odnaleźć można w relacji Redera, który w lipcu 1944 roku, postanowił odwiedzić Bełżec. W jego wspomnieniach czytamy (Reder 1999, s. 67-68):
Zapragnąłem zobaczyć to miejsce, gdzie zaduszono dwa i pół miliona ludzi, którzy pragnęli żyć, żyć […]. Kiedy produkcję „sztucznego nawozu” z milionów ludzkich kości ukończono, zasypano rozdarte groby, porządnie i starannie wyrównano powierzchnię przekrwawionej ziemi. Zbrodniczy potwór niemiecki milionowy grób żydowskiej kaźni w Bełżcu pokrył soczystą zielenią. Pożegnałem się z moimi informatorami i poszedłem znaną mi drogą „bocznego toru”. Nie było go już. Pole poprowadziło mnie pod żywy, sosnowy pachnący las. Było tam teraz bardzo cicho. W pośrodku lasu była wielka, jasna polana.

Bujny sosnowy las stanowi niezmiennie główny element krajobrazu. Jeśli porównamy jednak wspomnienia Redera z relacją Eugeniusza Szrojta, to krajobraz poobozowy zostanie uzupełniony o inny widok. Szrojt odwiedził Bełżec w związku ze śledztwem prowadzonym przez Główną Komisję Badania Zbrodni Niemieckich w Polsce w 1945 roku. Oto co zobaczył (Szrojt 1947, s. 31-33):
Po lewej stronie toru kolejowego rozciąga się teren piaszczystych wydm, porośniętych lasem sosnowym. Karłowate sosny i sypki żółty piach, wśród którego gdzieniegdzie przezierają kępy zielonej trawy, stanowią nużący krajobraz terenu.

Opis ten nie różniłby się od świadectwa Redera, gdyby dalej Szrojt nie pisał:
W czasie oględzin ustalono, że przestrzeń przylegająca do bocznicy, nosi ślady wyciętego lasu. Na tej przestrzeni rozrzucone były w czasie oględzin rozmaite przedmioty codziennego użytku, jak blaszane garnki, manierki, szkło, strzępy ubrań, resztki obuwia, ponadto kawałki cegieł i betonu [...]. W części północno-wschodniej terenu komisja sądowo-śledcza znalazła kości ludzkie, czaszki, piszczele, kręgi i żebra, szczęki, kauczukowe protezy zębne, gwiazdę sjońską, zniszczone żydowskie książki do modlitwy.

42

Przyczyną takiego stanu rzeczy było rozkopywanie terenu obozu przez okoliczną ludność w „poszukiwaniu skarbów”. Precedens ten miał miejsce jeszcze w latach 50. i nie dotyczył tylko Bełżca. Jeśli „ślady wyciętego lasu” powstały na skutek rozkopywania ziemi kryjącej szczątki ofiar, to gest ten zinterpretować można jako odwrotną stronę „gestu oprawcy”. Paradoksalnie bowiem, czyn oprawcy, który dla zamaskowania zbrodni sadzi w tym miejscu rękami ofiar las, stanowić może „gest upamiętnienia”. Rozkopywanie terenu obozu po wojnie i niszczenie drzew interpretować można jako próbę zatarcia śladów zbrodni, której drzewa stały się świadkami. Krajobraz obozowy, na który składały się komory gazowe i trupy, został zastąpiony przez krajobraz poobozowy, składający się z porozrzucanych części ludzkiego ciała oraz „ludzi-hien” szukających złota. W latach 50. na terenie byłego obozu funkcjonowała ponadto składnica drewna. Jedyną częścią krajobrazu, która pojawia się we wszystkich relacjach jest las sosnowy. Odnajdujemy go także w późniejszym opisie Piotra Lisiewicza z 1983 roku (1983, s. 12):
Mijam stację kolejową, pół kilometra dalej skręcam w boczną drogę. Próżno szukam młodego lasu sosnowego sprzed czterdziestu lat. Wyrósł wielki i gęsty, utkany wysoką, puczystą trawą, szumiący, pełen leśnego życia. Dawno zaginęła tabliczka z napisem „Waffen SS-Dienststelle Bełżec” i gdyby nie utrwalona w kamiennym obelisku, tkwiącym na polanie wśród lasu, pamięć ludzka, trudno byłoby się domyślić, że stoję w miejscu, gdzie hitlerowcy dokonali jednej z najstraszliwszych zbrodni w Europie.

Kamienny obelisk pośród lasu, o którym mowa to fragment pierwszego upamiętnienia ufundowanego w latach 60 (il. 1 i 2). Teren byłego obozu został wówczas ogrodzony, a w miejscu tym wzniesiono pomnik w formie prostopadłościanu, z przodu którego umieszczono rzeźbę przedstawiającą ludzki szkielet. Porozrzucane kości, stanowiące nie tak dawno element poobozowego krajobrazu, zostały za-

43

stąpione w ten sposób metaforyczną reprezentacją. Oprócz pomnika, na tere-nie byłego obozu ustawiono cztery pylony oraz szereg zniczy mających wskazywać prawdopodobne miejsca masowych grobów. Granice wyznaczonego w ten sposób miejsca pamięci nie objęły jednak całości terenu byłego obozu.

il. 1 i 2 Fragmenty pierwszego upamiętnienia wzniesionego w latach 60. (źródło: http://www.belzec.org.pl).

2. Drzewa w nowym pomniku W 2002 roku na terenie byłego obozu zagłady w Bełżcu rozpoczęto prace nad nowym upamiętnieniem. Prace zostały poprzedzone badaniami archeologicznymi mającymi na celu odtworzenie topografii obozu, aby zgodnie z nakazami judaizmu, uszanować miejsce pochówku 500 000 zamordowanych tu Żydów. W efekcie zlokalizowano 33 masowe groby zajmujące znaczną część terenu. W badaniach prowadzonych w Bełżcu wykorzystano metodę sondaży wiertniczych (Kola 2000a). W przypadku podobnych badań na terenie obozu w Sobiborze, najpierw dokonano „analizy powierzchniowych struktur zieleni” świadczących o działalności człowieka (Kola 2000b, s. 89). Zgodnie z zamierzeniami twórców nowego upamiętnienia – Andrzeja Sołygi, Zdzisława Pidka i Marcina Roszczyka, cały obszar obozu został zamieniony w monumentalny pomnik. W związku z tym konieczne było wycięcie rosnących w tym miejscu drzew. Wcześniej przeprowadzono jednak badania dendrologiczne mające wykazać,

44

które z nich pochodziły z czasów przed zagładą. W ten sposób kilka starszych dębów zostało ocalonych i włączonych do narracji opowiadanej przez nowy pomnik. Młodsze drzewa, posadzone dla zamaskowania zbrodni na mocy decyzji Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków zostały wycięte (Grauman 2003, s. 80-81). Jacek Nowakowski, który nadzorował prace nad pomnikiem z ramienia Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie, sugerował, by część z wyciętych drzew (w sumie było ich 370) trafiła do miejscowości, z których pochodzili zamordowani Żydzi (Węglarczyk 2001). Projekt ten nie został jednak zrealizowany. Obecne upamiętnienie przedstawia historię Żydów od momentu przybycia do obozu po śmierć w komorach gazowych. Główną jego część stanowi ogromne niedostępne dla zwiedzających szare żużlowisko nazwane przez twórców „Cmentarzem–Mogiłą” (il. 3), które przykryło ziemię zawierającą szczątki ofiar. Cmentarz–Mogiłę przecina „Szczelina– Droga” (il. 4), do której prowadzi symboliczny „Plac Przekroczenia” znajdujący się w miejscu historycznej rampy kolejowej. Plac stanowi żeliwny relief w rdzawym kolorze z wyrytymi śladami torów kolejowych przecinających się na kształt gwiazdy Dawida. Szczelina–Droga stopniowo zapada się coraz niżej pod żużlowisko do głębokości 9 metrów i prowadzi do „Niszy–Ohel” (il. 5). Podążając Szczeliną odnosi się wrażenie, iż nie ma z niej wyjścia. Cisza sprawia, że można usłyszeć echo własnych kroków, a zimne, betonowe ściany dają poczucie chłodu. Po dotarciu do Niszy–Ohel stajemy przed tablicami, na których wyryto setki żydowskich imion. Dopiero wówczas odkrywamy, że po obu stronach Niszy znajdują się schody prowadzące na „żeliwny obwód” otaczający Cmentarz–Mogiłę. Wzdłuż niego znajdują się chronologicznie uporządkowane nazwy miejscowości, w języku polskim i jidysz, z których pochodzili Żydzi zamordowani w Bełżcu. Ocalałe drzewa znajdują się na obszarze Cmentarza–Mogiły wyrastając spod skrywanej przez żużlowisko ziemi (il. 6). Jak pisze twórca pomnika (Sołyga 2004, s. 43):

45

[…] na tej uświęconej krwią ofiar ziemi pozostawiono tylko dęby – drzewa, które były świadkami zbrodni.

Surowa, ponura rzeźba pomnika koresponduje z otaczającą go żywą przyrodą Roztocza Lubelskiego, a jego ogrodzenie w symboliczny sposób wyznacza granicę między naturą a kulturą. W dalszej części pracy chciałbym zastanowić się nad tym, co spowodowało, że starsze drzewa zostały uznane za świadków zbrodni, a młodsze nie. Postaram się udowodnić, iż kryje się za tym utrwalony w humanistyce sposób myślenia, który preferuje postrzeganie drzew na sposób metaforyczny, pomijając to, czym są one organicznie.

il. 3 Cmentarz-Mogiła

il. 4 Szczelina-Droga

il. 5 Nisza-Ohel

il. 6 Drzewa „żywe pomniki”

(źródło: http://www.belzec.org.pl)

46

3. Drzewo jako świadek Przez ostatnich 30 lat w humanistyce dominowały kategorie zaczerpnięte z literaturoznawstwa takie, jak: tekst, dyskurs, trop czy metafora. Pytanie o status ontyczny przedmiotów stało się niemodne. Frank Ankersmit, jeden z przedstawicieli nurtu narratywistycznego w teorii historii, w artykule poświęconym pamięci o zagładzie określa pomnik jako metonimię. Jego zdaniem różnica między dyskursem historii, a dyskursem pamięci (świadectwa, pomniki) zawiera się w różnicy między metaforą a metonimią, która jego zdaniem bardziej zasługuje na zaufanie. Metafora niesie bowiem ze sobą niebezpieczeństwo, które polega na tym, iż sprowadza ona to, co nieznane i niewyobrażalne do tego, co znane i oswojone, tym samym dokonując „translacyjnego przekłamania”. W przeciwieństwie do metafory, metonimia zachowuje dystans i wskazuje na dzielącą ją od przeszłości różnicę. Pomnik, który stanowi przykład użycia dyskursu pamięci (Ankersmit 2004, s. 406):
[…] zwraca uwagę lub wskazuje przeszłość, otacza ją, ale nigdy nie próbuje do niej wniknąć [...]. Dostęp do Holocaustu jest w tym przypadku bardziej indeksykalny i metonimiczny niż metaforyczny.

Ankersmit próbuje wyjaśnić na czym dokładnie polega owa różnica analizując dwa pomniki z Yad Vashem. Mauzoleum Pamięci poprzez przywołanie nazw obozów koncentracyjnych i symboliczną jamę zawierającą prochy z obozów śmierci, stanowi przykład odniesienia metaforycznego. W przeciwieństwie do niego Pomnik Dzieci jest przykładem odniesienia indeksykalnego. Tworzą go słupy o ściętych czubkach symbolizujące śmierć, trójwymiarowe zdjęcia dzieci oraz lustra odbijające w nieskończoność pięć świec żałobnych. W tle słychać łagodną muzykę i recytowane nazwiska zabitych dzieci. Zdaniem Ankersmita różnica między tymi pomnikami polega na tym, iż pierwszy z nich lepiej wyraża pamięć ocalałych z zagłady, drugi zaś bardziej przema-

47

wia do młodszego pokolenia. Stąd też, podczas gdy Pomnik Dzieci wzbudza często niechęć ocalałych i spotyka się z ich strony z zarzutem kiczu, to Mauzoleum Pamięci nie przekonuje pokolenia post-pamięci, bowiem odpowiednie jego zrozumienie wymaga wiedzy i doświadczeń, których pokolenie to nie posiada. Stosunek ludzi do drzew rosnących w miejscach zagłady stanowić może przykład opisanej przez Ankersmita zmiany pokolenia pamięci. Wyrazem tego jest sposób konserwacji drzew na terenie byłego obozu w Auschwitz. Kiedy w 1957 roku Oskar Hansen zaproponował, aby teren obozu przekreślić podłużną drogą przeznaczoną dla zwiedzających, a poobozowe relikty oddać we władanie przyrody, jego projekt wywołał sprzeciw ze strony byłych więźniów obozu i ostatecznie nie został zrealizowany (zob. Piotrowski 2007). Do połowy lat 90. w miejsce schorowanych drzew sadzono nowe. Dopiero w 1994 roku zdecydowano się na pozostawianie martwych drzew. Jak pisze Barbara Zając, zajmująca się pielęgnacją drzew w Auchwitz-Birkenau (2003, s. 60):
W 1998 roku zamarły trzy drzewa, nie zostały one jednak wycięte, tylko zredukowane do bezpiecznej wielkości, tak aby martwy pień i fragmenty konarów nadal mogły świadczyć o przeszłości.

Wraz z odchodzeniem ostatnich świadków ideał autentyczności dominujący w przedstawieniach zagłady po wojnie, ustępuje miejsca nowym formom upamiętniania. Próby zachowania reliktów poobozowych, ich rekonstrukcja i konserwacja, zawierają w sobie sprzeczność, na którą zwróciła uwagę Aleida Assmann (cyt. za Kranz 2000, s. 60):
Przekształcone w miejsca upamiętnienia i muzea miejsca pamięci podlegają głębokiemu paradoksowi. Konserwacja tych miejsc w interesie autentyczności oznacza niechybnie utratę autentyczności.

W Bełżcu zadziałał jednak odwrotny mechanizm. Drzewa zostały wycięte, bowiem nie były autentyczne, co oznacza, że nie pochodziły z czasów funkcjonowania obozu.

48

Wycięcia drzew nie zdołały powstrzymać nawet nakazy judaizmu. Jak przyznaje Aleksander Wąsowicz, konsultant Komisji Rabinicznej ds. Cmentarzy, nadzorujący prace w Bełżcu (2007, s. 7):
Stare drzewa są własnością zmarłych, bo ich korzenie dotykają kości, więc im również należy się poszanowanie.

Przedstawiony powyżej sposób myślenia traktujący drzewo jako metonimię, czyli świadka „na niby”, któremu – jak sądzę – ulegli twórcy pomnika w Bełżcu, usprawiedliwia wycinanie jednych drzew, a pozostawianie innych. Jeśli zwrócimy uwagę na organiczną tkankę drzew, okaże się, że zarówno jedne, jak i drugie zawierają w sobie szczątki ofiar. W dalszej części pracy spróbuję udowodnić, iż także typologia świadka zaproponowana przez Giorgio Agambena wyklucza ten rodzaj świadka, jakim są drzewa „żywe pomniki”. W książce Co zostaje z Auschwitz Agamben odróżnia świadka w znaczeniu testis (osoba trzecia) od świadka w znaczeniu superstes (uczestnik wydarzeń). Dla włoskiego filozofa uosobieniem świadka w drugim znaczeniu jest ocalały, który z natury nigdy nie jest bezstronny i nie może w pełni zaświadczyć o tym, co wydarzyło się w Auschwitz. Na skutego tego w strukturze świadectwa powstaje luka. „Świadkiem całkowitym” mógłby być tylko Muzułman, więzień doprowadzony do kresu człowieczeństwa, pozbawiony pamięci i języka, którego widok jest nie do zniesienia. Rozróżnienia te nabierają nowego znaczenia, jeśli weźmie się pod uwagę kryjącą się za nimi relację ludzkie/nieludzkie. Muzułman wyznacza bowiem próg między tym co ludzkie i nieludzkie (Agamben 2008, s. 83):
Muzułman jest zaprzeczeniem człowieka, istotą nieludzką, która z uporem jawi się pod ludzką postacią, a zarazem formą człowieczeństwa, której nie sposób odróżnić ani oddzielić od tego, co nieludzkie.

49

Paradoksalnie zatem, gdy autor Homo sacer używa określenia „nie-ludzkie”, nie bierze pod uwagę istot innych niż „ludzkie”. W ujęciu tym, za kategorią „nie-ludzkie” kryje się inna forma człowieczeństwa. Proponowane przez Agambena określenia świadka (świadek całkowity, testis, superstes) nie oddają zatem istoty drzew rosnących w miejscach zagłady i zmuszają do poszukiwania nowych ram pojęciowych. Zakończenie Dyskusje wokół statusu świadectwa toczące się we współczesnej humanistyce ograniczone były dotąd głównie do świadectw literackich, których autorami z natury rzeczy byli ludzie. Proponuję przyjąć szerszą definicję świadectwa rozumianego nie tylko jako gatunek literacki, lecz także jako wszelkie pozostałości po przeszłości, które świadczą o niej na swój własny sposób. W ujęciu tym, świadkiem jest nie tylko człowiek, lecz także czynniki nieludzkie takie, jak: buty, włosy, klucze czy drzewa znajdujące się w muzeach zagłady. Problemem badawczym staje się natomiast nie tylko kwestia przedstawialności, lecz także problemy związane z przechowywaniem, konserwowaniem czy też organiczną zawartością świadectw przeszłości. W ten sposób postawione przez Agambena pytanie „Co zostaje z Auschwitz?” nabrać może zupełnie nowego znaczenia.

Bibliografia
Agamben G. 2008 Co zostaje z Auschwitz. Archiwum i świadek (Homo sacer III), Warszawa. Ankersmit F. 2004 Narracja, reprezentacja, doświadczenie. Studia z teorii historiografii, red. E. Domańska, Kraków. Domańska E. 2006 Historie niekonwencjonalne. Refleksja o przeszłości w nowej humanistyce, Poznań.

50

Grauman R. 2003 Realizacja nowego upamiętnienia na terenie b. obozu zagłady w Bełżcu. Stan na 30 VI 2003 r., Przeszłość i Pamięć, nr 1-2, s. 79-81. Kola A. 2000a Hitlerowski obóz zagłady Żydów w Bełżcu w świetle źródeł archeologicznych. Badania 1997-1999, Warszawa-Waszyngton. 2000b Sprawozdanie z archeologicznych badań na terenie b. obozu Zagłady Żydów w Sobiborze, Przeszłość i Pamięć, nr 3, s. 89-92. Kranz T. 2000 Miejsca pamięci czy pamięć miejsc? Rozważania o roli upamiętnienia w przekazie społeczno-historycznym, Przeszłość i Pamięć,nr 1, s. 57-63. Kuwałek R. 2005 Obóz zagłady w Bełżcu, Lublin-Bełżec. Lisiewicz P. 1983 W Bełżcu zrozumiałem, Życie Literackie, nr 30, s. 12. Piotrowski P. 2007 Sztuka według polityki. Od Melancholii do Pasji, Kraków. Reder R. 1999 Bełżec, Kraków. Schama S. 2008 Las [w:] T. Rolke, S. Schama, Tu byliśmy. Ostatnie ślady zaginionej kultury, Warszawa, s. 29-187. Sołyga A. 2004 Założenia autorskie, Architektura-Murator, nr 9, s. 41-43. Szrojt E. 1947 Obóz zagłady w Bełżcu, Biuletyn Głównej Komisji Badania Zbrodni Niemieckich w Polsce, t. 3, s. 31-45. Wąsowicz A. 2007 Życia nie starczy. Z Aleksandrem Wąsowiczem rozmawia Piotr Paziński, Midrasz, nr 4, s. 7-12. Węglarczyk B. 2001 W Bełżcu stanie niezwykły pomnik ofiar Holocaustu, 9 stycznia, http://serwisy.gazeta.pl/swiat/1,34254,634176.html (17.01.2009) Young J. E. 2004 Pamięć i kontrpamięć. W poszukiwaniu społecznej estetyki pomników Holocaustu, Literatura na świecie, nr 1-2, s. 267289. Zając B. 2003 Szary czy zielony. Problemy związane z utrzymanie zieleni na terenach muzealnych [w:] red. K. Marszałek, Chronić dla przyszłości. Międzynarodowa Konferencja Konserwatorska. Oświęcim, 23-25 czerwca 2003 roku, Auschwitz-Birkenau, s. 58-63.

51

52

Agata Wojciechowska Mateusz Janczyński Instytut Archeologii Uniwersytet Gdański Gdańsk

Archeologia zbrodni II wojny światowej w badaniach polskich
Wydawać by się mogło, że okres II wojny światowej jest bardzo dobrze opracowany historycznie. Dostępnych jest bowiem wiele przekazów źródłowych, które uzupełniają relacje żyjących wciąż świadków. Jest jednak wiele pustych plam, które zapełnić trzeba historyczną prawdą. Z taką sytuacją możemy się spotkać analizując liczne przypadki masowych mordów i ludobójstwa. Dokonywane w tajemnicy, otoczone zasłoną milczenia czekają na odkrycie. Tak było w przypadku zbrodni katyńskiej oraz ludobójstwa w niemieckich obozach koncentracyjnych. Gdy historia milczy ziemia oskarża domagając się prawdy i pamięci dla milionów ofiar. Wysłuchać jej potrafi archeolog. Choć prowadzenie badań w takich miejscach budzi wiele kontrowersji, trudno jednak zanegować ich słuszność. Musimy mieć świadomość, że tego typu prace budzą zainteresowanie nie tylko ze względu na miejsce badań, ale również same metody. Podlegają one wówczas prawie publicznej dyskusji i częstej krytyce. Odkrycia z Miednoje, Charkowa i Katynia trafiły na pierwsze strony gazet. Można więc tylko się domyślać jak wielka presja ciążyła na badaczach, którym również towarzyszyły bardzo różne emocje i uczucia.

53

1. Zbrodnia katyńska Podpisany 23 sierpnia 1939 roku tajny protokół do paktu Ribbentrop-Mołotow stał się bezpośrednią przyczyną ataku ZSRR na Polskę. Rozpoczęte 17 września 1939 roku działania zbrojnie istotnie przyczyniły się do klęski polskiej armii. Zgodnie z zaleceniem polskiego dowództwa, żołnierze mieli unikać działań bojowych w stosunku do Armii Czerwonej i stawiać opór tylko w wypadku bezpośredniego ataku. Doprowadziło to do wzięcia do niewoli około 200 000 polskich żołnierzy, którzy wbrew międzynarodowemu prawu zostali bezpośrednio przekazani NKWD. Wiązało się to również z utratą statusu jeńców wojennych i wszystkich praw z tego wynikających. Później z grupy przetrzymywanych więźniów wydzielono szeregowców oraz żołnierzy pochodzenia ukraińskiego i białoruskiego. Grupę tą określono jako „skorą do współpracy” i po pewnym czasie wypuszczono. Pozostałych więźniów, tj. około 15 tysięcy polskich oficerów, zgrupowano w trzech obozach: Ostaszkowie, Kozielsku i Starobielsku. 5 marca 1940 roku Ludowy Komisarz Spraw Wewnętrznych Ławrientij Beria wystosował do Józefa Stalina notę nr 794/B. W dokumencie tym Beria stwierdza, iż przetrzymywani żołnierze stanowią „zdeklarowanych i nie rokujących nadziei poprawy wrogów władzy sowieckiej”, dlatego też w pełni uzasadniona jest ich eksterminacja. Już 3 kwietnia 1940 roku zaczęto przewozić polskich oficerów na miejsca straceń 1 . Pierwszym niepokojącym sygnałem dla rodzin był brak kontaktu z więźniami od wiosny 1940 roku. Całość korespondencji była odsyłana, a próby uzyskania jakichkolwiek informacji o losach żołnierzy od władz radzieckich pozostawał bez odpowiedzi. Sytuacja ta zmieniała się dopiero po zajęciu tych terenów przez armię niemiecką w 1942 roku. Już na
Z obozu w Kozielsku do Katynia, ze Starobielska do Charkowa oraz z Ostaszkowa do Miednoje.
1

54

wiosnę następnego roku rozpoczęto badania w lesie katyńskim. Początkowo miały one charakter rekonesansu na domniemanym wówczas cmentarzysku polskich oficerów. Szybko jednak prace objęły swoim zakresem także eksplorację mogił oraz ekshumację zwłok. Głównym celem tych badań było udowodnienie, iż zbrodni dokonali sowieci. Podjęto również próbę identyfikacji poszczególnych ciał oraz określenia szacunkowej liczby ofiar. Niemcy do swych działań zaprosili również niezależnych obserwatorów z Międzynarodowego Czerwonego Krzyża oraz jeńców wojennych, w tym Polaków. W rezultacie Niemcy zlokalizowali 8 dołów śmierci, z których 7 udało im się przebadać i prawie całkowicie ekshumować. Po zakończeniu prac polowych, został zorganizowany cmentarz zwany Cmentarzem Polskiego Czerwonego Krzyża. Po odzyskaniu tych ziem przez Armię Czerwoną do Katynia została wezwana specjalna komisja pod kierownictwem N. Burdenki. Miała ona ustalić „okoliczności rozstrzelania w Lesie Katyńskim polskich jeńców wojennych przez niemiecko-faszystowskich najeźdźców”. Prace tej komisji polegały głównie na fałszowaniu dowodów oraz dopasowaniu niewygodnych faktów do propagandowego kłamstwa, które władze komunistyczne utrzymywały przez prawie 50 lat. Przełom nastąpił 13 kwietnia 1990 roku. W tym dniu ówczesne władze Związku Radzieckiego przedstawiły oświadczenie, w którym winą za dokonanie mordu na polskich oficerach przetrzymywanych w Kozielsku, Ostaszkowie i Starobielsku w latach 1939-1940 obarczyły NKWD. Od tego momentu znacznie nasiliły się działania strony polskiej w celu pełnego wyjaśnienia zbrodni katyńskiej. Stan wiedzy o tych wydarzeniach został znacznie wzbogacony przez odtajnienie i przekazanie znacznej części rosyjskiej dokumentacji. Jednak nawet nowo uzyskane informacje pozostawiały wiele niewyjaśnionych aspektów, a postawione wcześniej tezy wymagały rzetelnej źródłowej weryfikacji. Z uwagi na złożoność badanego zagadnienia uznano, że podjęte działania powinny

55

mieć charakter interdyscyplinarny. Dlatego też już od 1991 roku w zespole badawczym znajdowali się przedstawiciele takich nauk, jak: archeologia, antropologia, medycyna sądowa, historia, falerystyka, mundurologia, prawo, geodezja. Znajdujące się na stanowisku groby zostały potraktowane, jako antropogeniczne obiekty kulturowe, dlatego ich lokalizacja oraz wszelkie prace badawcze zostały powierzone archeologii. Istotny jest również fakt, że prace terenowe prowadzili naukowcy z różnych ośrodków badawczych 2 . Sytuacja ta była pod wieloma względami korzystna. Pozwalała bowiem na konsultację oraz wypracowanie wspólnej, naj-bardziej odpowiedniej metodyki. Każde stanowisko miało jed-nak swoją niewątpliwą specyfikę, a zastana sytuacja oraz pew-ne względy losowe wymagały dostosowania metod tak, aby przyniosły one jak najlepsze rezultaty. Problem dobrania odpowiedniej metody badawczej był dość istotny od początku prac. Trzeba przy tym podkreślić, że treść umów zawartych pomiędzy stroną polską a rosyjską ulegała zmianom, poszerzając tym samym zakres prowadzonych działań. W 1991 roku obejmował on wyłącznie prace rekonesansowe w Miednoje i Charkowie. Dopiero porozumienie zawarte 22 lutego 1994 roku, „o grobach i miejscach pamięci ofiar wojen i represji” z Federacją Rosyjską 3 pozwoliło na znaczne zwiększenie zakresu prowadzonych prac. Polscy naukowcy uzyskali wówczas pozwolenie na badania sondażowo-topograficzne. Rok później ich zakres obejmowały również badania sondażowo-ekshumacyjne. Zmiany te nie były jednymi trudnościami, z jakimi musieli zmierzyć się polscy badacze. Wiele problemów było
Badania w Charkowie prowadził początkowo prof. A. Nadolski, a później prof. A. Kola, natomiast w Katyniu i Miednoje głównym koordynatorem był doc. M. Głosek. Lista wszystkich badaczy biorących udział w tym projekcie jest bardzo długa i obejmuje kilkadziesiąt nazwisk specjalistów z różnych dziedzin. 3 21 marca 1994 porozumienie o tej samej treści zostało podpisane ze stroną ukraińską, co pozwoliło na kontynuowanie badań na stanowisku w Charkowie.
2

56

spowodowane niewywiązaniem się strony rosyjskiej z podpisanych wcześniej deklaracji. Dotyczyły one głównie zapewnieniu odpowiedniego zabezpieczenia technicznego i logistycznego. Zmieniano również często ustalone wcześniej terminy, skracając tym samym czas prowadzonych badań terenowych. Rosjanie nie udostępnili również map topograficznych. Polscy badacze musieli wykonać wszystkie szkice i mapy wysokościowe, co również opóźniło prace i wymagało późniejszych weryfikacji. Problemem stała się również sama lokalizacja stanowisk. Zarówno w Charkowie, jak i Miednoje teren, na którym znajdowały się cmentarzyska porastał gęsty i wysoki las. Uniemożliwiało to wykonanie aktualnej fotografii lotniczej oraz użycie ciężkiego sprzętu, który mógłby przyspieszyć prace. Badacze mieli do dyspozycji niemieckie zdjęcia lotnicze z czasów II wojny światowej, jednak nie ukazywały one rzeczywistego stanu. Obszar, na którym znajdowały się stanowiska w Katyniu był bowiem wielokrotnie przekształcany. Przeprowadzone w 1991 roku badania w Charkowie i Miednoje miały na celu zidentyfikować domniemany cmentarz polskich oficerów więzionych w obozach w Starobielsku i Ostaszkowie. Miały one charakter rekonesansu archeologicznego, przy bardzo ograniczonym udziale prac ekshumacyjnych. Początkowo polscy badacze mieli dołączyć do ekipy radzieckiej powołanej przez Naczelną Prokuraturę Wojskową ZSRR. Polscy naukowcy szybko jednak przejęli inicjatywę i to oni realnie kierowali pracami na stanowiskach. Pełniej opracowane i bardzo dobrze udokumentowane zostało cmentarzysko w Charkowie. Dlatego też większość przytoczonych w niniejszej pracy przykładów pochodzi właśnie z tego stanowiska. Lokalne władze wskazały obszar IV kwartału leśnoparkowego jako miejsce grzebania ofiar NKWD w latach 1939-1941. Na tym terenie od latach 70. i 80. XX wieku istniało sanatorium dla członków KGB, dlatego też obszar ten został ogrodzony i zamieniony w park sanatoryjny.

57

W późniejszych latach budynek przekształcono na mieszkania dla funkcjonariuszy KGB. Kilka dni przed przyjazdem polskoradzieckiej ekipy, teren domniemanego cmentarzyska został na nowo ogrodzony, wybudowano także pomnik ku czci pomordowanych. Prace prowadzone był przez okres dwóch tygodni, od 25 lipca do 9 sierpnia. Głównym celem było ustalenie obecność szczątków polskich oficerów wśród grobów ofiar NKWD z lat 1938-1941. Niezbędna więc była dokładna lokalizacja wszystkich grobów masowych znajdujących się na tym stanowisku. Eksploracji archeologicznej podlegały zarówno obiekty, jak i znaleziska luźne. Ograniczenia czasowe uniemożliwiły jednak podjęcie pełnych działań metodycznych. Wszelkie podejmowane czynności były tak dobierane, aby mogły przynieść badaczom jak największą ilość danych. W 1991 roku badania ograniczono więc do lustracji terenu oraz wykonywanych ręcznie lub za pomocą koparki wkopów sondażowych. Ponieważ na powierzchni stanowiska nie rysowały się jednoznacznie obiekty, sondaże lokalizowano w znacznym stopniu przypadkowo i niemetodycznie (lokalne służby KGB sprowadziły do Charkowa różdżkarza, lecz jego działania okazały się mało skuteczne). Choć układ wkopów był rozproszony to znajdowały się one głównie w centralnej i południowej części wydzielonego terenu. Łącznie wykonano 49 sondaży: 29 przekopano ręcznie, a 20 przy pomocy koparki. Wymiary ręcznych wkopów były różne, jednak nie przekraczały na ogół kilku metrów. Sondaże wykonywane za pomocą koparki miały szerokość czerpaka (około 70 cm), a ich długość dochodziła do 37 metrów. Wszystkie wkopy został naniesione na przygotowaną mapę topograficzną, kolejno ponumerowane, a wielkości ich rzutów poziomych została oznaczona. Dodatkowo sondaże zostały przeprowadzone dla zlokalizowania żelaznych słupków płotu cmentarnego, ułatwiło to późniejsze ich namierzenie.

58

Większość wkopów przedstawiała nieprzekształconą antropogenicznie strukturę. Tylko w nielicznych natrafiono na ślady grobów, które sięgały na głębokość około 200 cm. W pięciu sondażach (nr V, XXII, XXIV, XXX, XXXIX), natrafiono na szczątki kostne wraz z towarzyszącymi im przedmiotami niewątpliwie należącymi do ofiar pochodzenia polskiego. Niestety tylko dwa z nich (nr V i XXII) zostały w całości przebadane (Kola 2005). Sytuacja stratyfikacyjna obydwu obiektów była dość podobna. Od poziomu powierzchni do około 100 cm zalegała ciemnobrunatna warstwa gliny z domieszką próchnicy. W niższej partii tego poziomu pojawiały się pojedyncze mobilia oraz luźne kości ludzkie. Kolejną warstwę tworzyły już ludzkie szczątki w prawie nienaruszonym układzie anatomicznym. Miąższość warstwy nie przekraczała na ogół 100– 120 cm. Na tym poziomie zachowały się także fragmenty tkanki miękkiej, głównie w przemianie woskowo-tłuszczowej. Podczas eksploracji zostały również wydobyte liczne zabytki, których analiza pozwoliła jednoznacznie stwierdzić, że w badanych grobach znajdują się szczątki polskich oficerów. Archeologiczny calec, w postaci siwego iłu, stwierdzono na głębokości około 200 cm. Podczas eksploracji wkopu nr V stwierdzono również zaburzenie w układzie stratyfikacyjnym przez wtórny wkop o głębokości około 100 cm. Fakt ten może potwierdzać wcześniejsze informacje o poszukiwaniach rabunkowych z lat 70. W wykopie XXII natknięto się natomiast na substancje mazistą o białawoszarej barwie. Występowała ona zarówno w wierzchniej warstwie, jak i na poziomie zalegania szczątków ludzkich. Przypuszcza się, iż była to bliżej nieokreślona substancja chemiczna. Pomimo starań nie udało się jednak ustalić czy umieszczono ją bezpośrednio po wypełnieniu grobów, czy dokonano tego w okresie późniejszym. Wspomniane wcześniej ograniczenia czasowe i techniczne spowodowały, że w odkrytych jamach grobowych pro-

59

wadzono uproszczoną eksploracje mechaniczną, którą uzupełniano o rzetelną dokumentację opisową i fotograficzną. Aby uzyskać jak największą ilość informacji zrezygnowano z powszechnie stosowanych praktyk. Przykładem może być eksploracja obiektów z niepełnym uwzględnieniem ich układu stratyfikacyjnego, rezygnacja z trójwymiarowej lokalizacji przy użyciu aparatury pomiarowej czy nie wykonywanie bieżącej dokumentacji rysunkowej na stanowisku. Na mocy podpisanej w 1994 roku umowy między Polską a Rosją, prace archeologiczne miały zostać prowadzone na trzech stanowiskach. We wszystkich przypadkach miały one charakter sondażowo-topograficzny. Ciekawym przypadkiem do analizy jest tutaj stanowisko w lesie katyńskim, ze względu na jego specyfikę. Teren, na którym znajdują się groby polskich żołnierzy był bowiem od roku 1940 wielokrotnie naruszany. Taki stan rzeczy zmusił badaczy do poszukiwania najskuteczniejszej metody eksploracji. Początkowo rozważano zastosowanie metody nieinwazyjnej: elektrooporowej lub magnetycznej. Jednak licznie prowadzone na tym terenie prace terenowe doprowadziły do znacznego przemieszania warstw ziemnych. Mając na uwadze wszystkie zaistniałe trudności, postanowiono prowadzić badania za pomocą ręcznego świdra geologicznego o średnicy strzemiączka 2,5 i 3 cale (Głosek 2003). Metoda ta jest powszechnie stosowana w osadach, gdyż pozwala na szybkie określenie układu stratyfikacyjnego. Ponieważ przedmiotem badań były mogiły zbiorowe, odwierty mogły pozwolić na szybką ich lokalizację. Metoda ta pozwalała również na określenie miąższości warstw bez konieczności prowadzenia czasochłonnych badań sondażowych. Tym sposobem badacze mogli również lokalizować doły śmierci, gdyż w ich wnętrzu wciąż znajdował się pojedyncze kości oraz liczne przedmioty. W 1994 roku przed każdą ekipą zostały postawione indywidualne cele, które badacze realizowali podczas wykopalisk. W wypadku Katynia była to głównie lokalizacja cmen-

60

tarza Polskiego Czerwonego Krzyża założonego w 1943 roku. Wiązało się to również z odtworzeniem jego granic oraz wyznaczeniem poszczególnych mogił. Badacze mieli również określić czy na stanowisku zachodziły inne procesy podepozycyjne w latach późniejszych. Równie istotną kwestią było odnalezienie dołów śmierci, w których złożono ciała polskich oficerów bezpośrednio po egzekucji. W tym przypadku kluczowe znaczenie miał dół śmierci nr 8. Według źródeł w tym obiekcie miały znajdować się szczątki ludzkie w nienaruszonym układzie. Jego eksploracja pozwoliłaby nie tylko na odtworzenie pierwotnego układu stratyfikacyjnego dołów śmierci, ale również na określenie chronologii oraz uzupełnienie listy pomordowanych żołnierzy. Badaniami objęto również okolice dołów śmierci nr 1-7 w celu upewnienia się, czy nie znajdują się tam inne pochówki, zarówno oficerów polskich, jak i ludności rosyjskiej (Głosek 2003). Zaburzenia pierwotnego układu miały również wpływ na stan zachowania materiału kostnego. Wielokrotne przenoszenie szkieletów i ponowne ich deponowanie doprowadziło do naruszenia układu anatomicznego. Szkielety były również niekompletne i przemieszane. Znacznie utrudniało to pracę antropologom i lekarzom sądowym. W 1994 roku w Katyniu za podstawę wyliczeń uznano liczbę czaszek, jednak metoda ta nie odpowiadała rzeczywistej liczbie szkieletów. Analizy antropologiczne pozwoliły również określić przyczynę śmierci oficerów. W większości wypadków był to pojedynczy strzał w tylną część głowy. W jednym wypadku stwierdzono aż pięć otworów wlotowych, a w dwóch po trzy. Dokładna lokalizacja cmentarza PCK i jego pomiary pozwolił na weryfikację wcześniejszych informacji na temat tego kompleksu. Mierzy on 45 x 33 m, a nie 60 x 60 m, jak podawano we wcześniejszych publikacjach. Istotny jest również fakt, że usypane nad mogiłami kopce nie odpowiadają znajdującymi się poniżej jamom grobowym.

61

W 1995 roku kontynuowano badania, jednak ich zakres poszerzono o pełną ekshumację zwłok. Pozwoliło to na szersze opracowanie antropologiczne i na dopełnienie szacunkowej listy ofiar. Wraz z całkowitą eksploracją mogił zwiększyła się liczba znalezisk. Były to głównie przedmioty osobiste. Do tej grupy należą nie tylko części umundurowania, obuwie czy polskie oznaczenia, które potwierdzają tożsamość ofiar, ale również dokumenty i gazety, które pomogły w określeniu chronologii tych stanowisk. Materiały wydobyte na cmentarzu PCK w Katyniu wymagały jednak weryfikacji z uwagi na działalność komisji N. Burdenki. Szczególne miejsce wśród znalezisk zajmują tzw. znaczki identyfikacyjne. Niewielkie blaszki metalowe z wybitymi informacjami (dane osobowe, stopień, miejsce urodzenia itp.), pozwoliły na pełną identyfikację niektórych osób. Prace prowadzone w 1995 roku 4 doprowadziły również do odtworzenia pełnej planigrafii cmentarzysk w Katyniu, Charkowie i Miednoje. Plany te stały się punktem wyjścia działań Rady Ochrony Pamięci Walki i Męczeństwa do ustanowienia polskich cmentarzy wojennych. Fakt zakończenia prac polowych i utworzenie polskich cmentarzy nie oznacza jednak, że badania można uznać za zakończone. Dalsze działania powinny objąć nie tylko opracowanie wydobytych i przewiezionych do Polski przedmiotów i ich konserwację, ale również dalsze prace terenowe. Chodzi tu głównie o lokalizacje miejsc egzekucji oraz szerszą lustrację terenu wokół mogił. Trzeba jednak przyznać, iż dotychczasowe dokonania wszystkich zespołów badawczych są olbrzymie, a informacje zdobyte podczas prac wykopaliskowych znacznie rozszerzyły historyczną wiedzę na temat okoliczności i przebiegu zbrodni katyńskiej.

4

Na stanowisku w Charkowie prace kontynuowano w 1996 roku.

62

2. Badania archeologiczne na terenach niemieckich obozów koncentracyjnych Skala zbrodni i nieszczęść spowodowanych przez Niemców i Sowietów jest porównywalna. Statystyki nawet skłaniają do stwierdzenia, że reżim komunistyczny przyczynił się do śmierci o kilka milionów więcej ofiar niż nazizm. Również metody stosowane przez Sowietów nie odbiegały znacznie od metod hitlerowców, różniąc się jedynie brakiem komór gazowych i dymiących krematoriów. Zarówno na wschodzie aż po Kamczatkę, jak i w centralnej Europie powstała sieć obozów, w których ginęły miliony ludzi. Niemieckie obozy koncentracyjne różniły się sposobem uśmiercania ofiar. Słusznie obozy koncentracyjne można nazwać „fabrykami śmierci”. Były one doskonale zorganizowane, skrupulatnie i bezwzględnie dokonywano w nich mordu na ogromną skalę. Choć w niemieckich obozach koncentracyjnych mordowano osoby wszystkich narodowości (również Niemców), to jednak największa liczba ofiar była wśród przedstawicieli narodu żydowskiego. Szacuje się, że śmierć poniosło 5,4 mln Żydów, w tym 3 180 000 obywateli polskich żydowskiego pochodzenia (Czubiński 2006). Pierwsze akty przemocy wobec Żydów można datować na ziemiach polskich od września 1939 roku. 8 października 1939 roku utworzono getto w Piotrkowie Trybunalskim, zaś w trakcie kolejnego roku powstało kolejnych kilkadziesiąt gett, z których największe zlokalizowano w Warszawie, Łodzi i Krakowie. Naziści skupili Żydów w gettach, aby łatwiej kontrolować ponad 3 milionową grupę ludzi i wykorzystywać ich jako tanią siłę roboczą. Stłoczeni na niewielkiej przestrzeni, z braku żywności i lekarstw umierali tysiącami. Mordy na masową skalę rozpoczęły się po konferencji w Wansee 20 stycznia 1942 roku, kiedy ustalono plan „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej”,

63

jak eufemistycznie określano to ludobójstwo. Żydów z gett i miasteczek kierowano do obozów koncentracyjnych. W obozach takich, jak Auschwitz-Birkenau i Sobibór przywiezionych w bydlęcych wagonach poddawano selekcji. Zdrowych i silnych pozostawiano przy życiu, aby jednak w myśl zasady „Vernichtung durch Arbeit” (zagłada poprzez pracę) również ich zamordować 5 . Dzieci, kobiety w ciąży, niepełnosprawni i starcy kierowani byli wprost do komór gazowych, gdzie w ciągu dwóch godzin od przyjazdu w brutalny sposób pozbawiano ich życia (gaz Cyklon B powodował duże cierpienia przed śmiercią) 6 (Greif 2001). Następnie wyrywano złote zęby i strzyżono głowy zamordowanych kobiet. Początkowo ciała pomordowanych zakopywano w wielkich grobach masowych. Jednak Niemcy, świadomi popełnionych zbrodni starali się ukryć dowody. Rozpoczęto więc akcję ekshumacji ich ciał i kremacji na wielkich „rusztach” z szyn kolejowych (jednocześnie spalano do 1000 ciał) lub w wykopanych dołach, polewając substancjami łatwopalnymi. Działały również krematoria, doskonale rozplanowane, spalające tysiące ciał dziennie (Greif 2001). W Bełżcu (600-800 tys. ofiar) czy Treblince II (800920 tys.) bezpośrednio po przywiezieniu, mordowano całe transporty, liczące do 5000 osób. Dziennie Niemcy mordowali 8-10 tys. osób. Nie przeprowadzano selekcji, wszystkich kierowano wprost do komór gazowych. Czasem przedłużano życie nielicznych mężczyzn zatrudnianych do niewolniczej pracy w tzw. Sonderkommandach, gdzie zajmowali się m.in. opróżnianiem komór gazowych i kremacją pomordowanych. Ich jednak również po jakimś czasie zabijano jako „wtajem5

Średnio około 10% ludzi z transportu tymczasowo ocalonych kierowano do pracy niewolniczej (Greif 2001). 6 W Chełmnie nad Nerem, Bełżcu i Treblince mordowano przy użyciu tlenku węgla wytwarzanego za pomocą silnika spalinowego. W obozie w Chełmnie ofiary ładowano do ciężarówek, których rury wydechowe skierowane były wprost do szczelnej skrzyni ładunkowej. Była to metoda tańsza i mniej niebezpieczna dla obsługi niż mordowanie Cyklonem B.

64

niczonych”. W miarę zbliżania się Armii Czerwonej, rozpoczęto akcję likwidacji obozów zagłady, zacierania śladów po zbrodniczej działalności. Obozy natychmiastowej zagłady nie były też już potrzebne, po dwóch latach działalności wymordowano większość Żydów. Przed wkroczeniem na tereny Polski wojsk radzieckich Niemcy zrównali z ziemią obozy w Treblince, Bełżcu i Chełmnie nad Nerem. Po wojnie prowadzono wielokrotnie prace ekshumacyjne oraz śledztwa. Prawdziwy jednak wygląd tych miejsc uległ zatarciu. Zagładę przetrwali też nieliczni świadkowie tamtych wydarzeń. Traumatyczne przeżycia spowodowały u nich silne załamania psychiczne, co dodatkowo uniemożliwiało odtworzenie prawdy o tych miejscach. Ponadto po wojnie nie dbano o właściwe upamiętnienie miejsc kaźni setek tysięcy ludzi. W Chełmnie utworzono GS i składy opału, a w Bełżcu tartak. Podjęte w latach 60. XX wieku prace porządkujące przyczyniły się do dalszego zatarcia śladów po tych obozach. W tej części pracy odniesiemy się do badań na terenach obozów koncentracyjnych w Bełżcu, Chełmnie i Sobiborze, ze względu na największą wartość poznawczą i interesującą metodykę tych badań. Należy zauważyć, że do kategorii badań archeologicznych miejsc zbrodni XX wieku można zaliczyć jeszcze inne przedsięwzięcia takie, jak A. Koli w Jedwabnem czy obozie jenieckim Gross Born. Miejsca te jednak miały odmienną specyfikę niż omawiane obozy zagłady. Zauważyć należy, że istotą badań obozów zagłady jest poznanie prawdy niedostępnej za pośrednictwem innych źródeł niż archeologiczne, ze względu na brak świadków lub lakoniczne relacje ocalałych. Ponadto badania tych miejsc nie mają charakteru prac ekshumacyjnych, a jedynie określają lokalizację obiektów i masowych grobów. Zawsze bowiem starano się nie ingerować w struktury grobowe, aby uszanować pamięć setek tysięcy zamordowanych oraz żydowski nakaz religijny zabraniający rozkopywania grobów.

65

Przed 1989 rokiem nie prowadzono badań archeologicznych na większą skalę. W Oświęcimiu w latach 60. XX wieku przeprowadzono kilka poszukiwań nie zawsze pod nadzorem archeologa, mających na celu odnalezienie ukrytych pamiętników napisanych przez członków Sonderkommanda 7 . Badania te jednak nie były przeprowadzone zgodnie z wymogami naukowych badań archeologicznych. Z tego powodu zostaną one pominięte w niniejszej pracy. W latach 90. XX wieku badania nad martyrologią Żydów weszły w nowy etap. Polska otworzyła się na świat. Konieczne było nie tylko ponowne upamiętnienie ofiar Holocaustu poprzez budowę pomników i nowoczesnych placówek muzealnych, ale także odkrycie białych plam w historii XX wieku. Nastąpił wzrost międzynarodowego zainteresowania historią zagłady, co zaowocowało szeregiem inicjatyw wspieranych przez instytucje zagraniczne takie, jak np. United States Holocaust Memorial Museum. Badania archeologiczne musiały dać odpowiedź na wiele pytań. W związku z pracami upamiętniającymi (budową pomników i infrastruktury muzealnej) należało poznać dokładne rozplanowanie obozów śmierci tak, aby nie naruszać prochów zmarłych w trakcie tych prac. Istotne też było dokładne rozpoznanie masowych grobów, pozostałości komór gazowych i innych budynków obozowych. Ponadto znaleziono wiele przedmiotów osobistych należących do ofiar, które będą wyeksponowane w tworzonych lub istniejących muzeach jako jedyne materialne pozostałości po setkach tysięcy istnień ludzkich. Na największą skalę prowadzono badania archeologiczne w obozie zagłady w Bełżcu. Kierownikiem działań prowadzonych w latach 1997-1999 był Andrzej Kola. Obóz ten, mimo olbrzymiej liczby ofiar (600-800 tys.) pozostawał jednym z mniej znanych i słabo opracowanych pod względem
Według relacji zakopano nawet 30 pamiętników osób świadomych niechybnej śmierci, które w ten sposób pragnęły przekazać informacje o popełnianych zbrodniach.
7

66

badawczym. Znane są relacje dwóch świadków opisujących zabudowę obozu, które jednak należy uznać za niespójne. W świetle tych wspomnień obóz zajmował teren o bokach długości około 250-285 na 205 m. Do obozu doprowadzono bocznicę kolejową. Centralnie znajdowały się komory gazowe, „fryzjernie” i miejsce, gdzie ofiary rozbierały się przed śmiercią. W niewielkiej odległości od komór gazowych zlokalizowane były doły śmierci, do których ciała pomordowanych dowożono wózkami szynowymi pchanymi przez więźniów z obsługi obozu. Ekipa A. Koli prowadziła badania metodą odwiertów oraz wykopaliskową w miejscach, gdzie nie stwierdzono obecności grobów. Ponadto przeprowadzono szereg analiz specjalistycznych takich, jak: analizy chemiczne znalezionych substancji, badania mikroskopowe próbek z badań sondażowych. Metodę sondaży wiertniczych zastosowano wcześniej w trakcie badań archeologiczno-ekshumacyjnych na cmentarzach oficerów Wojska Polskiego zamordowanych przez Rosjan w 1940 roku. W Bełżcu wykonano 2227 odwiertów badawczych, które zasięgiem przekraczały domniemany zasięg obozu. Głębokość wykonywanych odwiertów uzależniona była od charakteru nawarstwień i od poziomu występowania calca. Odwierty wykonywano świdrami o średnicy pióra 2,5 cala (około 6,5 cm) stosowanymi w badaniach geomorfologicznych. Założono siatkę obejmującą powierzchnię około 30 ha, dzięki czemu dokładnie wyznaczono miejsca odwiertów sondażowych. Odwierty wykonano co 5 m, a w wyjątkowych przypadkach co 2 lub 1 m. Pozwoliło to na dość precyzyjne określenie położenia grobów i obiektów obozowych. Najczęściej zwłoki zalegały na głębokości 3,5 m od powierzchni. Spąg grobów znajdował się na głębokościach 4,5–5,0 m, nieraz sięgając do poziomu występowania wody gruntowej. Miąższość warstwy zwłok dochodziła do 2 m. Brak dostępu tlenu oraz płytko występująca woda gruntowa spo-

67

wodowały, że zwłoki uległy przemianie w masę woskowotłuszczową. Górne warstwy grobów składają się z przepalonych szczątków ludzkich, co związane jest z próbami zatarcia śladów mordu przez Niemców. Zlokalizowano również groby jednorodnie ciałopalne, charakteryzujące się ponadto mniejszymi rozmiarami. Zauważyć należy, że zacieranie śladów zbrodni, a także powojenna działalność na terenie obozu doprowadziła do przemieszania warstw i zaburzenia układu stratyfikacyjnego. Przepalone szczątki ludzkie zauważalne były na powierzchni do czasu ostatecznego zagospodarowania i uporządkowania terenu na początku XXI wieku. Na 2227 odwiertów, w 225 natrafiono na struktury grobowe wypełnione szczątkami ludzkimi pod postacią przepalonych kości oraz zwłok w przemianie woskowo-tłuszczowej. W grobach zarejestrowano też kości nie do końca spalone, ślady węgli drzewnych (pozostałości po stosach ciałopalnych) oraz drobne przedmioty osobiste i śmieci (fragmenty butelek, gwoździe, blacha). Łącznie stwierdzono obecność 33 dołów śmierci, zazwyczaj o regularnym, prostokątnym kształcie. Groby rozmieszczone były w dwóch strefach o odmiennej charakterystyce i chronologii. W rejonie północnozachodniego narożnika obozu, Niemcy utworzyli 21 dołów grobowych znacznych rozmiarów 8 , niekiedy o objętości ponad 1500 m3. W północnowschodniej części obozu znajdowało się 12 grobów, w większym rozproszeniu oraz mniejszych rozmiarów. Na 33 groby 10 zawierało szczątki, w górnych partiach poddane kremacji, zaś w dolnych w przemianie woskowo-tłuszczowej. W grobach pierwotnie nieciałopalnych nad warstwą zwłok zarejestrowano ślady wapna, które miało na celu przyspieszenie ich rozkładu . Ogólna objętość grobów wynosi w przybliżeniu 21000 m3, zaś powierzchnia grobów 5200 m2. Rozlokowanie obiektów obozowych o charakterze niegrobowym w świetle relacji świadków budziło wątpliwości
8

Dół śmierci nr 10 – 2100 m3, nr 14 – 1850 m3, nr 7 – 1600 m3.

68

i zawierało liczne nieścisłości. Ponadto dokładne usytuowanie tych obiektów było nieznane. Badania metodą odwiertów, choć umożliwiło zlokalizowanie struktur antropogenicznych, nie pozwalało jednak na dokładną analizę zarejestrowanych obiektów. Konieczne było więc odsłonięcie metodami wykopaliskowymi wstępnie rozpoznanych struktur. Próbowano zidentyfikować obiekty takie, jak komory gazowe, baraki związane z gromadzeniem i pozyskiwaniem mienia ofiar, baraki wartowników, wieże wartownicze, rampa kolejowa, relikty ogrodzenia. Rampa kolejowa została zidentyfikowana w wykopach 1/97, 2/97, 3/97, 4/97 o szerokości 1 m i długości odpowiednio 8, 14, 10, 8,5 m. Nie odsłonięto całego przebiegu bocznicy kolejowej. Stwierdzono występowanie dwóch torowisk, umieszczonych na drewnianych podkładach oraz konstrukcji, prawdopodobnie peronów. Na terenie byłego obozu odkryto pozostałości ośmiu budynków oznaczonych w trakcie badań literami od A do H. Największy z nich (oznaczony literą D), o wymiarach 12 x 26 m, pełnił prawdopodobnie rolę warsztatu samochodowego, o czym świadczy zachowany kanał naprawczy. Nie jest jednak wykluczone, że mógł on służyć jako komora gazowa. Podzielony był na 6 identycznych pomieszczeń o powierzchni około 45 m2. Odpowiadałoby to relacji Kurta Gersteina 9 . Możliwe, że kanał do naprawy samochodów zbudowano później, już po zaprzestaniu mordów (pod koniec 1942 roku). Domniemaną komorą gazową mógł być też budynek G o wymiarach 3,5 na 15 m. Przemawiało by za tym jego usytuowanie w pobliżu masowych grobów oraz konstrukcja – lekka, wykonana z drewna, o czym wspominają świadkowie. Duże trudności w przypisaniu roli komory gazowej kon9

Kurt Gerstein był oficerem SS i członkiem Instytutu Higieny Waffen-SS. Próbował poinformować o mordach Aliantów oraz papieża Piusa XII. Jego relacja z obozów w Bełżcu i Treblince znana jest jako „Raport Gersteina” (źródło: www.kurtgerstein.de 2008).

69

kretnym reliktom archeologicznym utrudniają rozbieżne opisy tych budowli przez różnych świadków. Stanisław Kozak, zatrudniony jako pracownik przy budowie komory gazowej, opisał ją jako konstrukcję drewnianą o wymiarach 12 na 8 m. Możliwe jednak, że budynek ten zastąpiono większym i solidniej wykonanym, co odpowiada budynkowi D. Inny świadek R. Reder twierdził, że centralne miejsce obozu zajmowała betonowa komora gazowa dużych rozmiarów, czego nie potwierdziły badania wykopaliskowe. Pozostałe budynki, których przeznaczenie można określić to wartownia oraz inny pełniący funkcję np. ambulatorium dla załogi (mogą o tym świadczyć liczne ampułki po lekarstwach oraz przedmioty takie, jak strzykawki i igły). Budynki A, B, C, H nie zostały określone pod względem funkcjonalnym. Są one niewielkich rozmiarów, wykonane bardzo prymitywnie i niedbale. Podczas eksploracji wszystkich zabudowań odkryto wiele przedmiotów osobistych po zamordowanych lub członkach załogi 10 (Kola 2000a). Obóz koncentracyjny w Chełmnie nad Nerem funkcjonował od jesieni 1941 do 1944 roku 11 . Podobnie jak Bełżec był to obóz natychmiastowej zagłady, z której wyłączano chwilowo mężczyzn pracujących przy grzebaniu ciał, ewentualnie innych pracach. Ofiary zagazowywano w zamkniętych ciężarówkach, jednocześnie uśmiercając 80-170 osób. Następnie ciała zakopywano w masowych grobach. Od 1942 roOdkryto m.in. 304 fragmenty betonowych krążków o średnicy 6 cm. i grubości 1 cm. Ich przeznaczenie nie jest znane. Zlokalizowanie ich w obrębie budynku D (domniemanej komory gazowej) może nasuwać hipotezę, że były to numery oznaczające, np. wieszak, na którym dana osoba złożyła swoje ubrania. Oczywiście jedynym powodem rozdawania takich numerów było wprowadzanie ofiar w błąd do ostatniej chwili. Niemcy bowiem najbardziej bali się paniki wśród ofiar, co mogłoby zakłócić sprawne przeprowadzenie mordu, o czym wiemy ze wspomnień członków Sonderkommanda z Auschwitz (Greif 2001). 11 Pomiędzy kwietniem 1943 a czerwcem 1944 zaprzestano eksterminacji, wznowiono ją, aby zdążyć z akcją Zagłady przed nadchodzącą Armią Czerwoną. W kwietniu 1943 roku wysadzono większość zabudowań obozu, w tym pałac, w którym znajdowali się więźniowie.
10

70

ku ciała ekshumowano i poddawano kremacji. Łączna liczba zamordowanych jest trudna do ustalenia i waha się pomiędzy 150-250 tys. ludzi. Do Chełmna kierowano przeważnie transporty Żydów z Wielkopolski oraz z getta w Łodzi. Do zbrodniczych celów przystosowano pospiesznie dawny majątek ziemski wraz z dworem, który pełnił funkcję rozbieralni, sortowni mienia oraz tymczasowego więzienia dla obsługujących obóz Żydów. Niemcy wykorzystywali ponadto odległy o 100 m kościół. Przetrzymywano w nim ofiary w noc przez egzekucją. Po zagazowaniu, ciężarówki z pomordowanymi odjeżdżały w kierunku tzw. „Waldlager” – obozu zlokalizowanego w pobliskim lesie. Tam ciała pośpiesznie grzebano w rowach długości prawie 200 m. Po wojnie przez wiele lat teren byłego obozu zagłady był bardzo zaniedbany. W latach 1960-1964, na skutek budowy składu opału i Gminnej Spółdzielni, prawie zupełnie zatarto ślady po dokonanej w tym miejscu zbrodni. W latach 1986-1987 przeprowadzono badania archeologiczne, którymi kierowali J. Kapustka i K. Gorczyca. Uchwycono wtedy przybliżoną lokalizację zbiorowej mogiły oraz dwa krematoria na terenie „obozu leśnego”. Ze względu na brak funduszy oraz niedocenienie wagi tego typu badań, zostały one przerwane. Wznowiono je w 1997 roku pod kierownictwem Ł. Pawlickiej-Nowak. W pierwszej fazie badań skupiono się na terenie majątku oraz kościoła. W czasie funkcjonowania obozu, przy kościele palono niepotrzebne oprawcom przedmioty należące do ofiar. Badania archeologiczne miały na celu weryfikacje przekazów ustnych świadków oraz określenie miejsca po ogniskach. Założono trzy wąskie sondaże, w których natrafiono na pozostałości ognisk, zawierające dużą ilość przepalonych przedmiotów i stopionej masy szklanej. Wśród nich było też wiele cennych pamiątek po zamordowanych, fragmentów biżuterii, przedmiotów związanych z kultem. Najważniejszym zadaniem w pierwszym etapie badań było odnalezienie pozostałości po zniszczonym pałacu. Jako pierwszy

71

odsłonięto długi korytarz biegnący przez centralną część budynku. Była to ostatnia droga nawet kilkuset tysięcy ofiar, która prowadziła wprost do ciężarówek gazowych. W trakcie eksploracji pałacu natrafiono również na wiele przedmiotów, często oznaczających tragedię pojedynczych osób tak, jak np. zgięta męska obrączka i damski sygnet ukryte pomiędzy cegłami. Prawdopodobnie w pałacu Niemcy zlokalizowali trzy warsztaty krawieckie i dwa szewskie, o czym świadczą znaleziska. W niewielkiej komórce w narożniku pałacu odkryto szkielet dziecka w wieku 0-3 miesiące. Obok szczątków dziecka znaleziono platerowaną łyżeczkę oraz nóż szabasowy z Karlsbadu z napisem hebrajskim „Czcij szabat”. Kolejne szczątki ludzkie odkryto na północ od południowowschodniego narożnika pałacu. Były to fragmenty szkieletów dwóch mężczyzn oraz fragment szkieletu mężczyzny bez głowy i kości podudzi. W pobliżu, w 2001 roku, odkryto nieśmiertelnik z obozu jenieckiego, należący prawdopodobnie do jednego z zabitych. Był nim Henryk Pfeffer urodzony w Łodzi w 1914 roku. Odkrycie szczątków mężczyzn potwierdza informację o wysadzeniu pałacu razem z znajdującymi się w nim więźniami. W dalszej kolejności badaniami objęto teren parku przypałacowego oraz w okolicach zabudowań gospodarczych. Ze względu na 3 ha powierzchnię badanego terenu zrezygnowano z wierceń sondażowych, które mogłyby nie uchwycić drobnych pozostałości zbrodni, jakimi były jamy śmietnikowe. Założono siatkę wykopów sondażowych, dzięki czemu udało się zlokalizować 9 jam śmietniskowych, służących do zakopywania rzeczy niepotrzebne oprawcom. Zawartość jam przesiewano oraz przepłukiwano, co pozwoliło na znalezienie dużej liczby drobnych przedmiotów. Podobnie jak przy kościele, w jamach na terenie parku znajdowały się przedmioty codziennego użytku, nieraz cenne dla ostatnich właścicieli, którzy zabrali je w swą ostatnią podróż. Niektóre z nich pozwalają na identyfikację osób lub są przydatne przy datowaniu, można je wiązać z konkretnymi transportami ofiar. W latach

72

2003–2004 przeprowadzono kolejny etap badań. Objęto nimi teren tzw. „Waldlager” znajdującego się w lesie Rzuchowskim. Ponownie przyjęto metodę zakładania wąskich wykopów sondażowych oraz odwiertów. Podczas eksploracji wykopów sondażowych o szerokości 1 m starano się nie ingerować w warstwy zawierające szczątki ludzkie. Natrafiono na pięć mogił w postaci długich rowów długości: 62, 185, 174, 182 i 160 m i szerokości wahającej się od 5 do 10 m. Wszystkie mogiły zawierały spalone szczątki ludzkie, często dodatkowo zmielone lub tłuczone. W czasie badań zaobserwowano w niektórych odcinkach grobów drobne przedmioty osobiste, natomiast w innych ich brak. Sugerować by to mogło, że w różnych okresach ofiary zakopywano nagie lub ubrane. W części zachodniej polany zlokalizowano piece oraz doły do palenia zwłok (Pawlicka-Nowak 2000, 2004). Obóz w Sobiborze miał zupełnie inna strukturę organizacyjną niż wcześniej opisywane. Składał się z obozów numerowanych od I do IV, z których każdy spełniał inną funkcję. Obozy I i II był zapleczem produkcyjnym i miejscem przebywania niewolniczej siły roboczej. Niejasne było przeznaczenie obozu IV, w którym prawdopodobnie przetwarzano amunicję sowiecką (Mazurek 2005). Obóz III był natomiast miejscem zagłady oraz kremacji i grzebania ciał pomordowanych, których liczbę szacuje się na 250 tysięcy. Badania archeologiczne rozpoczęte w 2000 roku przez zespół A. Koli, miały podobną specyfikę do prowadzonych w Bełżcu. Ze względu na obszar liczący prawie 60 ha zastosowano metodę odwiertów sondażowych, którymi objęto część terenu, a następnie badań wykopaliskowych namierzonych wcześniej obiektów. W roku 2004 dodatkowo przeprowadzono badania elektromagnetyczne i geofizyczne pozostałego obszaru. W pierwszym etapie badań odkryto cztery budowle obozowe, o konstrukcji głównie drewnianej oraz studnię. Na uwagę zasługuje relikt baraku (obiekt E) o długości ponad 60 m. Znaleziono w nim dużą liczbę przedmiotów

73

należących do ofiar takich, jak spinki do włosów, grzebienie, guziki, klamry do pasa, maszynki do golenia oraz wiele innych. Na szczególną uwagę zasługuje nagromadzenie na przestrzeni kilkunastu metrów kwadratowych około 1830 wstrzelonych w ziemię pocisków karabinowych od mausera i mosina. Pociski te były silnie zdeformowane, a ich nagromadzenie sugeruje, że w tym miejscu dokonywano egzekucji leżących osób. Autor badań wysuwa przypuszczenie, że wymiary budynku oraz nagromadzenie pocisków mogą świadczyć o jego przeznaczeniu jako komory gazowej, w której ponadto dobijano jeszcze żywych ludzi. Najważniejszym aspektem badań A. Koli było ustalenie lokalizacji masowych grobów. Metodą odwiertów sondażowych zlokalizowano siedem masowych grobów, bardzo dużych rozmiarów o pojemnościach mogących wynosić nawet 1720, 2000, 1200, 7700, 550 m3 (dokładna pojemność może być nieznacznie mniejsza, ze względu na nieregularność wkopów) (Kola 2000b, 2001). Innowacją w sposobie prowadzenia badań na terenie byłego obozu koncentracyjnego było zastosowanie wspomnianych metod: geomagnetycznej i elektromagnetycznej, pozwalających na wykrycie anomalii naturalnego układu warstw. Badania prowadzone przez W. Mazurka miały na celu odkrycie pozostałości obozu IV oraz III, w tym weryfikacja ustaleń ekspedycji A. Koli. Natrafiono na liczne konstrukcje, prawdopodobnie betonowe, o znacznych wymiarach. Nie prowadzono jednak ich eksploracji, stąd przeznaczenie tych budowli jest niejasne. Zespół W. Mazurka, poszedł dalej śladem odkryć A. Koli w kwestii dokładnej weryfikacji drzew ze śladami drutu, które tym samym wyznaczały zasięg płotów z drutu kolczastego ogradzających obóz (Mazurek 2005). Badania archeologiczne zbrodni katyńskiej oraz obozów zagłady wniosły olbrzymią ilość informacji na temat tych tragicznych wydarzeń. Za najważniejsze osiągnięcia badań należy wskazać stworzenie planigrafii obozów i cmentarzy oraz lokalizacji miejsc grzebalnych. Udało się zrekonstruować

74

przebieg zbrodni, stosowane metody uśmiercania oraz organizację tych miejsc. Aby zagospodarować cmentarze i byłe obozy zagłady należało wyznaczyć precyzyjną lokalizację grobów. Ponadto badania archeologiczne przyczyniły się do oszacowania lub określenia liczby ofiar. W wielu wypadkach można było nawet ustalić tożsamość pomordowanych lub ich przynależność do określonych grup (np. Żydzi z konkretnych miejscowości, żołnierze z danych jednostek, itp.). Nie należy też umniejszać roli odnalezionych przedmiotów, które oprócz bycia jedynymi materialnymi pozostałościami po zamordowanych, dostarczyły wielu informacji, w tym potwierdziły chronologię. Archeologia zbrodni II wojny światowej, choć daje odpowiedź na niezwykle istotne pytania, nie jest dziedziną cieszącą się popularnością wśród badaczy. Oprócz badań nad zbrodnią katyńską, sporadycznie prowadzi się poszukiwania na terenach masowych mordów. Z jednej strony specyfika tych badań wymaga od archeologa dużych umiejętności oraz wiedzy, z drugiej pojawiają się wątpliwości natury moralnej. Archeolodzy badający te miejsca mogą spotykać się z negatywną opinią o swojej pracy. Uważa się często, że ich zadaniem jest tylko wydobycie z ziemi cennych artefaktów oraz przekopanie miejsc spoczynku setek tysięcy ludzi, naruszając ich spokój. Pamiętać jednak należy, że bez badań archeologicznych niemożliwe jest odpowiednie upamiętnienie miejsc zagłady i odkrycie prawdy o jednej z największych tragedii XX wieku.

Bibliografia
Czubiński A. 2006 Historia powszechna XX wieku, Poznań. Głosek M. (red.) 2003 Katyń w świetle badań terenowych 1994-1995, Toruń.

75

Graif G. 2001 Kola A. 1996

"... płakaliśmy bez łez..." : relacje byłych więźniów żydowskiego Sonderkommando z Auschwitz, Warszawa-Oświęcim.

Katyń, Miednoje, Charków. Ziemia oskarża, (red.) A. Kola, A. Przewoźnik, Warszawa. 2000a Hitlerowski obóz zagłady Żydów w Bełżcu w świetle źródeł archeologicznych. Badania 1997-1999, Warszawa-Waszyngton. 2000b Sprawozdanie z archeologicznych badań na terenie byłego obozu zagłady Żydów Sobiborze w 2000 r., „Przeszłość i Pamięć” Biuletyn Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, 3(16)/2000, s. 89-92. 2001 I badania archeologiczne terenu byłego obozu zagłady Żydów w Sobiborze w 2001 r., „Przeszłość i Pamięć”, Biuletyn Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, 4(21)/2001, s. 115-122. 2005 Archeologia zbrodni, Toruń. Mazurek W. 2005 Wyniki badań archeologicznych na terenie byłego hitlerowskiego obozu zagłady w Sobiborze koło Włodawy, woj. Lubelskie w 2004 roku, Zeszyty Muzealne, Muzeum Pojezierza Łęczyńsko-Włodawskiego we Włodawie, 13, s. 84–94. Pawlicka-Nowak Ł. 2002 Badania archeologiczne na terenie b. ośrodka zagłady w Chełmnie nad Nerem w 2001 r., „Przeszłość i Pamięć”, Biuletyn Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, 1-2(22-23)/2002, s. 61– 65. 2004 Badania archeologiczne na terenie byłego ośrodka zagłady w Chełmnie nad Nerem, [w:] red. Ł. Pawlicka-Nowak Mówią świadkowie Chełmna, Konin-Łodź, s. 42-66. Rees L. 2005 Naziści i „ostateczne rozwiązanie”, Warszawa. Tarczyński M. (red.) 1996 Zbrodnia nie ukarana. Katyń-Twer-Charków, Zeszyt Katyński, 6.

Abstract The archaeology of World War II crimes is still an extremely difficult and current problem. Although this period of Polish history seems to be relatively well-developed, many questions still remain unanswered. Archaeological studies

76

carried out in such places as the Katyn, Kharkiv, Miednoje reveal a fuller and truer picture of these events. They make it possible not only to identify and create a fuller list of victims, but also enrich our knowledge of the circumstances of the crimes. Items and data collected during the excavations are useful not only as an evidence for legal proceedings, but also moving souvenirs after murdered. An extremely important aspect was the establishment of the full graves arrangement, which was used to organize the subsequent war cemeteries. Additionally, the archeology of World War II crimes includes research on German extermination camps. Also, the same historical sources are not complete. Particularly important are studies in Bełżec, Sobibor, Treblinka and Chełm. These sites due to smaller amount of information and sometimes few of survivors, need to develop more. An important aspect was to define the place were hundreds of thousands killed were buried and to estimate the number of victims. This paper presents this methods.

77

78

Małgorzata Wosińska Instytut Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytet im. Adama Mickiewicza Poznań

„Do kogo należy ta ziemia?” Groby masowe w Ponarach jako przykład badań nad przemianami symbolicznego statusu przestrzeni
Wstęp – o pamięci i jej braku Praca z historią czy praca nad historią dla etnologa bardzo często oznacza pracę z ludzką pamięcią lub/i jej brakiem. Dyscyplina etnologiczna skupiona jest z zasady na człowieku i jego byciu w świecie. Jednak kategoria „pamięci” nie jest tożsama tylko dla organizmu żywego. Zakładając, że człowiek żyje w przestrzeni (i nie ma tu dla mnie znaczenia czy będziemy ją dzielić na: fizyczną, ekologiczną czy kulturową) pamięć może dotyczyć również samego miejsca jego bytowania. Geografowie społeczni tłumaczą pojęcie „miejsca” właśnie jako: przestrzeń przyswojoną, którą w mniejszym lub większym stopniu uznajemy za własną i z którą czujemy emocjonalną więź (Lisowski 2003, s. 129). Wprowadzony został nawet specjalny termin: „topofilia” podkreślający uczuciowy charakter relacji: człowiek–miejsce, rozumiany pod kątem: zmysłowym, estetycznym, intelektualnym, a także poczucia przynależności (Tuan, za: Lisowski 2003, s. 130). Wnioskuję, że skoro ludzka pamięć jest silnie zależna od emocji (Maruszewski 2005), a emocje od miejsca (teoria Yi-Fu Tuan‟a, patrz: Lisowski 2003), to modne ostatnio pojęcia „miejsc pamięci” i „miejsc niepamięci” w humanistycznym dyskursie naukowym są jak najbardziej uzasadnione i cechuje je interdyscyplinarność.

79

Jednakże z racji szerokiego kontekstu zagadnienia nie ma wciąż wyznaczonej ścisłej definicji „miejsca pamięci”. Zamiast niej zaproponuję koncepcję Pierre Nora, która wydaje się być trafna w ujęciu problematyki niniejszej pracy: (Nora za: Szpociński 2003):
[…] chodzi o miejsca, w dokładnym znaczeniu tego słowa, gdzie pewne wspólnoty – jakie by one nie były – naród, rodzina, grupa etniczna, partia przechowują swoje pamiątki lub uznają je za niezbywalną część swojej osobowości: miejsca topograficzne, jak na przykład archiwa, biblioteki, czy muzea; miejsca monumenty – pomniki, cmentarze, architektura; miejsca symboliczne – pielgrzymki […]. Wszystkie one mają swoją historię.

Jak wspomniałam pojęcie „miejsce pamięci” pojawia się w dyskursie humanistycznym coraz częściej. Dlaczego? Być może wpływ mają na to czasy, w których żyjemy. Wiek XX i XXI – nazywane Epoką Lęku – spowodowały, że człowiek doświadczony został grozą apokalipsy atomowej, masowej śmierci i liczebnością coraz to na nowo odkrywanych masowych grobów (Hobfoll 2006). Czas lęku skłania do rozliczeń i prób wyciągania wniosków na przyszłość, więc otwieramy kolejne archiwa, publikujemy, zakładamy Muzeum Powstania Warszawskiego, organizujemy Marsz Żywych. Tworzymy miejsca do pamiętania – jak pisał Nora – bo to one nas identyfikują z miejscem, czasem i z nieraz trudną historią. Zdarza się jednak, że historia jest zbyt trudna do identyfikacji. Dzieje się tak, gdy dotyczy skrajnych emocji lub stanów granicznych takich, jak śmierć i cierpienie. Wtedy może pojawić się mechanizm, w psychologii zwany „wyparciem” polegający na świadomym bądź nieświadomym zapominaniu wspomnień wartościowanych silnie negatywnie. (Maruszewski 2005). Tak jak pamięć indywidualna (poszczególnego osobnika) ma możliwość „wyparcia”, tak paralelnie pamięć zbiorowa (Halbwachs 2008) również. Mechanizm „wyparcia” jest uznany za obronny w biologii człowieka. Tru-

80

dno więc winić kogokolwiek, w sensie osobniczym za jego działanie. Jednak w wypadku pamięci społecznej uznanie takiego mechanizmu za „obronny” byłoby już zbyt dużą relatywizacją. Warto o tym pamiętać, bo czasem „wyrzucanie” czegoś z publicznego dyskursu to zwyczajna polityczna propaganda. Niemniej, to z mechanizmu wyparcia tworzą się „miejsca niepamięci”. Podobnie, jak w wypadku „miejsca pamięci” nie posiadają definicji stałej, ale ich ideę odnajdziemy w zbiorze esejów Znikająca Europa, wspaniale oddających klimat zapomnianej strony Starego Kontynentu (Raabe, Sznajderman, Wołowiec 2006, s. 5):
Last & Lost – […] znakomicie pasuje do wielu pejzaży zarówno wschodniej jak i zachodniej Europy – wszędzie tam, gdzie napotkać można pozostałości epoki naznaczonej przez wojny, wysiedlenia, ludobójstwo i bezwzględne poskramianie przyrody, ale także tam, gdzie ciągną się kilometrami aleje, puszcze, jeziora […]. Utracone, opuszczone, zdradzone przez historię i przyrodę przestrzenie mają dziwny, nierzeczywisty urok, którego opisanie i nazwanie jest celem „Znikającej Europy”. Gdy rzeczy i miejsca tracą kontekst, który nadawał im funkcję, można w nich czytać. Bezużyteczne, w pewnym sensie wyzwolone, zyskują osobliwą naturę […].

Miejsce, które obrałam na prowadzenie badań to ewidentne „miejsce niepamięci”. Warto przyjrzeć się jego historii i współczesności Ponar. Może dzięki temu uda nam się dostrzec ich „osobliwa naturę”? 2. Ponary – czas, miejsce, bohater Ponary to niewielka miejscowość położona na południowy zachód od Wilna, która od XIX wieku znana byłą jako idealne miejsce dla wypoczynku i sezonowego osadnictwa mieszkańców Kresów Wschodnich. Dziennikarka i eks-

81

wilnianka Helena Pasierbska (1996, s. 17) o dawnych Ponarach pisze następująco:
Gąszcz tamtejszych borów był niegdyś siedliskiem łownej zwierzyny, a miejscowa ludność korzystała z obfitego runa leśnego: grzybów oraz wszelkich jagód, szczególnie dorodnych poziomek1. Do dziś zresztą bogactwa natury są tu w obfitości.

Okolica cechuje się również względną łatwością dojazdu ze stolicy (węzeł kolejowy łączy Ponary z Wilnem i Trokami). Jednak pomimo dobrej komunikacji miejscowość ukryta jest wśród wzgórz i sosnowych lasów i to przesądza o jej wyizolowanym charakterze. Skład etniczny Ponar przed wojną miał charakter mieszany. Główną grupę osadników stałych i sezonowych stanowili Żydzi i Polacy, mniejszą – Litwni2. Przestrzeń choć zadbana i lubiana przez „wieloetniczną” wspólnotę, niedługo miała pozostać „przyjazną” człowiekowi. Gwałtowne „naznaczenie” krajobrazu nastąpiło między 1941–1944 rokiem, kiedy w ponarskich lasach przeprowadzono faszystowską akcję eksterminacji ludności żydowskiej (70 tys.) oraz polskiej (30 tys.), wykorzystując do tego celu oddziały litewskie jako egzekutorów (Tomkiewicz 2008; Pasierbska 1996). Do czynności związanych z egzekucjami Niemcy pod dowództwem
Chciałabym podkreślić obecność jagód i grzybów w cytowanym fragmencie, gdyż staną się one kluczowa kategorią dla prowadzonych przeze mnie badań. 2 Skład ludnościowy ziem wileńskich charakteryzuje się różnorodnością etniczną, gdyż Kresy Wschodnie były wielokrotnie elementem przetargowym między: Polską, Litwą, Związkiem Radzieckim i Niemcami. Za najważniejszy konflikt w ramach prowadzonych przeze mnie badań, uważam konflikt radziecko-litewski z 1939 roku (Litwa nie chciała się zgodzić na patronat Związku Radzieckiego bojąc się, że straci autonomię) i konflikt sowiecko-niemiecki rozpoczęty 1941 roku (wtedy Litwa opowiedziała się po stronie niemieckiej, aby nie dostać się w strefę oddziaływań radzieckich). Tym samym między 1941-1944 na terenie Litwy stacjonowały wojska niemieckie, które wprowadziły politykę faszystowską eksterminują Żydów Wileńskich (w Ponarach) i prowadziły regularną walkę z polskim ruchem oporem (więzienie na Łukiszkach dla więźniów politycznych, dla wielu oznaczało właśnie śmierć w lasach ponarskich) (Tomkiewicz 2008; Pasierbska 1996; Sakowicz 1999). 1

82

podoficera Martina Weissa stworzyli specjalny oddział – Ypatingas Burys. Rekrutowali się do niego ochotnicy spoza woj.ska oraz członkowie paramilitarnej organizacji Lietuvos Szauilu Sajunga (Związek Strzelców Litewskich, nazywani potocznie „Szaulisami”) powstałej w 1919 roku i mającej charakter nacjonalistyczny (Pasierbska 1996, s. 25). Wybór Ponar na miejsce egzekucji nie był jednak przypadkowy. Jeszcze przed konfliktem sowieckoniemieckim rozpoczętym w 1941 roku wojska radzieckie zaczęły budować w ponarskim lesie bazę wojskową i wykopały doły paliwowe średnicy od 8 do 40 m i od 5 do 6 m głębokości. Doły nigdy nie zostały użyte zgodnie z przeznaczeniem, gdyż Niemcy zajęli tereny Wileńszczyzny zanim Sowieci ukończyli budowę bazy. Niemcy natychmiast zwrócili uwagę na Ponary – ich komunikacyjna dostępność, przy jednoczesnej izolacji, „gotowe doły” mogące służyć za masowe groby, mieszany skład ludności, którą łatwo było zastraszyć i zmusić do milczenia oraz las wygłuszający strzały. Wszystkie te elementy przemawiały za „potencjałem” przestrzeni. Zbrodnia przeprowadzona została pod oknami domów mieszkańców Ponar. Zdarzało się, że ludność lokalna obserwowała całą sytuację przez lornetkę z własnego balkonu. Byli w stanie rozpoznać twarze oprawców i ofiar. Przy procesach to oni byli najbardziej wiarygodnymi świadkami. Najsłynniejszym tego rodzaju „świadkiem” był Kazimierz Sakowicz, który spisywał swoje szczegółowe raporty, chował do butelek i zakopywał w ogrodzie domu w Ponarach. Zginął z rąk nieznanego sprawcy w lipcu 1944 roku (Pasierbska 1996, s. 29). Jego zapiski zostały odnalezione niedługo po wojnie, ale rozszyfrowania ich i wydania dokonała Rachela Margolis dopiero w 1998 roku. Co zadziwiające, przez te wszystkie lata nie stanowiły „wystarczająco dobrego” pretekstu by zmierzyć się z historią3.
3

Tylko część zbrodniarzy została osądzona podczas procesu norymberskiego.

83

Świadkowie, z którymi pracowałam, zbrodnię pamiętali najczęściej z czasów dzieciństwa lub z opowiadań rodziców, ale mimo to i oni używali szczegółu w narracji:
- więźniowie szli nago [mężczyzna, pół Litwin – pół Polak, lat 84]; - Ojciec woził Żydów wozem. Do Ponar jeździł z Wilna kilka razy w ciągu dnia. Jak dojeżdżali, to wojskowi zabierali im wszystkie rzeczy. Polakom też. No i potem handlowano ubraniami, butami, pościelą… [kobieta, Polka, 78 lat]; - Ci Litwini co strzelali strasznie dużo pili. Niemcy im specjalnie zostawiali alkohol. Tak byli pijani, że jak wracali do domu to się chwalili, kto jakiemu dziecku główkę o drzewo strzaskał i ile razy [kobieta, Litwinka, 71 lat]; - Więźniów torturowano. Hodowali takie wilczury do gryzienia i straszenia [mężczyzna, pół Litwin – pół Polak, lat 84].

Dzisiejsze Ponary to zaniedbana wileńska prowincja. Po zbrodni ponarskiej pozostały rozległe groby masowe, które wpisując się w krajobraz fizyczny i kulturowy tego miejsca zmieniły go nieodwracalnie. Domy są zniszczone lub opuszczone, a sami mieszkańcy często bezrobotni czy w wieku emerytalnym. Połączeń z centrum Wilna nie ma zbyt często, pomimo iż węzeł kolejowy wciąż jest czynny. Społeczność współczesnych Ponar stanowią Polacy (około 30 proc.), Rosjanie (około 20 proc.) oraz co oczywiste – Litwini (około 50 proc.). W badanym przeze mnie obszarze przyległym do grobów masowych, tzw. Ponarach Górnych mieszka około 700 osób. Część z nich to naoczni świadkowie zbrodni, część to przybysze z niedalekiej przeszłości. To, że z racji ogólnego zaniedbania i „trudnego” historycznego kontekstu przestrzeń utraciła walory miejsca rekreacyjnego jest zrozumiałe. Wspomina o tym jedna z moich Informatorek:
- Przyjeżdżali tu letnicy tacy Żydzi, na początku lat 90. Oni niby wiedzieli, co to za miejsce. Ale przyjeżdżali i tak. Tylko nie chodzili do lasu, a do centrum Wilna samochodem. I raz poszli do lasu,

84

zobaczyć groby z moim kuzynem. To już więcej nigdy nie przyjechali do nas i się nawet nie odezwali. [kobieta, Polka, lat 37]

Zadziwia jednak fakt, że Ponary nie funkcjonują w świadomości społecznej jako symbol (nawet w sensie topograficznym są bardzo niewyraźnie oznaczone). Milczenie wymuszone na mieszkańcach w czasie wojny, dziś wymuszone jest poprzez zachowywanie poprawnych stosunków dyplomatycznych między Polską a Litwą. O zbrodni ponarskiej nie uczy się ani w litewskich ani w polskich szkołach. Nawet akademicka świadomość wydarzenia nie jest szeroka (osobiście sprawdziłam). Choć na terenie grobów postawiono kilka pomników i minimuzeum (zamknięte), a raz do roku przyjeżdżają liczną grupą Żydzi by pomodlić się wspólnie za zmarłych; to jak już wspomniałam Ponary uległy celowemu bądź „obronnemu” zapomnieniu.

Ryc. 1. Mapa udostępniona przez Helenę Pasierbską (własność prywatna).

85

Ryc. 2. Rycina nieznanego pochodzenia. Umieszczona przez Rachele Margolis w „Dziennikach” Sakowicza, jako jedna z ilustracji. Świadek H. Pasierbska uważa, że grafika jest anonimowa.

3. Projekt badawczy Od września do grudnia 2008 roku prowadziłam badania w Ponarach nad społeczno-kulturowym kontekstem grobów masowych pojmowanych jako materialne świadectwo zbrodni i eksterminacji. Geograficzny zakres badań dotyczył przede wszystkim samych Ponar, gdyż zdecydowałam się na percepcję „miejsca niepamięci” w kontekście węższym – lokalnym, etnograficznym, a nie w kontekście szerszym: międzynarodowym, o rysie politologiczno-historycznym. Z kolei zakres czasowy obejmował dwie płaszczyzny. Jedną z nich były lata 1941–1944, czyli okres przeprowadzania akcji ludobójstwa. Zdecydowałam się na jego uwzględnienie, gdyż bez analizy archiwaliów i publikacji naukowych mówiących o samej „historii” nie byłabym w stanie odnieść się do pamięci świadków spotkanych w trakcie badań terenowych, które działy się we współczesności i stanowiły drugą płaszczyzną czasową. Głównym celem projektu było badanie przemian symbolicznego statusu przestrzeni, które przeszły drogę od

86

„oswojonej” i sielskiej przedwojennej miejscowości letniskowej, przez naznaczone cierpieniem miejsce kaźni, do zrewitalizowanej przez mieszkańców współczesnej wileńskiej prowincji. Jednak tak samo ważne okazało się same przypatrzenie metodom, dzięki którym człowiek może takiej przemiany przestrzeni dokonać. By zrozumieć fenomen rewitalizacji musiałam dokonać przeglądu poszczególnych zachowań społeczno-kulturowych mieszkańców wobec anomalii przestrzennej jaką jest grób masowy. Interesowały mnie zarówno sfera behawioralna (czyli to „co miejscowi fizycznie robią z miejscem pochówku?” i „jak się wobec niego/na nim zachowują?”), jak i sfera deklaratywna (czyli refleksje społeczności na temat mieszkania w przestrzeni „naznaczonej” grobami masowymi). Cele badań zdeterminowały metody. Oprócz wcześniejszej pracy na źródłach zastanych, najważniejszymi stały się badania terenowe i kontakt ze świadkami. Prowadzenie obserwacji uczestniczącej (przebywanie na terenie grobów masowych) na przemian z wywiadami pogłębionymi (głównie biograficzne) z członkami społeczności były jedyną drogą weryfikacji pokrycia się sfery deklaratywnej i behawioralnej. Jednym słowem sprawdzenia czy miejscowi „rzeczywiście robią to, co mówią, że robią w stosunku do grobów masowych”. Praca ze świadkami po przejściach traumatycznych nie należy jednak do najprostszych. Posiada znamiona konfliktu, który rozwinąć się może w każdej chwili pomiędzy badaczem (a myśląc o sytuacji związanej z grobami masowymi – nie tylko etnologiem, ale i antropologiem fizycznym, ekipą ekshumacyjną, archeologiem sądowym), a lokalną społecznością, która utrudnia dostęp do pamięci i/lub ziemi. Wydawać się może, że pojawiający się „konflikt” dotyczyć będzie genocytu (czy pojedynczej zbrodni) rozumianego jako problem polityczny/ideologiczny. Badania w Ponarach przyniosły jednak inną odpowiedź. Z czasem zrozumiałam, że „konfliktowe” dla współczesności to nie jest to co leży w sa-

87

mym traumatycznym zdarzeniu (historii ludobójstwa w Ponarach), ale to co dzieje się z ludźmi w sensie psychicznym w następstwie zdarzenia. Psycholodzy zdefiniowali „traumę” jako następstwo przeżycia „wydarzeń traumatycznych” charakteryzujących się obecnością stresora wynikającego z poza zakresu normalnych, ludzkich przeżyć. Genocyt oczywiście podlega tej charakterystyce, ale do wydarzeń traumatycznych należą również sama wojna, tortury, klęski żywiołowe, katastrofy komunikacyjne, a także nagła, nieoczekiwana śmierć bliskiej osoby, bycie świadkiem zabójstwa czy przebywanie dłużej niż kilka dni w sytuacji wysokiego emocjonalnego napięcia (Lis-Turlejska 2005). Informatorzy litewscy, ale także polscy i rosyjscy, nastawieni byli do mnie nieufnie, gdyż ich stan psychiczny z zasady był niekomfortowy, a nie dlatego, że moje pochodzenie (polskie) szczególnie ich drażniło. Ponary z zasady nie są przyjaznym miejscem do życia, a napięcie emocjonalne udziela się z powodów ekonomiczno-gospodarczych (dla większości) i psychologicznych (dla świadków zbrodni). Potrzebowałam czasu i faktycznego bycia ze społecznością w terenie, nie tylko na płaszczyźnie badawczej, by pokonać opór społeczności lokalnej. 4. Kwestia „jagód i grzybów” Nie przypuszczałam, że problematyka grobów masowych może być aż tak interdyscyplinarna, jak okazało się to w trakcie badań terenowych. Tworząc kategorie społecznokulturowych zachowań względem grobów masowych, zależało mi na znalezieniu jakiegoś wspólnego punktu odniesienia dla wszystkich. Myślałam o jakiejś formie zachowania, a może o wspólnie podzielanej emocji? Rzeczywistość okazała się dużo bardziej pragmatyczna. W czasie prowadzenia wywiadów z informatorami zauważyłam, że jeśli temat wkraczał na kwestię pochówków, to u większości pytanych powtarzane

88

były dwa słowa: „jagody” i „grzyby” (mówione w kontekście własnej osoby bądź osób trzecich). I tu chciałabym przypomnieć cytowany wcześniej fragment Heleny Pasierbskiej (1996, s. 17):
[…] a miejscowa ludność korzystała z obfitego runa leśnego: grzybów oraz wszelkich jagód, szczególnie dorodnych poziomek. Do dziś zresztą bogactwa natury są tu w obfitości.

Zgadzało się więc, że Ponary są ziemią żyzną i współcześni mieszkańcy z niej korzystają, zbierając jagody i grzyby. Jednak jak wytłumaczyć fakt, że informatorzy używali tej charakterystyki właśnie w stosunku do grobów masowych? Czas moich badań przypadał na wyjątkowo mroźną jesień i zimę, co wykluczyło obserwację zjawiska w praktyce. Postanowiłam więc nawiązywać do runa leśnego, w czasie każdego następnego wywiadu i rozwinąć wątek. Finał „eksperymentu”, choć łatwy do przewidzenia i tak mnie zaskoczył. Chodziło o zbieranie grzybów i jagód przez mieszkańców Ponar we wnętrzu „dołów paliwowych”, czyli z grobów masowych. Nie zaskakiwał mnie może już sam fakt „zbierania”, ale jego uzasadniania, które stały się zrębem do stworzenia kategorii zachowań, spisania metod rewitalizacji i ogólnego podsumowania badań. Mieszkańcy Ponar dzielili się na poszczególne grupy, do których kategoryzowali się sami, bądź też kategoryzowali na zasadzie kontrastu (w pozytywną i negatywną stronę) swoich znajomych i sąsiadów (których z kolei ja nie uwzględniałam). Podział wyłonił grupę: nie zbierającą i nie jedzącą, gdyż cytuje: to nie „wypada – tam leżą zmarli’, „to straszne’, „to obrzydliwe tam leżą trupy’, „za zmarłych trzeba się modlić’, „są tacy, co tak bezczeszczą…’;

89

zbierającą, ale nie jedzącą, gdyż cytuje: „zerwę jakiś kwiatek, ale do domu nie wezmę – strach’, ‘czasem coś tam pozbieram ze znajomymi, ale nie chcę tego jeść…’; zbierającą, ale nie jedzącą, tylko sprzedającą (sic!) gdyż cytuje: „co się bać zmarłych – trzeba się bać żywych!’. Innym uzasadnieniem było wzruszanie ramionami przez informatorów; zbierającą i jedzącą: gdyż cytuje: „zmarłym na zdrowie’, ‘oni już wycierpieli, teraz można się z nimi cieszyć’, ‘to mi nie przeszkadza’, ‘żywych trzeba się bać, nie zmarłych’, ‘bliżej nieba’, ‘są smaczne, a tam już kości żadnych nie ma – rozłożyły się’. Wnioski płynące z doświadczone ukazały, że do informatorów, z którymi przeprowadziłam wywiady na temat „pożywienia” należeli zarówno: Polacy, Litwini, jak i Rosjanie reprezentujący obie płci i różne grupy wiekowe. Żadna z wyznaczonych przeze mnie grup nie była kształtowana: etosem, wiekiem ani płcią. A co więcej, nawet w obrębie jednej rodziny (polskiej) zdarzyło mi się odnaleźć prawie pełny przekrój zachowań. Bez względu na kontrowersje, które pojawiają się wokół tematu „jagód” i „grzybów”, pewnym jest natomiast, że sam grób masowy wpływa na jakość gleby. Udało mi się odnaleźć abstrakt referatu J. Żychowskiego pt.: Wpływ masowego grobu zlokalizowanego w utworach aluwialnych na jakość środowiska przyrodniczego, którego krótki fragment proponuje poniżej (Żychowski 2000):
Badania prowadzone w Puszczy Niepołomickiej w miejscu, gdzie pochowano w czasie II Wojny Światowej około 1700 ludzi, wskazują na charakterystyczną jakość środowiska przyrodniczego. Dotyczy ona wpływu rozkładających się ciał na skład: podłoża, wody, części roślin, żywicy, huby, powietrza. Ocenę tej jakości przeprowadzono na podstawie badania zawartości pierwiastków oraz jonów za

90

pomocą metod spektroskopowych oraz chromatograficznych na urządzeniach o standardzie ISO 2000.

Perspektywa biologiczna była dla mnie kolejnym dowodem, że sfera deklaratywna i behawioralna moich informatorów/świadków mogą być spójne. Zakończenie - „Do kogo należy ta ziemia?” Wyniki badań ukazały, że wieloetniczna społeczność mieszkająca w Ponarach ma bardzo różny stosunek do grobów masowych. W procesie rewitalizowania przestrzeni, pojawiły się tak skrajne kategorie zachowań, jak: - sakralizacja wyrażona, m.in.: stawianiem świeczek na grobach, mówieniem o przestrzeni z nabożeństwem, czcią, modlenie się za zmarłych na terenie grobów i poza tym terenem, przynoszenie kwiatów itp. - profanacja zachodząca poprzez uczestniczenie w libacjach alkoholowych w „dołach paliwowych” (jak powiedział jeden ze świadków: tam nie wieje [mężczyzna, lat ok. 25, Litwin]), palenie papierosów itp. - asymilacja polegająca na traktowaniu miejsca kaźni jak przestrzeni spacerowej czy piknikowej, miejsca dobrego na lekturę książki i uprawiania joggingu. - wyparcie objawiające się niechęcią Informatorów do tematów grobów, ale i śmierci w ogóle. Lęk przed przestrzenią, nie chodzeniem tam, „kołataniem serca‟, w pobliżu grobów [kobieta, Polka, lat 56]. Punktem wspólnym dla tych kategorii jest wątek „jagód” i „grzybów”, które w zależności od kontekstu mogą każdą z powyższych metod oswajania reprezentować. Do prowadzenia badań w Ponarach nie przydała się metoda wyjaśniania o charakterze społeczno-historycznym, ani też taka, która wartość pamięci zbiorowej stawiałaby ponad wartością pamięci indywidualnej (Kaniowska 2003). Gdybym uległa metodom „społecznym” to postrzegałabym

91

ponarskich Polaków w kontekście „ofiar”, a Litwinów jako „oprawców”. Ale co zrobić jeśli bohaterowie wyszli z przypisanych im ról? Na grobach piją Polacy, Litwini i Rosjanie, a sprawa stawiania świeczek wygląda podobnie wieloetnicznie? Myślę, że wtedy warto otworzyć się na interdyscyplinarność (na przykład psychologię) i zamiast perspektywy tłumaczącej przynależności do grupy poprzez etnos, zaproponować przynależność poprzez stopień identyfikacji świadka z zdarzeniem traumatycznym. W praktyce polegać będzie to na tym, że Polak, który zamieszkał w Ponarach na początku lat 70. i Litwin, który pamięta z dzieciństwa pędzonych drogą Żydów będą rozróżnieni tylko tym, że jeden będzie potrafił przestrzeń zasymilować łatwiej, a drugi trudniej i będzie potrzebował do tego silniejszych bodźców. Istnieje jeszcze jedna perspektywa badawcza, która świetnie tłumaczy sytuację społeczno-kulturową w Ponarach. Jest oparta na psychologii trwogi (Rosenblatt 2008), a zakłada, że szczególne poczucie zgrozy przed śmiercią, może być doświadczone przez każdego bez względu na pochodzenie i (Rosenblatt, za: Becker 2008):
[…] wymuszą wytwarzanie koncepcji rzeczywistości w ten sposób, że każdy światopogląd ma rację bytu o tyle, o ile dostarcza środków na poradzenie sobie z tą trwogą.

W tym kontekście nawet „profanacja” nabiera dla mnie nowego, nie-konfliktowego wymiaru i skłania mnie ku jej relatywizacji w określonych warunkach. Pojęcie „przestrzeni naznaczonej” może mieć wymiar nie tylko etnologiczny, ale i biologiczny, archeologiczny, psychologiczny. Jest otwarty dla wielu dyscyplin, co osobiście wydaje mi się fascynujące. Osobisty wymiar podjętych badań wynika z moich wcześniejszych doświadczeń. Pracując dla Fundacji „Pomost” przeprowadzającej ekshumacje niemieckich grobów z II wojny światowej na terenie Polski, mia-

92

łam doświadczenie z przestrzenią „trudną”, którą próbowałam oswoić za wszelką cenę. Były to zachowania naturalne, tak samo jak zbieranie „grzybów” i „jagód” przez mieszkańców Ponar. Choć nie zawsze „etyczne”(w rozumieniu: odczucia powagi wobec śmierci), dawały poczucie wewnętrznego spokoju. Z drugiej strony miałam do czynienia z społecznościami lokalnymi: właścicielami ziemi, na której znajdował się grób przeznaczony do ekshumacji, świadkami, których trzeba była wypytać o jego dokładną lokalizację. Ich reakcje często również były skrajne. Często emocje opadały dopiero po trzaśnięciu naszej ekipie bramą „przed nosem” albo wręcz odwrotnie – miejscowi towarzyszyli nam przy ekshumacji, stawiali świeczki. Myślę, że warto zastanowić się nad kondycją człowieka związanego emocjonalnie z przestrzenią. I o potencjalnych konfliktach, które mogą się pojawić między tym kto w ziemi/pamięci pracuje, a kto jest jej użytkownikiem. Okazać się bowiem może, że angażujemy się w dużo poważniejszy konflikt niż nam się z pozoru wydaje. I nie jest to wcale spór między „nami” a „nimi”. Przed wyruszeniem do Ponar wiedziałam, że będę badać konflikt społeczny, więc projekt zatytułowałam: „do kogo należy ta ziemia?”. Pojmowałam go z początku literalnie, tzn. w sensie geopolitycznym i naprawdę nie przypuszczałam, że ostateczne rozwinięcie tytułu będzie brzmieć: do kogo należy ta ziemia? Do zmarłych czy do żywych?

Bibliografia
Assmann J. 2003 Pamięć zbiorowa i tożsamość kulturowa, Borussia, XIII (29/2003), s.11-16. Card C., Marsoonbian A. 2007 Genocide Aftermatch. Responsibility and Rapair, Blackwell Publishing.

93

Hobfoll S. 2006 Stres, kultura i społeczność. Psychologia i filozofia stresu, Gdańsk. Kaniowska K. 2003 Antropologia i problem pamięci, Polska Sztuka Ludowa. Konteksty, LVII (3 - 4), s. 57-66. Kaźmierska K. 2008 Biografia i Pamięć. Na przykładzie pokoleniowego doświadczenia ocalonych z zagłady, Kraków. Kępiński A. 2002 Lęk, Kraków. Lisowski A. 2003 Koncepcje przestrzeni w geografii człowieka, Warszawa. Lis-Turlejska M. 2005 Traumatyczne zdarzenia i ich skutki psychiczne, Warszawa. Maruszewski T. 2005 Pamięć autobiograficzna, Gdańsk. Pasierbska H. 1996 Wileńskie Ponary, Gdańsk. Raabe K., Sznajderman M. 2006 O mówiących ruinach, przesuniętych graniach i niewidzialnych miastach, [w:] red. K. Raabe, M. Sznajderman, Znikająca Europa. Wołowiec. s. 5-7. Rosenblatt A. et al. 2008 Teoria opanowywania trwogi. Efekty eksponowania śmiertelności a reakcje na tych, którzy naruszają lub podtrzymują wartości kulturowe, [w:] red. M. Rusaczyk, Teoria opanowywania trwogi. Dyskurs w literaturze amerykańskiej, Warszawa. s. 35-56. Rusaczyk M. (red.) 2008 Teoria opanowywania trwogi. Dyskurs w literaturze amerykańskiej, Warszawa. Scheper-Hughes N., Bourgois P. 2004 Violence in War and Peace, Blackwell Publishing. Szacka B. 1990 Społeczna pamięć polskiej przeszłości narodowej w latach 1965–1988, [w:] red. B. Szacka, A. Sawisz, Czas przeszły i pamięć społeczna, Warszawa. Szpociński A. 2003 Miejsca Pamięci, Borussia, XIII (29/2003), s. 21. Tanaś S. 2008 Przestrzenie turystyczne cmentarzy, Łódź. Thomas L-V. 1991 Trup. Od biologii do antropologii, Łódź.

94

Tomkiewicz M. 2008 Zbrodnia w Ponarach 1941-1944, Warszawa. Zdankiewicz-Ścigała E. 2002 Trauma. Proces i diagnoza, Warszawa. Żychowski J. 2000 Abstrakt z 49 Zjazdu Polskiego Towarzystwa Geograficznego, Szklarska Poręba.

Abstract Ponary is a small town situated south-west of Wilno (Vilnius). Relatively easy access from the capital city and beautiful landscapes are characteristic of the hilly region of Ponary. Because of this, it was known among the citizens of Wilno as an ideal area for recreation and seasonal dwelling since mid-19th century. It was not long, however, until this initially friendly space was marked with a grim stigma during years 1941 to 1944. In this period fascists have conducted an organized extermination of Jewish (70 thousand) and Polish (30 thousand) population in the area, using Lithuanian troops as executioners. The remains of this genocide are very large mass graves which have irreversibly became part of the physical and cultural landscape of the region. Today‟s community of Ponary consists of Lithuanian, Polish and Russian people. Some of them have witnessed the genocide themselves, some of them came to the area much later. In author‟s opinion, however, the presence of mass graves in the region affects the reception, imagination and physical experience of this space of all of its inhabitants. Extremely different treatment of the graves (ranging from desecration to assimilation and sacralization) and their categorization, as well as an attempt to understand the motivations behind these attitudes, are the main topic of this paper. A secondary aim is to share knowledge about the methodology (mainly ethnografic interviews) of research, when the researched events in the informer‟s past are close to traumatic.

95

The paper is based on research conducted by the author in Lithuania for her MSc thesis, as well as author‟s earlier experience from her work for “Pomost” foundation during localization of German graves in Poland. The presentation will be accompanied by a multimedia slideshow.

96

Dawid Kobiałka Instytut Prahistorii Uniwersytet im. A. Mickiewicza Poznań

Dlaczego współczesna archeologia jest perwersyjną nauką?
Pomimo oczywistych różnic między archeologią kulturowo-historyczną, procesualną i postprocesualną jest przynajmniej jedna kwestia, o której (niemalże) wszyscy archeolodzy mówią jednym głosem. Archeolodzy kładą wyraźny nacisk na dialog, rozmowę ze społeczeństwem i popularyzowanie archeologii. Współcześnie uchodzi niemalże za banał, kiedy ktoś nawołuje do archeologicznego dialogu ze społeczeństwem. Co ważne, archeologów nie interesują takie pytania, jak: czy archeologia potrzebuje społeczeństwa?; czym jest komunikacja?; lecz raczej: jak prowadzić dialog i edukować społeczeństwo? W ten sposób archeologia skupia swoją uwagę na aspektach, które można określić praktycznymi. Jednak w tym artykule będę analizował relacje między archeologią a społeczeństwem z teoretycznego punktu widzenia. By zaprezentować nowy sposób widzenia roli archeologii we współczesnym społeczeństwie wykorzystam do tego elementy teorii psychoanalitycznej Jacquesa Lacana i Slavoja Žižka. Dialog ze społeczeństwem Problematyka funkcjonowania archeologii we współczesnym kontekście kulturowym należy do jednych z głównych zainteresowań badawczych niemieckiego archeologa Corneliusa Holtorfa. Jego rozważania stanowić będą wstęp do dyskusji na temat tego, co nazywam perwersyjną archeologią. Według Holtorfa (2008) możemy mówić o trzech wariantach archeologicznego dialogu ze społeczeństwem: model eduka-

97

cyjny (educational model), model relacyjny (public relation model) oraz model demokratyczny (democtratic model). Pierwszy model jest nadal dominującą formą dialogu ze społeczeństwem. W nim też społeczeństwo – mówiąc brutalnie i upraszczając nieco zagadnienie – jest traktowane jako „naiwna i głupia masa‟, która musi być oświecana przez łaskawych intelektualistów (archeologów). Model relacyjny z kolei redukuje społeczeństwo do skarbonki, z której można wydobyć pieniądze na własne badania i projekty. Ostatni wariant, tj. model demokratyczny, jest promowany przez samego Holtorfa. W nim też archeolodzy starają się traktować społeczeństwo poważnie jako partnera w dialogu. Wariant demokratyczny będzie stanowić mój case study1. Wydawać by się mogło, iż wymieniowe wyżej trzy modele nie mają ze sobą nic wspólnego. Wręcz przeciwnie, twierdzę iż w każdym z trzech wypadków mamy do czynienia z podobnymi założeniami a priori. Tym założeniom warto się bliżej przyjrzeć. Zatem, czym charakteryzuje się model demokratyczny? Jak opisuje to Holtorf (2008, s. 157):
[…] archaeology is a social practice providing services for people’s own desires and demands. In a democratic state, academic disciplines must answer to people’s needs, address their desires and concerns and be subjected to political control by non-scientists – even if citizens may occasionally decide against what the experts would deem to be in their best interest. According to this view, citizens should have the final say, provided the issues at stake are not unduly complex or deadly dangerous. In this context, communication is understood as listening to and engaging with archaeology’s main stakeholders, that is to say, the people that ultimately, via the state and its laws, employ archaeologists to serve them. [podkreślenia DK]

1

O negatywnych aspektach modelu edukacyjnego i relacyjnego (patrz Holtorf 2008).

98

Holtorf w powyższym cytacie użył bardzo interesujących słów. Kiedy ktoś pisze o pożądaniach (desire) to psychoanaliza może być pomocnym narzędziem badawczym do naświetlania założeń, których sam Holtorf nie w pełni mógł być świadom. Co mnie osobiście fascynuje i szokuje we współczesnej chęci dialogu ze społeczeństwem to wspomniana już powszechna zgoda archeologów. Trzy zasadnicze archeologiczne paradygmaty mówią jednym głosem. Nie ważne czy to Polska, Szwecja czy też Wielka Brytania, archeolodzy zakładają: społeczeństwo jest zainteresowane archeologią i jej pożąda. To też znaczy, że archeolodzy doskonale wiedzą, co społeczeństwo pożąda. Niemniej jednak w takim wypadku warto postawić banalne pytanie: Czy archeolodzy na pewno wiedzą, co pożąda społeczeństwo? Co jeśli główny problem nie tkwi w niewiedzy archeologów? Co jeśli same społeczeństwo nie wie, co pożąda? Perwersyjność Społeczeństwo nie istnieje jako empiryczna jakość. Grupy ludzkie nie konstytuują społeczeństwa, a jedynie stanowią jego składowe. W ten sposób społeczeństwo jako takie to symboliczna sieć stanowiąca punkt odniesienia dla działań jednostki. Wykorzystując Lacanowską psychoanalizę można podać ekwiwalent dla słowa „społeczeństwo‟. Jest nim to, co Lacan nazywa big Other2. Stąd też można zasugerować, iż społeczeństwo jest big Other dla archeologów. Jednak jedna z głównych tez Lacanowskiej psychoanalizy głosi, iż big Other nie istnieje. W tym miejscu dotykamy kluczowego za2

Jak to trafnie definuje Dylan Evans (2001, s. 133): The big Other designates radical alterity, an other-ness which transcends the illusory otherness of the imaginary because it cannot be assimilated through identification. Lacan equates this radical alterity with language and the law, and hence the big Other is inscribed in the order of the symbolic. Indeed, the big Other is the symbolic insofar as it is particularised for each subject.

99

gadnienia. Mimo, iż big Other nie istnieje, ludzie działają jakby on istniał. Tak też jest w wypadku archeologii. Na podstawie pojedynczych danych dotyczących konkretnych jednostek buduje się wyobrażenia dotyczące jakoby całego społeczeństwa i jego pożądań. Oczywiście, w Lacanowskiej psychoanalizie zagadnienie wiedzy o pożądaniach ze strony big Other ma dokładną deskrypcję. Lacanowski pogląd przedstawię na przykładzie histerii, obsesyjnej neurozy, jak i perwersyjności. Owe „mentalne wykopaliska‟ powinny uwydatnić strukturę myślenia archeologów odnośnie do relacji archeologia–społeczeństwo. Charakterystyka mentalnych niedyspozycji dla Freuda opierała się na zachowaniach. Stąd też, kobietę jako histeryczkę Freud definiował na podstawie określonych i odbiegających od społecznie uznanych za normalne zachowań. Lecz w wypadku Lacana mamy do czynienia z istotną zmianą. Na przykład, histeryczkę definiuje nie tyle jej zachowanie, co struktura i pozycja wobec big Other3. Jak to definiuje Tony Myers (2003, s. 95):
The hysteric is never clear what the Other wants and is therefore always plagued by a kind of self-doubt, manifest in a recurrent questioning.

Precyzując, ona lub on wierzy, że miłość jest tym, czego chce big Other. Inaczej sytuacja wygląda w wypadku obsesyjnego neurotyka. Ona lub on jest w pełni przekonana(-y) co musi być zrobione dla big Other. Jak sama nazwa wskazuje, obsesyjny neurotyk jest niezwykle aktywny, ponieważ są do wykonania zadania na rzecz big Other. Inaczej sytuacja wygląda z zachowaniami perwersyjnymi. Tutaj osoba jest w pełni przekonana, co big Other pożąda. Stąd też główne zadanie to zaspokoić po3

Stąd też osoba histeryczna dla Freuda nie musi być potraktowana za histeryczną według teorii Lacana. I odwrotnie, osoba uznana przez Lacana za histeryczną może taką nie być według Freudowskiego sposobu myślenia.

100

żądania ze strony big Other. Jak to definiuje ponownie Myers (2003, s. 95):
He or she is convinced of the meaning of the desire of the Other.

Dlatego też zachowania perwersyjnie nie dotyczą jedynie kwestii o charakterze seksualnym. Struktura perwersyjności może być teoretycznym narzędziem do analizy zjawisk społecznych i kulturowych. Tak też w wielu miejscach czyni Žižek (np. 2002). O strukturze myślenia zboczeńcy warto powiedzieć nieco więcej. Jak utrzymuje Žižek (2006):
[…] for Lacan, a pervert is not defined by the content of what he is doing (his weird sexual practices, etc.). Perversion, at its most fundamental, resides in the formal structure of how the subject relates to truth and speech. The pervert claims direct access to some figure of the big Other (from God or history to the desire of his partner), so that, dispelling all the ambiguity of language, he is able to act directly as the instrument of the big Other’s will. In this sense, both Osama bin Laden and President Bush, although politically opponents share a pervert structure: they both act upon the presupposition that their acts are directly ordered and guided by the divine will4.

Powyższy cytat może być rozumiany jako eksponujący te elementy, które mogą być przydatne w innym spojrzeniu na dyskusję tyczącą się zaspokajania żądz społeczeństwa. Według Lacanowskiej wersji psychoanalizy pożądanie (desire) nie dotyczy w żadnym razie zaspokajania własnych pragnień. Wręcz przeciwnie, pożądanie to zawsze: desire of the Other, to be desired of the Other lub też to desire for what the Other desires (Žižek 2009, s. 74). Pożądanie z definicji nie
Tak jak to czynił Lacan, a później Žižek, również i dla mnie perwersyjność nie niesie ze sobą negatywnych konotacji. By uniknąć jednak niepotrzebnych nieporozumień, ów ambiwalentny termin (perwersyjna archeologia) nie ma w zamierzeniu kogokolwiek obrażać, a jedynie prowokować do autorefleksji.
4

101

może być zaspokojone. W wielu wypadkach dostanie tego, o czym się marzy jest prawdziwą traumą. Celem pożądania jest sam proces pożądania. Posłużmy się przykładem: dlaczego kobiety płaczą na swoich ślubach? Psychoanalityczna odpowiedź jest następująca: kobiety na swoich ślubach zdają sobie sprawę, że nie mają już czego pożądać. Dlatego też spełnienie jednego pożądania uruchamia automatycznie nowe żądze, i tak aż do śmierci. Lub też nieco bardziej archeologiczny przykład. Wyobraźmy niewyobrażalne: co by się stało gdyby wszystkie stanowiska archeologiczne zostały zabezpieczone lub też przebadane wykopaliskowo? W takim wypadku archeologiczne pożądanie zostałoby spełnione. To jest prawdziwe niebezpieczeństwo. Nie dlatego, iż nie byłoby już przedmiotu badawczego, ale dlatego, iż pożądanie zostałoby spełnione5. Odwrotna sytuacja, to jest, kiedy wszystko zostaje bezpowrotnie zniszczone, jest relatywnie bezpieczną wizją dla archeologii. Pożądanie nigdy nie zostałoby zaspokojone, a archeologia znalazłaby dla siebie nowe obszary zainteresowań badawczych. Stąd też, paradoksalnie bezpieczniejsza dla archeologii przyszłość to taka, w której dziedzictwo kulturowe nie istnieje aniżeli miałoby być totalnie zabezpieczenie. Stąd też, by postawić tezę explicite: współczesna archeologia to głównie perwersyjna nauka6. By przedstawić to
5

Warunek ten dotyczy tylko archeologii, w której badania wykopaliskowe są fundamentem i sensem samym w sobie. 6 Struktura perwersyjności nie dotyczy jedynie relacji archeologia-społeczeństwo. W kontekście archeologicznym wiele jest przypadków odpowiadających Lacanowskiej charakterystyce zboczeńcy. Struktura perwersyjności obiera się na zasadzie: „jestem jedynie narzędziem w rękach big Other‟. Big Other to, np. postęp naukowy, historyczna konieczność, Bóg, itd. Stąd też Jezus Chrystus jest perfekcyjnym przykładem perwersyjnej logiki myślenia (patrz Žižek 2002). Jezus widział siebie jako jedynie narzędzie w rękach Boga-Ojca. Co więcej, Jezus wiedział lepiej niż ludzie, co jest dobre dla nich. Dlatego też można zasugerować, że archeolodzy są współczesnym Jezusem. Archeolodzy wiedzą lepiej niż ludzie, co jest dla nich dobre, czego pragną i pożądają. Również Stalin może być przywołany w tym kontekście. Czyż Stalin nie widział siebie jedynie jako narzędzie w rękach Historical Necessity, w rękach big Other? Również niektórzy archeolodzy przekonani są o swojej historycznej misji. Ci archeolodzy widzą siebie jako marne, narzędzia w rękach big Other. Jak przykład

102

w prosty sposób: podmiotem jest archeolog czy też ogólnie archeologia, z kolei Innym jest społeczeństwo. Archeolog/ archeologia zakłada, iż Inny czegoś pożąda (desires). Co więcej, jak to wynika z wcześniej przytoczonej wypowiedzi Holtorfa archeolog/archeologia ma za cel spełnić za wszelką cenę owe żądze Innego, mimo iż może to być czasem nie po myśli samej archeologii. W ten też prosty sposób archeologia operuje perwersyjną strukturą. Stąd też w stricte Lacanowskiej wykładni można analizować współczesną archeologie zorientowaną na dialog ze społeczeństwem jako perwersyjną naukę. Argumentacja tej tezy stanowić będzie przedmiot dalszej dyskusji. Perwersyjna archeologia Za najpełniejszą próbę odpowiedzi na pytania o naturę fascynacji archeologią przez współczesne społeczeństwo można uznać dociekania Holtorfa (np. 2007; 2008). Mówiąc ogólnie, Holtorf wierzy, iż współczesne społeczeństwo reprezentuje experience society, nastawione głównie na zaspakajanie własnych pragnień i żądz. Fenomen ten dotyczyłby również archeologii poprzez fascynację społeczeństwa archeologią jako taką. Bez wątpienia, wiele z argumentów Holtorfa jest trafnych. Niemniej jednak, można do idei Holtofra dodać parę uwag bazujących na elementach teorii psychoanalitycznej (Žižek). Warto postawić następujące pytania: co jest rzeczywiście powodem i jaka jest struktura fascynacji archeologią przez społeczeństwo?; jak rozmawiać ze społeczeństwem i czy dialog to zawsze coś pozytywnego? Jedna z konkluzji z prac Holtorfa może być sformułowana w następujący sposób: ludzie dążą do tego, czego
warto przywołać dwa pierwsze zdania z The Rise of Bronze Age Society (Kristiansen, Larsson 2005: xiii): This book wanted to be written. That is the only way to explain its birth. Innymi słowy, jesteśmy jedynie narzędziami, które wykonują zadania, które żąda od nas postęp naukowy (big Other).

103

pożądają. Z tego punktu widzenia, tak jak to widzę, ludzie traktowani są jako naiwne istoty konsumujące doświadczenia (experiences) oferowane przez archeologię. Jest to pewne uproszczenie, jednak zarazem ukazuje najsłabsze punkty deskrypcji oferowanej przez Holtorfa. By zaproponować alternatywną interpretację warto poświęcić nieco uwagi fetishist disavowal. Fetishist disavowal, mówiąc krótko, jest pozycją, w której człowiek ma wiedzę na określony temat, lecz podejmuje działania jakby tej wiedzy był pozbawiony (Žižek 1989, s. 28-47; 2007, s. 30-31). Taka definicja nawiązuje do Marksowskiej definicji ideologii (they don’t know what they are doing). Sam Žižek odnosząc się do fetishist disavowal polega na niemieckim filozofie, Peteru Sloterdijku (1988). Główna teza pracy Sloterdijka głosi: dzisiaj, w cynicznej erze ludzie know very well what they are doing, but sill, they are doing it (Žižek 1989, s. 29). Tak też współczesna ideologia, wiara, jak i – co sugeruję – experience society funkcjonuje. By uniknąć nieporozumień, nie twierdzę, iż ludzie nie interesują się archeologią. Główne media (Internet, telewizja, prasa) bez wytchnienia bombardują ludzi informacjami dotyczącymi archeologii. Lecz w ten sposób ludzie stają się cyniczni. By przedstawić to nieco bardziej obrazowo, np.: „wiem bardzo dobrze, co zobaczę na przykład w Grecji; wiem bardzo dobrze, że będzie to (pseudo)doświadczenie oraz nudna wycieczka; niemniej jednak będę działać jakbym tej wiedzy był pozbawiony‟. W ten sposób dochodzi do pierwszej komplikacji odnośnie do promowanej przez archeologów powszechnej fascynacji archeologią. Ludzie nie są naiwni. Ludzie są raczej współcześnie cyniczni. Wiedzą doskonale, że zwiedzanie Grecji nie jest wspaniałym doświadczeniem, jednak działają jakby byli tej wiedzy pozbawieni. By obrazowo przedstawić charakter doświadczenia oferowanego przez archeologię pozwolę sobie na przeanalizowanie bliżej Kungu fu Pandy.

104

Z każdego niemalże filmu można się czegoś nauczyć. Tak też jest w wypadku Kung fu Pandy (2008), która to – by użyć Heideggerowskiego żargonu – jest niemalże poręczna w kontekście archeologii. Zatem, o czym jest ta kreskówka? Film dotyczy młodej i grubej pandy o imieniu Po (ryc. 1). Po marzy by zostać mistrzem kung fu. Niestety ojciec Po widzi dla niego inną przyszłość. Młoda panda ma przejąć po ojcu rodzinny interes, niewielką restaurację, która jest znana z „klusek z sekretnym składnikiem‟.

Ryc. 1. Plakat filmu Kung Fu Panda przedstawiający Po (pobrano z http://www.kungfupanda.com, dostęp 2009-04-12).

Przez przypadek lub też nie, Po zostaje wybrany na Smoczego Wojownika, którego zadaniem ma być pokonanie bardzo niedobrego leoparda – Tai Lunga, który zagraża lokalnej społeczności. Po wielu ciężkich treningach i wielu przeszkodach ostateczną konstytucją Po jako Smoczego Wojownika są zaklęcia zapisane w tak zwanym Smoczym Zwoju. Owe zaklęcia mają dać osobie, która je przeczyta niewyobrażalną moc. Jednak jak odkrywa Po zwój jest pusty, nie ma żadnego zaklęcia czy też sekretu. Wszyscy są załamani, nikt nie wie co robić da-

105

lej. Jedyną nadzieją jest opuszczenie wioski przed przybyciem Tai Lunga. W trakcie ewakuacji zawiedziony Po spotyka swojego ojca. Wtedy też ojciec wyjaśnia Po sekret klusek z tajnym składnikiem: The secret ingredient is nothing! You heard me. Nothing. There is no secret ingredient! Wtedy też wszystko ulega zmianie. Jest to traumatyczne wydarzenie dla Po. Trauma to nie tylko to, co straszne, niewyobrażalne, co jest represjonowane przez ludzki umysł, a co Lacan definiował jako the Real. Trauma to również czasem zupełnie zwyczajne słowa, wydarzenie, lecz w wyjątkowym kontekście. Czyż podobnie nie było w wypadku Po? Kluczowa jest jedna z wcześniejszych scen. W niej widzimy Po, który przygotowuje dla przyjaciół zupę z tajnym składnikiem. Jak słyszymy Po: You should try my dad’s secret ingredient soup. He actually knows the secret ingredient. W tym miejscu konieczna jest dygresja tycząca się definicji nieświadomości. Lacan zwykł definiować Freudowską nieświadomość jako wiedzę, która nie wie o samej sobie (Žižek 2007, s. 52). Postać Po w wyraźny sposób eksponuje pogląd Lacana. Po nie wiedział, że wie. Lecz co? Po cały czas nieświadomie wiedział, że największym sekretem jest brak sekretu, że sekretnym składnikiem zupy jest jego brak. W ten sposób był w stanie przezwyciężyć traumę i ostatecznie stać się Smoczym Wojownikiem i pokonać Tai Lunga. Wymowna jest jeszcze jedna scena, kiedy to Tai Lung odbiera na chwilę Po Smoczy Zwój i go otwiera. Tai Lung nic tam nie widzi, to też stanowi coś niewyobrażalnego, coś co nie mieści się w jego horyzoncie myślowym, a co może być zdefiniowane jako wydarzenie traumatyczne. Z tego też powodu ostatecznie zostaje pokonany przez Po. Można stwierdzić, iż z podobną sytuacją mamy do czynienia w wypadku ludzi interesujących się archeologią, jak i wykorzystywanych przez samych archeologów, jako przykłady społecznego pożądania na doświadczenia archeologiczne. Zwiedzanie muzeów, Grecji czy Egiptu może być widziane

106

jako wydarzenie traumatyczne. Nie dlatego, iż coś niewyobrażalnego ma miejsce w trakcie zwiedzania. Wręcz odwrotnie, być może w wielu wypadkach ludzie okrywają, że największym archeologicznym sekretem jest brak sekretu7. Innymi słowy, mamy do czynienia z normalnym doświadczeniem, lecz w niecodziennym kontekście. Takim kontekstem jest archeologia i to, co z nią może być wiązane. Dlatego też można zasugerować, iż ucieleśnieniem wielu turystów, czy też miłośników archeologii jest postać Po. Tak jak gruba panda, czasem nie wiemy, co wiemy, to znaczy że największym sekretem to brak sekretu. Dla poparcia takiej sugestii warto zwrócić uwagę na interesującą książkę Dave‟a Akswitha wraz z Alenem Normantonem (2005) (ryc. 2).

Ryc. 2. Okładka książki Signs of Life (za Akswith, Normanton 2005).

Rycina 2 jest okładką książki zatytułowanej Signs of Life. Książka składa się z kilkunastu fotografii prezentujących ty7

Oczywiście w tym miejscu dokonuję pewnego uproszczenia bardziej złożonego zagadnienia.

107

tułowe znaki życia. Według autorów, przynajmniej tak, jak ja to interpretuję, książka jest formą parodii, żartu, a nawet ironii. Jednak warto mieć w pamięci starą dobrą Freudowską lekcję (Freud 1905) – żart, parodia, przejęzyczenie, sen są formami, poprzez które manifestuje się nieświadomość. Dlatego też, zamiast lekceważyć rycinę 2 („to tylko głupi żart, który o niczym nie świadczy!‟) należy ją potraktować całkowicie literalnie. Stąd też, jakby to Freud powiedział: the truth has spoken! Archeologiczne pozostałości są faktycznie w wielu wypadkach postrzegane nieświadomie jako disappointing ruins. Tutaj też widać wyraźnie, dlaczego psychoanaliza to an interpretation in detail. Wykorzystując perspektywę etnograficzną czy też socjologiczną (Holtorf) nie trudno ulec złudzeniu, iż społeczeństwo pożąda wrażeń archeologicznych. Jednak są również sytuacje, kiedy to jeden żart czy też przejęzyczenie mówi więcej niż badania empiryczne. Tak jest według mnie w wypadku relacji między archeologią i społeczeństwem. Dlatego to nie tyle ludzie pożądają archeologii, co raczej archeolodzy pożądają by byli pożądani. W ten sposób archeologia staje się perwersyjną nauką, ponieważ archeolodzy dążą do zaspokajania nieistniejących żądz nieistniejącego big Other. Jest jeszcze jedno interesujące zagadnieniem łączące się ze współczesnym społeczeństwem i archeologią. Experience society to wariant społecznego konsumpcjonizmu. Jednak jak błyskotliwie podkreśla Žižek, ostatnią cechą współczesnego społeczeństwa jest konsumeryzm. Teza ta wydaje się kontrowersyjna, lecz jest w niej co najmniej nie jedno przysłowiowe ziarenko prawdy. Jak to zauważa słoweński filozof, współczesne produkty pozbawione są negatywnych własności. Stąd też, np.: piwo bez alkoholu, masło bez tłuszczu, wirtualny seks to znaczy seks bez seksu, kawa bez kofeiny, itd. Czyż podobnie nie jest z archeologią? Archeologia oferuje to, co jawi się jako niezwykłe, magiczne, czarujące – lub by nazwać rzecz po imieniu: archeologiczny kicz. W ten

108

sposób archeologia zbudowała – to co Holtorf (2007) nazywa – archaeo-appeal. Co warto zauważyć to fakt, iż archaeoappeal jest formą maski nałożoną na przeszłość. Przeszłość prezentowana jest jako czarująca, magiczna, utracony raj. Nikt nie mówi o molestowaniu seksualnym, kazirodztwie, itd. Dlatego też archeologiczny kicz prezentujący przeszłość to przeszłość bez przeszłości. Innymi słowy, przeszłość zostaje pozbawiona swych inherentnych negatywnych, obscenicznych własności. Parafrazując tytuł jednego z artykułów Žižka (2004): today‟s archaeology is a cup of decaf past. Do tej pory pod dyskusję zostały wzięte takie zagadnienia, jak: perwersyjność w kontekście archeologicznym, społeczeństwo, charakter pożądania w kontekście experience society. Ostatnią ważną kwestią wartą poruszenia są komunikacja i dialog jako takie. I tym razem będę odwoływał się do idei słoweńskiego filozofa, które opierają się w dużej części na myślach Sloterdijka. Tego, co brakuje większości archeologicznych badań nad komunikacją ze społeczeństwem to ciemna strona języka. Nawet tacy teoretycy jak Jürgen Habermas (1981) nie dostrzegają obscenicznego, ciemnego, agresywnego charakteru dialogu jako takiego. Zwykle język jest narzędziem pojednania, dialogu, próbą znalezienia porozumienia bez użycia przemocy. Stąd też dialog to lekarstwo na wszystkie problemy. Czyż nie brzmi to znajomo? W archeologii poprzez dialog archeolodzy chcą znaleźć lekarstwo na wszelkie problemy. W swojej ostatniej książce zatytułowanej Violence Žižek (2009) podkreśla wyraźnie inherentnie negatywny charakter języka. Osią rozważań Žižka odnośnie do języka jest myśl Sloterdijka (cytat za Žižek 2009, s. 50):
More communication means at first above all more conflict.

Ta myśl zasadniczo dotyczy globalizacji. Lecz wierzę, iż również w kontekście archeologicznym powinna zostać potrakto-

109

wana poważnie. Zamiast rozmawiać ze społeczeństwem, czas najwyższy znaleźć nowy kod dyskrecji (Žižek 2009, s. 50). Dlatego też być może brak komunikacji ze społeczeństwem nie jest problemem, lecz rozwiązaniem problemów archeologicznych? Implikacje takiej tezy są następujące. Nie trzeba marnować swojego prywatnego i cennego czasu na bezowocne rozmowy. Zamiast tego można poświęcić się rzeczom, które są jakościowo istotne: czytanie, pisanie, myślenie. Druga implikacja łączy się z zagadnieniem interpasywności (interpassivity). Co jeśli dialog i rozmowa są próbami omijania problemu? Ludzie czasem działają permanentnie, nie tyle by coś zmienić, lecz by rzeczy zachowany dotychczasowy porządek. Zatem, chciałbym zasugerować, jeśli archeolodzy chcą naprawdę dialogu ze społeczeństwem należy w pierwszej kolejności przestać rozmawiać. Czasem najowocniejszy dialog to brak dialogu. Czyż podobnie nie wyglądał Platoński dialog? Jakby to Žižek powiedział: sometimes true act is to avoid the temptation to act (patrz np. Žižek 2001; 2007, s. 26-27). Innymi słowy, paradoksalnie substancjalny dialog ze społeczeństwem prowadzi przez a new code of discretion. Archeolodzy najpierw powinni mieć klarowną sytuację, gdzie tak naprawdę archeologia współcześnie stoi. Dopiero wtedy możemy zacząć rozmawiać o dialogu ze społeczeństwem. Wnioski Interakcje archeologów ze społeczeństwem nie powinny mieć charakteru perwersyjnego. Co więcej, archeologia nie musi być nauką perwersyjną. Archeologia i archeolodzy nie są narzędziami w rękach żadnego big Other, nie mają też misji polegającej na zaspakajaniu żądz ludzkich. Zmienianie świata, społeczeństwa na lepsze z pewnością nie wiedzie przez dotychczasowe próby zaspakajania żądz społeczeństwa. Jak to akcentowałem, z psychoanalitycznego punktu widzenia pożą-

110

danie niewiele ma wspólnego z satysfakcją i szczęściem. Nie znaczy to, iż archeologia ma zamknąć swe drzwi przed społeczeństwem. Wręcz przeciwnie, być może warto przypomnieć Kantowskie sapere aude? Nie tyle dawać ludziom, czego bezproduktywnie pożądają, lecz dać odwagę by samodzielnie myśleć. Dlatego też Kantowski imperatyw kategoryczny powinien nadal obowiązywać (Kant 1991, s. 55):
Argue as much as you like and whatever you like, but obey.

W tym też miejscu dotykamy krytycznego nieporozumienia ze strony archeologów optujących za demokratycznym modelem dialogu ze społeczeństwem. Wolność nie ma nic wspólnego z robieniem tego, co się pragnie. Jeśli jest jakakolwiek lekcja warta zapamiętania z niemieckiego idealizmu, to musi to być: tylko robiąc dobrowolnie własne obowiązki jest się wolnym. Wolność to sapere aude.
Bibliografia:
Askwith, D., Normanton, A. 2005 Signs of Life, London. Evans, D. 1996 An Introductory Dictionary of Lacanian Psychoanalysis, Hove and New York. Freud, S. 1905 Jokes and their Relation to the Unconscious, The Standard Eition of the Complete Psychological Works of Sigmund Freud (195374) trans. James Strachey. London. Habermas, J. 1981 The Theory of Communicative Action, Cambridge. Holtorf, C. 2007 Archaeology is a Brand! The Meaning of Archaeology in Contemporary Popular Culture, Oxford. 2008 Can you hear me at the back? Archaeology, communication and society. European Journal of Archaeology 10 (2-3), s. 149-165. Kant, I. 1991 An answer to the question, “What is Enlightenment?” [w:] red. H. S. Reiss, Kant’s Political Writing, Cambridge, s. 54-60.

111

Kristiansen, K., Larsson, T. 2005 The Rise of Bronze Age Society. Travels, Transmissions and Transformations, Cambridge. Myers, T. 2003 Slavoj Žižek, London. Sloterdijk, P. 1988 Critique of Cynical Reason, London. Žižek, S. 1989 The Sublime Object of Ideology, London. 2001 Welcome to the Desert of the Real, New York. 2002 The Puppet and the Dwarf: The Perverse Core of Christianity, Cambridge. 2004 A cup of decaf reality, Lacan com. http://www.lacan.com/ zizekdecaf.htm, dostęp 2009-18-02. 2006 The fundamental perversion. Lacan, Dostoyevsky, Bouyeri. Lacanian Ink 27, http://www.lacan.com/lacinkXXVII6.htm, dostęp 2009-02-20. 2007 How to Read Lacan, New York and London. 2009 Violence. Six Sideways Reflections, London.

Abstract Archaeologists used to think about themselves as socially desirable objects. This paper disagrees with such a point of view. Rather, it is claimed that archaeologists want to be desired by society. That is why archaeologists are the object of their own desires. Such a conviction about the knowledge of Other‟s (society‟s) desires is defined in the psychoanalysis of Jacques Lacan as perversion. I argue that contemporary archaeology can be seen a pervert science. Psychoanalysis and cinema can shed new light on archaeology and reconsider some fundamental assumptions about public archaeology. Using the thoughts of the most prominent follower of Lacan, Slavoj Žižek,, the following theoretical discussion takes into account the examples of cinema. Cinema is a very interesting theoretical tool that should often be used by archaeologists. The result of taking into account cinema is – what is called by the author – the theory (in a broad sense of the term) of Kung-fu Panda.

112

Monika Okupniak Instytut Prahistorii Uniwersytet im. A. Mickiewicza Poznań

Na styku światów – szkielet z Risan jako przyczynek do dyskusji nad znaczeniem źródeł współczesnych
Wprowadzenie Źródła współczesne są tematem ciągle niechętnie poruszanym w archeologii. Rodzą się pytania typu: co nazywamy przeszłością?, jak definiujemy współczesność?, gdzie kończy się archeologia a zaczyna historia? Powstaje także problem nakładania się źródeł współczesnych na przeszłe. Odnaleziony w lipcu 2007 roku w miejscowości Risan szkielet żołnierza Wermachtu stał się dla mnie przyczynkiem do rozważań nad postawionymi wyżej pytaniami. Stanowi według mnie ciekawy przykład możliwości połączenia źródeł archeologicznych, historycznych oraz przekazów ustnych, dzięki czemu możliwym staje się stworzenie wiarygodnego obrazu przeszłości. Risan jest niewielką miejscowością (liczącą ok. 2000 mieszkańców) położoną nad czarnogórską częścią Morza Adriatyckiego, nad głęboko wcinającą się w ląd zatoką – unikatową w skali całego Morza Śródziemnego. Ukształtowanie terenu jest bardzo urozmaicone, gdyż zatoka w całości otoczona jest górami i wzniesieniami sięgającymi nawet 1000 metrów nad poziomem morza przez co sprawia, iż okolica jest niezwykle malowniczym miejscem (cała Zatoka Kotorska wpisana została na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO). Od roku 2000 Ośrodek Badań Nad Antykiem Europy Południowo-Wschodniej z Uni113

wersytetu Warszawskiego prowadzi tam badania wykopaliskowe. Risan znane jest głównie jako iliryjska stolica królowej Teuty, ale najstarsze ślady osadnictwa sięgają epoki brązu. Badania prowadzone są w dwóch miejscach: na Carine (port celny sięgający okresu kolonizacji greckiej, poprzez okres rzymski i turecki) oraz na Gradine. Turecka twierdza Ponad Risan wznosi się wzgórze nazywane przez miejscowych Gradina (od czarnogórskiego: gradina – ruiny zamku, miasta1). Na wyniesieniu tym znajdują się ruiny tureckiej twierdzy pochodzącej z okresu, kiedy Bałkanami władało Państwo Osmańskie. Twierdza została rozpoznana już w latach 70. XX wieku przez serbskich badaczy oraz rozrysowany został plan widocznych pozostałości. Najlepiej zachowaną częścią twierdzy jest baszta, w której w czasach I wojny światowej był włoski bunkier. Zarejestrowane zostały też mury antyczne, ale widoczne dzisiaj elementy to głównie działalność turecka. W 2007 roku założone zostały cztery wykopy mające na celu rozpoznanie części północno-wschodniej oraz wykonanie dokumentacji widocznych pozostałości w celu weryfikacji planu utworzonego w latach 70. XX wieku. Odkryta została kamienna posadzka turecka oraz liczne murki tworzące ściany pomieszczeń. Do znalezisk masowych datujących stanowisko należą, między innymi fragmenty glazurowanej tureckiej ceramiki. Niespodziewanym i niecodziennym znaleziskiem okazał się szkielet usytuowany na linii wschódzachód, na który natknęli się robotnicy w jednym z wykopów. Nie trudno zgadnąć, iż nie jest to znalezisko zwyczajne dla tego rodzaju obiektów architektonicznych.
1

Słownik chorwacko-polski, hasło: gradina.

114

Szkielet ułożony był pomiędzy dwoma kamiennymi murkami, na poziomie posadzki odkrytej około 20 cm na północ. Twarzoczaszka zmarłego była roztrzaskana. Ze względu na brak analizy antropologicznej trudno stwierdzić czy stało się to przyczyną śmierci osobnika, czy jest to wynik procesów podepozycyjnych. Tym co zaskoczyło archeologów (choć samo znalezienie szkieletu już było wielką niespodzianką!) był niezwykle dobry stan zachowanych kości, a także ułożenie ciała – zmarły leżał na plecach z rozrzuconymi rękami. Dalsze znaleziska z jednej strony rozjaśniały sytuację, a z drugiej prowokowały nowe pytania. Mianowicie zęby posiadały plomby. Dzięki temu można było stwierdzić, iż nie jest to szkielet Turka, na co wskazywała jego depozycja. Innym, ważniejszym znaleziskiem, stał się spoczywający na wysokości klatki piersiowej nieśmiertelnik. Oczywiście pozwoliło to całkowicie wykluczyć tureckie pochodzenie nieboszczyka, a także dostarczało nowych informacji o datowaniu. Nieśmiertelnik ten był typowym niemieckim identyfikatorem używanym przez żołnierzy niemieckich w czasie II wojny światowej.

Fot.1. Pozostałości twierdzy. Fot. M. Okupniak

115

Szkielet – dalsze odkrycia W trakcie eksploracji szkieletu nie natrafiono na żadne inne znaleziska, jakich można by się spodziewać, tj. guzików od munduru, podbić butów itp. Po wyeksplorowaniu, kości zostały przeniesione do bazy i tam wyczyszczone. Nie długo trzeba było czekać na dalszy niespodziewany rozwój wydarzeń. Jak wspominałam wcześniej, miasteczko liczy ok. 2000 mieszkańców, a 10 z nich pracowało na wykopaliskach jako pracownicy fizyczni. Nie trudno w takich okolicznościach o szybkie upublicznienie informacji o znalezisku. Jeszcze tego samego dnia do bazy zgłosił się zaprzyjaźniony starszy pan, mieszkaniec Risan z sensacją „wypisaną na twarzy”. Opowiedział historię, której był świadkiem, a która mówiła o okolicznościach śmierci odnalezionego przez nas żołnierza. Według jego relacji dramatyczna sytuacja na Gradinie miała rozegrać się dnia 30 października 1944 roku. Jak mówił, armia niemiecka znajdowała się wtedy w defensywie, a w okolicy Risan kryła się partyzantka Broz Tity. Niemcy mieli w tej części Zatoki Kotorskiej baterię artylerii. Pewnego dnia, znudzonych żołnierzy obserwujących lornetkami okolicę zaskoczył widok mężczyzny stojącego na Gradinie i machającego peleryną, sprawiając wrażenie nietoperza. Niemcy początkowo ostrzelali wzgórze, ale bez powodzenia. Partyzant nadal machał. Zostało wysłanych czterech zwiadowców, aby zbadać sprawę i unieszkodliwić partyzanta. Wydarzenia dziejące się na Gradinie były obserwowane z dołu przez mieszkańców Risan przy pomocy lornetek. Jak podaje Pan Božidar (świadek tych wydarzeń), odnaleziony przez nas szkielet należy do jednego z niemieckich żołnierzy. Cała sytuacja okazała się zasadzką – jeden ze zwiadowców został zabity, obrabowany i wrzucony do jednego z kraterów powstałych w wyniku ostrzału wzgórza. Wkrótce potem wojna 116

została zakończona i nikt nie pamiętał o ciele człowieka pozostawionym na Gradinie.

Fot.2. Ułożenie szkieletu. Fot. M. Okupniak

Zebrane kości zostały przeniesione do bazy i tam starannie oczyszczone. I tu właśnie pojawia się kolejny wątek poboczny historii. Jeden z pracowników Ośrodka Badań Nad Antykiem Europy Południowo-Wschodniej był pochodzenia niemieckiego i ten fakt nie jest tu bez znaczenia. Zadbał on o umieszczenie szkieletu w drewnianej skrzyni wyścielonej białym materiałem i szybkie przewiezienie jej do Ambasady Niemieckiej w Podgoricy (stolicy Czarnogóry). Nie może dziwić zaskoczenie urzędników ambasady, według których takie znaleziska co prawda nie są rzadkością, jednak zgłaszanie ich (a co dopiero przywożenie do ambasady, w sposób oddający szacunek zmarłemu) jest rzeczą niespotykaną. 117

Historia szkieletu trwała jednak dalej. Wszczęte zostały postępowania mające na celu ustalenie tożsamości zmarłego. Według tego co udało się do tej pory stwierdzić, żołnierz miał na imię Walter, urodził się w roku 1911 i w chwili śmierci miał 33 lata. Wszystkie te informacje nie byłyby możliwe do odtworzenia, gdyby nie nieśmiertelnik oraz badania zainicjowane przez Ambasadę Niemiecką w Podgoricy. Znajdujące się na identyfikatorze informacje wskazują na to, że człowiek ten należał do Drugiego Oddziału Piechoty Rezerwowego Batalionu Piechoty nr 451. Możliwe więc stało się dokładne ustalenie tożsamości zmarłego, niemożliwe w przypadku znalezisk pradziejowych. Nie udało się jeszcze odnaleźć rodziny zmarłego, jednak poszukiwania prowadzone przez niemiecką agencję Kriegskräberfürsorge nadal trwają. Znaczenie znaleziska Choć dla archeologii znalezisko to nie ma praktycznie żadnej wartości, ponieważ dotyczy czasów współczesnych, to w świetle życia społecznego wnosi bardzo wiele, a także stanowi przyczynek do dyskusji nad znaczeniem tego i innego rodzaju źródeł współczesnych. Dla kogo więc było to cenne znalezisko? Z pewnością dla miejscowej ludności, w której „legenda” ta będzie opowiadana przez kolejne pokolenia. Wersja opowiadana wcześniej przez pana Božidara znajduje potwierdzenie i uwiarygodnienie. Teraz ta opowieść nabrała materialnego wymiaru, kiedy możemy legendę zamienić w historię i potwierdzić jej prawdziwość. Jest to ważne znalezisko także dla potencjalnie nadal żyjącej rodziny zmarłego. Także dla Ambasady Niemieckiej, dla której istotna była ogromna wrażliwość ludzi, którzy nie zbagatelizowali znaleziska, nie zainwentaryzowali go jako jeden z nieważnych „współczesnych” artefaktów, ale przyczynili się do odtworzenia ostatnich momentów życia Waltera. Oczywiście tej sy118

tuacji niezwykle pomogła obecność człowieka silnie związanego emocjonalnie z kulturą niemiecką, który zadbał o to, aby zmarłemu okazano należny szacunek (szkielet został pochowany na cmentarzu niemieckich żołnierzy w Splicie). Ten przykład znaleziska współczesnego jest oczywiście niezwykle wyjątkowy i niestety nie wszystkie współczesne artefakty mogą zostać w ten sposób zanalizowane. Wielowymiarowość pozyskanych informacji Źródła współczesne, choć może mniej interesujące niż archeologicznie (zwłaszcza dla archeologa), cechuje zdecydowana wyższość nad źródłami pradziejowymi. Z jednej strony mamy możliwość połączenia ze sobą wyników badań wielu dziedzin dających jaśniejsze i konkretniejsze (bliższe minionej rzeczywistości) odpowiedzi, z drugiej jednak zajmujemy się w pewnym sensie rodzajem poznanych wydarzeń, opisanych już przecież w syntezach historycznych. Na gruncie badań pradziejowych brak jest emocjonalnego związania ludności lokalnej z odkrywanymi artefaktami (może poza Masłomęczem i Gotami Pana Kokowskiego). Źródła współczesne są ściśle związane zarówno z naszą teraźniejszością, jak i niedaleką przeszłością. Bezpośrednio oddziaływają lub oddziaływały na nas lub naszych przodków. Szkielet z Risan pozwolił połączyć ze sobą pracę wykonaną przez archeologów, dzięki której możliwe stało się wypełnienie luki w lokalnej historii miasteczka, historię regionu, a także przekaz ustny człowieka będącego świadkiem nieszczęśliwych wydarzeń 1944 roku.

119

Problem traktowania szkieletu pradziejowego a współczesnego Nie bez znaczenia pozostaje fakt przynależności chronologicznej znaleziska w stosunku do odbioru przez społeczeństwo. Ustalić można jednak zasadę, że szczątki ludzkie odnajdywane i obserwowane przez ludzi niezwiązanych z archeologią czy inną nauką zajmującą się człowiekiem w sposób biologiczny (medycyna, antropologia fizyczna), budzą pewnego rodzaju strach. Ludzie boją się mieć do czynienia z ludzkimi szczątkami – z kośćmi, w których oni widzą człowieka jako istotę żywą. Inaczej też rysuje się traktowanie szkieletu ludzkiego przez archeologów, w zależności od tego z jakiego przedziału czasowego szczątki pochodzą. Coś co jest w zasięgu naszej pamięci, bądź świadomości stosunkowo niedalekiej przeszłości, wydaje nam się bardziej realne i dotyczące nas samych. Szkielet pradziejowy nie budzi tak silnych ludzkich odruchów co szkielet pochodzący z czasów II wojny światowej – z przeszłości nam bliższej, którą pamiętają jeszcze żyjący ludzie. Szkielety pradziejowe traktowane są raczej jako jeden z zabytków koniecznych do zainwentaryzowania. Nawet jeśli potrafią wywołać moment zadumy u eksploratorów, to jednak nie są integralną częścią ich życia i ze względu na swoją abstrakcyjną (dla normalnego człowieka) chronologię, nigdy już nie zmienią niczyjego życia. Jako dowód na to można podać numeryczne traktowanie szkieletów pochodzących z różnych chronologicznie cmentarzysk (szkielet numer 1, 13, 55 itp.), podczas gdy to źródło współczesne nadaje im konkretne nazwy, imiona, nazwiska. Następuje personalizacja i indywidualizacja szczątków. Problem łączenia podmiotu z przedmiotem, tak istotny (szczególnie dla okresu wpływów rzymskich, wędrówek ludów oraz średniowiecza) a zarazem tak trudny do realizacji w archeologii, dla źródeł współczesnych, 120

staje się czymś niemalże oczywistym. Myślę, że to z pewnością jest jeden z punktów wynoszących archeologię współczesności nad archeologię przeszłości. Przy czyszczeniu kości zaistniała także ciekawa sytuacja dotycząca traktowania ludzkich pozostałości. Żadna inna kość z całego ciała ludzkiego nie budzi tyle emocji i uczuć co czaszka. Utożsamiana z istotą człowieczeństwa, miejscem skupienia zmysłów, umysłu i wrażliwości sprawiła najwięcej problemów przy czyszczeniu. Nikt nie chciał wykonać tej czynności samodzielnie. To właśnie w niej skupione jest wszystko co ludzkie. Możemy to wnioskować nie tylko na podstawie budowy biologicznej ciała człowieka, ale także obserwując przejawy traktowania czaszek utrwalone w popkulturze, dzięki filmom opowiadającym o wampirach, czarownicach itp. Współczesna przeszłość czy przeszła współczesność? Archeologią współczesności nazwałabym wszystkie znaleziska pozyskane za pomocą metod archeologicznych odnoszące się do czasów współczesnych bądź niedalekich odkrywcom. Archeologia przeszłości jest więc badaniem rzeczy bardziej nam odległych, niemożliwych do obiektywnego i jednoznacznego odtworzenia. Archeologię jako dyscyplinę naukową interesuje oczywiście pojęcie drugie, dlatego tak często źródła odnoszące się do współczesności są bagatelizowane i pomijane w badaniach. Na tę niesprzyjającą sytuację składa się także fakt częstego odnajdywania współczesnych artefaktów na stanowiskach archeologii przeszłości, kiedy to znaleziska inne niż odpowiadające badanemu przez nas okresowi są pomijane ze względu na nieważność dla badań. Oczywiście znalezisk tego typu, a także innych reprezentujących archeologię współczesności jest wiele, także na 121

terenie Polski. Niestety w większości nie zostają one zgłoszone czy zanalizowane w tak wysokim stopniu. Pozostaje więc zastanowić się, czy jest możliwość zmiany tej sytuacji i na czym miała by ona polegać? Czy jest możliwe, aby źródła współczesne były przez archeologów traktowane jako coś więcej niż przeszkadzający obiekt. Pomimo, iż często znaleziska te nie wnoszą nic nowego do poznania dziejów powszechnych ludzkości (już tak dobrze poznanych), to dla życia lokalnych społeczności jest to bardzo ważny element tworzenia ich tożsamości i odrębności lokalnej, dziedzictwa kulturowego, co można potwierdzić tworzeniem małych regionalnych muzeów czy nawet zbiorów w szkołach, do których sami uczniowie przynoszą znalezione ślady przeszłości. Jak np. w Zespole Szkół w Dygowie niedaleko Kołobrzegu, gdzie dzięki świetnej pracy dydaktycznej nauczyciela historii, uczniowie poczuli, że są kimś ważnym w kształtowaniu historii swojego regionu, swojego dziedzictwa kulturowego.

Bibliografia
Felczak W., Wasilewski T. 1985 Historia Jugosławii, Wrocław. Hodder I. 1995 Czytanie przeszłości, Poznań. Pakuła J. 2004 Słownik chorwacko-polski i polsko-chorwacki, Łódź.

Abstract What should we do when we find something on our site which can not be connected with our excavation? What happens when on the layer of the Turkish stronghold’s floor we find a skeleton of soldier from the World War II? When 122

does the past become present, and present become past? There is a difficulty how to treat a discovery from modern times during an excavation interested in Ancient Ages. There is a problem of the relation to the unwanted object which somehow terrifies society. The superiority of modern sources over ancient ones. The example of possibility of linking archaeological sources with historical sources and oral transmission can be based on the discovery of skeleton of soldier of World War II on the site Risan in Montenegro.

123

124

Tomasz Staniewicz Instytut Prahistorii Uniwersytet im. Adama Mickiewicza Poznań

Kto ma rację? Problematyka prawdziwości danych literaturowo-archiwalnych na przykładzie obszaru Środkowego Nadodrza w epoce brązu
Wstęp Proces powiększania się z każdym nowym rokiem zbioru zabytków rodzi pewne następstwa. Z jednej strony badacze skupiają się na tym by je poznać i opisać, z drugiej nie koncentrują się więcej na starych opracowaniach, uznając to co zostało już opisane za obowiązujące. Nie dokonują koniecznej weryfikacji tych danych powielając je. Artefakty „krążą” w literaturze, ale nie wiadomo jasno co uznać za obowiązujące, bo wielu autorów ma różne myśli i koncepcje. W niniejszym artykule pokażę, że należy z równym zainteresowaniem traktować nie tylko nowe, ale i stare prace naukowe. Przeprowadzone dotychczas przeze mnie badania związane z szukaniem informacji w literaturze oraz archiwach i ich weryfikacją, dotyczyły głównie II okresu epoki brązu. 1. Pozyskane źródła i ich opracowanie Do roku 1945 obszar Środkowego Nadodrza wchodził w skład Rzeszy Niemieckiej, stąd wykopaliska i muzea, w których zgromadzone były zbiory, związane są z badaczami niemieckimi, a w literaturze i archiwach „króluje“ język niemiecki. Istniały wtedy bardzo bogate zbiory w Gubinie (Guben) i Chociebużu (Cottbus). Już wtedy znalezienie przynależności dla tych zabytków w literaturze było bardzo rzadko możliwe (Bohm 1935, s. VI).

125

Problemy ze znaleziskami nie dotyczą tylko obecnych czasów. Już w latach 20. i 30. XX wieku wiele zabytków nie miało metryczek. Najstarsze pozyskane artefakty nie były opisane. Jak opisuje Waldtraut Bohm we wstępie do swojej dysertacji, opracowania tego materiału źródłowego podjęte przez prof. Jentscha w ramach gubińskiego programu gimnazjalnego nie okazały się zbyt pomocne, z uwagi na zbyt ogólne sformułowania, np. urna, waza, naczynie guzowe (Bohm 1935, s. VI). Jeśli chodzi o II okres epoki brązu na Środkowym Nadodrzu, to, m.in. Fritz Buchholz (Buchholz 1925) zamieścił jedne z najstarszych informacji. Warto przeglądać stare opracowania, ponieważ ówcześni badacze byli bliżej dawnych zabytków i ich opisów niż my teraz. Mieli dostęp do literatury, archiwów, czytali (np. w lokalnych gazetach) i słyszeli o przypadkowych odkryciach. Codziennością były dla nich ręcznie pisane po niemiecku dokumenty. My teraz jesteśmy dalej, dzieli nas więcej lat od tamtych odkryć i relacji, stąd też mamy większe trudności z odczytaniem tych danych. Wiele lat później, w latach 90. XX wieku, mnogość opracowań wyrobów z brązu wpłynęła na potrzebę uporządkowania materiału znaleziskowego, zwłaszcza posiadanego zbioru źródeł innych niż wyroby metalowe (Kłosińska 1996, s. 74). Badaczka ta zwróciła również uwagę na fakt, że istnieje dysproporcja między zasobem pozyskanych już źródeł, a stopniem ich opracowania (Kłosińska 1996, s. 67). Dzięki staraniom A. Leube w latach 1991-2003 przeprowadzono badania zasobu starych znalezisk (z okresu przed 1945 rokiem) z terenu byłej Nowej Marchii (Volkmann 2007, s. 187) (w jej skład wchodziły tereny północnej części obecnego województwa lubuskiego, np. takie miejscowości jak Torzym, Rzepin, Gorzów, Dobiegniew). W latach 90. XX wieku z inicjatywy A. Leube w Katedrze Pradziejów i Wczesnohistorycznej Uniwersytetu Humboldta w Berlinie (Lehr-

126

stuhl für Ur- und Frühgeschichte der Humboldt Universität in Berlin) powstały liczne prace seminaryjne i magisterskie, w których omawiane były badania archeologiczne prowadzone po obu stronach Odry na terytorium byłej Nowej Marchii (Volkmann 2007, s. 173). Latem 2001 roku powstała Komisja do Zbadania Zbiorów Archeologicznych, Znalezisk i Dokumentacji w Północnej Europie Środkowej (Kommission zur Erforschung von Sammlungen archäologischer Funde und Unterlagen aus dem nördlichen Mitteleuropa), której przewodniczącym został Wilfried Menghin. Celem Komisji było przede wszystkim ustalenie miejsc przechowywania znalezisk archeologicznych oraz przynależnych archiwaliów (pochodzących z obszarów, na których doszło do przesunięcia granic) i pozyskanych w czasie wykopalisk przed zakończeniem II wojny światowej. Również podjęto temat ich przyszłego wykorzystania (Volkmann 2007, s. 187). Zdaniem Leube (Volkmann 2007, s. 176):
[…] wyjątkowo bogaty materiał znaleziskowy z okresu przed 1945 rokiem zgromadzony w niemieckich muzeach do dziś (prawie) nie doczekał się publikacji.

Armin Volkmann (2007, s. 176) pisze, że przyszłe prace powinny ułatwić dostęp badaczom również do materiałów z dotąd nieopracowanych stanowisk byłej Nowej Marchii, tak by nie „gniły“ one nadal w archiwach i muzeach, tylko znalazły się w obiegu naukowym. 2. Problem datowania Jednym z problemów dotyczących wszystkich epok i okresów w archeologii jest chronologia. Odnośnie do epoki brązu ceramika może datować na konkretny czas, natomiast wyroby brązowe na inny (jak w przypadku grobu ze Swarzynic, gdzie fragmenty ceramiki wskazują na I okres, natomiast forma sztyletu na przejście między I a II, czy cmentarzyska

127

w Otyniu należącego do kultury łużyckiej, na którym znaleziono także szpile łączone z kulturą mogiłową - II/III okres EB) (Staniewicz 2008, s. 29). Życzymy sobie by znaleziska wpasowywały się w ustaloną przez nas chronologię, ale często jest to robione na siłę. 3. Problem nazewnictwa Ze względu na zawirowania historyczne jakie miały miejsce na terenie Środkowego Nadodrza i na obszarze Nadwarcia, niektóre stanowiska posiadają różne wersje nazw; część z nich jest dokładnym tłumaczeniem z niemieckiego, które z biegiem lat się zmieniło. Przykładem jest wymieniony przez Józefa Kostrzewskiego powiat cylichowski (Kostrzewski 1925, s. 206), najprawdopodobniej od niemieckiej nazwy Züllichau, podczas gdy nazwa obecna brzmi sulechowski, czy też pisownia miasta Zielona Góra (obecnie Zielona Góra, natomiast zaraz po wojnie, jako „kalka” z niemieckiego – Grünberg – Zielonagóra). Również odnośnie do Otynia istnieją różne koncepcje. W literaturze niemieckiej określane jest jako Deutsch-Wartenberg (np. Seger 1909, s. 60-61) (co pokrywa się z dzisiejszym Otyniem), jednak stanowisko jest położone nie w Otyniu, a kilka kilometrów od tego miasta, w mocno zalesionej okolicy. Blisko znajdowało się parę zabudowań, które nosiły nazwę Kukawe (obecnie nie istnieją). Stąd bardziej właściwa wydaje się nazwa Kukawe, a nie Deutsch Wartenberg, tym bardziej, że tam również znajduje się stanowisko archeologiczne (Kleemann 1977, s. 274, 280). W polskiej literaturze funkcjonuje ono jako Otyń (np. Gedl 1975, s. 120). Innym przykładem jest stanowisko w miejscowości Buków (określenie używane w literaturze), które w danych AZP występuje pod nazwą Miłkowo.

128

Ze względu na te rozbieżności, z czasem konieczne staje się uściślenie (zweryfikowanie) nazw stanowisk wymienionych w literaturze. W tym celu można wykorzystać różne opracowania dotyczące nazewnictwa na tych ziemiach (przykłady odnośnie do II okresu epoki brązu) (Staniewicz 2008, s. 15-16): Battek, Szczepankiewicz 1992 Dąbrowska-Burkhardt 2004 Rospond 1948 dane z archiwum MVF w Berlinie dane zawarte na kartach AZP archiwalne niemieckie mapy topograficzne z lat 19211944 wykonywane w skali 1:25000 dawne mapy niemieckie z XVIII-XIX wieku strony internetowe 4. Stanowisko w Różanówce Cmentarzysko w Różanówce położone niedaleko Nowej Soli było rabowane od starożytności przez czasy średniowiecza do czasów nowożytnych (ryc. 3, 4). Widoczne są również ślady wkopów nawet sprzed paru lat. Co ciekawe dawniej, tj. w okresie istnienia kultury łużyckiej, kiedy konstruowano pierwsze groby na cmentarzysku oraz później w okresie wpływów rzymskich (tj. kultury przeworskiej), istniała ciągłość wiedzy o miejscach szczególnych, jak np. cmentarzyskach. Groby późniejsze (rzymskie) są często wkopane we wcześniejsze (łużyckie) lub celowo je omijają. Jeszcze na niemieckich mapach istnieją takie miejsca, jak: Wzgórze Czarownic czy cmentarzysko. To pokazuje, że przetrwały one niesamowicie długo w świadomości ludzi, ponad 3000 albo kilkaset lat i swoje powstanie zawdzięczają procesom czarownic i ich paleniu w wyznaczonym miejscu lub XIX- i XX-wiecznym wykopaliskom. Jeśli by zapytać różne osoby tam mieszkające o cmentarzysko, to odpowiadają, że

129

nic takiego tu nie ma, a jeśli by było oni na pewno by wiedzieli. Przez to, że przybyli po II wojnie światowej, po 1945 roku, utracili ciągłość historyczną, natomiast ludzie, którzy znali te miejsca uciekli lub zginęli. Ich wiedza często ogranicza się do tego co działo się w czasie wojny i po wojnie. Otto Kleemann podaje, że wykopaliska w Różanówce były prowadzone w 1863–1864 i w 1921 roku. Podaje przybliżoną lokalizację, ale korzystając z jego opisu nie wiadomo, które kurhany zostały przekopane (Kleemann 1977, s. 264). Powodem jest olbrzymia liczba wkopów oraz brak w archiwach mapki sytuacyjnej, która (raczej) powinna istnieć. Kleemann podaje, że na południowym skraju cmentarzyska znajdowały się tory kolejowe. Poza tym teren cmentarzyska nie przecina żadna inna inwestycja. Teren, przez który przebiegają tory został zniwelowany. Dzisiaj została już tam pusta przestrzeń, ponieważ z czasem zostały zdemontowane. Nie zaobserwowano tam żadnych znalezisk. Nie ma pewności, czy Kleemann opisuje właśnie to miejsce czy inne. Nie ma mapek sytuacyjnych, mieszkańcy nie mają pojęcia o tych wykopaliskach a opisy słowne są zbyt ubogie. Więc albo trafi się kiedyś przypadkiem na miejsce już przekopane, albo trzeba szukać dalej w literaturze i archiwach. W archiwum MVF nie znalazłem żadnych informacji o tym stanowisku. Widoczne na stanowisku liczne ślady orki, którą przeprowadzono kilkakrotnie, przyczyniły się w dużej części do zniszczenia cmentarzyska. Kurhany posiadają słabo zachowane nasypy, natomiast groby ucierpiały wskutek karczunku i sadzenia nowych drzew. Zapoczątkowane w 2006 roku badania ratownicze pod kierownictwem Julii Orlickiej-Jasnoch z Muzeum Archeologicznego Środkowego Nadodrza ze Świdnicy koło Zielonej Góry przynoszą z każdym rokiem nowe znaleziska. Stają się motorem do sięgnięcia po starsze opracowania i do dalszej pracy, mającej na celu weryfikację zawartych w nich informacji. Niejednokrotnie podczas badań, pojawiały się pytania

130

o dawną niemiecką metodykę badań, jak również metody działania osób plądrujących to stanowisko. 5. Przedwojenne niemieckie metody wykopaliskowe Przedwojenne metody wykopaliskowe zakładały niekiedy w porównaniu z obecnymi niesamowicie krótki czas badań. Spotykane w literaturze wzmianki o przekopaniu 16 kurhanów w 2 dni (np. cmentarzysko w Otyniu) (Staniewicz 2008, s. 64) wywołują nierzadko uśmiech i niedowierzanie na twarzy współczesnych badaczy. Były robione szybko, z głównym nastawieniem na znaleziska. Na początku „prace wykopaliskowe” polegały na rozkopaniu nasypu tak, aby z łatwością można było się dostać do wnętrza obiektu. Głównym celem było dokopanie się do grobu centralnego, a następnie eksploracja jego zawartości (Kuźbik [w przygotowaniu]). Działania wojenne przyczyniły się do tego, że wiele pozyskanych już zabytków poza krótkim opisem, nie posiada ilustracji lub zdjęcia. Czekan z Sulechowa kilka razy pojawia się w literaturze, jednak za każdym razem bez ilustracji (Staniewicz 2008, s. 68). Będąc w archiwum MVF w Berlinie natrafiłem na niemiecki kwestionariusz (ryc. 1), w którym zadawane są różnorodne pytania odnośnie do stanowiska archeologicznego i zabytków. Niestety oprócz zamieszczenia paru uwag (poza paroma wyjątkami), nie są one często wypełnione. A szkoda, bo dziś stanowiłoby to świetny materiał dokumentacyjny. W wielu przypadkach dane te zostały już bezpowrotnie utracone. Niewielką pomocą może być przejrzenie dzienników polowych z wykopalisk lub notatek ówczesnych badaczy, ale z powodu działań wojennych i ogólnej maniery notowania tylko wybranych informacji, jest to już niezwykle trudne i po części niemożliwe.

131

Oprócz wspomnianego kwestionariusza, archiwa MVF zawierają mnóstwo cennych informacji, nie tylko opisów, lecz również ilustracji. W wielu tomach zebrano wycinki prasowe o ówczesnych znaleziskach, mapy sytuacyjne stanowisk, zdjęcia zrobione podczas wykopalisk, jak też dzienniki polowe. Z kolei w Museum für Vor- und Frühgeschichte w Berlinie przechowywana jest część z opisanych w archiwum znalezisk. Stąd są one również bardzo cennym źródłem, którego nie należy pomijać. Ogólnie to badacze niemieccy podawali dokładne informacje, niestety jest to literatura przedwojenna z przełomu XIX i XX wieku, dlatego opisy nie są bogate i przy zabytkach ograniczają się do paru linijek. Zaznaczyć też trzeba, że rejestrują kontekst znalezienia, np. opisy w stylu: na wrzosowisku na północnym brzegu jeziora, na piaszczystej wydmie na południe od kościoła, na trzęsawisku, w torfie podczas regulacji rzeki (Staniewicz 2008, s. 56, 60, 63, 66). Problemem jest brak mapek. Możliwe, że są one przechowywane w archiwach i nie były dotychczas szerzej publikowane i udostępniane. Zwykle nie są to dokładne rysunki, mogą informować o linii kolejowej i cmentarzysku zlokalizowanym w niewielkiej odległości od niej (np. w przypadku Sulechowa) lub też może być mapka cmentarzyska z liczbą kroków wzdłuż i wszerz, ale bez zaznaczonych kurhanów (np. w przypadku Gądkowa Wielkiego, ryc. 2) (Staniewicz 2008, tabl. 7). W przypadku niemieckich badaczy można zauważyć podawanie kierunku w formie trzyliterowej np. SSW (w odróżnieniu od polskich korzystających z zapisu dwuliterowego), co kontynuowane jest do dziś. W okresie od 1870 do 1945 roku liczba archeologów działających na obszarze Środkowego Nadodrza nie była zbyt duża. Z tego też względu, jak również ówczesnych uwarunkowań i mód, zdarzało się, że ekipę badaczy (jak np. w Otyniu) tworzyli: archeolodzy Hans Seger i Oskar Mertins, pastor Söhnel, radca dr Grempler, pracownik muzeum Kastner, nad-

132

leśniczy Nerlich, leśniczy Adler, nauczyciel Lange (Staniewicz 2008, s. 65). 6. Przykłady informacji wątpliwych W 1882 roku pojawiła się w literaturze niemieckiej w czasopiśmie Zeitschrift für Ethnologie wiadomość o odkryciu 150 kurhanów na cmentarzysku Złotnik 8. Jednak badania powierzchniowe tego nie potwierdziły i w chwili obecnej nie ma dowodów archeologicznych na poparcie tych informacji (Kuźbik [w przygotowaniu]). Marian Kwapiński stanowisko w Dąbiu (pow. krośnieński) łączy z kulturą mogiłową i wiąże z II okresem EB. Jednak poza nim żaden inny autor nie powtarza tego. Według Kwapińskiego znaleziono tam fragmenty ceramiki. Niestety karty AZP nie opisują żadnego znaleziska; zawierają tylko informację, że korzystano z danych archiwalnych, ale nie podają przy tym żadnego źródła (Staniewicz 2008, s. 55, 77-78). Co ciekawe Jan Dąbrowski w swoim opracowaniu starszego okresu epoki brązu w Polsce nie włącza tego stanowiska do swojego katalogu (Dąbrowski 2004). Ze skarbem z Krzystkowic związane są różne pytania. Zabytki te zostały dostarczone przez handlarza Dietricha, jednak nie ma pewności czy wszystkie należały do jednego skarbu. Jak wiele zabytków z obszaru Środkowego Nadodrza, z biegiem lat częściowo zaginęły. Szpila wrzecionowata jest opisana przez Gedla jako znalezisko luźne, z kolei u Bohm jako część skarbu. Kwapiński podaje, że znaleziono dwie bransolety lite, powołując się na Gedla, jednak Gedl o tym nie wspomina (Staniewicz 2008, s. 59). Odnośnie do znaleziska z Nowej Jabłonnej, Kwapiński podaje, że była to jedna szpila, jednak badacze niemieccy piszą że były dwie. Jest to znalezisko luźne, pojedyncze, niewiadomego pochodzenia. Z literatury udało mi się odnaleźć informację, że była to własność kapitana w stanie spoczynku.

133

Z powodu działań wojennych wiele kolekcji prywatnych uległo zniszczeniu lub zdekompletowaniu. Podobnie stało się z zabytkami z Nowej Jabłonnej, które zaginęły (Staniewicz 2008, s. 63). Rybojady, stan. 1 (pow. międzyrzecki) to miejsce o charakterze nieokreślonym, prawdopodobnie była to osada. Koło Prehistoryczne Studentów Uniwersytetu Poznańskiego pod kierownictwem Bogdana Kostrzewskiego przeprowadziło tam badania, podczas których znaleziono fragmenty ceramiki (Kostrzewski 1951, s. 193). Kwapiński jako jedyny wspomina też o szpili brązowej z główką wrzecionowatą; powołuje się przy tym na Gedla, ale tam brak takiej informacji. Jest to prawdopodobnie błąd Kwapińskiego (Kwapiński 1985, s. 47; Gedl 1975, s. 125; Staniewicz 2008, s. 66). Cmentarzysko kurhanowe w Stanach (pow. nowosolski) ze względu na niewielkie wymiary i rozrzucone fragmenty ceramiki było nieustannie niszczone. Z tego powodu ustalenie lokalizacji stanowiska i liczby kurhanów napotyka trudności. Przeprowadzone dotychczas badania powierzchniowe prowadzone w okolicy Stanów w ramach AZP, nie przyniosły oczekiwanych rezultatów (Kuźbik [w przygotowaniu]). Również dokładna lokalizacja cmentarzyska kurhanowego w Broniszowie napotyka trudności, gdyż w rejestrze AZP stanowisko to nie figuruje pod swoją pierwotną nazwą. Jednak poczynione przez Radosława Kuźbika próby określenia miejsca usytuowania grobów kurhanowych z Broniszowa w oparciu o niemieckie mapy topograficzne oraz opis terenu autorstwa Johannesa Richtera przyniosły zadowalające wyniki (Kuźbik [w przygotowaniu]). Także kwestia map przedstawiających stanowiska czy zasięg kultur nie jest klarowna. Przykładowo Jan Dąbrowski w pracy z 2004 roku uwzględnił ponad 2600 miejscowości związanych z II okresem epoki brązu. Jednak pomimo tego, liczba takich miejscowości na obszarze Środkowego Nad-

134

odrza u Dąbrowskiego i w mojej pracy jest różna. Należy przy tym zwrócić uwagę na fakt, że Dąbrowski skupił się na całym obszarze Polski, natomiast ja, z pewnymi wyjątkami, tylko na terenie wchodzącym w skład obecnego województwa lubuskiego (Dąbrowski 2004; Staniewicz 2008). Żaden autor nie jest w stanie ująć wszystkiego, szczególnie przy ciągłym napływie nowych danych. Jeśli mamy do czynienia z sytuacją jak w przypadku stanowiska w Dąbiu czy Nowej Jabłonnej czy w Krzystkowi-cach, to poprzestaje się na tym co napisał autor. Czy po-winniśmy ufać autorom prac i uznawać ich autorytet? Wy-chodzić z założenia, że jeśli np. profesor podał jakieś infor-macje, to są one wiarygodne. Myślę, że tak, jednak o ile to możliwe, należy zweryfikować te informacje. Zależy to oczy-wiście od skali naszych badań, czasu jakim dysponujemy i chęci. Nie jesteśmy w stanie sprawdzić absolutnie wszystkie-go. Zależnie od wspomnianych warunków poświęcamy się szukaniu i dotarciu do tych informacji, na których nam naj-bardziej zależy. Zakończenie No więc kto ma rację? Kto mówi prawdę? Pytanie zawarte w tytule nie będzie miało jednoznacznej odpowiedzi. Raz odpowiedź będzie brzmieć: dawni badacze niemieccy, innym razem dawni badacze polscy. Każdą sprawę należy rozpatrywać indywidualnie. Często w momencie formułowania pytań, jak też szukania odpowiedzi, pojawiają się zaraz nowe, które nierzadko wszystko jeszcze bardziej komplikują (Staniewicz 2008, s. 37). Cały proces weryfikacji i poszukiwań jest czasochłonny i wymagający wytrwałości, jednak moim zdaniem warto go przeprowadzić. To trochę tak jakbyśmy układali album ze zdjęciami i w momencie, kiedy już wszystko co mieliśmy zostało ułożone, ktoś przynosi nam kilka nowych zdjęć. Dobrze jeśli były-

135

by to zdjęcia jakich mamy wiele, gorzej jeśli byłyby unikatowe i nagle okazało się, że układ w albumie musiałby zostać zmieniony. Wtedy cała nasza wcześniejsza praca nie byłaby już tak efektywna i moglibyśmy zadać sobie pytanie, czemu nie popytaliśmy znajomych czy rodziny o różne zdjęcia. Postępowanie post factum wiąże się często z nową pracą. Cechą obszarów przygranicznych jest to, że często toczą się na nich różne zawirowania dziejowe. Nie inaczej było na Środkowym Nadodrzu. Archiwa i zbiory prywatne przechodziły z rąk do rąk, były niejednokrotnie niszczone, a mimo to wiele z nich czeka jeszcze na przywrócenie do obiegu historycznego. Obecnie dostrzega się coraz bardziej potrzebę przeglądnięcia archiwów. Materiałów przybywa, a przecież to co już zostało wykopane leży nierzadko kilka-kilkadziesiąt lat w magazynach i nikt tego nie bada, nie analizuje, opisuje, dokumentuje. Trzeba dalszych pogłębionych studiów, by rozszerzyć zakres naszego poznania o tamtych czasach, tamtych ludziach i wydarzeniach jakie miały wtedy miejsce (Staniewicz 2008, s. 37).

Bibliografia
Battek M. J., Szczepankiewicz J. 1992 Słownik nazewnictwa krajoznawczego Śląska i Ziemi Lubuskiej, Wrocław. Bohm W. 1935 Die ältere Bronzezeit in der Mark Brandenburg, Berlin-Leipzig. Buchholz F. 1925 Zur ältesten und älteren Bronzezeit der Neumark [w:] red. H. Mötefindt, Studien zur Vorgeschichtlichen Archäologie, Leipzig, s. 93-103. Dąbrowska-Burkhardt J. 2004 Dawna Zielona Góra. Kronika od 1623 do 1795 roku / Das alte Grünberg. Chronik von 1623 bis 1795, Zielona Góra. Dąbrowski J. 2004 Ältere Bronzezeit in Polen. Starsza epoka brązu w Polsce, Warszawa.

136

Gedl M. 1975 Kultura przedłużycka, Wrocław-Warszawa-Kraków-Gdańsk. Kleemann O. 1977 Die Mittlere Bronzezeit in Schlesien (1939), Bonner Hefte zur Vorgeschichte Nr. 12/13, Bonn, s. 1-369. Kłosińska E. 1996 Ziemie Polski północno-zachodniej w I i II okresie epoki brązu– stan i potrzeby badań [w:] Człowiek i środowisko w pradziejach na środkowym i dolnym Nadodrzu, Wrocław, s. 67-80. Kostrzewski B. 1951 Wykaz nabytków Muzeum Arch. w Poznaniu w latach 1945-49, Fontes Archaeologici Posnanienses t. 1, s. 164-214. Kostrzewski J. 1925 Z badań nad osadnictwem wczesnej i środkowej epoki bronzowej na ziemiach polskich, Przegląd Archeologiczny t. 2, s. 161-218. Kuźbik R. [w przygotowaniu] Cmentarzyska kurhanowe kultury łużyckiej z epoki brązu na środkowym Nadodrzu. Kwapiński M. 1985 Analiza taksonomiczna kultur starszej połowy epoki brązu w dorzeczu środkowej Odry, Gdańsk. Rospond S. 1948 Skorowidz ustalonych nazw miejscowości na Ziemiach Odzyskanych, Wrocław. Seger H. 1909 Zur Chronologie der ostdeutschen Ösennadeln, Prähistorische Zeitschrift t. 1, s. 55-64. Staniewicz T. 2008 II okres epoki brązu na Środkowym Nadodrzu, Poznań [maszynopis pracy magisterskiej]. Volkmann A. 2007 Badania akt – o historii badań archeologicznych w byłej Nowej Marchii i nowych perspektywach badań na dolnym Nadwarciu i Nadodrzu [w:] red. W. Rebelski, Archeologia Środkowego Nadodrza t. V, Zielona Góra, s. 173-197.

137

Abstract Contemporary the need of looking through the archives is growing more important. The increasing material on the one hand and furthermore all the allready excavated on the other, which often leis untouched, not analyzed neither described nor documented in the magazins for a few years or even decades, underline this. The basic idea of this topic arose while I was working on my M.A. as well as during the excavation at Różanówka near Nowa Sól in 2008. The search for original data resp. sources becomes like archaeology within archaeology – like excavation in archives. The Artefacts are circulating, but one does not know what to believe, for many authors have different opinions. The aim is to present the connection of different issues with such datas and to bring near some older excavation – and dokumentationmethodes on the example of Bronze Age findings in the middle Oder region.

138

Ryc. 1. Strona tytułowa kwestionariusza z archiwum MVF w Berlinie. Fot. T. Staniewicz

Ryc. 2. Stanowisko w Gądkowie Wielkim (Staniewicz 2008, tabl. 7)

139

Ryc. 3. Przykład wkopów rabunkowych na stanowisku w Różanówce. Fot. T. Staniewicz

Ryc. 4. Przykład wkopu rabunkowego w kurhanie na cmentarzysku w Różanówce, sezon wykopaliskowy 2008. Fot. T. Staniewicz

140

141

142

CZĘŚĆ II KULTUROWA PRZESZŁOŚĆ

143

144

Patrycja Ignaczak Instytut Archeologii Uniwersytet Mikołaja Kopernika Toruń

(Nie)obecność Samów w archeologii skandynawskiej
Na mapach przedstawiających zasiedlenie Skandynawii, na przykład w okresie wikińskim, zaznaczone są przeważnie obszary zamieszkałe wyłącznie przez ludność nordyjską. Pozostała część Półwyspu wygląda na wyludnioną. Jest to fałszywy obraz sytuacji, bowiem od wielu już setek lat ludność nordyjska sąsiaduje na tym obszarze z Samami. Współcześnie w Norwegii, Szwecji, Finlandii i na Półwyspie Kolskim w Rosji żyje łącznie około 60000 – 80000 Samów (Broadbent 2004, s. 1). Są oni najczęściej kojarzeni z hodowlą reniferów. Samowie postrzegani są jako relikt przeszłości, homogeniczny, tradycyjny, niezmienny i egzotyczny. Taki ich obraz upowszechniany jest, między innymi dla celów turystycznych. W rzeczywistości tylko niewielka grupa Samów zaangażowana jest w hodowlę reniferów (Ojala 2006, s. 37). Obecnie około 30 000 ludzi w Norwegii uważa siebie za Samów, z tego mniej niż 10% zajmuje się hodowlą reniferów (Olsen 1986, s. 30). Skoro wiedza powszechna na temat współcześnie żyjących Samów jest tak niewielka nie dziwi fakt znikomej znajomości ich prahistorii. Jednak, co zaskakujące, do niedawna jeszcze w samej Skandynawii temat przeszłości ludności samijskiej był zupełnie pomijany. Koncentrowano się przede wszystkim na dokonaniach wikingów, ignorując ich skandynawskich sąsiadów. Jest to o tyle dziwne, że liczne wzmianki o Samach można odnaleźć w skandynawskich źródłach pisanych z okresu wczesnego średniowiecza (a opisujących także w wielu przypadkach wydarzenia z okresu wikińskiego).

145

Ryc. 1. Sytuacja kulturowa w okresie wikińskim w Skandynawii (za Zachrisson 1994, s. 174, fig. 36). Pod cyframi 1-5 zaznaczono stanowiska wspomniane w tekście.

Najpopularniejszym słowem we wspomnianych powyżej tekstach oznaczającym „Sama” było finnar (aczkolwiek czasami było ono stosowane również do określenia mieszkańców współczesnej Finlandii; Zachrisson 1991, s. 192). Tylko w zachodnionordyjskich źródłach (Orkneyinga saga i Fundinn Noregr) pojawia się nazwa lapp. W Vatnsdœla saga Samowie określają samych siebie jako semsveinar (Mundal 1996, s. 98). Do opisywania Samów używano szczególnie często słów jotnar („olbrzym, gigant”) oraz dvergar („karzeł”). Są to postaci pojawiające się w mitologii skandynawskiej epoki wikingów. Czasami słowo „Sam” i „olbrzym” stosowane były zamiennie, niekiedy Samowie i olbrzymi należeli do tej samej

146

rodziny (Mundal 2000, s. 348). Można również odnaleźć informacje na temat mieszanych małżeństw zawieranych między bogiem i gigantką oraz analogicznie między mężczyzną pochodzenia nordyjskiego i Samijką. Z bardziej znanych tego typu związków należy wspomnieć małżeństwo zawarte między bogiem Frejem i olbrzymką Gerd, które dało początek królewskiej rodzinie Ynglingar, natomiast bliskie relacje między Odynem i Skadi zapoczątkowały ród jarlów Háleygjajarl (Mundal 2000, s. 103). Wywodzenie początków swojego rodu od królów samijskich także było czymś wyjątkowo prestiżowym (Mundal 2000, s. 350). Samowie byli często kojarzeni z zimą, śniegiem i jazdą na nartach. Ottar twierdził, że zarówno mężczyźni, a także kobiety i dzieci jeżdżą na nartach szybciej niż ptaki (Mundal 2000, s. 353). Samów nieodłącznie wiązano z szamanizmem i czarami. W języku staronordyjskim istniało słowo finnvitka – „uprawiać czary na sposób Ryc. 2. Młotek z poroża do sa- samijski” (Mundal 1996, mijskiego bębna szamańskiego zna- s. 112). W źródłach pisaleziony w miejscowości Nordset nych znajdują się rów(Norwegia) (za Roesdahl, Wilson nież informacje poświad1992, s. 292). czające handel z Samami oraz ściąganie od nich podatków. Istniało nawet słowo finnferð – „wyprawa, której celem było ściąganie podatków i handel z Samami” (Mundal 1996, s. 101). Jednak stosunki między Samami i ludnością

147

nordyjską nie zawsze były pokojowe 1 . Jak wynika z tego krótkiego przeglądu źródeł pisanych dotyczących Samów byli oni ludnością zauważaną przez pozostałych mieszkańców Skandynawii. Co więcej, grupy te utrzymywały ze sobą intensywne kontakty, między innymi handlowe i matrymonialne. Powiązania między ludnością nordyjską i Samami stają się jeszcze bardziej złożone, jeśli spojrzymy na nie dodatkowo z perspektywy źródeł archeologicznych. Przedstawię w tym miejscu tylko kilka przykładów świadczących o kontaktach między ludnością nordyjską i Samami w okresie wikińskim, znanych dzięki źródłom archeologicznym. Opisane przeze mnie poniżej egzemplifikacje są tylko niewielką częścią znalezisk związanych z tym tematem. Równocześnie ograniczam się wyłącznie do okresu wikińskiego, co nie świadczy o tym, że takowe kontakty nie miały miejsca w epoka wcześniejszych i późniejszych. Jednym z bardziej spektakularnych znalezisk było odkrycie młotka z poroża do samijskiego bębna szamańskiego (ryc. 2) w miejscowości Nordset w Norwegii (ryc. 1, nr 1). Znajdował się on pod stertą przepalonych kamieni. Przedmiot ten ornamentowany był zarówno typowym wzorem samijskim, jak i w stylu wikińskim – Ringerike. J. Bergstøl (2004, s. 18) określił chronologię tego młotka na XII wiek. Autorzy książki From Viking to Crusider podają jednak inne datowanie – XI wiek (Roesdahl, Wilson 1992, s. 292). Przedmiot ten został odnaleziony w regionie Østerdal, skąd znane są także inne przykłady przenikania się wpływów samijskich i nordyjskich. W późnej epoce żelaza (według chronologii skandynawskiej) upowszechnia się tam szczególny rodzaj pochówku, tak zwany „hunting ground grave” – był to niski nasyp kamienny, pod którym znajdowały się spalone szczątki ludzkie i wyposażenie grobowe. Przedmioty składane do grobu były mieszanego pochodzenia: część była typowo nordyjska (w grobach męsWięcej na temat zatargów między Samami i ludnością nordyjską w Mundal 1996, s. 105-107.
1

148

kich były to włócznie i miecze, natomiast w grobach kobiecych paciorki), część była charakterystyczna dla ludności samijskiej (między innymi biżuteria wschodniego pochodzenia oraz skrobaki) (Bergstøl 2004, s. 10-12). Jeśli chodzi o obrządek pogrzebowy region Østerdal nie jest jedynym, na którym możemy obserwować przenikanie się zwyczajów nordyjskich i samijskich. W kilku grobach znajdujących się na obszarze zamieszkałym przez ludność nordyjską znaleziono korę brzozową – jest to cecha charakterystyczna dla obrządku pogrzebowego Samów jeszcze przed przyjęciem przez nich chrześcijaństwa. Jej fragmenty odnaleziono w bogato wyposażonym grobie kobiecym z cmentarzyska w Hagbartsholmen w Norwegii (Sjøvold 1974, s. 6465; Stamsø Munch 1993, s. 132-133; ryc. 1, nr 2), a także na szwedzkich cmentarzyskach Vendel (w grobie 7 i 12; ryc. 1, nr 3, ryc. 3) oraz Valsgärde (groby 6 i 8; ryc. 1, nr 4), datowanych na VII–IX wiek. W szwedzkich grobach fragmenty kory brzozy leżały w kilku warstwach, na lub pod ciałem ułożonym w łodzi. Niektóre skrawki kory były zszyte razem i pokryte ornamentem geometrycznym (namalowanym lub wypalonym; Price 2002, s. 237).

Ryc. 3. Fragmenty kory brzozy znalezione w grobie nr 7 w Vendel (Szwecja; za Price 2000, s. 16, fig. 6).

149

W wielu wypadkach przedmioty charakterystyczne dla jednej płci w danej grupie etnicznej były wykorzystywane w innej przez płeć przeciwną. Doskonałym przykładem tego typu zachowania jest grób 9 z cmentarzyska w Vivallen (Szwecja; ryc. 1, nr 5, ryc. 4). Podczas wykopalisk przeprowadzonych w 1913 roku odkryto 20 grobów z okresu wikińskiego i wczesnego średniowiecza 2 . W 1980 roku odnaleziono kolejne groby oraz osadę. W grobie 9 został pochowany mężczyzna, który zmarł mając około 50 lat. Jego szkielet przesunięty był pod jedną ze ścian jamy grobowej. Wyposażony został zarówno w „męskie” (pas z brązowymi okuciami), jak i „żeńskie” przedmioty. Wszystkie żeńskie obiekty były pochodzenia nordyjskiego: paciorki ze szkła i kryształu, srebrna brosza (z Danii), srebrny pierścionek i igielnik (analogiczne znane są z Birki i Gotlandii). Mężczyzna ten miał na sobie lnianą suknię (typ znany z bogatych pochówków kobiecych z Birki). Kim był zmarły? N.S. Price sugeruje, że był to noaidi – samijski szaman (Price 2002, s. 271-272).

Okres wikiński trwał od 800 do 1050 roku. W Skandynawii dopiero po nim następuje okres wczesnego średniowiecza.

2

150

Ryc. 4. Grób nr 9 z Vivallen (Szwecja) i przedmioty w nim znalezione (za Price 2000, s. 20, fig. 10; Zachrisson 1985, s. 193, fig. 3).

Oczywiście znaleziska łączone z Samami nie ograniczają się wyłącznie do tych świadczących o wzajemnych kontaktach między nimi a ludnością nordyjską. Za typowo samijskie można uznać tak zwane stanowiska stallo. Tworzą je relikty budynków mieszkalnych układających się w jednym rzędzie. Większość z nich ma na środku prostokątne lub owalne palenisko (które jest zawsze zorientowane poprzecznie w stosunku do rzędu domów; Storli 1993, s. 3). Przypisywane Samom są również tak zwane „kopce samijskie’ („Lapp cairns”). Są to konstrukcje wykonane z kamieni. Układane były nad brzegami cieków wodnych, na przylądkach i wyspach. Te sterty kamieni mają zazwyczaj wysokość około 0,5 metra i średnicę 3-4 metrów (Taavitsainen 2003, s. 22-24). Samowie byli także twórcami tak zwanych „kolistych miejsc sakralnych” („Saami Circular Sacrificial Sites”). Obiekty te składały

151

się ze ściany kamieni tworzącej owalny, kolisty lub podkowiasty kształt. W niektórych wypadkach odkryto także konstrukcje z poroża i drewna. We wnętrzu części z tych kręgów znajdowały się idole kamienne lub drewniane (Wennstedt Edvinger, Broadbent 2006, s. 25, 46-47). Z roku na rok powiększa się liczba znalezisk archeologicznych łączonych z Samami. Rośnie również liczba opracowań i analiz na ten temat. Jak to się stało, że do tej pory temat ten okryty był swoistym tabu? Sytuacja jaka ma miejsce obecnie w Norwegii (a także Szwecji i Finlandii) jest podobna do tej z Kanady, Stanów Zjednoczonych, Australii i Nowej Zelandii. Na wszystkich wymienionych obszarach mieszka mniejszość etniczna będąca rdzennymi mieszkańcami tych ziem. Jest jednak istotna różnica między Norwegią a resztą wymienionych krajów – większość populacji w Norwegii (to znaczy Norwegów) także uważa się za ludność rdzenną. Jak łatwo przewidzieć również znaczna część archeologów należy do tej grupy. Efekt tego jest taki, że archeologia Norwegii stała się archeologią Norwegów. Mogą świadczyć o tym, między innymi tytuły książek historycznych i archeologicznych: Norwegians Before Us, The Norwegian People in Ancinet Times, The First Norwegians (Olsen 1986, s. 28-29). Także w przypadku archeologii szwedzkiej, która zaczęła powstawać już w XVII wieku w odpowiedzi na zapotrzebowanie na dowody świad-czące o wspaniałej przeszłości państwa, od samego początku jej istnienia ignorowana była etniczna różnorodność, a cała uwaga badaczy skupiała się na wyłącznie na „szwedzkiej” prahistorii (Zachrisson 1993, s. 171). Czy w związku z takim stanem rzeczy jacyś naukowcy zajmowali się badaniem przeszłości Samów, ich zwyczajami i wierzeniami? W XIX wieku dokonał się podział w naukach humanistycznych na Volkskunde i Volkerkunde. Pierwsze z nich była to dyscyplina historyczna, która obejmowała swym zakresem badanie pochodzenia ludu, narodu, odkrywanie jego korzeni w mitach, folklorze i historii narodowej. Obiektem jej badań stała się, między innymi historia narodu norweskiego.

152

Volkerkunde to dzisiejsza etnografia. Koncentrowano się w jej obrębie na badaniach obcych i prymitywnych ludów z obszarów pozaeuropejskich. Te „dzikie plemiona” uważane były za statyczne i niezmienne, i z tego względu pozbawione historii (Olsen 2000, s. 29). Dokonano tym samym podziału na ludy zasługujące na swoją historię i na te jej pozbawione. Samowie zostali zaliczeni do tej drugiej kategorii. Byli oni traktowani jako lud prymitywny, który dziwnym trafem egzystował nadal na terenie „cywilizowanej” Europy. Na efekty takiego „naukowego” podejścia nie trzeba było długo czekać. Należało ucywilizować tych jednych z ostatnich „barbarzyńców” w Europie. Od drugiej połowy XIX wieku prowadzona była wśród Samów akcja „norwegianizacji” – oficjalnie zwana raczej „unowocześnianiem”. Jej celem było utworzenie homogenicznego etnicznie państwa (Olsen 1986, s. 30). Obecność różnych tożsamości kulturowych w jakiejś większej całości (w tym wypadku w państwie) powoduje pewną jej fragmentaryzację i jest zawsze odczytywane jako zagrożenie (Friedman 1992, s. 854). W tej sytuacji jedyną drogą wyjścia dla Samów było albo wyginięcie albo asymilacja. W 1863 roku polityk norweski J. Sverdrup stwierdził (Olsen 1986, s. 31), że „ […] jedyną drogą wyjścia dla Lapończyków jest być wchłoniętym przez norweski naród”. Dążenie do ujednolicenia etnicznego widoczne było, między innymi w stosowanym wówczas słownictwie biurokratycznym względem ludności samijskiej. Norweska administracja określała ich jako „Norwegów mówiących w języku samijskim”, „hodowców reniferów”, a nie etniczną nazwą „Samowie” (Olsen 1986, s. 30). „Norweg” było jedynym oficjalnym, legalnym statusem etnicznym, więc jeśli było się obywatelem Norwegii z definicji było się Norwegiem (Olsen 1986, s. 30-31). Dla Norwegii podjęcie tego typu działań było niezwykle ważne w okresie, gdy próbowała znaleźć swoje miejsce wśród „cywilizowanych” europejskich krajów. Norwegia utraciła niepodległość w 1537 roku. Stała się wtedy duńską kolonią, aż do 1814 roku, kiedy to została przekazana Szwecji jako rezultat podpisanego traktatu pokojowego. Istniała więc silna

153

potrzeba spektakularnych odkryć archeologicznych (na przykład łodzi wikińskich), które pozwoliłyby zamanifestować narodową tożsamość. Należało udowodnić, że Norwegowie nie utracili swojej tożsamości narodowej w czasie 400 lat bycia pod panowaniem innych krajów (Olsen 1986, s. 33-35). Doskonale podsumowuje to fragment z książki norweskiego archeologa A. W. Brøggera (Olsen 1986, s. 34):
What would be today without the find from Oseberg, with its fantasy-creating milieu, its European horizon, and the heritage it has given us right now in a contemporary struggle to raise ourselves as an old culture nation

Przeszkodą do realizacji tego celu okazali się Samowie. Ludność ta w okresie epoki żelaza (według chronologii skandynawskiej) nadal używała kamiennych narzędzi i prowadziła tryb życia charakterystyczny dla ludności z okresów poprzedzających neolit. Norwescy archeologowie próbowali udowodnić, że Norwegia jest częścią wspólnego, europejskiego, „horyzontu kulturowego”, a ludność prowadząca tryb życia z epoki kamienia w epoce żelaza niezbyt pasowała do tego obrazu. Z tego też powodu popularyzacja znalezisk archeologicznych związanych z Samami naturalnie upadła (Olsen 1986, s. 32-33). W szwedzkiej archeologii także dokonano podziału na dwie wyraźne strefy: samijską i nordyjską. Te dwa „światy” były jak „dwie bile, które nigdy nie powinny się razem zderzyć” 3 (Ojala 2006, s. 36). Wykluczono w ten sposób jakąkolwiek możliwość kontaktów między tymi społecznościami w przeszłości. Granice terytorium samijskiego zostały określone przez rząd szwedzki na podstawie obszaru wypasu reniferów w XVI–XX wieku, przez co ograniczono je wyłącznie do obszarów górskich wewnątrz lądu. Zarówno jednak przekazy historyczne, jak i tradycja ustna potwierdzają osadnictwo samijskie także na wybrzeżach Zatoki Botnickiej. Wiele nazw
3

W oryginale: „two billard balls that shall never meet”.

154

miejscowych z obszaru wzdłuż szwedzkich północnych wybrzeży Zatoki Botnickiej aż do Sztokholmu zawiera prefiks lub etnonim Lapp. Na tej podstawie ustalono, że Samowie byli obecni na tym terenie już przed XIII wiekiem. Odkrycia te stały się impulsem do stworzenia projektu badawczego, którego założeniem stało się zbadanie osadnictwa prahistorycznego, miejsc o charakterze rytualnym oraz nazw miejscowych z perspektywy samijskiej. Głównym badaczem biorącym udział w tym projekcie jest Noel D. Broadbent. Podobne badania, z tym że na terenie Hälsingland, prowadzi Britta Wennstedt Edvinger (Broadbent 2004, s. 1-2) 4 . W XIV wieku łowcy, rybacy i pasterze zostali określeni jako ludność nomadyczna, a obszar na którym występowali za de facto nie zamieszkały. Wykorzystał to król szwedzki Magnus Eriksson i zachęcał szwedzkich osadników do przenoszenia się na obszar północnych wybrzeży Zatoki Botnickiej (Broadbent 2004, s. 5) Przeprowadzone badania archeologiczne pozwoliły jednak udowodnić, że wcześniej na tym obszarze mieszkała ludność samijska. Kontrowersyjne okazały się również badania nad południowymi Samami (prowadzone w prowincjach Jämtland, Härjedalen i Dalarna). Obszar ten znajduje się bowiem bliżej „serca” Szwecji i tym samym bliżej granicy (do tej pory niezwykle wyraźnej) między tym co samijskie, a tym co szwedzkie. Obecność Samów w epoce żelaza i w średniowieczu na północy nie podlega bowiem żadnej dyskusji. Natomiast ich występowanie na południu jest już silnie kwestionowane (Ojala 2006, s. 36). Zmiany w tym tradycyjnym podziale na nieprzenikalne strefy przyniosły odkrycia archeologiczne z Vivallen (wcześniej wspomniałam o jednym grobie męskim z tego stanowiska). Odkryto tutaj zarówno osadę samijską (datowaną na lata 800–1200), jak i towarzyszące jej cmentarzysko (datowane na lata 1000–1200). Wszystkie zbadane groby były płaskimi pochówkami szkieletowymi. Ciała zmarWięcej na temat wyników badań, przeprowadzonych w ramach tego projektu w Broadbent, 2006.
4

155

łych okryto całunami z kory brzozowej. Odkrycie to wzmocniło poczucie tożsamości Południowych Samów, zarówno w Szwecji, jak i w Norwegii (Zachrisson 1993, s. 175, 178). Przełamanie milczenia na temat samijskiej prahistorii nastąpiło pod koniec lat 70. i na początku 80. XX wieku. Rozgorzała wtedy dyskusja na temat pochodzenia Samów. Zastanawiano się, czy są oni ludnością rdzenną w Skandynawii (Olsen 1986, s. 36). Pierwsze próby odpowiedzi na to pytanie pojawiły się już w XIX wieku. Zapewne pierwszym naukowcem, który zajął się tym problemem był szwedzki zoolog i etnograf Sven Nilsson. Porównał on czaszki znalezione w megalitach z południowej Szwecji z tymi z grobów odkrytych w Mortensnes, na północy Norwegii i stwierdził, że Samowie wywodzą się od pierwszych mieszkańców Skandynawii. Oluf Rygh (archeolog norweski) oraz Oscar Montelius (archeolog szwedzki) przyjęli, że w Skandynawii były dwie kultury w epoce kamienia: jedna na południu, druga na północy (Arctic Stone Age, obecnie nazywana Slate Complex). Przedstawicieli tej ostatniej zostali przez nich uznani za przodków Samów. A.W. Brøgger w pracy „Den arktiske stenalder i Norge” (1909) zakwestionował powyższą koncepcję. Uważał, że ludność samijska nie pochodzi od nosicieli kultury Arctic Stone Age, ponieważ nie posiada żadnych z jej charakterystycznych cech (zaawansowana technologia obróbki łupku, garncarstwo czy rzeźbienie w skałach (Storli 1986, s. 43-44; Zachrisson 1993, s. 172). W latach 20. i 30. XX wieku temat pochodzenia ludności samijskiej podjął Gustorm Gjessing 5 . Uważał, że istnieje bezpośrednia kontynuacja między ludnością z epoki kamienia w północnej Norwegii, a historycznie znanymi Samami. Przeciwnego zdania był szwedzki archeolog Gustav Hallström. Twierdził, że taka kontynuacja nie miała miejsca. Uważał, że najwcześniejsze ślady Samów pochodzą z północnej, być mo5

M.in. w pracach: Finsk-ugriske vikingetidssmykker i Norge, Universitetes oldsaksamling, Årbok 1927, Oslo, 1928; Der Verkehr zwichen den Kjelmøy Lappen Und den Norwegern, Tromsø Museums Årshefter, 50, 4, 1928 oraz Noen nord-norske handelsproblemer i jernalderen, Viking 3.

156

że wschodniej i południowo-zachodniej Finlandii. Pogorszenie się klimatu spowodowało wyludnienie północnej Skandynawii i umożliwiło migrację ludności samijskiej na te tereny około 500 roku przed naszą erą. Do dzisiaj szwedzcy archeolodzy zgadzają się z „teorią migracyjną”. Jedyną „nowość” do tej teorii zaproponował Evert Baudou. Uważa on, że migracja ta miała miejsce wcześniej, między 2000 a 500 rokiem przed naszą erą (Storli 1986, s. 43-44; Zachrisson 1993, s. 171-172). Jako pierwszy „teorię migracyjną” podważył Povl Simonsen. Samowie mieli pojawić się około 2000 lat temu nie jako imigranci, lecz w wyniku lokalnych przekształceń, które rozpoczęły się w epoce kamienia, 2000 lat wcześniej. Obecnie żaden z archeologów norweskich nie opowiada się za „teorią migracyjną”. Podstawowym pytaniem nie jest to, czy miała miejsce migracja, lecz „dlaczego” wykształciła się samijska grupa etniczna (Storli 1986, s. 45-46; Zachrisson 1993, s. 172). To Knut Odner jako pierwszy postawił pytanie „dlaczego” pojawiła się samijska grupa etniczna i „jak” się utrzymywała. Według niego grupa ta wytworzyła się w wyniku interakcji między łowcami z północnej Fennoskandii i rolnikami z południowej Finlandii we wczesnym okresie rzymskim (początek naszej ery – 300 rok n.e.). Był to proces etnicznej konsolidacji między początkowo heterogenicznymi grupami łowców. Uważał, że „Pan-samijska jedność” jest zjawiskiem dość wczesnym (na przykład jednolity obrządek pogrzebowy u Samów zaczął się pojawiać dopiero około 1500– 1600 roku). Również Bjørnar Olsen uważa, że proces etnicznej konsolidacji był wynikiem interakcji między łowcami z północy i rolnikami z południa, ale w odróżnieniu od K. Odnera, mieli to być wytwarzający metal rolnicy z centralnej i wschodniej Rosji. Kontakty między tymi grupami miały mieć miejsce we wczesnej epoce brązu i nabrać rozpędu w późnej epoce brązu i okresie przedrzymskim. Proces konsolidacji grup łowców miał nastąpić już w ostatnim tysiącleciu przed naszą erą. Podstawą interakcji było zapotrzebowanie łowców na metal, a rolników na futra (Storli 1986, s. 45-46; Zachrisson 1993, s. 173).

157

Zainteresowanie współczesnych skandynawskich archeologów prahistorią Samów i czynione przez nich próby przełamania milczenia na ich temat w archeologii odczytywane są czasem jako polityczne nadużywanie archeologii oraz jako postawa prosamijska (Zachrisson 1993, s. 172). Rzeczywiście można się zastanawiać nad znaczeniem wyników badań archeologicznych w przypadku, gdy służą one jako dowody w sprawach sądowych. We wrześniu 1991 roku rozpoczął się proces dotyczący prawa Samów do użytkowania zimowych pastwisk w całym regionie Härjedalen, poniżej tak zwanych górskich pastwisk dla reniferów. Samowie zostali zaskarżeni w 1990 przez trzy duże kompanie branży drzewnej i około 700 posiadaczy ziemskich. Prawa Samów do tych obszarów opierały się obyczajach istniejących od niepamiętnych czasów, a archeologia dostarczyła dodatkowo dowodów na wczesną obecność ludności samijskiej w tym regionie (Zachrisson 1993, s. 178). Mimo tych dowodów właściciele ziemscy wygrali sprawę w 1996 roku w sądzie okręgowym, a następnie w roku 2002 w sądzie apelacyjnym. Sąd najwyższy odrzucił apelację wniesioną przez wioski samijskie (Ojala 2006, s. 36). Dążenie Samów do podkreślania swojego kulturowego dziedzictwa i upowszechniania swojej historii często odczytywane jest jako „nadużycie” archeologii. Samowie postrzegani są jako grupa, która wykorzystuje etniczność i przeszłość jako instrument do realizacji celów ekonomicznych, na przykład w sprawach sądowych. Co jest jednak znaczące, grupy posiadaczy ziemskich biorący udział w tych konfliktach, nie są postrzegani z tej samej perspektywy (Ojala 2006, s. 36-37). Warto także zaznaczyć, że Samowie nigdy nie dążyli do stworzenia własnego kraju. Walczyli jedynie o zinstytucjonalizowanie ich relacji z państwem i oficjalne uznanie ich prawa do samookreślenia się jako ludność rdzenna (Eriksen 1991, s. 271-272). Inny głośny proces miał miejsce w Norwegii. Walka przed sądem toczyła się między ludnością samijską a rządem norweskim w sprawie projektu hydro-elektrycznego na rzece Alta

158

(Finnmark). Konflikt ten przekształcił się w konfrontację, w której najważniejszym tematem sporu stały się polityczne prawa Samów jako ludności rdzennej na tym obszarze. Na corocznym spotkaniu archeologów norweskich (Annual Meeting of Norwegian Archaeologist) w 1981 roku stwierdzono, na podstawie historycznych i archeologicznych dowodów, że Samowie spełniają kryteria przypisywane rdzennej ludności. Wywołało to debatę na temat związku archeologii i polityki. Jeden z norweskich archeologów, A. Hagen, tak wypowiedział się na ten temat (Olsen 1986, s. 36):
We (the archaeologist) have no education which gives us any specific knowledge about ethnicity, sociology or politics, and when we make statements as scholars, we have to know what we are talking about [...]. As a member of the society I have, of course, a view and a standpoint, but when I express it, it is as a private person, and not as an archaeologist [...]. What is happening today in certain domains of the discipline reminds me of Professor Kossinna's theories about the connection between tribes and types of ancient objects which were used for political purposes to show how German peoples had right to certain areas due to their Germanic past. I had hoped that an end had been put to this kind of abuse of archaeology

Można jednak zadać pytanie: czy realne jest założenie „obiektywnej nauki”? Czy istnieje neutralny badacz stojący ponad i poza wszelkimi społecznymi konfliktami (Olsen 1986, s. 37)? Współczesna archeologia nie polega bowiem na kolekcjonowaniu i klasyfikacji źródeł archeologicznych. Głównym jej zadaniem jest ich interpretacja, analiza, wyciąganie wniosków. Trudno w takiej sytuacji przyjąć, że wszyscy badacze będą mieli podobne zdanie na temat tego samego znaleziska. Oczywiście mogą być świadomi jak wyniki ich badań mogą wpłynąć, na przykład na sytuację socjopolityczną lub jak ona wpływa na nich. Sądzę jednak, że nie jest możliwe zupełne odseparowanie się naukowca od świata współczesnego i jego wpływów. O wytworzenie w sobie świadomości wpływu sytuacji socjopolitycznej na wyniki badań, oraz vice versa,

159

apeluje P.L. Kohl (1998, s. 242-243):
Archaeologists should be capable of distinguishing between what they can responsibly say as professional archaeologists or as prehistorians attempting to reconstruct the past and their own political views and the ways in which their knowledge can be used for political purposes. Archaeologists then may be able to support a particular reconstruction of the past as plausible or as the most reasonable interpretation of the data and still condemn the political uses to which it may be put.

Bardzo dobrze to zagadnienie podsumowała też L. Meskell (2002, s. 293):
Part of our problem rests with the illusion that the subjects of our research are dead and buried.

Jak pokazują dzieje (nie)obecności Samów w archeologii skandynawskiej, przedmiot badań archeologów nie zawsze jest martwy. Może on wpływać na współczesne wydarzenia i przy tym wzbudzać dodatkowo wiele kontrowersji. Może się wydawać, że przedstawiony przeze mnie problem nie dotyczy sytuacji mających miejsce w archeologii polskiej. Jest to założenie błędne. Wystarczy zauważyć, jaki wpływ na społeczności lokalne mają wykopaliska prowadzone na zamieszkiwanym przez nie obszarze. A to jest tylko jeden z przykładów na przenikanie się wpływów przeszłości i teraźniejszości.

Bibliografia:
Bergstøl J. 2004 Creoles in Iron Age Norway?, Archaeological Review from Cambridge, 19, 2, s.7-24. Broadbent N.D. 2004 Saami prehistory, identity and rights in Sweden [w:] The Resilient North - Human Responses to Global Change, Proceedings of the Third Northern Research Forum, Yellowknife, NWT, Canada, September 15-18, 2004.

160

http://old.nrf.is/Publications/The%20Resilient%20North/Plenary %203/3rd%20NRF_plenary%203_Broadbent_final.pdf. 2006 The search for a past: the prehistory of the indigenous Saami in northern coastal Sweden [w:] red. V.-P. Herva, People, material culture and environment in the North, Proceeding of the 22nd Nordic Archaeological Conference, University of Oulu, 18-23 August 2004, Studia humaniora ouluensia 1, s. 13-25. Eriksen T.H. 1991 Ethnicity versus Nationalism, Jornal of Peace Research, 28, 3, s. 263-278. Friedman J. 1992 The Past in the Future and the Politics of Identity, American Anthropologist, New Series, 94, 4, s. 837-859. Kohl P.L. 1998 Nationalism and Archaeology: On the Construction of Nations and the Reconstructions of the Remote past, Annual Review of Anthropology, 27, s. 223-246. Meskell L. 2002 The Intersections of Identity and Politics in Archaeology, Annual Review of Anthropology, 31, s. 279-301. Mundal E. 1996 The perception of the Saamis and their religion in Old Norse sources [w:] red. J. Pentikäinen, Shamanism and northern ecology, Berlin, s. 97-116. 2000 Coexistence of Saami and Norse culture – reflected in and interpreted by Old Norse myths [w:] red. G. Barnes, M. C. Ross, Old Norse myths, literature and society: proceedings of the 11th International Saga Conference, 2-7 July, 2000, University of Sydney, Sydney, s. 346-355. Ojala C.-G. 2006 Saami archaeology in Sweden and Swedish archaeology in Sápmi: boundaries and networks in archaeological research [w:] red. V.-P. Herva, People, material culture and environment in the North, Proceeding of the 22nd Nordic Archaeological Conference, University of Oulu, 18-23 August 2004, Studia humaniora ouluensia 1, s. 33-41. Olsen B. 1986 Norwegian archaeology and the people without (pre-)history: or how to create a myth of a uniform past, Archaeological Review from Cambridge, 5, 1, s. 25-42. 2000 Belligerent Chieftains and Oppressed hunters? – Changing conceptions of Inter-Ethnic Relationships in Northern Norway during the Iron Age and early Medieval Period [w:] red. M. Appett, J. Berglund, H.Ch. Gullov, Identities and Cultural Contacts in the Arctic, Copenhagen, s. 28-42.

161

Price N.S. 2000 Drum-Time and Viking Age: Sámi-norse Identities In Elary Mediewal Scandinavia [w:] red. M. Appett, J. Berglund, H. Ch. Gullov, Identities and Cultural Contacts in the Arctic, Copenhagen, s. 12-27. 2002 The Viking Way. Religion and War in Late Iron Age Scandinavia, Uppsala. Roesdahl E., Wilson D.M. (red.) 1992 From Viking to Crusader. The Scandinavians and Europe 8001200, København. Sjøvold T. 1974 The Iron Age Settlement of Arctic Norway, II, Late Iron Age (Merovingian and Viking Periods), Tromsø Museums skrifter X, 2, Tromsø-Oslo-Bergen. Stamsø Munch G. 1993 Hagartholmen i Steigen – en ‘gravholme’ fra jernalder med en spesiel kvinnegrav fra vikingtid [w:] Kvinneforskemaraton III, Tromsø, s. 130-137. Storli I. 1986 A review of archaeological research on sami prehistory, Acta Borealia 3, 1, s. 43-63. 1993 Sami Viking Age Pastoralism – or ‘The Fur Trade Paradigm’ Reconsidered, Norwegian Archaeological Review, 26, 1, s. 1-48. Taavitsainen J.-P. 2003 Lapp Cairns as Source on Metal Period Settlement in the Inland Regions of Finland, Acta Borealia 20, 1, s. 21-47. Wennstedt Edvinger B., Broadbent N.D. 2006 Saami Circular Sacrificial Sites in Northern Coastal Sweden, Acta Borealia, 23, 1, s. 24-55. Zachrisson I. 1985 Saami or Nordic? A Model for Ethnic Determination of Northern Swedish Archaeological Material from the Viking Period and the Early Middle Ages [w:] red. M. Backe, In honorem Evert Baudou, Archaeology and Environment 4, Umeå, s. 187195. 1991 The South Saami Culture: in Archaeological Finds and West Nordic Written Sources from AD 800-1300 [w:] red. R. Samson, Social Approaches to Viking Studies, Glasgow, s. 191-199. 1993 A Review of Archaeological Research on Saami Prehistory in Sweden, Current Swedish Archaeology 1 (1993), s. 171-182. 1994 Saamis and Scandinavians – Examples of Interaction [w:] red. B. Ambrosiania, H. Clarke, Developments Around the Baltic and the North Sea in the Viking Age, Birka Studies 3, Stockholm, s. 173-179.

162

Abstract While studying maps of the Viking Age in Scandinavia we can observe that their authors usually take into consideration only the German population. Sami, who lived in the remaining part of this peninsula, are ignored and discriminated. For a long time they were an embarrassing theme for Scandinavian archeology. Researches boasted about Vikings' achievements, while artefacts connected with Sami were disregarded. This ethnic group was mainly subdued to ethonlogical studies (not historical). In the 70's some changes started to take place. Nowadays, Institute of Archeology at Tromsø University (Norway) stands out in archeological research concerning Sami. Thanks to new investigations the picture of the (for example) Iron Age in Scandinavia has largely changed (especially if we talk about northern part of Norway and Østerdal region). In the mentioned areas German and Sami people lived in close relationship. In some cases we can even talk about a hybrid, mixed culture. It is worth mentioning that archeology played an important political role in the 20 century Scandinavia. Dispute between German people (Norwegians and Swedes) and Sami related to the land rights. Archeological evidences were fundamental in this case. "Which population is indigenously Scandinavian?" - it was an important problem to solve. During my speech I would like to present a problem of (non)attendance of Sami people in Scandinavian archeology. I will also point out the difficulty of creating objective descriptions of the past.

163

164

Anna Galuhn Instytut Prahistorii Uniwersytet im. A. Mickiewicza Poznań

Archeologia współczesnych archeologów: badania nad badaczami próbą lepszego zrozumienia przeszłości?
W maju 2007 roku w Biskupinie miało miejsce sympozjum Historia archeologii i myśli archeologicznej w XX wieku. Organizatorzy sympozjum zadedykowali je pamięci Grahama Clarka z okazji stulecia jego urodzin oraz pięćdziesięciulecia ukazania się polskiego przekładu jego dzieła Europa przedhistoryczna. Podstawy gospodarcze (Kostrzewski 1957). Przekładu tego dokonał Józef Kostrzewski, twórca archeologii poznańskiej, którego sylwetka jest dobrze znana wszystkim studentom archeologii w Polsce. Wtedy też przybliżono sylwetki przede wszystkim Grahama Clarka i Zdzisława Rajewskiego, którego setna rocznica urodzin też przypadła na 2007 rok. Poruszono także szereg zagadnień dotyczących kondycji archeologii w XX wieku w skali europejskiej. Jest to dowód na to, że wątki biograficzne w archeologii polskich badaczy są poruszane i spotykają się z zainteresowaniem innych. Są to jednak biografie ludzi, którzy skończyli już swoją karierę i w żaden sposób nie są w stanie skomentować oceny ich pracy. Nie mogą też uczestniczyć w procesie tworzenia swoich biografii, a z pewnością byliby lepszymi informatorami niż garstka publikacji, zdjęć i opinii, które na ich temat przetrwały do naszych czasów. Stąd moja propozycja, aby zająć się biografią badaczy żywych, którzy poprzez 165

dialog mogą opowiedzieć o swoim życiu, historii myśli i drodze, którą przeszli aby być takimi, jakimi są w chwili obecnej. Ian Hodder w propozycji archeologii kontekstualnej zauważył, że duży wpływ na interpretację źródeł ma zarówno kontekst zabytku czy obiektu archeologicznego – jego układ przestrzenny poziomy i pionowy, jak i kontekst samego badacza – poziom wiedzy pozaźródłowej, którą operuje, oraz jego indywidualne predyspozycje w momencie odkrycia, rozpoznania i opracowania materiału (Hodder 1995, s. 174-175):
Kontekst archeologiczny przedmiotu obejmuje wszystko to, co tworzy całość jego istotnego otoczenia, gdzie „istotne” odnosi się do opisu znaczących relacji z przedmiotem –to znaczy takich relacji, które są niezbędne, aby zrozumieć znaczenie obiektu”.

W myśl archeologii postprocesualnej nie ma faktów i zabytków, które „mówią same za siebie”. Są jedynie interpretacje i opinie o nich, a te wytwarzane są przez samego badacza. Poziom wiedzy każdego badacza jest inny. Nawet jeśli dwóch archeologów wyrosło z tego samego środowiska akademickiego i pobierało nauki u tych samych profesorów, ich poglądy mogą być podobne, ale nie będą identyczne. Jak zrozumieć, dlaczego ktoś wysunął taką a nie inną hipotezę, czemu wydzielił trzy, a nie cztery fazy jakiejś kultury, z jakiej literatury korzystał oraz z kim uzgadniał swoje przemyślenia? Najlepiej zapytać, możliwie jak najszybciej, aby z pamięci badacza nie umknęło nic istotnego. Jak twierdzi Drummond „kultura” jest (za Hodder 1995, s. 192):
[…] serią pytań i poruszających się po omacku reakcji, a nie zbiorem gotowych odpowiedzi.

Kiedy spojrzymy w ten sposób na kulturę będziemy starali się odkryć wiele różnych, często nakładających się na 166

siebie wariantów pewnych rozwiązań i możliwych wizji świata (Hodder 1995, s. 192):
Z tego względu niezbędny jest analityk, do którego zadań należy określenie tych pokrywających się i częstokroć niespójnych wersji, a także zrozumienie zachodzących pomiędzy nimi zależności.

Zagadnienie rozumienia to przedmiot rozważań hermeneutyki, której losy rozgałęziły się na dwie części: hermeneutykę techniczną oraz filozoficzną, którą według. A. Przyłębskiego (2005) powinno się raczej określać mianem filozofii hermeneutycznej. Hermeneutyka techniczna dzieli się, w zależności od tematyki, na teologiczną, filologiczną oraz prawniczą i obejmuje zespół metod, za pomocą których można zinterpretować odpowiednio Pismo Święte, teksty literackie czy przepisy karne. Jednak bardziej przydatna w moich rozważaniach nad współczesnymi archeologami jest filozofia hermeneutyczna. Rozumienie w ujęciu Gadamera może się odbyć jedynie w wyniku rozmowy, która jest możliwa między podmiotem a przedmiotem, między badaczem a obiektem badania (Gadamer 2004, s. 520):
Byt, który może zostać zrozumiany jest językiem.

Dla Gadamera język to medium rozumienia. Nie znając języka rozumienie nie jest możliwe. Gadamer odnosi się tu nie tylko do obiektów żywych, współczesnych badaczowi. Uważa, że „dialog” między badaczem i badanym jest możliwy bez względu na czas, który ich dzieli, o ile zostaną spełnione zarysowane powyżej kryteria – czyli przede wszystkim język. Nie chodzi jednak o język jako taki, tylko o językową postać bytu. To, o czym myślimy, nasze poglądy, zanim zostaną wypowiedziane mają już postać językową. A język jest czymś żywym, ciągle się zmienia. Nietrudno jest zauważyć, że współczesna polszczyzna znacznie się różni od języka 167

z dwudziestolecia międzywojennego, które patrząc z perspektywy dziejów całej ludzkości, było stosunkowo niedawno. Co więcej, język różni się również na poziomie współczesności. To, że wszyscy Polacy mówią językiem polskim, nie znaczy, że mówią dokładnie tym samym językiem, chociaż posługują się tym samym systemem znaków. Pomijając nawet dużą liczbę gwar i dialektów, język, jakim się posługujemy w dużej mierze zależy od kontekstu naszego życia. Od naszych osobistych doświadczeń i wykształcenia, które przesądziły o tym, jakie pojęcia w naszym systemie językowym odnoszą się do konkretnych znaków. W momencie, w którym wypowiadamy słowa, mogą one zostać poddane ocenie. Spisane są w stanie przetrwać dłużej niż autor. Ich znaczenie będzie ciągle na nowo rozpatrywane przez kolejne osoby, które dotrą do tego tekstu. Sposób w jaki odczytywane są teksty jest związany z pojęciem „koła hermeneutycznego”. Pojęcie to wprowadził do filozofii Schleiermacher. Zakłada ono to, że zarówno dzieło wpływa na odbiorcę, jego treść i charakter są impulsem do odczytania, jak i odbiorca-badacz wpływa na dzieło, na jego zrozumienie. Jego stan wiedzy w momencie przystąpienia do badań, doświadczenia oraz osobiste zdolności zostawiają swój ślad na interpretacji. Odnosząc te myśli do dialogu z żywymi obiektami badań, „koło hermeneutyczne” Schleiermachera nie ma końca. Osoba, która zadaje pytania, jak i osoba, która na nie odpowiada, są ze sobą w stałym kontakcie i mogą wzajemne opinie o sobie konfrontować na drodze dyskusji. Jak zauważył Hodder (1995, s. 183):
[…] nie stanowi to jednak przykładu „błędnego koła”, ponieważ możliwe są rozmaite odpowiedzi, a do tego można wykazać, że niektóre z nich lepiej niż inne pasują do posiadanych dowodów. Cykl pytanie/odpowiedź prowadzi do nowych pytań i do nowego zrozumienia siebie przez odniesienie do czegoś innego […].

168

Pytania i odpowiedzi w badaniach nad współczesnymi archeologami są możliwe i osiągalne za pomocą różnych środków. Jednym z nich jest wymiana zdań podczas zajęć akademickich. Jak wszystkie z poniższej listy ma swoje pozytywne i negatywne strony. Plusem jest spontaniczność – pytania zadawane w takich warunkach nasuwają się nagle, a odpowiedzi na nie mogą być insirujące do dalszych pytań już w innych okolicznościach. Minusem jest przede wszystkim czas ograniczający zajęcia – limit może spowodować odmowę odpowiedzi ze strony wykładowcy, który chce przede wszystkich zrealizować program zajęć. Kolejnym może być luźna rozmowa podczas dyżuru albo po pracy. Mam tu na myśli rozmowę, której nie towarzyszy notowanie czy nagrywanie na dyktafon. Plusem jest naturalność i wyższy poziom szczerości niż w wypadku innej rozmowy. Obiekt badań, czyli w tym przypadku archeolog,nie musi uważać na słowa, bo i tak nie wszystkie zostaną zapamiętane, co z kolei jest minusem dla badacza. Jego pamięć stanowi przeszkodę, której często nie da się przeskoczyć. Oczywiście, po zakończeniu rozmowy badacz może starać się spisać wszystko co zapamiętał, jednak nie może w pełni wykorzystać tego w publikacji, jeżeli nie otrzyma zgody osoby, z którą rozmawiał. Następnym rozwiązaniem jest wywiad – w pełni zapowiedziany i wstępnie przygotowany. Według mnie może on przynieść najlepsze rezultaty. Obiekt badań wie, jakie są wstępne założenia projektu i czemu ma służyć. Dzięki temu, jeżeli zgodzi się na przeprowadzenie tego typu badań, wygospodaruje on odpowiednią ilość czasu potrzebną na zdobycie wszystkich informacji. Wywiad może mieć różne oblicza, w zależności od przygotowa169

nych pytań, miejsca jego przeprowadzenia czy też formy. Przede wszystkim dzieli się na:  wywiad swobodny – to taki, w którym pytania nie oczekują konkretnych odpowiedzi. Badacz pozwala wypowiedzieć się pytanemu w jak najbardziej rozległy sposób, nie ogranicza go pytaniami i nie ukierunkowuje jego wypowiedzi. Pytania, które mają tu zastosowanie, to raczej prośby (Proszę opowiedzieć o swoich zainteresowaniach przed rozpoczęciem studiów archeologicznych. Proszę opowiedzieć o pracy zawodowej) lub pytania rozpoczynające się od „jak”, „w jaki sposób” (W jaki sposób opracował Pan swoją klasyfikację?). Plusem tego rodzaju wywiadu jest możliwość uzyskania informacji, które mogę być istotne dla całego projektu, a które badacz pominął we wstępnych założeniach. Minusem jest nieuporządkowana forma wywiadu, co sprawia, że jest on trudniejszy w opracowaniu. Długa, rozległa wypowiedź może zawierać wiele powtórzeń i zbędnych informacji, które trzeba będzie usunąć przy przeprowadzaniu późniejszej selekcji.  wywiad sterowany – to przeciwieństwo wyżej wymienionego wywiadu. Pytania mają tu z góry założone przez badacza granice (na przykład przedział chronologiczny) i zmuszają one respondenta do udzielania konkretnych odpowiedzi. Hammersley i Atkinson zauważają, że „istnieje (…) tendencja do faworyzowania wywiadu swobodnego”. Uważa się, że (Hammersley, Atkinson 2000, s. 136-137):
[…] osoba pytana może wówczas własnymi słowami szerzej rozwinąć temat, podczas gdy bardziej rygorystyczne formy indagacji nie dają tych możliwości. W przypadku wywiadu swobodnego chodzi

170

o maksymalne ograniczenie wpływu badacza na ewentualne odpowiedzi, a tym samym o ułatwienie informatorowi wyrażenia własnego punktu widzenia. Wiemy […], że badacz wywiera istotny wpływ na zbierane przez siebie dane. Nie należy jednak tego faktu traktować po prostu jako źródła zniekształceń, które trzeba za wszelką cenę usunąć. Z pewnych względów bowiem ani wywiad swobodny, ani wykorzystywanie spontanicznych wypowiedzi nie rozwiąże całkowicie problemu

Wywiad można podzielić również w inny sposób na:  bezpośredni – do tej kategorii należą zarówno wywiad swobodny, jak i sterowany. Jest to każdy rodzaj wywiadu, w którym badacz i respondent spotykają się bezpośrednio w wybranym miejscu i prowadzą ze sobą rozmowę.  pośredni – jest prowadzony za pośrednictwem ankiety czy Internetu. Może mieć różną formę. Dla mnie istotne jest to, że w tym wypadku nie dochodzi do spotkania między badaczem a respondentem, co może mieć pozytywny i negatywny wpływ na efekt końcowy. Brak bezpośredniej interakcji niweluje wpływ wyglądu zewnętrznego, typów zachowań badacza czy respondenta, które z różnych przyczyn mogą nie odpowiadać jednej z tych osób. Z drugiej strony wywiad, który nie odbywa się bezpośrednio może zatracić swoją rangę wywiadu i przez to może nie być poważnie potraktowany ze strony respondenta. Jednak każdy przypadek tak czy inaczej należy traktować indywidualnie i w zależności od wieku, statusu, charakteru i temperamentu respondenta należy wybrać taki rodzaj wywiadu, który pozwoli na wydobycie jak największej ilości istotnych odpowiedzi. Wywiad z profesorem Aleksandrem Kośko, który przeprowadziłam w maju 2008 roku jest pierwszą próbą 171

aplikacji metod wyżej zarysowanych badań nad współczesnymi archeologami. Wybór profesora był uzasadniony długością stażu oraz jego dorobkiem naukowym. Profesor pracuje w Instytucie Prahistorii od 1976 roku. Przez ten czas brał udział w wielu projektach naukowych oraz wydawniczych, czego owocem są liczne publikacje. Dlatego ścieżka jego kariery zawodowej wydaje się być znakomitym materiałem do badań nad historią myśli archeologicznej. Wywiad, który przeprowadziłam miał postać swobodną, ograniczoną jedynie podziałem chronologicznym na dwie części: 1) czas od rozpoczęcia działalności naukowej Profesora na Uniwersytecie im. A. Mickiewicza do 1989 roku oraz 2) lata pracy Profesora po 1989 roku do chwili obecnej. Pytania ułożyłam w tym porządku, aby w wyniku rozmowy uchwycić zmiany w historii końca XX i początku XXI wieku, i ich wpływ na myśl badawczą i organizację pracy Profesora. Moment rozpoczęcia pracy naukowej Profesora to czasy Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Od 1970 do 1980 roku pierwszym sekretarzem Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej był Edward Gierek. Od chwili, w której Gierek objął tę funkcję do 1975 roku można zaobserwować rozwój gospodarczy i społeczny kraju, jednak proces ten nie był na tyle stabilny, aby nie uległ załamaniu. Pożyczki zagraniczne oraz nieumiejętne wykorzystanie pieniędzy, co do dnia dzisiejszego pozostawiło ślad w polskim budżecie, nie wpływały korzystnie na stan ówczesnej inteligencji uniwersyteckiej. Na pytania o strukturę Instytutu w momencie rozpoczęcia pracy, Profesor odpowiada następująco:
System był dość prosty. W pewnym momencie próbowano wydzielić specjalistyczne kierunki. Powstawała taka instytucja, zalążek Zakładu, w jakim znajdujemy się w chwili obecnej. Lata siedemdziesiąte to porządkowanie organizacyjne, sprawy związane z konstruowaniem programu kujawskiego. […] Kierownikiem był wtedy profesor Żurowski, który zastąpił zmarłego profesora Kóčkę,

172

potem sytuacja została ustabilizowana. Dyrektorem był profesor Żak. Moja praca naukowa przebiegała właśnie pod jego rządami. Był moim promotorem podczas pisania pracy doktorskiej. Również habilitacja przebiegała pod jego kierunkiem. […] Instytut był wtedy kręgiem ludzi, z którymi dyskutowało się na tematy archeologiczne, ale jego struktura była dość monolityczna, to znaczy nie zawierała w sobie, poza Zespołem Badań Kujaw, segmentacji. Dodam jeszcze, że Instytut wyłonił się w 1982, wtedy powstała struktura, którą pani zna.1

Po tym pytaniu nastąpiły kolejne związane z pracą w Zespole Badań Kujaw, wyborem metody badawczej, zmianami, jakie przyniósł lub nie rok 1989, inspiracjami badawczymi i obecną działalnością w ramach Instytutu Prahistorii. Podział na dwa okresy – przed i po 1989 roku – nie spotkał się z aprobatą Profesora, chociaż po odbytej na ten temat dyskusji, uznaliśmy, że w pewien sposób jest on uzasadniony. Zmiany, które doprowadziły do upadku Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, miały przełomowe znaczenie dla polityki kraju. W archeologii zmiany miały raczej charakter organizacyjny, a nie metodologiczny, chociaż wydaje mi się, że stopniowo jedno zaczęło wpływać na drugie. Swobodna wymiana ludzi i myśli, która jest skutkiem transformacji ustrojowej w 1989 roku pozwoliła na zarysowanie się, w pełni dowolnych, nienadzorowanych przez władzę, przedsięwzięć międzynarodowych oraz programów wymiany studenckiej (na przykład Sokrates–Erasmus). Profesor Kośko zwraca uwagę:
[…] na przedział 89-91. Zaczyna się to w Polsce, trochę później w Niemczech. Znamy historię rozwoju wydarzeń. Potem dochodzi do rozkładu Związku Radzieckiego i wtedy dla problematyki badań tego, co nazywamy Pograniczem Biokulturowym Wschodu i Zachodu
1

Ta i inne cytowane wypowiedzi profesora Kośko pochodzą z wywiadu, który z nim odbyłam 29 maja 2008 roku w Instytucie Prahistorii Uniwersytetu im. A. Mickiewicza w Poznaniu. Wywiad nie był dotąd publikowany.

173

powstaje nowa szansa. Mamy szansę dotarcia do większych zasobów źródłowych, możemy rozpocząć dyskusję ze Wschodem. W 1992 dochodzi do pierwszego, można powiedzieć całościowego, porozumienia pomiędzy Uniwersytetem Poznańskim a Akademią Nauk w Kijowie, co było niemożliwe wcześniej z przyczyn proceduralnych. Odpowiadano nam, że Akademia nie może współpracować z Uniwersytetami. To jest organizacyjny sukces. Sukcesy innego typu, na przykład edytorskie, współpracy, wymiany myśli, rodzenia się wspólnych programów badawczych przyjdą później. To rozkładało się na całą dekadę – lata dziewięćdziesiąte.

W dalszej części wywiadu Profesor zwraca uwagę na problemy, przed jakimi stanęła polska archeologia w obliczu badań autostradowych. Przedstawia dylematy archeologów akademickich – czy włączyć się w program badań konserwatorskich czy pozostawić je firmom prywatnym? Czy nadzorować merytorycznie te badania czy całkowicie się od tego projektu „instytucjonalnie” odłączyć? Wypowiada się w taki sposób:
[…] z punktu widzenia etyki zawodowej, odpowiedź negatywna, że my się tym nie interesujemy, my – to znaczy akademicy, nie byłaby mile widziana. Kiedy pojawił się nurt modernizacji cywilizacyjnych, to faktycznie, w środowisku akademickim była grupa osób niechętnych pracy terenowej, […] która mówiła <<Nie, nie, nie, my ze swojej pozycji możemy się temu przyglądać, recenzować, odbyć ciekawą dyskusję, natomiast nie powinniśmy w to wchodzić.>> Ja byłem takiego zdania, że jest to zupełnie absurdalne założenie. Wtedy to zwyciężyła koncepcja (jest to uzgodnienie z 1995 roku), że wszelkie akcje autostradowe winny być realizowane przez instytucje budżetowe, czyli takie, które mają odpowiednie zabezpieczenie kadrowe, w tym interdyscyplinarne i są w stanie przeprowadzić to w taki sposób, żeby było zgodne ze standardami nauki światowej. Przy czym pozostawiono furtkę dla firm prywatnych. Mówiło się, że te duże instytuty (uniwersyteckie czy Polskiej Akademii Nauk), czy też wydzielone muzea […] mają prawo przyjąć w roli podwy-

174

konawców firmy prywatne, ale wtedy ponoszą pełną odpowiedzialność za to, co one będą robiły.

Te i inne wypowiedzi Profesora Kośko pokazują jego stanowisko i przemyślenia odnośnie jego własnej pracy badawczej oraz zmian w polskiej archeologii. Pełny projekt moich badań zakłada także wywiady z innymi osobami – na przykład z kolegami i koleżankami z pracy Profesora o jego osobie. Ciekawym uzupełnieniem mogą być również ankiety przeprowadzone wśród studentów uczęszczających na wykłady Profesora, jednak w chwili obecnej nie posiadam jeszcze odpowiedniego materiału, więc mogę jedynie spekulować o wynikach tego typu całościowych badań. Wydaje mi się jednak, że szczególnie rozmowy z innymi archeologami ze środowiska Profesora, mogłyby być szczególnie inspirujące. Materiały te były swoistym zapisem epoki w oczach konkretnej generacji. Przede wszystkim pozwoliłyby zobaczyć sylwetkę naszego wykładowcy w różnych ujęciach, co myślę, że byłoby ciekawe zarówno dla mnie, jak i dla niego samego. W badaniach na współczesnymi archeologami materiałem źródłowym jest żywy człowiek i jego słowa wypowiadane również w moim ojczystym języku. Wyklucza to ubytek informacji, który wiąże się z barierą językową (dotyczy to badań nad źródłami w języku obcym), tłumaczeniem oraz dystansem pomiędzy współczesnością badacza a epoką, w której powstało i egzystowało źródło. Zarówno ja, jak i, w tym wypadku Profesor Kośko, żyjemy w tej samej epoce. Jedynie różnica wieku i doświadczenia może zrodzić problem we wzajemnym zrozumieniu. Ja jestem dopiero studentką archeologii, Profesor natomiast przeszedł już przez wszystkie szczeble hierarchii uniwersyteckiej. Z pewnością nasz język, o czym wspomniałam na początku, pomimo że polski, różni się od siebie. Jednak fakt różnicy wieku można rozpatrzeć także pozytywne. Dzięki niej zakres chronologiczny rozmowy może ulec 175

wydłużeniu, od momentu rozpoczęcia przez Profesora pracy naukowej na Uniwersytecie im. A. Mickiewicza w Poznaniu. W przypadku rozmowy z innym studentem lub studentką archeologii, komunikatywność między nami byłaby o wiele wyższa, jednak niemożliwe byłoby uchwycenie zmian w szerszym zakresie chronologicznym. Prace tego typu, czyli jak to nazwałam, badania nad współczesnymi archeologami są istotne przede wszystkim w dwóch wymiarach. Po pierwsze pozwalają zrozumieć studentom archeologii, dlaczego wiedza, która jest im przekazywana w trakcie studiów wygląda tak a nie inaczej. Dzięki wywiadom i ich publikacji inni studenci mogą ocenić to ze swojej perspektywy i w ten sposób uczyć się archeologii w mniej autorytatywny, a bardziej refleksyjny sposób. Po drugie na wywiady i opracowania tego typu można spojrzeć z perspektywy biograficznej. Mogą stać się one doskonałą pamiątką i świadectwem działalności naukowej konkretnych archeologów.

Bibliografia
Gadamer H.G. 2004 Prawda i metoda: zarys hermeneutyki filozoficznej, Warszawa. Hammersley M., Atkinson P. 2000 Metody badań terenowych, Poznań. Hodder I. 1995 Czytanie przeszłości. Współczesne podejścia do interpretacji w archeologii, Poznań. Przyłębski A. 2005 Hermeneutyczny zwrot filozofii, Poznań. Internet http://www.archekom.pan.pl/index.php?option=com_content&view=article &id=67:midzynarodowe-sympozjum-w-biskupinie&catid=32:aktualnoci-iwydarzenia&Itemid=46

176

Abstract Ian Hodder introduced the documentation of work on the archeological excavation site. He noticed that researcher’s attitude, personal views, thoughts and even his physical and mental state during the work may influence materials of archeological interpretation. Looking at the issue from a wider perspective, also specific political situation in a country where an archaeologist works it may impact the researcher’s theories and his methods of work. An academic archaeologist is dependent on the government as it is the government that finances any archaeological research that is conducted. How can we investtigate the influence of the external factors on the results of archaeological research? My suggestion would be a dialog with the contemporary archaeologists concerning their work as well as the conditions in which they are conducting their studies. The chronological order, which underlines the changes in conduction of the research, matters greatly. The study of the interview with professor A. Kośko from Prehistory Institute in Poznan may be brought up as a constructive example.

177

178

Dąbrówka Stępniewska Instytut Prahistorii Uniwersytet im. Adama Mickiewicza Poznań

W kręgu humanistyki zaangażowanej. Refleksja archeologiczna
Tylko bowiem czynność, którą można wykonać z pasją, jest dla człowieka jako człowieka cokolwiek warta.

(Weber 1917, s. 117) Humanistyka zaangażowana - jak rozumiem to pojęcie? Samo zaangażowanie uznaję zarówno za indywidualną cechę osobowości, jak i jedną z konstytutywnych cech nauki jako takiej. Idąc dalej pojęcie to wiąże się i jest spójne, moim zdaniem, z odpowiedzialnością, mądrością, krytycznością oraz z gotowością ponoszenia wszelkich konsekwencji swych działań na polu zarówno życia prywatnego, jak i społecznego, a w tym naukowego. Przyznaję, że jest to postawa bardzo wymagająca, emocjonalna i totalna, i że może budzić sprzeciw wielu. Rozumiem stanowisko mówiące, że w nauce nie ma miejsca na przyjęcie, reprezentowanie takiej postawy i konsekwentne działanie w myśl narzuconych sobie wyżej wymienionych norm etycznych, że są to tylko piękne ideały oderwane od rzeczywistości uniwersyteckiej. Coraz częściej słyszę jednak pozytywne i entuzjastyczne głosy wewnątrz środowiska akademickiego, reprezentujące zbieżne z moimi poglądy na temat stanu nauki humanistycznej jako takiej, w tym archeologii, co utwierdza mnie w przekonaniu, że kwestia jest ważka i zasługuje na omówienie, poddanie pod dyskusję, co niniejszym czynię pamiętając, że (Dubiński 2005, s. 487):
Vox audita perit, littera scripta manet (Słowo usłyszane przepada, litera napisana pozostaje).

179

Dotykane przeze mnie kwestie światopoglądowe sensu largo, etyczne - sensu stricto w odniesieniu do archeologii jako jednej z nauk humanistycznych, społecznych i archeologa-badacza, działacza1 nie były wcześniej rozpatrywane, choć pierwsze konferencje zorganizowane przez KNSA w Obrzycku poświęcone były problemom etyki w archeologii, społecznego funkcjonowania archeologii oraz horyzontom archeologii2. Myśli i spostrzeżenia, które wtedy zostały wypowiedziane, są nadal żywe w archeologii, ale sądzę, że funkcjonują już w innym kontekście kulturowym i społecznym, który tworzymy i stanowimy MY. Dlatego uważam swoje wystąpienie za uzasadnione i w jakiejś mierze, w TYM czasie, pożądane. Problem miejsca i roli nauki we współczesnym świecie, w naszym przypadku: archeologii w Polsce w XXI wieku, był podnoszony już w ostatniej dekadzie XX wieku, a większość wniosków i sformułowań, jakie padły na licznych konferencjach poświęconych temu zagadnieniu, znaleźć możemy w publikacji „Polskie nauki humanistyczne i społeczne w nowym stuleciu w nowej Europie” (Janion 2006, Sarnowska-Temeriusz 2006). Elżbieta Sarnowska-Temeriusz w swoim artykule podkreśla, że (Sarnowska-Temeriusz 2006, s. 15):
[…] konieczne jest stawianie pytań o miejsce humanistyki, jej znaczenie i rolę w nowym stuleciu, o perspektywy jej rozwoju w zjednoczonej Europie, o aktywne współuczestnictwo w dokonujących się przemianach, i wreszcie o własną drogę humanistyki ku przyszłości.

Sądzę, że dla naszych potrzeb wystarczyłoby tylko podstawić pod słowo humanistyka-archeologia. Dalej, co ważne, autorka mówi (Sarnowska-Temeriusz 2006, s. 14):
1

Barański J., referat wygłoszony na konferencji pt. „Antropologia zaangażowana” dnia 15.11.2008 roku w Krakowie. 2 Kwestiami etycznymi w polskiej archeologii zajmowali się też (choć rzadko) „dorośli‟ archeolodzy. Odsyłam do publikacji tomu pokonferencyjnego pt. „Etyka w archeologii”, ze studenckiej konferencji naukowej w Obrzycku w 1999 roku.

180

[…] dbałość o depozyt przeszłości, o przekazywanie tradycji, ochronę i promocję dziedzictwa narodowego [archeologicznego – D. S.], a także starania o włączenie części naszego dziedzictwa kulturowego do kanonu kultury europejskiej i powszechnej należą do podstawowych zadań polskiej humanistyki.

Autorka zauważa również, że (Sarnowska-Temeriusz 2006, s. 18):
[…] konstrukcje intelektualne humanistów mają swoje konsekwencje w dziejach, humanistyka determinuje nasze życie codzienne i rzeczywistość globalną” i kończy entuzjastycznie „idee humanistów przeobrażają świat”.

Stąd wynika potrzeba autorefleksji nauk humanistycznych, autorefleksji archeologii, która z racji na przedmiot swych badań jest, a właściwie powinna być, moim zdaniem, jedną z najbardziej zaangażowanych w życie społeczne nauk akademickich. Problem ten zauważają i szeroko dyskutują autorzy pracy pt. „Archaeologies of the Contemporary Past” (Buchli, Lucas 2001). W pracy tej ukazana została funkcja „użyteczności publicznej” archeologii. Poprzez postawienie pytań typu: komu „służy archeologia”, kto i jak wykorzystuje jej moc sprawczą, kogo archeologia rani, kogo podbudowuje, autorzy starają się dowieść, że zaangażowanie społeczne3 w prace archeologiczne nie jest wyłącznie wynikiem ciekawości (która pobudzana przez seriale telewizyjne i archeologiczne wydaw3

Mamy tu do czynienia ze społecznością brytyjską, troszkę inaczej rzecz się przedstawia w polskich realiach. Z własnych doświadczeń dotyczących „ społecznego zaangażowania w prace archeologiczne” powiedzieć mogę tyle, że im lepsza płaca na stanowisku, tym większe „społeczne zaangażowanie”, choć zdarzają się oczywiście prawdziwi entuzjaści, żądni wiedzy. Niestety równie często spotykam się z postawą, którą określiłabym jako infantylną (dinozaury, Egipt, skarby etc...), co wynika myślę nie tyle z ignorancji, ile z braku dostępu do wiedzy, przyswajalnej wiedzy archeologicznej, której na razie w Polsce produkuje się bardzo mało, a jeżeli już któryś z naukowców odważy się zniżyć (sic!) do tego poziomu, to czeka go niechybnie anatema ze strony naukowego środowiska...

181

nictwa popularno naukowe, również jest przedmiotem analizy), lecz także jest skutkiem „możliwości terapeutycznych” archeologii. Zdaniem autorów efektywność archeologii wynika z szeroko rozumianej kreatywności oraz zaangażowania społecznego w „tworzenie” archeologii. Poprzez „uprzedmiotowienie nieobecności”, czyli „zmaterializowanie” przeszłości. Na skutek działań archeologicznych nieobecność staje się namacalna, zaczyna stanowić przedmiot dyskursu społecznego. W zależności jednak od tego, co składa się na ten dyskurs (jako następstwo archeologicznego procesu poznawczego), archeologia niesie ze sobą pozytywny lub negatywny ładunek emocji, doznań, informacji. Terapeutyczną funkcję nauki, humanistyki, podkreśla również Maria Janion w wystąpieniu „Nowa opowieść humanistyki”. Według niej zawarta w tytule pracy „opowieść” jest podstawą humanistyki (Janion 2006, s. 61):
Nie wystarczy coś zobaczyć lub przeżyć lub w sobie pojąć [...] Trzeba jeszcze umieć to opowiedzieć [...] Energia opowieści to energia wrażliwości na innego, na tego, któremu się opowiada i którego się słucha, tworząc krąg zrozumienia i współczucia, będącego szczególną formą rozumienia. Opowiadając, zakładamy dobrą wolę wymiany opowieści.

Parafrazując zdanie autorki myślę, że można powiedzieć, że „archeologia polska może stworzyć nową opowieść”. Nie zamierzam w tej chwili odpowiedzieć: jaką? Stwierdzę tylko, że czas działać - studiować, zgłębiać, przetwarzać, konstruować Nową Jakość, pisać Nową Opowieść archeologii, ale nie samemu, w zamkniętym kręgu, hermetycznym naukowym światku archeologów, tylko we współpracy z innymi – przedstawicielami odrębnych (w Polsce) dyscyplin naukowych oraz wszelkimi zainteresowanymi naszą działalnością i współdziałaniem z Nami, bo przecież nie jesteśmy i nigdy tak naprawdę nie byliśmy jedynymi właściwymi depozytariuszami

182

przeszłości. Czas pisać nowe, wspólne opowieści, opowieści nie jednego autora. Z pomocą przychodzi tutaj historia mówiona z Michaelem Frischem, jednym z najwybitniejszych badaczy oral history, autorem pracy „A Shared Authority: Essays on the Craft and Meaning of Oral History and Public History” na czele (Kierzkowski 2008). Autor podkreśla znaczenie “spotkania dialogicznego”. Co należy pod tym rozumieć? M. Frisch odpowiada (Frisch 2008, s. 5):
[…] zarówno pytający, jak i pytany występują w wywiadzie jako historycy, mimo że posługują się innym słownictwem, inną wrażliwością. To, co między nimi zachodzi to [właśnie] bardzo skomplikowane spotkanie dialogiczne.

„Pytającym” i „pytanym” dla naszych potrzeb nazwałabym przedstawicieli: pierwszego - środowiska archeologicznego (naukowca, studenta), drugiego - reprezentantem/ami innej dziedziny nauki, stowarzyszenia/ społeczności zainteresowanej badanym obszarem i innych. Jestem zdania, że postawę taką reprezentuje Ian Hodder, który wszedł w dialog i współpracę z Anitą Louise ze stowarzyszenia „The Goddess community”, które żywo zainteresowane było działalnością archeologów na stanowisku w Çatalhöyük. W „ Discussion with the Goddess community”4 Hodder podkreśla, że prowadzony dialog był konstruktywny, pouczający dla obu stron, gdyż zainteresowania często były rozbieżne tak, jak i punkty widzenia, co poszerzało horyzonty badawcze archeologa i otwierało pole do postawienia nowych pytań. Może niektórzy będą zaskoczeni osobą, którą przywołam również jako przykład postawy archeologa otwartego na współpracę ze społecznością, w której przestrzeni się w trakcie prowadzonych badań funkcjonuje, a jest nią Andrzej Kokowski. Nie będę się ustosunkowywać do polemicznych głosów nad jego pracami
4

http://www.catalhoyuk.com/library/goddess.html, 14.12.2008r.

183

i dorobkiem naukowym. W tym miejscu chciałabym tylko wskazać jego osobę i działalność, wzbudzającą silne kontrowersje w środowisku naukowym, jako swoisty fenomen na naszym rodzimym gruncie. Nie jestem zwolenniczką „folkloryzacji” nauki, festynów archeologicznych w tej formie, w jakiej organizowane są obecnie, ale dialogu i współpracy z lokalną społecznością - jak najbardziej! Dlatego przywołuję nazwisko Andrzeja Kokowskiego, w uznaniu dla jego pracy pełnej zaangażowania, pasji i szacunku, jakim darzy niearcheologów5. We wstępie nie wspomniałam o jednej, ale bardzo istotnej rzeczy dotyczącej postawy zaangażowanego humanisty, archeologa-działacza, a mianowicie o poczuciu pokory. Co pod tym terminem w kontekście całej pracy rozumiem? Myślę, że dobrze oddają to słowa Ernesta Nagela (1970, s. 11):
[…] w każdym pokoleniu wielu ludzi powtarza niejako w swoim życiu dzieje rodu ludzkiego i udaje im się posiąść pewne umiejętności i uzasadnione informacje, mimo że nie mają wykształcenia naukowego i nie uświadamiają sobie metod naukowych. [...] jakąż specyficzną zaletą [zatem] odznaczają się rzeczywiście nauki i w jaki sposób przyczyniają się do zdobycia wiedzy ich wyszukane narzędzia materialne i intelektualne?

Bibliografia
Buchli V., Lucas G. 2001 Archaeologies of the Contemporary Past, Routledge, London. Janion M. 2006 Nowa opowieść humanistyki [w:] red. P. Kierzek, Polskie nauki humanistyczne i społeczne w nowym stuleciu w nowej Europie, Warszawa, s. 58–63.

W książce „Cień Światowita” A. Kokowski w swoim artykule zamieścił fragmenty pieśni i wierszy, jakie ułożyła i skomponowała miejscowa ludność, żywo interesująca się prowadzonymi na Ziemi Hrubieszowskiej, m.in. wykopaliskami w Masłomęczu oraz reprodukcję obrazu miejscowego artysty - Marka Terleckiego pt. „Gocka aura nad wykopaliskami w Masłomęczu”, olej na płótnie (1996).

5

184

Kierzkowski M. 2008 Nie marnujcie czasu... Moje spotkanie z oral history- rozmowa z Michaelem Frischem, Poznań. Kokowski A. 2002 Etnogeneza Słowian. Rzeczywistość badawcza-emocje-odbiór społeczny [w:] red. A. Kokowski, Cień Światowita, Lublin. Nagel E. 1970 Nauka i zdrowy rozsądek [w:] red. E. Nagel, Struktura nauki. Zagadnienia logiki wyjaśnień naukowych, Warszawa, s. 11-22. Sarnowska-Temeriusz E. 2006 Wprowadzenie: Humanistyka i nauki społeczne wobec przyszłości [w:] red. P. Kierzek, Polskie nauki humanistyczne i społeczne w nowym stuleciu w nowej Europie, Warszawa, s. 11-63. Weber M. 1998 Nauka jako zawód i powołanie [w:] red. M. Weber, Polityka jako zawód i powołanie, Kraków, s. 111–140.

Abstract In this paper I would like to bring up such issues, like study and science, study and practice, critical knowledge, utility and effectiveness of study/science, commitment and responsibility of the researcher, exploratory purposes and the results of activity, social reception of the science and their function in society, which are broad discuss nowadays in humanities and I would present them from the archaeological perspective. Reflections about needs, possibilities and threats carried by committed humanities, an active researcher attitude, included an active archaeologist, are results of meeting with representatives of such way of thinking at the university and reading after-conference publications, connected with this subject.

185

186

Magdalena Benysek Instytut Prahistorii Uniwersytet im. Adama Mickiewicza Poznań

Archeologia jako narzędzie propagandy
Wstęp Niemalże od momentu jej wykształcania się jako nauki, materiały dostarczane przez archeologię zaczęły być wykorzystywane w celach biegunowo dalekich od naukowych. Począwszy od XIX–wiecznego „budzenia się” narodów i zmiany granic państw po I wojnie światowej w Europie, przez upadek kolonializmu po II wojnie i szerzenie się systemów komunistycznych w różnych częściach świata, aż po następujące w ostatnich latach wychodzenie narodów z cienia i izolacji od zewnętrznego świata. We wszystkich tych procesach, czy to o znaczeniu lokalnym, czy ogólnoświatowym, wpływając na życie tysięcy albo i milionów istnień uczestniczyła archeologia. Nieraz jej wkład był cichy, znany głównie grupom intelektualistów, kiedy indziej propagowano ją wśród szerokich mas, zawsze jednak była uważana za sposób udowodnienia pewnych racji i prawd. Aby wyjaśnić ów swoisty fenomen popularności archeologii w propagandzie należałoby najpierw powiedzieć kilka słów o tym, czym jest sama propaganda. Pojęcie to zwykle rozumiane jest bardzo intuicyjnie, a przez to często również błędnie. W potocznym rozumieniu przypisuje się jej, bowiem znaczenie pejoratywne, sądząc, iż zawsze jest ona kłamstwem i manipulacją. Tymczasem bardziej efektywna jest zwykle propaganda oparta na prawdzie. Za Oliverem Thomsonem (2001, s. 14) można ją ogólnie określić jako:
[...] wykorzystanie umiejętności upowszechniania informacji i wiedzy pewnej grupy społecznej do ukształtowania stanowiska i uzyskania oczekiwanych działań innej grupy.

187

Osiągnięte może to być na różne sposoby, w związku z czym da się wyróżnić kilka typów propagandy (Thomson 2001, s. 71-75): racjonalną – wybiera się fakty odpowiadające celowi, a pomija takie, które mu nie służą; racjonalno-emocjonalną – słabą argumentację popiera się działaniami takimi, jak: oddziaływanie na wyobraźnię, gloryfikacja, ataki osobiste; posługuje się także symbolami i metaforami; emocjonalną – najmniej wyszukana technika, odwołuje się do silnych emocji takich, jak gniew, nienawiść, strach czy wiara, szczególnie poprzez przemówienia, wystąpienia i obietnice. Archeologię zaklasyfikować można jako wykorzystywaną zgodnie z drugim, rzadziej pierwszym typem. Konieczne jest też zwrócenie uwagi na to, z jak różnych narzędzi korzysta propaganda, a więc ze: sztuki wizualnej (obrazy, rzeźby, film, teatr, architektura), muzyki i literatury (poezja, powieści, dramaty, opracowania historyczne i akademickie). Właśnie owa różnorodność metod i odniesień sprawia, że znajduje się wśród nich miejsce również dla archeologii. Nie wyjaśnia to jednak jej popularności. Aby ją zrozumieć należy przyjrzeć się najpierw niektórym z licznych przypadków wykorzystania jej w celach propagandowych, a często również mitologizujących. Pragnę zaznaczyć, iż wybór poniższych przykładów częściowo podyktowany był prywatnymi zainteresowaniami, a sama praca nie aspiruje do miana ogólnego ujęcia szerokiego zagadnienia jakim jest wykorzystanie archeologii dla celów propagandowych. Zależy mi na wskazaniu znaczenia „dowodów archeologicznych” w kształtowaniu pewnych postaw społecznych na tle historii różnych krajów, narodów i grup etnicznych.

188

1. Powszechność wykorzystania Od najdawniejszych czasów instrumentami propagandy były teksty i zabytki historyczne. Warstwy rządzące szybko zorientowały się jak wiele korzyści przynieść może udowodnienie pochodzenia dynastii od boga czy bohatera. Czynili to, więc cesarze Chin, Bourbonowie, Habsburgowie, a także Karol Wielki. Wyolbrzymiano militarne sukcesy, jak te Edwarda III czy Napoleona, gloryfikowano przeszłość własnego narodu (na przykład Żydzi), poniżano nowych obywateli imperium (jak w Cesarstwie Rzymskim). W czasach nowożytnych wiele spośród tych zadań historii przejęła archeologia stwarzając ponadto dodatkowe możliwości. Odtąd poszukiwanie przodków nie kończyło się już na czasach źródeł pisanych (czyli przeważnie średniowiecza), a pozwalało spojrzeć głębiej rodząc niejednokrotnie spory o „starszeństwo” linii genealogicznej. Bodaj czy nie najliczniejsze są przykłady wykorzystywania archeologii dla umocnienia, bądź nawet stworzenia jedności i tożsamości narodowej. Wiąże się z tym złożony i niejednoznaczny problem archeologii nacjonalistycznej. Termin nacjonalizm w języku polskim ma bardzo pejoratywne zabarwienie, traktowany jest jako wynaturzenie patriotyzmu. Jest on jednak bardzo istotny w okresie kształtowania się państw jako ideologia zabiegająca o autonomię, jedność i tożsamość narodową. Głosi, że każdy naród powinien mieć pełną autonomię i możliwość autoekspresji, kładzie też nacisk na jego indywidualność (Smith 2007, s. 40). Zadaje istotne pytania „kim jesteśmy?”, „od kiedy istniejemy?”, „jak wyglądał nasz rozwój?”, a w poszukiwania narodowego „charakteru” angażuje różne dziedziny nauki. Jest tu miejsce dla działań archeologii. Pozwala ona „udowodnić” prawo do jakiegoś terytorium, gdyż narody bez ojczyzny to niejako społeczności pariasów, to te, które przez wieki cierpiały największe prześladowania, jak Cyganie i Żydzi. Tym ostatnim udało się stworzyć w końcu własne państwo na ziemiach, które uważają za swoją pierwotną, pra-

189

dawną ojczyznę. Proces powstawania Izraela rozpoczął się kilka lat po II wojnie światowej. W 1947 roku Wielka Brytania zapowiedziała wycofanie się z Palestyny, nad którą sprawowała mandat, a ONZ zaakceptowała plan podziału tego terytorium na część żydowską i arabską. W związku z tym, rok później Izrael proklamował niepodległość. Z międzynarodową decyzją nie zgodziły się jednak państwa arabskie: Irak, Transjordania, Syria, Egipt i Liban, które rozpoczęły zbrojną mobilizację. W wyniku działań wojennych do 1949 roku Izraelczycy zajęli większą część Palestyny niż przewidywał plan podziału (Zachodni Brzeg Jordanu zaanektowała Transjordania – odtąd Jordania, a Egipt rozpoczął okupację Strefy Gazy). Jednocześnie trwała migracja Żydów z różnych krajów zachęcanych do przybywania do Izraela. Kilkudziesięcioletnia historia państwa to czas ciągłych wojen i konfliktów zarówno z Palestyńczykami żądającymi niepodległości zamiast autonomii, jak i sąsiednimi państwami arabskimi. Po utworzeniu Izraela starano się umocnić nadzieję na nadejście kolejnego „złotego wieku”. Nawiązywano do chwalebnych epizodów z narodowej historii. Siłą rzeczy archeologia jest tam podszyta polityką. Do dziś na wyniki badań archeologicznych opinia publiczna reaguje bardzo emocjonalnie, regularnie trafiają one do serwisów informacyjnych i na czołówki gazet, zarówno tych mniej popularnych, jak Biblical Archaeology Review, jak i bardzo znanych - The New York Times (Erlanger 2005) . Instrumentalizację archeologii dla potrzeb ideowych można ukazać na przykładzie króla Dawida – symbolu tożsamości narodowej. Kwestionować jego istnienie, to jak przekreślać całe dziedzictwo Izraela; wypowiadać się krytycznie, to wystawić się na ostrzał ze strony lewicowych kręgów syjonistycznych. Zacięty bój na tym polu toczą ze sobą, zarówno w mediach, jak i w naukowych dyskusjach, Israel Finkelstein i Eilat Mazar (Schüle 2008, s. 65). Ten pierwszy, profesor Uniwersytetu w Tel Awiv od lat naraża się izraelskim i amerykańskim konserwatywnym archeologom biblijnym twier-

190

dząc, że Dawid i jego syn Salomon to postaci fikcyjne (Finkelstein, Silberman 2007, s. 263, 274). Druga, badaczka z Shalem Centre z Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie w badaniach silnie posiłkuje się przekazami Starego Testamentu, spotykając się z zarzutami braku obiektywizmu, a jednak to ona cieszy się większym szacunkiem w kraju. Jednakże nawet narody, które od wieków zamieszkują te same ojczyste ziemie potrzebują niejednokrotnie ponownego zakorzenienia, połączenia. Dotyczy to szczególnie obszarów, które na przestrzeni dziejów przynależały do różnych organizmów państwowych i były zamieszkiwane przez kilka narodowości, z których żadna nie zyskała nigdy znaczącej przewagi. Tu archeologia zaprzęgana bywa do rozstrzygania etnicznych konfliktów, opierających się głównie na sporze o pierwszeństwo zamieszkiwania danego terytorium. Przykładów jest wiele. Najbliższy to ten, który rozgrywał się pomiędzy archeologią polską a niemiecką. Jako że jest to spór powszechnie znany przywołam go tylko bardzo ogólnie. Szczególne nasilenie trwającego od dziesięcioleci sporu przypadło na okres międzywojenny. Niemiecka propaganda wszelkie źródła archeologiczne interpretowała jako świadectwa odwiecznego pobytu Germanów na ziemiach nadodrzańskich i nadwiślańskich. Oczywiście ów pogląd miał wyraziste ostrze polityczne. Podbudowywał ideologiczne prawa nazistowskich Niemiec do ziem ówcześnie należących do Polski, które były wschodnimi kresami państwa niemieckiego albo strefą planowanej hitlerowskiej ekspansji na wschód. W odpowiedzi na zarzuty Gustava Kossinny i innych niemieckich archeologów, że polskie ziemie od neolitu zamieszkiwane były przez Proto-Germanów, Józef Kostrzewski poświęcił sporą część swoich badań na udowodnienie odwiecznego związku zachodnich ziem polskich z resztą kraju (Kostrzewski 1961a, 1961b). Czynił to między innymi na przykładzie kultury łużyckiej, której ludność identyfikował z Proto-Słowianami oraz Biskupina (Kostrzewski 1947a, 1947b). Konflikt ten zaowocował po obu stronach licznymi publikacjami, jednoznacznie ukierunkowanymi na obalanie

191

argumentów przeciwnika, a nie na przedstawienie wyników badań. Za strony polskiej niepozostawiającym wątpliwości przykładem jest publikacja o znamiennym tytule Kłamstwa nauki niemieckiej o Słowianach Witolda Hensla (1947). Autor na różnych polach odpiera zarzuty o niższości Słowian (na przykład, że budowali oni prymitywniejsze chaty, że nie potrafili uprawiać roli, a postęp w każdej dziedzinie zawdzięczali nie komu innemu a germańskim sąsiadom). Obie strony stosowały tą samą metodę przeinaczania i przemilczania faktów, ale co ważniejsze z punktu widzenia archeologii żadna nie miała racji. Kolejnym zadaniem jakie powierza się archeologii odwołując się do nacjonalizmu jest odnalezienie czasów świetności narodu. Tęsknota za „złotym wiekiem” budzi się w wielu sytuacjach. Może ona umacniać świadomość narodową w chwilach kryzysu, ucisku, zniewolenia lub klęski, może przywoływać dawną godność narodu dziś niewiele znaczącego lub wręcz upokarzanego. Mogą to być czasy bogactwa i władzy, jak ma to miejsce w przypadku imperium azteckiego, którego pozostałości napawają dziś dumą Meksykanów i otaczane są przez rząd coraz staranniejszą opieką. Może to być tęsknota za mocarstwową potęgą, jak w przypadku współczesnego Iranu postrzeganego jako kraj zniewolenia kobiet i kulturalnego zacofania. Z obrazem takim starają się walczyć coraz większe rzesze elity intelektualnej. Przypomina się więc pochodzenie od Persów i największego spośród nich Cyrusa oraz jego dokonania, jak wyzwolenie Żydów z Babilonu i stworzenie olbrzymiego imperium. Największą dumę budzi zaś zabytek znajdujący się w British Museum, tzw. Cylinder Cyrusa. Na tym wykonanym z gliny przedmiocie wypisano pismem klinowym dekret nazywany „pierwszą kartą praw człowieka”, gdyż zakazuje on wszelkich form niewolnictwa i ucisku, odbierania własności siłą bez rekompensaty oraz daje państwom członkowskim prawo uznania władzy Cyrusa lub nie (Del Giudice 2008, s. 23). Mieszkańcy Iranu, pomimo iż kraj rządzony jest przez konserwatywnych islamistów, podkreślają, że choć są mu-

192

zułmanami to nie są Arabami a Persami i wciąż używają własnego języka farsi, a nie języka arabskiego. Odkrycia archeologiczne napawają ich dumą i pomagają w utrzymaniu tożsamości narodowej różnej od arabskiej, wbrew zabiegom rządzących, którzy zwalczają zarówno język, jak i narodową poezję, dążąc uporczywie do islamizacji kraju. W tym przypadku archeologia działa, więc wbrew władzy, a na rzecz narodu. Przykładem związania archeologii z polityką są badania Wielkiego Zimbabwe, kompleksu kamiennych budowli zajmującego około 500 km2. Ruiny były znane Portugalczykom już w XVI wieku, jednak dla nauki odkryto je w 2. połowie XIX wieku. Wtedy to archeolog Teodor Bent ogłosił, że ich budowniczymi byli Fenicjanie lub Arabowie. Na początku XX wieku kilku badaczy uznało, że Wielkie Zimbabwe jest dziełem Afrykańczyków, jednak europejscy kolonialiści reagowali na takie stwierdzenia nerwowo starając się forsować opinię, że jest ono niezamierzonym wytworem nisko rozwiniętej ludności lub wynikiem zewnętrznych wpływów (Garlake 1982, s. 11, 80). Wbrew dowodom w kolonialnej Rodezji (dziś Zimbabwe) obowiązywał pogląd, że budowli nie postawili Afrykańczycy, a archeologom, którzy próbowaliby głosić coś innego groziła utrata pracy. Stosowano ścisłą cenzurę mającą na celu utrzymanie opinii, że przed przybyciem Europejczyków mieszkańcy Afryki na południe od Sahary nie stworzyli nawet zaczątków cywilizacji (Garlake 1982, s. 92). Po 1965 roku, gdy wpływy kolonialne w Afryce słabły, zaczęli pojawiać się naukowcy zainteresowani rzeczywistym pochodzeniem ruin Wielkiego Zimbabwe. Po 1980 roku powstało niepodległe Zimbabwe, w związku z czym zaczęto przedstawiać budowle, między innymi jako wytwór przedkolonialnego „afrykańskiego socjalizmu”. Obecnie sądzi się, że twórcami byli przodkowie żyjącego dziś plemienia Shona, założyciele średniowiecznego imperium Monomotapa, które swój okres świetności przeżywało w X–XIII wieku, a upadek w XV wieku, gdy w Afryce pojawili się przybysze z Europy – Portugalczycy (Garlake 1982, s. 194-196, 210, 227). Czarno-

193

skórzy Afrykańczycy uczynili z budowli symbol dumy i przeciwstawienia się kolonializmowi. Na fladze państwowej Zimbabwe umieszczono zaś ptaka, wzorowanego na steatytowych figurkach znalezionych w ruinach, czyniąc z niego narodowy symbol. Z poszukiwania czasów świetności narodu wyniknąć może niebezpieczne zjawisko, kiedy to swojej grupie etnicznej lub rasie zaczyna przypisywać się wyższość nad innymi. Stąd już krótka droga do uznania innych za rasę podłą, do zrzucenia na nich winy za niepowodzenia i upadek własnej nacji, a więc uznania ich za odwiecznych wrogów. Skutkiem jest nienawiść rasowa, wojny etniczne. Długo można by wymieniać jak jeszcze archeologia była zaprzęgana do wspierania nacjonalizmów. Jednakże trzeba zauważyć, że nie jest to jej jedyne propagandowe wykorzystanie. Jak pokazuje bowiem historia niemal każdy rząd chcąc utrzymać się przy władzy musiał kreować swój pozytywny obraz oraz uzasadniać panujący ustrój. Czyniły to również władze ZSRR. Nauki społeczne zawsze były w tym kraju traktowane w sposób instrumentalny. Miały pełnić rolę wychowawczą, propagując obowiązujący kult partii komunistycznej i Lenina oraz ideologiczną, tocząc bezustanne kampanie przeciwko „falsyfikatorom ” nauki. W archeologii obowiązujący był więc materializm historyczny i walka przeciw religii. Uprawiano historię Związku Radzieckiego „od czasów najdawniejszych” wskazując na ewolucję od wspólnoty pierwotnej, przez feudalizm i kapitalizm do socjalizmu, starając się wykazać, że zapowiedź obecnego ustroju społecznego i politycznego istniała już w pradziejach, a towarzyszyły temu czasy równości i wolności (Bazylow, Wieczorkiewicz 2005, s. 523). Przykładem zmian w wykorzystywaniu archeologii przez państwo są Chiny. Po ustanowieniu Chińskiej Republiki Ludowej w 1949 roku władze przypisywały jej znaczenie narodowe. W 1950 roku założono Instytut Archeologii. Zadaniem prowadzonych w jego ramach badań miało być ustalenie

194

takiej chronologii wydarzeń, która uprawomocniłaby marksistowską doktrynę społeczną. Przykładowo ludność neolitycznej kultury zwanej Yangshao była przedstawiana jako pracowici wiejscy rzemieślnicy, stanowiący zapowiedź komunizmu Mao (Hessler 2003, s. 75). Kładziono też nacisk na „niewolnictwo” za dynastii Shangów, bo był to niezbędny etap rozwoju w marksistowskiej teorii postępu społecznego wiodącego przez feudalizm i kapitalizm do komunizmu (Hessler 2003, s. 85). Wykorzystywano więc archeologię do legitymizacji władzy i ustroju. Wszystko zmieniło się w latach 1966 – 1976 w czasie rewolucji kulturalnej, kiedy prześladowano intelektualistów. Zabroniono wtedy publikowania opracowań archeologicznych, a samych badaczy atakowano jako „obrońców feudalizmu”. Gdy dobiegała już końca, ale jeszcze za życia Mao, archeolodzy często bywali zmuszani do udziału w politycznych zebraniach i poddawania krytyce cesarzy i dostojników za gromadzenie bogactw kosztem proletariatu. Dopiero po 1976 roku stopniowo zmniejszano upolitycznienie archeologii, aczkolwiek nawet współcześnie nie jest ona całkowicie wolna od jej wpływów. W czasie zachodzących reform ma promować regionalizm i handel (Hessler 2003, s. 87). Po przedstawieniu tak licznych przykładów nasuwa się pytanie, w czym tkwi fenomen archeologii? Dlaczego tak chętnie sięgają po nią przedstawiciele tak różnych rządów? A w końcu, co może ona udowodnić? 2. Propagandowa siła nośna archeologii W poprzedniej części zawarte zostały tylko niektóre spośród licznych przykładów wykorzystania archeologii dla kształtowania określonych postaw społecznych. Jak łatwo zauważyć odwołują się do niej państwa i narody wyrastające z bardzo różnych tradycji. Zestawienie powierzanych jej zadań wygląda następująco: legitymizacja władzy, wywyższenie panującego ustroju (taki panował w czasach świetności),

195

stworzenie jedności i tożsamości narodowej, udowodnienie prawa do terytorium (przez np. pierwszeństwo zasiedlenia), umacnianie dumy (przez odniesienia do tzw. „złotego wieku”), poniżenie innych lub wywyższenie własnej nacji, kreowanie wrogów i przyjaciół (uzasadnienie wojen i sojuszów). Mnogość i różnorodność zastosowań archeologii w propagandzie pozwala na wysunięcie wniosku o jej dużej sile nośnej. Oczywistym jest stwierdzenie, że udowodnienie jakiejś hipotezy w sposób naukowy czyni ją niejako bardziej wiarygodną oraz łatwiejszą do przyjęcia i zaakceptowania. W nowoczesnym, racjonalnym lub za takie się uważającym, społeczeństwie istnieje, bowiem spore zaufanie do nauki. Stosunkowo niewielka jest świadomość wpływu, jaki na wyniki badań wywiera polityka lub środki finansowe. Jest to jeden z najważniejszych powodów, dla których sięga się w propagandzie po naukę. Jednocześnie istnieje w społeczeństwie czy też dużej grupie ludzkiej skłonność do słuchania autorytetów. Jeżeli jest to dodatkowo autorytet naukowy, siła jego oddziaływania jest tym większa. Częste sięganie po naukę nie wyjaśnia jednak, dlaczego akurat archeologia jest wykorzystywana szczególnie chętnie. Podobnie jak w wypadku historii najważniejsza jest możliwość sięgnięcia w przeszłość, czyli do czegoś, co interesuje niemal każdego, co pociąga i fascynuje, ale też jakże łatwo podlega manipulacji. Tu ukazuje się jednak pewna przewaga archeologii nad historią. Można przekonywać odbiorców, że w przeciwieństwie tego, co oferuje historia, archeologiczna przeszłość jest nieskażona, bo pogrzebana pod ziemią, przez nikogo niezaburzona i nieskomentowana. Jest to wersja przeszłości otoczona niejakim kultem czystości, jest autentyczna. Podtrzymuje się mniemanie, że jest ona zamkniętą kartą, którą wystarczy odkryć. Oczywiście od tego spojrzenia

196

naukowcy dawno już odchodzą, a jednak to właśnie taka pozytywistyczna archeologia jest skutecznym narzędziem propagandy, gdyż tylko przeszłość jednoznaczna może być przez nią wykorzystana. W interesie propagandzistów leży chęć podtrzymanie przekonania, że taka właśnie jest, że daje się z łatwością czytać, a spojrzenie w nią niesie lekcje dla teraźniejszości. Czyni się starania, aby archeologia uznana została za naukę niosącą niezaprzeczalne dowody. Kolejnym, mniej istotnym atutem jest oddziaływanie na wyobraźnię. Badania archeologiczne miały od swego zarania i mają nadal w oczach sporej części społeczeństwa otoczkę przygody i tajemniczości, która sprawia, że wyniki badań łatwiej niż w wypadku innych dziedzin wyolbrzymić, podkolorować lub mitologizować. Ponadto zabytki archeologiczne często oddziałują również na odczucia estetyczne. Kunsztownie wykonane przedmioty z drogich metali, olbrzymie budowle, barwne malowidła utwierdzają w przekonaniu o minionych czasach świetności, pomagają też wyolbrzymiać osiągnięcia przodków. Warto w tym miejscu przytoczyć wyróżnione przez Jacka Lecha (2003, s. 93) pozanaukowe funkcje archeologii w XX wieku. Są to funkcje: edukacyjna, artystyczna, polityczna, mitologiczna. Jak łatwo zauważyć w propagandzie stosuje się przede wszystkim w dwie ostatnie spośród nich. 3. Cechy „archeologii propagandowej” Choć jest wykorzystywana w tak różnych kontekstach, archeologię jako narzędzie propagandy charakteryzuje mnogość wspólnych cech. Najważniejszą jest ideologizacja badań. Wszelkie koncepcje tworzy się na zamówienie władzy lub reżimu. Przy

197

interpretacji znalezisk zachowuje się poprawność polityczną, zwykle przez dopasowanie wyników do aktualnie obowiązującej linii propagandowej. Jako metoda „naukowa” stosowane może być fałszowanie źródeł przez pomijanie, usuwanie lub nawet zastępowanie innymi tych niewygodnych, mniej skrajnie – ich dowolna interpretacja lub nadinterpretacja (przykład ZSRR – Bazylow, Wieczorkiewicz 2005, s. 523). Skutkiem tego jest cenzura, odsuwanie od głosu tych badaczy, którzy głoszą poglądy odmienne od obowiązujących. W niektórych krajach, na przykład w ZSRR, osiągnęło to skrajne formy; naukowcom, którzy nie chcieli się podporządkować groziły represje – począwszy od utraty pracy, na karze więzienia skończywszy. W innych, jak Izrael czy Ukraina, przybrało formę łagodniejszą – zwykle obelg ze strony skrajnych środowisk. Inną formą represji może być blokowanie dostępu do tytułów badaczom niepoprawnym politycznie, a tym współpracującym z państwem ułatwianie ich uzyskania. Powoduje to rozłamy w środowisku naukowców, którzy postawieni zostają przed wyborem czy kontynuować karierę pisząc pod dyktando i czerpiąc z niej liczne profity czy też porzucić naukę. Należy też zauważyć, że archeologia wykorzystywana przez propagandę zawsze nosi cechy archeologii pozytywistycznej. Źródła traktowane są bowiem jako jednoznaczne i tylko czekające na zebranie. Nie ma różnych możliwości interpretacji. Charakterystyczne jest również, że w każdym kraju, który traktuje tę jej rolę poważnie, archeologia jest hojnie finansowana przez państwo. W nazistowskich Niemczech były to środki tak ogromne, że pozwoliły na zorganizowanie wyprawy na Antarktydę w poszukiwaniu tam śladów pobytu Germanów, które uzasadniłyby roszczenia terytorialne do tego lądu (http://en.wikipedia.org/wiki/New_Swabia). W Polsce wielkie fundusze przyznano na tak zwane badania milenijne zorganizowane z okazji tysiąclecia Państwa Polskiego. Zostały one zainicjowane w 1946 roku przez

198

Witolda Hensla i realizowane od 1949 do 1966 roku. Były one korzystne z punktu widzenia władz komunistycznych i miały pokazać, że zaczątki polskości istniały na długo przed pojawieniem się chrześcijaństwa. Dlatego właśnie sfinansowano kilkunastoletnie intensywne prace wykopaliskowe, które przyniosły ogromną ilość materiału, w dużej części do dziś nie opracowanego. Wskazuje to na kolejny problem. Mianowicie mnogość źródeł, która idzie za hojnym finansowaniem badań. Z jednej strony można uznać to za zjawisko pozytywne, gdyż w pewien sposób materiały te zostają poddane konserwacji i „ocalone”. Z drugiej gromadzenia źródeł, które nie zostają przez długie lata lub nigdy opracowane, albo też nie wykorzystuje się ich w pełni, a tylko w sposób zgodny z punktem widzenia propagandy, nie można uznać za dobre zjawisko. Pomijam już takie skrajności jak świadome niszczenie materiałów mogących przeczyć obowiązującym poglądom. Ponadto propaganda nadaje archeologii również rolę wychowawczą. Widoczne to było szczególnie w nazistowskich Niemczech, Związku Radzieckim, Izraelu. W związku ze wskazanymi licznymi cechami wspólnymi zasadne wydaje mi się wprowadzenie w tej pracy terminu „archeologia propagandowa”. Podsumowując, bez względu na czas i miejsce charakterystyczne są dla niej: tworzenie koncepcji przeszłości na zamówienie, manipulowanie źródłami, wywieranie nacisku na naukowców, hojne finansowanie badań, nadanie roli wychowawczej. Konkluzje Ocena wykorzystania archeologii w propagandzie wydaje się jednoznaczna. Badania częstokroć nie służą rozwojowi dziedziny, dostarczają tylko pewną świadomie zmanipulowaną, w danym momencie historycznym jedyną słuszną wizję przeszłości. Trzeba bowiem pamiętać, że czarno-białe fakty w

199

archeologii nie istnieją, a monopol na prawdę zdobywa się zawsze przemocą. I nie ważne czy jest to przemoc fizyczna czy psychiczna, czy wynika z posiadanej siły, czy tylko z dostępu do mediów. Trudno też oceniać naukowców, którzy godzili się na udział w tworzeniu przeszłości na zamówienie. Niektórzy zapewne wierzyli w to co mówili, inni dali się skusić obietnicą tytułów. Jeszcze inni starali się obejść zakazy i nakazy, aby móc zajmować się ulubioną dziedziną. Najważniejsze jednak wydaje się być to, że większość propagandowych teorii nie przetrwa próby czasu i zostaną zweryfikowane przez mających możliwość głoszenia innych poglądów badaczy.

Bibliografia
Bazylow L., Wieczorkiewicz P. 2005 Historia Rosji, Wrocław. Del Giudice M. 2008 Persja – dusza Iranu, National Geographic 9 (108), s. 2-29. Erlanger S. 2005 King David's Palace Is Found, Archaeologist Says, The New York Times, August 5. Finkelstein I., Silberman N. A. 2007 David and Solomon : in search of the Bible's sacred kings and the roots of the western tradition, Nowy Jork. Garlake P. S. 1982 Wielkie Zimbabwe, Warszawa. Hensel W. 1947 Kłamstwa nauki niemieckiej o Słowianach, Łódź. Hessler P. 2003 Nowa historia starych Chin, National Geographic 8 (47), s. 6887. Kostrzewski J. 1947a Kultura prapolska, Poznań. 1947b Biskupin, Poznań. 1961a Zagadnienie ciągłości zaludnienia ziem polskich w pradziejach: (od po-łowy II tysiąclecia p. n. e. do wczesnego średniowiecza), Poznań. 1961b Na wschód od Odry i Nysy Łużyckiej jest Polska, Londyn.

200

Lech J. 2003

Social functions of archaeology in the 20th century, Slavia Antiqua XLIV, s. 93-96.

Ndoro W. 1997 Great Zimbabwe, Scientific American November, s. 69-75. Schüle Ch. 2008 Dawid i Goliat, National Geographic 11 (110), s. 50-67. Smith A. D. 2007 Nacjonalizm, Warszawa. Thomson O. 2001 Historia propagandy, Warszawa. Internet http://en.wikipedia.org/wiki/Great_Zimbabwe http://en.wikipedia.org/wiki/New_Swabia

Abstract In this paper archeology will be presented as a tool of propaganda used from many years by many governments all around the world. There will be presented how commonly it is used, not only by the totalitarian countries, and what force men with power to use it as frequently as they use art or literature. The point will be taken on specific aspects of “propagandist archeology” such as conscious lack of scientific objectivism consequent to making a theory and conclusions ordered ruling establishment and paying vast amount of money only to fund excavations which product a lot of material to work with. The role of archeology as a propaganda tool will be shown on examples of such countries as China, Russia (and former Soviet Union), United States of America and many smaller countries which are not considered as the main power in the world, but they also commonly use archeology as a backbone of their demagogue.

201

202

Melissa L. Hocking Corcoran College of Art and Design Washington, DC, USA

Figments of Vacancy: Will we survive the sleep? How the mind formulates myths from images and uses the spoken word, stereotypes and technology as a god to solidify it.
We are influenced a priori by our own traditions, customs and conceptions. Our ‘sheet of paper’ already contains all these facts and in spite of our great efforts we cannot be fully objective. We have our models created in advance and we try all new things we come across to match them. We have also our prejudices against accepting startling new discoveries, not matching our hitherto ideas and imaginations […]. We do not approach the past with a clean sheet of paper.

(Jelínek 1990, p. 7) Humans, as we call ourselves, have been asking questions for as long as we know as to why we are here in this place. Without an explanation to that question, this world is nothing but a bleak and grimacing emptiness. In our timeline of the universe we are but a mere flicker of the eye. And within that blink we have created countless religions, philosophies, sciences, histories, theories, myths and tales. History is perceived through our own experiences, wisdom and attitude towards our lives. There is no wrong or right, no black or white about what has happened, what is happening and what will happen. The only truths we have are the ones from inside each one of us. If the past is not one continual being, then how have we come to commonly believe it to be so? In our order that we have conjured we can only view the past in the present. We cannot perceive the past in actuality, but only through

203

metaphorical reality. Take only what it is believed to be known or seen and add up the fragments to construct a meaningful whole. Through the progression of time and industry we have come to rely on technology to provide us with this necessary information to create the past. Products of our society like the mass media and a conquering globalization solidify the stereotypes that have been placed before us. Useless information is being forcefed to us everyday and practical knowledge is being lost, almost forgotten. We move towards the future and into the virtual world where we are intoxicated by aggressive imagery. In an overwhelming stimulation to our senses we become further and further removed from nature or anything that comes from it and deeper into an imaginary reality. In this world, nothing is real about the self except for the objects that are possessed or the idea of them. The object has always held significant meaning. And today it still holds much authority. Consumption is endless and the object will surpass us by far. How do your objects represent you? Drag The Waters Throughout mankind’s time there have been numerous migrations and mass displacements of humans. During these drifting generations much is lost in the lore of man. Not only have people been re-located but also so have their traditions, tools, crafts, artifacts and beliefs. And with each of these breathes a new life with each new age.
Disconnected stories [were] put one after the other without any clear relationship between them and we can only find scattered elements of what was, earlier, a meaningful whole.

(Levi-Strauss 1978, p. 34)

204

So as we moved into the Industrial Revolution, Age of Enlightenment and Romanticism there was a need and desire for some feeling of belonging.
[The] Enlightenment [was] stressing rationality, progress and the struggle against prejudice. On the other hand, Romanticism and its nostalgia for the past. As a socio-political enterprise, archaeology became linked to both.

(Olsen 2001, p. 48) So in this era it was (Olsen 2001, p. 49):
Archaeology and associated museum technologies [that] contributed significantly to this ideal of purified spatial identities. By depicting order and mapped boundaries they gave credit to the idea of nations, cultures and ethnicities as ‘individuated beings’, assumed to be bounded, coherent and easily distinguishable from other such entities

Indeed archaeology is a key factor in making the link between the lost worlds and giving a renewed sense of belonging. After museums became overrun by so many antiques during the rise of Nationalism in the 19th century, what else was there to do then to sort, label and categorize them. Naming is extremely important for those who use the human languages. With every name the meaning may be lost but it is the representation of the name that is significant.
[...] Wherein the name (verbal symbol or representation) for something comes to be viewed as tantamount to the thing itself, and poses over your name come to mean power over you yourself […] note that knowing a name really does give one some special power over the person or thing with that name

(Barber, Barber 2004, p. 97-99) We were still not satisfied after we had named most of the artifacts and placed them into their boxes depending on

205

importance. The nationalism had publicized those initial stereotypes. Feeding off the myths brought forth, we demanded more. The artifacts finally having a name now needed explanations. We wanted to know what did they mean. In the early 20th century we had well-established museums to admire our precious valuables. And we solidified these stereotypes within the cultures. This was a time of glorifying, heroicizing and romanticizing the past. We were searching for our lost histories and cultural identities. We wanted to believe that we were here first, that our ancestors had conquered this land. But why are we interested in such a distant past? Olsen points out that we are (Olsen 2001, p. 47):
Born and raised in the comfort of western modernity, archaeology has internalized (and contributed to) the modernist faith in order and continuity. Its public legitimation is still to a large extent based on the taken for granted premise that the past constitutes a fundamental for collective identities in the present.

What I want to express with Olsen’s comment is that with every society and especially in the modern day we can see that the members have been intrigued by in the past. From what is passed down with the generations, much is lost in translation or in visual effectiveness.
Lethe Effect: what is never said may eventually be forgotten entirely.

(Barber, Barber 2004, p. 19) So when we loose the meanings to the objects or beliefs we hold respect towards we feel the need to understand what has been forgotten. I believe we choose such a distant past because it is easiest to disassociate ourselves with the present to achieve a sort of connection with something from the past that we cannot receive now.

206

And Justice For All So if the past exists only in the present, then how shall we view our contemporary environments? What is our general understanding of history? Today, in an encompassing world of globalization we must look at how we receive our information. It is through the mass media that the public can formulate an understanding. But the media picks only certain things and twists the idea or theory to manipulate it into an aceptable stereotype. Into something that we will not forget because otherwise (Barber, Barber 2004, p. 9):
To keep history alive in the present, it needs to be exciting enough to be remembered. Typically anything that is old is viewed as dull. For information to continue on ‘it first needs to be viewed as important and second the information must continue to correspond to something that is still visible to the hearers’.

As we moved into the 21st century we used the media and tourism to give life to the clichés. What is more convenient than the media and tourism? It has become not about personal experiences or desire to understand and to gain knowledge (though it is sold that way), but believing that you will receive this all for a small sum of money and have your wildest dreams come true without having to do a thing. Olsen describes how the idea of an individual is sold.
Modernity therefore embodied a faith in the future: it was a project heading towards a goal. It entailed a vision of a new and comprehensive order, providing lasting, stable and predictable foundations for individual actions and choices.

(Olsen 2001, p. 49; ref. Bauman 1987, p. 47-50) And with the coming of modernity it becomes easier and easier with each new invention and technological advancement. This technology is accessible everywhere. Informa-

207

tion is being hurled at us from every direction. It is all individualized to give a sense of belonging and acceptance. If it is readily available and received by so many, it becomes easily accepted (Barber, Barber 2004, p. 33; ref. Campbell 1989, p. 225):
Information is recollected, the elaborations added by the brain may behave like a memory so that people have this mistaken impression that the extra information is part of the original message. Once placed in the memory, the two kinds of information are not easily disentangled. [We are certain we] had heard [or seen] the full, most complex picture expressing the complete idea, when in reality they had constructed them out of fragments

In the globalized world, tourism is projected as the extreme ideal. Throughout Europe, every main town or city has its promenades with amble shopping, traditional food and a historical touch. Does the average tourist learn more than the convenient information offered to them? Do they look past the guidebooks and photo opportunities? But does the general public want to know more than elaborate stories? To break a stereotype then those who believe it must be willing to accept new information and accept that what they knew was distorted. The museums, cathedrals, other historical buildings and alleyways are great attractions for tourism. Many buildings, roads and monuments have been rebuilt to look like the original or built just to look authentically historic for the purpose of attention. This draws in those who travel and gives them a grand impression of history. Here we have the “Rationalization Syndrome: What is not known but only surmised may nonetheless be perceived and stated as known, in explanation of things observed” (Barber, Barber 2004, p. 26). And this method only furthers the stereotypes and myths about history.

208

Divine Intervention: The Figments of Vacancy All that has past is history, which we can never know. For there are many histories, truths, beliefs and myths but they are all individualized, something that societies looks to ostracize. Where there are too many people crowded together their imaginations can become limited. It leads to figments of vacancies. We are becoming unable to imagine or believe until a machine tells us. We no longer can trust in ourselves to find our own truth. Our society needs science and technology to back up all evidence. We only trust the machines and the data they produce. And we take in this data, like robots.
Man is one of the great restrainers of entropy in the world as he creates his social world by producing relations and material things that are utterly improbable in terms of Nature. In consequence of this, the human world contains material information, but this information is not imme-diately accessible to the human mind. To grasp it mentally it is necessary to transfer it into the immaterial information of the conceptual world.

(Neustupný 1998, p. 24) Unable to experience we resort to our inherent associations to explain the fragments. “Out of disconnected elements, a complete meaning is constructed, and that is what a person remembers” (Barber, Barber 2004, p. 30; ref. Campbell 1982, p. 224). Using technology allows us to put the gaps together and explain what has been lost. But I feel that no amount of research or experiments will ever give us the answers we search for. “Science will never give us all the answers” (Levi-Strauss 1978, p. 14). Maybe it is possible we are asking rhetorical questions. Things will always be lost because they are ungraspable. And it is possible that some things should be left unknown and undiscovered. It has happened that they went missing for a reason, to not be found again.

209

Pillars of Eternity
To preserve the past became part of preserving the present, of preserving our own identity.

(Olsen 2001, p. 48) It is necessary that we take a look at not only the distant past but also the past of our own lives. This can tell us more than a machine can. Many possessions from history that are placed in museums, either on display or not, are mistaken and raped of their significance and meaning. What we find from archaeological record is the trash and art from the past. If we look at the present and the amount of trash we create today, archaeologist in the future should have plenty of artwork for their museums. How will they view us? Many of the objects of today are made of plastic. This plastic will out live us by far. How will your possessions tell your story? Archaeology is not just a study of a far off past where it is easy to disassociate ourselves from, but is should consist of everything that has been. The-re is much that we can discover about histories and beliefs if we look closely at ourselves.
Understanding what has happened before us, we are confined to a darkened hidden tomb. The conquering of our world, as we knew it. Rise above this pit of sorrow and pain. Unsure and scared we are planning our reprise, revolving around this world that we don't know anymore. The odds against us yet we're stronger and prevailing. Learn from mistakes? Counting souls for sale! This question haunts my mind… We're harboring the meek. Will we survive the sleep?

(Philip Anselmo 1990)1

1

Quotation taken from the song entitled The Sleep from Pantera’s Cowboys from Hell album.

210

Bibliography
Barber E.W., Barber P.T. 2004 When they severed earth from sky: How the human mind shapes myth, Princeton. Bauman Z. 1987 The making and unmaking of strangers, [in:] (eds.) P. Werbner, T. Modood, Debating cultural hybridity. Multi-cultural identities and the politics of anti-racism, London, 46-57. Campbell J. 1982 Grammatical Man, New York. Jelínek J. 1990 Art in the mirror of ages. The beginning of artistic activities, [translation after R. Forstinger] Brno. Jones S. 1997 The Archaeology of ethnicity. Constructing identities in the past and present, London. Levi-Strauss C. 1978 Myth and Meaning: Cracking the code of culture, New York. Macdonald S. 1997 Theorizing museums: an introduction, [in:] (eds.) S. Macdonald, G. Fyfe, Theorizing museums. Representing identity and diversity in a changing world, Oxford. 1-18. Neustupný E. 1998 Concept Building in Archaeology, [in:] (eds.) W. Hensel, S. Tabaczyński, P. Urbańczyk, Theory and Practice of Archaeological Research: Volume III, Warsaw, 21-31. Olsen B.J. 2001 Excavating the other: European archaeology in the age of globalization, [in:] (eds.) Zbigniew Kobyliński, Quo Vadis Archaeologia: Whither European Archaeo-logy in the 21st Century? Proceedings of the European Science Foundation Exploratory Workshop Mądralin Near Warsaw, 12-13 October 2001, Warsaw, 47-56.

211

212

Joanna Stępniak Instytut Archeologii Uniwersytet Mikołaja Kopernika Toruń

Gender archaeology jako inspiracja dla współczesnych poszukiwań ludzkiej tożsamości
Archeologia pozostaje w nierozerwalnym związku nie tylko z życiem dawnych ludzi, ale poprzez różne dostępne obecnie środki, może oddziaływać na współczesne społeczeństwo. Przeszłość, funkcjonująca za naszą sprawą w teraźniejszości jest jednak różnie postrzegana i rozumiana, przede wszystkim ze względu na osobę samego badacza, który opisując poddaje ją subiektywnej interpretacji, której kierunek uzależniony jest zwykle od wyznawanego światopoglądu. Badanie przeszłości powinno poszerzać wiedzę społeczeństwa na temat życia dawnych ludzi, dlatego jej percepcja jest tak ważna. W tym miejscu chciałabym skupić się na aspekcie studiów archeologicznych odnoszącym się do płci. Temat ten, ze względu na rozwijające się w Polsce gender studies oraz toczącą się współcześnie debatę, dotyczącą roli kobiet i mężczyzn w społeczeństwie, wydaje się wyjątkowo aktualny. Być może warto zaangażować do tej dyskusji także dane archeologiczne. Ze względu na język prowadzonego dyskursu, którego terminologia związana jest z innymi niż archeologia dyscyplinami, niezbędne wydaje się omówienie niektórych kwestii pozostających na pograniczu antropologii kultury, filozofii, socjologii, psychologii czy nauk biologicznych, a dotyczących człowieka będącego przecież głównym przedmiotem analiz archeologa.

213

1. Płeć i proces jej nabywania z perspektywy nauk społecznych oraz badań etnologicznych Funkcjonujący w naukach społecznych i biologicznych dość nieprecyzyjny termin „płeć”, posiada wielowymiarowy kontekst znaczeniowy. Wyróżnia się jej aspekt biologiczny (ang. sex), społeczny (ang. gender) i psychologiczny (ang. gender identity) (Oakley 1972, s. 155-160; Bem 1981, s. 354-364; Miluska 1994, s. 371-387; Gontarczyk 1995, s. 49-58; Sekuła-Kwaśniewicz 2000, s. 123). Płeć biologiczna dotyczy cech anatomicznych i fizjologicznych, które odróżniają kobiety od mężczyzn. Można ją więc rozumieć jako zestaw wrodzonych cech związanych z reprodukcją, która wyznacza jednostce rolę, jaką ma ona pełnić w procesie podtrzymania gatunku (por. Cross, Marcus 2004, s. 49; Lott, Maluso 2004, s. 97). Definicja ta nie wyczerpuje jednak pojęcia płci, bowiem nie jest ona określona od razu w momencie poczęcia, a na jej ukształtowanie wpływa szereg czynników (chociażby ewentualne nieprawidłowości chromosomowe i hormonalne; por. Promińska 1987, s. 6). Płeć kulturowa (ang. gender czyli „rodzaj”) odnosi się z kolei do społecznych, kulturowych i psychicznych różnic między kobietami i mężczyznami. Nie musi być ona zgodna z biologiczną płcią jednostki, bowiem nie wynika wprost z niej i nie jest przez nią determinowana, a definiowana jest wyłącznie społecznie. Wiąże się natomiast z konstruowanymi społecznie różnicami, stereotypami, atrybutami i zachowaniami przypisywanymi kobietom lub mężczyznom przez daną kulturę (Humm 1993, s. 164; Marshall 2004, s. 234). Trzeci termin – tożsamość płciowa – określa natomiast płeć człowieka w kategoriach psychologicznych i stanowi jego własną identyfikację z właściwą dla niego płcią (Sekuła-Kwaśniewicz 2000, s. 123; Głażewska 2005, s. 125). Wszystkie te wymiary płci: biologiczny, społeczny i psychologiczny, bezpośrednio się przenikają biorąc udział w konstruowaniu koncepcji samego siebie przez daną jednostkę (Sekuła-Kwaśniewicz 2000, s. 123). Funkcjonowania

214

w społeczeństwie i danej kulturze człowiek uczy się przez całe życie w trakcie procesu socjalizacji, którego jednym z najważniejszych elementów jest socjalizacja do ról związanych z płcią (Giddens 2004, s. 51; Turner 1998, s. 83). Już w dzieciństwie jednostka uczy się ogólnie pojętych wzorów kultury (na przykład wartości czy norm) oraz kobiecej lub męskiej roli płciowej (społecznej). Jest to zespół skontrastowanych postaw i zachowań przynależnych i oczekiwanych od jednostek danej płci biologicznej, który stanowi wzór społeczny określający sposób funkcjonowania kobiet i mężczyzn w grupie. We wszystkich społeczeństwach panują pewne uproszczone przekonania odnoszące się do obu ideałów – dominujące w danej kulturze poglądy uznawane są za stereotypy płci, które niekoniecznie odpowiadają rzeczywistości (Marshall 2004, s. 235), ale to właśnie na ich podstawie społeczeństwo konstruuje własne wzorce męskości i kobiecości. W trakcie procesu socjalizacji człowiek dowiaduje się jednak nie tylko jak samemu się zachowywać, ale także jak przypisywać ludzi do znanych mu wzorców męskości lub kobiecości, uczy się więc jak (Lott, Maluso 2004, s. 97):
[…] oceniać reprezentantów poszczególnych kategorii społecznych, jakie mieć wobec nich oczekiwania i jak wobec nich postępować.

Cechy i zachowania narzucane członkom społeczeństwa przez różnego rodzaju instytucje, a uważane za typowo męskie lub kobiece, określa się także jako system płci biologicznej i kulturowej (społeczny system ról płciowych). Na ten system składa się kilka elementów, z których najważniejsze to: konstruowanie płci kulturowej odbywa się w oparciu o płeć biologiczną; płeć biologiczna warunkuje rodzaj aktywności wykonywanej przez jednostkę (podział pracy ze względu na płeć); kobiety i mężczyźni postrzegani są przez pryzmat stereotypów zależnych od ich płci biologicznej;

215

sfera seksualna podlega społecznej regulacji przez istniejące nakazy i zakazy (Pankowska 2005, s. 17-18; Renzetti, Curran 2005, s. 8-9). Niewątpliwie omówione powyżej procesy zachodziły także w społeczeństwach badanych przez archeologów, chociaż wydaje się, że konstruowanie płci kulturowej nie było tak silnie związane z płcią biologiczną jednostki, jak dzieje się to w społeczeństwie współczesnym. Dobitnie świadczą o tym nie tylko zabytki, ale także wykorzystywane przez nas niejednokrotnie analogie czerpane z przekazów etnologicznych. Najlepszym przykładem roli jaką odgrywają w wychowaniu człowieka uwarunkowania kulturowe są badania Margaret Mead, opisane w jej pracy Płeć i charakter w trzech społecznościach pierwotnych z 1935 roku. Autorka, obserwując trzy grupy z Nowej Gwinei: Arapeshów, Mundugumorów i Tchambuli, pokazała, iż nie każde społeczeństwo posiada takie same wzorce jak te panujące w świecie zachodnim1. Zaobserwowała nawet odwrócenie temperamentów i cech łączonych u nas z płcią żeńską i męską. Badaczka uznała, że (Mead 1986, s. 7):
[…] dopóki nie będziemy w stanie zrozumieć do głębi, w jaki sposób społeczeństwo potrafi kształtować wszystkich należących do niego mężczyzn i kobiety, […] dopóty nie potrafimy zbyt mądrze wypowiadać się na temat różnic płci.

Margaret Mead tak podsumowała swoje badania (Mead 1986, s. 279-280):
[…] jeżeli postawy wypływające z temperamentu przez nas tradycyjnie uważane za kobiece, takie jak bierność, wrażliwość i skłonność do opiekowania się dziećmi, tak łatwo mogą się stać wzorem
Do podobnych wniosków doszła również związana z tym samym nurtem badań Ruth Benedict w pracy Wzory kultury z 1934 roku (wydanie polskie z 1966) oraz wielu innych antropologów i socjologów (por. Gillin 1939; Oakley 1972). Ruth Benedict pisała: „[cywilizacja zachodnia] narzuciła swe wzory większej części kuli ziemskiej i dlatego to skłonni jesteśmy uwierzyć w jednolitość zachowania ludzkiego, do której w innych okolicznościach by nie doszło” (Benedict 1966, s. 67).
1

216

dla mężczyzn jednego plemienia, a u drugiego nie znaleźć uznania zarówno u większości kobiet, jak i mężczyzn, nie mamy jakichkolwiek podstaw do uważania takich zachowań za uzależnione od płci.

Według autorki na wychowanie dziecka największy wpływ mają więc uwarunkowania społeczno-kulturowe, które formują w nim cechy pożądane w danym społeczeństwie. Badaczka uważała, iż cechy te można kształtować dowolnie w zależności od wymogów kultury. Żaden z atrybutów nie jest bowiem sztywno przypisany którejś z płci. Tym samym Margaret Mead ukazała prymat procesu socjalizacji nad uwarunkowaniami biologicznymi w kształtowaniu jednostki, co zapoczątkowało zmianę podejścia w studiach nad tą problematyką. Tak jak relacje między płciami są zmienne, tak kategorie kobiecości i męskości były w przeszłości i są obecnie dynamiczne, a ich kształtowanie stanowi otwarty proces. Nieadekwatne wydaje się współczesne postrzeganie obu grup rodzajowych (a więc także i cech im przypisywanych) jako „przeciwstawne”, a nie „inne”, co objawia się chociażby w wyznawanych przez społeczeństwa stereotypach cech płciowych. Cała nasza kultura przykłada zresztą uwagę do tworzenia dychotomii płciowej – cechy przypisywane płciom przedstawia się często jako opozycje2, przy czym wiele cech „kobiecych” postrzeganych jest jako negatywne3, a „męskich” jako pożądane (w tym kontekście opisywany wyżej system płci można określić także jako typowo patriarchalny i androcentryczny system stratyfikacji społecznej; por. Renzetti, CurPo raz pierwszy na zjawisko to zwróciła uwagę Simone de Beauvoir (1949) opisując kobietę jako Innego, istotę prezentującą cechy negatywne i nie-męskie (por. Humm 1993, s. 92-93). Rozróżnienie to jest widoczne także pod względem językowym – na przykład angielskie man oznacza mężczyznę i człowieka, a woman – kobietę (podobnie jest w innych językach indoeuropejskich, por. też: Renzetti, Curran 2005, s. 194-200). Takie określenia potwierdzają nasycenie naszej kultury androcentryzmem i obrazują podział na mężczyzn-ludzi i kobiety, postrzegane jako „Inne”. 3 Warto także zwrócić uwagę, iż z kobietami kojarzone są często cechy przypisywane dzieciom (Pankowska 2005, s. 21).
2

217

ran 2005, s. 9). Jednocześnie zwracanie uwagi na różnice i ich podkreślanie doprowadziło do tego, że (Best, Williams 2004, s. 118):
[…] rodzaj traktuje się jako jeden z najważniejszych czynników w definiowaniu zachowań ludzkich.

We współczesnym społeczeństwie zakorzenione są więc pewne ukryte założenia dotyczące przedstawicieli obu płci, które Sandra L. Bem określiła jako pryzmaty rodzaju (płci kulturowej), z których trzy główne to (Bem 2000, s. 16): androcentryzm, polegający na wysokim wartościowaniu cech męskich i deprecjonowaniu cech kobiecych, przy jednoczesnym uznaniu zachowań męskiej części populacji za „normę”; polaryzacja rodzaju (płci kulturowej), według której płeć biologiczna determinuje „prawidłowe” zachowania ludzi, jednocześnie dzieląc ich na dwie grupy – kobiety i mężczyzn; esencjalizm biologiczny uznający różnice między płciami za wynik oddziaływań czynników biologicznych i procesu ewolucji. W badanej przez archeologa przeszłości stosunki panujące między płciami były zapewne zgoła inne. Przedstawiciele poszczególnych grup rodzajowych uzupełniali się w zakresie pełnionych obowiązków, jednak nie dochodziło do ewaluacji tych grup. Jednocześnie nie następowała tak wyraźna polaryzacja rodzaju, bowiem podobnie jak w niektórych badanych etnograficznie społeczeństwach, mogły istnieć systemy operujące podziałem bardziej rozbudowanym niż nasza zachodnia dychotomia. Jednostki przejmujące zachowania, zajęcia i ubiór charakterystyczne dla przeciwnej płci, które przez osoby wzrastające w naszym kręgu kulturowym odbierane są jako „nieprzystosowane”, w swojej rodzimej społeczności zwykle nie były odbierane jako dewianci. W sto-

218

sunku do tego zjawiska operuje się zwykle pojęciem „trzeciej płci”. 2. Trzecia płeć w ujęciu etnoarcheologicznym Zjawisko „trzeciej płci” istnieje w wielu kulturach i w różnych miejscach. Wśród znanych przykładów pojawiają się grupy poznane dawniej i współcześnie, nie wszystkie jednak nadają się do uczynienia z nich analogii etnoarcheologicznej4. Pokrótce przedstawię jedynie sytuację panującą u Indian Ameryki Północnej, gdzie osoby zaliczane do tej grupy określa się jako berdache5. Według szerokiej definicji, berdache to osoba normalna pod względem anatomicznym, o płci biologicznej jednoznacznie określonej jako męska lub żeńska, która zmieniła swój status rodzajowy (ang. gender status) przyjmując ubiór, zajęcia i role osób przeciwnej płci (por. Angelino, Shedd 1955, s. 125; Callender, Kochems 1983, s. 443). U Indian Ameryki Północnej zjawisko to dotyczyło przede wszystkim mężczyzn, rzadziej kobiet. Liczebność tego stanu jest jednak
„Trzecia płeć” to kategoria obejmująca osoby określane jako lhamana u Indian Zuni czy kathoey w Tajlandii. Zaliczają się do niej także xanith z Omanu (por. Segal 2003, s. 7; zob. Wikan 1977; 1982), fa’afafine z Wysp Polinezyjskich (aktywni seksualnie męscy transwestyci, zob. Mageo 1992, s. 452-453; 2003, s. 799), a także hidżra z południowych Indii (mężczyźni ci nazywani są także eunachami lub hermafrodytami, przybierają kobiecy strój i obyczaje, biorą udział w ich rytuałach, ale nie stanowią części grupy kobiet, bowiem styl hidżrów uznawany jest za agresywny. Niektórzy z nich są aseksualni, inni mają kontakty seksualne z mężczy-znami, także jako prostytutki. Część przeszła operacje dążąc do zmiany płci; McElhinny 2003, s. 159; zob. także Gilchrist 1999, s. 59-61). Jednostki zaliczane do wymienionych kategorii nie mogą być jednak analizowane pod kątem próby odniesienia ich zachowań do życia członków społeczeństw pradziejowych. Niejednokrotnie zetknięcie ze światem zachodnim (czy w ogóle światem współczesnym) zmieniło sposób ich funkcjonowania, umożliwiając chociażby operacyjną zmianę płci. Poza tym wydaje się, że niektóre z tych nienormatywnych zachowań zasadzają się przede wszystkim na orientacji seksualnej, tymczasem z etnoarcheologicznego punktu widzenia ważna jest także przemiana świadomościowa jednostki. 5 Określenie berdache pochodzi z języka francuskiego i oznacza męską prostytutkę lub utrzymanka (por. Angelino, Shedd 1955, s. 121-122). To pejoratywne zabarwione etnocentryzmem określenie, którego zresztą nigdy nie używali sami Indianie, jest czasem zastępowane innymi terminami (zob. Epple 1998, s. 267).
4

219

tak naprawdę nieokreślona, bowiem bardzo zmieniała się w czasie. W niektórych plemionach były to pojedyncze wypadki, w innych grupach na każdą wioskę przypadał zaś przynajmniej jeden berdache (zob. Callender, Kochems 1983, s. 446-447). Berdache zostawały osoby młode, czasem także dorośli, nawet po zawarciu małżeństwa. Rzadko zdarzało się, że berdache opuszczał ten stan i wracał do normalnego życia, chociaż było to możliwe (Callender, Kochems 1983, s. 451). Generalnie zaliczenie do kategorii berdache wynikało z woli rodziców i predyspozycji potomka. W niektórych plemionach zdarzało się, że zmiana uzależniona było od przynależności dziecka do konkretnego klanu lub ról pełnionych przez jego ojca czy brata w ceremoniach (por. Devereux 1937, s. 502). Kwestią problematyczną pozostawała przez długi czas orientacja seksualna berdache. Pomimo częstego mylenia ich z homoseksualistami, oba te zjawiska nie są równoznaczne. Nie wszyscy berdache byli homoseksualistami, tak jak nie wszyscy homoseksualiści zostawali berdache (Hauser 1990, s. 50). Berdache mogli być heteroseksualni lub biseksualni (co dobrze wpisywało się w ich przejściową naturę), jednak większość z nich (nawet jeśli przed zmianą kategorii nie wykazywała takich skłonności) po przyjęciu nowego statusu zostawała homoseksualistami, wchodząc w związki seksualne i małżeńskie z osobą tej samej (biologicznej) płci. Najbardziej widoczną cechą berdache był ich transwestytyzm (gdzieniegdzie zakazany), mężczyźni-berdache dodatkowo imitowali głos kobiet i sposób ich mówienia (por. Hill 1938, s. 339; Kardiner 1945, s. 56-57). Osoby zaliczane do tej kategorii wykonywały zajęcia właściwe płci, której strój i zwyczaje przyjęły. Opisywane są jako wykonujące te zadania lepiej od innych (por. Hill 1935, s. 275; Devereux 1937, s. 513-515; Kroeber 1952, s. 313; Lurie 1953, s. 708). Były przy tym traktowane na równi z pozostały-mi członkami danej grupy rodzajowej, na przykład status polującej kobiety i innych łowców z danego plemienia był taki sam.

220

Gospodarstwa prowadzone przez pojedynczego berdache lub przez berdache i jego „współmałżonka” prosperowały pod względem ekonomicznym o wiele lepiej niż oparte na parze mężczyzny i kobiety, co tłumaczy się umiejętnościami berdache w różnych dziedzinach oraz możliwością wykonywania zajęć i kobiecych, i męskich, na co pozwalał im ich przejściowy status (zob. Hill 1935, s. 275; Devereux 1937, s. 513-515; Mead 1961, s. 1452). Berdache mogli być także szamanami, pełnili ważne funkcje w rytuałach i ceremoniach, często doświadczali różnego rodzaju wizji, posiadali ponad naturalne zdolności, czasem nawet przepowiadali przyszłość (Lurie 1953, s. 708), dzięki czemu zyskiwali szczególną pozycję w grupie (Hauser 1990, s. 45 i n.). Zróżnicowany obraz kategorii berdache sprawił, iż przez lata pojawiło się kilka, często wynikających z niewiedzy, tłumaczeń istnienia „trzeciej płci” u Indian Ameryki Północnej. Niektórzy bada-cze uznali, że był to rodzaj zinstytucjonalizowanego homoseksualizmu (por. Devereux 1937), co jednak mija się z prawdą. Nie wszyscy homoseksualiści zostawali berdache, nie mogli oni zresztą utrzymywać stosunków seksualnych z innymi osobami należącymi do tej kategorii. Być może przyjęcie roli berdache mogło uchronić człowieka przed zawarciem heteroseksualnego małżeństwa, jednak należy pamiętać, iż homoseksualizm był co najwyżej cechą drugorzędną berdache (Callender, Kochems 1983, s. 454-455). Kategoria berdache jest również mylnie uznawana za azyl dla mężczyzn, którzy nie chcieli brać udziału w walkach lub nie potrafili sprostać męskiej roli (por. Devereux 1937, s. 517-518; Mead 1961, s. 1452). Gdyby tak było to powinniśmy założyć, że kultury, w których status berdache jest bardzo rozpowszechniony, mają charakter wybitnie agresywny, a od mężczyzn oczekuje się przede wszystkim odwagi (Munroe, Whiting, Hally 1969, s. 87). Tymczasem u często wojujących plemion, na przykład Irokezów, berdache byli albo nieobecni, albo rozpowszechnieni w jedynie niewielkim stopniu (Callender, Kochems 1983, s. 448). Status berdache nie był zupełnym odrzuceniem ról męskich,

221

zdarzało się bowiem, że mężczyźni zaliczeni do tej kategorii brali bezpośredni udział w walkach, o ile pozwalały na to zwyczaje panujące w danym plemieniu. David C. Downie i David J. Hally (1961, s. 8) uznali, że berdache pojawiają się najczęściej w społeczeństwach, które pozwalają na udział w danych zajęciach przedstawicielom obu płci (wówczas możliwe jest także życie mężczyzny, który wypełnia role kobiece). Społeczeństwa, w których role męskie są silnie oddzielone od ról kobiecych, raczej nie dopuszczają do usankcjonowania transwestytyzmu (por. Munroe, Whiting, Hally 1969, s. 88-90). Berdache niewątpliwie cieszyli się dużym prestiżem społecznym, chociaż nie zajmowali żadnych oficjalnych stanowisk. Indianie Navaho uznawali ich za świętych (Hill 1935, s. 297), z kolei u Indian Illinois darzono ich szacunkiem, chociaż jednocześnie się ich bano (Hauser 1990, s. 45). Podkreśla się, że mogli cieszyć się oni większym prestiżem niż zwykli członkowie plemienia (Hill 1938, s. 338). Przyczyn tak pozytywnego nastawienia do berdache należy szukać w możliwości łączenia cech kobiecych i męskich. W ten sposób zyskiwali oni pośredni status, bowiem zmiana nie następowała na poziomie biologicznym, ale społecznym. Tak naprawdę berdache posiadali o wiele większe możliwości niż pozostali członkowie plemienia. Mogli bowiem łączyć zajęcia, atrybuty i przywileje obu płci (stąd też inna ich nazwa – two-spirit people). Nie zaliczając się do żadnej z nich, tworzyli trzecią, odrębną kategorię ludzi. 3. Powstanie studiów nad płcią i seksualnością Gender studies wykształciły się jako bezpośrednia kontynuacja i rozwinięcie myśli feministycznej. Stała się ona odpowiedzią na panujący w nauce patriarchalizm, który sprawiał, iż koncentrowano się przede wszystkim na mężczyznach i świecie ich wartości, uznając je za normę (por. Mead 1949, s. 125; Flax 1989, s. 54-59; Humm 1993, s. 58). Stwierdzono, że androcentryzm wywiera wpływ na wszystkie teorie nauko-

222

we, nie tylko bowiem uniwersytety i instytucje badawcze są domeną mężczyzn, ale wpływają oni również na (Humm 1993, s. 21):
[…] dobór dziedzin i obszarów badań, strategii, aparatu pojęciowego, teorii i metod badawczych,

a (Humm 1993, s. 68-69):
[…] ogólne ramy programowe wielu dyscyplin naukowych są skonstruowane według niejawnych preferencji męskich i oparte na dualizmach, do których odwołuje się tradycyjna teoria polityczna w celu usprawiedliwienia podporządkowania kobiet.

Tymczasem postuluje się aby wyników badań prowadzonych jedynie z męskiego punktu widzenia nie można było wykorzystywać do opisywania doświadczeń i świata kobiecego (Reiter 1975, s. 12). Silne związki archeologii i antropologii kultury na zachodnich uniwersytetach nie sprawiły jednak, że myśl feministyczna przeniknęła na grunt naszej dyscypliny równie szybko. Najwcześniej inspiracje feministyczne pojawiły się w archeologii skandynawskiej, w połowie lat 70. XX wieku, przy czym archeologia feministyczna i zainteresowanie płcią kulturową stały się obiektem poważnych analiz dopiero na przełomie lat 80. i 90. (Nelson 2004, s. 27). W tym miejscu konieczne jest wyjaśnienie, czym zajmuje się antropologia czy archeologia zorientowana feministycznie oraz studia genderowe. Studia kobiece (ang. women’s studies) miały zniwelować powstałe przez dekady nierówności i uzupełnić poszczególne dyscypliny o wiedzę dotyczącą żeńskiej części populacji. W działania te zaangażowane były i nadal są w większości jedynie kobiety badaczki, co oczywiście stwarza również niebezpieczeństwo zastąpienia perspektywy andro-

223

centrycznej podejściem gynocentrycznym6. Tymczasem gender studies mają zajmować się szerszą problematyką, włączając w zakres swoich badań zadanie całościowego przedstawienia stosunków między płciami, uwzględniającego stanowiska obu płci. Odpowiedzią na pojawienie się studiów kobiecych było stworzenie perspektywy maskulinistycznej. Badacze zaliczani do tego nurtu postulują, aby skupić się na relacjach między płciami, a więc istocie badań genderowych. Próbują także stworzyć nowe podejście do badań nad mężczyznami w dawnej kulturze. Najmłodsze z interesujących nas tutaj nurtów, studia gejowsko-lesbijskie (ang. gay and lesbian studies) oraz teoria queer, koncentrują się z kolei na przedstawicielach mniejszości seksualnych i zagadnieniu seksualności, a także tych zachowaniach, które uznawane są za stojące w opozycji do „normy” (Dowson 2000, s. 163-164). 4. Archeologiczne badania nad zagadnieniem płci kulturowej Archeologia bada płeć kulturową poprzez analizę zasobów materialnych, stara się odkryć ich relacje, określić zakres dostępu, jaki do dóbr mają przedstawiciele poszczególnych grup rodzajowych oraz na jakich zasadach dochodzi do utożsamiania się z tymi grupami i manifestowania za pomocą przedmiotów przynależności do nich. Badacze zastanawiają się, w jaki sposób „kultura materialna” jest związana z konstruowaniem płci kulturowej i jak w tej relacji kreowane i zmieniane było znaczenie przedmiotów (Sørensen 2004, s. 74). Przedmioty mogły być bowiem symbolem wartości, które wyznawano, a także pośrednikiem w przekazywaniu norm (Sørensen 2004, s. 9). Archeolog badający zagadnienia związane z płcią może wykorzystać każdy rodzaj materiałów, przy czym niektóre z nich są bardziej podatne na taką analizę. Najbardziej oczy6

Przykładem takich działań może być próba zastąpienia androcentrycznego paradygmatu Mężczyzny-Łowcy (Man the Hunter; zob. Washburn, Lancaster 1968), modelem Kobiety-Zbieraczki (Woman the Gatherer; Slocum 1975).

224

wiste wydają się być źródła ikonograficzne przedstawiające postaci należące do różnych grup rodzajowych oraz źródła pisane dotyczące szczegółów życia dawnych społeczeństw, a także szczątki pochodzące z cmentarzysk. Ludzkie kości mogą pomóc określić nie tylko płeć biologiczną, ale także obciążenie pracą i jej fizyczne skutki, urazy i choroby oraz rodzaj diety, wyjaśnić nam kwestie związane z reprodukcją, dzieciństwem, wiekiem czy umieralnością. Badając urazy kości można orzec o tym, jakie zajęcia członkowie danej grupy rodzajowej lub wiekowej wykonywali najczęściej, a także badać zjawisko przemocy domowej (Nelson 2004, s. 43). Z kolei wyposażenie grobów oraz inne przedmioty odnajdywane w obrębie osad, pomagają określić stosunek pomiędzy płcią kulturową a biologiczną. Elementy stroju mogą zaś świadczyć o sposobie konstruowania płci i podziale na grupy rodzajowe. Badania prowadzone przez antropologów kultury mają niebagatelny wpływ na analizy prowadzone przez archeologów. Dostarczają one materiałów do studiów porównawczych, niejednokrotnie obalając panujące w archeologii przesądy i stereotypy. Najważniejszym wnioskiem pierwszych badań nad płcią kulturową i seksualnością było stwierdzenie, że nie istnieje jeden, uniwersalny model ujmowania tych zjawisk. To, co udało się zaobserwować etnografom wśród społeczeństw tradycyjnych, możemy próbować przełożyć na czasy prahistoryczne. Brak nam własnych metod i teorii, które pozwoliłyby zająć się poszukiwaniem interesujących nas odpowiedzi. Z tego względu nie istnieje jeden sposób badania płci kulturowej i archeolodzy polegają na metodach wypracowanych dla konkretnej sfery ludzkich działań (Conkey, Gero 1997, s. 412). Analiza zagadnień związanych z płcią wymaga więc zastosowania wyników badań naukowców wielu dyscyplin. Oprócz wiedzy z zakresu psychologii i socjologii, która dostarcza solidnych podstaw dla badań poświęconych płci i seksualności, należy wziąć pod uwagę studia antropologiczne, a także możliwości, jakie oferuje współczesna genetyka i medycyna. Dzięki tej interdyscyplinarności uda się

225

być może połączyć wiedzę na temat ludzkiego umysłu z wiedzą dotyczącą biologicznych aspektów egzystencji naszych przodków. Archeolodzy już w latach 80. XX wieku zaczęli porzucać terminologię feministyczną (Hanen, Kelley 1992, s. 198), odcinając się niejednokrotnie od swoich korzeni. Być może słuszny wydaje się pogląd, iż gender archaeology musi zdystansować się do feminizmu ze względu na jego polityczny wydźwięk, który doprowadza do marginalizowania lub nawet ignorowania kwestii płci kulturowej w archeologii. Wpływają na to współczesne stereotypy i sposób postrzegania ruchu feministycznego (Sørensen 2004, s. 5). Inni zaznaczają jednak, że archeologia płci kulturowej istnieje tylko dzięki ruchowi feministycznemu i odrzucanie tego dziedzictwa jest rodzajem niewdzięczności (Wylie 2007, s. 210). Wydaje się także, iż wielu badaczy wiedząc o związkach gender archaeology z myślą feministyczną, świadomie unika poruszania tych zagadnień. Badając poszczególne dziedziny życia ludzi zauważymy, że kobiety i mężczyźni nie osiągają równego statusu. Tymczasem płcie pozostawały ze sobą w różnych związkach i obecność kobiet, dzieci czy osób zaliczanych do „nienormatywnych” kategorii w kreowanej przez archeologów wizji przeszłości jest konieczna po to, by uczynić ten obraz pełnym. Błędne jest postrzeganie gender archaeology jako domeny feministycznych archeolożek; jej zadaniem nie jest deprecjonowanie znaczenia mężczyzny, ale postawienie ignorowanych dotąd grup obok niego, by przyjrzeć się łączącym ich relacjom. Płci nie należy sobie przeciwstawiać, bowiem kobiety i mężczyźni nie toczą ze sobą ciągłej walki. Sytuację jednych należy rozpatrywać w kontekście życia drugich, ponieważ oddzielne egzystowanie kobiet i mężczyzn jest niemożliwe (Rosaldo 1980). Na przełomie lat 80. i 90. XX wieku czyniono rozróżnienie na sex i gender, rozumiejąc płeć kulturową tak, jak w antropologii, uznając ją za kulturowy konstrukt, kategorię zmienną i wielowymiarową, także w odniesieniu do społeczeństw prahistorycznych. Płeć kulturową definiuje się

226

w archeologii jako „kulturową interpretację różnicy między płciami” (Gilchrist 1999, s. 1), stanowi ona bowiem wynik wspólnej egzystencji kobiet i mężczyzn (Sørensen 1988, s. 17). Rozpatruje się ją także jako proces, relację między ludźmi (Engelstad 2007, s. 218). Takie rozumienie płci ma ważne dla archeologów konsekwencje – w każdym badanym przez nas okresie należy na nowo ustalić sposób, w jaki płeć była konstruowana i postrzegana, jakie miała znaczenie i jakie konsekwencje rodziło to dla przedstawicieli poszczególnych grup rodzajowych. Archeolodzy powinni sobie uświadomić, iż nie istnieje jeden, uniwersalny koncept męskości czy kobiecości, a często błędne i krzywdzące stereotypy (przenoszone na przeszłą rzeczywistość) dotyczą także mężczyzn. Tymczasem „męskość” nie jest wszędzie rozumiana tak samo i nie można poddawać jej międzykulturowym generalizacjom, zmienia się ona bowiem w zależności od czasu i miejsca. Proste założenia, zgodnie z którymi ucieleśnieniem wartości męskich jest symbolika falliczna (por. Leroi-Gourhan 1966), a pochówek męski z bronią interpretowany jest jako grób wojownika, mogą okazać się – po wprowadzeniu do badań kategorii płci kulturowej – zupełnie błędne (Knapp 1998; Pawleta 2002, 2003, 2005). Poważnym problemem jest także to, że archeologia płci kulturowej stała się kolejną subdyscypliną archeologii, kolejnym podejściem czy paradygmatem, co przyczynia się jedynie do gettoizacji tych sfer badawczych i nikły lub nawet negatywny odbiór przez środowisko naukowe (Meskell 2002, s. 283). Tymczasem we współczesnej archeologii najważniejsze jest, by wątki związane z płcią czy tożsamością włączyć do badania tych obszarów, przy analizie których zagadnienia te były jak dotąd pomijane. Taka pogłębiona analiza i nasycenie archeologii treściami związanymi z płcią, będzie prawdziwym osiągnięciem myśli feministycznej. Możliwe jest to praktycznie na każdym polu – od studiów nad strukturą społeczną po zagadnienia obejmujące produkcję ceramiki czy narzędzi.

227

Zakończenie Jakie jednak korzyści mogą płynąć z zastosowania w archeologii opisanych powyżej perspektyw badawczych? Oprócz uzupełnienia stanu naszej wiedzy na temat dawnych społeczności, archeologia, której wyniki badań niejednokrotnie docierają za sprawą mediów do szerszego grona odbiorców, może wpływać na kształt współczesnego społeczeństwa. Badania nad płcią kulturową zwiększają bowiem świadomość ludzi, tworzą płaszczyznę dla zrozumienia odmienności istniejących w społeczeństwie, dyskutują z „odwiecznymi” prawdami, dążąc do uznania równości pomijanych dotąd grup i niwelowania krzywdzących stereotypów. Gender archaeology zmusza do zastanowienia się nad problemem równego traktowania, także w archeologii jako dyscyplinie uniwersyteckiej, nakłania do rewizji ról uznawanych za typowo męskie czy kobiece oraz sposobu patrzenia na mniejszości seksualne i osoby niepełnosprawne. Pokazywanie, że zjawiska uznawane przez niektórych z nas za „nienaturalne” prawdopodobnie uchodziły za zupełnie zwyczajne w przeszłości, może przyczynić się do zwiększenia tolerancji i zrozumienia w świecie współczesnym. Archeolog badając przeszłość oddziałuje na teraźniejszość oraz przyszłość. Oprócz skutków ogólnospołecznych archeologia płci kulturowej może pomóc w zgłębianiu przez jednostki własnej tożsamości. We współczesnej archeologii płci kulturowej istnieje pewna rozbieżność dotycząca tego czy badania powinny być skupione na jednostce czy całych grupach (Nelson 2004, s. 138). Kelley Hays-Gilpin (2000, s. 102) zauważa, że badanie indywidualnych doświadczeń może przyczynić się do utracenia z pola widzenia społeczeństwa, w którym kwestie związane z płcią kulturową są zakorzenione. Należy jednak wziąć pod uwagę, iż źródła, którymi dysponuje archeologia, ograniczają to, co za ich pomocą można przedstawić czy udowodnić. Archeologia nie posiada metod uzyskiwania tak szczegółowej wiedzy, by skupić się na jednostkach, dlatego

228

swoje wnioski zwykle uogólnia (nie zawsze słusznie) i odnosi je do całego społeczeństwa. Płcie kulturowa i biologiczna są niezbywalnymi elementami ludzkiej tożsamości i człowieczeństwa, jednak ich związki można opisać jako dowolną kombinację opartą o dymorfizm męsko-żeński. Z niezgodności pomiędzy odczuciami dotyczącymi płci kulturowej i indywidualnej identyfikacji płciowej wynika istnienie różnych tożsamości płciowych. Teoria queer w archeologii zmusza nas, byśmy badali to, co istniało dawniej i istnieje także w dzisiejszej kulturze, ale zostało uznane za dewiację i wykluczone z jakichkolwiek rozważań. Ignorowane dotąd grupy także mają prawo, by znać swoją przeszłość (Dowson 2000, s. 165). Niemniej, studia gejowsko-lesbijskie oraz osoby je uprawiające spotykają się najczęściej z dezaprobatą, bowiem ba-dań takich nie uznaje się za „prawdziwą” naukę (dla historii zob. Duberman 1988, dla archeologii zob. Dowson 2000). Poruszone przeze mnie zagadnienia niewątpliwie wzbogacają konstruowany przez archeologów obraz społeczeństwa, „uczłowieczają” przeszłość, nadając jej ludzkie rysy. W archeologii płci kulturowej badanie wytworów kultury materialnej służyć ma celowi, jakim jest poznanie dawnych stosunków panujących między członkami grupy. Myśl feministyczna pomaga zrewidować dotychczasowe poglądy, niejednokrotnie wspierane współczesnymi stereotypami. Dzięki niej archeolodzy zadają nowe pytania, rozwijają teorie i metody analizy, starają się znaleźć alternatywne wyjaśnienia. Perspektywa feministyczna sprawia, że badacze skupiają się na życiu społecznym dawnych ludzi włączając do analizy kobiety, mężczyzn, dzieci oraz kategorie „nienormatywne” (Nelson 2004, s. 16-17).

Bibliografia
Angelino H., Shedd C.L. 1955 A Note on Berdache, American Anthropologist, vol. 57, no. 1, part 1, s. 121-126.

229

de Beauvoir S. 1949 Le Deuxieme Sexe, Paris. Bem S.L. 1981 Gender Schema Theory: A Cognitive Account of Sex Typing, Psychological Review, vol. 88, no. 4, s. 354-364. 2000 Męskość. Kobiecość. O różnicach wynikających z płci, Gdańsk. Benedict R. 1966 Wzory kultury, Warszawa. Best D.L., Williams J.E. 2004 Perspektywa międzykulturowa [w:] red. B. Wojciszke, Kobiety i mężczyźni: odmienne spojrzenia na różnice, Gdańsk, s. 118145. Callender C., Kochems L.M. 1983 The North American Berdache, Current Anthropology, vol. 24 (4), s. 443-470. Conkey M.W., Gero J.M. 1997 Programme to Practice: Gender and Feminism in Archaeology, Annual Review of Anthropology, vol. 26, s. 411-437. Cross S. E., Markus H. R. 2004 Płeć w myśleniu, przekonaniach i działaniu: podejście poznawcze [w:] red. B. Wojciszke, Kobiety i mężczyźni: odmienne spojrzenia na różnice, Gdańsk, s. 48-80. Devereux G. 1937 Institutionalized homosexuality of the Mohave Indians, Human Biology, vol. 9, s. 498-527. Downie D.C., Hally D.J. 1961 A cross-cultural study of male transvestism manuscript, Dartmouth. Dowson T.A. 2000 Why Queer Archaeology? An Introduction, World Archaeology, vol. 32 (2), s. 161-165. Duberman M.B. 1988 Reclaiming the Gay Past, Reviews in American History, vol. 16 (4), s. 515-525. Engelstad E. 2007 Much More than Gender, Journal of Archaeological Method and Theory, vol. 14 (3), s. 217-234. Epple C. 1998 Coming to Terms with Navajo „nadleehi”: A Critique of „berdache”, „Gay”, „Alternate Gender” and „Two-Spirits”, American Ethnologist, vol. 25 (2), s. 267-290. Flax J. 1989 Postmodernism and gender relations in feminist theory [w:] red. M.R. Malson, J.F. O’Barr, S. Westphal-Wihl, M. Wyer, Feminist theory in practice and process, Chicago, s. 51-74.

230

Giddens A. 2004 Socjologia, Warszawa. Gilchrist R. 1999 Gender and Archaeology. Contesting the past, London-New York. Gillin J. 1939 Personality in Preliterate Societies, American Sociological Review, vol. 4 (5), s. 681-702. Głażewska E. 2005 Płeć i antropologia. Kulturowa koncepcja płci w ujęciu Margaret Mead, Toruń. Gontarczyk E. 1995 Kobiecość i męskość jako kategorie społeczno-kulturowe w studiach feministycznych, Poznań. Hanen M. P., Kelley J. 1992 Gender and archaeological knowledge [w:] red. L. Embree, Metaarchaeology: Reflections by Archaeologists and Philosophers, Boston, s.195–227. Hauser R.E. 1990 The Berdache and the Illinois Indian Tribe during the Last Half of the Seventeenth Century, Ethnohistory, vol. 37, no. 1, s. 4565. Hays-Gilpin K. 2000 Feminist Scholarship in Archaeology, Annals of the American Academy of Political and Social Sciences, vol. 571, s. 89-106. Hill W.W. 1935 The status of the hermaphrodite and transvestite in Navaho culture, American Anthropologist, vol. 37, s. 273-279. 1938 Note on the Pima Berdache, American Anthropologist, vol. 40, no. 2, s. 338-340. Humm M. 1993 Słownik teorii feminizmu, Warszawa. Kardiner A. 1945 The psychological frontiers of society, New York. Knapp A.B. 1998 Boys will be Boys. Masculinist Approaches to a Gendered Archaeology [w:] red. D.S. Whitley, Reader in Archaeological Theory: Post-processual and Cognitive Approaches, LondonNew York, s. 241-249. Kroeber A.L. 1952 The nature of culture, Chicago. Leroi-Gourhan A. 1966 Religie prehistoryczne, Warszawa.

231

Lott B., Maluso D. 2004 Społeczne uczenie się kobiecości i męskości [w:] red. B. Woj.ciszke, Kobiety i mężczyźni: odmienne spojrzenia na różnice, Gdańsk, s. 97-117. Lurie N.O. 1953 Winnebago Berdache, American Anthropologist, New Series, vol. 55 (5), part 1, s. 708-712. Mageo J.M. 1992 Male transvestism and culture change in Samoa, American Ethnologist, vol. 19 (3), s. 443-459. 2003 Samoans [w:] red. C.R. Ember, M. Ember, Encyclopedia of Sex and Gender: Men and Women in the World’s Cultures, New York-Boston-Dordrecht, s. 798-805. Marshall G. 2004 Słownik socjologii i nauk społecznych, Warszawa. McElhinny B. 2003 Language and Gender [w:] red. C.R. Ember, M. Ember, Encyclopedia of Sex and Gender: Men and Women in the World’s Cultures, New York-Boston-Dordrecht, s. 150-162. Mead M. 1949 Male and Female: A Study of the Sexes in a Changing World, New York. 1961 Cultural determinants of sexual behavior [w:] red. W.C. Young, Sex and internal secretions, vol. 2, Baltimore, s. 1433-1479. 1986 Trzy studia. Tom II: 3, Płeć i charakter w trzech społecznościach pierwotnych, Warszawa. Meskell L. 2002 The Intersections of Identity and Politics in Archaeology, Annual Review of Anthropology, vol. 31, s. 279-301. Miluska J. 1994 Psychologia płci jako wyzwanie dla edukacji. Zmiana paradygmatu i zastosowanie wiedzy [w:] red. J. Brzeziński, L. Witkowski, Edukacja wobec zmiany społecznej, Poznań-Toruń, s. 369-388. Munroe R.L., Whiting J.W.M, Hally D.J. 1969 Institunionalized Male Transvestism and Sex Distinctions, American Anthropologist, New Series, vol. 71 (1), 87-91. Nelson S. M. 2004 Gender in Archaeology. Analyzing Power and Prestige, Walnut Creek-Lanham-New York. Oakley A. 1972 Sex, Gender and Society, New York. Pankowska D. 2005 Wychowanie a role płciowe, Gdańsk.

232

Pawleta M. 2002 Mężczyzna i męskość w narracjach archeologicznych, Czas Kultury 3, s. 40-48. 2003 Studia maskulinistyczne w perspektywie badań nad kategorią gender w archeologii [w:] red. W. Dzieduszycki, J. Wrzesiński, Funeralia Ledni-ckie, Spotkanie 5: Kobieta – Śmierć – Mężczyzna, Poznań, s. 33-42. 2005 Archeologia gender wobec studiów maskulinistycznych [w:] red. E. Pakszys, Międzykulturowe i interdyscyplinarne badania feministyczne. Daleki – Bliski Wschód: współczesność i prehistoria, Poznań, s. 285-307. Promińska E. 1987 Płeć człowieka. Biologiczne podstawy różnic, WrocławWarszawa-Kraków. Reiter R. 1975 Introduction [w:] red. R. Reiter, Toward an Anthropology of Women, New York, s. 1-20. Renzetti C.M., Curran D.J. 2005 Kobiety, mężczyźni i społeczeństwo, Warszawa. Rosaldo M.Z. 1980 The Use and Abuse of Anthropology. Reflections on Feminism and Cross-Cultural Understanding, Signs, vol. 5 (3), s. 389-417. Segal E.S. 2003 Cultural Constructions of Gender [w:] red. C.R. Ember, M. Ember, Encyclopedia of Sex and Gender: Men and Women in the World’s Cultures, New York-Boston-Dordrecht, s. 3-10. Sekuła-Kwaśniewicz H. 2000 Płeć [w:] red. H. Domański, W. Morawski, J. Mucha, M. Ofierska, J. Szacki, M. Ziółkowski, Encyklopedia socjologii, t. 3 (OR), Warszawa, s. 121-124. Slocum S. 1975 Woman the Gatherer: Male Bias in Anthropology [w:] red. R. Reiter, Toward an Anthropology of Women, New York, s. 3650. Sørensen M.L.S. 2004 Gender Archaeology, Cambridge. Turner J.H. 1998 Socjologia. Koncepcje i ich zastosowanie, Warszawa. Washburn S.L., Lancaster C.S. 1968 The Evolution of Hunting [w:] red. R.B. Lee, I. DeVore, Man the Hunter, Chicago, s. 293-303. Wikan U. 1977 Man becomes woman: transsexualism in Oman as a key to gender roles, Man, vol. 12 (3), s. 304-319.

233

Wylie A. 2007

Doing Archaeology as a Feminist: Introduction, Journal of Archaeological Method and Theory, vol. 14 (3), s. 209-216.

Abstract Archaeological research on gender inspired by the contemporary feminist thought begun in 1970s and stay in inseparable relation with life of prehistoric people. Gender archaeology can also affect contemporary society by varied means. These issues seem to be exceptionally vital, also because of development of gender studies in Poland and the discussion concerning social male and female roles. At the same time, archaeological research on gender is in practice interdisciplinary, because it requires usage of terminology and results of analyses from such disciplines as sociology, psychology, cultural anthropology and philosophy, as well as natural science. Beside age, gender is the most important category dividing people into groups. Gender possesses also a multidimensional semantic context, because it is linked to biological aspects (connected with anatomy and physiology as well as with reproductive functions), social aspects (connected with culturally constructed differences between women and men), and psychological aspects (connected with individual sexual identity) of human nature. All these dimensions of gender are penetrating directly, taking part in the construction of the conception of oneself by given individual (Oakley 1972, s. 155-160; Bem 1981, s. 354-364; Miluska 1994, s. 371-387; Gontarczyk 1995, s. 49-58; Sekuła-Kwaśniewicz 2000, s. 123). The contemporary social system of gender roles is undoubtedly different from the prehistoric one, but its assumptions are similar. It seems that constructing the gender was in the past not so strongly connected with the sex of an individual as it happens now. However, sex still determines the kinds of activity, sexual sphere is subjected to the social control by existing orders and prohibitions, and women and

234

men are perceived through the prism of stereotypes dependent on their sex (Pankowska 2005, s. 17-18; Renzetti, Curran 2005, s. 8-9). To explore these matters, archaeologist can use ethnological analogy, like the Margaret Mead's analyses from New Guinea (Mead 1986) or the example of berdache status among North American Indians. These researches show, that in the formation of the individual sociocultural conditions (the process of socialization) dominate over biological ones. The contemporary well-known dichotomous division on women and men can be completely inadequate for traditional societies, in which people rated among „non-normative” categories found their place (Hill 1935, s. 275; Devereux 1937, s. 513515; Angelino, Shedd 1955, s. 125; Callender, Kochems 1983, s. 443; Mead 1986, s. 7). In some ways, answers to these questions are given by gender studies, women's and men's studies, gay and lesbian studies and queer theory. These studies concern a broad subject matter, for example relations between genders, sexual minorities and behaviours recognized as opposite to the „norm” (Dowson 2000, s. 163-164). Through the analysis of material resources archaeology tries to discover the relations between gender and objects, tries to define the range of an individual access to the goods and to describe how people start to identify themselves with certain gender groups and how they display their membership using specific objects. Archaeologists try to figure out on what principles a „material culture” is connected with constructing the gender and how in this relation the meaning of objects is created and changed (Sørensen 2004, s. 74). Because there is no universal concept of womanhood or manhood, the research on gender considered as a relation (Engelstad 2007, s. 218) entails necessity of reestablishing its meaning and rejecting any generalizations. The archaeology of gender should not be the next subdiscipline of archaeology or the next approach or the paradigm, because it would only contribute to the ghettoization of these fields and its reception by scholars would be slender or even negative (Meskell 2002, s. 283). Archaeology not only

235

completes our knowledge about past societies, but also by means of the mass media it reaches to the wider audience and has an influence on the shape of the contemporary society. Gender studies increase people's consciousness, create ground for understanding the distinctnesses existing in society, strive for recognizing equality of passed over groups, and try to eliminate harmful stereotypes. Beside wide social results, gender archaeology can help the individuals in exploring their own identity. Gender and sex are the inalienable elements of human identity and human nature and their relation can be described as any combination leaning on male-female sexual dimorphism. Discussed issues undoubtedly enrich picture of society constructed by archaeologists and humanize our approach to the past. In gender archaeology, studying the „material culture” serves as a purpose for learning the past relations between members of given group. Feminist thought helps to reconsider previous opinions supported by contemporary stereotypes. Thanks to gender archaeology, scholars put a new questions, develop theory and methods of analysis, trying to find alternative explanations. Feminist perspective force us to concentrate on social life of past societies and include in our research women, men, children and „nonnormative” categories (Nelson 2004, s. 16-17), also present in our world.

236

Aleksandra Furmanek Aneta Chojnacka Instytut Nauk Historycznych Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego Warszawa

Pamięć czy zapomnienie? - problematyka społeczna zarządzania dziedzictwem kulturowym
Czym jest historia? Echem przeszłości odbitym przez przyszłość. Odbiciem przyszłości rzuconym w przeszłość.

Victor Hugo Wydana w 1972 roku publikacja autorstwa Charlesa R. McGimsey zatytułowana ,,Public Archaeology” staje się przyczyną niegasnącej do dzisiaj dyskusji. Jej autor został natomiast prekursorem nowego spojrzenia i pojmowania współczesnej archeologii. W swym dziele McGimsey po raz pierwszy zauważa, że dobra kultury posiadają istotne wartości społeczne i dlatego też są ważne dla ogółu społeczeństwa. Dodatkowo i dobitnie podkreśla on także fakt, że badacze nigdy nie byli i nie mogą być właścicielami obiektów wchodzących w skład dziedzictwa kulturowego; są oni jedynie jego opiekunami, swoiste prawo własności należy jednak do ogółu społeczeństwa. A zatem żadna jednostka, ani organizacja publiczna, czy prywatna nie ma prawa podejmować działań mogących naruszyć tę własność bez uzyskania uprzedniej zgody i kontroli ze strony społeczeństwa (McGimsey 1972, s. 5-19). Czym zatem jest dziedzictwo kulturowe, którego właścicielami jesteśmy my wszyscy? Większość słownikowych i encyklopedycznych definicji możemy sprowadzić do jednego krótkiego zdania, a mianowicie: dziedzictwem kulturowym możemy nazwać wszystkie pozostałości i wspomnienia wiążące nas z naszą przeszłością. Natomiast zgodnie z zapisem przyjętym w Paryżu w 1972 roku na Konferencji

237

w Sprawie Ochrony Światowego Dziedzictwa Kulturowego i Naturalnego za dziedzictwo kulturowe uważa się1:
[…] zabytki: dzieła architektury, dzieła monumentalnej rzeźby i malarstwa, elementy i budowle o charakterze archeologicznym, napisy, groty i zgrupowania tych elementów, mających wyjątkową wartość z punktu widzenia historii, sztuki lub nauki; zespoły: budowli oddzielnych lub łączących, które ze względu na swą architekturę jednolitość lub zespolenie z krajobrazem mają wyjątkową, powszechną wartość z punktu widzenia historii, sztuki lub nauki; miejsca zabytkowe: dzieła człowieka lub wspólne dzieła człowieka i przyrody, jak również strefy, a także stanowiska archeologiczne, mające wyjątkową powszechną wartość z punktu widzenia historycznego, estetycznego, etnologicznego lub antropologicznego.

Z definicją dziedzictwa kulturowego od pewnego czasu nierozerwalnie wiąże się zagadnienie zarządzania owym dziedzictwem, a pojęcie to powinno być rozumiane nie tylko jako ochrona, ale także jako jego mądre wykorzystanie dla dobra publicznego, w taki sposób, aby uzyskać możliwie jak największą długoterminową korzyść dla obecnych i przyszłych pokoleń (Kobyliński 2001, s. 39). Dziedzictwo kulturowe ze względu na swoje osobliwe cechy takie, jak delikatność, ograniczoną i skończoną ilość czy nieodnawialność musi podlegać ochronie.2 Podstawą prawną ochrony dziedzictwa kulturowego w Polsce są liczne artykuły prawne, m.in. Ustawa z dnia 23 lipca 2003 roku o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami, czy Rozporządzenie Ministra Kultury z 9 czerwca 2004 roku w sprawie prowadzenia prac konserwatorskich, restauratorskich, robót budowlanych, badań konserwatorskich i architektonicznych, a także innych działań przy zabytku wpisanym do rejestru zabytków oraz ba-dań archeologicznych
Konwencja w sprawie ochrony światowego dziedzictwa kulturowego i naturalnego, 1972 Paryż; Art. 1 (http://www.eko.org.pl/lkp/prawo_html/konw_dziedzictwo.html ). 2 Problematykę nieodnawialności zasobów źródeł archeologicznych podejmuje McGimsey (1972, s. 24), a myśl ta znalazła wyraz także w Międzynarodowej Karcie Ochrony i Zarządzania Dziedzictwem Archeologicznym opracowanej przez ICOMOS.
1

238

i poszukiwań ukrytych lub porzuconych zabytków ruchomych. W naszym kraju obowiązuje także tzw. Konwencja Maltańska czyli Europejska konwencja o ochronie dziedzictwa archeologicznego (poprawiona) sporządzona w La Valletta dnia 16 stycznia 1992 roku. Jest to konwencja akcesyjna otwarta do podpisu pod auspicjami Rady Europy. Weszła ona w życie 25 maja 1995 roku po uzyskaniu ratyfikacji przez cztery państwa. Rzeczpospolita Polska ratyfikowała konwencję 30 stycznia 1996 roku. Obecnie stronami Konwencji Maltańskiej jest 35 państw. Jej tekst opracowany został na podstawie wcześniejszego dokumentu będącego zapisem czysto doktrynalnym, a mianowicie, Karty Ochrony i Zarządzania Dziedzictwem Archeologicznym zwanej Kartą Lozańską, sporządzonej w roku 1990 przez międzynarodową pozarządową organizację ICOMOS (Międzynarodową Radę do spraw Zabytków i Miejsc Zabytkowych) na konferencji w Lozannie. W swej preambule Europejska konwencja z La Valletty porusza problematykę zagrożenia i konieczności ochrony dziedzictwa archeologicznego stwierdzając, że:
[…] europejskie dziedzictwo archeologiczne, stanowiące dowód pradawnej historii, jest poważnie zagrożone zniszczeniem z powodu wzrastającej liczby projektów zagospodarowania przestrzennego, zagrożeń naturalnych, nielegalnych lub nienaukowych wykopalisk i niewystarczającej świadomości publicznej.3

Dodatkowo w myśl Konwencji odpowiedzialność za ochronę owego dziedzictwa spoczywać powinna nie tylko na barkach bezpośrednio zainteresowanego państwa, ale również wszystkich państw europejskich. Powyższe ma na celu zmniejszenie ryzyka zniszczenia dziedzictwa, będącego dobrem wspólnym całej ludzkości. Nadrzędnym celem jest nie tyle sama ochrona, co promowanie zachowań mających ocalić owo dziedzictwo poprzez kształtowanie świadomości publicz-

Europejska konwencja o ochronie dziedzictwa archeologicznego (poprawiona), 1992, La Valletta.

3

239

nej, o czym w całości traktuje artykuł 9 dokumentu maltańskiego4:
Każda Strona zobowiązuje się: prowadzić działalność edukacyjną w celu wzbudzania i rozwijania w opinii publicznej świadomości o wartości dziedzictwa archeologicznego dla zrozumienia przeszłości i niebezpieczeństw, jakie mu zagrażają; promować publiczny dostęp do znaczących przed-miotów własnego dziedzictwa archeologicznego, w szczególności stanowisk archeologicznych, i zachęcać do publicznej ekspozycji wybranych obiektów archeologicznych.5

Obowiązująca w Polsce ustawa o ochronie dóbr kultury w swym pierwszym artykule porusza nie tyle temat społecznej promocji dziedzictwa, co zbiorowej i obywatelskiej odpowiedzialności. Ustawa ta mówi, że dobra kultury są bogactwem narodowym i powinny być chronione przez wszystkich obywateli. Z dokumentów prawnych wynika jednoznacznie, że dziedzictwo kulturowe jest dobrem publicznym. Rzeczywistość prawna często rozmija się jednak z praktyką dnia codziennego. Czy ze statusu prawnego dziedzictwa kulturowego wynikają konsekwencje dotyczące każdego z nas? Jakie to konsekwencje? Jakie reakcje społeczne wywołują? Naszą tezą wyjściową jest jeden z artykułów Karty Lozańskiej stanowiący, że dziedzictwo kulturowe jest dobrem publiczno-społecznym. Wynika z niego, że właścicielem dziedzictwa kulturowego jest społeczeństwo. Należałoby w takim razie spytać: czym jest społeczeństwo? Jaka jest jego definicja? Według Jana Szczepańskiego (Szczepański 1963, s. 34) społeczeństwo to forma życia zbiorowego ludzi, ukształtowana historycznie, a także specyficzny system interakcji pomiędzy jednostkami tworzącymi relatywnie saEuropejska konwencja o ochronie dziedzictwa archeologicznego (poprawiona), 1992, La Valletta. 5 Europejska konwencja o ochronie dziedzictwa archeologicznego (poprawiona), 1992, La Valletta.
4

240

mowystarczalną zbiorowość. Zgodnie z logiką każda zbiorowość składa się z jednostek, a wszystko co odnosi się do zbiorowości jako całości odnosi się również do każdego z jej elementów. Uznanie dziedzictwa kulturowego za dobro publiczne niesie za sobą prawa i obowiązki dotyczące każdego z nas. Są to między innymi: prawo dostępu do dziedzictwa kulturowego i informacji, prawo do decydowania w sprawie dziedzictwa, obowiązek ochrony dziedzictwa, obowiązek pamięci i kultywacji. Czynne wykorzystywanie tych praw i wypełnianie obowiązków możliwe jest jedynie przy funkcjonowaniu społeczeństwa obywatelskiego. Istnienie listy praw i obowiązków w rzeczywistości czysto ideowej na kartach ustaw nie gwarantuje wdrożenia ich w życie. Podstawowym powodem konfliktu pomiędzy stanem postulowanym przez normy prawne, a rzeczywistością jest niezrozumienie społeczne wynikające z niewiedzy lub barku specyficznego rodzaju wrażliwości. Bez nich człowiek staje na przeciw pomników historii jako analfabeta kulturowy, a one pozostają dla niego nieme i bezwartościowe. Dziedzictwo kulturowe jest dobrem specyficznym zapisanym tajemniczym alfabetem, przemawia do odbiorcy osobliwym językiem. Do odczytania jego przekazu niezbędny jest klucz, który stanowią wiedza i wrażliwość. Jego posiadanie lub brak determinują nastawienie i konkretne działania społeczne: pozytywne lub negatywne. Według Zbigniewa Kobylińskiego (1997, s. 7) zagrożenia w stosunku do dziedzictwa kulturowego możemy podzielić na:
[…] zewnętrzne, takie na, których powstanie nie mamy wpływu (środowisko archeologów) i możemy przeciwdziałać tylko szkodliwym ich skutkom i wewnętrzne takie których, powstanie jest w znacznej mierze grzechem nas samych.

241

Zatem wewnętrzne czynniki dotyczą tylko środowiska archeologów. Jedne z najważniejszych zagrożeń zewnętrznych dotykających dóbr kultury to: wandalizm, działalność detektorystów oraz ogromny rozwój turystyki masowej, budownictwo, szybka i intensywna rozbudowa infrastruktury, jak również zmiana systemu gospodarki rolnej na bardziej inwazyjną. Do najważniejszych zagrożeń wewnętrznych należy natomiast brak zrozumienia społecznego. Wandalizm jest jednym z najszerzej rozpowszechnionych zagrożeń dla dóbr kultury. Ze względu na przyczynę sprawczą wyróżnia się wandalizm: ideowy, religijny i polityczny oraz wandalizm wynikający z czystej głupoty. Wandalizm rozpatrywany w kontekście ideowym, politycznym czy religijnym jest ściśle związany ze zjawiskami manipulacji społeczeństwem i indoktrynacją. Są to procesy społeczne stymulowane odgórnie i ze względu na to trudno im przeciwdziałać. Tego typu działania objawiają się w postaci zorganizowanych akcji, których celem jest przyciągnięcie uwagi i demonstracja buntu przeciw niewygodnym ideowo wartościom. Jednym z głównych warunków ochrony i kultywacji dziedzictwa kulturowego przez społeczeństwo jest uznanie go za dobro wspólne lub osobistą własność. Indoktrynowana jednostka działająca zgodnie z przyjętą ideologią uznaje za swoje dziedzictwo tylko te dobra kulturowe, które są z nią zgodne. W związku z tym niemożliwa staje się akceptacja wielu elementów dziedzictwa kulturowego, z którymi ta jednostka się styka. Uznanie ich za nieistotne, szkodliwe, nieodpowiednie lub niezgodne ideowo prowadzi do zapomnienia lub bezpowrotnego zaniku tych elementów. Interesującym przykładem wandalizmu podporządkowanemu doktrynie polityczno religijnej jest sprawa posągów Buddy z Bamian. Mimo apelu Dyrektora Generalnego UNESCO Koichiro Matsuura i rokowań specjalnego wysłannika, francuskiego dyplomaty Pierre Lafrance oraz głosów sprzeciwu napływających z całego świata, afgańscy talibowie dokonali zniszczenia dwóch największych posągów Buddy w tym kraju, tłumacząc się, że kwestia ta jest wyłącznie wewnętrzną sprawą religijną związaną z prawem islamu

242

zakazującym przedstawień materialnych wizerunków ludzi i innych istot żywych6. Przytoczony przykład jest jednym ze skrajnych przypadków wandalizmu ideowego. W naszym otoczeniu nie trudno jednak znaleźć mniej spektakularne, choć równie bulwersujące akty zbrodni przeciw kulturze. Jednak obecnie to nie ideologia jest najczęstszą przyczyną aktów wandalizmu. Bezmyślna dewastacja bez konkretnych powodów i celów zdaje się przekraczać wszelkie granice fantazji. Nieszczęśliwie wandale upodobali sobie i permanentnie niszczą posągi z góry Ślęży, nie wyłączając obecnego symbolu Sudetów ,,Misia”7. Posągi przez jednych wiązane z założeniem tam silnego ośrodka kultowego ludności kultury łużyckiej epoki brązu (1200–400 p.n.e.), przez innych z Celtami, są bezspornym unikatem w skali europejskiej. Malowanie sprayem, próby obtłukiwania oraz oblewanie butaprenem i podpalenia to jedne z wielu pomysłów na spędzenie wolnego czasu i jednoczesną bezmyślną destrukcję. Od dziesięciu lat nasiliły się akty wandalizmu, skarży się Elżbieta Pasławska z Urzędu Gminy i Miasta w Sobótce – Malują najczęściej wagarowicze, którzy bez opieki ruszają na szlaki8. Okolica góry Ślęży niemal w całości jest własnością skarbu państwa i należy do lasów państwowych. Parkiem Ślężańskim zarządza Dolnośląski Zespół Parków Krajobrazowych. Pracownicy Gminy i Miasta w Sobótce apelowali wielokrotnie do wojewódzkiego konserwatora zabytków, wraz z leśniczymi i strażnikami Parku Ślężańskiego starają się zapobiegać chuligańskim wybrykom. Społeczność internetowa także nie pozostaje bez głosu w tej sprawie9:

6
7

www.rmf.fm/fakty/?id=20964 www.naszesudety.pl/index.php 8 www.wiadomości24.pl 9 www.naszesudety.pl/index.php

243

Virus 2007-08-10 13:54 Trzeba być półgłówkiem aby niszczyć własne zabytki i własną kulturę. Zadziwia mnie jak można być tak krótkowzrocznym i ograniczonym. Jest to podwójnie smutne, iż wandalami są młodzi ludzie. Zastanawiam się, jak będzie wyglądał ten kraj za kilka lat, skoro młodzież ma tak niską świadomość... justa 2007-03-23 10:14 Dla mnie to jest straszebnie bezmyślne zachowanie. Ludzie, którzy dewa-tują te zabytkowe posągi chyba tak naprawdę nie mają rozumu! bo jak można niszczyć i dewastować nasze dziedzictwo kulturowe ot tak dla zabawy! to jest niemoralne!!! wstydźcie się!!

Wypowiedzi internautów świadczą o zaangażowaniu społecznym w sprawę ochrony dziedzictwa kulturowego i o wysokim poziomie społecznej wrażliwości. Niestety tego typu opinie i inicjatywy nie wpływają na zmianę bezmyślnych zachowań wandali i nie chronią niszczonych dóbr kultury. Kolejnym przykładem wandalizmu jest zdrój królewski zaprojektowany przez znakomitego architekta Jakuba Fontane wzniesiony przez Stanisława Augusta Poniatowskiego w 1770 roku. Zabytek mieści się przy ul. Zakroczymskiej w pobliżu warszawskiej cytadeli. Elewacja zabytku została niedawno odnowiona. Niestety i tego cennego architektonicznie dzieła nie oszczędziły ambicje wandali. Napisy pozostawione na ścianach zabytku nie pozostawiają wątpliwości wskazując swoich sprawców – społeczność kibiców jednego z najpopularniejszych warszawskich klubów piłkarskich10:
[…] możemy oglądać napisane na niej sprayem, szpetne, wulgarne napisy. W taki oto prymitywny sposób, warszawscy kibice chcieli okazać swoje przywiązanie do poszczególnych klubów piłkarskich (opinia internauty).

Liczba aktów wandalizmu jest zatrważająca. Za przykład mogą posłużyć tytuły artykułów w jednym z internetowych portali informacyjnych, widomości24: ,,Swastyki na
10

www.alert24.pl/alert24/1,84880,5225494.html

244

żydowskim pomniku w Berlinie”, ,,Władze Warszawy kapitulują przed wandalami”, ,,Zniszczyli ponad 400 nagrobków teraz posiedzą?”, ,,Barbarzyńcy w muzeum sztuki cmentarnej”. Te i wiele innych artykułów informuje nas o barbarzyństwach dokonanych na własnym dziedzictwie. Są one dowodem wspomnianego wcześniej zjawiska analfabetyzmu kulturowego wynikającego z braku wiedzy i wrażliwości, a co za tym idzie i zrozumienia. Problemem nie jest jednak tylko sam wandalizm. Innym niezwykle groźnym dla zabytków archeologicznych zjawiskiem jest detektoryzm, który w ostatnich latach w związku z przemianami społeczno-ekonomicznymi jakie zaszły w Polsce od 1989 roku, zaczął przyjmować nowe oblicze rozpowszechniając się na szeroką skalę. Działalność poszukiwaczy skarbów doprowadzająca do zniszczenia wielu stanowisk archeologicznych i utraty kontekstu znalezisk, ma w dzisiejszych czasach głównie podłoże ekonomiczne. Handel zabytkami i zabawy amatorów w poszukiwaczy skarbów stały się dochodową profesją. Wielu działających niegdyś z zamiłowania szlachetnych kolekcjonerów, dziś swoją pasję traktuje jako sposób na przetrwanie. Fakt, że odnalezione przez poszukiwaczy skarbów zabytki dużo korzystniej spieniężyć można na giełdach czy przez pośredników niż oddać do muzeów, nie sprzyja idei ochrony dziedzictwa kulturowego (Banasiewicz, Ginalski 1997, s. 43)
Musimy jako środowisko uświadomić sobie ogromne niebezpieczeństwo ruchu poszukiwaczy skarbów i to nie tylko posługujących się detektorami ale szpilami, wiertłami i innym sprzętem.

Do kręgu poszukiwaczy skarbów zaczęli dołączać również żądni dodatkowych zysków rolnicy, nagminnie przeszukujący swoje ziemie w celu komercyjnego wykorzystania pozyskanych zabytków. Problem, który do niedawna zdawał się mieć znaczenie marginalne, dziś zaczyna przyjmować społeczne oblicze. Dla tego ogromną rolę należy przykładać do edukacji społeczeństwa, także w mediach, które do tej pory

245

kreując wizję archeologa – Indiany Jonesa, bardziej przyczyniały się do rozwoju ruchu poszukiwaczy amatorów, niż propagowały idee ochrony dziedzictwa kulturowego. Na taki stan rzeczy wpływ miał również Internet jako medium globalne o szerokim poziomie społecznej inicjatywy. Wolny handel zabytkami w ogólnopolskim portalu Allegro został na szczęście niedawno zahamowany przez wspólne działania służb konserwatorskich i policji. W klasyfikacji zagrożeń dziedzictwa kulturowego obok zagrożeń zewnętrznych pojawiają się również takie, których podłoże tkwi w przyczynach wewnętrznych środowiska archeologicznego, jednym z nich jest (Kobyliński 1997, s. 7):
Brak wypracowanej i realizowanej w całym kraju jednolitej filozofii i polityki konserwatorstwa archeologicznego.

Ściśle związanym z tematem jest sposób zabezpieczania stanowisk przez archeologów. Obecna etyka pracy oparta o prawodawstwo przeciwstawia się oddzielaniu znalezisk od ich kontekstu i nawołuje do konserwacji i ochrony in situ. Idea ta stwarza jednak wiele problemów w związku z zabezpieczaniem odnalezionych pozostałości oraz pozio-mem ich docelowej dostępności dla zwiedzających. Istnieją dwie możliwości. Pierwsza to dokładna dokumentacja i za-sypanie znaleziska tak, aby nie mogło być niszczone ani okradane. Druga natomiast zakłada ochronę znaleziska przy jednoczesnym pozostawieniu go na powierzchni. Jak zapobiegać ich dewastacji? Jakie sposoby ochrony stosować? Czy udostępniać stanowisko zwiedzającym? Jak zorganizować ruch turystyczny? Te i wiele innych pytań nieodłącznie towarzyszy i gnębi współczesnych badaczy podczas i po dokonaniu ciekawych i wartościowych dla społeczeństwa odkryć. Czy zawsze jako specjaliści podejmujemy słuszne decyzje? Czy zawsze udaje się nam sprostać wysokim wymaganiom i potrzebom społecznym? Wyłącznie pozytywnej ocenie działań specjalistów zdaje się zaprzeczać głos społeczności internetowej.

246

16 listopada 2007 roku na jednej ze stron tematycznie związanych z Kamieniem Pomorskim pojawił się artykuł pod tytułem ,,Szanujmy nasze dziedzictwo”. Donosi on o złym stanie nadzoru archeologicznego nad jednym z zabytków tego miasta11.
W dniu 27 września 2007 roku podczas prac ziemnych na północ od ratusza robotnicy natknęli się na relikty zabudowy z przełomu XVI– XVII wieku. Natychmiast powiadomiony został o odkryciu Wojewódzki Konserwator Zabytków i wprowadzony został nadzór archeologiczny. Tuż przy niczym nie odróżniającym się od pospolitej dziury rzekomo objętym nadzorem wykopie, dookoła którego wbito kilka metalowych prętów i otoczono to taśmą znajdował się relikt zabudowy. Pierwszą refleksją, która mi się nasunęła było pytanie, czy tak powinien wyglądać nadzór nad ważnym znaleziskiem archeologicznym? Na jednym ze stosów ziemi można było zauważyć opróżnioną butelkę po wysokoprocentowym napoju alkoholowym. A co by się stało gdyby ktoś kto ją opróżnił wpadłby na pomysł bardziej dogłębnego zbadania owego znaleziska i zdewastował odkrycie.

Ten i wiele innych artykułów stanowią dowody na nieodpowiednią ochronę dóbr kultury również przez specjalistów. Nieodpowiednie zabezpieczanie i nieumiejętnie prowadzony system monitorowania i ochrony zabytków jest często zagrożeniem najdotkliwiej dotykającym delikatne szczątki przeszłości. Rozważając negatywne postawy i działania społeczne w stosunku do dziedzictwa kulturowego należy również wspomnieć o postawie obojętnej w stosunku do dóbr kultury. Postawa taka wiąże się niestety z niedopełnianiem obowiązku obywatelskiego w stosunku do własnego dziedzictwa. Abyśmy nie pozostawali długo w błędnym przekonaniu, że człowiek jest tym najgorszym, co może się przydarzyć kulturowemu dziedzictwu ludzkości, chciałybyśmy
11 www. kamienpomorski.blogspot.com/2007/11/szanujmy-nasze-dziedzictwo.html

247

przedstawić choć kilka przykładów będących dowodem jakże pozytywnej działalności na jego rzecz. Już na początku należy nadmienić, że inicjatywy te inspirowane są przez dwa różne środowiska, choć bynajmniej w żadnym stopniu nie pozostają one od siebie oderwane, wręcz przeciwnie, niejednokrotnie tworzą swoisty układ naczyń połączonych. Grupę pierwszą stanowi działalność instytucji rządowych, w grupie drugiej znajdują się wszystkie poczynania podejmowane przez osoby prywatne (różnego typu fundacje czy stowarzyszenia pozarządowe). Za pierwszy, aczkolwiek w pewnym sensie kontrowersyjny i dwuznaczny przykład posłużyć tu może działalność podjęta w latach 50. ubiegłego wieku. I choć była to inicjatywa narzucona przez ówczesną władzę, obecnie przez historyków rozpatrywana jest w kategorii tzw. czynu społecznego. Jest to projekt powszechnie znany, wpisany w historię powojennej Warszawy. Wtedy to właśnie jej ludność podnosiła z ruin swoje miasto, czyniąc to oczywiście w myśl hasła cały naród buduję swoją stolicę. W 1953 roku odbudowano Stare Miasto, a następnie ulice Krakowskie Przedmieście, Nowy Świat oraz fragmenty ulic Senatorskiej, Miodowej i Długiej, a także pewne części placów Bankowego i Teatralnego. W niespełna dwadzieścia lat później podjęto działania mające na celu ponowne wzniesienie Zamku Królewskiego z wykorzystaniem nielicznych ocalałych fragmentów autentycznej substancji zabytkowej. Inwestycja ta została ukończona dopiero z końcem lat 80. Działania te doprowadziły do wpisania warszawskiej Starówki na Światową Listę Dziedzictwa Kulturowego i Naturalnego UNESCO będącej przykładem wyjątkowej, jedynej na tak wielką skalę planowej odbudowy miasta ze zniszczeń wojennych. Dzisiejsza Warszawa jest jednak miastem zupełnie innym niż miasto przedwojenne. Jedynie nieliczne dzielnice zachowały swój dawny charakter. Kiedy w latach 50. podejmowano decyzję o odbudowie miasta, postanowiono dokonać te-go w myśl obowiązującej doktryny realizmu socjalistycznego, poddając

248

rozbiórce i bezpowrotnie niszcząc wiele zabytków, które niejednokrotnie można by uratować. Za przykład działalności rządowej z czasów obecnych wybrałyśmy jeden z programów Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego znany pod nazwą Dziedzictwo Kulturowe. Projekt ten składa się z pięciu priorytetów, każdy z nich podejmuję osobny problem związany z ochroną i zachowaniem dziedzictwa kulturowego dla przyszłych pokoleń. Priorytet 1 – tzw. Ochrona zabytków zakłada ochronę dziedzictwa, między innymi poprzez konserwację i rewaloryzację zabytków. Celem priorytetu 2 – rozwoju instytucji muzealnych jest finansowe wsparcie tychże placówek w pozyskiwaniu nowych i konserwacji zbiorów już przez nie posiadanych. Zakłada on także popularyzację wspomnianych wcześniej zbiorów poprzez organizowanie wystaw czasowych oraz modernizację stałych wystaw muzealnych. Priorytet 3 za główny cel stawia sobie ochronę dziedzictwa narodowego poza granicami kraju i taką też nosi nazwę. Priorytet 4 – tworzenie zasobów cyfrowych dziedzictwa kulturowego wspiera zwiększenie dostępności zasobów dziedzictwa nie tylko kulturowego, ale i naukowego przy jednoczesnej jego ochronie w formie cyfrowej. Priorytet 5 – ostatni, skupia się na ochronie dziedzictwa kultury ludowej, zajmuje się dokumentacją i przekazem wartości kultury tradycyjnej, wspierając i popularyzując twórczość ludową. Program ten realizowany jest ze środków ministerialnych przy przedmiotowym wsparciu ze strony wielu różnorodnych instytucji.12 Przykładem elitarnej działalności społecznej może być powołany do życia w 1965 roku na kongresie założycielskim w Warszawie Polski Komitet Narodowy ICOMOS – Międzynarodowa Rada Ochrony Zabytków. Zrzesza on około 180 najwybitniejszych polskich specjalistów z zakresu ochrony dziedzictwa i konserwacji zbytków. Celem organizacji jest popularyzacja polskich osiągnięć w dziedzinie ochrony
Program „Dziedzictwo kulturowe”, Programy Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Dostępne w internecie: http://www.mkidn.gov.pl/po/dziedzictwo.php
12

249

zabytków oraz przeniesienie na grunt Polski najlepszych doświadczeń zagranicznych. Ważną formą działalności ICOMOS jest także opiniowanie obiektów kandydujących do wpisu na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Naturalnego oraz monitorowanie polskich obiektów znajdujących się na Liście.13 Jednak działalnością, na którą chcemy zwrócić szczególną uwagę jest inicjatywa Fundacji „Krzyżowa” dla Porozumienia Europejskiego. Już po raz czwarty Fundacja zorganizowała projekt pod nazwą Wolontariat dla europejskiego dziedzictwa kulturowego przy wsparciu niemieckiej Fundacji „Erinnerung, Verantwortung und Zukunft” oraz Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej. Po raz kolejny wielonarodowościowa grupa młodych wolontariuszy, m.in. z Polski, Czech, Niemiec i Ukrainy zajmie się restauracją, ochroną i popularyzacją zabytków z terenu Dolnego Śląska. Koordynatorem najnowszego projektu jest pani Aleksandra Królak-Wąsowicz. Celem wolontariatu jest głównie uświadamianie młodych ludzi jak wielkie znaczenie ma ochrona dóbr kultury. Poza tym praca młodych ludzi przyczyni się zapewne do podwyższenia świadomości lokalnych społeczności, co nie pozostaje bez znaczenia. Wymieńmy może zatem konkretne działania wolontariuszy. Zajmują się oni m.in.: ustawianiem i rekonstruowaniem zniszczonych nagrobków na dawnych cmentarzach żydowskich i niemieckich, restauracją zabytkowych budowli i dzieł sztuki. Oczywiście są to prace prowadzone pod nadzorem doświadczonych konserwatorów. Do zadań uczestników projektu należy również prowadzenie prac archiwistycznych i działań w zakresie public relations takich, jak: oprowadzanie grup turystycznych czy praca pedagogiczna służąca popularyzacji dziedzictwa kulturowego Dolnego Śląska. Przed przystąpieniem do pracy wolontariusze uczestniczą w seminariach na temat technik rekonstruktorskich, historii, kultury i ochrony zabytków, które uzupełniane i uatrakcyj13 Międzynarodowa Rada Ochrony http://www.icomos-poland.org/ Zabytków, Dostępne w internecie:

250

niane są wycieczkami do miejsc zabytkowych regionu. Dodatkową korzyścią dla młodych ludzi, płynącą z tego, że pracują w grupach wielonarodowościowych jest, m.in. organizowany przez fundację kurs językowy oraz warsztaty z komunikacji międzykulturowej. W sposób najpełniejszy i bardzo skrócony wszystkie zalety programu ujęła pracownica Fundacji (fragment korespondenci mailowej z Panią A. Królak– Wąsowicz):
Podczas rocznego międzynarodowego wolontariatu, uczestnicy mają nie tylko możliwość pozyskania wiedzy z zakresu ochrony zabytków lecz również organizacji imprez kulturalnych czy chociażby pracy z zakresu public relations i pedagogiki. Specyfiką tego projektu jest również to, że wolontariusze oprócz pracy w międzynarodowych zespołach spędzają ze sobą wspólnie czas, mieszkają razem przełamując wzajemne uprzedzenia narodowościowe, ucząc się języka i pogłębiając wiedzę na temat innej kultury. To rok pełen aktywnych działań, podczas których wolontariusze mogą stworzyć własne projekty np. wystawy fotograficzne czy prowadzenie zajęć z dziećmi w szkołach.

Jednym z najbardziej aktualnych zadań współczesnych archeologów stało się uspołecznianie idei ochrony dziedzictwa kulturowego i popularyzacja wiedzy. Marek Gierlach (1997, s. 45) autor artykułu ,,Siedem grzechów głównych albo o zagrożeniach intymnych w archeologii” pisze:
[…] jesteśmy marginesem – problemy nasze i my sami w odczuciu społecznym, a także administracji krajowej […], pozostają mało znaczące - to normalne zważywszy na niewielką potencję własną oraz fakt, iż tak naprawdę niewielu interesują nasze skorupy, ułamki i farfocle […] ale, za marginalizację tego marginesu ponosimy winę wyłącznie sami.

Według Zbigniewa Kobylińskiego konieczna jest intensywna, ale przemyślana popularyzacja archeologii w szerokich kręgach społeczeństwa i uświadamianie przez archeologów – zarówno sobie, jak i całemu społeczeństwu znaczenia zachowania dziedzictwa archeologicznego jako wspólnej

251

własności całej ludzkości. Temu celowi służą dobrze zorganizowane i wierne prawdzie parki archeologiczne, miasteczka historyczne oraz różnego rodzaju festyny i dni rekonstrukcji. Podejmowane są również zakrojone na szeroką skalę kampanie na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego oparte o zasady marketingu społecznego mające na celu krystalizację idei wśród społeczeństwa, które nie pozostaje na nie obojętne. Słowem kluczem tegorocznej konferencji jest współczesna przeszłość. Organizatorzy mają nadzieję odpowiedzieć na pytanie, czy przeszłość może być współczesna? Czy nie jest to czasem błąd logiczny? Oczywiście że może, czym że jest nasze dziedzictwo kulturowe jeśli nie ową współczesną przeszłością. Każdy muzealny obiekt wydobyty przez nas spod warstw ziemi, gdzie spoczywał przez dziesięcio-, stu-, a nawet tysiąclecia, rozpoczyna już w chwilę po wydobyciu, nowe teraźniejsze życie. Nie jest już tylko świadkiem przeszłości, ale na nowo egzystuje tu i teraz. A zabytkowe budynki, mijane przez nas codziennie, tak namacalne i współczesne są jednak świadectwem minionej epoki. Pamięć czy zapomnienie to słowa kluczowe naszego referatu, czym one są? Cóż znaczą? Otóż są niczym innym, jak tylko naszą decyzją, świadomym wyborem tego co zamierzamy zrobić z naszą współczesną przeszłością. Czy skażemy ją na bycie niemym świadkiem przeszłości, dodatkowo skazując ją także na powolną destrukcję? Czy powołamy ją do życia ponownie nadając jej nowe znaczenia i wartości? Tak, to my podejmiemy decyzję, chcemy pamiętać, nie wolimy zapomnieć.
Ludzie tacy jak my, wierzący w fizykę wiedzą, że różnica między przeszłością, teraźniejszością i przyszłością jest tylko uparcie obecną iluzją.

Albert Einstein

252

Podziękowania Serdecznie dziękujemy pracownikom Fundacji „Krzyżowa” (Fundacja „Krzyżowa” dla Porozumienia Europejskiego), za udostępnienie informacji na temat ich działalności na rzecz europejskiego dziedzictwa kulturowego.
Bibliografia
Banasiewicz E. , Ginalski J. 1997 Poszukiwacze skarbów jako zagrożenie dla dziedzictwa archeologicznego [w:] Poznańskie zeszyty archeologiczno – konserwatorskie, Poznań, s. 42-44. Gierlach, M. 1997 Siedem grzechów głównych: albo o zagrożeniach intymnych w archeologii [w:] Poznańskie zeszyty archeologiczno – konserwatorskie, Poznań, s. 45-50. Gutowska K. (red.) 2000 Problemy zarządzania dziedzictwem kulturowym, Warszawa. Gutowska K., Kobyliński Z. (red.) 1999 Zabytki i społeczeństwo, Warszawa. Kobyliński Z. 1997 Aktualne zagrożenia dziedzictwa archeologicznego w Polsce [w:] Poznańskie zeszyty archeologiczno – konserwatorskie, Poznań, s. 7–25. 2001 Teoretyczne podstawy konserwacji dziedzictwa archeologicznego, Warszawa. Kobyliński Z. (red.) 1998a Międzynarodowe zasady ochrony i konserwacji dziedzictwa archeologicznego, Warszawa. 1998b Ochrona dziedzictwa archeologicznego w Europie, Warszawa. Kurzątkowski M. 1989 Mały słownik ochrony zabytków, Warszawa. McGimsey C.R. 1972 Public archaeology, New York - Londyn. Pawłowska K., Swaryczewska M. 2002 Ochrona dziedzictwa kulturowego: zarządzanie i partycypacja społeczna, Kraków. Teksty źródłowe: 1992 Europejska konwencja o ochronie dziedzictwa archeologicznego (poprawiona), La Valletta.; Dostępne w Internecie: http://www.lex.com.pl/serwis/du/1996/0564.htm 1972 Konwencja w sprawie ochrony światowego dziedzictwa kulturowego i naturalnego, Paryż.; Dostępne w Internecie: http://www.eko.org.pl/ lkp/prawo_html/konw_dziedzictwo.html

253

2003 1962

Dziennik Ustaw z 2003 r. Nr 162 poz. 1568, Ustawa o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami.; Dostępne w Internecie: http://www.abc.com.pl/serwis/du/2003/1568.htm Dziennik Ustaw z 1999 r. Nr 98 poz. 1150, Ustawa o ochronie dóbr kultury.; Dostępne w Internecie: http://www.abc.com.pl/ serwis/du/ 1999/1150.htm

Internet http://www.alert24.pl/alert24/1,84880,5225494.html http://www.icomos-poland.org/ http://kamienpomorski.blogspot.com/2007/11/szanujmy-naszedziedzictwo.html http://www.mkidn.gov.pl/po/dziedzictwo.phps http://www.naszesudety.pl/index.php http://wolontariat.net.pl/kulturerbe/pl-kult.htm http://www.rmf.fm/fakty/?id=20964

Abstract The purpose of the lecture is introducing the social aspect of cultural heritage management, legal principles of this issue and answering the question: ,,Is the cultural heritage actually found as public good?” The presentation deals with cultural illiteracy, reasons and effects and shows possibilities of positive social stimulation through government campaigns and social initiatives. Nowadays, the preservation of the cultural heritage is one of the most urgent social problems and seems to be one of the main issues of the contemporary archeology. We will also try to advice what everybody can do to preserve the cultural heritage.

254

Urszula Stępień Instytut Prahistorii Uniwersytet im. Adama Mickiewicza Poznań

Łupanie eksperymentalne – nadzieja czy zagrożenie współczesnych badań?
Eksperymenty w archeologii prowadzone są na coraz szerszą skalę i cieszą się dużą popularnością (zarówno wśród archeologów, studentów tej dziedziny, jak i zwykłych ludzi). Istnieje przekonanie, że takie badania pozwalają na rozwiązanie niewyjaśnionych kwestii, na które nie ma odpowiedzi w postaci materiałów archeologicznych. Ale czy dostarczają one pełnej i prawidłowej odpowiedzi na zadawane pytania? Na początku zajmijmy się samym stwierdzeniem, czym jest eksperyment. Według Petera Reynoldsa (1998, s. 2):
An experiment is by definition a method of establishing a reasoned conclusion, against an initial hypothesis, by trial or test.

Czyli według tego badacza eksperyment jest metodą dowodzenia przemyślanych wniosków za pomocą prób i testów, a nie wstępnych hipotez. Jednak musi on spełniać warunki naukowe. Oczywiste jest zatem, że eksperymentem nie można nazwać pokazu tworzenia wióra krzemiennego. Eksperyment musi mieć podstawy naukowe (nie mówię o technikach łupania). Dokonując eksperymentu trzeba ograniczyć się do określonych danych, nie można wybierać dogodnych informacji z różnych stanowisk. Specyfika określonego stanowiska jest często pomijana na rzecz uogólnień całej kultury lub grupy archeologicznej. Eksperyment w archeologii mylony jest z trzema zagadnieniami (Reynolds 1998, s. 1):

255

doświadczeniem – eksperyment pociąga ludzi, którzy sami próbują odkryć sposób i naturę określonych technik łupania. Na przykład wytwarzanie krzemiennego grociku jest własnym doświadczeniem stosowania danej techniki (ale również nauką). Jest to eksperymentalne wykonywanie przedmiotu, ale nie jest to eksperyment. edukacją – nierozerwalnie związana jest z eksperymentem i doświadczeniem. Równocześnie doświadczenie jest najlepszym nauczycielem. eksperymentem – metodologia eksperymentu jest prosta: wykonanie musi być szczegółowe, wymaga czasu. Model przykładowego eksperymentu krzemieniarskiego powinien wyglądać w następujący sposób: zabytki pozyskane z danego stanowiska są opisywane i etap ten traktowany jest jako wstępne badanie. Dalej są one przedmiotem analizy i interpretacji. Dana „interpretacja” zamieniana jest na „hipotezę”, by w pełni zrozumieć dane zjawisko. Następnie powinna być ona sprawdzona za pomocą testu lub próby, by potwierdzić lub zaprzeczyć danej hipotezie (pozwala to na zaakceptowanie lub obalenie wstępnych założeń). Metodą testowania w tym wypadku jest eksperyment, a jego istotą nie jest zbadanie hipotezy tylko na swoje potrzeby, ale również na jej obalenie. Przykładami ogólnie znanymi i zarazem pionierskimi na gruncie polskim były, m.in. badania Stefana Krukowskiego (w 1915 roku) objaśniające funkcję rylców czy L. Sawickiego (1922 rok) ukazujące technikę obróbki surowców krzemiennych. Ale również później badania B. Balcera (1975 rok) możliwości używania wiórów z krzemienia święciechowskiego jako noży żniwnych do cięcia zboża (ślady pracy) oraz Witolda Migala (1987 roku) dotyczące morfologii łuszczni krzemiennych i zastosowaniu ich w różnych czynnościach (Malinowski 1990, s. 220-221).

256

Jednym z eksperymentów, które zmieniły dotychczasową interpretację artefaktów, były badania przeprowadzone na stanowisku Isernia la Pineta (środkowe Włochy – stanowisko dolnopaleolityczne). Twórcy eksperymentu wykazali, że narzędzia wnękowe i zębate mogły powstać przez uszkodzenie podczas rdzeniowania techniką dwubiegunową lub przez użytkowanie odłupków. Artefakty retuszowane – powszechnie uznawane za narzędzia – w rzeczywistości były zwykłymi odłupkami (ich formy i rozmiary są efektem techniki łupania), a zwykłe odłupki posiadały liczne ślady pracy. Takie eksperymenty powiększają naszą wiedzę, ale można je odnieść wyłącznie do danego stanowiska. Jednocześnie pozwalają one na podważenie stereotypów dotyczących funkcji narzędzi. Czy można wysnuć tezę, że łupanie eksperymentalne coraz bardziej zbacza ze swojego „naukowego” kursu? Według Tixiera (Inizan 1992, s.16):
Celem współczesnego eksperymentalnego łupania nie powinna być tylko reprodukcja estetycznie wyglądających obiektów na wystawę, czy na sprzedaż.

Łupanie eksperymentalne często nie jest powiązane z eksperymentem w archeologii. Polega ono głównie na pogłębieniu swojej zręczności i wiedzy; z ulepszaniem techniki, zręczności i możliwości łupacza oraz wykonywaniem coraz bardziej skomplikowanych wytworów. Często jest to łupanie dla samego łupania. Łupacze rzadko dzielą się swoimi osiągnięciami na szerszym forum naukowym, ponieważ rzadko próbują odpowiedzieć na określone problemy badawcze (konkretne eksperymenty przegrywają z uogólnieniami). Postęp wiedzy następuje, gdy kilku łupaczy (badaczy) zaczyna pracować nad jednym ściśle sprecyzowanym zagadnieniem. Wtedy można wyciągnąć wspólne wnioski. Poszukując odpowiedzi na nurtującą kwestię trzeba opierać się na koncepcjach naukowych (nie mówię o samych technikach łupania) i problemach danego zagadnienia.

257

Co można powiedzieć o etyce w łupaniu eksperymentalnym? Podczas samego długotrwałego procesu uczenia się łupania, powstają „setki” kilogramów zużytego materiału krzemiennego. I co się z nim dzieje? Część jest przechowywana w workach w piwnicach lub garażach łupaczy. Ale na jak długo tam zostaną i jaką faktyczną część całego złupanego materiału one stanowią? Czy łupany materiał trafia do domowych śmietników lub podczas sezonowego sprzątania w przypadkowe miejsca, na pola lub nieużytki? Równocześnie ile współczesnych materiałów jest przypadkowo porzucanych? Wielu łupaczy przyznaje się do wyrzucania debitażu do domowych śmietników. Uważają, że złupany materiał w takim kontekście nie ma żadnego znaczenia archeologicznego i bez problemu można ustalić zakłócenia kontekstu. W tej chwili nie mają one znaczenia, ale jaka będzie sytuacja za tysiąc lub więcej lat? Istnieje możliwość, że na dzisiejszych wysypiskach zostaną po nas tylko krzemienie wyrzucone przez łupaczy. Łupacze powinni utylizować materiały ze śladami łupania lub je odpowiednio oznaczać. Ale czy tak się dzieje? Czy ktokolwiek spotkał się z tym osobiście? W tym miejscu pojawia się kolejny problem: czy jest jakiś skuteczny sposób oznaczania zabytków? Gdyby był to niewielki znak wytwórcy, w momencie złamania lub ukruszenia wytworu pewna jego część mogłaby nie posiadać żadnego wyróżnienia. Równocześnie zbyt wyraźna lub głęboka rysa/rowek wzdłuż całego wytworu może wywołać większą łamliwość i może pojawić się ten sam problem, co ze znakiem wytwórcy. Popularyzacja archeologii (między innymi w postaci festynów archeologicznych, filmów, spotkań) jest bardzo dobra dla samej nauki, jak i przedstawienia jej możliwości oraz przeszłych wydarzeń. Często epoka kamienia ograniczana jest do obrazka paleolitycznego łupacza, pokazującego na żywo jak zrobić, na przykład grocik do strzały. Bardzo łatwo w Internecie znaleźć witryny z cyklu „zrób to sam” z instrukcjami,

258

jak zrobić taki grocik ze zwykłego szkła po butelce od piwa. Często łupacze na spotkaniach popularyzacyjnych sprzedają swoje krzemienne wytwory jako pamiątki. A ilu szczęśliwych turystów/odwiedzających pogubi swoje nieoznakowane nabytki, które w przyszłości mają szansę zostać odkryte przez archeologów? Ile takich materiałów jest już w magazynach archeologicznych? Przecież czasami warunki depozycyjne są tak korzystne dla zabytków krzemiennych, że trudno jest odróżnić wytwory wyłupane wczoraj i kilka tysięcy lat temu. Na studiach często można się spotkać z łupaczami organizującymi spotkania lub warsztaty dla studentów. Przedstawiane są wtedy podstawowe zagadnienia, techniki łupania i pierwsze próby. Ale czy wspomina się, co robić z zużytym materiałem? Czy ktokolwiek mówi o etyce? Oczywiście nie ma żadnych dowodów, że student, który słuchał wykładów z etyki będzie w swym życiu bardziej etyczny od tego, który na takie wykłady nie chodził. Nie można etyki siłą wymusić lub wpoić czy nauczyć z podręcznika (Komitet 1994, s. 4). Istnieje w środowisku archeologicznym ogromny problem czy powinniśmy mieć swój kodeks etyki zawodowej (taki jaki istnieje w innych profesjach – lekarskich lub adwokackich). Czy potrafimy stosować w życiu etykę bez kodeksów i sztywnych norm? Komitet Nauk Pra- i Protohistorycznych Wydziału I Polskiej Akademii Nauk od dłuższego czasu pracuje nad problemem etyki. 24 października 2003 roku wydał Zbiór zasad postępowania i norm etycznych środowiska archeologów w Polsce. W rozdziale „Prawo i przepisy” możemy przeczytać1:
Produkcja kopii zabytków powinna służyć wyłącznie celom dydaktycznym. Kopie takie muszą być oznakowane lub po wykorzyhttp://www.archekom.pan.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=68: zbior-zasad-postpowania-i-norm-etycznych-rodowiska-archeologow-w-polsce&catid= 32:aktualnoci-i-wydarzenia&Itemid=46
1

259

staniu zniszczone. Tylko wyraźnie i trwale oznakowane kopie mogą być ewentualnie przedmiotem handlu. Wszystkie odpadki powstałe w trakcie produkcji kopii muszą zostać zniszczone.

Ale czy tak się rzeczywiście dzieje? Czy jest to tylko życzenie zapisane na papierze? Czy wytwory łupaczy sprzedawane na aukcjach w sklepach internetowych też można zakwalifikować do archeologii? Przedmioty te nie są tworzone dla celów dydaktycznych. Równocześnie są bardzo dobrymi kopiami, które nie zawsze łatwo odróżnić od oryginałów. Osobiście nie spotkałam się z oznakowaniem sprzedawanych kopii. Czy można wyróżnić łupaczy pozytywnych (wykazujący się etyką i próbujących odpowiadać na konkretne problemy badawcze) i negatywnych (zarabianie na swojej zręczności i doskonalenie swoich umiejętności)? Celem mojego wystąpienia jest podkreślenie dwóch aspektów. Po pierwsze łupanie eksperymentalne daje ogromne możliwości. Łupacze potrafią „wyczytać” z zabytków krzemiennych o wiele więcej informacji od archeologa dopiero zaczynającego pracę z tego rodzaju materiałem. W krótkim czasie łupacze mają wiedzę, której przyswojenie zajmuje lata (bazując tylko na materiałach oryginalnych). Wydaje się, że w szybszym tempie są w stanie zrozumieć intencje ludzi pradziejowych. Równocześnie przy pomocy metod traseologicznych można zmienić dotychczasowe interpretacje poszczególnych narzędzi lub inwentarzy (jednak równocześnie trzeba spełniać wszystkie podstawowe zasady łupania). Jednak istnieje również druga strona medalu – etyka. Czy dobre jest wzorowanie się na stylu amerykańskim, gdzie każdy człowiek może bez żadnych konsekwencji łupać i sprzedawać swoje dzieła? Czy łupanie ogromnych ilości narzędzi nie jest już „fabryczną” produkcją masową i czy to można kwalifikować do archeologii? Czy przypadkiem nie jest to jeden ze współczesnych nowych zawodów, w nikły sposób powiązany z naszą dziedziną nauki? Nikt już chyba nie jest w stanie kontrolować współczesnej produkcji krzemieniarskiej. I przede

260

wszystkim nie ma konkretnych pomysłów jak przeciwdziałać nieetycznemu zachowaniu.

Bibliografia
Burdukiewicz J.M. 2003 Technokompleks mikrolityczny w paleolicie dolnym środkowej Europy, Wrocław. Coles J. 1997 Archeologia doświadczalna, Warszawa. Inizan M.L., Roche H., Tixier J. 1992 Technology of Knapped Stone, Meudon. Komitet etyki w nauce (przy Prezydium Polskiej Akademii Nauk) 1993 Dobre obyczaje w nauce. Zbiór zasad i wytycznych, Warszawa. Komitet Nauk Pra- i Protohistirycznych Wydziału I PAN 2003 Zbiór zasad postępowania i norm etycznych środowiska archeologów w Polsce. http://www.archekom.pan.pl/index.phpoption=com_content&view=art icle&id=68:zbior-zasad-postpowania-i-norm-etycznych-rodo wiska-archeologow-w-polsce&catid=32:aktualnoci-i-wyda rzenia&Itemid=46 Longo L., Peretto C., Sozzi M., Vannucci S. 1997 Artefacts, outils ou supports épuisés? Une nouvelle aproche pour l’étude des industries du paléolithique ancien: le cas d’Iser-nia la Pineta (Molise, Italie Centrale), L’Antropologie 101(4), s.579596. Malina J. 1983 Archaeology and Experiment, Norwegian Archaeological Review 16 (2), s. 69-85. Malinowski T. 1990 Eksperymenty archeologiczne w Polsce, Archeologia Polski 35, s. 215-238. Reynolds P.J. 1998 The Nature of Experiment in Archaeology [w:] red. A.F. Harding, Experiment and Design in Archaeology, Oxford. www.butser.org.uk/iafexp_hcc.html Internet (z dnia 21.11.08) www.findon.info/cissbury/flintknapping/flintknapping.htm www.flintknapping.com www.lithiccastinglab.com

261

www.obsidianarts.com www.survival.strefa.pl/warsztaty1.htm

Abstract Experiments in archaeology are made for huge range and it has got more and more popularity (as well archaeologists, students of this science and common people). The most simple definition of experiment – it is a method of establishing a reasoned conclusion, against an initial hypothesis, by trial or test. Experiment should keep scientific term. Therefore there exists huge gulf between experiment and experimental. Among experiments huge popularity got experimental knapping. Experimental knapping mainly is connected with improving technologies, skills of knapper and making more complicated products. Very rare knapping is connected with real experiment and is based on science theories. Often it is only knapping for knapping. Knappers (very rare) share their achievements in official forum (for example symposiums or journals) because they do not always answer for research problems. When we try to answer for a question we should base on the science theories (I do not mean technology of knapping) and problem of concrete question (definite site). Can we say that experimental knapping go wrong from its aim? The most important is realization fancy flint form (which – very often- has nothing common with archaeology). When knapper’s works are sold in the Internet auction – is it still experimental knapping? Can we say about ethics in experimental knapping? During the long-lasting process of knapping learning, it is made “hundred” kilogramme of used flint materials. And what happenes next with it? Does knapper utilize this materials? Is hundred pieces of flint with trace of knapping got to garbage,

262

in accidental places, fields or other places? How many present materials are accidentally left? Popularization of archaeology (for example archaeological festivals, films or meetings) is very good for our science, it is present possibility of research and past events. The Stone Age is usually represented as the knapper shows how to do arrowhead from flint (or worst bottle of bear). Very often knappers sell their flint tools like souvenirs. How many tourists lost their new keepsakes? – and how many of them could be found by archaeologists? How many of this material can we find in archaeological storehouse? Can we distinguish good knappers (work with ethical rule and trying to answer for questions) and bad (who make money for their skills and improve themselves competence)?

263

264

Natalia Weimann Instytut Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytet im. Adama Mickiewicza Poznań

Mitologia kaszubska czyli refleksja o refleksyjnym charakterze relacji między przeszłością a współczesnością
Przedmiotem mojego wystąpienia są kaszubskie mity, które według rozpowszechniających je miejscowych elit, służyć mają konstytuowaniu poczucia wspólnej tożsamości członków grupy etnicznej. W ramach wstępu wyjaśnię, kogo nazywać będę Kaszubami oraz poczynię niezbędne ustalenia definicyjne. W części głównej przedstawię wspomniane mity oraz zastanowię się, jaką rolę mogą one spełniać, gdy chodzi o zagadnienie tożsamości grupy. Wreszcie na zakończenie pokażę, jak na propozycje elit reagują tzw. „zwykli” Kaszubi oraz dokonam podsumowania całości mojego wywodu. Podstawę dla czynionych tutaj refleksji stanowią badania naukowe jakie przeprowadziłam w 2007 roku dla potrzeb pracy licencjackiej na temat współczesnych sposobów kreowania tożsamości kaszubskiej przez miejscowe elity. Gdy przystępowałam do pisania licencjatu na temat tożsamości Kaszubów, wydawało mi się, iż wiem, o jaką grupę ludzi mi chodzi. Z czasem okazało się jednak, że bardzo trudno zdefiniować, kto jest Kaszubem – ten, kto się nim czuje czy ten, kogo się za takiego uważa? I jakie kryteria dana osoba musi spełniać, by być wystarczająco „kaszubska”? Pod względem administracyjnym Kaszuby stanowią część województwa pomorskiego leżącego na północy Polski. W ich skład wchodzą 43 gminy województwa w powiatach: puckim, wejherowskim, lęborskim, bytowskim, kartuskim, kościerskim, chojnickim i człuchowskim oraz miastach: Gdańsku, Gdyni

265

i Sopocie. Łącznie Kaszuby zajmują teren o powierzchni około 6200 km².1 Ja sama terminem „Kaszubi” zaczęłam dla potrzeb badań określać mieszkańców geograficznego regionu Kaszub, jak również tych wszystkich ludzi, którzy mieszkają poza Kaszubami, ale uważają siebie za ludność kaszubską, bądź są przez innych postrzegani jako jej przedstawiciele. Można jednak spojrzeć na to zagadnienie od strony historycznej, biorąc za punkt wyjścia stwierdzenie Gerarda Labudy, iż przeszłość Kaszubów jest historią (Labuda 1996, s. 120):
[…] ostatniego ogniwa nadbałtyckich plemion zachodniosłowiańskich, które uniosło cało i uratowało swoją wspólnotę kulturową oraz etniczną w ścisłej łączności z ogólnopolską wspólnotą polityczną i narodową, jako jej nieodrodna część.

W tym ujęciu być Kaszubą to być członkiem grupy o określonej historii. Być Kaszubą to żyć w teraźniejszości, która przynajmniej w dyskursie tożsamościowym staje się niczym innym, jak uwspółcześnioną, a więc przeżywaną po raz drugi za sprawą nowej interpretacji, przeszłością. Warto się zatem zastanowić, jakie aspekty tejże przeszłości stają się istotne w procesie kształtowania poczucia grupowej tożsamości oraz w jaki sposób się to odbywa. Przede wszystkim już na wstępie należy sobie uświadomić, iż ów proces budowania tożsamości jest strategią opracowaną i stosowaną przez elity kaszubskie, których wpływowi poddani są pozostali członkowie omawianej społeczności (w znacznej mierze). Z tego względu bardzo ważne jest tutaj rozróżnienie między tożsamością etniczną a kulturową grupy (Chwieduk 2006, s. 35-49). Ta pierwsza traktowana jest jako przedmiot posiadania możliwy do opisu za pomocą kilku stałych wyabstrahowanych z kontekstu życia codziennego cech ludzkiego bycia w świecie. Ponieważ takie
1

Źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Kaszuby, dane z dnia: 26.02.2008.

266

pojmowanie tożsamości jest owocem reflektowania nad rzeczywistością, kategoria ta odnosi się raczej do sfery mentalnej aniżeli zachowań. Z kolei tożsamość kulturowa oznaczać będzie sposoby postępowania jednostek w codziennym życiu (innymi słowy, będą to nawyki, do których zaliczyć można także działania pozornie świadome2). Z powyższego wynika, iż tak rozumiana tożsamość rzadko kiedy poddana zostaje refleksji. Jak łatwo można wywnioskować z poprzednich stwierdzeń, niniejszy tekst poświęcony będzie mechanizmom kreowania tożsamości etnicznej, przy czym skupię się na zagadnieniu poddanej temu celowi interpretacji przeszłości. Każda interpretacja zakłada wyodrębnienie pewnych istotnych – zdaniem interpretatora – elementów danego zjawiska, kosztem pominięcia innych. Od tego zaś, jakie elementy zostaną wyróżnione, zależy znaczenie tego, co poddawane jest interpretacji. W chwili, gdy zinterpretowane mają zostać fakty historyczne, pojawia się pytanie, jakie znaczenie chcemy nadać przeszłości w kontekście teraźniejszości – innymi słowy, do czego dane wyobrażenie na temat historii jest nam potrzebne. W przypadku kaszubskich elit, odpowiednie przedstawienie dziejów całej grupy etnicznej ma służyć wywołaniu poczucia wspólnej tożsamości jej członków, tzn. mają oni mieć wrażenie zjednoczenia poprzez podzielanie tych samych doświadczeń przeszłości. Co więcej, owe doświadczenia muszą być na tyle wyjątkowe, by członkowie grupy chcieli się z nimi identyfikować oraz by pozwalały one na pozytywne wartościowanie przynależności do tej, a nie innej wspólnoty. Wystarczy przypomnieć stwierdzenie J. Borzyszkowskiego (1999, s. 234), iż:

2

Np. mówienie sąsiadce spotkanej na klatce schodowej „dzień dobry” – choć jesteśmy świadomi wypowiadania tych słów, to jednak naszego działania nie poprzedza refleksja nad sposobem, w jaki powinnyśmy się w danej chwili zachować; pozdrawiamy sąsiadkę „odruchowo”.

267

[…] genealogia, odwołująca się do wspólnoty pochodzenia i losów, do wspólnej ojczyzny, jest podstawą wszelkich ideologii tworzonych przez elity grup etnicznych.

W ten sposób powstają mity przeszłości, wielkie opowieści, które przekazują wydarzenia historyczne w wyidealizowanej formie, przy czym nieraz nie brak im elementów fikcyjnych. Tutaj zajmę się trzema mitami kaszubskimi, mitem terytorium, samej historii i dziedzictwa kulturowego. Powstanie powyższych mitów w dużej mierze związane jest z budzeniem się współczesnej świadomości etnicznej Kaszubów. Przez wieki Kaszubi żyli na terytorium kilkakrotnie zmieniającym przynależność państwową. Wielu z nich przestało się identyfikować jako ludność kaszubska, uznając siebie za Polaków bądź Niemców. Począwszy od połowy XIX wieku zaczął się jednak rozwijać na Kaszubach ruch narodowy, który w różnych okresach działał z różnym natężeniem. Od początku zaangażowani byli w niego głównie przedstawiciele pomorskiej inteligencji. Jako, że okres Wiosny Ludów był czasem budzenia się świadomości narodowej w całej Europie, przede wszystkim małych narodów słowiańskich, kluczową sprawą stało się odpowiednie pokierowanie przebudzeniem także ludu kaszubskiego (Borzyszkowski, ObrachtProndzyński 1999, s. 221-222). Najwybitniejszym przedstawicielem i zarazem założycielem ruchu kaszubsko-pomorskiego był Florian Ceynowa, z zawodu lekarz, z zamiłowania etnograf, językoznawca, literat oraz działacz społeczny i polityczny3. Celem ruchu (Borzyszkowski, Obracht-Prondzyński 1999, s. 224):
[…] miało być zachowanie własnych cech ludowej (chłopskiej) kultury kaszubskiej i obudzenie dzięki nim słowiańskiej świadomości

3

W najbardziej szczegółowy i zarazem najciekawszy sposób biografię F. Ceynowy przedstawia G. Labuda 1996.

268

mieszkańców Pomorza z myślą o obronie narodowej i walce z germanizacją.

Obecnie zdecydowana większość Kaszubów posiada podwójną identyfikację – narodową polską i etniczną kaszubską. Mimo to Spis Powszechny z 2002 roku wykazał, iż 5100 obywateli polskich zadeklarowało narodowość kaszubską. Jest to około 1% całej społeczności Kaszubów. Rzeczpospolita Polska nie uznaje tych deklaracji za wiążące (podobnie jak w przypadku Ślązaków), stąd Kaszubi nie znaleźli się na oficjalnej liście mniejszości narodowych sporządzonej przez MSWiA4. Zagadnienie historii Kaszubów do dziś budzi kontrowersje zarówno wśród „zwykłych” Kaszubów, jak i naukowców. Do spornych kwestii należy pytanie o terytorium zamieszkiwane przez społeczność kaszubską na przestrzeni dziejów, jako że granice ziem przez tę społeczność zajmowanych wielokrotnie ulegały przesunięciu. Przyczyną tego stanu rzeczy nie były jednak ruchy migracyjne ludności. Z badań historyków wynika, iż (Labuda 1996, s. 99):
[…] zgodnie z rytmem szerzącej się od schyłku XIII w. germanizacji właściwie zamierała nazwa Kaszub w swoich matecznikach. Nie oznacza to bynajmniej migracji plemiennej lub grupowej Kaszubów z Pomorza Zachodniego na Pomorze Wschodnie. […] W źródłach zaznacza się prawidłowość inna, mianowicie poczynając od połowy XIII wieku zaczyna się powolne zamieranie świadomości etnicznej ludności słowiańskiej w całej Meklemburgii i na Pomorzu Zachodnim.

Oznacza to, iż posuwając się z zachodu na wschód, coraz większa liczba osób przestawała się identyfikować jako Kaszubi – w tym sensie można mówić o „wędrówce” nazwy. W rezultacie przemieszczała się zachodnia granica terytorium
4 Źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Kaszubi, dane z dnia: 18.06.2007.

269

zamieszkiwanego przez ludność mieniącą się Kaszubami, podczas gdy wschodnia pozostawała względnie bez zmian. Właśnie to zamknięcie terytorium grupy w granicach nieprzystających do tych znanych z przeszłości i rysujący się tym samym kontrast pomiędzy rozległością ziem kaszubskich dawniej i dziś, przyczyniło się do powstania w kręgach elit – jako że to one jako pierwsze zyskały wiedzę na temat dziejów ludności kaszubskiej – idei mitycznego raju utraconego. Koncepcja Wielkiego Pomorza, bo tak brzmi nazwa utraconego raju Kaszubów, co pewien czas powraca w dyskursie elit starających się w ten sposób uprawomocnić roszczenia społeczności kaszubskiej do mniejszej lub większej autonomii w ramach narodu i państwa polskiego (Borzyszkowski 1999, s. 234-243). Podkreślanie, iż fakt zajmowania przez Kaszubów w obecnych czasach stosunkowo niewielkiego obszaru jest wynikiem niekorzystnego splotu wydarzeń historycznych, które uniemożliwiły początkowo silnej grupie etnicznej przekształcenie się w naród zamieszkujący rozległe terytorium od Roztoki po Gdańsk (jak w utworze Jana Trepczyka pt. Zemia rodno5) ma na celu podwyższenie statusu społeczności kaszubskiej. Jako potencjalny naród (bez względu na to, czy został wchłonięty przez żywioł polski w chwili formowania się państwa i stał się jedną z jego grup etnicznych, czy – jak chcą niektórzy Kaszubi – zachował w pełni swą odrębność) mieliby oni mieć prawo do szczególnej ochrony swego języka i dziedzictwa kulturowego, jak również do znacznej samodzielności w podejmowaniu wszelkich decyzji: politycznych, gospodarczych, kulturalnych etc., dotyczących ich społeczności. Co więcej, realizacja grupowych interesów (artykułowanych przez elity) wymaga postrzegania ich przez resztę społeczeństwa jako spójnej zbiorowości, o wyraźnie zaznaczonych granicach, której członkowie są jednomyślni w kwestii wspólnych dążeń. Mit Wielkiego Pomorza, utraconej oj5

Źródło: http://www.kaszubia.com/pl/teksty/hymn/hymn_kaszubski_org.htm, dane z dnia: 02.03.2008.

270

czyzny wszystkich Kaszubów, wiąże się z wytwarzaniem w ich świadomości obrazu wspólnej przeszłości, a tym samym umacnia poczucie wspólnoty. Jak bowiem pisze M. Latoszek (1990, s. 30-31):
[…] podstawę tożsamości w przypadku społeczności etnicznoregionalnych stanowiłoby przede wszystkim terytorium, generując przynależność do całości i poczucie odrębności na bazie języka i innych elementów dziedzictwa kulturowego [...].

Innymi słowy, idea wspólnej historii rozgrywającej się na określonym, należącym do danej grupy obszarze ma jednoczyć członków społeczności poprzez ujednolicanie wizji przeszłości w ich umysłach. Mit Wielkiego Pomorza jest związany z dwoma innymi kaszubskimi mitami – o początku oraz o Arkadii czy też Ziemi Obiecanej. Pierwsza z opowieści mówi o odwiecznej obecności Kaszubów na Pomorzu tożsamych z Pomorzanami oraz innymi nadbałtyckimi szczepami Słowian. Najpełniej przekonanie to objawiło się w Historii Kaszubów A. Majkowskiego, gdzie autor ukazuje dzieje Kaszubów jako historię całego Pomorza. W związku z mitem o początku pojawia się też kwestia opozycji germańsko-słowiańskiej, jednoznacznej z rywalizacją Niemców i Polaków o Kaszubów i Pomorze, co (Borzyszkowski 1999, s. 343-346):
[…] ma swój bardzo wyrazisty obraz i miejsce w tożsamości oraz świadomości współczesnych i dawniejszych pokoleń mieszkańców pradawnej wspólnoty tej ziemi […].

Drugi ze wspomnianych mitów opowiada z kolei, iż (Borzyszkowski 1999, s. 347):
Pomorze – przymorski kraj nad Bałtykiem, między Wisłą i Odrą i poza Odrę sięgający, a na południu po Noteć – to ojczyzna Kaszubów, swoiście wielka, po części utracona przez wieki, w części na nowo

271

w ostatnim półwieczu odzyskana. […] Zachowana do dziś, zamieszkiwana w ostatnich wiekach nadal przez samych Kaszubów cząstka pomorskiego kraju, zwana Kaszubami, to swoista ziemia obiecana, „Jadamowy rôj”.

Z opowieścią o rodzimej ziemi wiąże się mit o istnieniu kaszubskiej dynastii książąt gdańskich władających pomorską krainą (Hoja 2008, s. 17-18). Podobne mity osobowe wysławiające szlachetność i wielkość wybitnych Kaszubów przetrwały do dziś (Borzyszkowski 1999, s. 347):
[…] zaczynając od Floriana Ceynowy i jego „mitu ojca założyciela”, poprzez jego następców, m. in. Jana Karnowskiego jako „sumienia regionalizmu polskiego”, a na ludziach z pokolenia Lecha Bądkowskiego („ideologa ruchu kaszubsko-pomorskiego”) i ks. Janusza Pasierba kończąc.

Poza tym, mówiąc o mitach współczesnych, trzeba jeszcze przywołać mit Kościoła katolickiego i mit Ojczyzny – Tatczëzne, które przedstawiają Kaszubów jako wzorowych katolików i patriotów, uznających wiarę i ziemię ojców za najwyższe świętości (Borzyszkowski 1999, s. 347). Idąc dalej tym tropem można powiedzieć, iż skoro obecnie jednym z najważniejszych dla Kaszubów haseł jest „kaszubska tożsamość”, to warto podjąć próbę przedstawienia dyskusji toczącej się wokół niej w postaci opowieści o charakterze mitycznym. Jak bowiem twierdzi J. Borzyszkowski (1999, s. 360):
Ostatnim wielkim metamitem jest właśnie trwanie mimo wszystkich przeciwności, swoistego przekleństwa historii – „trwanie” traktowane tutaj jako zachowanie rodzinnej, grupowej solidarności i tożsamości, a także samoświadomości.

Wreszcie omawiając zagadnienie mitów obecnych w dyskursie elit, należy wspomnieć o „kulturze”. Kategoria ta występuje zamiennie z pojęciami takimi, jak: wartości, dzie-

272

dzictwo kulturowe, czy też tradycja, odpowiadające barthowskim wyróżnikom kulturowym (Barth 2004). Są to te wszystkie zjawiska, które składają się na stereotypowy obraz członków danej grupy etnicznej, przy czym samo pojęcie „kultury” traktowane jest tutaj w sposób esencjonalny. Po pierwsze, zaliczają się tu przedmioty materialne, jak tkaniny z haftem tzw. kaszubskim6, elementy stroju noszonego na przełomie XIX i XX wieku przez mieszkańców kaszubskich wsi, wyroby ceramiczne z charakterystycznym ornamentem, instrumenty muzyczne, narzędzia rybackie czy też formy architektoniczne najczęściej niegdyś występujące na obszarze Kaszub (zwłaszcza tzw. mur pruski – drewniane rusztowanie wypełnione cegłą lub szachulec – gdzie zamiast cegły używano gliny). Ponadto mianem „kaszubskiej kultury” określa się także pewne zachowania charakterystyczne dla mieszkańców dawnych wsi – zwłaszcza taniec, obrzędy-zabawy jak „ścinanie kani” czy też wąchanie tabaki (Kwaśniewska 2007, s. 204218). Jako że współcześnie zjawiska te coraz rzadziej występują w codziennym życiu Kaszubów, w kręgach elit podejmuje się próby „wskrzeszenia” ich w ramach obszaru zwanego folkloryzmem. To, co niegdyś wpisane było w codzienność, z której z czasem znikło, staje się elementem świadomych działań szerzenia pewnej wizji kultury danej grupy etnicznej i tym samym zmienia swój pierwotny kontekst występowania. Przeszłość ponownie wkracza w teraźniejszość, podlegając zniekształceniom spowodowanym koniecznością dopasowania jej do wymogów współczesności. W tym miejscu nasuwa się pytanie, jaki wpływ wywiera kreowany przez regionalne elity obraz tożsamości kaszubskiej na pozostałych Kaszubów. Podczas przeprowadzonych w ubiegłym roku badań, poddałam analizie wypowiedzi osób biorących udział w zainicjowanej przeze mnie dyskusji
6

W rzeczywistości został on wymyślony i wprowadzony do społeczności wiejskiej w XIX wieku przez siostry zakonne: żukowskie norbertanki i żarnowieckie benedyktynki (Kwaśniewska 2007, s. 211-213).

273

na forum internetowym na temat tożsamości kaszubskiej. Wspomniany wpływ elit na formułowane przez dyskutantów sądy zaznaczył się w dwojaki sposób. Z jednej strony, czyniono bezpośrednie sugestie, bym zapoznała się z tym, co mają do powiedzenia w kwestii tożsamości Kaszubów naukowcy, bądź też cytowano fragmenty dzieł literackich mówiących, co to znaczy być Kaszubą. Z drugiej strony, przy okazji prób zdefiniowania kaszubskości pojawiały się te elementy kaszubskiej tożsamości, które najczęściej są obecne w dyskursie elit. Kluczowe tutaj hasła, takie jak język, terytorium, historia (w tym wspólnota pochodzenia, a więc i genealogia), religijność i inne tzw. wyróżniki kulturowe pojawiły się również w dyskusji już na początku, gdy jeden z uczestników zacytował wiersz A. Labudy pt. Chto.... W utworze tym występują m. in. takie cechy Kaszuby, jak kaszëbska krew, swójsczi strój, swójsczi głos ë piesni trój, swójsczi tuńc, naj’ znak, […] czôrny juńc czy wreszcie mòcna wiara. Obok tych względnie łatwych do zdefiniowania pojęć pojawiają się wszakże mniej jednoznaczne wyrażenia – kto chce się nazywać Kaszubą, musi pò kaszëbskù czëc i pò kaszëbskù żëc. Podobne stwierdzenie pojawia się też u innych dyskutantów, np.:
Mam odczucie że moja tożsamość kształtuje się i mógłbym zagospodarować poletko wokół siebie ale do końca nie wiem w jaki sposób. Osią mojego poczucia jest przede wszystkim historia i związana z nią kultura. Znając choć trochę historię nie można udawać że nie tworzymy pewnej odrębności kulturowej. Nie chciałbym kultywować kultury rodem ze skansenu. [...] Być Kaszubom to znaczy żyć i myśleć po kaszubsku. [slowk]

Inny uczestnik jeszcze dobitniej podkreśla wagę znajomości własnych dziejów:
Nasza tożsamość zatrzymała się na etapie plemiennym. Mamy wypaczoną postkolonialną mentalność. Nie znamy własnej historii. […] Jedyna nadzieja w rewolucji (umysłowej). [piechowski]

274

Pojawiła się również wypowiedź świadcząca o ważności terytorium dla kaszubskiej tożsamości. Poniższe stwierdzenie to reakcja na zacytowane przeze mnie słowa Anny Kwaśniewskiej, nazywającej podczas wygłaszania referatu na konferencji naukowej w Poznaniu ziemie pomorskie „wybrzeżem”:
Fuj – obrzydzenie we mnie budzi topograficzne wyłącznie, puste kulturowo, określenie „Wybrzeże”. Ja mieszkam na POMORZU, rozciągającym się od Gdańska do Roztoki (no, powiedzmy, do Szczecina) i od Bałtyku do Warty i Noteci. [sgeppert]

Wreszcie wspomnienie przeze mnie na forum trzeciego z omawianych mitów, nazwanego tutaj „kulturą”, spotkało się z następującą reakcją:
Kultury nie można kreować, przekazywać w sposób instrumentalny [...], nie przeżywając jej w jakikolwiek sposób. Dlatego nie rozumiem tego, że w kontekście kultury kaszubskiej, dyskutuje się o jakiś znakach/cechach, stałych elementach, które miałyby być jej znaczącym, czy wręcz decydującym determinantem. [ekaatz]

Podsumowując, mechanizm procesu kreowania kaszubskości polega na wytwarzaniu pewnej wizji świata w kręgach elit poprzez konstruowanie odpowiednich kategorii dla opisu rzeczywistości. Towarzyszą temu działania pozawerbalne, jak choćby posługiwanie się kaszubskimi symbolami – flagą, barwami, godłem etc. – czy też organizowanie imprez folklory-stycznych (np. corocznego Zjazdu Kaszubów). Pisze o tym m. in. Ewa Nowicka (2007, s. 101), według której:
[…] inteligencja mniejszościowych grup etnicznych stara się przeciwdziałać zjawiskom rezygnacji z wielu cech dystynktywnych ich zbiorowości poprzez mobilizację świadomości etnicznej.

275

Co ważne, powstały obraz w równym stopniu może być geertzowskim model of, jak i model for reality. W rezultacie, pomimo tendencji do esencjalizacji i naturalizowania wizerunku Kaszuby stworzonego przez elity (tzn. traktowania go jako model of), jest on w dużej mierze konstrukcją nie tyle odzwierciedlającą, co kształtującą rzeczywistość poprzez wywieranie wpływu na świadomość członków społeczności kaszubskiej (innymi słowy, stanowi model for) (Warmińska 2007, s. 107-108). Celem owych działań podejmowanych przez elity jest uczynienie ze zbiorowości Kaszubów spójnej grupy o wyraźnie zaznaczonych granicach wypełnionych treścią narzuconą przez te elity (Barth 2004). Społeczność, której członków można łatwo policzyć i którą nietrudno opisać za pomocą jasno zdefiniowanych kategorii ma duże szanse powodzenia w walce o grupowe interesy artykułowane przez przedstawicieli elit (Warmińska 2007). Otwartym pozostaje przy tym pytanie, na ile w codziennym życiu Kaszubów wykreowana przez elity współczesna przeszłość przyjmowana zostaje jako prawomocna wizja historii i tym samym staje się elementem wiedzy osadzonej w kontekście przeżywanej teraźniejszości. Konieczne byłyby tutaj dalsze badania wśród społeczności kaszubskiej, które miałyby za cel opisanie alternatywnych sposobów postrzegania dziejów (o ile takie istnieją). Innymi słowy chodziłoby o ukazanie, że pomimo przeszłość jest jedna i niepowtarzalna, współczesnych przeszłości może być wiele, a jej zmitologizowana wersja proponowana przez elity jest tylko jednym z możliwych wariantów interpretacji.

Bibliografia
Barth, F. 2004 Grupy i granice etniczne: społeczna organizacja różnic kulturowych [w:] red. M. Kempny, E. Nowicka, Badanie kultury: elementy teorii antropologicznej: kontynuacje, Warszawa, s. 348377.

276

Borzyszkowski, J. (red.) 1999 Gdańsk i Pomorze w XIX i XX wieku: studia z dziejów i kultury regionu. Gdańsk, s. 234-243. Borzyszkowski, J., Obracht-Prondzyński, C. 1999 Specyficzność regionalizmu kaszubsko-pomorskiego [w:] red. J. Borzyszkowski, Gdańsk i Pomorze w XIX i XX wieku: studia z dziejów i kultury regionu, Gdańsk, s. 217-233. Chwieduk, A. 2006 Alzatczycy. Dylematy tożsamości. Poznań. Hoja, A. 2008 Kaszubska mitologia na nowo odczytana, Pomerania, 1 (405), s. 17-19. Kwaśniewska, A. 2007 Regionalna kultura kaszubska a tożsamość [w:] red. C. ObrachtProndzyński, Kim są Kaszubi? Nowe tendencje w badaniach społecznych, Gdańsk, s. 204-218. Labuda, G. 1996 Kaszubi i ich dzieje. Gdańsk. Latoszek, M. (red.) 1990 Kaszubi. Monografia socjologiczna. Rzeszów, s. 30-31. Nowicka, E. 2007 Stara i nowa kaszubskość. Kaszubskość jako etniczność i jako regionalizm [w:] red. C. Obracht-Prondzyński, Kim są Kaszubi? Nowe tendencje w badaniach społecznych, Gdańsk, s. 83-102. Warmińska, K. 2007 Nowe perspektywy badań nad tożsamością – próba oceny kaszubskiej etniczności [w:] red. C. Obracht-Prondzyński, Kim są Kaszubi? Nowe tendencje w badaniach społecznych, Gdańsk, s. 103-111.

Abstract In the contemporary discourse considering the groups identity, very often we meet the problem of the myth that is an idealistic story about the past and justifies the difference between one community in comparison to the others. In my essay I would like to present these problems by referring to the example of the Cashubs. In the introduction I will present shortly the Cashubian community – who the Cashubs are, where they live and

277

what are the main elements of their culture. Moreover, I will explain, what I understand under the terms of the “cultural” and „ethnic identity” and of the “myths of the past”, as well as I will tell few words about the relations between these categories. The main part of my essay will consider the issue of creating the contemporary ethnic identity of the Cashubs by the Cashubian elites, who use in their discourse the myths of the past. One by one, I will discuss each of the myths and show, how the „great stories” are used today in the Cashubian battle of the cultural (and very often also political) autonomy. Since the most important thing here is the feeling of the ethnic identity among the Cashubs, the myths of the past play a significant role as – here I am going to use the metaphor, that refers to the sea, which the Cashubs are strongly bound up with – “grains of sand”, around which the Cashubian ethnic identity is built. To sum up, I will compare the content of the discourse of the elites who construct the ethnic identity with the views of the so called “common” members of the Cashubian community, whose cultural identity differs very often from the picture of the Cashub that is created by the elites. The reflexion over this problem I treat here as the pretext to consider the answer on the question, whether the past can become the presence and what results from it.

278

Karolina Koziura Instytut Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytet im. Adama Mickiewicza Poznań

Bojkowie w Libuchorze – przeszłość czy teraźniejszość?
Kim są Bojkowie? Jak postaram się to wykazać w niniejszym artykule, odpowiedź na to pytanie wcale nie jest tak prosta, jak może się to wstępnie wydawać. Moim zdaniem, sposób współczesnego definiowania tej grupy nie do końca oddaje rzeczywistość terenową. Od tego punktu jednak muszę rozpocząć, aby naszych Bojków gdzieś w czasoprzestrzeni umiejscowić. Z grubsza nazwą tą określa się ludność zamieszkującą środkowy łuk Karpat – tereny współczesnej Ukrainy. Specjalnie pomijam tu takie kategorie opisu jak grupa etnograficzna czy etniczna, pojęcie mniejszości czy kwestię pochodzenia grupy1. Postaram się dalej wykazać, że zbyt pochopnie współcześnie „żongluje” się tymi pojęciami – bez potrzebnej ich redefinicji – zwłaszcza w stosunku do takiej grupy jaką są Bojkowie. Czemu uważam ich za szczególnych? Powody są dwojakie. Z jednej strony praktycznie od końca lat 40. XX wieku żaden ze znanych mi polskich uczonych nie prowadził tam badań, a z drugiej, to w grupie tak określanej prowadziłam swoje pierwsze badania terenowe, podczas których mogłam doświadczyć tego co określamy jako „bojkowskie”. Stało się to z kolei przyczynkiem do moich problemów w terenie wynikających z niezgodności pomiędzy opisami tej grupy we współczesnej literaturze etnograficznej czy krajoznawczej, a zastaną przeze mnie rzeczywistością. W poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie kim są Bojkowie oraz w związ1

Mam na myśli teorie mówiące o ruskim bądź ukraińskim pochodzeniu grupy.

279

ku z tym czy zasadne jest określenie tą nazwą mieszkańców Karpat, za główny problem niniejszej pracy stawiam sobie ukazanie mechanizmu opisu tej grupy w przeszłości oraz jego wpływ na definiowanie jej współcześnie. To bowiem, jak postaram się wykazać, XIX-wieczna kategoria opisu grupy etnograficznej określiła tę zbiorowość współcześnie. Tym samym chciałabym ukazać w jaki sposób mechanizm opisu tej grupy w przeszłości całkowicie zdeterminował jej współczesny obraz. Pierwszą część mojej pracy chciałabym poświęcić na prześledzenie drogi w jaki sposób wyprowadzano definicję tej grupy w przeszłości. Mam tu na myśli romantyczny zryw spisywania kultury ludowej charakterystyczny dla początków etnografii w Polsce. Następnie chciałabym wykazać dość bezpośrednie zapożyczenie powyższej kategorii przez próby współczesnego opisu mieszkańców Karpat. W drugiej części tekstu chciałabym spojrzeć na interesującą mnie grupę w świetle współczesnych definicji pojęć grupy i tożsamości etnicznej. Mam tu na myśli głównie koncepcję Bartha (2004) określającą grupę etniczną jako pewien typ organizacyjny oraz Ardenera (1992) redefiniującego dotychczasowe pojęcie tożsamości etnicznej. Jego myśl stanowi również znakomite podsumowanie niniejszego artykułu. Badacz ukazuje bowiem mechanizm opisu grupy poprzez nadawanie jej określonej zewnętrznej tożsamości. Tym co będzie towarzyszyło każdej myśli w niniejszej pracy będzie moje doświadczenie terenowe. To właśnie zastosowana przeze mnie określona metoda badawcza obserwacji uczestniczącej doprowadziła do niniejszych wniosków. Aby zaakcentować fakt, w jak dużym stopniu to właśnie wybór metody badawczej skłania nas do określonych wniosków, rozpocznę niniejszy artykuł od opisu mojego doświadczenia terenowego2.
2

Niniejszy artykuł stanowi fragment mojej pracy licencjackiej „Bojkowie w Libuchorze. Między XIX- i XX-wieczną etnografią a współczesnością” napisanej pod

280

1. Jedziemy w teren by z tymi ludźmi po prostu być W sierpniu 2006 roku wraz z grupą znajomych studentów z Instytutu Etnologii i Antropologii Kulturowej UAM zorganizowaliśmy wyprawę badawczą Bojko2006. Naszym celem był rekonesans na terenie etnograficznej Bojkowszczyzny, a ściślej jej środkowej części położonej w pobliżu miasta Turka na Ukrainie. Przygotowania do praktycznie miesięcznego pobytu trwały około pół roku. Czas ten poświęciliśmy na czytanie określonej literatury przedmiotu. Zazwyczaj była to literatura etnograficzna z przełomu XIX i XX wieku oraz współczesne opisy interesujących nas miejsc zamieszczone w przewodnikach3 oraz czasopismach tworzonych zazwyczaj przez „znawców” terenu: etnografów, podróżników, pasjonatów regionu karpackiego. Z wyniesionymi z przeczytanych lektur wyobrażeniami wyjechaliśmy w teren. Jako główną zasadę przyjęliśmy pozostawanie we wioskach i zamieszkanie w domach naszych ukraińskich gospodarzy. Miejscem moich badań stała się Libuchora4. Przez prawie miesiąc razem z moimi ukraińskimi gospodarzami spożywałam posiłki, niejednokrotnie pracowałam oraz bawiłam się. Jednym słowem starałam się żyć jak oni. Kluczowym założeniem naszych badań był fakt, że jako narzędzie zbierania wiadomości o grupie uczyniliśmy samych siebie. Poprzez notowanie (czy robienie zdjęć) staraliśmy się zaznaczać wszystko to, co nas w terenie dziwi i zastanawia, kiedy czujemy się dobrze bądź źle. Tym samym poprzez nasze ciała, intelekt, a przede wszystkim emocje odczuwaliśmy obcość
kierunkiem dr Agnieszki Chwieduk i obronionej w lipcu 2008 roku. Stąd bardzo często będę wprost odwoływać się do własnej pracy, w której niektóre ze wskazanych przeze mnie wątków uległy rozwinięciu, a którym ze względu na objętość artykułu nie jestem w stanie poświęcić więcej miejsca. 3 Nazwałam ten typ pisarstwa przewodnikami etnoturystycznymi, gdyż dominująca w nich część materiału poświęcona jest szeroko pojętej kulturze regionu. 4 Drugi raz odwiedziłam Libuchorę na przełomie maja i kwietnia 2008 roku uczestnicząc w prawosławnych świętach Wielkanocnych.

281

względem grupy5. Moim obserwacjom towarzyszyły swobodne rozmowy zarówno z moimi gospodarzami, jak i napotkaną ludnością miejscową. Całość mojego zainteresowania skupiała się wokół pytania o wszystkie, w moim pojęciu, tradycyjne elementy wsi. Bardzo szybko ich osią stało się poszukiwanie Bojków. Początkowo bowiem intuicyjnie wyczuwałam, że „coś mi w terenie nie gra” – i przeczytana literatura oraz wyniosłe z niej wyobrażenie, co do miejsca w którym jestem, nie do końca pokrywa się z rzeczywistością, jakiej doświadczam6. W tym punkcie chciałabym opisać nieco miejsce moich badań. Libuchora to długa łańcuchowa wieś, ciągnąca się blisko 14 km wzdłuż głównego grzbietu karpackiego u stóp najwyższego szczytu Bieszczadów Wschodnich – Pikuja (1408 m n.p.m.). Oddalona jest od najbliższego miasta – Turki o około 50 km. Główne zajęcia mieszkańców skupiają się wokół pracy w przydomowych gospodarstwach rolnych. Nieliczni prowadzą sklepy7 oraz zajmują posady w administracji wiejskiej. Znaczna część dochodów miejscowych pochodzi z zapomogi na dzieci otrzymywanej od państwa oraz działalności nielegalnej8. We wsi działają dwie szkoły podstawowe (po których uczniowie mogą starać się o przyjęcie na Uniwersytet) oraz trzy cerkwie – dwie są prawosławne patriarchatu kijowskiego, a jedną jest kaplicą greckokatolicką. Podsumowując, miejscem moich badań była dość rozległa wieś o wysokim stopniu bezrobocia, praktycznym braku
Definiuję tym samym obserwację uczestniczącą (Clifford 1999, Hastrup 2006 oraz Chwieduk 2007) poprzez trzy aspekty jakich dotyka: naszej fizyczności, intelektu oraz emocji, które nieodłącznie związane z dwoma pozostałymi elementami. 6 Myśl tę rozwinę w dalszej części artykułu. 7 Jest ich około 15 na terenie wsi. 8 O skali nielegalnej działalności w Libuchorze wiem niewiele, gdyż przez fakt bycia kobietą z zewnątrz miejscowi nie dopuszczali mnie do tego typu informacji. Jedynie udało mi się dowiedzieć, że na 15 działających sklepów – jedynie dwa są legalne. O skali nielegalnego wyrębu w lesie czy handlu paliwem nie jestem w stanie się wypowiedzieć, a jedynie zasygnalizować, że takie problemy istnieją.
5

282

migracji poza jej obręb oraz słabej infrastrukturze wewnątrz (mieszkańcy borykali się z problemem braku utwardzonej drogi prowadzącej przez wioskę). Do dalszego opisu Libuchory wrócę jednak nieco później. 2. Obiektywne oko badacza W tym punkcie niniejszego artykuły chciałabym przejść do opisów pierwszych etnografów z XIX i XX wieku prowadzących badania na terenie Bojkowszczyzny. Ograniczę się do przytoczenia najobszerniejszych prac dotyczących regionu. Ich autorami są: K. Kopernicki (1889), J. Falkowski i B. Pasznycki (1935) oraz R. Reinfuss (1939)9. Każdy z wymienionych badaczy swoje obserwacje oparł na jednorakowych bądź wielokrotnych badaniach w terenie, polegających z grubsza na objazdowych „wycieczkach antropologicznych” 10 trwających od paru dni do miesiąca. Pracę K. Kopernickiego (1889) możemy uznać za pionierską na tym terenie. Nie tylko dlatego, że jako pierwszy znany mi badacz szerzej zajął się tym terenem, ale zrobił to w szczególny sposób. Główną osią jego zainteresowań była antropologia fizyczna, a zadaniem próba zdefiniowania różnych „rodów ruskich” na postawie cech fizycznych (Kopernicki 1889). Wspólna praca J. Falkowskiego oraz B. Pasznyckiego (1935) przypada na okres międzywojenny. Ostatni z grupy badaczy, R. Reinfuss (1939), którego prace są najbardziej cenione przez współczesnych znawców regionu, prowadził badania na tym terenie w końcu lat 30. XX wieku. W niniejszej części za cel stawiam sobie nie tyle omówienie pracy każdego z tych badaczy, co próbę porównania
Znane mi są również artykuły z tego okresu autorstwa: Ossendowski F. A. 1939, Karpaty i Podkarpacie, Poznań; Zawistowicz K.1939, Z wędrówki po południowo – zachodnich krajach podkarpackich, Ziemia 14 (5), s. 69–72; Wasilewski L. 1926, Na Rusi podkarpackiej, Przegląd współczesny 19, s. 336–347. 10 Sformułowanie użyte za K. Kopernickim (1889).
9

283

ich analiz. Pokazania cech wspólnych, jak i różnic w sposobach opisu grupy. Tym samym chciałabym podkreślić to, w jaki sposób i gdzie wytyczali granice Bojkowszczyzny oraz przez pryzmat jakich cech definiowali interesującą nas grupę Bojków. Zdaniem I. Kopernickiego (1889, s. 15):
[…] przeprawiwszy się na prawy brzeg Sanu, z ogólnego obrazu kraju i widoku wsi nie doznaje się jeszcze wrażenia, iż się już jest w odmiennej krainie etnicznej.

Granicę na Sanie jako wschodnią dla Bojkowszczyzny wyznacza J. Falkowski (1935). Obszar na zachód od rzeki uznaje za przejściowy – bojkowsko-łemkowski. Jednak zdaniem R. Reinfussa (1939, s. 15) obszar regionu ciągnie się jeszcze dalej na zachód:
[…] osady ich ciągną się na wschód od lesistego grzbietu Wielkiego Działu, oddzielającego dolinę Osławy od zlewiska rzeczki Tarnawy i Jabłonki, aż po dolinę Bystrzycy Sołotwińskiej.

Zatem to, co w terenie dla I. Kopernickiego czy J. Falkowskiego było już „łemkowskie”, dla Reinfussa jeszcze kwalifikowane było jako „bojkowskie”. Najczęściej o granicy regionu stanowiły określone bariery topograficzne – rzeki bądź pasma górskie, gdzie po jednej stronie mieliśmy do czynienia z wsią przynależną do jednego regionu, a po drugiej już do następnego. Dużo bardziej problematyczne są podziały wewnątrz regionu Bojkowszczyzny. R. Reinfuss (1939) wyróżnia: Bojkowszczyznę zachodnią – terytorium od Łemkowszczyzny na wschód po potok Wołosaty i San, Bojkowszczyznę środkową – źródliska Sanu, dorzecze górnego Stryja i Oporu oraz wschodnią – dolina rzek i potoków od Bukiela i Mizunki aż po Bystrzycę Sołotwińską (ponownie o granicy stanowią bariery „naturalne”). Wskazuje tu przede wszystkim na odrębność środkowej części Bojkowszczyzny.

284

Jednak obszar ten, zdaniem I. Kopernickiego (1889, s. 18), jest już odrębnym regionem określonym mianem Tucholszczyzny, której centrum stanowi wieś Tucholka, gdzie:
[…] spostrzega się od razu krainę górską wielce odmienną od tych, jakie się dotąd wzdłuż Karpat przebywało.

Dla pierwszego z powyższych badaczy Tucholszczyzna jest jedynie subregionem Bojkowszczyzny, podkreślając że Tucholcy jedynie w drobnych aspektach różnią się od Bojków i nie widzi podstaw do ich wyróżnienia jako osobnego regionu (Reinfuss 1939). Widzimy więc, że samo przeprowadzenie granicy jest już problematyczne. Między badaczami bowiem nie ma zgodności co do wyodrębnienie cech określonych jako bojkowskie. W tym punkcie warto przyjrzeć się w oparciu o jakie elementy w terenie przeprowadzają oni swoje podziały. Wszyscy wspomniani przeze mnie badacze niejako „wytyczają” Bojków w oparciu o określone elementy tzw. kultury materialnej. Dla J. Falkowskiego i B. Pasznyckiego (1935, s. 17):
[…] największe różnice między granicznymi Łemkami i Bojkami występują w stroju. Gdy Bojkom właściwe są łejbyki z ciemnoczerwonego sukna, to u Łemków zamiast nich noszą kobiety gorsety z sukna niebieskiego aż do odcienia granatowego.

Jednak z drugiej strony wspomniany już R. Reinfuss (1939) uważa noszone przez kobiety gorsety za cechę typową dla zachodniej Bojkowszczyzny. Dla tego badacza ważniejsze są raczej cechy określające strój takie jak prostota w formie (są szyte z samodziałowego płótna bez ozdób), archaiczność czy wręcz prymitywizm (ibidem, s. 251). W tym miejscu badacze rozpisują się na temat szczegółów stroju, występowania określonej formy płaszcza – siraka, noszenie kołnierzyków

285

etc. Zawsze porównują określone cechy występujące u sąsiadów. Kolejnym ważnym elementem opisu jest drewniane budownictwo. Badacze zgodni są, że na Bojkowszczyźnie dominującym typem są domy jednotraktowe, czyli pod jednym dachem mieszczą się pomieszczenia gospodarskie oraz mieszkalne. Wewnątrz samego regionu występują pewne zróżnicowania w formie oraz zdobnictwie. Oprócz wyżej opisanych „cech obiektywnych”11 ogromną rolę przy wytyczaniu i opisie grupy etnograficznej mają określone cechy charakteru jej członków takie jak konserwatyzm oraz surowość mieszkańców regionu. Nie bez znaczenia pozostaje ubóstwo miejscowych przejawiające się w prostocie i skromnym sposobie życia. I. Kopernicki (1889) określa charakter Bojków jako „żywy i ogniście namiętny”. Ich charakter wymuszony jest przez ciężkie warunki przyrodnicze w jakich przyszło im żyć. Są to cechy określane terminem „góralskości” mieszkańców Karpat.12 Kolejnymi wspominanymi cechami przy opisie grupy, a których nie mogę już tutaj rozwinąć, jest pasterski charakter gospodarki (hodowla wołów, od których wzięła się nazwa grupy) oraz badania językoznawcze nad gwarą bojkowską. Wspomniani badacze różnie określają Bojków. Przypisuje się im miano grupy etnograficznej bądź etnicznej. Nie pojawiają się również informacje na temat tego, za kogo mieszkańcy regionu się uznają. Nacisk położony jest tu na aspekt spisywania elementów kultury materialnej13. Na podstawie tak zarysowanego obrazu Bojków ukształtowanego dzięki pierwszym XIX- i XX-wiecznym opiJ. Obrębski (1936) nazwą tą określa tzw. „cechy formalne” grupy. Zdaniem przytaczanych badaczy mieszkańcy Bojkowszczyzny muszą mieć specyficzne cechy charakteru, aby radzić sobie w niesprzyjających warunkach środowiska. 13 W opisach badaczy pojawiają się również te dotyczące choćby elementów tzw. kultury duchowej, głównie obrzędowości rodzinnej oraz dorocznej. Opisy te jednak znajdują się na marginesie ich zainteresowania.
12 11

286

som grupy, wyłania się nam statyczny obraz regionu etnograficznego Bojkowszczyzny znajdujący się pomiędzy sąsiadującymi Łemkowszczyzną i Huculszczyzną. Jest on zamieszkały przez prosty lud ubierający się w archaiczne w formie samodziałowe płótna, mieszkający w drewnianych jednotraktowych domach, posługujący się określoną gwarą oraz zajmujący się wypasem wołów na połoninach. 3. Żywy skansen Teraz przejdę do przełożenia wykreślonego wyżej obrazu na współczesne postrzeganie grupy. Jak już wspomniałam, współczesna literatura przedmiotu poświęcona Bojkom i Bojkowszczyźnie to głównie ta pochodząca z przewodników turystycznych14. Mam tu na myśli takie opracowania jak „Ukraińskie Beskidy Wschodnie” (1997) czy „Osobliwości Bieszczadów Wschodnich” (2005). Zdecydowany powrót do zainteresowania tym regionem nastąpił jednak nieco wcześniej, głównie za sprawą działalności Towarzystwa Karpackiego. Początkowo były to wyjazdy badawczoturystyczne na te-reny Bojkowszczyzny, a później wydawanie czasopisma Almanach Karpacki „Płaj”15. Tematyka zamiesazczanych artykułów skupia się głównie wokół elementów kultury ludowej, tradycyjnego drewnianego budownictwa, stroju ludowego czy obrzędowości16. Autorzy opracowań raczej uciekają od definiowania grupy wprost. Mam na myśli określanie za kogo uważają Bojków – czy za grupę etnograficzną czy etniczną. W definiowaniu granic regionu najczęściej opierają się na R. ReinWłaściwszym byłoby nazwanie tej literatury przewodnikami etnoturystycznymi, bowiem znaczna część ich treści poświęcona jest zagadnieniom związanym z kulturą, a ściśle etnografią regionu. 15 Czasopismo to ukazuje się od 1987 roku. Początkowo wydawcą było Studenckie Koło Przewodników Beskidzkich w Warszawie, następnie Towarzystwo Karpackie. 16 Pojawiają się również artykuły dotyczące badań językoznawczych czy granicy regionu.
14

287

fussie (który granicę wytyczał w latach 30.!). Co więcej dalej stosują kategorie wykształcone przez XIX- i XX-wiecznych badaczy. Mówią o „stroju bojkowskim”, czy o typie „budownictwa bojkowskiego”. Używany przez nich czas teraźniejszy opisów wskazuje jakby nic na tych terenach się nie zmieniło od prawie stu lat! Po przeczytaniu tego typu wypowiedzi można odnieść wyobrażenie, że chociażby wspomniany strój ludowy jest nadal użytkowany przez mieszkańców wsi karpackich. Tym samym dalej prawomocne jest definiowanie grupy poprzez elementy kultury materialnej. Zupełny brak w powyższych opisach danych dotyczących współczesnego życia mieszkańców na wsi i choćby próby zasygnalizowania, czy ktoś uważa się za Bojka. Pojawiają się również określenia kultury zapożyczone od pierwszych etnografów – nadal więc kultura Bojków jest prosta, archaiczna, prymitywna i iście góralsko gościnna (Łebkowska 2002). W przewodnikach dominują fotografie prezentujące drewniane domy kryte strzechą czy wyjątkowo dobrze zachowane archaiczne przedmioty codziennego użytku (Osadnik 2005). Libuchora, miejsce moich badań, opisywana jest jako „żywy skansen” (Osadnik 2005, s. 65). Za tym pojęciem kryje się romantyczny obraz wsi, w której nadal dominują zamieszkałe kryte strzechą chaty. Jest to mekka miłośników etnografii. W tym miejscu warto zwrócić uwagę na fakt, że większość opisywanych przeze mnie badaczy swoją wiedzę o regionie czerpie przede wszystkim z materiałów źródłowych. Zdarzają się jednak tacy, którzy odwiedzali te tereny. Wówczas za główne narzędzia w poznaniu informacji o grupie służyły im wywiady kwestionariuszowe, które przeprowadzali z ludźmi urodzonymi w okresie przed I wojną światową (Kyrczów 1993, s. 100). Co dostarcza nam informacji o życiu Bojków sprzed ponad stu lat! Interesującym przykładem badań dotyczących Bojków jest działalność warszawskich studentów etnologii i antropologii kulturowej. W ramach wyjazdów grupy laboratoryjnej

288

realizującej projekt „Bojkowszczyzna – kultura duchowa na pograniczu”, prowadzą działalność badawczą na terenie wsi, w których również miałam okazję przebywać17. Jest to w moim pojęciu ważny aspekt w działalności badawczej w regionie, bowiem jako nieliczni w Polsce regularnie wyjeżdżali w ten teren. Co więcej, na podstawie własnych obserwacji (i w zgodzie z głównym tematem projektu) konstruują swoje kwestionariusze pytań. Główną osią zainteresowań studentów jest kultura ludowa. Wśród tematów pojawiają się te dotyczące żebractwa, staropanieństwa czy kowalstwa. Zupełnie brak tu tematów dotyczących współczesności. Zresztą na potwierdzenie tego, wśród informatorów dominują ludzie, którzy ukończyli 70. rok życia. Przysłuchując się relacjom studentów z badań18 zauważyłam, że to właśnie najstarsi mieszkańcy regionu stanowią dla nich najcenniejsze źródło informacji – wiedzą najwięcej na temat interesujących ich tematów. Jednak tym, co wydaje mi się najciekawsze w opisach warszawskich adeptów etnologii jest sposób, w jaki próbują definiować Bojków. Można zauważyć tu pewien rozdźwięk. Z jednej strony bowiem zauważają, że bezzasadnym jest nazywanie tych ludzi Bojkami, gdyż podczas ich badań nikt za Bojka się nie uważał. Uciekają od określenia Bojkowszczyzny jako regionu etnograficznego: „nazwę Bojkowszczyzna odnoszę więc tylko do krainy geograficznej”19. „Nazwy Bojkowszczyna używam nie jako określenie krainy etnograficznej, lecz jedynie nazwy o charakterze geograficznym – choć nie występuje ona na mapach”. Pojawia się tu interesujący wątek, mianowicie używanie nazwy Bojkowszczyzna na określenie terenu geoW ramach prac w grupie laboratoryjnej studenci odbyli w latach 2005-2007 pięć wyjazdów terenowych na obszary takich miejscowości, jak: Komarnyky, Werchnie Wysockie, Libuchora, Krywka, Matki, Krasne i Mochnate. Końcowym etapem badań jest najczęściej praca licencjacka powstała na ich podstawie. 18 Uczestniczyłam w zajęciach grupy laboratoryjnej podczas stypendium w ramach Programu MOST, które odbyłam w semestrze zimowym w 2007 roku w Instytucie Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu Warszawskiego. 19 W tym oraz następnych przykładach opieram się na pracach laboratoryjnych grupy.
17

289

graficznego. Jest to moim zdaniem błąd. Nazwa ta nie powstała bowiem w oparciu o określone cechy geograficzne terenu, a w oparciu o kulturowe elementy go wyróżniające. Tym samym w prosty sposób nie można przenieść tych kategorii. Drugim aspektem, na który chciałabym zwrócić uwagę to mimo, iż autorzy tych prac przyznają, że nie do końca zasadne jest określanie tych ludzi Bojkami, gdyż oni sami się tak nie nazywają, to jednak w dalszej części swoich prac Ci sami autorzy stosują takie pojęcia, jak: „społeczeństwo Bojków”, „społeczność bojkowska wsi Matków” czy pojawiający się termin „bojkowska chata”. Świadczy to moim zdaniem o problemie, z jakim borykają się studenci. Jak wskazałam, deklarują w większości, że termin Bojkowszczyzna uzywają w oparciu o geografię terenu, ale dalej stosują go w sensie kulturowym. Zdarzają się jednak wśród studentów takie prace, które problem próbują „ugryźć” z drugiej strony. Piszą o konkretnej wiosce na tym obszarze starając się nie stosować terminów odnoszących się do Bojkowszczyzny, ani nie pisać przez pryzmat „ludowości”, a raczej „uwspółcześnić” swoje opisy. 4. Gdzie te chaty? Gdzie te stroje? W tym miejscu chciałabym przejść do przedstawienia rzeczywistości wsi karpackiej jakiej doświadczyłam. Pragnę wykazać, dlaczego w moim przypadku XIX-wieczne opisy „nie zagrały” i z jakiego powodu odczułam potrzebę, aby na nowo spróbować zdefiniować grupę. Będąc w Libuchorze bardzo szybko zyskałam sobie przydomek „poszukiwacza staroci”. Moje ciągłe pytania dotyczące w moim pojęciu tradycyjnych elementów wyrosły z pierwszych obserwacji. Owszem opisane przeze mnie drewniane chaty kryte strzechą występowały na wsi i to dość licznie. Podczas spaceru potrafiłam każdym się zachwycić i obfotografować ze wszystkich stron. Jednak, coś mi „nie grało”.

290

Mam tu na myśli to, jak te elementy funkcjonują w rzeczywistości wsi w której przebywałam? Czym są dla miejscowych? Już wstępne obserwacje wykazały bowiem, że o „stare” domy w ogóle się tu nie dba. Co lepsze zostały wywiezione w latach 70. do skansenu we Lwowie (o czym pamiętają jeszcze miejscowi), a reszta pozostawiona we wsi przedstawiała obraz „nędzy i rozpaczy”. Nie rozumiałam dlaczego, skoro z mojego punktu widzenia są one zabytkiem i tym co powinno konstytuować grupę w pojęciu Libuchorzan nie przedstawiają żadnej wartości, bo naturalne jest, że wolą mieszkać w wygodniejszych domach ocieplonych sidingiem, który nie dość, że jest trwały to jeszcze estetyczny (są nim również obite trzy drewniane zabytkowe cerkwie na wsi). Co więcej, ilekroć pytałam o stare domy kryte strzechą, zawsze były one gdzieś dalej i moi rozmówcy nie do końca umieli sprecyzować, gdzie one są. Nie rozumiałam też dlaczego władze ukraińskie nie robią nic, aby zabezpieczyć to co ja bym określiła jako dziedzictwo kulturowe państwa. Podobnie rzecz miała się z kolejnym ważnym wyróżnikiem grupy – strojem ludowym. Gospodyni, u której mieszkałam, z wielkim trudem przychodziło wskazanie osób, które przechowują jeszcze „stare ubrania” (nie mówiąc już o tym, żeby ktoś je nosił!). Sama przyznała, że miała kiedyś ubrania po matce, ale wszystkie spaliła bądź „używa je do podłogi”. W takich chwilach wpadałam w konsternację, jak to możliwe, że to co współcześnie w literaturze dalej definiuje ludzi, z którymi przebywam dla nich nie ma w ogóle znaczenia? Moje wyobrażenia o Bojkach gwałtownie załamywało się. Sprawa znacznie pogorszyła się, kiedy zaczęłam o Bojków pytać. I tu się okazało, że o Bojkach rzadko kto słyszał! Wszelkie informacje pochodziły zazwyczaj z lekcji historii odbytych w szkole. Jak już ktoś odpowiadał, że i owszem zna taką grupę, ale ona mieszka dalej - za kolejną górą bądź rzeką. Do jednych z moich najciekawszych rozmówców należała kuzynka mojej gospodyni – mieszkająca samotnie 70-letnia staruszka (podobnie, jak dla

291

warszawskich studentów moim głównym źródłem informacji byli początkowo ludzie starsi). Mając świadomość, że tak, jak u większości miejscowych jej korzenie wychodzą z Libuchory byłam pewna, że coś o moich Bojkach będzie wiedzieć. I owszem stwierdziła, że „zna Bojków, ale oni po wojnie wyjechali, ale część we wsi zostało…”. No dobrze, ale nie rezygnując proszę dalej o wskazanie konkretnych domów – gdzie oni zostali? „No tu…” i to wszystko co była w stanie mi powiedzieć. Początkowo tego typu odpowiedzi były powodem do moich małych załamań. Nie rozumiałam, dlaczego elementy, które w moim pojęciu powinny konstytuować grupę, z jej perspektywy nie mają żadnego znaczenia. Dużo ważniejszy dla miejscowych jest (nazwałabym to) praktyczny wymiar ich życia: nielegalna praca w lesie, coniedzielne mecze piłki nożnej czy piątkowo-sobotnie potańcówki w miejscowym klubie. Wyjeżdżając z Libuchory miałam olbrzymią potrzebę bliższego przyjrzenia się literaturze o „stworzonej” grupie bojkowskiej i spróbować ogarnąć doświadczony chaos. 5. Tworzenie Bojków Pierwsi badacze regionu definiowali kulturę jako (Moszyński 1967, s. 12):
[…] zespół wszystkiego, cokolwiek wytworzyła i wytwarza ludzkość.

Stąd istotnym jest podział kultury na trzy wielkie działy: kulturę materialną, duchową oraz społeczną. Kulturę ludową określano mianem „kultury niższej” (Moszyński 1967, s. 12). Był to stan rozwoju społeczeństwa w drodze ku „wyższej” kulturze, której reprezentantem był badacz. Tym samym rościł on sobie prawo do ostatecznego rozstrzygania o rzeczywistości. Decydujące było jego „obiektywne oko” reprezentujące naukę „odsłaniającą wszystkie poczynania ludz-

292

kości i dostarczające jedynie obiektywnych, niewzruszonych podstaw dla skonstruowania naukowego na ludzkość poglądu” (Moszyński 1967, s. 20). O ile takie spojrzenie z punktu widzenia XIX- i XX-wiecznej nauki jest jak najbardziej prawomocne, to dzisiaj jest już nie do przyjęcia. Dla współczesnych badaczy kultura ludowa jest pewną kategorią badawczą (Buchowski 1991; Piątkowska 1991; Jasiewicz 1991), narzędziem analitycznym i konceptualnym – efektem dialogu „między naszymi obserwacjami i wyobrażeniami a przedmiotem naszych badań” (Buchowski 1991, s. 181). Wracając jednak do opisów XIX- i XX-wiecznych, jak próbowałam to wykazać, były one wynikiem jak najbardziej subiektywnych odczuć badaczy. Bardzo często to, co dla jednych było łemkowskie, dla drugich było już cechą mieszaną czy wręcz obcą dla grupy. Różnie tym samym przeprowadzali oni granicę samego regionu Bojkowszczyzny. Powstawała sztuczna kategoria Bojka. Nie chcę tym samym powiedzieć, że ich badania nie były prawdziwe. Za J. Maćkiewicz (1990, s. 51) uważam, że kategoria jest zarówno czymś naturalnym, jak i sztucznym. Naturalnym w tym sensie, że rzeczywiście badacz w terenie ma do czynienia z konkretnymi ludźmi, którzy czymś się od siebie różnią i próbuje ten „chaos” jakoś uporządkować. Sztuczność kategorii polega na tym, że to w jaki sposób badacz pogrupuje ludzi jest całkowicie jego wymysłem. W świetle tak postawionego problemu tym bardziej dziwi fakt, z jak wielką łatwością współczesnym pisarzom przychodzi przepisywanie XIX-wiecznych kategorii, które z założenia są czymś subiektywnym, a nie „prawdą objawioną” badaczy. W tym punkcie postaram się odpowiedzieć na pytanie dlaczego taka sytuacja panuje obecnie. Jak opisywałam to wyżej wśród XIX- i XX-wiecznych badaczy nie było zgodności co do faktu, kim są Bojkowie. Raz nazywani byli grupą etnograficzną raz etniczną20. Zawsze jed20

W późniejszych definicjach (Jasiewicz 1987) pojawia się rozróżnienie na grupę etnograficzną, jako tę zajmującą określony obszar wyróżniony przez pewne występu-

293

nak decydującym wyróżnikiem było występowanie określonych cech kultury materialnej w terenie. Jako pierwszy krytykę takiego podejścia sformułował J. Obrębski (1936). W sposób bardzo ostry badacz ten krytykuje definiowanie grupy etnicznej jedynie przez pryzmat dostrzegalnych cech etnografficznych oraz dialektologicznych (Obrębski 1936: 170). Jego zdaniem całkowicie pominięty został u powyższych badaczy aspekt socjologiczny w podejściu do opisu grupy etnicznej. Czyli jednym słowem próba odpowiedzi na pytanie, kim czują się mieszkańcy regionu? Czy mają poczucie swojej odrębności od sąsiadów? Mimo tak postawionych postulatów Obrębskiego w latach 30. XX wieku w stosunku do obszaru Bojkowszczyzny, znane mi tego typu badania nigdy się tam nie odbyły! Tym samym jedyne opracowania, do których współcześni badacze mogą się odwoływać to te z początków rozwoju nauki etnologicznej w Polsce. 6. Redefinicja Istnieje zatem potrzeba spojrzenia na interesującą nas grupę w świetle współczesnych teorii definiujących grupę etniczną i jej tożsamość. Ograniczę się do dwóch ważnych badaczy: F. Bartha (2004) i E. Ardenera (1992). Na podstawie ich prac chciałabym wykazać, w jaki sposób dalsze definiowane grupy przez pryzmat dawnej nauki determinuje jej obecne postrzeganie. Poprzednie definicje grupy etnicznej możemy uznać za statyczny model opisu. W tym sensie, że określa posiadanie przez grupę danych cech. W pierwszym przypadku są to wyróżnialne elementy kultury materialnej, a w przypadku Obrębskiego (1936) jest to posiadanie świadomości odrębności. Barth (2004) proponuje bardziej dynamiczny model opisu.
jące w nim cechy kulturowe. Grupa etniczna oznacza wyższy poziom w rozwoju grupy. Zakłada się bowiem, że jej członkowie mają świadomość swojej kulturowej odrębności od sąsiadów.

294

Zwraca on szczególną uwagę na fakt i akt (interakcja) przypisywania danego człowieka do grupy (Barth 2004, s. 352):
Przypisanie etniczne jest przypisywaniem kategorialnym, kiedy to klasyfikuje się osobę pod względem jej podstawowej, najogólniejszej identyfikacji, w domniemaniu zdeterminowanym przez jej pochodzenie. Aktorzy używając identyfikacji etnicznych, by kategoryzować siebie samych i innych dla celów interakcji, formułują tym samym grupy etniczne, które są rozumiane jako grupy w sensie organizacyjnym.

Tym samym grupę definiuje się poprzez trwanie granicy etnicznej. To ona określa, kto może należeć (bądź nie) do danej grupy (Barth 2004, s. 354):
[…] istnieją kryteria określające członkostwo oraz sposoby sygnalizowania członkostwa i wykluczania nie-członków z danej grupy.

To ona ustanawia całe spectrum zachowań, z którymi grupa identyfikuje się i uznaje za swoje bądź nie. Granice etniczne są granicami społecznymi między jej członkami (Barth 2004, s. 355):
[…] istnieje potencjał dla różnicowania i ekspansji ich społecznych relacji tak, by objąć w końcu wszelkie różnorodne sektory i obszary ludzkiego działania.

Barth proponuje więc definicje grupy etnicznej niejako od wewnątrz, z punktu widzenia członków danej społeczności i ich zachowań. W jaki sposób badacz może próbować definiować taką grupę? A. Chwieduk (2007) kładzie olbrzymi nacisk w procesie badania tożsamości kulturowej grupy na rolę, pozycję oraz świadomość badacza terenowego. Od tego (Chwieduk 2007, s. 36):
[…] na ile świadomy determinującej roli kultury (czyli także siebie) badacz będzie w stanie umiejętnie dostrzec i opisać ‘granice’ pomię-

295

dzy tym, co traktuje jako ‘swoje’ ze względu na przynależność do danej grupy społecznej (kulturowej), a tym, co wobec niej i w konsekwencji wobec niego pozostaje ‘obce’.

Stąd też w procedurze badawczej badacz na początku powinien zdefiniować własną obcość wobec grupy, w której przebywa (Chwieduk 2007, s. 37):
[…] a następnie kontrolować reakcje własne i grupy (odkrywanie mechanizmów, dzięki którym społeczności wyrażają bycie w świecie).

Takie założenie zakłada długotrwałe badania terenowe w takiej grupie, kiedy poprzez wspólne doświadczanie rzeczywistości i rozwinięte interakcje z naszymi „badanymi” jesteśmy w stanie odkryć mechanizmy, które rządzą grupą. 7. Władza nadawania nazwy Z kolei E. Ardener (1992) definiuje tożsamość grupową kładąc olbrzymi nacisk na relację władzy towarzyszącą przypisywaniu danej grupie tożsamości. Swoją koncepcję zawarł w artykule „Tożsamość i utożsamianie” (Ardener 1992). Badacz przeprowadza w nim krytykę dotychczasowych koncepcji „tożsamości”. Jego zdaniem powinniśmy bowiem mówić raczej o „utożsamianiu”. Samo pojęcie „tożsamości” zakłada z góry, że można ją posiadać. Tymczasem możemy mówić jedynie o wielości form utożsamiania (Ardener 1992, s. 23):
[…] to co widzimy są to sposoby, w jakie jestem identyfikowany i w jakie ja identyfikuje.

Proces identyfikacji zakłada tym samym pewną relację władzy, swoisty „związek pomiędzy klasyfikującym a klasyfikowanym” (Ardener 1992, s. 22). Badacz wyróżnia dwa typy klasyfikacyjne: od wewnątrz – na poziomie grupy jest to sa-

296

mookreślenie odzwierciedlające „wewnętrzne aspekty struktury tej grupy” (Ardener 1992, s. 30). Klasyfikacja drugiego typu zakłada „akt narzucania” (Ardener 1992), tj. nazywanie jednej grupy bądź jednostki przez drugą. Z tym, że może pojawić się akceptacja tożsamości narzuconej z zewnątrz21. Zdaniem Ardenera problem wynika z tego, że wciąż akceptowane są zewnętrzne akty klasyfikacyjne, tak jakby były one czymś rzeczywistym. W tym punkcie pojawia się prosta analogia do sytuacji ludności karpackiej. Z zewnątrz upowszechniło się zaklasyfikowanie tych ludzi jako grupy etnograficznej Bojków i nikt nie czyni problemu z próbą zredefiniowania tego pojęcia (Ardener 1992, s. 31):
[…] całe zagadnienie tożsamości etnicznej związane jest moim zdaniem z problemem jedności naszych badań. Idea, że tam gdzie istnieje etnografia oczywiście istnieje też lud, została przejęta bez zastanowienia z XIX wiecznego świata – który dał nam mniejszości i narodowości.

Jego zdaniem grupa etniczna to ta, która jest definiowana przez samą siebie, gdzie spis stanowi grupę22. Tak zdefiniowana teoria tożsamości poprzez akty narzucania i identyfikacji łączy się z nadawaniem nazw językowych, które jednocześnie są aktami językowymi oraz społecznymi. 8. Pusta kategoria Próbując zdefiniować Bojków przez pryzmat powyższych definicji napotykamy na pierwszy problem. Przede wszystkim jest to potrzeba przeprowadzenia długotrwałych badań terenowych, na podstawie których będziemy w stanie orzec czy istnieją takie mechanizmy, które zakładają, że
Identyfikacja jest więc aktem dynamicznym zakładającym interakcję. W tym punkcie Ardener (1992, s. 31) odwołuje się do spisów powszechnych i poprzez nie definiuje grupę.
22 21

297

mieszkańcy wsi karpackich stanowią grupę. Może się bowiem okazać, że nic tych ludzi jako grupy nie łączy. Taki przypadek Ardener określa mianem „pustej kategorii”. Terminem tym możemy określić ludzi, których każdy z zewnątrz może przypisać jako członków grupy etnicznej (w naszym przypadku Bojków) w sytuacji, w której nikt sam siebie Bojkiem nie nazwie. Mam jednak świadomość tego, że może to być nieco zbyt daleko posunięty wniosek. Za krótko bowiem przebywałam w Libuchorze i za słabo znam region, aby stawiać tak kategoryczne sądy. Należy więc postawić postulat intensywnych badań na tym terenie, wychodzących w swych założeniach poza dostrzegalne relikty tzw. kultury ludowej, a skupienie się raczej na tym, co współcześnie stanowi o grupie z jej perspektywy. Podsumowanie W tekście tym starałam się wykazać, jak sposób opisywania grupy w przeszłości w całości zdeterminował jej współczesny zewnętrzny obraz. Chciałabym na zakończenie przywołać konsekwencje takiego definiowania grupy. Jak starałam się wykazać Bojkowie to nie tylko drewniane chaty kryte strzechą czy samodziałowe płótna, ale to także takie cechy kultury jak jej archaiczność, prostota czy konserwatyzm. Rodzi to pewne wyobrażenie o grupie, przez które odbiera się, w moim pojęciu, jej sprawczość. Są to bowiem założenia XIXi XX-wiecznego pojmowania kultury ludowej w założeniu traktujące kulturę typu chłopskiego za niższy stan rozwoju społeczeństwa w drodze do wyższej kultury miejskiej. Może są to zbyt daleko posunięte wnioski. Sama jednak podczas mojego miesięcznego pobytu zdałam sobie sprawę z siły wyobrażeń, jakie wynosimy z przeczytanej literatury, zwłaszcza gdy określamy ją mianem naukowej. Jak dobrze ujmuje to Ardener, nadawanie określonej identyfikacji z zewnątrz wcale nie świadczy o rzeczywistym jej istnieniu.

298

Nazywając kogoś Bojkiem nie ograniczamy się jedynie do określonego aktu językowego. Za pojęciem „Bojko” idzie bowiem całe spectrum wyobrażeń go dotyczących23. Tym samym postuluję nie tylko uważniejsze przyjrzenie się definicjom i opisom zawartym w literaturze, ale także większą świadomość przy ich tworzeniu. Odkąd wróciłam z Libuchory borykam się z problemem opisu doświadczonej przeze mnie rzeczywistości, bo przecież „jakoś ją trzeba nazwać”? Może drogą do rozwiązania tego problemu jest próba opisu ludzi z punktu widzenia ich lokalności? Nie pisanie o całym regionie, a o konkretnym miejscu – „tutejszości” jego mieszkańców? Na zakończenie chciałabym przytoczyć wypowiedź mojego gospodarza w Libuchorze – Pana Mikołaja. Kolejny raz pytany przeze mnie o Bojkowszczyznę i Bojków mocnym i pewnym głosem odpowiedział: Jacy my tam Bojkowie jesteśmy?! My tu Pikujowe!

Bibliografia
Ardener E. 1992 Tożsamość i utożsamianie, Prace Socjologiczne z.15, s. 21-41. Barth F. 2004 Grupy i granice etniczne: społeczna organizacja różnic kulturowych [w:] red. M. Kempy, E. Nowicka, Badanie kultury. Elementy teorii antropologicznej, Kontynuacje, Warszawa, s. 348377. Buchowski M. 1991 Kultura ludowa – mit czy rzeczywistość? Dyskusja wokół pojęcia „kultura ludowa”, odpowiedzi na ankietę, Lud t. 74, s. 178181.
23

Interesującym przykładem jest artykuł na temat Libuchory, jaki ukazał się na łamach „Życie na gorąco” romantycznie opisującym twarde i rozśpiewane życie Bojków – ludzi, którzy nie chcą, aby dotarła do nich cywilizacja.

299

Chwieduk A. 2007 Jakiś czas po badaniach w Alzacji. Kilka myśli o możliwościach antropologicznego badania tożsamości grupowej i „realiach pogranicza” [w:] red. R. Szwed, Dylematy tożsamości zbiorowych. Przyczynek do rozważań nad tożsamością ukraińską, polską i europejską, Lublin, s. 25–37. Clifford J. 2004 Praktyki przestrzenne: badania terenowe, podróże i praktyki dyscyplinujące w antropologii [w:] red. M. Kempy, E. Nowicka, Badanie kultury. Elementy teorii antropologicznej. Kontynuacje, Warszawa, s. 139–179. Falkowski J., Pasznycki B. 1935 Na pograniczu łemkowsko – bojkowskim. Zarys etnograficzny, Lwów. Gudowski J. 1997 Ukraińskie Beskidy Wschodnie, Warszawa. Hastrup K. 2008 Droga do antropologii. Między doświadczeniem a teorią, Kraków. Jasiewicz Z. 1991 Kultura ludowa a ludowość kultury. Dyskusja wokół pojęcia „kultura ludowa”, odpowiedzi na ankietę, Lud t. 74, s. 191–196. 1987 Grupa etnograficzna [w:] red. Z. Staszczak, Słownik etnologiczny, Poznań – Warszawa, s. 147–149. Kopernicki I. 1889 Charakterystyka fizyczna Górali ruskich na podstawie własnych spostrzeżeń na osobach żywych, Zbiór Wiadomości do Antropologii Krajowej, t. XIII, Kraków, s. 1-34. Maćkiewicz J. 1990 Kategoryzacja, a językowy obraz świata [w:] red. J. Bartmiński, Językowy obraz świata, Lublin, s. 47–55. Obrębski J. 1936 Problem grup etnicznych. Recenzja książki Jana Falkowskiego i Bazylego Pasznyckiego Na pograniczu łemkowsko – bojkowskim, Sprawy Narodowościowe 10, nr 1-2, s. 168-172. Omiljanowicz M. 2006 Ostatnia enklawa Bojkowszczyzny, Życie na gorąco 34/2006, s. 8–9. Osadnik H., Wesołkin W. 2005 Osobliwości Bieszczadów Wschodnich, Lublin. Ossendowski F. A. 1939 Karpaty i Podkarpacie, Poznań.

300

Piątkowska K. 1991 Kultura ludowa – kultura typu ludowego. Dyskusja wokół pojęcia „kultura ludowa”, odpowiedzi na ankietę, Lud t. 74, s. 202206. „Płaj. Almanach karpacki” 6, Warszawa 1993. Reinfuss R. 1939 Ze studiów nad kulturą materialną Bojków, Rocznik Ziem Górskich, Warszawa, s. 238-278. Wasilewski L. 1926 Na Rusi podkarpackiej, Przegląd Współczesny 19, s. 336–347. Zawistowicz K. 1939 Z wędrówki po południowo – zachodnich krajach podkarpackich, Ziemia 14(5), s. 69–72.

Abstract Do we have the Bojko ethnographic group in the district of Bojkowszczyzna at the present? Firstly, this question might sound obvious. In my speech I want to consider, how the ethnographic description of this group of Carpathian highlanders in the past have defined their identity now. First of all, they were described by the first polish ethnographers in XIX. and XX. century in the fascination of the polish folk culture. Then the next generation of social researcher just have copied this style of description. So still they have identified this highlanders by the name of Bojkowie. Nobody has considered that the socio-economic and especially cultural reality of the Carpathian villages have changed. Moreover, nobody has wanted to answer questions like – with what nationalities their citizens identify today? What they feel they are now? My speech is based on my ethnographic fieldwork in Libuchora – one of the village in Carpathian mountains in Ukraine. It is well-known because of the artifacts of folk culture, which still existed there. Basing on my research – especially on the participant observation method, I want to show the meaning of this folk cultural relicts for the present villagers.

301

I will try to answer the question – may we call the Carpathian highlanders by the name of Bojkowie today when nobody identifies with this name? Important part of my speech is the presentation of my photographic materials collected during my fieldwork in Libuchora (in 2006 and 2008).

302

Przemysław Piwowarczyk MISH Uniwersytet Śląski Katowice

Argument starszeństwa w apologetyce żydowskiej i chrześcijańskiej do końca II w. n.e.
Wstęp Aby wyjaśnić czym jest apologetyka posłużę się definicją Aryeh Kashera (1996, s. 144):
Apologetyka [ἀ πολογηηική] jest sztuką obrony, to jest metodą uspra-wiedliwienia lub uzasadnienia, przyjętą przez osobę lub grupę osób (czy to w mowie czy na piśmie) przeciw atakom lub zniesławieniu, z zamiarem wyjaśnienia pewnych punktów nieporozumienia, będą-cych zarzewiem błędnych interpretacji, i obrony określonych kwestii, które stanowią obiekty krytyki i szyderstwa.

W świecie antycznym panował właściwie konsensus co do tego, że dawne czasy były epoką świetności, od której ludzkość systematycznie się oddala. Stąd być może wywodzić należy kolejne przekonanie, że im dłuższą tradycją może pochwalić się dana kultura tym więcej czerpie ona ze świetności dawnych czasów1. Naród, który mógł wykazać swoją autochtoniczność, to jest iż żył na danej ziemi od „zawsze”, jednocześnie mógł szczycić się, że to od niego wywodzą się wszystkie wynalazki kultury, które młodsze narody jedynie przejmowały. Naród zaś, który pojawił się niedawno miał status, jak to określa Drodge (1996, s. 125) second-hand
1

Przekonanie to było zasadniczo wspólne zarówno Grekom, jak i Żydom. U tych ostatnich idee lepszej, mesjańskiej przyszłości nie były jeszcze bynajmniej sprecyzowane i powszechne, bowiem do 70 r. n.e. los Żydów, nawet jeśli pod obcym panowaniem, toczył się bardzo pomyślnie.

303

culture. Tę myśl prosto wyraził sam Józef Flawiusz (Josephus, Contra Apionem II 152):
Każdy naród stara się swoje instytucje wywieść z jak najodleglejszej przeszłości, aby nie wydawało się, że naśladuje obce wzory, ale że sam wskazał innym drogę, jak żyć według prawa.

Powyższego rozumowania właściwie nikt w antyku nie podawał w wątpliwość2. Kiedy będziemy zatem zadawać sobie pytanie dlaczego Żydzi i chrześcijanie uważali w pierwszym rzędzie za niezbędne właśnie podkreślenie swej dawności miejmy w pamięci zdanie M. Hardwicka (1996, s. 374), iż dla intelektualistów w antyku:
Związek między starożytnością a autorytetem nie jest postulatem podawanym w wątpliwość czy uważanym za konieczny do udowodnienia [...] jest zasadniczym elementem kultury.

1. Spór o starszeństwo w tradycji greckiej Wśród Greków już w V wieku p.n.e., poczynając od Herodota zdawano sobie sprawę, iż rozstrzygnięcie problemu starszeństwa jest połączone z określeniem hierarchii zależności cywilizacyjnych między narodami. Herodot wyraźnie wskazał kogo uważać należy za najstarszy naród ekumeny, którego państwowość, sięgając po czasy bogów liczy ponad siedemnaście tysięcy lat3. Herodot przyznaje iż, poza roz2

Grant (1947, s. 189) wskazuje na Arnobiusza (przełom III/IV wieku n.e.) jako przykład odmiennego myślenia. W swej apologii, atakując pogan powołujących się na dawność swych poglądów mówi on o starożytności jako o „matce przepełnionej błędami (errorum plenissima mater)”. 3 Herodotus, Historiae II 43 (Herodot podaje tu czas trwania państwa egipskiego od czasów Heraklesa, który należał do drugiego pokolenia bogów władających Egiptem do faraona Amazysa, który panował do 526 roku p.n.e.). Herodot przytacza ponadto przekaz o swoim poprzedniku Hekatajosie z Miletu: „Gdy przede mną historyk Hekatajos podawał w Tebach swój rodowód i ród ten po ojcu odnosił do boga jako do szesnastego przodka, uczynili mu kapłani Zeusa to samo co mnie, który swego rodowodu nie podawałem. A mianowicie wprowadzili mnie do wnętrza świętego przybytku, któ-

304

licznymi innymi urządzeniami4, nawet bogowie, a przynajmniej wiedza o nich, dotarła do Hellenów od Egipcjan (Herodotus, Historiae II 43. 50. 52). W oczach Herodota świadectwo Egipcjan uwiarygodnia fakt iż Egipcjanie [...] lata stale liczą i stale zapisują (Herodotus, Historiae II 145). Tradycję tę umocniła stylizowana na historyczną rama fabularna platońskiego Timajosa (Platon, Timaeus 22b):
Wtem jeden z kapłanów [egipskich] bardzo starych zawołał: «Solonie, Solonie, wy Grecy jesteście zawsze młodzi, a Grek stary w ogóle nie istnieje»

Platon uznawał wprawdzie istnienie jakichś dawnych Greków, pamięć o których zachowała się jednak tylko u Egipcjan, bowiem Grecy po każdorazowym kataklizmie mieli tracić łączność z przeszłością. Egipt zaś, chroniony przez Nil, zachował ciągłość dziejów. Platoński kapłan kontynuuje (Platon, Timaeus 23a):
Gdy u was lub w naszym kraju [...] zaszło coś pięknego lub wielkiego, lub dla innych względów zadziwiającego, wszystko to od starożytności jest tu zapisane i w świątyniach zachowane i strzeżone.

Platon nie lokuje dziejów Egiptu tak głęboko w przeszłości, jak uczynił to Herodot. Niemniej i dla niego gwarantem dawności jest istnienie tradycji literackiej. Kapłan egipski w Timajosie szacuje (Platon, Timaeus 22c):
Nasze Księgi święte podają 8000 lat od chwili zorganizowania tego kraju. Zatem przedstawię ci pokrótce prawa waszych ziomków, którzy żyli przed 9000 lat.
ry był wielki i pokazując wyliczali mi je [posągi kolejnych, następujących po sobie arcykapłanów] w takiej liczbie, jaką wyżej wymieniłem [...] Wykazali to o wszystkich trzystu czterdziestu pięciu kolosach [poprzednio Herodot pisze o 341 arcykapłanach], nie wywodząc ich ani od boga ani od herosa” (Herodotus, Historiae II 142) 4 Rok słoneczny (II 4); procesje błagalne, pochody i zgromadzenia (II 57); pewne tabu związane z odzieżą (II 81); dni i miesiące poświęcone bogom (II 82).

305

Zatem Ateny były miastem starym, cóż jednak, kiedy sami Ateńczycy sięgali pamięcią zaledwie nieco wcześniej niż ostatni potop, nie mając żadnego poglądu, który by pochodził od starej tradycji, ani żadnej nauki wyblakłej przez czas (Platon, Timaeus 22c). Najistotniejszy dla nas jest fakt, iż sami Grecy byli w stanie uznać starszeństwo tradycji wschodnich, przede wszystkim egipskiej, nad własną. W okresie po podbojach Aleksandra Grecy weszli w ścisły kontakt z narodami o starej tradycji. Przeświadczenie o pierwszeństwie Egipcjan przed wszystkimi innymi narodami zostało w owym czasie na trzy wieki ustalone przez Hekatajosa z Abdery, w którego opisie Egiptu zarówno Grecy, jak i Żydzi byli wywiezieni właśnie od nich. Hekatajos pisał o rozlicznych koloniach, które z Egiptu zasiedliły cały świat; Belus udał się do Babilonu, Danaos do Argos, podobnie Żydzi, Kolchowie, a nawet Ateńczycy5. Zaznaczyć należy, że tak szlachetny rodowód, dzielony z Ateńczykami, nie poniżał samych Żydów. Zresztą niektórzy żydowscy pisarze hellenistyczni, jak Artapan czy Filon, chętnie się do niego przyznawali (Drodge 1996, s. 133-134). Elity ludów Wschodu, zwłaszcza kapłańskie, mimo politycznej podległości starały się zaprezentować zdobywcom jako narody o pradawnej tradycji, którą mogłyby szczycić się przed Grekami. Spisywano zatem po grecku dzieła historyczne, wyraźnie adresując je do greckich władców i ich otoczenia. W Egipcie dzieło takie stworzył Manethon, w Babilonii Berossus, w Fenicji starało się to uczynić kilku autorów. Nurt ten G. Sterling (1992, s. 135-136) nazywa „historiografią apologetyczną”. Z tego pnia wywodzą się także apologie będące przedmiotem mojej szczególnej uwagi.
5

Diodorus Siculus, Bibliotheca historica I 28, 1–29, 5. Diodorus Siculus, Bibliotheca historica XL 3, 1-8 apud: Photius, Bibliotheca, cod. 244 (gdzie Diodor z imienia wskazuje na Hekatajosa jako swe źródło). Zostaje poruszony ten sam temat, tym razem jednak mowa o cudzoziemcach wygnanych z Egiptu. Wśród nich są Danaus i Kadmos, a także Mojżesz na czele Żydów.

306

Z kolei systematyczna chronologia była dziełem uczonych aleksandryjskich. Pierwszym jej przedstawicielem był Eratostenes z Cyreny, który w swym dziele O Chronologii uporządkował wydarzenia od upadku Troi do śmierci Aleksandra. On też uznał upadek Troi za pierwsze pewne wydarzenie w dziejach, linię demarkacyjną między mitologią i historią, oraz datuje je na 1184 rok p.n.e. wedle naszej rachuby dziejów. Jego dzieło rozwijali, m. in. Apollodor z Aten w Kronice i Kastor z Rodos w dziele pod takim samym tytułem. Sam Apollodor ograniczył się do dziejów Grecji, ale wkrótce po nim pojawiła się kronika (tzw. pseudo-Apollodor), która łączyła jego pracę z przekazami o Babilonii i Egipcie, która głosiła starszeństwo tych ostatnich. Niejako w odpowiedzi na nią Kastor z Rodos usilnie starał się udowodnić, iż Grecy mają równie dawne pochodzenie jak narody Wschodu. Zignorował przekazy egipskie, a jako źródła do historii Babilonii użył Ktezjasza. Nie ma u niego wzmianki o Żydach6. Wyprowadził też długą listę władców Sykionu, z których pierwszy, Egialus, miał objąć tron w tym samy roku co Ninus, pierwszy król Asyrii, to jest w 2123 roku p.n.e.7 W I wieku p.n.e. Aleksander Polihistor posługiwał się już jakąś synchronizacją dziejów powszechnych i biblijnych. Ostateczna powszechna synchronizacja, którą Wacholder przedstawia jako Mojżesz – Ogygus – Inachus – Amosis – Belochus, którzy reprezentują odpowiednio Żydów – Ateny – Argos – Egipt – Babilon, być może pochodzi od Justusa z Tyberiady8. Można jednak zauważyć, że niektórzy pogańscy autorzy (Polibiusz, Flegon, Porfiriusz) umieszczali Mojżesza,
6

Józef (Josephus, Contra Apionem I 6) pisze o poglądach podzielanych w jego czasie: „Zdumiewają mnie poglądy, według których w sprawach najdawniejszych wydarzeń należy zwracać się jedynie do Greków i od nich dowiadywać się prawdy, natomiast ani nam ani innym ludziom nie można dawać wiary”. 7 B. Z. Wacholder, Biblical Chronology in Hellenistic World Chronicles, HTR 61 (1968), s. 464. 8 B. Z. Wacholder, Biblical Chronology in Hellenistic World Chronicles, HTR 61 (1968), s. 475.

307

a co za tym idzie i pochodzenie Żydów, w odległej przeszłości, u początku dziejów9. Nie było to jednak powszechne, stąd Józef mógł napisać (Josephus, Contra Apionem I 2):
Na dowód stosunkowo późnego pojawienia się naszego narodu, przytacza się okoliczność, że sławni historycy greccy nie uznali go godnym jakiejkolwiek wzmianki.

Przeciwko pretensjom Żydów do dawności wystąpili pisarze z kręgu egipsko-aleksandryjskiego10. Starając się pomniejszyć znaczenie Żydów uderzyli w ich antyczny i szlachetny rodowód. Zdaniem Apiona wyjście, a raczej wypędzenie nieczystych, miało miejsce w osiemnastym roku rządów Bokchorisa to jest w 753 roku p.n.e. (Josephus, Contra Apionem II 17). Po roku 70 n.e. ta datacja znajduje posłuch w Rzymie, co widzimy u Tacyta11, Apion podaje tradycję Hekatajosa à rebours. W ten sposób została odwrócona pozytywna u Hekatajosa relacja pochodzenia łącząca Egipcjan i Żydów (Drodge 1996, 136-137). W takich warunkach u schyłku I i w początkach II wieku n.e. powstawała żydowska apologia absolutnego starszeństwa Józefa Flawiusza i będąca jej kontynuacją apologetyka chrześcijańska. Apologeci chrześcijańscy II wieku n.e., o których będzie mowa, aby uwiarygodnić swoją nową drogę musieli znaleźć oparcie w dawnej tradycji, co nie oznaczało jednak wcale, że uznawali za konieczne wyjaśnić czytelnikowi dlaczego Kościół poczuwa się do wspólnego dziedzictwa z judaizmem12. Apologia Józefa stała się jednak dla
B. Z. Wacholder, Biblical Chronology in Hellenistic World Chronicles, HTR 61 (1968), s. 476-477. 10 Na temat konfliktu egipsko-żydowskiego w Egipcie patrz: Meleze-Modrzejewski 2000, s. 171-175, 203-230. 11 Tacitus, Historiae V 3, 1. Mimo tego Tacyt uznaje zasadniczo antyczny rodowód Żydów. 12 Prawdopodobnie, wbrew swym adresom były one kierowane głównie do samych chrześcijan, którzy z tego związku zdawali sobie sprawę, nie zaś do nieświadomych genezy chrześcijaństwa pogan (Hardwick 1996, s. 377-378).
9

308

pisarzy chrześcijańskich wzorcową apologią starszeństwa (Droge 1996, s. 115). 2. Apologie wykorzystujące argument starszeństwa 2.1. Józef Flawiusz (około 37 – po 100 n.e.) – autor apologii, której pierwotny tytuł brzmiał zapewne O dawności Żydów, a obecnie używa się późniejszej nazwy Przeciw Apionowi. Napisał ją niedługo po 94 roku n.e. Wyraźnie spóźniony wobec Menethona i Berossosa, pod koniec I wieku n.e. wydał po grecku dzieje swojego narodu Dawne Dzieje Izraela. Jak sam wyznaje (Josephus, Antiquitates I 2):
Niniejszą zaś pracę podejmuję w nadziei, iż wszystkim Grekom wyda się ona godna uwagi, jako że księgi te mają przedstawić, w oparciu o pisma hebrajskie, całość naszych dawnych dziejów i ustroju państwowego.

Obejmowała ona pięć tysięcy lat (Josephus, Antiquiates I 13; Contra Apionem I 1); 3000 lat od stworzenia świata do Mojżesza (Josephus, Contra Apionem I 39.) i 2000 lat od Mojżesza do Tytusa. Józef podjął się jednak napisania jeszcze jednego dzieła, które miało rozwiać oszczerstwa rozsiewane przez „pewnych ludzi” odnośnie Dawnych dziejów (Josephus, Contra Apionem I 2.):
Bardzo wielu dając posłuch oszczerstwom [...] nie ma zaufania do tego, co napisałem, a na dowód stosunkowo późnego pojawienia się naszego narodu przytacza się okoliczności, że sławni historycy greccy nie uznali go godnym jakiejkolwiek wzmianki.

Józef wykorzystał w swej apologii pokaźną liczbę źródeł, po części czerpiąc zapewne ze wcześniejszych zbiorów służących podobnym celom. 2.2. Tacjan Syryjczyk (1 połowa II wieku n.e. – po 172 n.e.) – autor Mowy do Greków. Jej datacje mocno się różnią – od

309

155 n.e. do około 170 n.e. (Misiarczyk 2004, s. 308). Tacjan korzystał dla ustalenia chronologii z głównie z Berossosa i Ptolemeusza z Mendes (przez Apiona). Brak natomiast wyraźnych dowodów na wykorzystanie Przeciw Apionowi, choć nie jest to wykluczone (Schreckenberg 1966, s. 66). Tacjan datuje pewne wydarzenia wedle olimpiad, nie próbuje złożyć jednak pełnej chronografii. Co ciekawe Tacjana w jego apologii trudno rozpoznać jako chrześcijanina. Imię Jezusa nie pojawia się ani razu, podobnie jak terminy „Chrystus” czy „Kościół” . W jednym tylko miejscu wspomina mękę Jezusa pisząc o „cierpiącym Bogu”13. 2.3. Teofil z Antiochii (około 120 – 185 n.e.) – autor apologii Do Autolyka. Napisał ją po 180 roku n.e. (Misiarczyk 2004, s. 374). Jest pierwszym autorem chrześcijańskim, który ułożył schemat dziejów począwszy od Adama do swych własnych czasów. Stanowi on istotny element jego apologii, która nie wywarła jednak wpływu na innych autorów, zapewne dlatego, że nie umieścił w niej wydarzeń z życia Jezusa Chrystusa. Teofil w ogóle nie zaznacza granicy między judaizmem a chrześcijaństwem. Korzysta z Józefa Flawiusza (i zawartych u niego cytatów z Manethona, Berossosa i Menandra), Tallosa i Chryzerosa Nomenklatora. Pierwszeństwo w chronologii przyznaje jednak Septuagincie (Grant 1947, s. 190-191). 3. Struktura argumentu starszeństwa 3.1. Dawność znaczy prawdziwość Autolyk, poganin, do którego Teofil skierował swą apologię, nie zarzucał Pismu, że jest niespójne czy zawiera bałamutne treści, ale właśnie, iż jest (Theophilus, Ad Autolycum III 1, 1.) „zbyt nowe i nowoczesne” (οἰ òμενος προσυάτοσς καὶ νεωτερικὰ ς εἶ ναι τὰ ς παρ' ἡ μῖ ν γραυὰ ς). Dlatego to
13

Tatianus, Oratio ad Graecos 13, 6. Na temat teologii Tacjana i wykorzystania przez niego Pisma patrz: Hawthorne 1964, s. 161-188.

310

III księga apologii ma wykazać mu przede wszystkim starożytność Pisma i żydowskiej (a zatem i chrześcijańskiej) tradycji. W takim to celu Teofil czuł się w obowiązku dać czytelnikowi pierwszą chrześcijańską chronologię dziejów świata (Theophilus, Ad Autolykum III 28,1-7):
Od założenia świata czas mógłby więc zostać podsumowany w ten sposób: od stworzenia świata do potopu upłynęło 2242 lata, od potopu do urodzenia się syna naszemu protoplaście Abrahamowi 1036 lat, od narodzin Izaaka, syna Abrahama, do pobytu narodu na pustyni z Mojżeszem 660 lat, od śmierci Mojżesza i początków rządów Jozuego, syna Nuna aż do śmierci naszego patriarchy Dawida 498 lat, od śmierci Dawida i królestwa Salomona do pobytu narodu wybranego w ziemi babilońskiej 518 lat, 6 miesięcy i 10 dni, od panowania Cyrusa do śmierci cesarza Aureliusza Werusa 741 lat. Cały więc czas od stworzenia świata liczy 5695 lat wraz z bieżącymi miesiącami i dniami.

Wyjaśnia również powody, które skłoniły go do ułożenia takiej chronologii (Theophilus, Ad Autolykum III 16, 1.):
Teraz natomiast chcę, z Bożą pomocą, zwrócić twoją uwagę na chronologię, abyś mógł przekonać się, iż nasza nauka nie jest ani nowa, ani mityczna, lecz starsza i prawdziwsza niż wszyscy poeci i hisδης ἐ ζηὶ ν ὁ καθ' ἡ μᾶ ς torycy [ λòγος, ἀ λλ' ἀ ρταιòηερος καὶ ἀ ληθ ζηερος νηων ποιηη ων], którzy opisywali rzeczy, nic o nich nie wiedząc.

Teofil zaangażował swą erudycję aby udowodnić dawność chrześcijaństwa. Nie dawał, co prawda w swym wywodzie wiary autorom greckim, nigdzie jednak nie wątpi, że dowiedzenie starszeństwa (czyli metoda podzielana przez całą starożytność pogańską, jest właściwą drogą dla ukazania wartości chrześcijaństwa).

311

3.2. Tylko świadectwa pisane dowodzą dawności tradycji U Józefa gwarantem dawności i trwałości jest posiadanie świętych ksiąg i dokumentów, w których gromadzono wiedzę o dawnych zdarzeniach. Józef (Josephus, Contra Apionem 22.) nie rozważa dawności tradycji, która nie znajduje odzwierciedlenia w tekstach: cóż powiedzieć o Arkadyjczykach, którzy chlubią się swoim starodawnym pochodzeniem? Wszak oni z trudem i jeszcze późnej [niż Ateńczycy] nauczyli się pisać. Dlaczego tak jest pokazuje Teofil (Theophilus, Ad Autolykum III 2, 1.):
Pisarze bowiem powinni albo być naocznymi świadkami opisywanych wydarzeń, albo dokładnie dowiedzieć się wszystkiego od tych, którzy widzieli. Ci bowiem, którzy opisują rzeczy nieznane, podobni są do biczujących powietrze.

Mamy więc przełożenie: świadectwo pisane pochodzące od wiarygodnego autorytetu (żonglerka autorytetami to inny punkt debaty o pierwszeństwo) gwarantuje prawdziwość opisu; dawny autorytet, jak Mojżesz opowiada zatem wiarygodnie o dawnych dziejach. 3.3. Grecka tradycja literacka jest bardzo młoda Znał Józef argumentację kapłana z platońskiego Timajosa (Josephus, Contra Apionem I 7.):
U Greków, jak można stwierdzić, wszystko dzieje się niedawno, by tak rzec, wczoraj lub przedwczoraj; mam tu na myśli zakładanie miast, wynalezienie sztuk i spisanie praw, a już chyba do najpóźniejszych ze wszystkich osiągnięć należy pisanie historii.

Po pierwsze bowiem (Josephus, Contra Apionem I 20.):
Grecy w pierwotnych czasach nie przejawiali troski o zapisywanie bieżących wydarzeń w dokumentach publicznych.

312

Po drugie zaś (Josephus, Contra Apionem I 12.):
W ogóle w literaturze greckiej nie można znaleźć żadnego bezspornego dzieła starszego od poezji Homera, który przecież, jak wiadomo, żył po wojnie trojańskiej.

Historię natomiast jako pierwsi pisali wśród Greków Kadmos z Miletu i Akusilaos z Agros, którzy żyli na krótko przed wojnami perskimi (Josephus, Contra Apionem I 13.). Tacjan zaczyna swoją mowę w tym samym duchu (Tatianus, Oratio ad Graecos 1, 1.):
Nie bądźcie Grecy, aż tak bardzo wrogo nastawieni do barbarzyńców, ani też nie oceniajcie źle ich nauk. Któraż to bowiem z waszych instytucji nie pochodzi od nich?

Podobnie także Teofil (Theophilus, Ad Autolykum III 30, 1):
Grecy nie przedstawiają więc pełnej prawdy historycznej: po pierwsze dlatego, że dość późno zetknęli się z tekstami pisanymi, co zresztą sami przyznają, twierdząc, że pismo wynaleźli Chaldejczycy, Egipcjanie albo Fenicjanie; a po drugie dlatego, że błądzili i nadal błądzą, ponieważ nie zajmują się Bogiem, lecz czynami błahymi i bezużytecznymi.

3.4. Narody Wschodu, a zwłaszcza Żydzi, mają długą, utrwaloną na piśmie tradycję Józef grupuje Żydów razem z innymi ludami Wschodu przeciwstawiając ich Grekom:
Egipcjanie, Chaldejczycy i Fenicjanie – że na razie nie umieszczę na liście razem z nimi naszego narodu – mają, jak to przyznają sami Grecy bardzo starą i utrwaloną tradycję historyczną [ ηην ἔ τειν ηῆ ς δοζιν] (Josephus, Contra Apionem I

313

8.). [...] U Egipcjan i Babilończyków troska o kroniki i badanie ich spoczywały w rękach kapłanów [...] Nasi przodkowie okazywali taką samą, a nawet, pozwolę sobie powiedzieć, większą dbałość o swoje kroniki niż wspomniane narody (Josephus, Contra Apionem I 28 - 29.). [...] Tylko prorocy mieli ten przywilej [pisania historii], otrzymując wiedzę o zamierzchłych i dawnych czasach z natchnienia bożego i opisując jasno współczesne im wypadki, jak się wydarzały (Josephus, Contra Apionem I 37). [...] Zawierają one [nasze księgi] kronikę od zarania dziejów i słusznie są uznane [jako boskie] za wiarygodne (Josephus, Contra Apionem I 38.).

Tacjan wymieniając wynalazki ludów Wschodu pisze (Tatianus, Oratio ad Graecos 1, 1-2.):
Fenicjanie, poprzez odkrycie pisma wynaleźli wiedzę [...] dziejopisarstwa [nauczyli was] kronikarze spośród Egipcjan.

Gdy wreszcie pisze o swym nawróceniu podstawową rolę pełnią w nim właśnie dawne pisma (Tatianus, Oratio ad Graecos 29, 2.):
[…] wpadły mi w ręce pewne pisma barbarzyńskie, starsze od nauk Greków, bardziej jednak boskie niż błędy tamtych [ γμαηα].

Podobnie pisze Teofil (Theophilus, Ad Autolykum III 26, 1.):
Nasze święte księgi są starsze i prawdziwsze niż pisma Greków i Fenicjan, czy też jakiegokolwiek innego historiografa [ μμαηα ηὰ καθ' ἡ μᾶ ς εἶ ναι ηῶν καθ' Ἕλληνας καὶ οσς, ἢ εἰ ηινας ροσς θοσς].

Co więcej, mimo iż Teofil przyznaje, że Żydzi wyszli z Mojżeszem z Egiptu, to i tak zaznacza, że księgi żydowskie

314

starsze są od wszystkich innych, zatem także od egipskich (Theophilus, Ad Autolykum III 20, 6.). Ważne jest z jakiego powodu apologeci kładą tak duży nacisk na pisarstwo historyczne. Otóż oni sami, a zwłaszcza Józef, występują w swej apologii jako historycy, żonglując datami i imionami, aby nadać swemu dziełu wiarygodność (Kasher 1996, s. 183). Chcąc zdobyć zaufanie czytelników muszą siłą rzeczy podważyć autorytet swych oponentów, a właśnie wskazanie na niedługą tradycję greckiego dziejopisarstwa (w porównaniu z długą i godną zaufania tradycją ludów Wschodu, zaś Żydów w szczególności) jest zgodne z antyczną metodą. 3.5. Starszeństwo Mojżesza Wszyscy autorzy starali się wskazać, że Mojżesz, a co za tym idzie i święte księgi, których był autorem, są wcześniejsze zwłaszcza od Homera, za tym bowiem szło przekonanie, iż także zawarta w nich nauka posiada większy autorytet niż poglądy wyrażane przez greckich poetów i filozofów (Hardwick 1996, s. 377). Powód, dla którego odwoływano się głównie do Mojżesza, zaś tylko sporadycznie do Abrahama, Noego czy Adama jest taki, iż z całej historii biblijnej tylko on znalazł dla siebie stałe miejsce w kręgu zainteresowań intelektualistów pogańskich (Gager 1972, s. 25-37). Pierwszy Eupolemos w II wieku p.n.e. twierdził w dziele O królach judejskich, że (Clemens Alexandrinus, Stromata I 23, 153):
Mojżesz był pierwszym mędrcem i że pierwszy przekazał Judejczykom znajomość pisma literowego, i że od Judejczyków przejęli je Fenicjanie, a Hellenowie od Fenicjan.

Dla Józefa starożytność Mojżesza była właściwie podstawowym celem do wykazania, dla spełnienia którego zaprzągł całą swą erudycję i zebrał imponujący materiał ze źródeł pogańskich. Sumując swój wysiłek stwierdza tryumfalnie (Josephus, Contra Apionem II 295.):

315

Gdyby te zasady [prawa – przyp. P.P.] wcześniej były u innych narodów zapisane albo z większą wytrwałością przestrzegane, musielibyśmy czuć wdzięczność dla nich, jako ich uczniowie. Skoro jednak okazuje się, że nikt inny tak jak my ich nie przestrzega i, jak dowiedliśmy, my byliśmy pierwszymi, którzy je wynaleźli, to Apionowie, Molonowie i wszyscy, którzy lubują się w kłamstwach i oszczerstwach, niechaj czują się pogrążeni.

Józef poważył się, jak zauważa A. Drodge na dokonanie wyłomu w myśleniu zarówno Greków, jak i, co ważne, także Żydów, o hierarchii starszeństwa. Stwierdził mianowicie, że to Żydom przysługuje starszeństwo absolutne. Józefa nie zadowalał egipski rodowód Żydów, który w świetle aleksandryjskich reinterpretacji Hekatajosa przestał być szlachetny. W swym dziele uczynił Mojżesza założycielem wszelkiej cywilizacji, Egipcjan, Babilończyków a poprzez nich i Greków przedstawił jako czerpiących z dzieła Mojżesza. Było to wywrócenie istniejącego przez kilka wieków względnego konsensusu (Drodge 1996, s. 138-140). Tacjan, co do którego nie wiadomo czy korzystał z Józefa, wyliczył, iż Mojżesz wyszedł z Egiptu za panowania Amosisa w Egipcie, to jest za panowania Inachosa w Argos (to jest około 400 lat przed wojną trojańską) (Tatianus, Oratio ad Graecos 38.1-39.2). Nie starał się jednak wykazać absolutnego pierwszeństwa Mojżesza. Jego celem było bowiem wykazania przede wszystkim starszeństwa Mojżesza wobec Homera (Drodge 1989, s. 96):
Mojżesz istniał dużo wcześniej [od Homera] i jest starszy nie tylko od zdobycia Troi, lecz także od jej założenia, a nawet w ogóle od epoki Trojan i Dardanów. Pokazują to wyraźnie historycy chaldejscy, feniccy i egipscy14

14

Tatianus, Oratio ad Graecos 36,1–36,2. Już wcześniej zresztą nauczyciel Tacjana, Justyn zaznaczył „Platon, gdy mówił «wina jest zawsze po stronie człowieka, który z wolnej wybiera woli, Bóg nie ponosi żadnej winy» przejął tę myśl od Mojżesza,

316

Co innego Teofil, któremu dzieło Józefa było znane; powtarza on tezę o absolutnym starszeństwie Mojżesza (Theophilus, Ad Autolycum III 21, 6.):
Wyraźnie więc widać, że Mojżesz jest starszy od wszystkich pisarzy (zresztą nie tylko on sam, ale i większość proroków, którzy po nim żyli), Chronosa, Belosa i wojny trojańskiej. [...] Mojżesz żył 900 a może nawet 1000 lat przed wojną trojańską.

Co zaś do Egiptu, z którym rzecz nie była tak bardzo prosta, bo nie sposób zaprzeczyć, że Żydzi w nim przebywali, to Teofil stwierdza, że prócz powyższych sama nazwa Egiptu jest młodsza od wyjścia zeń Żydów o prawie 400 lat (Theophilus, Ad Autolycum III 20,7. III 21, 5.). Podsumowanie W kulturze greckiej dawność decydowała o powadze danej tradycji, zaś starodawne księgi z racji zaufania jakim darzono słowo pisane, cieszyły się powszechnym zaufaniem. Chcąc pouczyć Greków o starożytności swej religii Żydzi dołączyli do narodów piszących historie narodowe w języku greckim dla greckiego czytelnika. Ponieważ jednak to roszczenie do starodawności zostało zakwestionowane przez wrogich Żydom autorów, zwłaszcza grecko-egipskich, Józef Flawiusz podjął się obrony żydowskiego starszeństwa. Korzystając z jego apologii jako wzoru, również chrześcijańscy apologeci, przyznając się do łączności z judaizmem, bronili dawności Żydów. Struktura takiej obrony była w miarę stała, jak to zostało przedstawione i wykazywała kilka cech charakterystycznych:

gdyż Mojżesz starszy jest [od Platona] i wszystkich pisarzy greckich” (Justinus, Apologia I 44, 8. por. tamże 23, 1).

317

przekonanie o starszeństwie jako cesze decydującej o wartości danej kultury pozostaje milczącym założeniem; wyraźnie uwidacznia się szacunek dla historii pisanej przy zupełnym braku uwagi dla historii oralnej; Żydzi (i chrześcijanie) przyznają się do pokrewieństwa (cywilizacyjnego) z innymi ludami Wschodu, jakkolwiek wyraźne jest dążenie do przedstawienia tradycji własnej, przez innych tylko zapożyczanej, jako źródła tej wspólnoty; Mojżesz i wyjście z Egiptu traktowane są jako zdarzenia początkujące tradycję żydowską i one w pierwszym rzędzie są przez apologetów datowane.

Bibliografia
Źródła: Clemens Alexandrinus, Stromata Klemens Aleksandryjski, Kobierce zapisków filozoficznych dotyczących prawdziwej wiedzy, przekład, wstęp, komentarze J. NiemirskaPliszczyńska, Warszawa 1994. Diodorus Siculus, Bibliotheca historica Diodorus of Sicily, przeł. C. H. Oldfather, t. I, Books I and II, 1-34, London1946. Focjusz, Kodeks 244, przeł. O. Jurewicz [w:] Focjusz, Biblioteka, t. 4, przekład i komentarz, O. Jurewicz, Warszawa 1996, s. 167-202. Josephus, Antiquitates Józef Flawiusz, Dawne dzieje Izraela, przekład Z. Kubiak, J. Radożycki, komentarz Witold Malej, Warszawa 1997. Josephus, Contra Apionem Józef Flawiusz, Przeciw Apionowi, przeł. i oprac. J. Radożycki [w:]
Józef Flawiusz, Przeciw Apionowi. Autobiografia, Poznań 1986, s. 25-92.

Justinus, Apologia I Justyn Męczennik, 1 Apologia, przeł. L. Misiarczyk [w:] Pierwsi apologeci greccy, przekład, komentarz i wstępy L. Misiarczyk, Kraków 2004, s. 206-270. Herodotus, Historiae Herodot, Dzieje, przeł. S. Hammer, Warszawa 2005.

318

Plato, Timaeus Platon, Timajos, przeł. P. Siwek [w:] Platon, Timajos. Kritias albo Atlantyk, przekład, komentarz i wstepy P. Siwek, Warszawa 1986, s. 18128. Tacitus, Historiae Tacyt, Dzieje, tł. S. Hammer [w:] Tacyt, Dzieła, Warszawa 2004, s. 389596. Tatianus, Oratio ad Graecos Tacjan Syryjczyk, Mowa do Greków, przeł. L. Misiarczyk, [w:] Pierwsi apologeci greccy, przekład, komentarz i wstępy L. Misiarczyk, Kraków 2004, s. 311-355. Theophilus, Ad Autolycum. Teofil z Antiochii, Do Autolika, przeł. L. Misiarczyk [w:] Pierwsi apologeci greccy, przekład, komentarz i wstępy L. Misiarczyk, Kraków 2004, s. 385-364. Opracowania Drodge A. J. 1989 Homer or Moses? Early Christian Interpretation of the History of Culture, Tübingen. 1996 Josephus between Greeks and Barbarians [w:] red. L. H. Feldman, J. R. Levison, Josephus’ Contra Apionem. Studies in its Character and Context with a Latin Concordance to the Portion Missing in Greek., Arbeiten zur Geschichte des antiken Judentums und der Urchristentums XXXIV, Leiden–New York– Köln, s. 115-142. Gager J. G. 1972 Moses in Greco-Roman Paganism, Nashville. Grant R. M. 1947 The Bible of Theophilus of Antioch, JBL 66, nr 2, s. 173-196. Hardwick M. 1996 Contra Apionem and Christian Apologetics Josephus between Greeks and Barbarians [w:] red. L. H. Feldman, J. R. Levison, Josephus’ Contra Apionem. Studies in its Character and Context with a Latin Concordance to the Portion Missing in Greek., Arbeiten zur Geschichte des antiken Judentums und der Urchristentums XXXIV, Leiden–New York–Köln, s. 369-401. Hawthorne G. F. 1964 Tatian and His Discourse to the Greeks, HTR 53, nr 3, s. 161188. Kasher A. 1996 Polemic and Apologetic Methods of Writing in Contra Apionem [w:] red. L. H. Feldman, J. R. Levison, Josephus’ Contra Apio-

319

nem. Studies in its Character and Context with a Latin Concordance to the Portion Missing in Greek., Arbeiten zur Geschichte des antiken Judentums und der Urchristentums XXXIV, Leiden–New York–Köln, s.143-186. Meleze-Modrzejewski J. 2000 Żydzi nad Nilem. Od Ramzesa II do Hadriana, Kraków. Pierwsi Apologeci greccy 2004 przekład, wstepy i komentarz L. Misiarczyk, Kraków. Schreckenberg H. 1996 Text, Überlieferung und Textkritik von Contra Apionem [w:] red. L. H. Feldman, J. R. Levison, Josephus’ Contra Apionem. Studies in its Character and Context with a Latin Concordance to the Portion Missing in Greek., Arbeiten zur Geschichte des antiken Judentums und der Urchristentums XXXIV, Leiden– New York–Köln, s. 48-82. Sterling G.E. 1992 Historiography and Self-definition: Josephus, Luke-acts and Apologetic, Historiography, Leiden–New York–Köln. Świderkówna A. [red.] 1982 Słownik pisarzy antycznych, Warszawa. Wacholder B. Z. 1968 Biblical Chronology in Hellenistic World Chronicles, HTR 61, s. 451-481.

Abstract Ancient history was very often used (and is to some extent used also nowadays) by politicians, political commentators and artists as a magician’s hut, out of which they were taking some anecdotes, edifying examples and spectacular scenes, not to bother themselves about proper understanding of its historical context. Also in the antiquity the history was a matter of dispute, which was carrying on by different groups, or more exactly by elites of those groups. Dispute was concentrated on superiority of some nations over others. The important role played in it an argument from the antiquity. In my paper I want to focus on this particular argument in context of

320

dispute between Jews and Christians against their pagan opponents at the end o 1st and in the 2nd century A. D. Of course this problem did not appear at the turn of the era. When, according to Herodotus, Greek geographer Hecataeus of Miletus derived his lineage from Zeus in 16th generation, in his presence Egyptian archpriest did the same, but 345 generations back and did not reach the divine ancestor (Historiae 2. 142). Greeks usually accepted the antiquity of Egyptians. A good example can be seen in Plato’s Timaeus, where Egyptian priest states: “There is any old Greek at all” (22b). In my paper I use as a source the text of Jospehus’ apology Against Apion (its original title was About the antuquity of the Jews) and two other apologies of Christian authors, who as the heirs of Judaism rising the question of Jewish antiquity. They are: Address to the Greeks of Tatian the Assyrian and Apology of Theophilus of Antioch My aim is to show the importance of an argument form the antiquity in the ancient debate, but the result of my attempt may be also in use for understanding the role it plays in the present day.

321

322

Marcin Jauksz Instytut Filologii Polskiej Uniwersytet im. A. Mickiewicza Poznań

Na pograniczu czasów. Klucze tradycji do Pałuby Karola Irzykowskiego
Jak ten, który dał początek całemu temu ruchowi, przy skonaniu dopiero poczęcie rozjaśniania się myśli swojej widział [...] – tak jest podobieństwo, że i odpowiadające mu zamknięcie sprawy jego skończy.

C. K. Norwid, Jasność i ciemność
Każda epoka nie tylko śni następną, ale też śniąc, pcha ją ku przebudzeniu. Nosi w sobie własny koniec i urzeczywistnia go, jak uczył Hegel, w sposób chytry.

Walter Benjamin, Pasaże Między księgami, między czasami… Narrator i bohater Snów Marii Dunin, noweli otwierającej księgę Pałuby, rozpoczynając opowieść o swoim niezwykłym romansie z tytułową bohaterką utworu, zaznacza, że poznał ją podczas wyprawy archeologicznej, która na skutek tegoż spotkania nabrała nieco innego od planowanego przebiegu. Niezwykła córka przywódcy tajnego Bractwa Wielkiego Dzwonu pokazuje zdumionemu (wydaje się) podróżnikowi zupełnie nieoczekiwane drogi w głąb – drogi, które zaprowadzą bohatera, a za nim słuchaczy jego salonowych opowieści i czytelników noweli Irzykowskiego, nie tyle do skarbów ukrytych w ziemi, co istoty funkcjonowania tychże w przepastnym kontinuum historyczno-kulturalnym. Historia „mająca związek ze sferami mistycznymi” przedstawia bohatera dorastającego do roli mistrza mistyfikacji, jednocześnie

323

jednak w wyraźny sposób wskazuje na jego kompetencje kulturoznawcze, świadomość historyczną pozwalającą mu na pełny i autorytarny udział w tekstowej – być może jedynej – rzeczywistości. Archeologiczna (bo taka jest zadeklarowana profesja narratora) świadomość historycznych warstw świata w tej krótkiej opowieści Irzykowskiego zostaje przekuta w symbol świadomości autorskiej, władzy szczególnych kompetencji poznawczych, kompetencji dostrzegania tego, co jest ukryte, umiejętności odczytania znaków, które często należą do innego czasu, umiejętności zatem zamieszkania poza czasem, w tym, przede wszystkim, poza linearnym czasem narracji. Istotną tezą tych rozważań, funkcjonującą w odniesieniu do wszelkich warstw Pałuby, jest jej absolutna zależność od historycznych uwarunkowań rozwojowych powieści jako gatunku wyrażającego duchowość swojej epoki. W myśl interpretacyjnego projektu falsyfikacyjnego książka Irzykowskiego zajmuje swoje miejsce w systemie historyczno-literackich konieczności jako synteza i program dla swoich czasów. Program, który, naśladując technikę antykwarskich mistyfikacji uczy swego czytelnika samodzielności w kontakcie ze złożonym i wielowarstwowym bytem powieściowym. W Pałubie nie tylko człowiek, jak pisał w swym studium Andrzej Werner (Werner 1965, s. 327 i n.), jest „istotą nieautentyczną, zlepkiem różnych zbiorów przyjmowanych z zewnątrz”, ale też cała powieść układa się po linii psychologicznych mechanizmów analizy narracji. I nie jest to tylko ironiczny i demaskujący mechanizm odniesienia się do współczesnych Irzykowskiemu głównych prądów literackich. Ironia u Irzykowskiego funkcjonuje bowiem w o wiele szerszym wymiarze, tak że trudno nazywać ją wciąż ironią. W Pałubie dochodzi do demaskacji literatury jako takiej i objęcia całej jej historii w jednym artystycznym geście poprzecznego cięcia, które ma wyprowadzić powieść i jej czytelnika z dotąd zamieszkiwanego „domu epistemologicznej

324

niewoli” (Werner 1965, s. 340): Miarą realizmu jest dla Irzykowskiego efektywność poznawcza danej konstrukcji – pisze w swym analizującym Pałubę tekście Werner, ale też „realizm” Irzykowskiego przezwycięża sam siebie i funkcjonuje wielopłaszczyznowo na kolejnych szczeblach twórczej autodemaskacji. Najistotniejszym jednak wkładem badacza, który w połowie lat 60. interpretował wielopiętrową konstrukcję Irzykowskiego, jest zdefiniowanie Snów Marii Dunin jako przedmiotu bezlitosnej parodii dokonanej w tekście głównym książki i tym samym jako ważnego elementu w strategii gry z literacko współczesnym odbiorcą i konkretną konwencją literacką. Pomijając element parodystyczny, z którym można i należy polemizować, istotne jest, że w tej interpretacyjnej tezie zasugerowane zostaje po raz pierwszy „biblioteczne” założenie, które mógł mieć Irzykowski, pozwalając istnieć Snom Marii Dunin poza tekstem głównym Pałuby i zamiast wykorzystać technikę szkatułkową, sprowokować „dialog” dwóch zależnych od siebie historii na płaszczyźnie intertekstualnej wewnątrz jednej książki. Ten eksperymentalny zabieg (dodać do szeregu należy jeszcze dwa teksty krytyczne zamykające tom) tworzy szczególną bibliotekę lub – jeśli wybrać metaforykę malarską – muzeum, które wyzwala potencjał ukryty w kolejnych warstwach palimpsestowo zbudowanego „wielodzieła”. Pałuba to wieloksiąg, który umieszcza niezależne płaszczyzny tekstu obok siebie i czyni z nich jedną całość, układ znaczący – równie istotny jak dobrze zaplanowana ekspozycja w sali muzealnej. „Wystawa” Irzykowskiego prowadzi z kumulacją dzieł kultury ten sam dialog negacji, jaki z formułą muzealnego bytowania dzieł prowadził Paul Valéry, wskazując na nieproporcjonalność między nakładami potrzebnymi na stworzenie tylu arcydzieł a wysiłkiem poświęconym na ich „lekturę”, gdy zgromadzone zostają w jednym miejscu (Valéry 2005, s. 89):
Nasze skarby przygniatają nas i ogłuszają. Konieczność ich gromadzenia w jednym miejscu zwiększa smutek i oszołomienie efektem

325

końcowym. [...] Owoc tysięcy godzin, które tylu mistrzów zużyło rysując i malując, działa przez kilka chwil na nasze zmysły i umysł. A przecież były one godzinami lat poszukiwań, doświadczeń, uwagi, geniuszu! Nieuchronnie musimy ulec. Co robić? S t a j e m y s i ę powierzchowni.

Dramat nowoczesnego odbiorcy jest dramatem wymuszonej naiwności, recepcji pospiesznej, niedoskonałej, nieadekwatnej. Krytyka literacka Irzykowskiego wychodzi od bardzo podobnych obserwacji, a Pałuba jako taka stanowi jej pierwszy zryw, który ma nauczyć czytelnika innego funkcjonowania w zastanej przestrzeni kultury. Skoro bowiem zmienił się świat znaków, musi się zmienić również sposób ich kodowania i odbioru, tak, by cudowność, która obok tajemnicy jest głównym żywiołem poezji, mogła wciąż cucić świat: „utrzymywać ducha ludzkiego wciąż na owym pograniczu, gdzie trwa jeszcze zdziwienie czy przebudzenie” (Irzykowski 1975, s. 572). Odpowiedzialny twórca, za jakiego pragnął uchodzić Irzykowski, chce nauczyć swoją współczesność właściwej jej estetyki i poddawać własne sądy nieustannej weryfikacji – tylko w takiej formule epoka może pozostać prawdziwie nowoczesną i jednocześnie poetycką: w stanie nieustannie „grożącego” zdziwienia. Tymczasem – pisał w 1921 roku Irzykowski, wspominając zresztą Pałubę i własną próbę budowania opozycji miedzy sensem a nonsensem – (Irzykowski 1975, s. 578):
[...] dziś [...] ma się wrażenie, że cud został zamieniony w chaos. W tym gąszczu ginie jednak sprawa cudu jako zagadnienie i miejsce zdziwienia zajmuje dziwactwo.

Ta deprecjacja wypływa z tego samego ducha co znużenie Valéry’ego w Luwrze – niemożliwości nieskończonego gromadzenia, natłoku indywidualności, które zabijają się nawzajem. U Irzykowskiego ta deprecjacja posunięta jest jeszcze

326

dalej, gdyż twórczość własna, nowa twórczość poetów współczesnych staje się niczym więcej jak amalgamatem cudów zapożyczonych, nie własnych. Biblioteka Irzykowskiego złączona w jednym tomie stanowi metaforę kultury przełomu wieków, wewnątrz której sprzeczne ze sobą prądy są skazane na konflikt lub na bezwzględną obojętność, stanowi też – przynajmniej w założeniu – remedium na epoki tej bolączki. Zderzenie ze sobą dwóch tak odmiennych w charakterze tekstów, jak Pałuba i Sny Marii Dunin, i natychmiastowe opatrzenie ich wnikliwym aparatem autokrytycznym (którego pierwsza warstwa funkcjonuje już wewnątrz samej powieści) to bardzo kompetentnie, nawet jeśli po części intuicyjnie, stworzony bastion, w którym dzieło potrzebne swoim czasom miało się zaciekle bronić. Irzykowski co prawda się pomylił; zawczasu przygotowywana obrona nie była konieczna, gdyż atak nie nastąpił; zbyt skomplikowana okazała się być struktura, którą zaproponował jako własną metodę na zbawienie literatury od banału i zatrzymanie postępującego procesu wyjałowienia rodzimej literackiej gleby. Nie jest to jednak dzieło tak bardzo wyrastające poza epokę, jak mogłoby się wydawać i w jakim sugerowali współcześni a także późniejsi wnikliwi czytelnicy. Książka ta wywalcza sobie miejsce w dokładnie jej przeznaczonym czasie, stanowiąc jednocześnie – i to bodajże najistotniejsze – wnikliwą interpretację dziejów literatury i zadań, jakie ją czekają. Pałuba to projekt historiozoficzny polskiej literatury, synteza czasów przeszłych i przyszłych, muzeum sztuki i jednocześnie, by przywołać w celach ilustracyjnych przedpałubiczny projekt Irzykowskiego, „wycieczka w świat daleki”, w ów (Irzykowski 1913, s. 194):
[…] rezerwuar tysiąca śpiących możliwości oryginalnych, które nowym zaklęciem obudzić należy.

327

Pokłady romantycznego lęku Pałubiczny atak Irzykowskiego na przestrzenie romantycznej egzaltacji funduje się na integralnie idealistycznym założeniu estetycznego funkcjonowania człowieka i romantycznej koncepcji podmiotu, od której ucieczki nie ma, tak jak nie ma innej drogi przezwyciężenia romantyzmu niż przez jego przeżycie. Stanisław Brzozowski (Brzozowski 1990, s. 463) dostrzegający w Irzykowskim krytyka romantyzmu, nie zauważa pętli ideału jaką zakłada sam sobie na szyję autor dzieła takiego jak Pałuba. Jej porażka nie leży jednak w nieskończonym ciągu podważeń, który byłby konsekwencją realizacji jej autotematycznych postulatów w samym dziele – ad infinitum, jak starał się udowodnić Andrzej Werner (Werner 1975, s. 346-347) – ale, jeśli można tu mówić o porażce, na próbie wskazania, że ten ideał, który ze sztuki starali się wyśnić niektórzy romantycy jest podobnego rodzaju mrzonką dla modernistycznych poszukiwaczy Księgi. Uwikłany w „muzealny” syndrom powierzchowności czytelnik nowoczesnej literatury musi pragnąć wyzwolenia, uzdrowienia z choroby własnego Ja, swoistego odwrócenia uwagi. Stać się to może albo na drodze postulowanego przez Brzozowskiego zatopienia się w twórczym fermencie duszy kulturalnej, albo za sprawą w ślad za Irzykowskim założonej pętli nieuniknionego fałszu, który jest jedyną formułą funkcjonowania niezależnego Ja w nieuporządkowanym świecie nowoczesnych mitologii. U korzeni falsyfikatu – dzieła uwodzącego czytelnika na manowce dla ocalenia wiary w możliwość porozumienia – leży romantyczny dramat przerażenia samym sobą, uczucia lęku zawartego w spojrzeniu artysty zapatrzonego w mrok własnego powołania. Każdemu, kto uwierzy w prawdę poetyckiego posłannictwa, zmierzyć się przyjdzie z niezmierzonymi pokładami słowa, a ostatecznie przekroczyć próg Nieznanego. W tym celu nowoczesne programy i teorie estetyczne szukają

328

legitymacji do zburzenia epistemologicznego zadufania oświeconych. Romantyzm, jak ustalił Kierkegaard, a w rewizjonistycznych brawurowych interpretacjach potwierdził Harold Bloom, napiętnowany jest lękiem (Bloom 2002). I chociaż są to dwie odmienne wersje niepokoju (a jego imion jest więcej), to między egzystencjalnym lękiem myśliciela z Kopenhagi a Bloomowską interpretacją zależności efeba od silnego poety rozpięta zostaje istotna nić powinowactwa między życiową i artystyczną samodzielnością w nowoczesnym świecie odczarowania. Otchłań, którą za wszelką cenę starają się przeniknąć romantycy, stanowi rację dalszego bytu pozwalającego wierzyć w sens – nie tylko egzystencji (co było prymarnym, jeśli nie jedynym celem Kierkegaarda), ale przede wszystkim sposobu wyrażania: silnego, niezależnego, oryginalnego. Lęk towarzyszący spoglądaniu w otchłań ma wartość wyzwolicielską: w starciu z życiem rodzi się nowoczesny, silny człowiek poszukujący duchowej niezależności w starciu z problemem ekspresji (przez obawę wtórności i przez perspektywę porażki zupełnej czyli nieadekwatności pisma w stosunku do głębi poetyckiego przeżycia) rodzi się nowoczesny artysta starający się uchwycić istotę danego czasu i swego w nim zamieszkania. Synteza poglądów estetycznych na powinności sztuki rozpisanych w szkicu Charlesa Baudelaire’a Malarz życia nowoczesnego (Baudelaire 2000, s. 309-346) i Kierkegaardowskiej filozofii egzystencjalnej funduje nie tylko najbardziej nośne współcześnie próby historyczno-literackich i teoretycznych ujęć procesu przemian estetycznych wieku XIX (Jauss, de Man, Bloom), ale może stanowić przyczynek do rozpoznania wzajemnych zależności między romantyzmem a modernizmem w planie epokowej samoświadomości. Zakorzeniona w koncepcji wyznania poetyka falsyfikatu głosi bowiem konieczność wydarcia współczesności jej największych sekretów i obnażenia ich na drodze literackiej realizacji. Najprostszą do

329

tego celu drogą okazała się próba autodemistyfikacji i obnażania własnego warsztatu i istoty artystycznej techniki. Romantyczny Twórca i modernistyczny Artysta to charakterystyczne XIX-wieczne oblicza jednostek stojących odpowiednio „ponad” i „naprzeciw”1 świata małych, szarych ludzi. Jednak w egzystencjalnym XIX-wiecznym przełomie koniecznego samookreślenia również w obrębie tej elitarnej grupy wyłania się grupa zapatrzona w swoje estetyczne trwanie jak w obraz o wątpliwej często proweniencji. Z tego zapatrzenia wynikają techniki zwątpienia i wewnętrzna konieczność rozliczenia się z dorobkiem – własnym i całej epoki. Stąd arcydzielna dygresyjność Słowackiego, mistrzowska ironia Norwida, stąd powieściowy pęd ku samoświadomości nawet kanonicznych dzieł klasycznego realizmu (Henry James), stąd wreszcie Pałuba Karola Irzykowskiego. Słynny sąd Stanisława Brzozowskiego o aemocjonalnym charakterze Pałuby (Brzozowski 1990, s. 148-157), z którym zresztą Karol Irzykowski polemizował (Irzykowski 1913, s. 157-159), stanowi o błędnym na wskroś osądzie natury tego zjawiska, jakim w myśl ambitnego projektu miała być dla współczesnych Pałuba. W finale swej recenzji pod znamiennym tytułem Cogitationes morosae przyszły autor Legendy Młodej Polski pisał (Brzozowski 1990, s. 157):
Książka p. Irzykowskiego jest zimna, zimna z zaciekłością i upartym natężeniem systematu. Jest ona zamkniętym we własnej szarzyźnie rozpamiętywaniem nad samym sobą epoki na wskroś zarażonej niemocą.

1

Odpowiednio, ale nie jedynie. Należałoby może po prostu zasugerować odwrócenie akcentów dwóch cech postawy twórczej artystów formacji romantycznej i modernistycznej, z których pierwsi stawali znacznie częściej na katedrze społecznego wychowawcy, nauczyciela nowej duchowości i będąc wyżej, nie odwracali się od ludzkości plecami równie często, jak to zdarzało się w silnych manifestach antyfilisterskiego modernizmu.

330

Te słowa określają interpretacyjną przenikliwość Brzozowskiego i jednocześnie wmawiają powieści Irzykowskiego coś, na co nie można się zgodzić po uważnym przyjrzeniu się autobiograficznemu wymiarowi dzieła. Jednak nieustępliwość pisarza tropiącego mechanizmy rozwoju swego bohatera i jednocześnie budującego narrację o tychże mechanizmów komentowaniu musi chwilami przerażać. Konsekwencja Irzykowskiego nie pozwala mu zostawić na bohaterach Pałuby i wszystkich jej czytelnikach suchej nitki: burząc legendę epoki, uderza on jednocześnie w cały szereg legend prywatnych, cichych autobiografii jakie na prywatny użytek tworzy sobie każdy człowiek. Zmuszając odbiorcę dzieła do współuczestnictwa w tym rachunku sumienia, Irzykowski wyznaczył pole, na które z czasem wkroczyć miała XX-wieczna powieść psychologiczna, po lekcjach Freuda, a w dalszej kolejności Junga i Lacana, w pełni zdolna do psychicznej wiwisekcji swych bohaterów. Skalpel Irzykowskiego miał wszelako ciąć potrójnie. Jedno cięcie skierowane było przeciwko samym bohaterom, bezwzględnie obnażając psychiczne mechanizmy budowania przez nich świata wokoło, drugie wymierzone w powieściowy mechanizm psychologiczny, jako taki niedoskonały i zbyt ubogi, by pierwsze działanie „chirurgiczne” mogło być w pełni skuteczne, i wreszcie trzecie przyjmujące postać wielopłaszczyznowej metanarracji o procesie i komplikacjach dotykających całościowego projektu Pałuby. Przebijający się do niższych poziomów psychiki swych bohaterów narrator Pałuby odkrywa jednocześnie – warstwa za warstwą niby archeolog – pokłady snutych przez siebie rozważań. Podobnie jak bohater Snów Marii Dunin dociera do sedna rozczarowania, starając się jednak przekuć je we własny tryumf. Irzykowski, co istotne, nie traci nadziei, a jego powieść ma charakter „próby w głąb” bez względu na raz za razem uświadamiany sobie niemożliwy wymiar własnego projektu. Na straży tych poetyckich przekonań stoi egotyzm artystyczny, którego mistrzami mogliby się mienić

331

Stendhal, Wagner czy też niektórzy polscy wieszczowie romantyczni. Romantyzm jako niewyczerpane źródło nadziei Jeśli odwołanie do romantycznych korzeni ma nabrać pełnego wymiaru, warto wskazać na interpretacyjne zależności i te elementy romantycznej perspektywy na sztukę, które Irzykowski miał szanse zawłaszczyć dla swej nowoczesnej koncepcji literatury. Poczucie wyczerpania, które było udziałem niemieckich idealistów, ma tu znaczenie pierwszorzędne. Jak pisał Friedrich Schlegel w swych Ideach (Schlegel 2000a, s. 220):
Wszystkiego, co daje się zrobić, dopóki filozofia i poezja są rozdzielone, ludzie już dokonali. A zatem pora je zjednoczyć.

Romantyzm rodzący się z odwiecznej ludzkiej fascynacji tym, co zakryte, z bałwochwalczego oddania się na usługi tajemnicy, jest epoką, która odmienia definicję sztuki i kładzie się niby fundament pod schizofreniczną budowlę wymieszanych cegiełek poezji i filozofii. Postulat starszego z braci Schleglów dotyka bowiem jednego z istotniejszych nerwów poezji romantycznej i późniejszych modernistycznych już zabiegów estetycznego eskapizmu. Irzykowski podejmuje się misji jednoczącej obce sobie dominia, tak jak wcześniej, choć absolutnie niezależnie od siebie czynili Stendhal, Kierkegaaard czy Nietzsche. Falsyfikat ustanowiony zostaje w tym miejscu właśnie jako nowoczesna droga wyjścia z dramatu otchłani, tego niczym nie hamowanego powołania do mnożenia znaczeń wynikłych z rozdarcia po starciu z niewypowiadalnym. Falsyfikat pozwala odwołać się do techniki tam gdzie metafizyka okazuje się zawodzić, gdzie restytucja i reprezentacja wrażenia okazują się zadaniami niemożliwymi do przeprowadzenia. Impas w jaki popadło pierwsze pokolenie Młodej Polski stanowił

332

o konieczności rewaloryzacji romantycznej mitologii poety i poezji na rzecz nie mniej romantycznej ale odrzucającej naiwność ekspresyjną koncepcji podmiotu silniejszego niż tekst. Wraz ze spektakularnymi wystąpieniami Irzykowskiego i Berenta, ogłoszeniem w 1903 roku Pałuby i Próchna, rodzi się na ziemiach polskich prawdziwie nowoczesna świadomość literatury, nawet jeśli faktycznie dostrzegają to tylko nieliczni. Próchno Berenta jest tu na pozycji zdecydowanie uprzywilejowanej – znajdując dużo szerszy odzew wśród ówczesnych, jak i wśród późniejszych badaczy epoki. Pałuba nawet dziś pozostając na marginesie studiów młodopolskich jako konsekwentnie „niemłodopolski” twór, stanowi wszak systemat o tyle istotny, że właśnie w niej dopatrywać się należy spełnienia ideałów Schleglowskiej wizji twórczości nowej i oryginalnej, syntezy współczesności dokonanej w nowoczesnym dziele literackim. Jak pisał w swych Fragmentach Friedrich Schlegel (Schlegel 2000a, s. 212-213):
Istnieje poezja, dla której początkiem i końcem jest proporcja idealności i realności, poezja, która przez analogię do technicznego języka filozofii winna się zatem zwać transcendentalną. Zaczyna się ona jako satyra całkowitym rozróżnieniem idealności i realności; jako elegia trwa w zawieszeniu pośrodku, kończy się zaś jako idylla absolutna tych dwu tożsamością. Nie ceniono by jednak transcendentalnej filozofii, gdyby nie była krytyczna; gdyby wraz z produktem nie ukazywała i produkującego, a w systemie transcendentalnych myśli nie mieściła także charakterystyki transcendentalnego myślenia. Podobnie i owa poezja powinna zawierać nierzadkie u nowoczesnych poetów transcendentalne materiały i wprawki do poetyckiej teorii tworzenia literatury – łącząc je z artystyczną refleksją i szlachetnym zapatrzeniem w siebie [...]. Poezja owa powinna łączyć to wszystko, we wszelkim opisie opisując i siebie, zawsze będąc zarazem poezją poezji oraz samą poezją.

Ideałem twórczości, swoistym „nadrodzajem” czy „nadgatunkiem” była dla romantyków z kręgu „Atheneum” powieść, czemu dawał wyraz niejednokrotnie również sam

333

Schlegel, między innymi głosem Antonia, jednego z uczestników swej Rozmowy o poezji. „Szlachetne zapatrzenie w siębie”, o którym pisze we Fragmencie 121 to przede wszystkim przyczynek do tak pożądanej przez jego bohatera teorii sławiącej dzieło, które (Schlegel 2000b, s. 175):
[...] samo musiałoby być powieścią, fantazyjnie oddającą każdy wieczny ton fantazji i raz jeszcze czyniącą zamieszanie w chaosie rycerskiego świata.

Irzykowski z kolei odmienia ten świat w jego lokalnej wersji, odbierając polskim rycerzom ducha przywilej legendy. Na dyskredytację Strumieńskiego pada bowiem cień misterium z Oberammergau, tego samego, które pozwoliło parę lat później Brzozowskiemu zmetaforyzować „kompleks romantyzmu” dostrzeżony w polskim społeczeństwie przełomu wieków. W przeciwieństwie jednak do etyka Brzozowskiego, Irzykowski jest przede wszystkim estetą, a jego młodzieńcza teoria poezji, z której wywodzi się również, jeśli nie przede wszystkim, Pałuba, ma za cel przywrócić dziełu sztuki jego naczelne miejsce w systemie ludzkiej komunikacji. Szukając dla poezji definicji w swym młodzieńczym manifeście Czym jest Horla?, demonizuje wzajemne relacje między dziełem, jego autorem i czytelnikiem. Warto w tym miejscu przypomnieć szczególnie wyzywający finał programu Irzykowskiego (Irzykowski 1979, s. 86):
W czasach obłudy i niemocy my chcemy wyemancypować poezję spod literatury. Chcemy stać na straży jej zadania, bliżsi chaosu niż inni! Nie mogąc osiągnąć zadania pragniemy w poezji wypowiadać je przynajmniej z całą bezwzględnością. Krew własna jest rdzeniem poezji i strumieniem piękności. To jest druga Horla. Naturalizm wchłonął w siebie romantyzm, symbolizm wchłonął w siebie naturalizm. W dalszym ciągu musi poezja wchłonąć w siebie i zaanektować tę drugą Horlę, dążąc ku nieznanej przyszłości.

334

Uświadomienie sobie w tym miejscu, że trzy czynniki składające się na cud poezji w myśl programu Czym jest Horla? odpowiadają książkom w Pałubę wpisanym a wyodrębnionym przez Kazimierza Wykę (Wyka 1959, s. 227), pozwala określić, w jaki sposób nowoczesna sztuka przez wspięcie się na wyżyny samooglądu wieńczy współczesny Irzykowskiemu dorobek literatury. Jest też jednocześnie dopięciem Schleglowskiego projektu powieści, gdyż jednoczy w sobie dwa kierunki wyobraźni, jakimi i dla Irzykowskiego było pisanie poetycznych utworów i refleksja o zaobserwowanej rzeczywistości. Powracające widmo literackości zostaje rozproszone przez napisanie dzieła w niecodzienny sposób przpoczwarzające postulaty niemieckiego idealizmu oraz przez koncept przemianowania procesu tworzenia sztuki na sztukę samą. Metatekstualne strategie pisarza, osiągając w Pałubie pułap artystycznego ekshibicjonizmu, potwierdzają fakt pełnej integralności procesu tworzenia ze wszelkimi pozostałymi etapami istnienia dzieła. Ta deklarowana po wielokroć chęć uczynienia procesu artystycznego czynem właściwym, ma stanowić o uwolnieniu debiutanckiej powieści młodego artysty od konieczności wywoływania „dreszczu”. Przez dreszcz rozumie Irzykowski pułapki banału, starania pisarskie, by wziąć czytelnika na lep wyuczonego stanu duchowego (Irzykowski 1981, s. 474-475). Jawność, której tak bardzo pragnie jest w rzeczy samej nieziszczalna: emancypacja poezji spod literatury nie jest możliwa. Ale pochylający się nad poetycką otchłanią przeszłości autor Pałuby rozumie, że tylko za sprawą szczerości w ujmowaniu swych ograniczeń poezja może mieć przyszłość. Stąd konieczność meta-poziomu narracji, stąd konieczność oddania siebie dziełu bez reszty – można by rzec: „do krwi ostatniej”. Irzykowski spełnia bowiem również w swym biograficznym studium postulat Schleglowskiego Antonia o wypowiadaniu w powieści własnego życia; w niemieckim idealistycznym dyskursie teoretycznym auto-

335

biografizm jest warunkiem sine qua non wielkości (Schlegel 2000b, s. 175):
Fundamentem wszelkiej romantycznej literatury jest prawdziwa historia. [...] Najlepsze rzeczy w najlepszych powieściach to nic innego, jak tylko mniej czy bardziej zamaskowane wyznanie autora, plon jego doświadczeń, kwintesencja jego swoistości.

Irzykowski daje czytelnikowi coś więcej niż strzępy własnej biografii. Nie tyle przekuwa, we własnym odczuciu, spalony w 1939 roku pamiętnik dla Erny Brandówny na formułę powieściową, co dodatkowo z tak ustanowionego przetworzenia buduje postulat „bezimiennego dzieła” – które Aleksandra Budrecka skłonna byłaby utożsamiać ze spowiedzią, wyznaniem (Budrecka 1981, s. LXXIII). Najświeższa to warstwa w tym archeologiczno-literackim dialogu z przeszłością; w miejscu, gdzie historia zaczyna mierzyć epokami życia jednostki, pojawia się prawda nowoczesnego poszukiwania własnej tożsamości. Oddanie się dziełu odbiera artyście prawo do imiennej biografii – ta staje się udziałem fikcyjnych postaci, odtąd już narzędzi, trybików w maszynie idei, której rozpoznanie leży już po stronie czytelnika. Pałuba wyrasta z romantyzmu. Nie stać jej na to, by z romantyzmu nie wyrastać. Istotnym jednak jest, jak wiele dzieje się na planie krytyki tej bogatej duchowej spuścizny. Irzykowski stając na granicy biegunowych interpretacji romantycznej formacji duchowej i sprzeciwiający się wszelkim wtórnym i jałowym przetworzeniom jej dziedzictwa, niczym Dante przeprowadza polską świadomość literacką na drugi brzeg stosunku do tak uwielbianej i tak często nienawidzonej tradycji. Gdy w cytowanym już tekście Cudowność jako materiał poetycki Irzykowski wskazywał na silne korzenie romantyczne święcącego właśnie tryumfy ekspresjonizmu, pisał o wartości i zagrożeniu płynącym z gry o najwyższą stawkę w poezji, o cudowność, o tajemnicę. Napisana dwadzieścia lat wcześniej Pałuba miała już wtedy charakter szczególnego

336

czyśćca w polskich literackich „zaświatach”. Irzykowski wysnuł bowiem w swej powieści z romantycznej myśli postulat własnej, na wskroś nowoczesnej literatury, literatury metatekstu, który odtąd stanie się w ten czy inny sposób realizowaną koniecznością. Falsyfikat staje się ikoną tego starcia, ideą, która w formule przeczucia nie zawsze do końca zrealizowanego przyświeca wszystkim walczącym o ideową wzniosłość sztuki. Niewzruszonym zaś lękiem pokutującym w świadomości modernistycznej pozostanie syndrom muzeum Valéry’ego, strach przed wtórnością i wynikającą z natłoku głosów artystycznych niemocą dopełnienia siebie przez oryginalne i własne dzieło sztuki.

Bibliografia
Bloom H. 2002 Lęk przed wpływem. Teoria poezji (przeł. A. Bielik-Robson, M. Szuster), Kraków. Brzozowski St. 1990 Eseje i studia o literaturze (opr. H. Markiewicz) t. I, Wrocław. Budrecka A. 1981 Wstęp [w:] K. Irzykowski, Pałuba – Sny Marii Dunin, Wrocław, s. III–XC. Irzykowski K. 1913 Czyn i słowo. Glossy sceptyka, Lwów. 1975 Cudowność jako materiał poetycki [w:] K. Irzykowski, Wybór pism krytycznoliterackich (opr. W. Głowala), Wrocław, s. 571578. 1979 Czym jest Horla? (Rodzaj programu) [w:] K. Irzykowski, Nowele (opr. J. Grodzicka), Kraków, s. 81-86. 1981 Pałuba – Sny Marii Dunin (opr. A. Budrecka), Wrocław. Schlegel F. 2000a Aforyzmy [w:] red. T. Namowicz, Pisma teoretyczne niemieckich romantyków, Wrocław, s. 205-220. 2000b Rozmowa o poezji [w:] red. T. Namowicz, Pisma teoretyczne niemieckich romantyków, Wrocław, s. 119-191. Valéry P. 2005 Problem muzeów [w:] red. M. Popczyk, Muzeum sztuki. Antologia, Kraków, s. 87-90.

337

Werner A. 1965 Człowiek, literatura, konwencje. Refleksja teoretycznoliteracka w „Pałubie” K. Irzykowskiego [w:] red. J. Kwiatkowski, Z. Żabicki, Z problemów literatury polskiej XX wieku, t. 1, Młoda Polska, Warszawa, s. 327-369. Wyka K. 1959 Modernizm polski, Kraków.

Abstract Karol Irzykowski’s only novel is the event without precedence in the Polish history of literature. In a brave way it aims at showing to the prose writing of the 20th century all the possibilities and necessities that lie ahead. The aim of my paper in this context would be estimating at what length does Karol Irzykowski’s writing reaches the treasury of the 19 th century fiction-making and in what way the interpretation of the archeological metaphor that opens the book is crucial to the reader in the beginning of the 21st century. Irzykowski’s multileveled project defines a man by books he reads, by how he reads and what creative potential he carries within – all the qualities that are socially grown. The past in the novel is leveled to the rank of demon – whom the man has to defeat in order to survive. All that is long gone may still be influential if not threatening. While dealing with one’s ghosts of the past one can however accidentally falsify history and hide the truth – even from oneself. Both, as a work of art set firmly in history of literature as well as a resource of the over-meanings created on the crossroads of the plot’s threads The Hag leads a constant dialogue with tradition of representation. By those means it wins all the past achievements into its own favor, making basically everything possible for all the books to come.

338

Bożena Palczyńska Instytut Antropologii / Instytut Prahistorii Uniwersytet im. A. Mickiewicza Poznań

Człowiek-zagadka – czy sprawa Hobbita to rzeczywiście „burza w szklance wody”?
Wrzesień 2003. Odnalezienie Hobbita Podczas wykopalisk archeologicznych prowadzonych w Liang Bua, jaskini leżącej na indonezyjskiej wyspie Flores, australijsko-indonezyjski zespół archeologów natrafił na ludzkie szczątki kostne. Niekompletny szkielet był tak drobny, że jeden z odkrywców – Mike Morwood – myślał, że odkryli szczątki dziecka (Morwood i in. 2005). Dopiero później na podstawie zrośnięcia nasad z trzonami kości długich oraz wyrżniętych zębów stałych okazało się, że niewielki szkielet należał do osobnika dorosłego. Po analizie, odkrywcy [m.in. Brown, Morwood] uznali, że szczątki musiały należeć do nieznanego jeszcze, gatunku małych ludzi. W tym samym czasie w Nowej Zelandii powstawał film na podstawie słynnej trylogii Tolkiena pod tytułem „Władca Pierścieni”. W związku z podobieństwem (małą wysokością ciała) głównego bohatera książki oraz dopiero co odnalezionego szkieletu, osobnikowi z Liang Bua nadano pieszczotliwe miano „Hobbita”. Nie przypuszczano wówczas jak wiele będzie łączyło małego bohatera z Shire i szczątki z Flores. Nie wszyscy badacze uznali jednak odrębność taksonomiczną tego osobnika. Nad jego kośćmi rozgorzała gorąca dyskusja, która trwa do dziś. Październik 2004. Hobbit jako nowy gatunek człowieka Po raz pierwszy świat poznał Hobbita z Flores 28 października 2004 roku, kiedy to jego, a właściwie jej, czaszka pojawiła się na okładce prestiżowego czasopisma

339

Nature. Odkrywcy Hobbita – Peter Brown i Mike Morwood opisali (Brown i in. 2004) szczątki małego hominida z Flores jako nowy gatunek człowieka Homo floresiensis, który według nich posiadał (Brown 2004, s. 1055):
[…] unikatową kombinację cech nie spotykaną razem u żadnego innego znanego hominida.

Cechami tymi były między innymi szympansich rozmiarów mózg (około 400 cm3) i mała wysokość ciała (około 1 m). Tak dziwne i drobne wymiary odkrywcy Hobbita wyjaśnili jako efekt „karłowacenia wyspowego”. „Karłowacenie wyspowe” to proces zmniejszania wielkości cała dużych zwierząt w związku z warunkami panującymi na małych wyspach. Dodatkowo, Hobbit (który przypuszczalnie był dorosłą kobietą) posiadał według Morwooda (Morwood i in. 2005) proporcje kończyn podobne do okazu powszechnie znanego jako Lucy (Australopithecus afarensis), a cechy czaszki zbliżały go najbardziej do gatunku Homo erectus. W związku z tym Brown i współpracownicy (Brown i in. 2004) uznali, że Hobbit jest skarłowaciałym potomkiem gatunku opisywanego jako Homo erectus. Hobbit nie posiadał też bródki i na tej podstawie odkrywcy stwierdzili, że nie mógł on należeć do gatunku Homo sapiens. Poza niezwykle małym mózgiem, najbardziej niewiarygodne okazały się również datowania znalezionych kości. Wiek holotypu oszacowano na 18 tysięcy lat, co oznaczało, że „zaledwie wczoraj” Hobbit i jemu podobni stąpali po Ziemi oraz wbrew temu co dotychczas sądzono, jeszcze bardzo niedawno na świecie miały żyć jednocześnie dwa gatunki ludzkie. Rozentuzjazmowana prasa szybko okrzyknęła znalezisko najważniejszym odkryciem ostatnich 50 lat. Jednak nie wszyscy badacze podzielali ten entuzjazm i zgodzili się z twierdzeniem, że szczątki małych ludzi z Flores należy uznać za nowy gatunek człowieka.

340

Październik 2004 Mikrocefalia Pierwszą alternatywną hipotezę wysunęły jednocześnie dwa zespoły – Teku Jacoba (Jacob 2004, Jacob i in. 2006) oraz Macieja Henneberga (Henneberg i Thorne 2004). Później do tego grona dołączył też zespół Roberta Martina (Martin i in. 2006). Według tych badaczy Hobbit był patologicznym osobnikiem naszego gatunku dotkniętym mikrocefalią. Hipoteza ta była początkowo uważana za mało wiarygodną. Później zyskała jednak na popularności i obecnie większość sceptyków uważa mikrocefalię za przyczynę małej wielkości mózgoczaszki Hobbista. Kwiecień 2005 Mózg W tym samym czasie ukazała się praca Dean Falk (Falk i in. 2005), w której naukowcy porównali wirtualny model mózgu osobnika LB 1 z mózgami innych hominidów, ludzi współczesnych (w tym mikrocefalika) oraz małp człekokształtnych. Falk stwierdziła, że mózg osobnika LB 1 najbardziej przypomina mózg Homo erectus a także, że różnił się znacząco od mózgów mikrocefalików, wykazując inną organizację. Praca ta nie pozostała jednak bez echa. Pojawiła się praca Webera (Weber i in. 2005), w której niemieccy naukowcy porównali mózg osobnika LB 1 z 19 mózgami mikrocefalików. Według tych badaczy mózg Hobbita wykazuje wiele cech wspólnych z analizowanym patologicznymi osobnikami. Rozpoczęła się debata na temat tego czy w procesie ewolucji mózg mógł się zmniejszać oraz czy jest to możliwe, aby mózg Hobbita wykazywał inną organizację niż mózgi ludzi współczesnych. Październik 2005. Kolejne osobniki Jesienią 2005 roku Morwood (Morwood i in. 2005) oświadczył, że udało mu się odnaleźć szczątki kolejnych osobników. Na podstawie datowań osadów z jaskini osza-

341

cowali, że najmłodsze szczątki miały 12 tys. lat, a najstarsze 95–74 tys. lat. Według odkrywców był to ostateczny dowód na to, że Hobbit nie jest jedynym, patologicznym osobnikiem, ale reprezentantem długo istniejącej populacji małych ludzi zamieszkujących Flores. Maj 2006. Niepatologiczny „pigmej” Pojawiło się trzecie – alternatywne do dwóch poprzednich wyjaśnienie pochodzenia szczątków małych ludzi z Flores zaproponowane przez Richardsa (2006). Według tego badacza Hobbit był niepatologicznym osobnikiem naszego gatunku. Jego mały mózg powstał w wyniku utrwalających się na wyspie mutacji, które najpierw miały wpływ na wysokość ciała osobników, a potem wielkość mózgu. Wrzesień 2006. Powrót mikrocefalii W 2006 roku ukazało się wiele prac „Sceptyków” obalających unikatowość wielu cech Hobbita. Coraz więcej badaczy zaczęło wątpić w wiarygodność tezy mówiącej, że osobnik LB 1 to reprezentant nowego gatunku – H. floresiensis. Jacob i współpracownicy (Jacob i in. 2006) zaprezentowali powtórną analizę szczątków małych hominidów z Liang Bua, ujawniającą pewne nieścisłości dotyczące wcześniejszych analiz. Okazało się, że lokalni mieszkańcy Flores – populacja „pigmejów” Rampasasa wykazuje wiele cech wspólnych z Hobbitem. Martin i współpracownicy (Martin i in. 2006) opublikowali obszerną pracę, w której wnioskują, że jeśli osobnik LB 1 miałby być skarłowaciałą formą H. erectus, to zgodnie z „karłowaceniem wyspowym” jego ciało, aby zmaleć odpowiednio do wielkości mózgu musiało by zmniejszyć się do rozmiarów kota.

342

Czerwiec 2007. Zespół Larona Izraelscy naukowcy na czele z Hershkovitz (Hershkovitz i in. 2007) zaproponowali konkretny zespół chorobowy, którym mógł być dotknięty Hobbit. Był to zespół Larona, wynikający z genetycznych zaburzeń w genie kodującym receptor hormonu wzrostu. Pacjenci dotknięci zespołem Larona wykazują wiele podobieństw do osobnika LB 1, w związku z tym hipoteza Hershkovitza wydaje się całkiem wiarygodna. Wrzesień 2007. Nadgarstek i obręcz kończyny ramiennej Kolejne badania (Tocheri i in. 2007, Larson i in. 2007) miały udowodnić jak dziwaczne i prymitywne są kończyny górne osobnika LB 1. Według Tocheriego, część kości nadgarstka kształtem przypomina bardziej małpie niż ludzkie kości. Larson uważa, że kość ramienna wykazuje mały, prymitywny stopień skręcenia głowy w stosunku do trzonu, upodabniający Hobbita do kości chłopca znad jeziora Turkana (H. erectus). Chociaż początkowo cechy kończyny górnej mogły wydawać się prymitywne lub wyjątkowe, później okazało się, że przy różnych zespołach chorobowych kość ramienna również wykazuje mały stopień skręcenia (np. zespół Larona). Styczeń 2008. Karłowacenie MOPD II Zespół genetyków – Rauch i współpracownicy (Rauch i in. 2008) przedstawił hipotezę mówiąca, że karłowatość i małomózgowie osobnika LB 1 mogło być spowodowane mutacją w genie kodującym perycentrynę – białko odpowiadające za prawidłowe podziały mitotyczne i mejotyczne. Występowanie takiej mutacji może powodować niewłaściwe podziały komórkowe a w związku z tym zaburzenia wzrostu i rozwoju opisywane jako MOPD II.

343

Marzec 2008. Kretynizm endemiczny Australijscy naukowcy na czele z Obendorf (Obendorf i in. 2008) przedstawili kolejną hipotezę wyjaśniającą pochodzenie małych ludzi z Flores, w której twierdzili, że „dziwna” anatomia tych hominidów była wywołana czynnikami środowiskowymi. Hipoteza zakładała, że osobniki LB 1 i LB 6 były dotknięte kretynizmem endemicznym. Kretynizm endemiczny to choroba wywołana niedoborami jodu. Choroba objawia się małogłowiem i niskorosłością. Tarczyca osoby dotkniętej kretynizmem nie produkuje niezbędnych hormonów (T3 i T4), a chcąca ją pobudzić przysadka mózgowa powiększa swoje wymiary. Autorzy hipotezy jednak (Obendorf i in. 2008) źle zmierzyli wielkość siodła tureckiego i na tej podstawie wysnuli błędny wniosek co do wielkości przysadki.

Kwiecień 2008. Stopy
Jungers i współpracownicy (Jungers i in. 2008) uważają, że stopy Hobbita są długie (niemalże równe długości kości podudzia), stopa nie jest wysklepiona, a paluch jest krótki i przypomina tym samym stopę małpy człekokształtnej. Jungers twierdzi (Culotta 2008, s. 433), że:
[…] może się założyć, że żaden Hobbit o takiej anatomii stóp,maratonu by nie wygrał, ponieważ chodził jak kaczka, wysoko podnosząc kolana przy każdym kroku.

Kwiecień 2008. Zaplombowany ząb?
W swojej książce, Henneberg (Henneberg, Schofield 2008) wysunął śmiałą koncepcję, jakoby lewy dolny pierwszy ząb trzonowy Hobbita posiadał plombę. Jeśli okazałoby się to prawdą, Hobbit musiałby być znacznie młodszy niż 18 tys. lat – pierwsi dentyści rozpoczęli swoją działalność na Flores w latach 30. XX wieku. Jak twierdzi Henneberg, choć sprawdzenie tej hipotezy zajęłoby nie więcej niż 5 minut, jednak ani

344

on, ani inni badacze nie zostali po raz ko-lejny dopuszczeni do szczątków Hobbita. Jako kontrargument Brown (http://wwwpersonal.une.edu.au/~pbrown3/Henneberg%20hobbit%20clai m.htm) przedstawił zdjęcia – te same, na których Henneberg opiera swoją interpretację. Mimo tego, że od odkrycia na Flores szczątków małych ludzi minęło już kilka lat, kwestia ich pochodzenia nadal pozostaje otwarta. Duży udział w zamieszaniu wokół szczątków małych ludzi z Flores miały media, niejednokrotnie naciągając fakty i publikując dobitne komentarze niektórych badaczy, niekoniecznie dotyczące samego Hobbita. Na przykład sukcesywnie zmniejszano wysokość ciała Hobbita (z początkowych 106 cm na około 1 metr, potem na 3 stopy, w sumie powodując, że Hobbit skurczył się o 16 cm – do wysokości 90 cm!). Wpływ mediów na „sprawę Hobbita” • wzbudzenie zainteresowania, często wszelkimi możliwymi sposobami; • podsycanie konfliktów; • „żywienie się” sensacją i kontrowersją; • brak obiektywności – selekcja informacji („Nature” nie opublikowało żadnego artykułu podważającego hipotezę nowego gatunku); • koloryzacja, podawanie błędnych informacji;

345

• granty – presja na odkrycia, np. z National Geographic; • dopuszczanie „do głosu” wszystkich badaczy niekoniecznie związanych z paleoantropologią do dyskusji.
Nauka powinna być metodą polegającą na oddzielaniu ‘opowieści o wróżkach’ od tych faktów które są prawdziwym odbiciem rzeczywistości. Naukowiec tworzący nową teorię – hipotezę, powinien próbować ją objaśnić w oparciu o wiedzę już istniejącą. Każda hipoteza jest jedynie opowieścią o wróżkach – bajką do momentu, w którym badacz sprawdzi ją w oparciu o już istniejące fakty – i będzie z nimi spójna. Wtedy staje się wiarygodna.

(Henneberg, Schofield 2008, s. 61) Chociaż początkowo wielu naukowców uważało, że Hobbita należy uznać za odrębny gatunek człowieka, z czasem wielu przekonało się jak wiele warunków musiałoby być spełnionych, by historia o małych ludziach polujących na małe słonie, żyjących na Flores jeszcze 30 tys. lat po przybyciu ludzi współczesnych do Indonezji mogła być prawdziwa. Mnożyły się też nieścisłości otaczające hipotezę zakładającą, że Hobbita należy uznać za odrębny gatunek człowieka. Wiele pytań zostawało też bez odpowiedzi, na przykład – dlaczego odkrywcy ograniczają dostęp do kości? – dlaczego nie wykonano bezpośrednich datowań na kościach? - dlaczego nie powtórzono analiz DNA? Na zadawane przez Jacoba (Jacob

346

i in. 2004) pytanie „Czy ewolucja jest odwracalna: czy mózg mógł się zwiększać, by potem zmaleć [o 50%], po czym znów wzrosnąć?” zwolennicy hipotezy nowego gatunku wydają się odpowiadać twierdząco i tłumaczą to działaniem „karłowacenia wyspowego”. Dlaczego jednak na Flores „karłowacenie wyspowe” miałaby działać w inny sposób niż na innych wyspach? Czy rodzaj Homo w ogóle może podlegać mechanizmom „reguły wsypy”? Według Richardsa (Zimmer 2006) hipoteza mówiąca, że Hobbita należy uznać za reprezentanta odrębnego gatunku człowieka, traci swoje podstawy (unikatowość cech), gdy dokładniej zapoznamy się z literaturą poświęconą zmienności wewnątrzgatunkowej Homo sapiens. Obecność wielu cech Hobbita określanych początkowo jako unikatowe, czy też prymitywne odnotowano wśród różnych patologicznych czy nawet niepatologicznych osobników należących do naszego gatunku. Jednak niektóre jego cechy ciągle jeszcze pozostają niewyjaśnione (np. budowa nadgarstka), choć znalezienie zespołów chorobowych powodujących takie wykształcenie się tych nietypowych cech wydaje się tylko być kwestią czasu. Keyser twierdzi, że (2000, s. 74):
[...] zęby są niczym odciski palców poszczególnych gatunków, często pozwalając na rozpoznanie tożsamości gatunkowej tam, gdzie z kości nic nie wynika.

W przypadku osobników LB 1 i LB 6 kształt i wielkość zębów a także ich anomalie są typowe dla osobników należących do gatunku H. sapiens. Zespoły badaczy, które przedstawiły w latach 2004–2008 różne hipotezy próbujące wyjaśnić zagadkę pochodzenia małych ludzi z Flores zapowiadają przeprowadzenie dalszych analiz. Według Henneberga (informacja ustna) zdiagnozowanie konkretnego syndromu chorobowego w oparciu o kości nie jest łatwe, ponieważ wiele różnych zespołów chorobowych może wywoływać podobne anomalie. W związku z tym próba przypisania Hobbitowi konkretnej choroby (zważywszy na zniszczenie i stopień zachowania szkieletu LB 1) jest niezwykle trudna i ryzy-

347

kowna. Hipoteza mówiąca o tym, że Hobbita należy uznać za patologicznego osobnika należącego do gatunku H. sapiens wydaje się być bardziej prawdopodobna, zatem hipotezę zakładająca, że małych ludzi z Flores należy uznać za odrębny gatunek zaliczany do rodzaju Homo przy obecnym stanie wiedzy należałoby odrzucić. Mały mózg, znaczna asymetria czaszki wydają się świadczyć o tym, że Hobbit był osobnikiem dotkniętym mikrocefalią, choć niektóre cechy takie, jak stosunek szerokości płata czołowego do szerokości móżdżku oraz to, że móżdżek jest znacznie wysunięty do tyłu nie są spotykane u mikrocefalików. Na tej podstawie niektórzy badacze (m.in. Falk) odrzucają tę hipotezę. W związku z tym, że często zespoły chorobowe, których objawami jest karłowatość połączona z mikrocefalią wykazują znaczną zmienność fenotypową wśród chorych osobników, trudno stwierdzić jednoznacznie, które z tych schorzeń mogłoby dotyczyć Hobbita. Spośród zaproponowanych zespołów chorobowych najbardziej prawdopodobną przyczyną wyjątkowości osobnika LB 1 wydaje się być zespół Larona. Większość cechy unikatowych osobnika LB 1 takich, jak niskorosłość, mikrocefalia, krótkie kończyny dolne, słaby rozwój żuchwy, obecność wału nadoczodołowego czy brak bródki upodabniają pacjentów z zespołem Larona właśnie do Hobbita. Niezbędnym działaniem powinno być jednak przede wszystkim wykonanie analizy DNA osobnika LB 1. Problem w tym, że w tropikalnym klimacie Flores, w wilgotnych i gorących warunkach DNA niejednokrotnie ulega degradacji, a poprzednio wykonane analizy zakończyły się niepowodzeniem. Pääbo (Culotta 2005) uważa, że szansa za udaną ekstrakcję DNA z kości małych ludzi z Flores wynosi mniej niż 50%. Przeprowadzenie analiz DNA, datowania radiowęglowego AMS oraz przebadania kości przez zespół złożony z przedstawicieli obu grup oraz kilku niezależnych badaczy mogłoby ostatecznie rozstrzygnąć zagadkę Hobbita. Wydaje się więc, że jej rozwiązanie znajduje się w zasięgu ręki. Obecnie kości małych hominidów z Flores znajdują się w Dżakarcie pod ścisłą opieką Petera Browna.

348

W związku z tym dostęp do danych jest ograniczony powodując stawianie błędnych hipotez (np. kretynizm), inne zaś nie mogą być sprawdzone (np. zaplombowany ząb). Zmienność H. sapiens jest większa niż do tej pory przypuszczano, a słabo spenetrowane tereny Indonezji i Malezji mogą kryć jeszcze wiele niespodzianek. Niestety zmienność ta jest często niedoceniana i wielu badaczy wyodrębnia wśród H. sapiens nowe jednostki taksonomiczne. Nazywanie każdego kolejnego odkrycia nowym gatunkiem wydaje się być pochopne i sztuczne – niepotrzebnie komplikując drzewo rodowe naszego gatunku. Niejednokrotnie, jak stwierdził Jacob (Jacob i in. 2004, s. 4) powodując:
[…] burzę w szklance wody.

Bibliografia
Balter M. 2005 Small but Smart? Flores Hominid Shows Signs of Advanced Brain. Science 307, s. 1386–1389.
Brown P., Stukina T., Morwood M., Soejono R., Jatmiko, Saptomo E., Awe R.

2004

A new small-bodied hominin from the Late Pleistocene of Flores, Indonesia. Nature 431, s. 1055-1061.

Culotta E. 2005 Battle Erupts Over the „Hobbit‟ Bone. Science 307, s. 1179. 2008 Hobbit slowly walk on earth. Science 320, s. 434–435. Falk D., Hildebolt Ch., Smith K., Morwood M., Sutikna T., Brown P., Jatmiko, Saptomo E., Brunsden B., Prior F. 2005 The brain of LB 1, Homo floresiensis. Science 308, s. 242–245. 2007 Brain shape in human microcephalics and Homo floresiensis. Proceedings of the National Academic of Science 104, s. 2513– 2518. Henneberg M., Schofield J. 2008 The Hobbit Trap. Money, Fame and the discovery of a‘new species’. Wakefield Press: Kent Town. Henneberg M., Thorne A. 2004 Flores may be pathological Homo sapiens. Before Farming 1, s. 2–4.

349

Hershkovitz I., Kornreich L., Laron Z. 2007 Comparative skeletal features between Homo floresiensis and patients with primary growth hormone insensitivity (Laron Syndrome). American Journal of Physical Anthropology 134, s . 198–208. http://www-personal.une.edu.au/~pbrown3/Henneberg%20 hobbit%20claim.htm Jacob T. 2004 Conflict from Flores: storm in a teacup. Kompas 15, s. 1–4. Jacob T., Indriati E., Soejono R., Hsu K., Frayer D., Eckhardt R., Kuperavage A., Thorne A., Henneberg M. 2006 Pygmoid Australomelanesian Homo sapiens skeletal remains from Liang Bua, Flores: population affinities and pathological abnormalities. Proceedings of the National Academic of Science 103, s. 13421–13426. Kaszycka K. 2008 Homo hobbit. Polityka 18 (2652), s. 92–94. Keyser A. 2000 Nowa twarz australopiteka. National Geographic 2(5), s. 68–75. Martin R., MacLarnon A., Phillips J., Dobyns W. 2006 Flores hominid: new species or microcephalic dwarf? Anatomical Record 288, s. 1123–1145. Morwood M., Brown P., Jatmiko, Sutikna T., Saptomo E., Westaway K., Awe R., Roberts R., Maeda T., Wasisto S., Djubiantono T. 2005 Further evidence for small-bodied hominins from the Late Pleistocene of Flores, Indonesia. Nature 437, s. 1012–1017. Obendorf P., Oxnard Ch., Kefford B. 2008 Are the small human-like fossils found on Flores human endemic cretins? Proceedings of the Royal Society B. Published online. Rauch A., Thiel Ch., Schindler D., Wick U., Crow Y., Ekici A., van Essen A., Goecke T., Al- Gazali L., Chrzanowska K., Zweier Ch., Brenner H., Becker K., Curry C., Dallapiccola B., Devriendt K., Dörfler A., Kinning E., Megarbane A., Meinecke P., Semple R., Springer S., Toutain A., Trembath R., Voss E., Wilson L., Hennekam R., de Zegher F., Dörr H., Reis A. 2008 Mutations in the Pericentrin (PCNT) Gene Cause Primordial Dwarfism. Science 319, s. 816–819. Richards G. 2006 Genetic, physiologic and ecogeographic factors contributing to variation in Homo sapiens: Homo floresiensis reconsidered. Journal of Evolu-tionary Biology 19, s. 1744–1767. Tocheri M., Orr C., Larson S., Sutikna T., Jatmiko, Saptomo E., Awe R., Djubiantono T., Morwood M., Jungers J. 2007 The Primitive Wrist of Homo floresiensis and Its Implications for Hominin Evolution. Science 317, s. 1743–1745.

350

Weber J., Czarnetzki A., Pusch C.M. 2005 Comment on "The Brain of LB1, Homo floresiensis". Science 310. Zimmer C. 2006 Hobbits: Happy, Healthy, Human. http://scienceblogs.com/ loom/hobbits_homo_floresiensis/

Abstract In 2004 on the Indonesian island Flores Indonesian – Australian team discovered remains of diminutive man who was called tenderly Hobbit. Discoverers think that Hobbit was a new species of man – Homo floresiensis – who lived on Flores nearly 18 000 years ago. Enthusiastic press quickly proclaimed the findings are the most important discovery of the last 50 years. Discoverers estimated that Hobbit was 106 cm tall hominin and they evaluated that capacity of the skull was 380 cm3. This characteristics make little hominid form Flores similar to australopithecine called “Lucy”. But Lucy‟s remains discovered in distant Africa and they are older than Hobbit about 3 millions year. Some scientist disagree with discoverers and they think new species hypothesis are false. They think that many of Hobbit‟s characteristics show he was a pathological individual of Homo sapiens afflicted by microcephaly. How it is possible that some fossils were interpreted so differently? Is evolution reversible? Did the press have influence on discussion about origin of the remains from Flores? Hobbit case brings out huge controversy which is excellent nutrient for creationist and sensation-seeker press. It seems to be impossible to find out what is true and what is false. Is it for sure?

351

352

Łukasz Bukowiecki Instytut Kultury Polskiej Uniwersytet Warszawski Warszawa

Drzwi Gnieźnieńskie na wystawie
Wprowadzenie W opracowaniach naukowych, podręcznikach szkolnych, albumach krajoznawczych i przewodnikach turystycznych do tej pory przeważnie opisywano Drzwi Gnieźnieńskie bądź z perspektywy par excellence historycznej (jako źródło ikonograficzne, które warto odczytywać w kontekście epoki, w której powstało i wydarzeń, których dotyczy), bądź z punktu widzenia historii sztuki (jako zabytkowe dzieło sztuki, „unikatowy zabytek romańskiej sztuki odlewniczej”). Nie odbierając znaczenia tak ukierunkowanym badaniom, nie podważając ich założeń metodologicznych i nie negując wartości naukowej ich wyników, pragnę w niniejszej pracy pójść w nieco innym kierunku: z jednej strony przesuwając granice dotąd obowiązującego pola rozpoznań, rozważań i refleksji, z drugiej – przyjmując perspektywę odmienną od stricte historycznej lub artystycznej. Chciałbym zatem przyjrzeć się nie tylko oryginalnym Drzwiom Gnieźnieńskim (datowane na drugą połowę XII wieku, osadzone w południowej kruchcie Katedry Gnieźnieńskiej), lecz także ich kopiom umieszczonym w muzeach w Gnieźnie (Muzeum Archidiecezji Gnieźnieńskiej, Muzeum Początków Państwa Polskiego) i w Warszawie (Państwowe Muzeum Archeologiczne). Przy tym chciałbym moją obserwację Drzwi prowadzić z perspektywy kulturoznawstwa, widząc w nich przede wszystkim eksponat y, obiekty naznaczone pewnym sensem i wystawione do publicznego oglądania, funkcjonujące jako elementy kolekcji i ogniwa wystawowej narracji. Drzwi Gnieźnieńskie i ich kopie są zatem dla

353

mnie ważne nie tyle ze względu na walory artystyczne czy przesłanie ideologiczne treści, ile poprzez i wobec współczesnego kontekstu, w którym funkcjonują. Muszę jeszcze poczynić w tym miejscu trzy ważne zastrzeżenia. Po pierwsze, nie uważam, że kopie wystawiane w muzeach są czymś z założenia gorszym od oryginału – przeciwnie, mogą mieć one istotny walor edukacyjny. Niemniej, niezmiernie ważne jest dla mnie, by kopia była odróżnialna od swego pierwowzoru i odpowiednio oznaczona. Po drugie, mam pewne własne doświadczenia w przygotowywaniu wystaw1, więc poddając krytycznej ocenie sposoby prezentowania Drzwi Gnieźnieńskich jako eksponatów, nie wypowiadam się wyłącznie jako teoretyk. Zdaję sobie sprawę, że muzea są w Polsce niedofinansowane i stąd może wynikać wiele niedociągnięć na wystawach, o których piszę w dalszej części pracy, jednak jestem przekonany, że większość poprawek nie wymagałaby dużych nakładów finansowych. Po trzecie wreszcie, nie chodzi mi w tej pracy o wytykanie błędów i zaniedbań konkretnym osobom i instytucjom. Analizując przykład funkcjonowania na wystawach Drzwi Gnieźnieńskich i ich kopii, chciałbym na zasadzie pars pro toto wskazać ogólne problemy polskiego (a może i światowego) muzealnictwa. Po tych, niezbędnych moim zdaniem, zastrzeżeniach wstępnych, wróćmy do zasadniczego tematu tej pracy: w jaki sposób prezentowane są Drzwi-eksponaty? Jakim sensem są naznaczone? Jakie znaczenia wytwarzają? Co oznacza ich obecność na wystawie i czemu służy? Dlaczego w ogóle są eksponowane? Podstawowym celem mojej pracy jest próba odpowiedzi na te właśnie pytania.

1

Brałem udział w przygotowywaniu wystaw w Domu Spotkań z Historią w Warszawie, w Urzędzie m.st. Warszawy dla Dzielnicy Bemowo i w Galerii Przechodniej Instytutu Kultury Polskiej UW.

354

1. Warszawskie symulakrum Wystawę „Alfabet architektury romańskiej” prezentowaną w Państwowym Muzeum Archeologicznym (PMA) w warszawskim Arsenale zwiedzałem po raz pierwszy w połowie grudnia 2006 roku. Kolejny raz odwiedziłem ją dwa lata później. Przez ten okres w sposobie prezentowania kopii Drzwi Gnieźnieńskich w warszawskim muzeum nic się nie zmieniło. „Alfabet architektury romańskiej” to złożona wyłącznie z wielkoformatowych fotografii, modeli i kopii ekspozycja, która w założeniu ma sprawiać wrażenie, wywoływać nastrój i stanowić namiastkę oryginalnego wnętrza romańskiego. Widz ma się poczuć tak, jakby był wewnątrz prawdziwej romańskiej budowli a nie w siedzibie Muzeum. W aurze autentyczności zanurzać ma prezentowane eksponaty, a w jakimś stopniu także zwiedzających:
[…] oryginalna scenografia połączona z umiejętnym operowaniem światłem i podkładem muzycznym2.

2

Za każdym razem, gdy zwiedzałem omawianą wystawę, w pomieszczeniu muzealnym panowała cisza. Od mojego informatora dowiedziałem się, że z podkładu muzycznego zrezygnowano po interwencji ZAIKS-u w sprawie ochrony praw autorskich. W tym miejscu chciałbym serdecznie podziękować wszystkim moim anonimowym Informatorom z Gniezna i z Warszawy za cenne wiadomości, których nie można znaleźć w źródłach pisanych, a do których wielokrotnie odwołuję się w niniejszej pracy.

355

Ryc. 1. Kopia Drzwi Gnieźnieńskich w Państwowym Muzeum Archeologicznym w Warszawie (fot. Łukasz Bukowiecki).

To modelowe wnętrze jest jednak tylko stylizowane. Na omawianej wystawie nie ma żadnych oryginalnych eksponatów3, natomiast sposób prezentowania kopii każe nazwać tę ekspozycję konstrukcją (a nie rekonstrukcją) wnętrza romańskiego. Aranżacja pomieszczenia wyda się kompletnie nieprawdopodobna każdemu zwiedzającemu obeznanemu z elementarną wiedzą historyczną. Drzwi Gnieźnieńskie sąsiadują bowiem z Drzwiami Płockimi i kolumną z kościoła w Strzelnie oraz kilkoma innymi eksponatami, a wszystkie one razem są osadzone w „tkance łącznej” złożonej z ogromnych czarno-białych zdjęć różnych elementów architektonicznych i kamiennych murów. Poruszanie się po wystawie mają ułatwiać, nadspodziewanie zresztą lakoniczne, a przez to niejednokrotnie wprowadzające odbiorców w błąd,
3

Sugestię na ten temat zawarto w tekście programowym tej wystawy (strona internetowa Muzeum: www.pma.pl, zakładka „Wystawy”, artykuł „Alfabet architektury romańskiej”). Informator, z którym rozmawiałem w grudniu 2008 roku, potwierdził ten stan rzeczy: na wystawie prezentowane są wyłącznie kopie.

356

podpisy i plansze informacyjne z kolejnymi hasłami ułożonymi w kolejności tytułowego „Alfabetu…”4. Wszystko razem tworzy podwójnie anachroniczną makietę rzeczywistości minionej, która ani nie oddaje realiów historycznych polskiego wczesnego średniowiecza, ani nie respektuje standardów i trendów współczesnego muzealnictwa. Być może mamy do czynienia z – opisywaną przez Jeana Baudrillarda i charakterystyczną dla współczesnej kultury audiowizualnej – symulacją, w której reprezentacja ustąpiła miejsca ekwiwalencji (Mencwel 2006, s. 306-307). Symulacja taka, o ile jest świadomie zaplanowana, starannie przygotowana i odpowiedzialnie stosowana jako swoisty typ idealny, nie musi być czymś gorszym od rzeczywistości. Przeciwnie, teoretycznie może być poznawczo płodnym narzędziem rozumienia świata, logicznym ekwiwalentem rzeczywistości i konstrukcją jej istotnych cech (por. uwagi Andrzeja Mencwela o typach idealnych – Mencwel 2006, s. 18, 318-319). Niestety, twórcy „Alfabetu…” stworzyli swoje symulakrum najprawdopodobniej bez należytej samowiedzy, tzn. w przekonaniu, że dokonana przez nich symulacja może mieć walor reprezentacji. Opiekunowie wystawy piszą (por. www.pma.pl):
Ekspozycja przedstawia najbardziej charakterystyczne obiekty, detale architektoniczne i elementy dekoracyjne budownictwa romańskiego […]

próbując chyba zupełnie niepotrzebnie ukonkretnić tworzony przez siebie „obraz świata” tak, jakby nie zauważyli albo zapomnieli, że operują wyłącznie przedstawieniami i pozorami, a na ich wystawie „oryginalna” jest w istocie tylko zaprojektowana przez nich samych scenografia.
Wszystkie obserwacje, jak i formułowane dalej wnioski powstały na podstawie moich wizyt w Państwowym Muzeum Archeologicznym w Warszawie, 14 grudnia 2006 roku i 8 grudnia 2008 roku.
4

357

Za karkołomny uznaję pomysł, by umieszczoną na wystawie kopię Drzwi Gnieźnieńskich opisać – zarówno w przestrzeni muzealnej, jak i w towarzyszącym ekspozycji przewodniku – tak, jakby był to oryginał: na podstawie hasła encyklopedycznego pisanego pierwotnie w odniesieniu właśnie do oryginału5. Fakt, że na wystawie prezentowana jest kopia Drzwi (nie zaś oryginał), nie jest wyrażony wprost w żadnym miejscu ekspozycji (wspomina się natomiast o tym na stronie internetowej PMA). Nigdzie jednak nie możemy liczyć na jakiekolwiek wiadomości na temat historii samej kopii (kiedy, gdzie i z jakim przeznaczeniem powstała?, kto ją wykonywał?). Szczególnie trafny wydaje się w tym kontekście postulat Jamesa Clifforda (Clifford 2000, s. 247):
Byłoby ideałem, gdyby historia samej kolekcji i ekspozycji była widocznym aspektem każdej wystawy.

Drzwi są opatrzone niezwykle lapidarnym, a przez to wprowadzającym w błąd podpisem „Drzwi Gnieźnieńskie” (bez najmniejszej choćby wzmianki, że jest to kopia!). Oczywiście, teoretycznie można się tego domyślić (ale nadal nie dowiedzieć), czytając tekst z planszy ustawionej obok eksponatu:
Drzwi Gnieźnieńskie – romańskie, dwuskrzydłowe drzwi z brązu znajdujące się w południowym portalu katedry w Gnieźnie są jedynym z najcenniejszych i najpiękniejszych zabytków sztuki romańskiej w Polsce. Drzwi wykonane w 1170 roku, ozdobiono bogatą, płaskorzeźbioną dekoracją – osiemnastoma płycinami ze scenami życia i męczeństwa św. Wojciecha. Oba skrzydła są obwiedzione dekoracyjną bordiurą o motywach roślinnych i zwierzęcych oraz zaopatrzone w dwie antaby.

Z towarzyszącej wystawie publikacji przewodnikowej dowiadujemy się, że hasła „Alfabetu architektury romańskiej” oparto na Małej encyklopedii architektury i wnętrz Klemensa Krajeńskiego (1974) i książce Witolda Szolgini Architektura i budownictwo (1982) – por. Urban 2009, s. 2, 15.

5

358

W opisie tym rzuca się w oczy osobliwe połączenie wyrafinowanej terminologii z zakresu historii sztuki i architektury ze zdawkowymi informacjami stricte historycznymi – zarazem przesadnie chyba konkretnymi (data roczna powstania Drzwi!) i wyjątkowo skondensowanymi (program ikonograficzny Drzwi podsumowany w jednym zdaniu). Tekst w istocie pozostaje adresowany do wąskiego grona specjalistów, którzy z jednej strony znają fachowe słownictwo dotyczące strony formalnej zabytku (płycina, bordiura, antaba – z czego wystawowy „alfabet” tłumaczy znaczenie tylko tego ostatniego terminu), a z drugiej – nie interesują się treścią umieszczonego na Drzwiach przedstawienia. Perspektywa historyczna jest więc ledwo zarysowana, nie ma nawet tak elementarnej informacji, jak instrukcja „czytania” Drzwi6. Cytowany opis pomija również fakt zapośredniczenia przekazu w – skądinąd doskonale wykonanej – czteroczęściowej kopii z gipsu (zachowana w skali 1:1 wobec oryginału i wierna wobec niego). Nie wiemy zatem nic o prezentowanym odlewie i jego własnej historii, którą z pewnością posiada – ba, nawet nie jesteśmy do końca pewni, czy nie obcujemy przypadkiem jednak z oryginalnymi Drzwiami, tymczasowo przeniesionymi z katedry. Dla zwiedzającego z elementarną wiedzą historyczną – znów wraca ta kategoria – sprawa nieoryginalności prezentowanych Drzwi będzie oczywista, ale przecież misją muzeum jest udostępnianie zbiorów, a przez to tłumaczenie historii, wszystkim zainteresowanym, a nie tylko osobom, które przyswoiły wcześniej pewną niewypowiedzianą explicite w narracji wystawowej wiedzę. Nauka nie lubi najmniejszych niedomówień ani przyjętych milcząco założeń, a jej populaSposób ułożenia kwater nie jest jasny i oczywisty dla współczesnego widza przyzwyczajonego do czytania linijkami od lewej do prawej i z góry na dół, o czym zresztą sam miałem okazję przekonać się w czasie pierwszej wizyty w Muzeum, gdy zupełnie nie mogłem sobie poradzić z tym, co widziałem. Tłumacząc najprościej, Drzwi Gnieźnieńskie czyta się, poczynając od dołu lewego skrzydła drzwi i kończąc na dole skrzydła prawego, pokonując między tymi punktami rodzaj łuku, względnie tęczy.
6

359

ryzowanie musi być z natury nastawione na – posługując się kategoriami Edwarda T. Halla (2003, s. 128-134) i Basila Bernsteina (2003, s. 135-141) – „obniżanie kontekstu” i „rozbudowywanie kodu” do tego stopnia, by każdy potencjalny odbiorca tekstu (w tym wypadku wystawy) zrozumiał nie tylko sam tekst, ale i opisywany w nim wycinek rzeczywistości7. Dziadek z wnuczkiem na niedzielnym spacerze, zagraniczni turyści albo ktoś, kto czyta tylko podpisy pod eksponatami, a pomija plansze z dodatkowymi informacjami – wszyscy oni mogą uznać, że mają do czynienia z prawdziwymi Drzwiami Gnieźnieńskimi, i to – bo jakżeby inaczej w muzeum archeologicznym! – wydobytymi pewnie prosto z ziemi. Mój informator próbował tłumaczyć obecność wystaw zasadniczo „niearcheologicznych” w PMA (obok „Alfabetu architektury romańskiej” jest to „ABC architektury gotyku”) – względami edukacyjnymi. Skoro w warszawskim Arsenale było miejsce na te wystawy, należało je tu umieścić – zwiedzające muzeum wycieczki szkolne przy okazji zapoznają się ze średniowiecznymi stylami architektonicznymi. Widzi się korzyści, ale nie dostrzega zagrożeń, zaś całkowicie pomija aspekt metodologiczny. Na moje pytanie, dlaczego w takim razie w PMA nieobecna jest architektura epok późniejszych niż średniowiecze, dowiedziałem się, że na to już muzeum nie ma warunków lokalowych, poza tym nie chciałoby konkurować z Muzeum Architektury we Wrocławiu, zaś średniowiecze „jest jeszcze epoką, którą zajmują się archeolodzy”. Konieczna moim zdaniem refleksja nad tym, jakie są granice archeologii (jakie obiekty i z jakich epok powinna uwzględniać narracja wystawowa PMA?, czy zachowane zabytki architektoniczne i dzieła sztuki można traktować jako zabytki archeologiczne, a ich kopie jako eksponaty muzeum archeoWysokość kontekstu w danym przekazie mierzy się stosunkiem treści nadawanych w kodzie bezpośrednim do treści niewypowiedzianych, składających się na dany przekaz. Im więcej niedopowiedzeń, tym wyższy kontekst, ale i bardziej ograniczony kod. Rozbudowywanie bezpośredniego kodu o kolejne informacje podawane wprost skutkuje obniżeniem kontekstu.
7

360

logicznego?, a może kosztem ekspozycji architektonicznych warto zorganizować wystawy poświęcone „archeologii współczesności”, np. na temat badań dokumentujących zbrodnie XX wieku?), w ogóle w dyskursie PMA nie jest obecna. Pytaniu o to, co prezentować, powinno towarzyszyć pytanie o to, jak to robić. Osobiście uznaję stosowanie praktyk symulacyjnych w PMA za niewłaściwe. W moim przekonaniu umieszczenie jakiegokolwiek materialnego przedmiotu na wystawie archeologicznej automatycznie, na zasadzie presupozycji bądź entymematu, nadaje mu w oczach odbiorcy status ontologiczny „zabytku archeologicznego” – oryginalnego przedmiotu pozyskanego metodami archeologicznymi i będącego materialnym świadectwem działań ludzkich w przeszłości. Nie można prawdziwych artefaktów zastępować kopiami, a przy tym prezentować je w takim środowisku i opisywać w taki sposób, jakby były oryginalne. Muszę tu zasygnalizować niebezpieczeństwo, że pozorowanie może być na gruncie archeologii traktowane jak fałszowanie. Odkrycie i ujawnienie mechanizmów rządzących sposobem eksponowania i opisania warszawskiej kopii Drzwi Gnieźnieńskich może nie tylko doprowadzić do dekonstrukcji wystawowej symulacji (to nic złego, a nawet jeden z obowiązków krytycznego odbiorcy), lecz także budzić podejrzliwość zwiedzających wobec wszystkich gromadzonych i prezentowanych w PMA zbiorów (eksponaty quasi-oryginalne przez sugestię swojej prawdziwości są zresztą znacznie bardziej podejrzane niż np. czarno-białe zdjęcie kolumny, której sztuczność, „nierzeczywistość”, nawet laikowi od razu rzuca się w oczy). Nieprzemyślana strategia wystawiennicza PMA może zatem ostatecznie rodzić chroniczną niepewność („co tu jest prawdziwe?”), wywoływać głęboki sceptycyzm („nie wiem, co jest prawdziwe”) i wzbudzać całkowity brak zaufania („pewnie nic nie jest prawdziwe”), a tym samym podważać autorytet Muzeum jako instytucji naukowej.

361

2. Gnieźnieńskie hiperłącza W Gnieźnie można obejrzeć trzy egzemplarze Drzwi Gnieźnieńskich. Oryginał osadzono w gotyckim portalu z wyobrażeniem Sądu Ostatecznego z drugiej połowy XIV wieku w kruchcie południowej Katedry Gnieźnieńskiej (właściwie jest to Bazylika Archikatedralna pod wezwaniem Wniebowzięcia NMP i św. Wojciecha). Po jednej kopii posiadają Muzeum Archidiecezji Gnieźnieńskiej (MAG) i Muzeum Początków Państwa Polskiego (MPPP). I właśnie od kwestii funkcjonowania tych kopii chciałbym rozpocząć charakterystykę gnieźnieńskich strategii wystawienniczych. W Muzeum Archidiecezji Gnieźnieńskiej tamtejsze Drzwi podpisano tak:
KOPIA DRZWI GNIEŹNIEŃSKICH Odlew gipsowy wykonany ok. 1965 r. Oryginalne drzwi powstały w II poł. XII w. obecnie znajdują się w Katedrze gnieźnieńskiej, w portalu południowym. Na osiemnastu kwaterach przedstawiony jest żywot św. Wojciecha8.

Jest to bardzo oszczędny opis pomijający zupełnie informacje o formie oryginalnego dzieła i tylko w jednym zdaniu wzmiankujący jego treść. In plus należy jednak zapisać to, że – jako jedyny z tu przytaczanych – podpis jawnie odnosi się do swego właściwego przedmiotu (kopii), a przy tym jednocześnie odsyła i kieruje czytającego ku oryginałowi. Autor nie tylko zgrabnie opisuje, ale i przekracza wyrażone przez siebie wprost zapośredniczenie.

8

Tekst ten i następny cytowany, pochodzący z MPPP, przytaczam w całości; zachowałem oryginalną pisownię, interpunkcję i wyróżnienia.

362

Ryc. 2. Kopia Drzwi Gnieźnieńskich w Muzeum Archidiecezji Gnieźnieńskiej w Gnieźnie (fot. Łukasz Bukowiecki).

W Muzeum Początków Państwa Polskiego umieszczono przy Drzwiach następującą informację:
DRZWI BRĄZOWE, TZW. GNIEŹNIEŃSKIE, KOŚCIÓŁ KATEDRALNY P.W. WNIEBOWZIĘCIA NAJŚWIĘTSZEJ MARII PANNY I ŚW. WOJCIECHA W GNIEŹNIE 4 ĆWIERĆ XII w.

Podpis ten – jako jedyny z omawianych w niniejszej pracy – jest przetłumaczony na język angielski, jednakże na tym właściwie kończą się jego atuty. Nie mówi nic ani o oryginalnych Drzwiach, ani o ich kopii, przy której został umieszczony, pozostawiając pole do niedomówień i spekulacji. Tak jak w PMA, niezorientowany widz może zapytać, czy prezentowane Drzwi są oryginałem przeniesionym z kościoła katedralnego, czy kopią. Ten krótki tekst może ponadto sugerować, że prezentowane Drzwi (abstrahując od tego, czy są oryginalne, czy nie) zrobiono z brązu, bowiem jedyną ich

363

cechą wzmiankowaną w narracji jest właśnie ich „brązowość”. Tymczasem bliższy kontakt sensualny z eksponatem każe zakwestionować nie tylko oczywistość, ale i prawdziwość takiej presupozycji: kopia, w odróżnieniu od oryginału, który istotnie odlano z brązu, jest gipsowa9.

Ryc. 3. Kopia Drzwi Gnieźnieńskich (po prawej) w Muzeum Początków Państwa Polskiego w Gnieźnie (fot. Łukasz Bukowiecki).

W obu muzeach – mimo wyraźnych różnic jakościowych w podpisach – kopie Drzwi Gnieźnieńskich prezentowane są w neutralnym środowisku audiowizualnym. Owszem, wśród innych eksponatów (w MPPP nawet obok kopii Drzwi Płockich tak, jak w PMA), ale funkcjonujących jako pamiątki przeszłości, a nie tej przeszłości pozory (gnieźnieńskie muzea nie stosują żadnych praktyk symulacyjnych),

Obserwacje i wnioski z badań terenowych w Gnieźnie przeprowadzonych przeze mnie 7 lutego 2007 roku.

9

364

dzięki czemu kopie Drzwi opierają się tak wyraźnej w warszawskim muzeum makietyzacji. Kopie Drzwi pełnią w gnieźnieńskich muzeach funkcję suplementu dla prezentowanych kolekcji. W Muzeum Archidiecezji Gnieźnieńskiej jest to kolekcja sztuki sakralnej z obszaru podlegającego władzy arcybiskupa gnieźnieńskiego, a w Muzeum Początków Państwa Polskiego kolekcja „romańskiej rzeźby architektonicznej z terenu Polski z XII–XIII wieku” (Stryniak 2004, s. 25). Zapewne w obu muzeach mogłaby zamiast kopii Drzwi pojawić się informacja: „Naszą kolekcję uzupełniają Drzwi Gnieźnieńskie. Nie zapomnijcie ich zobaczyć, gdy będziecie zwiedzać katedrę w naszym mieście”. Dla wygody zwiedzających, ale także z pewnym zamysłem kształceniowym, oba muzea postanowiły umieścić w swoich zbiorach kopie Drzwi. Dzięki nim nie tylko kolekcja, ale i wiedza turysty będzie bogatsza. Umieszczone w muzeach kopie Drzwi (w MAG także za sprawą pouczającego podpisu) bez wątpienia odsyłają do ich pierwowzoru, a sam oryginalny pierwowzór zyskuje w ten sposób w oczach widza nowy, szerszy kontekst – historyczny, artystyczny, ideowy. Mamy więc w obu muzeach do czynienia z ciekawym zabiegiem może nie tyle podporządkowania wystawy klasycznej idei reprezentacji (to nie byłoby nic nowego i ciekawego), ile raczej z przemyślaną hipertekstualizacją ekspozycji muzealnej, przy czym rolę hiperłącza (odnośnika) pełnią kopie Drzwi Gnieźnieńskich. Zależnie od tego, z której strony idziemy – tj. czy zwiedzamy najpierw Katedrę, czy muzea – możemy w Gnieźnie „przejść przez Drzwi” od konkretu do kontekstu lub odwrotnie. W obu wypadkach z pożytkiem dla naszej wiedzy, wyobraźni i wrażliwości. 3. Semiofor bez aury Przyjrzyjmy się teraz kwestii funkcjonowania oryginalnych Drzwi Gnieźnieńskich. W południowej kruchcie Katedry Gnieźnieńskiej (miejscu eksponowania Drzwi) nie umieszczono żadnego tekstu na ich temat. Nigdy nie ma

365

tam bowiem turystów pozostawionych samym sobie, którzy potrzebowaliby dodatkowych wyjaśnień na piśmie, gdyż „oryginał udostępniany jest zwiedzającym [tylko] przez przewodników katedralnych” (Ratajczak, Dolna 2008). Przewodnicy przedstawiają turystom kompletną – choć zapewne za każdym razem trochę inną, bo oralną – narrację muzealną, opartą zresztą w dużej mierze na formułach zawartych w publikacjach dostępnych w okolicznych kioskach i księgarniach. W razie jakichkolwiek wątpliwości i niedopowiedzeń wysoki kontekst prezentowanych Drzwi może zostać łatwo obniżony, bo przewodnik katedralny chętnie wchodzi w interakcję ze zwiedzającymi. Inna sprawa, że nie zawsze potrafi kompetentnie odpowiedzieć na stawiane przez nich pytania. Zresztą oryginalne Drzwi okazują się niezwykle kłopotliwe w opisie.

Ryc. 4. Drzwi Gnieźnieńskie (fot. Łukasz Bukowiecki).

w

Katedrze

Gnieźnieńskiej

366

Przede wszystkim należy zauważyć, że oryginalne Drzwi w toku różnych zabiegów, którym je poddano (szczególnie intensywnie w XX wieku, gdy m.in. wykonano wszystkie opisane wcześniej kopie Drzwi), poniosły uszczerbek na swojej autentyczności. Kiedyś ściśle związane ze swym pierwotnym środowiskiem (katedrą), generujące dystans patrzącego i „niedotykalne”, zostały poddane reprodukcji technicznej (skopiowane, sfotografowane, sfilmowane) i za pośrednictwem różnych mediów przeniesione poza lokalny kontekst (do muzeum, albumu, książki itp.), przez co utraciły swoją niepowtarzalność, swoją jedyność i swoją aurę (Benjamin 1996, s. 204-209). Konsekwencje tego faktu są dwojakie: z jednej strony pojawiają się wątpliwości co do „oryginalności” Drzwi osadzonych w Katedrze10, z drugiej strony czyni się wszystko, by przekonać zwiedzających o zasadniczej różnicy między statusem ontologicznym prawdziwych Drzwi a charakterem ich kopii. W licznych przewodnikach turystycznych powtarza się formułę cytowaną tu za ks. Bogaczem (2006b, s. 23)11:
W kruchcie południowej znajduje się gotycki portal z 2 poł. XIV w., w którym osadzono monumentalne dwuskrzydłowe Drzwi Gnieźnieńskie zwane również Porta Regia (Drzwi Królewskie).

Dopiero oprowadzający po katedrze przewodnik zachęcony moją dociekliwością, sprecyzował, że to „osadzenie” miało miejsce już po II wojnie światowej12. Romańskie drzwi z drugiej połowy XII wieku z pewnością nie mogły być od
10

Z dziełem sztuki, któremu odebrano aurę można zrobić wszystko, w tym także podważyć jego prawdziwość. Przy okazji warto zauważyć, że samo pojęcie „oryginalności” ma sens tylko wtedy, gdy istnieją kopie. 11 Identyczne sformułowanie pojawia się także w opracowaniach, por. np. Bogacz 2006a, s. 3; Domasłowski 2005, s. 19. Powtarzanie stałych formuł nie jest na pewno wynikiem monopolizacji rynku przewodników turystycznych przez jednego autora. 12 Inny informator z Gniezna sugerował jednak, że Drzwi Gnieźnieńskie znajdują się w południowym portalu Katedry „od zawsze”, jednocześnie uzasadniając, dlaczego tak cenne arcydzieło było lokowane w bocznym, południowym portalu (wynikać to miało z topografii Gniezna).

367

początku osadzone w gotyckim portalu o dwa wieki od nich późniejszym. Każdy uważny zwiedzający kruchtę dostrzeże też z pewnością, że Drzwi wręcz nie pasują do ram, w których zostały zamontowane. Uwagę zwraca także dysharmonia tematyczna przedstawień z portalu i drzwi. Portal ukazuje nawiązujące do biblijnej Apokalipsy wyobrażenie Sądu Ostatecznego (Domasłowski 2005, s. 19), natomiast jeśli chodzi o Drzwi, to według Stryniaka (2004, s. 27):
[…] ich wyjątkowość w skali europejskiej wynika przede wszystkim z ikonografii, tzn. z faktu, że scenariusz przedstawień figuralnych zawartych w poszczególnych kwaterach nie opiera się na Piśmie Świętym, lecz ilustruje życie i męczeństwo jednego, konkretnego świętego – Wojciecha, patrona arcybiskupstwa gnieźnieńskiego i Polski.

Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że – jak wynika z różnych przywoływanych już wcześniej folderów i informatorów – dzieje Katedry Gnieźnieńskiej były niezwykle burzliwe: kolejne planowe przebudowy i modernizacje przeplatały się z grabieżami, pożarami i zniszczeniami wojennymi (Bogacz 2006b, s. 6-19). W efekcie to, co oglądamy w kruchcie południowej, to nie muszą być w ogóle „te” drzwi i wcale niekoniecznie od „tej” katedry! To byłaby dopiero symulacja! Nawiasem mówiąc to, co najcenniejsze wewnątrz świątyni, też nie musi być prawdziwe. Katedra (Bogacz 2006a, s. 3):
[…] wielokrotnie była niszczona na skutek najazdów czy też klęsk dotykających miasto i jego mieszkańców, ale zawsze podnosiła się z gruzów, aby stanowić godną oprawę dla klejnotu, jakim jest grób św. Wojciecha.

Tymczasem grób ten jest najprawdopodobniej symulacją trzeciego rzędu, w której obraz „przesłania brak głębszej rzeczywistości” (Baudrillard 1997, s. 181): istnieje wersja, że złożone w nim relikwie św. Wojciecha są falsyfikatem, podczas gdy prawdziwe szczątki świętego znajdują się w Pra-

368

dze w Czechach i to od czasów najazdu księcia czeskiego Brzetysława na Polskę w 1039 roku. Na szczęście akurat Drzwi Gnieźnieńskich w Czechach szukać raczej nie musimy, bo powstały ponad 100 lat po tym wydarzeniu. Jeden z moich informatorów uspokoił mnie zresztą, opowiadając, że po II wojnie światowej wykazano naukowo, że Drzwi Gnieźnieńskie z Katedry Gnieźnieńskiej pochodzą z drugiej połowy XII stulecia. Badania te prowadzono w Toruniu, skąd później Drzwi musiały wrócić do Gniezna. Może stąd wzięła się „miejska legenda” o tym, że osadzono je w portalu w południowej kruchcie dopiero po wojnie. Nie mniej problematyczna pozostaje kwestia udostępniania Drzwi zwiedzającym. Prawdziwe (nieważne w tym momencie, czy tylko z nazwy) Drzwi Gnieźnieńskie, jako „unikatowy zabytek” uległy procesowi muzeifikacji i wtórnej waloryzacji, stając się – zgodnie z rozpoznaniami Krzysztofa Pomiana (1996, s. 44) – semioforem:
W obrębie […] świata widzialnego dokonuje się […] podział. Po jednej stronie znajdują się rzec z y, p r z ed m io ty u ży te czn e , to znaczy takie, które mogą być spożywane albo służyć zdobywaniu środków do życia lub przetwarzaniu surowców tak, by dały się spożywać, które mogą też ochraniać przed wahaniami środowiska naturalnego. Wszystkie te przedmioty są manipulowane i wszystkie powodują widzialne przemiany fizyczne lub doznają ich: zużywają się. Po drugiej stronie znajdują się sem io fo ry , p rz ed mio ty p o zb a wio n e u ży tec zn o śc i w znaczeniu określonym wyżej, ale reprezentujące sferę niewidzialną, to znaczy obdarzone znaczeniem; nie są manipulowane, lecz oglądane, a zatem nie podlegają zużyciu.

Drzwi Gnieźnieńskie już nie chronią wnętrza świątyni od zmienności naszej kapryśnej pogody. Przeciwnie, to je trzeba chronić przed zgubnym wpływem środowiska i to nie tylko przyrodniczego, ale i kulturowego, bo dla semioforu akty wandalizmu bądź próby kradzieży mogą być równie niebezpieczne, jak słońce, deszcz i mróz. A semioforem są z pewnością, bo reprezentują „sferę niewidzialną”: stanowią dowód i świadectwo uczestnictwa Polski w średniowiecznym

369

uniwersalizmie zachodnioeuropejskim – z jego wzorem kultury, systemem wartości i kanonami sztuki. Dlatego w celach prewencyjnych Drzwi zamknięto ze wszystkich stron w bezpiecznej przestrzeni południowej kruchty katedry. Dlatego również wprowadzono w ich wypadku „zwiedzanie tylko z przewodnikiem”. Przy tym na wszelkie sposoby próbuje się ich „nie zużyć” (tzn. zachować), aby można je było jak najdłużej oglądać w niezmienionym kształcie. Na co dzień nie ma więc mowy o takim, zdawałoby się naturalnym w przypadku drzwi, „interaktywnym zwiedzaniu”, jak ich otwarcie, przejście przez nie i zamknięcie, choć w odróżnieniu od wszystkich swoich kopii, oryginalne Drzwi są naprawdę dwuskrzydłowe i nie stoją przy ścianie, lecz w portalu, istnieje zatem potencjalna możliwość przejścia przez nie. Na taką „profanację” mogą sobie jednak pozwolić tylko najwięksi „święci” tego świata – politycy – i to też niezwykle rzadko, wyłącznie w szczególnych okolicznościach i ze specjalnej okazji, takiej na przykład, jak rocznica Zjazdu Gnieźnieńskiego13. Zwykłym śmiertelnikom pozostaje przyglądanie się Drzwiom zamkniętym na klucz – za odpowiednią opłatą „na konserwację” i pod czujnym okiem przewodnika. Zamiast zakończenia Drzwi Gnieźnieńskie są zamknięte podwójnie. Po pierwsze – tak, jak każde drzwi, które w swej istocie mogą pozostawać albo otwarte, albo zamknięte. Po drugie, niewidoczne z ulicy i niedostępne bez biletu – zamknięte… za drzwiami! To podwójne zamknięcie jest charakterystyczne dla wszystkich omawianych „Drzwi Gnieźnieńskich”: zamkniętych samych z siebie i zamkniętych w generującej znaczenia, lecz odbierającej użyteczność przestrzeni muzealnej. Czy takie Drzwi są w ogóle jeszcze drzwiami? Niestety, chyba tylko z nazwy.

13

Informacja uzyskana od informatora.

370

Bibliografia
Baudrillard J. 1997 Precesja symulakrów [w:] red. R. Nycz, Postmodernizm. Antologia przekładów, Kraków, s. 175-189. Benjamin W. 1996 Dzieło sztuki w dobie reprodukcji technicznej [w:] red. H. Orłowski, Anioł historii. Eseje, szkice, fragmenty, Poznań, s. 201-239. Bernstein B. 2003 Kod rozbudowany i kod ograniczony [w:] red. G. Godlewski, Antropologia słowa. Zagadnienia i wybór tekstów, Warszawa, s. 135-141. Bogacz ks. J. 2006a Bazylika w Gnieźnie. Przewodnik, Gniezno. 2006b Gniezno. Katedra Gnieźnieńska – przewodnik, Gniezno. Clifford J. 2000 Kłopoty z kulturą, Warszawa. Domasłowski J. 2005 Gniezno. Miniprzewodnik, Toruń. Hall E.T. 2003 Kontekst i znaczenie [w:] red. G. Godlewski, Antropologia słowa. Zagadnienia i wybór tekstów, Warszawa, s. 128-134. Mencwel A. 2006 Wyobraźnia antropologiczna. Próby i studia, Warszawa. Pomian K. 1996 Zbieracze i osobliwości, Warszawa. Ratajczak B., Dolna J. 2008 Obsługa Turystyczno-Pielgrzymkowa Wzgórza Lecha. Bazylika Prymasowska w Gnieźnie, Gniezno. Stryniak D. (oprac.) 2004 Muzeum Początków Państwa Polskiego w Gnieźnie. Informator, Gniezno. Urban M. (oprac.) 2009 Alfabet architektury romańskiej. Teksty do wystawy, Warszawa. Korzystałem również z materiałów zamieszczonych na stronie internetowej Państwowego Muzeum Archeologicznego w Warszawie: www.pma.pl.

371

Abstract The Gniezno’s Gate has been usually described just as an iconographic source or a piece of art. In my lecture I would like to treat the Gate (and its copies located in museums in Gniezno and Warsaw) as actively existing within contemporary culture exhibits which are given certain meaning and shown to the public (Gniezno’s Cathedral, Museum of Gniezno’s Archdiocese, Museum of the Beginnings of Polish State in Gniezno, State Archeological Museum (the PMA) in Warsaw). How and why Gates-exhibits are presented? Why can we see even 3 copies of Gniezno’s Gate in Gniezno? What is the danger of using simulative practices to the Gate’s copy in the PMA? I would like to answer these questions using for that such culture studies’ categories as (museum) space, (museum) narration, collection, semiofor, simulation, low and high context. My reflections will be based on my observations and conclusions from my visit in the PMA and my ‘museum fieldworks’ in Gniezno which I made in February 2007.

372

373

374

CZĘŚĆ III PRZEDSTAWIANIE PRZESZŁOŚCI

375

376

Rafał Górny Instytut Prahistorii Uniwersytet im. Adama Mickiewicza Poznań

Miejsce archeologa w kulturze masowej
Kultura masowa jest wynikiem takich procesów, jak industrializacja i urbanizacja. To dzięki zagęszczeniu ludności na małym obszarze i rozwojowi środków masowego przekazu powstała ogólna, dostępna i tworzona dla każdego kultura, którą polska nauka nazywa masową. Już samo zdefiniowanie kultury masowej jest dość problematyczne. Jedną z definicji sformułował francuski socjolog G. Friedmann (Kłoskowska 2005, s. 105):
Przez kulturę mas rozumiem ogół kulturalnych dóbr konsumpcyjnych oddanych do dyspozycji publiczności w najszerszym rozumieniu tego słowa [...] za pomocą masowego komunikowania w ramach cywilizacji technicznej.

Zasadniczo ta definicja jest trafna, ale wskazuje na ową „cywilizację techniczną” jako tą, która dysponuje środkami zdolnymi do rozprzestrzeniania dorobku kulturowego na wielką skalę. Wynika to głównie z tego, że publiczność jako odbiorcy tego typu przekazów w gronie tak ładnie określanym jako „masa” pojawili się wraz z takimi wynalazkami, jak druk, radio czy telewizja, a więc kultura w sensie masowym tak naprawdę narodziła się wraz z nimi. Spojrzenie w przeszłość pozwala jednak zauważyć pewne zjawiska, które również można uznać za masowe, znacznie wcześniej niż wymienione nowinki techniczne zdominowały gospodarstwa domowe. Zwiększono, więc nieco te ciasne ramy i przyjęło się, że kultura masowa to zjawisko współczesnego przekazywania wielkim masom odbiorców identycznych lub analogicznych treści

377

płynących z nielicznych źródeł oraz do jednolitych form zabawowej, rozrywkowej działalności wielkich mas ludzkich (Kłoskowska 2005, s. 95). To bardzo szeroka definicja, ale nawet ona nie obejmuje swoim zakresem całości zjawiska. Najbezpieczniej więc przyjąć definicję Richarda Malty (Holtorf 2006, s. 62), który tak oto rzecze:
[…] kultura masowa to rodzaj dialogu jaki społeczeństwo odbywa ze sobą.

Tyle na temat definicji, które pomimo nakreślenia tematu męczą zawiłością sformułowań. No może z wyjątkiem tej ostatniej. Żeby znaleźć archeologa w kulturze masowej nie trzeba się jakoś szczególnie wysilić. Kilka przykładów czynów jakich dokonali archeolodzy pozwoli zrozumieć, jak ważna to profesja dla świata. Tak więc archeolodzy: odkryli Atlantydę, zniszczyli Atlantydę…, …wraz z jej populacją rządnych ludzkiej krwi mutantów, zabili całkiem sporo smoków, zabili paru bogów (jakoś szczególnie upodobali sobie egipskiego Seta), zwiedzili alternatywne wymiary, znaleźli Arkę Przymierza, Świętego Graala i Excalibur oraz korzystali z magicznych właściwości tych przedmiotów, napotkali pozaziemskie cywilizacje i nawiązali z nimi różnorakie kontakty, odkryli, że ewolucja jednak przebiegała od małp do ludzi, a nie od ludzi do małp, ożywili całkiem sporą liczbę mumii, odnaleźli skarabeusza, który zmieniał ich w superbohatera,

378

zwalczyli niezliczoną ilość łotrów (od dość pospolitych oprychów, do tak wyrafinowanych jak Lex Luthor – arcyrywal Supermana), i wiele innych rzeczy, które trudno ogarnąć w całości. Wydaje się, że nie ma zadania nazbyt niebezpiecznego dla tych ludzi. Ktoś w końcu musi strzec dziedzictwa ludzkości przed złem jakie na nie czyha. Tylko oni są na miejscu, gdy pradawna groza chce wyjść ze swej antycznej nory, żeby zawładnąć światem. Idąc za ich czynami można też spróbować ich jakoś podzielić. Wydaje się, że mające już niemal 60 lat spostrzeżenie Alfreda Kiddera dalej obowiązuje (Holtorf 2006, s. 67):
W powszechnej opinii istnieją dwa rodzaje archeologów: ci owłosieni na klatce piersiowej i ci owłosieni na brodzie. Pierwsi to młodzi mężczyźni o dość kwadratowych szczękach, którzy noszą kapelusze, pistolety w kaburach u pasa i przedzierających się przez dżunglę w poszukiwaniu zagubionych miast i zakopanych skarbów. Ich buty, zawsze doskonale wypastowane, sięgają im do kolan prawdopodobnie dla ochrony przed czarnymi mambami i innymi jadowitymi gadami. Jedyna rzecz jaka ich niepokoi to czy koszula jest wystarczająca niedopięta, żeby pokazać jego muskulaturę. Brodaty archeolog jest stary i wydaje się oderwany od rzeczywistości. Jego jedyną bronią jest szkło powiększające, którym rozszyfrowuje inskrypcje zapomnianych cywilizacji. Przeważnie tryumfuje w ostatnim rozdziale, kiedy to tajemnica jest przez niego rozwiązana a jego córkę ratuje młody asystent.

Ten cytat porusza ważne mity, na których zbudowany jest wizerunek archeologa – Przygodę i Tajemnicę. Fikcyjny archeolog przeważnie zbudowany jest wokół jedynie kilku motywów przewodnich. Są to: Awanturnik i jego fantastyczna wyprawa: jeśli przyjrzeć się opowieściom o bohaterach można zauważyć pewien schemat. Bohater wyrusza w podróż, w której musi pokonać multum trudności, za które na końcu zo-

379

stanie wynagrodzony czymś niewyobrażalnie cennym. I tak na przykład: Indiana Jones przeżyje pogoń za uzbrojonymi po zęby nazistami ocierając się o śmierć niezliczoną ilość razy po to, aby na końcu dostać od życia najcenniejszy dar – nawiązuje dawno utracony kontakt z ojcem. Ta postać to archetyp w tej klasie opowiadań o archeologach. Nie na darmo plakat drugiej części filmu reklamowało hasło „Jeśli przygoda ma imię to nazywa się Indiana Jones”. Nieustraszony (chociaż boi się węży) i tak swojsko nieokrzesany. Nie da się go nie lubić. Oczywiście odkrycia naukowe są dla niego najważniejsze i najbardziej ekscytujące, ale jeśli przy tym można zwiedzić egzotyczne miejsca i trochę podnieść poziom adrenaliny, to czemu nie, prawda? Jak twierdzi magazyn Playboy: „nikt nie ma takich jaj jak Indiana Jones” (za: Holtorf 2006, s. 76). To właśnie ta postać była wzorem dla Lary Croft (seria Tomb Raider), Jacka Huntera czy Indiana Goofa – kuzyna disneyowskiego Goffiego, który zajmuje się archeologią. Nie ma tak znanego archeologa jak Indy. W przeprowadzonym badaniu ankietowym każdy chociaż słyszał o nim. Nic dziwnego, że w 2008 roku Harrison Ford został honorowym dyrektorem Archeological Institute of America – największej i najstarszej organizacji poświeconej archeologii w Stanach Zjednoczonych (http://www.archaeological.org/webinfo.php?page=104 77). Jak określili prezesi stowarzyszenia „Indiana Jones być może nie jest najlepszym archeologiem w historii, ale na pewno najlepszym emisariuszem archeologii na świecie” (http://www.archaeological.org/webinfo.php? page=10477). To jest to co tak naprawdę każdy chce znaleźć w tej dyscyplinie nauki – przygodę swojego życia i odkrycie czegoś niesamowitego. Nic więc dziwnego, że archeolog-awanturnik jest i będzie najczęściej goszczącym wariantem w kulturze popularnej.

380

Sekrety przeszłości: w dzisiejszym społeczeństwie mamy do czynienia z dość daleko idącą specjalizacją wśród zawodów. Jakakolwiek dziedzina powinna być w powszechnym przekonaniu polem działania jej ekspertów, tak więc dla archeologów tym polem jest przeszłość. Jak każdy wie przeszłość bywa mglista, a jak ją jeszcze przykrywa ziemia to żaden amator rekonstrukcji zdarzeń nie ma szans. Potrzebny jest więc ktoś wyszkolony, ktoś kto rozwiązuje zagadki sprzed tysięcy lat i kto robi to na co dzień – archeolog. Przez długi czas archeolodzy sami uważali się za profesjonalnych detektywów przeszłości. Ten archetyp to właśnie wariant z owłosioną brodą Kiddera. Bądź co bądź, archeolog ma dużo wspólnego z profesjonalnymi policyjnymi śledczymi – w pracy ma do czynienia ze zmarłymi i często musi ustalić, np. przyczynę zgonu denata, no i oczywiście, jak śledczy zbiera poszlaki, dzięki którym przeszłość staje się jasna. No i też używa profesjonalnego sprzętu. W ankiecie na pytanie „czego w swojej pracy używa archeolog” na czwartym miejscu znalazły się „niebezpieczne chemikalia” (zaraz po ołówku, łopacie i kapeluszu) – tylko profesjonaliści używają niebezpiecznej chemii w swojej pracy. W każdej chwili mogą się przekwalifikować ze skrupulatnych naukowców na śledczych, dla których żadna zbrodnia nie pozostanie niewyjaśniona. Właściwie to nawet nie muszą się zmieniać za bardzo, bo przecież z podobnymi zagadkami mają czynienia na co dzień! Narracja detektywistyczna występowała, np. w Time Team – popularnym brytyjskim serialu dokumentalnym, który może pochwalić się już 10 sezonami w brytyjskiej telewizji. W Morderstwie w Mezopotamii Agathy Christie Dr. Leidner, winny morderstwa, po pojmaniu mówi do H. Poirot: Byłby Pan świetnym archeologiem. Posiada Pan umiejętność rekonstrukcji przeszłości.

381

W tym wypadku archeolog jest bohaterem, który zamiast pięści i pistoletu użyje swojej wiedzy i intuicji. Tak czy owak, zdobywa serca publiczności. Genialny detektyw jest właściwie tak samo ponętnym marzeniem, jak wszędobylski awanturnik. Ojciec Indiany Jonesa – Profesor Henry Jones to postać całkowicie bazująca na tym archetypie. Nigdy nie mający czasu dla syna i odrobinę oderwany od świata naukowiec, którego wiedza na końcu okazuje się równie ważna co umiejętności walki wręcz syna. Zasadniczo taka drużyna rozwiązuje większość tajemnic – archeolognaukowiec i archeolog-awanturnik to idealne połączenie. Oczywiście czasem cechy brodatego archeologa są podkreślone w inny sposób i mamy do czynienia z dość jaskrawą parodią, jak w całym cyklu brytyjskiego programu komediowego We Are History lub słynnym skeczu Monthy Pythona Współczesna Archeologia, gdzie archeolodzy to sfiksowani naukowcy, którzy są po prostu... nudni. Czasem też ten archetyp jest czarnym charakterem opowieści, jak np. skorumpowany Alex West (seria Tomb Raider) czy nazistowska dr Elsa Schneier (Indiana Jones). Archeolog na ratunek: większość wykopalisk prowadzonych w Polsce ma charakter ratowniczy. Archeolog jest więc człowiekiem, który stara się zabezpieczyć zagrożoną przeszłość przed różnorodnymi niebezpieczeństwami. To on ochroni historię przez rządnym zysku magnatem budowlanym, który chce na cmentarzysku Indian zbudować parking. To policjant dziedzictwa nas wszystkich. Z ograniczonymi (choć często olbrzymimi) środkami zmaga się z wszystkimi, dla których doczesne dobra są ważniejsze od przeszłości. Lara Croft jest właśnie kimś takim. Mimo dość mylącego tytułu Tomb Raider, tak naprawdę przedstawia nam strażniczkę artefaktów, której przeciwnikami są zachłanni

382

antykwariusze. To ona jest po „dobrej” stronie i to ona jest powszechnie oceniana za moralną w tej opowieści (mimo dość częstego zabijania adwersarzy). Ten wariant jest nieco bliższy sedna akademickiej archeologii, ponieważ pojawia się w nim znacznie więcej „naukowości”, nawet jeśli chodzi o użycie paru „mądrych” terminów. National Geographic Society także używa tego tematu w promocji swojego DVD Inca Mummies: Dołącz do archeologów w wyścigu z rabusiami o ocalenie skarbów Inków. Skarby!: każdy wie, że jak ktoś ma skarb i nie chce go wydać od razu to ma tylko dwa wyjścia: może go zdeponować w super skarbcu albo zakopać w sobie tylko znanym miejscu. Do włamania się do skarbca potrzeba złodzieja, ale do wykopania skrzyni ze złotem najlepszy jest archeolog. Któż inny mógł trafić w swojej pracy na coś podobnego? Archeolog przecież na co dzień wyciąga z ziemi złoto i klejnoty, o jakich zwykłemu człowiekowi tylko pomarzyć zostaje. Najbogatszy mieszkaniec Kaczogrodu z serii animowanej Kacze Opowieści – Sknerus McKwacz, co prawda trzyma kosztowności w ogromnym bunkrze, ale zdobył je także dzięki archeologii. Własnymi rękoma gromadził kosztowności i precjoza zapomnianych cywilizacji bogacąc się nieprzyzwoicie. To zdecydowanie najbogatszy z fikcyjnych archeologów i jeden z niewielu, który cofa się w czasie, żeby zapewnić bezpieczeństwo zarówno zabytkom, jak i swojemu majątkowi. Za czym goniliby wszyscy łowcy skarbów, gdyby nie piracki mit zakopanego złota. To właśnie niesamowite odkrycie jest kolejnym marzeniem ludzkości, w którym tak dobrze odnajduje się archeolog. Wbrew pozorom tę grę na marzeniach uprawiają także profesjonalni archeolodzy używając przy opisie swoich badań takich słów, jak „unikatowe” czy nawet „niesamowite”.

383

Wszystko to składa się na obraz archeologa w kulturze masowej. To śmiały odkrywca, nie znający strachu strażnik przeszłości przed złem, który tak urzeka. Taka postać pobudza wyobraźnię i podsyca urok, jaki niewątpliwie ma archeologia. Oczywiście żaden z tych wariantów nie traktuje zawodu archeologa jakoś bardzo poważnie. Największy nacisk położony jest raczej na przebieg pracy, a nie na jej wyniki i ogólnie żaden fikcyjny archeolog nie postępował zgodnie z metodyką prac terenowych dających rzetelny obraz badanego stanowiska. Ale nie o to chodzi. Zdecydowana większość pytanych przeze mnie osób chciałaby pracować jako archeolog. Oczywiście można dyskutować o pobudkach, które kierują takimi wyborami, ale na pewno wpływa na nie wizerunek prezentowany w mediach. Każdy chce przygody, skarbu, tajemnicy i możliwości jej rozwikłania. Archeologia daje takie możliwości w fikcji i rzeczywistości. Profesjonalna archeologia różni się jedynie skalą opisanych zjawisk. Każdy interesuje się drzemiącymi w ziemi lub samej dziedzinie skarbami, które mogą walnie przyczynić się do rozwoju nauki a w konsekwencji ludzkości. W każdej rozmowie dawno nie widzących się badaczy w końcu padnie pytanie „jak tam twój projekt?” albo bardziej dosadniej „co ciekawego ostatnio wykopałeś?”. To jest ta przygoda w prawdziwym życiu, skarby są z brązu, a nie złota, ale dalej są skarbami. Brodaci mężczyźni w okularach mają wiedzę i rozwiązują zagadki przeszłości, ale nie mogliby tego robić bez młodych, napalonych na okrycia pomocników. To archeolog broni dziedzictwa przodków przed krótkowzrocznymi amatorami z wykrywaczami metali. Wszystkie te schematy występują w rzeczywistości, są więc znacznie mniej fikcyjne niż nam się wydaje. Ludzka wyobraźnia znajduje w archeologu olbrzymie pole do manewru, bo każdy z nas potrzebuje jakiejś furtki od codzienności do marzeń. Archeologia to marka, która zapewnia interesujące historie i przygodę. Ten wizerunek

384

powinien być jak najbardziej podtrzymywany przez samych archeologów. Należy pamiętać, że żyjemy w demokratycznym społeczeństwie, w którym zasady wolnego rynku nie ominą nikogo i niczego, w tym nauki. Archeologia prędzej czy później zostanie skomercjalizowana, bo tego będzie wymagał rynek. Coraz częściej to społeczeństwo, a nie państwo, będzie wymagało przedstawienia wyników badań w formie przystępnej dla siebie. Archeolodzy są w wyjątkowej sytuacji, ponieważ kultura masowa zrobiła z nich bohaterów, których trudno nie lubić. Walka z tym mitem nie będzie tak naprawdę walką o „prawdziwy” wizerunek archeologa, tylko odzieraniem ludzi z marzeń i dobrych konotacji. Każde wystąpienie w telewizji czy radiu powinno być postrzegane jako szansa promocji własnej dyscypliny. Nie bez powodu archeologia jako dyscyplina naukowa zyskiwała poparcie wraz z rozwojem kultury masowej i wzrostem liczby bohaterów parających się nią. Przychylność odbiorców w demokratycznym państwie jest niczym innym jak gwarancją sukcesu. Jeśli archeologia chce zdobywać więcej zrozumienia dla swoich działań, to musi zacząć dbać o swoje relacje ze społeczeństwem, a nie zostawiać tego Hollywood. Niech odkrycia będą „sensacyjne”, a dołki posłupowe „niesamowite” – takie właśnie są jeśli na chwilę zapomni się o rutynie. Najmniejsza zanotowana oglądalność telewizji regionalnej w Polsce wynosi 20 000 ludzi. Rzadko która książka profesjonalnej archeologii (czyli nie „popularka”) osiągnęła taką sprzedaż. Ludzie chcą wiedzieć o przeszłości ile tylko się da, a archeologia to idealne medium dla tej wiedzy pod warunkiem, że jest na to otwarta. To archeolodzy mają do sprzedania towar – swoją wiedzę i można do tego zastosować standardowe techniki promocji tego towaru. To dzięki temu coraz więcej ludzi będzie widzieć w prawdziwych archeologach bohaterów, a w projektach badawczych okazję do przygód z przeszłością.

385

Bibliografia
Holtorf C. 2005 2006 2007a 2007b From Stonehenge to Las Vegas, Lund. Archeology is a brand!, Lund. Doing Archeology in Popculture, Stockholm. Popular Culture and Archeology [w:] red. D. Pearsall, Encyklopedia of Archaeology, New York. Kłoskowska A. 2006 Kultura masowa, Warszawa.

Abstract This paper presents image of an archeologist created by the mass media form second half of 20th century to modern times. It shows a way that picture passed, on such examples as Indiana Jones, Lara Croft or characters from Bonekickers TV show. To expose how many areas of popular culture the myth of archeologist effected, in the paper are used not so obvious examples of fictional archeologist such as Evelynn Cornaham (from Mummy trilogy) and Scrooge McDuck(from Duck Tales). Spectrum of characters will show range of the legend that was created around the archeologist and influenced receivers of popular culture – everybody that functions in society. The statistical survey will present how that profession is perceived by the doers of it, common men and women and will compare image “what we think of ourselves” and the popular belief of us. In the end, using some aspects of the sociology of culture it will be shown who and why created that picture and why it’s worth to sustain it.

386

Leszek Gardeła Department of Archaeology University of Aberdeen Aberdeen

Współcześni wikingowie. Wojownicy, metalowcy i tak zwani poganie.
Od wielu lat wikingowie i ich epoka (VIII–XI wiek) inspirują oraz przyciągają uwagę1. Wśród jej pasjonatów znaleźć można, między innymi: Williama Shakespeare’a, Thomasa Gray’a, Williama Blake’a, Richarda Wagnera, J.R.R. Tolkiena, ale także Guido von Lista czy Adolfa Hitlera. Trudno jednak jednoznacznie określić, co jest źródłem tej szczególnej fascynacji. Czy jest nim wikiński sposób życia – dalekie podróże, ekscytujące przygody a przy tym wszelkie aspekty związane z wojną i przelewem krwi? A może poszukiwanie wyidealizowanego poczucia wolności? Patrząc na rozwój tych zainteresowań z perspektywy czasu, nie ulega wątpliwości, że w licznych wypadkach wynikała ona przede wszystkim z silnego poczucia narodowej dumy oraz podziwu dla heroicznej przeszłości, które tworzyły podstawy skandynawskiej (i nie tylko) tożsamości kulturowej2. W ciągu ostatnich kilku dekad epoka wikingów po raz kolejny została przywrócona do życia oraz „odświeżona” dzięki komiksom, kreskówkom, reklamom, filmom oraz szczególnie działaniom rekonstruktorskim. Dziś, ludzie północy prezentowani są na wiele różnych sposobów i stopniowo
1

Z uwagi na eseistyczny charakter niniejszego tekstu ograniczam się do podawania jedynie niezbędnej i najnowszej bibliografii. Niektóre omawiane tutaj problemy przedstawiałem wcześniej w dwóch innych moich tekstach (Gardeła 2006; 2007). 2 Kwestie te dyskutowane były ostatnio szerzej, między innymi w pracach: Wilson, Roesdahl (1992), Arvidsson (2006) i O’Donoghue (2008). Na temat okultystycznych korzeni nazizmu i wykorzystywaniu motywów skandynawskich w Trzeciej Rzeszy zobacz także: Goodrick-Clarke (2005).

387

usiłujemy zrozumieć, że okres ich dziejów pełen był rozmaitych subtelności3. Powoli zaczynamy także odrzucać romantyczne wyobrażenia o rogatych hełmach oraz krzyczących wojownikach odzianych w zwierzęce skóry. Prócz postrzegania wikingów jako brutalnych żeglarzy i najemników, wreszcie doceniamy ich zdolności rzemieślnicze czy kupieckie, a ponadto talenty literackie. Niemniej jednak, sposoby prezentowania tego wyjątkowego wycinka przeszłości są nadal bardzo selektywne. Do niektórych aspektów podchodzi się bardzo dokładnie, a inne całkowicie pomija. Tak zwani „współcześni wikingowie” przemawiają do nas nie tylko w trakcie festiwali historycznych, ale także poprzez muzykę, książki lub artykuły. Niektórzy z nich uważają się za kontynuatorów dawnych pogańskich tradycji i próbują przywrócić je do życia dzięki odprawianiu rozmaitych ceremonii czy neoszamańskich seansów (Blain 2002, Wallis 2003). Z wieloma z tych działań wiążą się jednak kontrowersje najróżniejszej natury. W tym krótkim tekście nie sposób poruszyć ich wszystkich, a zatem postaram się przedstawić jedynie wybrane, lecz moim zdaniem najbardziej rażące wycinki tego złożonego problemu. Ponieważ sam od bardzo wielu lat należę do grona pasjonatów epoki wikingów uznałem, że nim przejdę do sedna mojej wypowiedzi, przedstawię w jaki sposób rozwijałem swoje zainteresowania i jakimi drogami podążałem. Jak rodzi się pasja? Zawsze sądziłem, że dobrze jest mieć pasję, interesować się czymś, móc się czemuś poświęcić. Od najmłodszych dziecięcych lat zaczytywałem się komiksami autorstwa Grzegorza Rosińskiego i Jean’a Van Hamme, które przedstawiały fascynujący świat dalekiej północy, gdzie główny bo3

Por. najnowsze, pięknie wydane wielostronicowe kompendium dotyczące epoki wikingów The Viking World (Brink, Price 2008).

388

hater – mężczyzna imieniem Thorgal – przeżywał kolejne niezwykłe przygody. Z niecierpliwością wyczekiwałem coraz to nowych odcinków i starałem się zdobywać je za wszelką cenę (co nie zawsze było łatwe). W późniejszych latach od czasu do czasu udawało mi się znaleźć jakiś artykuł czy książkę dotyczącą wikingów i tak powoli rozwijały się moje zainteresowania ich kulturą. Po jakimś czasie w mieście, z którego pochodzę, powstało bractwo rycerskie, a ja mając już odpowiednio wiele lat, aby do niego przystąpić, postanowiłem spróbować swoich sił na „wojennej ścieżce”. Doskonale pamiętam moment, kiedy po raz pierwszy dzierżyłem w dłoniach prawdziwy miecz, kiedy mogłem założyć kolczugę czy hełm. To było jak magia, jak wyjątkowa możliwość natychmiastowego przeniesienia się w czasie. W drugiej połowie lat 90. XX wieku ruch średniowieczny w Polsce rozwijał się sprawnie, ale zdobycie odpowiedniego ekwipunku czy potrzebnych materiałów do wykonania strojów lub sprzętów obozowych bywało niemałym problemem4. Nie każdy posiadał w domu internet czy dostęp do zachodnich, pięknie ilustrowanych publikacji. Pierwsze stroje współczesnych wikingów przypominały więc bardziej kostium Conana Barbarzyńcy skrzyżowanego z neandertalczykiem. Wykształciło się też wówczas słynne określenie „glany z owijką”. Oznaczało to, że biedniejsi lub niedoświadczeni członkowie bractw, którzy nie posiadali odpowiedniego obuwia historycznego, często owijali swoje ciężkie skórzane buty włochatymi skórami (najczęściej z nutrii, barana lub ewentualnie jelenia czy sarny). O dziwo, całkiem podobnie wyglądały też buty słynnego Thorgala i odnoszę wrażenie, że dzięki temu niektórym osobom podobne działanie wydawało się całkiem usprawiedliwione. Przyznam szczerze, że w pewnym momencie i ja do nich należałem. Obok przy4

O ruchu wczesnośredniowiecznym w Polsce por. Bogacki (2008). Tam także krytyczne uwagi na temat jego obecnego oblicza.

389

słowiowych już „glanów z owijką” na wielu festiwalach królowały kolczugi wykonane z podkładek sprężynujących. Pamiętam jak dziś, kiedy na kilogramy kupowałem kolejne podkładki w lokalnym sklepie z narzędziami, a potem po nocach plotłem swoją zbroję. Byłem w tym niestrudzony. Niektórzy patrzyli na mnie jak na szaleńca, ale ja radowałem się niezmiernie, gdy każdego dnia mogłem dodać do plecionej przeze mnie kolczugi kolejny rządek metalowych kółeczek. Zbliżał się ostatni rok liceum i wówczas byłem już bardzo mocno zaangażowany w działania założonej przeze mnie nowej typowo wikińskiej grupy rekonstruktorskiej. Nasze wyposażenie bojowe, stroje i sprzęt obozowy zaczynały wyglądać coraz lepiej (odeszliśmy już na szczęście od etapu „glanów z owijką”, wojskowych pasów oficerskich oraz kolczug z podkładek), a pasja odtwarzania przeszłych dziejów nie chciała ustąpić niczemu innemu. Jednym z największych naszych celów była chęć uczestniczenia w Festiwalu Wikingów na wyspie Wolin. To był (i jest nadal) coroczny międzynarodowy zlot największych pasjonatów kultury i dziedzictwa północy. Czuliśmy, że możliwość uczestniczenia w nim jest wyjątkowym wydarzeniem oraz zaszczytem. Przygotowywaliśmy się więc do niego bardzo poważnie oraz intensywnie. W obliczu matury i egzaminów na studia należało jednak podjąć decyzję: „co dalej?”. Prawdę mówiąc, zawsze chciałem kręcić filmy historyczne i zdawać do Szkoły Filmowej w Łodzi. Prócz własnej wyobraźni i pasji nie miałem jednak zbyt wielu praktycznych doświadczeń ani też żadnych większych dokonań w dziedzinie fotografii czy filmu. Zastanawiałem się więc, co innego mógłbym uczynić, aby rozwijać swoje wikińskie zainteresowania. Archeologia wydawała się tutaj całkowicie naturalnym wyborem. Już wówczas byłem żywo zafascynowany opowieściami o Jómsvíkingach (Jomsborczykach), których

390

dzieje opisuje XIII-wieczna Jómsvíkinga saga5. Jomsborczycy, wedle wspomnianej sagi, a także szeregu innych źródeł, stanowić mieli ściśle zwartą i doskonale zorganizowaną grupę skandynawskich (i być może również słowiańskich) wojowników, którzy za zgodą polskiego władcy Bolesława Chrobrego (występującego w sadze pod imieniem Burisleifr) osiedlić się mieli najprawdopodobniej na wyspie Wolin. Jak podaje saga, powstała tam również wspaniała warownia z kamienną bramą. To właśnie ona nosiła nazwę Jómsborg6. Zauroczony tą opowieścią uznałem, że także w Polsce dopatrywać się można śladów obecności skandynawskiej, a zatem potencjalnie możliwe jest ich odnalezienie. W tamtym czasie nie słyszałem jeszcze o badaniach Profesora Jana Żaka czy innych wybitnych przedstawicieli polskiej archeologii, którzy wiele uwagi w poświęcili w swych pracach kwestiom skandynawskim. Moim młodzieńczym marzeniem było więc odkrycie tajemnicy Jómsborga. Z takim nastawieniem wyruszyłem na egzaminy i przyjęty zostałem na studia archeologiczne w Instytucie Prahistorii Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. To właśnie tam po raz pierwszy w życiu miałem nieograniczony dostęp do fachowej literatury, w której namiętnie rozczytywałem się w kolejnych latach. Fascynacja wikingami nie słabła, a wręcz rosła i rozwijała się z każdym rokiem. Uczestniczyłem wówczas w coraz większej liczbie festiwali historycznych zarówno w kraju, jak i za granicą. Moja pasja zabrała mnie aż na odległe Lofoty na samej północy Norwegii, za kołem podbiegunowym. Wędrowałem także po Danii, Szwecji, Laponii, Litwie, Wielkiej Brytanii i wielu innych miejscach w Europie, starając się podążać ścieżkami wikingów, odwiedzać muzea, stanowiska
5

Anglojęzyczne wydania tej sagi dostępne są w tłumaczeniach Blake’a (1962) i Hollandera (2000). Dotychczas w Polsce saga ta prezentowana była jedynie we fragmentach. Przygotowywany obecnie audiobook ma jednak opierać się na wybranych fragmentach niepublikowanego tłumaczenia mojego autorstwa. 6 Więcej na temat Jómsborga i Jómsvikingów pisali ostatnio: Filipowiak (2005) i Słupecki (2000; 2005). Zobacz także: Morawiec (2008).

391

oraz parki archeologiczne. Oprócz studiowania książek naukowych, ciągle uczyłem się przeszłości poprzez czynne jej doświadczanie. Sądzę, że dało mi to bardzo wiele, wzbogacając niewątpliwie mój sposób postrzegania dawnych dziejów. W myślach zawsze wracam do tych chwil z wielkim sentymentem. Po ukończeniu studiów nadal staram się z pasją i poświęceniem zajmować interesującą mnie epoką, tym razem pracując nad pracą doktorską o wikińskiej tematyce w Department of Archaeology, University of Aberdeen w Szkocji. Wciąż uczestniczę w festiwalach historycznych, ale wraz z upływem kolejnych lat coraz więcej rzeczy zaczyna mnie na nich martwić... Mam nadzieję, że Szanowni Czytelnicy wybaczą mi ten bardzo osobisty wstęp. Sądzę jednak, że bez niego nie byłbym w stanie rozpocząć drugiej części mojego tekstu. Po tak wielu latach rozmaitych doświadczeń w świecie współczesnych wikingów uznałem, że pomimo ciągłego zachwalania tej przepięknej pasji nadszedł czas, aby powiedzieć to, co od dawna leży mi na sercu i łamie je kawałek po kawałku. W tym celu intencjonalnie postanowiłem nadać moim rozważaniom formę eseju. Mity i gadżety Każda społeczność miewa tendencje do tworzenia własnych mitów. Tak samo dzieje się również w świecie współczesnych wikingów. Niektóre mity trwają długo, a inne są prędko obalane przez osoby cieszące się szczególnym autorytetem. Muszę przyznać, że jednym z największych sukcesów współczesnych rekonstruktorów jest porzucenie głębokiej wiary w to, że hełmy skandynawskich wojowników zawsze przyozdabiały dwa wygięte w górę rogi. Nad tym problemem badacze dyskutują od lat, lecz prócz dość zagadkowej

392

ikonografii oraz pewnych miniatur, na których faktycznie można by się dopatrywać tego typu uzbrojenia7, nie odnaleziono dotychczas żadnych przekonujących, namacalnych dowodów. Mit rogatego hełmu został więc odrzucony i chyba już nie wróci, dopóki jakiś archeolog nie wydobędzie z ziemi podobnego wyrobu. Mając chyba pewną świadomość tego problemu, Jerzy Hoffmann, reżyser filmu „Stara Baśń” rozwiązał go kompromisowo i postanowił, że wódz występujących w nim wikingów koniecznie musi na swym hełmie mieć rogi. Pozostali wikingowie zostali ich jednak pozbawieni. W przypadku filmu Hoffmanna, który chyba z założenia miał być „baśnią”, a na dodatek „starą”, można było pokusić się o taki pomysł. Środowisko współczesnych wikingów operuje jednak wieloma innymi „mitami”. Wśród nich jest, na przykład absolutna fascynacja tak zwanym „młotem Thora” – metalową zawieszką przypominającą swym kształtem młot. W związku z taką analogią przyjęło się sądzić, że stanowi on symbol jednego z ważniejszych bogów należących do skandynawskiego panteonu: syna Odyna (staroislandzki: Óðinn), gromowładnego Thora (staroislandzki: Þórr). Do jego głównych atrybutów należy właśnie magiczny młot o nazwie Mjöllnir, który wedle przekazów mitologicznych miał być wykonany przez krasnoludy (Simek 2006, s. 219). Tego typu znaleziska lub ich wyobrażenia występują w Skandynawii (ale także poza nią) w najróżniejszych kontekstach – zarówno jako dary grobowe dla osób o różnym wieku i płci, ale także jako ofiary lub znaleziska luźne. Nie można jednak powiedzieć, że absolutnie każdy mieszkaniec wczesnośredniowiecznego świata je posiadał. Tym niemniej oglądając dzisiejsze festiwale historyczne można odnieść właśnie takie wrażenie.
7

Por. na przykład fragment kunsztownie wykonanej tkaniny z Oseberg (Vestfold, Norwegia) (Ingstad 1992, s. 232) lub znaleziska miniaturowych „tańczących wojowników” (Holmqvist 1960; Duczko 2002; Price 2002, s. 385-388) oraz inne zawieszki, jak chociażby słynny „Odyn z Ribe” (Jensen 1991, s. 50-51).

393

Pozwolę sobie przytoczyć jeszcze jedną anegdotę, krążącą w niektórych kręgach. Wedle niej wikingowie wyruszający na łupieżcze wyprawy przywozili sobie na pamiątkę każdej z nich zawieszkę w kształcie młota Thora. Proszę sobie wyobrazić ile zawieszek tego typu miałby na przykład słynny Egill Skalla-Grímsson, bohater Sagi o Egilu (isl. Egils saga Skalla-Grímssonar)! Problem jednak w tym, że dla Egilla najważniejszym z bogów był nie Thor, a Odyn. Nie wiemy absolutnie nic o tym, by Odyn również posługiwał się młotem! Współcześni wikingowie kochają się w biżuterii i ozdobach. Nie ma w tym absolutnie nic złego. Wiemy wszak, że podobnie rzecz się miała w wypadku wikingów z przeszłości. Problemem jest tu jednak kwestia zachowania pewnego umiaru. Faktem jest, że bogate groby kobiece z przepięknym wyposażeniem, w zależności od regionu Skandynawii, zdarzają się w trakcie wykopalisk dość często. Może to sugerować pewne szczególne upodobanie do tego typu przedmiotów lub wyraz szacunku dla zmarłej osoby. Niektórzy badacze uznają, że biżuteria (lub broń) składana w grobach posiada także głębokie treści symboliczne. Bez względu na wszystkie powyżej nakreślone interpretacje, trudno jest mi uwierzyć, że typowa skandynawska kobieta przygotowywała codzienną strawę w żelaznym kotle, będąc przybrana w ozdoby jak świąteczna choinka. A dziś, na historycznych festiwalach widok ten jest niemal wszechobecny. Wydaje mi się, że niektórym rekonstruktorom brakuje czasem wyczucia sytuacji. Jeśli do gotowania kobieta zawiesza na sobie sznury srebrnych i szklanych paciorków, a do tego zakłada potężne brosze żółwiowate i kilkanaście pierścieni, to powstaje pytanie – w jaki sposób powinna się ona ubrać na ceremonię ślubną, zacną ucztę lub pogrzeb?

394

Tak zwani poganie i ich bogowie Wielu rekonstruktorów przeszłości wywodzi się ze środowisk słuchających muzyki metalowej. Wykształcił się nawet specjalny gatunek metalu znany jako Viking Metal, który z założenia nawiązywać ma w swym przekazie do historii i mitologii dawnej Skandynawii. Sam od lat słucham takiej muzyki, ale zdaję sobie sprawę, że na pewno nie jest ona rzetelnym źródłem, z którego można czerpać wiarygodne informacje o przeszłości. Wraz z Viking Metalem niejednokrotnie sławiącym imiona i czyny nordyckich bohaterów oraz bogów rodzi się także często pewne upodobanie do dawnej pogańskiej wiary. Wielu współczesnych wikingów deklaruje, że są poganami, że noszą Młot Thora jako symbol swoich przekonań. Chociaż nie ma w tym nic złego, obawiam się, że w niektórych przypadkach czynione jest to zupełnie bez głębszej refleksji i stanowi wyraz ślepego podążania za pewną modą lub ogólnie przyjętymi w środowisku konwencjami. Rekonstruktorzy rzadko rozmyślają nad subtelnościami wierzeń wikingów. Postrzegają minioną rzeczywistość w dość schematyczny sposób, oddzielając od siebie rozmaite aspekty codziennego życia. Widoczne jest to doskonale na festiwalach historycznych. Imprezy te zazwyczaj mają program, który zamknąć można w poniższym (nieco uproszczonym) schemacie: rozbijanie obozu – pokazy rzemiosła (ewentualnie gry i zabawy) – bitwa – obrzęd – uczta Nie dostrzega się zupełnie, że w ówczesnej epoce najprawdopodobniej nie istniały ścisłe granice pomiędzy sacrum i profanum (Słupecki 2008). To był jeden sprawnie działający organizm (Andrén, Jennbert, Raudvere 2006). Dziś

395

wiemy, że czynności domowe niewątpliwie zawierały w sobie bogate treści symboliczne (na przykład przędzenie czy tkanie oraz mielenie ziaren). Niektóre z nich bywały także objęte swoistym tabu i przypisane tylko kobietom lub tylko mężczyznom (Gardeła 2009). Jak pokazało to już wielu badaczy, kwestie wojny ściśle wiązały się ze sprawami wiary (Price 2002; Hedenstierna-Jonson 2006). Odnajdowało to swoje odbicie nie tylko w obrzędach dokonywanych przed, w trakcie czy po samej walce, ale także w określonej ornamentyce broni czy innych elementów wyposażenia. W środowiskach rekonstruktorskich niestety niemal zupełnie się tego nie dostrzega i rzadko prowadzone są w nim dyskusje na podobne tematy. Choć współcześni wikingowie składają podziękowania lub modły do Odyna, Thora czy Freyja, to zupełnie zapominają, że skandynawski panteon liczył sobie jeszcze wielu innych bogów i bogiń. Obok nich występowały także rozmaite istoty nadnaturalne, takie jak chociażby: fylgjur, hamingjur, disir, landdísir, spádísir, landvættir. Rozpowszechniona była ponadto wiara w karły (staroislandzki: dvergar), elfy (staroislandzki: álfar) czy olbrzymy (staroislandzki: jötnar), czego wyraz daje chociażby wspomniana wyżej Jómsvikinga saga (21). Tak jak pamięta się jeszcze czasem o walkiriach (staroislandzki: valkyrjur), to w całkowitą niepamięć popadły postaci norn (staroislandzki: nornir). A przecież wedle dawnych przekonań to właśnie one odgrywały niezwykle istotną rolę w kształtowaniu ludzkiego przeznaczenia. Być może warto byłoby sobie o nich przypomnieć? Tak samo błędne jest przekonanie o tym, że dominującą rolę we wróżbiarstwie skandynawskim odgrywały runy. Omówienie tego problemu wymagałoby jednak całkowicie osobnego tekstu8. Pozostaje mi więc jedynie go tutaj zasygnalizować.
8

Na marginesie dodam, że doskonałą pracę na temat wróżbiarstwa skandynawskiego napisał przed dziesięcioma laty Leszek Słupecki (1998).

396

Bez rogów na hełmie, ale z rogiem w dłoni Zbliżając się powoli do sedna tej wypowiedzi, chciałbym przedstawić aspekt współczesnych rekonstrukcji, który nie tylko mnie osobiście najbardziej boli. Mając za sobą wiele lat doświadczeń, zarówno na festiwalach polskich i zagranicznych, odnoszę nieodparte i smutne wrażenie, że pomimo wciąż rosnącej jakości strojów oraz wszelkich innych elementów wojennych czy obozowych, jedno pozostaje niezmienne. Nagminne pijaństwo. To przykre, że dla tak wielu rekonstruktorów wyjazdy na festiwale przede wszystkim zaczynają stanowić głównie okazję do picia piwa bez opamiętania. Prowadzi to do wielu bardzo niepożądanych konsekwencji, które rzucają cień na oblicze świata współczesnych wikingów. To właśnie jest, moim zdaniem, jednym z fundamentalnych powodów, dla których środowiska akademickie często stronią od bliższych kontaktów z rekonstruktorami. Bo jakże można rozmawiać o przeszłości z na wpół przytomnym wikingiem, którego jedynym celem jest zapełnienie swojego rogu kolejnymi litrami złotego trunku? Smutne i brutalne prawdy Podsumowując, odnoszę wrażenie, że wiele problemów rodzących się w świecie współczesnych rekonstruktorów wczesnego średniowiecza wynika z braku głębszej refleksji nad istotą swoich działań. Ten brak opiera się przede wszystkim na kilku kluczowych kwestiach. Są to kolejno: dyletanckie podejście – wielu odtwórców zainteresowanych jest jedynie walką i zawartością własnego rogu do picia; nieznajomość źródeł (w tym także problem dostępu do literatury fachowej);

397

nieznajomość języków obcych (w często których publikowane są najnowsze opracowania materiałów skandynawskich); niedostateczna ilość doświadczeń lub pewna niechęć w ich zdobywaniu (podróże, wizyty w muzeach lub na stanowiskach archeologicznych, kontakty ze środowiskiem naukowym). Wreszcie, wielkich problemów przysparzają kwestie samej mentalności rekonstruktorów, a mianowicie: duma i brak pokory; przekonanie o swojej „wyjątkowości”, „elitarności” i „wyższości”; chęć posiadania wyłączności na „PRAWDĘ” o minionej epoce i ślepa wiara w jej istnienie. Przykłady można by mnożyć na jeszcze wielu stronach. Postanowiłem jednak skupić się na tych, które zawsze wydawały mi się najbardziej rażące. Nie wszystko jednak stracone. Potencjalne recepty na przyszłość Leczenie problemów z jakimi boryka się świat współczesnych wikingów nie jest rzeczą łatwą. Wydaje mi się jednak, że rozpocząć je można od przemyślenia szeregu poniższych kwestii: kwestia pokory wobec przeszłości i jej źródeł; kwestia krytyki źródeł i własnych działań; kwestia współpracy i budowania szacunku pomiędzy odtwórcami a środowiskiem akademickim; kwestia etyki działania. Rozważania nad tym czy powinno się rekonstruować niektóre bardzo osobiste i wyjątkowe przedmioty? Problem szacunku dla indywidualności/postaci z przeszłości;

398

kwestia ostrożności w igraniu z ogniem. Tyczy się to szczególnie podejmowania radykalnych prób odtwarzania dawnych obrzędów; kwestia odrzucenia przekonań o jedynej i sztywnej prawdzie na temat epoki wikingów. Chęć otwarcia się na subtelności; kwestia uwolnienia własnego umysłu od stereotypów lub przynajmniej wyrobienie w sobie umiejętności krytycznego na nie spojrzenia. Zamiast zakończenia Ten krótki, acz pod koniec gorzki esej zakończyć można jedynie słowami boga Odyna, które wypowiada on w przepięknym, staroislandzkim utworze Hávamál (12):
Nie tak dobre, jak mówią, Piwo dla ludzkich jest pokoleń, Bo tym mniej ma – im więcej pije – Zdrowego rozumu człowiek.

(Havamál (12), tłum. wg Załuska-Strömberg 1986, s. 21) Przez wielu współczesnych rekonstruktorów treści przedstawiane w Hávamál uznawane są rzekomo za pewien kodeks zachowania. Radziłbym im jednak studiować je dokładniej. Jak mawiał w innym utworze eddaicznym sam Sigurd:
Mocny duch lepszy niż hartowny miecz Gdzie się wrodzy spotykają woje, Gdyż bohaterskich widziałem mężów, Co tępym mieczem osiągają zwycięstwo.

(Fafnismál (28), tłum. wg Załuska-Strömberg 1986, s. 266)

399

Obawiam się jednak, że nikt będąc całkowicie pijanym – nawet tęgi i brodaty wiking – tępym mieczem zwycięstwa ani sławy sobie nie przysporzy.

Bibliografia Andrén A., Jennbert K., Raudvere C. 2006 Old Norse religion. Some problems and prospects [w:] red. A. Andrén, K. Jennbert, C. Raudvere, Old Norse religion in long-term perspectives. Origins, changes and interactions. An international conference in Lund, Sweden, June 3-7, 2004, Lund, s. 11-14. Arvidsson S. 2006 The reuse of Norse mythology in our times – Myth and modernity [w:] red. A. Andrén, P. Carelli, Odens öga – mellan manniskor och makter i det förkristna Norden. Odin’s Eye – Between people and powers in the pre-Christian North, Helsingborg, s. 332-335. Blain J. 2002 Nine Worlds of Seid-Magic. Ecstasy and Neo-Shamanism in North European Paganism, London and New York. Blake N.S. 1962 Jomsvikinga Saga. The Saga of the Jomsvikings, London. Bogacki M. 2008 Wybrane problemy odtwórstwa wczesnośredniowiecznego w Polsce. Zagadnienia ogólne i próba charakterystyki środowiska [w:] red. M. Bogacki, M. Franz, Z. Pilarczyk, Kultura ludów Morza Bałtyckiego, Tom II: Nowożytność i współczesność. Mare Integrans. Studia nad dziejami wybrzeży Morza Bałtyckiego. Materiały z III Międzynarodowej Sesji Naukowej Dziejów Ludów Morza Bałtyckiego. Wolin 20-22 Lipca 2007, Toruń, s. 219-269. Brink S., Price N. 2008 The Viking World, London and New York. Duczko W. 2002 Tańczący wojownicy: ikonografia rytuałów kultowo-militarnych w skandynawskiej sztuce wczesnego średniowiecza [w:] red. S. Rosik, P. Wiszewski, Imago Narrat. Obraz jako komunikat w społeczeństwach europejskich, Wrocław, s. 165-187.

400

Filipowiak W. 2005 Jómsborg i Jómsvikingowie w świetle ostatnich badań archeologicznych [w:] red. M. Bogacki, M. Franz, Z. Pilarczyk, Mare Integrans. Studia nad dziejami wybrzeży Morza Bałtyckiego. Materiały z I Sesji Naukowej Dziejów Ludów Morza Bałtyckiego, Wolin 6-7 sierpnia 2005, Toruń, s. 28-46. Gardeła L. 2006 Skanseny historyczne. Od czego zacząć? Fenomen rekonstrukcji wczesnośredniowiecznych obiektów mieszkalnych i zabudowań obronnych; jego konsekwencje oraz pojawiające się problemy, Gazeta Rycerska 12, s. 45-46. 2007 Myśli zaklęte w przedmioty [w:] red. H. Głąb, E. Haduch, A. Szczepanek, Non omnis moriar - rozważania nad egzystencją człowieka w aspekcie badań antropologiczno – archeologicznych, Kraków, s. 17-35. 2009 „Tkając myśli”. Czynności domowe i ich metafory w epoce wikingów [w:] red. M. Bogacki, M. Franz, Z. Pilarczyk, Mare Integrans. Studia nad dziejami wybrzeży Morza Bałtyckiego. Materiały z IV Sesji Naukowej Dziejów Ludów Morza Bałtyckiego. Gospodarka ludów Morza Bałtyckiego, Toruń, s. 40-92. Goodrick-Clarke N. 2005 The Occult Roots of Nazism. Secret Aryan Cults and their Influence on Nazi Ideology, London. Hedenstierna-Jonson C. 2006 The Birka Warrior: the material culture of a martial society, Stockholm. Hollander L.M. 2000 The Saga of the Jómsvikings, Austin. Holmqvist W. 1960 The dancing gods, Acta Archaeologica 31, s. 101-127. Ingstad A.S. 1992 Oseberg-dronningen – hvem var hun? [w:] red. A.E. Christensen, A.S. Ingstad, B. Myhre, Oseberg-Dronningens Grav. Vår arkeologiske nasjonalskatt i nytt lys, Oslo, s. 224256. Jensen S. 1991 The Vikings of Ribe, Ribe. Morawiec J. 2008 Wolin w średniowiecznej tradycji skandynawskiej, Katowice (maszynopis pracy doktorskiej napisanej w Instytucie Historii na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Śląskiego).

401

O’Donoghue H. 2008 From Asgard to Valhalla. The remarkable history of the Norse Myths, London and New York. Price N.S. 2002 The Viking Way. Religion and War in Late Iron Age Scandinavia, Uppsala. Simek R. 2006 Dictionary of Northern Mythology, Cambridge. Słupecki L.P. 1998 Wyrocznie i wróżby pogańskich Skandynawów. Studium do dziejów idei przeznaczenia u ludów indoeuropejskich, Warszawa. 2000 Jómsvikingalog, Jómsvikings, Jomsborg/Wolin and Danish circular strongholds [w:] red. P. Urbańczyk, The Neighbours of Poland in the 10th Century, Warsaw, s. 49-60. 2008 Jom, Jomsborg, Wolin, Wineta w pieśniach skaldów, w islandzkich sagach i łacińskich kronikach [w:] red. M. Bogacki, M. Franz, Z. Pilarczyk, Mare Integrans. Studia nad dziejami wybrzeży Morza Bałtyckiego. Materiały z I Sesji Naukowej Dziejów Ludów Morza Bałtyckiego, Wolin 6-7 sierpnia 2005, Toruń, s. 47-62. 2009 Forn sidr. Pogaństwo jako sposób życia dawnych Islandczyków [w:] L. Słupecki, Bogowie i ich ludy. Religie pogańskie a procesy tworzenia się tożsamości kulturowej, etnicznej, plemiennej i narodowej w średniowieczu, Wrocław, s. 39-46. Wallis R. 2003 Shamans/Neo-Shamans. Ecstasy, alternative archaeologies and contemporary Pagans, London and New York. Wilson D.M., Roesdahl E. 1992 What the Vikings meant to Europe [w:] red. S. Karlsson, The Source of Liberty. The Nordic Contribution to Europe, Stockholm, s. 39-63. Załuska-Strömberg A. 1974 Saga o Egilu, Poznań. 1986 Edda Poetycka, Wrocław-Warszawa-Kraków-Gdańsk-Łódź.

402

Abstract The Vikings and the Viking Age (VIII – XI cent. AD) have inspired and attracted people’s attention for many centuries. It is hard to say, however, what is the source of this particular excitement. Is it the Viking way of life – the great journeys and adventures that many people find to be so thrilling? Or is it the undying fascination with war and bloodshed? Perhaps for some it is all fueled by national pride and admiration of heroic past which forms the foundations of their cultural identity? In the last few decades, the Viking Age has been once again brought back to life in comic books, cartoons, commercials, movies and re-enactment activities. Today, the Norse are presented in many ways and we are gradually trying to understand the various subtleties of their period. The public is slowly beginning to reject romantic imagery of horned helmets, and warriors clad in animal skins. Apart from seeing the Viking Age people only as brutal sea warriors and mercenaries we are finally acknowledging their skills as craftsmen and merchants. Nevertheless, the ways of presenting this past are still very selective. Some aspects are explored in depth and some are completely neglected. The contemporary Vikings speak to us not only during historical festivals, but also through music, books or articles. Some of them claim to be continuators of the old heathen traditions and aim at bringing them back to life by conducting religious ceremonies or neoshamanic séances. What are the consequences of such actions? How do they enhance or alter the perceptions of the past? All those matters shall be explored in my paper.

403

404

Maksym Mackiewicz Instytut Archeologii Uniwersytet Wrocławski Wrocław

Zastosowanie skanera 3D w procesie dokumentacji archeologicznej. Możliwości i perspektywy
Od ćwierćwiecza wraz z rozwojem techniki informatycznej i optycznej, obserwujemy zmieniający się obraz prowadzenia dokumentacji archeologicznej. Być może, nie dorównuje on galopującemu tempu tego progresu, a nowinki nieśmiale trafiają na teren wykopalisk, ale środowisko archeologiczne, zwłaszcza grupa metodyków-badaczy, od kilku lat postuluje potrzebę zaktualizowania standardów prowadzonej dokumentacji o ogólnie dostępne możliwości techniczne. Użytkowanie aparatów cyfrowych, a następnie komputerowe przetwarzanie zdjęć do postaci ortofotografii staje się wygodnym i praktycznym standardem. Użytkowanie cyfrowego tachimetru na wykopie również nie jest już widokiem nadzwyczajnym, a koszt takiego sprzętu jest w zasięgu niewielkich firm świadczących usługi archeologiczne. Niewątpliwie stosowanie nowoczesnego sprzętu jest wielkim ułatwieniem dla badaczy. Wpływa nie tylko na poziom badań, ale i wygodę pracy. Warunkiem jest jednak samo opanowanie obsługi sprzętu, którego działanie nie jest intuicyjne, często wymaga dodatkowego przeszkolenia lub chociaż dokładnej lektury instrukcji obsługi (co, wbrew pozorom, nie wydaje się być praktyką powszechnie stosowaną). Dostępność nowoczesnych urządzeń, a także licznego oprogramowania do analizowania pobranych danych pozwala archeologom zająć się wieloaspektowym opracowaniem materiałów. Często sami posiadają sprzęt i potrzebne przygotowanie, co pozwala przejąć obowiązki zarezerwowane niegdyś dla przedstawicieli innych dziedzin. Umiejętność podstawowej obsługi urządzeń geodezyjnych przejęli archeolodzy. Opracowanie planigrafii

405

znalezisk czy warstwicowego planu stanowiska nie jest już trudnością, a zawodowy fotograf na wykopaliskach pojawia się jedynie wraz z dziennikarzem z prasy lokalnej zainteresowanym wynikami badań. Technologia komputerowa niezwykle ułatwia archiwizowanie, kopiowanie lub przesyłanie danych, a także wstępne ich przygotowanie do prezentacji czy druku. Dokładność takiej dokumentacji przewyższa tę prowadzoną manualnie, a mechanika całego procesu wpływa na wydajność pracy. Szczególnie ważną zaletą tej formy dokumentacji, gdzie część obowiązków przejmuje aparatura, jest możliwe zminimalizowanie efektu subiektywizmu dokumentalisty oraz wyeliminowanie praktyki wstępnej interpretacji na etapie jej wykonywania (czego duże znaczenie podkreślają Urbańczyk 2002, Tyszczuk 2006). Najnowszą nowinką jaka skupiła na sobie uwagę archeologów są digitizery 3D, popularnie określane skanerami 3D. Istotą ich działania jest możliwie dokładne odwzorowanie bryły skanowanego obiektu i odtworzenie jej w pamięci komputera. Nowoczesne urządzenia bazują zwykle na technologii laserowej, pozwalając pobrać niezbędne pomiary bez dotykania odwzorowywanego przedmiotu. Uproszczając, zasadę jego działania możemy porównać do tachimetru laserowego, gdzie na podstawie czasu pomiędzy emisją a powrotem wiązki światła, a także znanemu kierunkowi pod jakim wysyła je urządzenie, zapisywane jest położenie punktu w trójwymiarowej przestrzeni1. Jednorazowy pomiar o rozdzielczości kilkudziesięciu tysięcy punktów pozwala na odwzorowanie całej płaszczyzny, zapisywanej w pamięci w postaci tzw. chmury punktów, następnie wyświetlanych w postaci siatki trójkątów lub cieniowanych powierzchni. Odwzorowanie całej bryły bez „zacienionych” ubytków (tzw. „martwych pól”) wymaga wykonania kilku do kilkunastu skanów z różnych stron obiektu. Wyniki pomiarów są następnie
Starsze urządzenia opierały się na metodzie dotykowej i rejestrującym powierzchnię czujniku umocowanym na ruchomym ramieniu. Technologią równie popularną wśród urządzeń bezdotykowych jest emitowanie pasów światła i rejestracji ich załamywania się na powierzchni przedmiotu.
1

406

łączone w jedną całość, tworząc pełny model (Ryc. 1). Obecnie produkowane urządzenia posiadają dużą rozdzielczość optyczną, cechują się dokładnością do ułamków milimetrów, a oprócz położenia punktów, potrafią rejestrować dane o kolorze, co pozwala na uzyskanie modelu niemal w rzeczywistym stopniu oddającego geometrię i teksturę przedmiotu. Powierzchniowy sposób zbierania punktów pociąga za sobą pewne ograniczenia, utrudniając lub całkowicie uniemożliwiając zeskanowanie, np. wnętrza naczynia. Wyroby o powierzchni odbijającej lub przepuszczającej światło wymagają wstępnego przygotowania i pokrycia powierzchni substancją o konsystencji talku zapobiegającej powstawianiu refleksów.

Ryc. 1. Poszczególne etapy skanowania rdzenia magdaleńskiego i ostateczny wynik – model z nałożoną teksturą. Opracowanie: M. Mackiewicz.

Istnieje szereg różnych systemów przeznaczonych do skaningu laserowego różniących się parametrami i zastosowaniem. Inną charakterystyką cechuje się aparatura do wykonywania skanów obiektów niewielkich (np. zabytków ruchomych), inne wymagania stawia się urządzeniom przeznaczonym do odwzorowywania budynków czy całych wnętrz. Wśród najbardziej popularnych systemów należałoby wymienić: Konica-Minolta, Cyrax, Riegl, czy Polhemus. Oddzielną grupą urządzeń są systemy digitizowania dużych powierzchni terenu za pomocą wiązki lasera z pokładu samolotu czy samochodu, np. LIDAR. Ich rozdzielczość i dokładność nie może się równać z pomiarami zebranymi z użyciem Total Station, jednak pozwala stworzyć odwzorowanie znacznie szybciej.

407

Wraz z mnogością systemów, pojawia się zróżnicowane i niestety nieujednolicone oprogramowanie używane do przetwarzania danych. W większości wypadków pozwala jednak na zapisanie pomiarów w uniwersalnych formatach plików (dxf, obj, vrml), umożliwiających dalszą obróbkę w aplikacjach typu CAD (np. AutoCAD) czy programach do wizualizacji (np. 3D Studio MAX). Skanery 3D zaprojektowane były przede wszystkim jako narzędzia do zastosowań przemysłowych. Wykorzystywane są w kontroli jakości, przy badaniu geometrii pojazdów, okrętów i elementów konstrukcyjnych, we wzornictwie przemysłowym, a ostatnio, także w dokumentacji zabytków i dziedzictwa kulturowego. Sposoby na użycie omawianej aparatury w archeologii zależą głównie od wyobraźni badaczy. W przypadku digitizerów przeznaczonych do skanowania niewielkich przedmiotów, podstawowym zastosowaniem jest skanowanie zabytków ruchomych. W niektórych konstrukcjach przy zastosowaniu zmiennej optyki możliwe jest dokładne odwzorowanie przedmiotów o rozmiarach kilku centymetrów do ponad metrowych. Skanowanie większych obiektów wymaga łączenia kilku skanów w jedną całość. Bezdotykowy charakter zbierania pomiarów jest szczególnie cenny w przypadku materiałów delikatnych, w większym stopniu podatnych na zniszczenia. Będą to przede wszystkim zabytki drewniane, z kości lub poroża, a także szklane. Szczególnie podkreśla się potrzebę wykonywania dokumentacji trójwymiarowej materiałów antropologicznych. Jest to istotne zarówno z powodu ułatwień w zbieraniu pomiarów, łatwości ich archiwizacji, jak i z szacunku do ludzkich szczątków, które powinny zostać pochowane ponownie (Tyszczuk 2003, s. 50). Część urządzeń pozwala na wykorzystanie ich w terenie. Rozstawiane na trójnogu i zasilanie, np. z akumulatora samochodowego, pozwalają także na samodzielną pracę bez potrzeby podłączania ich do komputera, co ogranicza do minimum ilość sprzętu i niepotrzebnych kabli. Do jego obsługi wystarcza jedna osoba, a sam sprzęt mieści się do bagażnika niewielkiego samochodu. Pozwala na skanowanie obiektów in

408

situ i sporządzanie dokładnej dokumentacji polowej. Urządzenie umożliwia zarówno skanowanie większych obszarów, jak całych powierzchni murów czy bruków odkrywanych podczas prac wykopaliskowych, a także inwentaryzacje architektury, skupiając się przy tym na detalach. Pozwala także na skanowanie obiektów narażonych na zniszczenia podczas wyciągania z ziemi lub tych, których nie można wyciągnąć w całości. Mogą to być szczególnie delikatne i łamliwe pozostałości kostne gatunków wymarłych, których wydobycie wymaga zwykle specjalnego usztywnienia całości gipsem czy też popularne, również wyciągane we fragmentach, relikty konstrukcji drewnianych. Skanowanie w ten sposób studni przed jej wyciągnięciem, poza dokładnym odwzorowaniem (z zachowaniem wszelkich szczegółów, w tym nawet faktury drewna) jest doskonałym materiałem ilustracyjnym, źródłem danych metrycznych, jak i bazą do późniejszej jej rekonstrukcji z zakonserwowanych już elementów. Skanowanie pochówków ciałopalnych eksplorowanych zwykle do poziomu calca, pozwala na zachowanie nie tylko ułożenia zabytków, ale także ich szczegółów, jak np. wymiary naczyń, ornament, stan zachowania. Dokumentacja takiego obiektu przez wprawnego operatora sprzętu zajmie porównywalną ilość czasu co podstawowa i schematyczna dokumentacja rysunkowa. Przy obiektach bogatych w szczegóły i o skomplikowanych kształtach – stosunek ten wyraźnie będzie się przechylał na korzyść dokumentacji mechanicznej. Ciekawe efekty prezentuje skanowanie architektury, w tym budownictwa drewnianego. Wiele zabytkowych kościołów nie jest obiektem zainteresowania konserwatorów do momentu, gdy ten zawali się lub ulegnie spaleniu. Poza bryłą budynku, sprzęt uchwyci także elementy konstrukcyjne. A skanując wnętrza, możemy uzyskać szczegółowy obraz szkieletu czy konstrukcji dachu. Jako przykład „wnętrza” możemy potraktować jaskinie. Skanowanie pozwala na zapis nie tylko geometrii, ale także na uchwycenie szczegółów takich, jak malowidła czy ryty. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby w następnym etapie dane te po-

409

łączyć z planigrafią zabytków czy wykorzystać w celach wizualizacji.

Ryc. 2. Ceramika naczyniowa kultury lendzielskiej (Jordanów Śląski, gm. loco) – odwzorowanie przestrzenne w postaci teksturowanego modelu, chmury punktów i przekroju. Opracowanie: M. Mackiewicz.

Wirtualne odwzorowanie geometrii przedmiotu cechuje się dużą dokładnością, sięgającą nawet setnych części milimetra, a oprogramowanie pozwala na wygodne pobranie wszelkich wymiarów przedmiotu (np. od punktu do punktu, punktów skrajnych), zmierzenie średnic czy kątów. Jednocześnie pozwala na utworzenie dowolnych rzutów izometrycznych, zarysowanie konturów czy wykonanie przekrojów często trudnych do uzyskania drogą tradycyjną (Ryc. 2, 3). Zastosowanie dodatkowych narzędzi pozwala na obliczanie powierzchni czy wyliczanie objętości (np. materiałów zużytych na budowę, pojemności skanowanych naczyń). Wszystkie efekty są czytelne i łatwe do dalszej publikacji w formie drukowanej bądź cyfrowej.

410

Ryc. 3. Rejestracja przestrzenna motyki kamiennej wiązanej z kulturą ceramiki wstęgowej kłutej z Dzielnicy (gm. Cisek): a – rzut izometryczny z zaznaczonymi liniami cięcia, b – przekroje, c – widok w postaci chmury punktów. Opracowanie: M. Mackiewicz.

Pliki modelu, zależnie od rozdzielczości skanowania, wielkości obiektu i formatu w jakim są zapisane, zajmują od kilkuset kilobajtów do kilkudziesięciu megabajtów, co sprawia, że są one łatwe w archiwizacji. Ich niewielkie rozmiary umożliwiają przesłanie modelu jako załącznika do wiadomości email, pozwalając badaczowi na przyjrzenie się konkretnym cechom zabytku, co często nie jest możliwe w przypadku fotografii, jak i samodzielnemu pobraniu niezbędnych wymiarów. Idealnym rozwiązaniem byłoby stworzenie internetowego archiwum – szerokodostępowej bazy danych zabytków, uzupełnionej poza fotografiami, o modele 3D. Jako przykład można wymienić system inwentaryzacji zabytków

411

DANA (Digital Archive Network for Anthropology) uruchomiony na Uniwersytecie Stanowym Dakoty Północnej w Fargo, USA (Clark, Stator, Perrizo i in. 2002) (Ryc. 4).

Ryc. 4. System DANA z uruchomioną przeglądarką modeli trójwymiarowych (Clark, Stator, Perrizo i in. 2002).

Użyteczność trójwymiarowego modelu nie kończy się na dokumentacji, a może być narzędziem dalszego etapu studiów. Miejmy jednak świadomość, jak wąski jest rynek oprogramowania skierowanego do archeologów. Ilość specjalistycznych narzędzi jest niewielka, co zmusza badaczy do współpracy z programistami i proponowania własnych rozwiązań lub dostosowania mechanizmów już istniejących. Dla przykładu narzędzia zaprojektowane do kontroli jakości można ukierunkować na kontrolowanie poszczególnych cech całej grupy zabytków, np. w celu poszukiwania egzemplarzy wykonanych z jednej formy. Patrząc w przyszłość, przełomem byłyby programy umożliwiające tworzenie statystyk, automatycznie wyłapywanie wspólnych i różniących cech zabytków, aż po proponowanie podziałów typologicznych. Aplikacje samodzielnie wykonujące składanki czy łączące fragmenty naczyń w jedną całość, dziś wydają się być bardzo odległe.

412

Nie można także pomijać potrzeby tworzenia wizualizacji. Trójwymiarowa rejestracja zamku stanowi znakomitą bazę dla prezentacji poszczególnych jego faz przebudowy. Odwzorowanie obiektu w połączeniu z efektem skanowania terenu, uzupełnione o tekstury, umożliwia tworzenie stylizowanych rekonstrukcji w pełnej realizmu, otaczającej go scenerii. Te w postaci obrazów lub animacji, umieszczane w Internecie, pozytywnie wpływają na popularyzację archeologii i dziedzictwa kulturowego. Modele trójwymiarowe równie dobrze prezentują się w postaci „wirtualnych muzeów”. Aplikacje umieszczane na stronach internetowych dają użytkownikowi możliwość obrócenia zabytku, obejrzenia z dowolnej strony czy zbliżenia na konkretny szczegół. Dodatkowym atutem modelu jest jego czytelność, co można zastosować w celach publikacyjnych. Można użyć schematycznego sposobu wyświetlania jaki oferuje nam oprogramowanie. W przypadku prostych brył wystarczająco klarowna jest chmura punktów (cloud), a przy bardziej skomplikowanych kształtach – widok siatki trójkątów (wireframe) lub modelu z wygładzoną i cieniowaną powierzchnią (surface). Ostatni tryb pozwala także na nałożenie tekstury (Ryc. 5). Obróbka modelu w programie CAD, umożliwiająca podkreślenie krawędzi płaszczyzn, pozwala na uzyskanie obrazu w formie szkicu, zbliżonego do rysunku technicznego.

413

Ryc. 5. Siekierka kamienna z Dzielnicy (gm. Cisek, woj. Opolskie). Różne tryby wyświetlania modelu: a – chmura punktów, b – siatka trójkątów, c – wygładzona powierzchnia, d – wygładzona powierzchnia z teksturą. Opracowanie: M. Mackiewicz.

Model trójwymiarowy można wykorzystać jako bazę do stworzenia repliki przedmiotu. Gdy w przypadku narzędzia kamiennego możemy wykonać formę silikonową i odlew gipsowy, tak w przypadku zabytków delikatnych możliwości wykonania kopii są utrudnione. Poza tym, do wykonania formy niezbędne jest posiadanie samego znaleziska. W przypadku, gdy przedmiot ulegnie zniszczeniu lub zaginie odtworzenie kształtu jest niemożliwe. Technologia obrabiarek sterowanych komputerowo pozwala na odwzorowanie kształtu modelu w różnego rodzaju tworzywach z dokładnością sięgającą ułamków milimetra2. Detal wykonany w kamieniu, bezpośrednio po obróbce może zastąpić wybrakowany element historycznej architektury, a repliki w drewnie czy porożu, wyglądają niezwykle realistycznie i mogą być kopiami muzealnymi.
2

Najbardziej popularną metodą pozwalającą na wytworzenie bryły przedmiotu na podstawie modelu cyfrowego jest zastosowanie sterowanych komputerowo obrabiarek (CNC) oraz droższe, choć bardziej dokładne, odtwarzanie skomplikowanych kształtów w tworzywie sztucznym techniką stereolitografii laserowej (Rapid Prototyping).

414

Stworzona w ten sposób rekonstrukcja wykonana w trwałym materiale może pełnić funkcje egzemplarza dydaktycznego przede wszystkim ze względu na dokładne odwzorowanie geometrii. Wirtualny model równie dobrze może zostać użyty jako podstawa do projektu całego procesu produkcyjnego pamiątek muzealnych oddających kształt konkretnego zabytku. Przewagę dokumentacji trójwymiarowej nad tradycyjną w formie rysunku lub fotografii, doskonale prezentuje dokumentacja konserwatorska rzeźby Dawida autorstwa Michała Anioła (Scopigno, Cignoni, Callieri i in. 2003). Model trójwymiarowy zachowuje najdrobniejsze szczegóły (Ryc. 6). Pozwala przy tym na zarysowanie przekroju w dowolnym miejscu – co w manualnie wykonywanej dokumentacji często okazałoby się niemożliwe. Taka forma rejestracji pozwala na kontrolowanie stanu zabytku, powstających na nim ewentualnych zniszczeń i zgodne z uprzednio przeprowadzoną dokumentacją – uzupełnienie braków. Szersze zastosowanie modelu pozwala na tworzenie duplikatów czy dalsze wykorzystanie cyfrowej postaci Dawida w formie wizualizacji czy animacji.

Ryc. 6. Fragment dokumentacji trójwymiarowej rzeźby Michała Anioła. Kontury są przekrojami nóg postaci wykonanymi na różnych wysokościach rzeźby (za Scopigno, Cignoni, Callieri i in. 2003).

Działania na wirtualnym modelu pozwalają na uwypuklenie słabo widocznych szczegółów. Odpowiednie jego przeskalowanie lub ustawienie świateł ułatwia odczytanie za-

415

tartych rytów naskalnych lub inskrypcji z epitafiów czy stel kamiennych. Przeprowadzona w ten sposób dokumentacja jest szczególnie cenna w przypadku obiektów stojących w otwartym terenie, narażonych na działanie pogody, jak i różnorodnych aktów wandalizmu. Grupa archeologów zrzeszonych w organizacji Wessex Archaeology w analogiczny sposób podjęła się dokumentowania napisów rytych nożami w korze drzew przez żołnierzy na obszarze działań wojennych w czasie I i II wojny światowej. Poza umożliwieniem odczytu zniekształconych przez rozrost drzew inskrypcji, miało to drugie znaczenie – utrwalenia świadectwa historii w naturalny sposób podatnego na zniszczenia (Goskar 2008) (Ryc. 7). Niestety dokładność pomiarów wciąż jest zbyt mała, aby użyć podobnych metod do odczytywania małych napisów z drobnych zabytków, np. zatartych numizmatów.

Ryc. 7. Skan powierzchni drzewa z uwidocznioną inskrypcją (za Goskar 2008).

Chociaż sama technologia nie jest nowa, tak stosowanie tej metody w archeologii wciąż jest traktowane jako „nowinka”. Na jej małą popularność, tego wygodnego i perspektywicznego, systemu dokumentacji wpływa zapewne wiele czynników. Główną barierą jest cena sprzętu i niezbędnego oprogramowania będąca często ponad możliwości przeciętnej

416

firmy archeologicznej. Również cena za wykonanie dokumentacji znaleziska w firmie świadczącej tego typu usługi jest wydatkiem co najmniej kilkuset złotych od zabytku (co zdaje się być efektem niewielkiej konkurencji). Kolejną kwestią jest umiejętność obsługi sprzętu oraz oprogramowania. Programy często nie są intuicyjne, co wymaga przeszkolenia się samego badacza lub zatrudnienia pracownika technicznego jako operatora. Zniechęcać może fakt wielu aplikacji przeznaczonych do obsługi skanera, gdzie ich wybór determinowany jest przez cenę i współpracę z danym typem urządzenia, a nie wynika z oferowanych możliwości i opcji potencjalnie przydatnych w dokumentacji archeologicznej. Brakuje wielofunkcyjnej aplikacji powstałej nakładami doświadczonej firmy gwarantującej dalszy jej rozwój i wypuszczanie regularnych aktualizacji poprawiających stabilność i funkcjonalność programu. Znaczna część winy za „niewspółcześnie” prowadzoną dokumentację spada na samych badaczy. Wielokrotnie, posiadający umiejętności obsługi komputera (ograniczające się edytora tekstu), nie widzą potrzeby dostosowania się do nowych standardów lub co gorsze, ślepo bronią metod wpojonych im w czasie studiów. Brak potrzeby dokształcenia się archeologów, utwierdza bierna postawa służb konserwatorskich, które nie zwiększają wymagań wobec prowadzonej dokumentacji, zmuszając badaczy do prowadzenia jej w postaci cyfrowej godnej XXI wieku. Metodyczne studia prowadzone przez wiele ekip badawczych na całym świecie działają na korzyść rozwoju zastosowań i popularyzacji skanerów 3D. Często ścigają się w odnajdywaniu nowych zastosowań, chętnie dzieląc się uwagami i nowymi pomysłami powstającymi podczas realizacji kolejnych projektów. Problemowe artykuły bardzo licznie publikowane są w Internecie, zapewniając do nich szeroki dostęp i możliwość wykorzystania, a także dalszego rozwoju, przedstawionych konceptów. Nowoczesne technologie w polskiej archeologii pojawiają się bardzo rzadko, a w przypadku skanerów 3D jest to

417

metoda wciąż mało znana. Można jednak odnotować pozytywne przykłady i wskazać kilka udanych projektów. Pierwsze wzmianki w polskojęzycznej literaturze sygnalizujące możliwości szerokiego zastosowania digitizerów w dokumentacji dziedzictwa kulturowego pojawiły się w 2003 roku (Gołembnik 2003, 2004, Tyszczuk 2003). Poligonem doświadczalnym dla nowatorskich metod stały się interdyscyplinarne badania wykopaliskowe Pałacu i Ogrodach Królewskich w Wilanowie prowadzone przez A. Gołembnika od 2003 roku. System prowadzonej dokumentacji, zdecydowanie wyróżniał się na tle powszechnie stosowanych praktyk. Odbiło się to także w wysokim poziomie edytorskim sprawozdawczej publikacji (Gołembnik 2004, Gołembnik, Jankowski 2005). Wyspecjalizowane rodzime firmy zaznaczają swoją obecność również w projektach międzynarodowych, np. podczas wykonywania skaningu zabytkowego miasteczka Atturaif w Arabii Saudyjskiej. Projekt obejmował teren 50 ha, który zinwentaryzowano wykonując ponad 2100 skanów (Pudło 2008). Optymizmem może napawać analogiczna sytuacja jaką można było zaobserwować kilkanaście lat temu, gdy na rynek wchodziły programy CAD. Konstruktorzy i architekci zgodnie twierdzili, że nic nigdy nie zastąpi kalki i tuszu, a teraz żaden z nich nie wyobraża sobie powrotu do okresu „przedkomputerowego”.

Bibliografia
Clark J. T., Slator B. M., Perrizo W. i in. 2002 Digital Archive Network for Anthropology, Journal of Digital Information, vol. 2, is. 4. (http://jodi.tamu.edu/Articles/v02/i04/ Clark/). Gołembnik A. 2003 Archeologia na wirażu, Ochrona Zabytków, nr 1-2 , s. 135-150. 2004 Pałac i ogrody w Wilanowie – badania archeologiczne Krajowego Ośrodka Badań i Dokumentacji Zabytków w sezonie 2003, Monument. Studia i materiały KOBiDZ, nr 1, s. 135-160.

418

Gołembnik A., Jankowski A. 2005 Badania archeologiczne Ogrodów Królewskich w Wilanowie – sezon 2004/2005, Monument. Studia i materiały KOBiDZ, nr 2, s. 275-304. Gołembnik A., Morysiński T. 2004 Czas na nowe technologie, Ochrona Zabytków, nr 1-2, s. 93-103. Goskar T. 2008 Lasers and Light, Wessex Archaeology. (http://www.wessex arch.co.uk/blogs/computing/2008/10/06/lasers-and-light) Pudło M. 2008 Laser w arabskim Atturaif, Geodeta, nr 4 (155), s. 4-8. Scopigno R., Cignoni P., Callieri M. i in. 2003 Using optically scanned 3D data in the restoration of Michelangelo's David. Optical Metrology for Arts and Multimedia, (red.) Salimbeni R. (http://vcg.isti.cnr.it/publications/papers/ david_rest_spie.pdf) Tyszczuk S. 2003 Matrix, Archeologia Żywa, nr 3 (26), s. 50-54. 2006 Mechaniczny proces dokumentacji – zagrożenie czy szansa dla interpretacji? [w:] Badania archeologiczne na Górnym Śląsku i ziemiach pogranicznych w latach 2003-2004, s. 259-273. Urbańczyk P. 2002 Koniec rysowania?, Archeologia Żywa, nr 4 (23), s. 53-56.

Abstract Since few years, along with IT technology development, we have been observing a trend towards digitization of the archaeological documentation. Traditional photography has been replaced by digital cameras, extemporary field drafts created with pencil are transmitted to digital format using CAD software. GPS and Total Station on the fieldwork became a standard. Within last few years, the 3D digitizers riveted archaeologists to create a virtual model of product on the computer screen. 3D software allows to see the model from each side, draw a cross section and take every metric data. Moreover, the model files can be easily send by email.

419

Capabilities of the virtual model do not end with the documentation. We can keep it in a database, publish as a ‘virtual museum’ or use it as a base of replica production. Variety of application is only a matter of imagination.

420

Adam Piwek Instytut Historyczny Uniwersytet Wrocławski Wrocław

Zafascynować przeszłością. Metody i sposoby prezentowania historii w klasach IV–VI polskiej szkoły podstawowej oraz lower secondary education w Wielkiej Brytanii
Historia jest nauczycielką życia – to znane powiedzenie jest swoistym mottem, które przyświeca edukacji historycznej na jej kolejnych etapach. Na samym wstępie warto zauważyć, że to nie szkoła, ale dom rodzinny stanowi pierwszy etap spotkania z historią. Wraz z upływem lat polski przedszkolak, a potem uczeń kolejnych klas nauczania początkowego poznaje najważniejsze barwy i symbole narodowe. Czasami także wybrane, mocno okrojone faktograficznie fragmenty dziejów człowieka. Pierwszy pełny kurs dziejów ludzkości z jakim się spotka to II etap edukacyjny, czyli klasy IV do VI polskiej szkoły podstawowej (Rulka 2005, s. 59). Dokładnie w tym samym wieku, co polscy uczniowie szkół podstawowych, swój obowiązkowy kurs historii odbywają uczący się na Wyspach Brytyjskich. Wcześniej uczniowie w wieku od 7 do 11 w brytyjskich elementry schools poznawali tajemnice swojej historii lokalnej, a także odkrywali dzieje starożytnej Grecji, Rzymu, Egiptu, Sumeru i Asyrii, Doliny Indusu oraz starożytnych cywilizacji Ameryki i Afryki. Dopiero jako 11– 12-latkowie rozpoczną pełne spotkanie z historią (Majorek 2004, s. 217-218). Ktoś z uczestników może zapytać, dlaczego to właśnie szkoła podstawowa, czy w Wielkiej Brytanii okres lower secondary education jest tak szczególnym okresem w odkrywaniu przeszłości? Otóż to czas kształtowania

421

rozbudzonej świadomości historycznej1, formowania się postaw i rozwijania sprawności myślenia. Statystyczny polski Jaś rozpocznie swoje prawdziwe spotkania z historią od propedeutycznego kursu łączącego nauczanie historii i wiedzy o społeczeństwie w przedmiocie historia i społeczeństwo, na którego realizację przypada około 2 godzin lekcyjnych w tygodniu (Burda 2004, s. 214-215). Obowiązująca podstawa programowa zakłada, że zasadniczym zadaniem tego przedmiotu jest kształtowanie aktywności ucznia, rozwijanie postawy patriotycznej, obywatelskiej, poznanie symboli narodowych, ważnych wydarzeń i postaci z dziejów Polski, a także Europy i świata. Podkreśla się także rozwijanie zainteresowań przeszłością rodziny, lokalnej wspólnoty oraz państwa2. Zadania jakie przyświecają lekcjom historii i społeczeństwa sformułowanych w bardzo ogólny sposób w podstawie programowej wzbudzają wiele kontrowersji w środowisku historyków. Zdaniem dydaktyków, historia znalazła się de facto na drugim miejscu pod względem treści w nauczaniu przedmiotu. Najczęściej klasa IV to epizody z historii połączone z treściami z wiedzy o społeczeństwie, zaś klasy V i VI to podróż od starożytności po współczesność ze szczególnym uwzględnieniem dziejów społecznych. Teoretycy nauczania historii w dyskusjach nad obowiązującą od 1999 roku podstawą programową postulowali nieco inny model. Proponowali, aby młody człowiek na wstępie swojego spotkania z historią poznawał dzieje Polski, w klasie V dzieje świata, zaś w VI nauczanie miałoby się koncentrować wokół pojęć związanych z naukami społecznymi (Zielecki 2007, s. 75-80). W sposób bardziej rozbudowany należy przybliżyć miejsce historii w brytyjskich systemie edukacyjnym. Już od początku lat 90. cele i zasady nauczania przedmiotów przedstawia National Curriculum, tamtejszy odpowiednik podstawy
O znaczeniu budowania świadomości historycznej w edukacji - zob. Maternicki 2004, s. 376-378; 1998 Edukacja historyczna młodzieży - problemy i kontrowersje u progu XXI wieku, Toruń; Rulka 2004, s. 59. 2 Propozycja podstawa programowej (…), 2008.
1

422

programowej, który określa sposób i treści nauczania historii. Wśród postulatów pojawiało się m.in. prezentowanie dziejów Wysp Brytyjskich w okresie największego wpływu na państwa sąsiednie, ukazywania różnić między wyspiarską monarchią a kontynentem. Minister Edukacji John Patten zaproponował nawet, aby 75% wszystkich treści w podstawie do nauki historii było związane wyłącznie z dziejami Wielkiej Brytanii (Haydyn 2000, s. 114-115). Na etapie lower secondary education, czyli obowiązkowego kursu historii dla uczniów w wieku od 11–12 do 13–14 lat, poznaje się przede wszystkim dzieje Wysp Brytyjskich stanowiących oś do rozumienia dziejów świata, głównie powiązanych z przeszłością Wielkiej Brytanii. Warto zauważyć także, że National Curriculum optuje za zasadą selekcji treści nauczania, które w inaczej niż w Polsce, stanowiły efekt kompromisu między dydaktykami, nauczycielami a politykami. Ostatecznie zdecydowano się na kilkanaście celów kształcenia historii poznawanej na różnych etapach edukacji historycznej. Są to: pomoc w zrozumieniu teraźniejszości poprzez przeszłość; pobudzanie zainteresowania czasami minionymi; możliwość odnalezienia sensu identyfikacji i zrozumienia kulturowych korzeni i zróżnicowanego dziedzictwa, m.in. poprzez uczenie się o swoim pochodzeniu, losach rodziny i grup, do których przynależy młody człowiek; przekazanie uczniom wiedzy i rozumienia własnego kraju i innych państw we współczesnym świecie w kontekście poszanowania kulturowej różnorodności, przeciwdziałania izolacjonizmowi, bez dewaluacji brytyjskich osiągnięć; wprowadzanie do zgłębiania metodologii historii i specyfiki tej dziedziny poprzez zdobywanie umiejętności, także przydatnych na innych przedmiotach, przygotowanie uczniów do dorosłego życia. Zajęcia są zatem przygotowaniem do obywatelstwa (Jakubowska 2002, s. 63).

423

Dydaktycy historii wyróżniają trzy rodzaje podręcznika: syntetyczny lub quasi-syntetyczny zawierający wiedzę gotową do przyswojenia przez ucznia; kompendia materiałowe wypełnione surową uporządkowaną faktografią, niezawierające jednak opinii, sądów, czy wartościowania wydarzeń pozostawiając to zadanie nauczycielowi lub uczniom; uniwersalne o charakterze analityczno-syntetycznym podające częściowo materiał do przyswojenia, częściowo do analizy, unikające wad poprzednich dwóch typów, natomiast korzystające z ich zalet. Istnieją także inne sposoby podziału podręczników. Ze względu na określoną dominującą w nim funkcję wyróżniamy podręczniki (Bieniek 2007, s. 74-76; Skrzypczak 1996, s. 251260): erudycyjne z bogactwem informacji; historiozoficzne podkreślające refleksyjność i wartościujące prezentowane wydarzenia; warsztatowe nastawione na samodzielne dochodzenie do wiedzy. Na zakończenie szczegółowego dydaktycznego przedstawiania podręcznika warto powiedzieć, że we współczesnej szkole funkcjonują tzw. podręczniki obudowane. Oprócz głównej publikacji wydawca proponuje szereg pozycji skorelowanych z podręcznikiem, np. zeszyt ćwiczeń, atlas, teksty źródłowe, programy komputerowe czy materiały wspierające nauczyciela. Coraz częściej nasze szkolne podręczniki do historii stanowią część pakietu edukacyjnego zawierającego program nauczania, przewodnik (poradnik) metodyczny wspierający nauczyciela, zeszyt ćwiczeń lub karty pracy do poszczególnych zajęć oraz zestaw różnorodnych środków dydaktycznych, np. źródeł czy filmów. Coraz częściej ma on także charakter multimedialny, a płyta staje się także fragmentem podręcznika uczniowskiego (Chorąży, KonieczkaŚliwińska, Roszak 2008, s. 164-166). Warto zauważyć, że historia o której będę mówić w tym referacie, nie jest stuprocentowo zbieżna, mimo ograniczone-

424

go zakresu, z faktografią i opisem dziejów ludzkości poznawanym podczas kursu w ramach studiów historycznych na uczelniach wyższych (Maternicki 2004b, s. 209):
Nauczanie historii, czyli planowa i systematyczna praca nauczyciela mająca na celu zapoznanie uczniów z naszą przeszłością, kształtowanie racjonalne świadomości i kultury historycznej

nie zawsze będzie odzwierciedlać pełnię badań historycznych na dany temat, choć oczywiście powinna być mu jak najwierniejsza (Maternicki 2004b, s. 210). Warto posłużyć się tutaj proponowanym przez Jerzego Maternickiego, jednego z najznamienitszych współczesnych dydaktyków nauk o przeszłości, pojęciem historii dydaktycznej. Stanowi ona zatem nie tylko uproszczony, przystosowany do ograniczonych możliwości intelektualnych odbiorców obraz dziejów, ale także dobrze przemyślany obraz przeszłości podporządkowany założonym celom dydaktycznym. Dlatego na kartach podręczników do szkoły podstawowej, o których będę mówić nie znajdziemy opisu całych kampanii wojennych, a tylko ich wybrane elementy. Czasami są to wydarzenia o szczególnej doniosłości, czasami jednostki lekcyjne prezentujące określone postawy i stanowiska, których zadaniem ma być na przykład poruszenie wyobraźni młodego adepta wkraczającego w świat historii (Maternicki 2004a, s. 92). Czy polskie i brytyjskie podręczniki próbują zafascynować młodych ludzi wkraczających do krainy historii? Sprawdźmy. Z dwóch stron żelaznej kurtyny Już na pierwszy „rzut oka” widać różnicę w kursach historii odbywanych przez młodych mieszkańców Polski i Wielkiej Brytanii. W Polsce realizowany jest on najczęściej w formie trzech podręczników, do każdej z klas, natomiast na Wyspach Brytyjskich, gdzie nie obowiązuje podział na klasy sensu stricte, liczba publikacji, na podstawie których uczeń przechodzi jedyny obowiązkowy kurs historii jest różna.

425

W przypadku analizowanych przeze mnie publikacji z wydawnictwa Folens obejmuje ona 4–5 podręczników przypadających na okres trzyletni. Warto także podkreślić inne ramy chronologiczne, obejmujące odkrywanie przeszłości w obu krajach. Na Wyspach Brytyjskich młodzi ludzie poznają historie od IX–XI wieku do współczesności, zaś w Polsce poznawanie dziejów człowieka rozpoczyna się okresem prahistorycznym i dociera do czasów współczesnym, przy włączaniu znacznej ilości treści z wiedzy o społeczeństwie. Chcąc porównać poruszaną tematykę XX wieku w przypadku angielskiej publikacji Aarona Wilkesa z różnymi polskimi podręcznikami do klasy VI również napotykamy na trudności. W polskich podręcznikach wykład o ostatnim stuleciu stanowi jedynie część publikacji. Stąd zdecydowanie mniejsze nasycenie informacjami, szczególnie dotyczącymi drugiej połowy XX wieku. Chociaż w postulatach polskiej podstawy programowej i National Curriculum zwraca się uwagę na dzieje narodowe, to w epoce najnowszej, szczególnie w brytyjskiej publikacji, widać zdecydowanie większe nasycenie dziejami powszechnymi, niż ma to miejsce w polskiej serii My i historia czy podręczniku Historia i społeczeństwo VI. W polskiej dydaktyce w odniesieniu do dziejów powszechnych po II wojnie światowej, w czterech tematach: Europa podzielona, Europa zmienia oblicze – o okresie Jesieni Ludów, Droga do współczesnej Europy i Wybranych obliczach współczesnego świata mówi się o sytuacji przede wszystkim „starego kontynentu” (Surdyk-Fertsch, Olszewska 2004, s. 142-143, 152-155). Wykład o modern times Wilkes rozpoczyna od tematu-pytania: United Nations?. Warto w tym momencie podkreślić, że każda jednostka tematyczna w tym podręczniku zaczyna się celami-pytaniami, na które uczeń pozna odpowiedzi. Następnie autor przedstawia informacje o tworzeniu się supermocarstw i sposobach walki między nimi. Bardzo ciekawym, a jednocześnie prostym zabiegiem wydają się: umieszczenie mapy pokazującej obszary dominacji ZSRR w Europie, porównanie potencjałów militarnych USA i ZSRR w 1963 roku. Znajduje się także mapa uzmysła-

426

wiająca uczniom skalę zagrożenia dla Stanów Zjednoczonych jakie niosło umieszczenie radzieckich rakiet na Kubie w okresie kryzysu. Informuje się także o zakończeniu zimnej wojny wraz z początkiem lat 90., kiedy radziecki przywódca Gorbaczow przyznał, że siły komunizmu osłabły. Na zakończenie jednostki lekcyjnej autor zamieszcza Wise up words – słowa, które znaczenie warto zapamiętać. Są to m.in. pojęcia zimna wojna oraz supermocarstwo (Wilkes 2007, s. 108-113). Dla porównania polskie autorki informują swoich czytelników o rozłamie wśród sojuszników, podają informacje o tworzeniu NATO i Układu Warszawskiego, a w wyjaśnianiu pojęcia zimna wojna posiłkują się właśnie kryzysem kubańskim. Co ciekawe, prezentują także karykaturę odnoszącą się do kryzysu kubańskiego. Jedyne zadanie dla ucznia związane z tym środkiem obrazowym to nadanie mu tytułu. Między polskimi a anglojęzycznymi podręcznikami widać także różnicę w sposobie realizacji zadań bloku ćwiczeniowego. Wilkes proponuje uczniowi wcielenie się w rolę doradcy prezydenta USA w 1962 roku i analizę mapy o zasięgu radzieckiej broni na Kubie, fotografii bazy militarnej na wyspie rządzonej przez Fidela Castro wykonanej z amerykańskiego samolotu szpiegowskiego i zdjęcia rosyjskiego statku transportującego rakiety. Wcielając się w rolę eksperta prezydenta USA uczeń musi w ciągu 15 minut dokonać analizy wspomnianych fotografii, wyjaśnić zagrożenie związane z sytuacją oraz zaproponować wyjście z sytuacji i je uzasadnić. Dodatkowo na podstawie krótkich wspomnień doradców Chruszczowa i Kennedy’ego prosi się uczniów o ocenę możliwości wybuchu III wojny światowej oraz o stwierdzenie wiarygodności tych źródeł. Na koniec pojawia się pytanie o sposób zakończenia zimnej wojny (Wilkes 2007, s. 113). Dla porównania polskie autorki proszą swoich uczniów o wyjaśnienie pojęcia wyścig zbrojeń, hasła zimna wojna oraz opisanie na czym polegało niebezpieczeństwo wybuchu światowego konfliktu (Surdyk-Fertsch, Olszewska 2004, s. 143). Widać tutaj zdecydowane różnice. Brytyjski autor odnosi się do różnego rodzaju umiejętności uczniow-

427

skich – znajomości faktów i pojęć podanych w jednostce lekcyjnej, analizy i interpretacji źródeł, umiejętności krótkiego wyrażania opinii, a także oceny jakości źródeł pisanych. Polskie autorki skupiają się w zasadzie jedynie na najniższym poziomie umiejętności i wiedzy związanym z faktografią i pojęciami. Warto zauważyć, że to właśnie pytania niemające charakteru odtwórczego mają szczególnie istotną rolę w procesie dydaktycznym. Choćby stosowane przez Wilkesa pytania problemowe pozwalają uczniom nie tylko na powtórzenie poznanych wiadomości, ale także strukturalizują poznany materiał w większą całość (Zielecki 2007, s. 362). Obrazy pełne przeszłości W tym miejscu warto także zwrócić uwagę na znaczenie środków obrazowych3 w odkrywaniu przeszłości przez polskich i brytyjskich uczniów. W brytyjskim podręczniku Wilkesa środki te stanowią znaczący element zajęć. Bardzo często jedno zdjęcie czy rysunek dominuje na podręcznikowej stronie, a uczeń proszony jest często o jego powiązanie z innymi źródłami. Tak dzieje się, np. w temacie Podróż Titanikiem. Zdjęcie przedstawiające opuszczenie Sout hampton stanowi także tło do umieszczenia menu z ostatniego dnia przed zatonięciem statku czy rysunków prezentujących restaurację dla gości I klasy oraz reprintu plakatu krążącego po Nowym Jorku, zachęcającego do podróży z nowego kontynentu na Wyspy Brytyjskie (Wilkes 2007, s. 12). Dzisiejszym polskim podręcznikom do szkoły podstawowej nie można zarzucić, że brak w nich ilustracji. Informują młodego czytelnika nie tylko o tym, co przedstawiają, ale także dlaczego są związanie z daną jednostką lekcyjną. W tematach Udajemy się w podróż oraz Od konia do dżambo dżeta w podręczniku wydawnictwa M. Rożak Historia i społeczeństwo klasa IV

3

O ich znaczeniu w edukacji historycznej - zob. Suchoński, 2004, s. 372-374; Zielecki, 2007, s. 341-361; Bieniek 2007, s. 55-63.

428

zdjęcia i grafika stanowią jednak jedynie nieznaczne uzupełnienie tekstu odautorskiego (Parysek, Wendt 1999, s. 69-73). W całkowicie inny sposób swoim adeptom historii przedstawia to Paul Turner w podręczniku Everyday people – everyday lives. Podobnie jak polscy koledzy prezentuje on przemiany w transporcie, ale koncentruje się przede wszystkim na losach transportu brytyjskiego. Swoją opowieść uzupełnia informacjami o rabusiach grasujących na drogach brytyjskich. Umieszcza także wiele kolorowych grafik. Gdy nie jest możliwe przedstawienie oryginalnych kolorowych ilustracji stosowane są rysunki odzwierciedlające realia danej epoki. Warto zauważyć, że grafika jest także pretekstem do zamieszczenia wspomnień, m.in. o podróży dwupiętrowym autobusem z początku XX wieku, czy historii modelu samochodu jakim udał się do Hogwarthu sam Harry Potter. Prezentuje się także plakat zachęcający do wybrania się w podróż The Flying Scotsman, pociągiem jeżdżącym w 1928 roku z Londynu do Edynburga z prędkością 90 mil na godzinę, czy specjalny bilet wydany z okazji koronacji Elżbiety II. W tej jednostce tematycznej uczniów mogą zainteresować także zdjęcia z budowy Eurotunelu czy omówienie przemian w dziejach lotnictwa. Zwieńczeniem tematyki dotyczącej dziejów komunikacji jest historia podbojów kosmicznych, gdzie w kontekście lotu Apollo 13 pojawia się kadr z filmu oraz temat związany z próbami bicia rekordów prędkości (Turner 2008, s. 129-159). Wyjątkową publikację, której nie mamy na polskim rynku, stanowi seria Accessing... Adresowana jest ona do uczniów, którzy rozpoczęli naukę w trakcie roku szkolnego, bądź mają problemy ze znajomością języka angielskiego. Trzeba przyznać, iż problemów z czytaniem nie będzie miał korzystający z tej publikacji. Smart omawia skrótowo sposób analizy źródeł obrazowych. Podkreśla się w nim nie tylko konieczność wyjaśnienia umiejscowienia bohaterów, ale także atmosfery, kolorów, kompozycji, kontekstu, światła, perspektywy, symboli oraz wykorzystywanych technik (Smart 2004, s. 4). Proponuje uczniowi dziesięć tematów, podczas których spotka się

429

nie tylko z obrazami, ale także z reprintami czasopism, zdjęciami pamiątek po generale Nelsonie czy fragmentami ówczesnych tekstów prawniczych prezentowanymi w oryginale. Bardzo ciekawym, szczególnie z punktu budowania świadomości historycznej, wydaje się ostatni temat z obrazami pokazującymi sposoby odpoczynku pod koniec XIX wieku. I tak brytyjski uczeń zobaczy różnice między wakacjami na wsi (The Village Holiday), a tymi prowadzonymi przez brytyjską upperclass (Holiday). Z pewnością bardzo ciekawa może wydać się także analiza dzieła Behind the Bar, pokazującego miejską rzeczywistość widzianą zza barmańskiego pulpitu, a także trzy sceny prezentujące formy spędzania czasu przez mieszkańców miast poza nim – na wyścigach konnych (Clifton: Racecourse), na zakupach (St. James’ Fair, Bristol) oraz na wybrzeżu (Ramsgate Sands: Life at the Seaside) (Smart 2004, s. 44-48). Warto zwrócić także uwagę na serię polskich podręczników dla szkoły podstawowej w sposób znaczący wykorzystującą znaczenie środków obrazowych w odkrywaniu przeszłości. Oprócz rozlicznych zdjęć, Michał Błaut (w klasie IV z Hanną Chamczyk i Iwoną Miklikowską) proponuje swoim uczniom analizę infografik, czyli zdjęć lub rysunków opatrzonych komentarzem tekstowym, uzupełniających sens grafiki. I tak, odkrywając XIX wiek uczniowie poznają trud pracownika huty żelaza, widok i infrastrukturę miasta na przełomie wieków, czy właśnie, jak w brytyjskim przykładzie, sposoby spędzania wolnego czasu w XIX wieku i ich współczesny odpowiednik. Ta infografika wydaje się szczególnie ciekawa z metodycznego punktu widzenia, gdyż pomaga uczniowi nie tylko odkryć jak spędzano wolny czasu przed ponad 110 laty, ale także dokonać porównania sposobów spędzania wolnego czasu między teraźniejszością a XIX wiekiem. O to jest proszony młody naukowiec w pytaniu do infografiki. Dodatkowo uczeń ma także wskazać podobieństwa i różnice między okresami prezentowanymi w infografice, co pozwala na odwołanie się do wiedzy nabytej podczas jed-

430

nostki lekcyjnej Społeczeństwo w XIX wieku, a także wiedzy poza źródłowej (Błaut 2005, s. 151). W poszukiwaniu nowych rozwiązań Z całą pewnością polskie podręczniki przewyższają brytyjskie pod względem wykorzystania mapy. W angielskojęzycznym podręcznika Wilkesa mapa4 występuje niezwykle rzadko, a gdy już jest można mieć do niej sporo zastrzeżeń (jak, na przykład do prezentacji działań zbrojnych w latach 1941–1942 na Dalekim Wschodzie). Zdarzają się także często rażące błędy. Na przykład z mapy prezentującej zdobycze terytorialne Hitlera w Europie do 1940 roku wynika, że cała dawna II Rzeczpospolita została zajęta przez nazistowskie Niemcy (Wilkes 2007, s. 86). Mapy w polskich podręcznikach bardzo często bazują na jednolitym kanonie, przedstawiając niemal zawsze najważniejsze miasta, rzeki oraz granice w danym okresie niezależnie od jednostki tematycznej. Tę sytuację doskonale ilustrują mapy zawarte w podręczniku do klasy VI z serii Poznaję Cię historio z wydawnictwa ARKA/Nowa Era. Odkrywając granicę Rzeczpospolitej Obojga Narodów, Księstwa Warszawskiego i Polski po II wojnie światowej uczeń ma przed sobą de facto to samo podłoże kartograficzne, na którym ziemie państwa polskiego przedstawiane są zawsze łososiowym lub jasno łososiowym kolorem (Wojciechowski 2005b, s. 45, 109, 177). Bardzo cenną inicjatywę zaproponował odbywającym kurs historii wydawca podręczników z serii Moja historia. Do każdego z czterech podręczników (w klasie VI dwie części) dołączony jest atlas. Nie jest to jednak wyłącznie zbiór map. Można znaleźć tam także wiele infografik prezentujących przemiany w społeczeństwie i polityce od
Kształcenie w zakresie korzystania i wykorzystywania mapy na lekcjach historii jest jednym z istotnych elementów polskiej edukacji historycznej. O wykorzystaniu mapy w polskiej edukacji historycznej – zob.: Skotnicka M., 2006 Integracja wiedzy poprzez mapę historyczną [w:] red. G. Pańko, J. Wojdon, Korelacja-integracja wiedzy szansą dla ucznia, Wrocław, s. 165-176; Zielecki A., 2004 Środki kartograficzne [w:] red. J. Maternicki, Współczesna dydaktyka historii, Warszawa, s. 371-372.
4

431

czasów najdawniejszych do współczesnych. Bardzo interesującą propozycją, z całą pewnością zachęcającą do zafascynowania się historią jest gra planszowa dołączona do atlasu w klasie IV. Autorzy proponują uczniom zabawę, w której wiedza zdobyta podczas rocznego kursu historii i nauki o społeczeństwie pomoże w szybszym ukończeniu rozgrywki. Jeśli będą wiedzieli, np. z jakiego rodu pochodził Mieszko I, mogą rzucić kostką raz jeszcze. Gdy nie będą posiadali tej wiedzy tracą jedną kolejkę (Moja historia gra… 2003). Takie odnoszenie się do nabytej podczas rocznego kursu historii wiedzy z całą pewnością pozwoli zrozumieć uczniowi celowość nauczania przedmiotu, a także może stanowić zachętę do dalszego pogłębiania wiedzy z tej dziedziny w kolejnych latach edukacji historycznej. Warto zaznaczyć, że na polskim rynku funkcjonuje już kilka propozycji posiadających multimedialne uzupełnienie. Jedną z nich stanowi przywoływana już seria wydawnictwa ARKA/Nowa Era. Bardziej szczegółowo chciałbym przyjrzeć się multimedialnym spotkaniom zaproponowanym dla uczniów klasy VI, gdzie uczniowie poznają dzieje człowieka od odkryć geograficznych po współczesność, podejmując tematykę obecności Polski w strukturach europejskich czy godności i praw człowieka we współczesnym świecie. Autorzy proponują uczniom rozmaite zadania oparte na materiałach źródłowych, ikonograficznych, filmowych (często przedstawiane w bardzo interesujący sposób). Na zakończenie każdej z jednostek lekcyjnych znajduje się przynajmniej jedno zadanie, dzięki któremu uczeń może zweryfikować stan swojej wiedzy z danego tematu. Przydatne jest także umieszczenie przykładowych testów wspierających przygotowanie przed sprawdzianem. Szczególnie cenne wydaje się podsumowanie po jego wypełnieniu, informujące o liczbie uzyskanych punktów i dobrze wykonanych zadań. Warto także podkreślić obecność słowniczka, w którym uczeń może sprawdzić poznawane na lekcjach pojęcia. Dodatkowo nawigację po płycie, poza czytelnym spisem treści (pokrywa się on z tematami podręcznikami), ułatwiają też odwołania w pod-

432

ręczniku do poszczególnych zadań na płycie. Z dydaktycznego punktu widzenia niezwykle cenne wydaje się także umieszczenie szeregu informacji dodatkowych i ciekawostek, które mogą zachęcić ucznia do dalszego pogłębiania wiedzy (CD-ROM - Historia 2005). Dwa kraje - dwie historie? Polska i Wielka Brytania zdecydowanie różnią się w sposobie prezentowania dziejów. Choć przeważnie autorzy podręczników kierują się chronologią, to zwracają uwagę na różne aspekty historii. Jedną ze znaczący różnic jest kwestia kształtowania warsztatu historycznego, która w brytyjskim nauczaniu jest istotną częścią procesu nauczania. Taką możliwość w cyklu Folens History daje Wilkes w serii tematów Tajemnicze historie. Uczniowie za pomocą kilku prezentowanych przez autora dowodów muszą otrzymać odpowiedź na pytanie podstawione w temacie. Dlaczego zatonął Titanic? – to tylko jeden z przykładów. Autor prowadzi młodego czytelnika proponując mu postępowanie zgodnie z trzema krokami. Najpierw należy dokonać analizy zgromadzonych dowodów w tym relacji uczestników rejsu, zapisując najważniejsze informacje z wypowiedzi każdej postaci. Drugi krok polega na podjęciu decyzji na temat odpowiedzialności poszczególnych ludzi za katastrofę. Uczniowie powinni także wskazać osoby, które są całkowicie niewinne takiej sytuacji. Ostatnie zadanie polega na rozstrzygnięciu pytania postawionego w temacie. Jednak zadaniem ucznia nie jest wyłącznie odpowiedzenie na nie, lecz wykonanie kilku zadań, które staną się swoistym raportem o katastrofie, m.in. zapisanie informacji o odpowiedzialności poszczególnych osób, przydatności dowodów i wydaniu sądu w sprawie. Na zakończenie zadań autor przypomina uczniom, że brak oskarżenia nawet jednego człowieka o całą sytuację nie oznacza klęski całego śledztwa (Wilkes, s. 14-15). Seria Tajemniczych historii pozwala zatem zrozumieć uczniowi meandry badań prowadzonych przez naukowców zajmujących się różnymi dziedzinami historii, dając

433

także możliwość rozwiązania ciekawej z dzisiejszego punktu widzenia sprawy – zatonięcie Titanica, prawdziwość lądowania na Księżycu itp. Nie tylko na pierwszy rzut oka polskie podręczniki różnią się znacząco pod względem treści. Przeważa u nas historia polityczna, choć wraz z nowszymi publikacjami coraz więcej miejsca oddaje się także historii społecznej i życia codziennego5. Tematyka społeczna często powiązana z codziennością, przeważa w podręcznikach brytyjskich. Często także za pośrednictwem jakiejś sytuacji z życia wziętej omawia się działania polityczne, np. pokazując los żołnierzy w okopach mówi się o nowinkach technicznych i polityce państw podczas I wojny światowej. Pewnym krokiem do zmiany tego stanu rzeczy jest przedstawiona przez Ministerstwo Edukacji Narodowej nowa podstawa programowa do nauczania historii. Proponuje się tam właśnie zainteresowanie uczniów historią poprzez odkrywanie przeszłości w formie obrazów prezentujących życie codzienne w różnych okresach historycznych, np. w średniowiecznym mieście, na dworze Jagiellonów, w XIX-wiecznym mieście przemysłowym oraz pod okupacją hitlerowską w czasie II wojny światowej. Warto nadmienić, że w nowej podstawie programowej wśród pięciu najważniejszych celów pojawia się także umiejętność analizy i interpretacji historii. Na poziomie klas IV–VI w zreformowanej szkole uczeń ma potrafić odpowiadać na pytania postawione do różnych rodzajów źródeł, pozyskiwać, selekcjonować i porządkować informacje, a także stawiać pytania dotyczące przyczyn oraz skutków różnych wydarzeń historycznych i współczesnych6. Reasumując, zarówno w polskim jak i angielskim piśmiennictwie związanym z edukacją historyczną istnieją zabiegi mające zafascynować młodego adepta przeszłością. W Wielkiej Brytanii działania koncentrują się wokół preO znaczeniu historii codzienności w nauczaniu - zob. Cesarz-Maternicka E., Maternicki J., 2004, s. 121-122. 6 Propozycja podstawy programowej(…) 2008. 5

434

zentacji dziejów społecznych oraz kształtowania myślenia i warsztatu pracy historyka. W Polsce, w zależności od wydawcy podręcznika, przyjmują różną formę. Czasem jest to nastawienie na pracę z infografiką, czasami dodatkowa multimedialna obudowa dydaktyczna, bądź ikonograficzna podręcznika. Należy zaznaczyć, że oprócz podręcznika i całej jego obudowy to właśnie szkolna lekcja historii7 i sposób jej przeprowadzenia ma nader istotne znaczenie. Warto zatem, aby przyszli nauczyciele historii byli świadomi ogromu możliwości, które dostarcza dzisiejszy rynek wydawniczy, a przede wszystkim wykorzystywali je, aby zafascynować kolejne pokolenia Polaków dziejami, a nie pokazywać historii wyłącznie jako przedmiotu pełnego dat, wydarzeń i skomplikowanych procesów.

Bibliografia
Bieniek M. 2004 Podręcznik szkolny historii [w:] red. J. Maternicki, Współczesna Dydaktyka Historii, Warszawa, s. 266-269. 2007 Dydaktyka historii. Wybrane zagadnienia, Olsztyn. Błaut M. 2005 Moja historia 6. Część 1. Podręcznik z atlasem dla klasy piątej szkoły podstawowej, Gdańsk. Burda B. 2004 Nauczanie historii i wiedzy społecznej w szkole podstawowej [w:] red. J. Maternicki, Współczesna dydaktyka historii, Warszawa, s. 214-215. Cesarz-Maternicka E., Maternicki J., 2004 Historia życia codziennego (codzienności) [w:] red. J. Maternicki, Współczesna dydaktyka historii, Warszawa, s. 121-122. Chorąży E., Konieczka-Śliwińska D., Roszak S., 2008 Edukacja historyczna w szkole – teoria i praktyka, Warszawa.

7

Więcej na ten temat pisze m.in.: Rulka J., 2004, s. 15.

435

Haydn T. 2000 Control and resistance: the war of school history in England and Wales 1984-1996 [w:] red. Majorka C., E. v. Johanningmeiera, Narodowe i międzynarodowe konteksty reform edukacyjnych. Przeszłość, Teraźniejszość, Przyszłość, Kraków 2000, t. V, s. 111-121. Jakubowska B. 2002 Koncepcja brytyjskiej edukacji historycznej pod koniec XX wieku [w:] red. B. Tarnowska, Historia-dydaktyka-media. Księga poświęcona Profesorowi Januszowi Rulce w 40-lecie pracy naukowej, Bydgoszcz, s. 125-133. Majorek C. 2004 Nauczanie historii na świecie [w:] red. J. Maternicki, Współczesna dydaktyka historii, Warszawa, s. 216-223. Maternicki J. 1998 Edukacja historyczna młodzieży - problemy i kontrowersje u progu XXI wieku, Toruń. 2004a Historia dydaktyczna [w:] red. J. Maternicki, Współczesna dydaktyka historii, Warszawa, s. 92-93. 2004b Nauczanie historii [w:] red. J. Maternicki, Współczesna dydaktyka historii, Warszawa, s. 209-210. Parysek J., Wendt J., 1999 Historia i społeczeństwo. Klasa IV. Podręcznik, Gdańsk. Rulka J. 2004a Atrakcyjność lekcji historii [w:] red. J. Maternicki, Współczesna dydaktyka historii, Warszawa, s. 15. 2004b Edukacja historyczna dzieci i młodzieży, [w:] red. J. Maternicki, Współczesna dydaktyka historii, Warszawa, s. 59. Skotnicka M. 2005 Integracja wiedzy poprzez mapę historyczną [w:] red. G. Pańko, J. Wojdon, Korelacja-integracja wiedzy-szansa dla ucznia, Wrocław, s. 165-176. Skrzypczak J. 1996 Konstruowanie i ocena podręczników, Poznań. Smart D. 2004 Accessing… History Britan 1750-1900, Dunstable. Suchoński A. 2004 Środki obrazowe [w:] red. J. Maternicki, Współczesna dydaktyka historii, Warszawa, s. 372-374. Surdyk-Fertsch W., Olszewska B., 2004 My i historia. Historia i społeczeństwo dla VI klasy szkoły podstawowej, Warszawa. Turner P. 2008 Everyday people everyday lives, Haddenham.

436

Wilkes A. 2004 Folens History Book 4. Technology, War and Identities. A World Study After 1900, Dunstable. Wojciechowski G. 2005 Historia i społeczeństwo 6. Człowiek i jego cywilizacja, Warszawa. Zielecki A. 2004 Środki kartograficzne [w:] red. J. Maternicki, Współczesna dydaktyka historii, Warszawa, s. 371-372. 2007 Wprowadzenie do dydaktyki historii, Kraków. Prace zbiorowe 1999 Podstawa programowa kształcenia ogólnego do szkoły podstawowej, Warszawa, Ministerstwo Edukacji Narodowej. 2003 Moja historia gra edukacyjna «Podróż przez wieki», w: Atlas do historii i społeczeństwa. Atlas do podręcznika «Moja historia» do klasy czwartej szkoły podstawowej, Warszawa. CD-ROM: Historia. Człowiek i jego cywilizacja 6, [w:] Wojciechowski G. 2005 Historia i społeczeństwo 6. Człowiek i jego cywilizacja, Warszawa. 2008 Propozycja podstawy programowej kształcenia ogólnego do szkoły podstawowej, Warszawa, Ministerstwo Edukacji Narodowej.

Abstract My speech consists of two parts: In first, ca. 5 minutes, I present the best methods (from methodological point of view) in teaching history with children (11-13 years old - in Poland: IV-VI class szkoła podstawowa, in Grate Britain: lower secondary education). The role of history textbooks is very important here. How should they present our history to be interested for this age group - that’s main question, which I explain. In second, ca. 20 min. with résumé, I show a penetrating analysis of the styles of presenting past in 15 Polish and British history textbooks (sometimes with multimedia support). I concentrate my attention on: the role of narration - lessons topics and differences between Polish and British textbooks narration;

437

the significance of photos, maps, graphics, infographics in Polish and British history textbooks; using the multimedia textbook - as an example the series of Polish history textbooks Człowiek i cywilizacja (publishing house ARKA/Nowa Era).

438

Damian Halmer Instytut Historii Uniwersytet Śląski Katowice

Popularyzować czy upraszczać? Najstarsze dzieje miasta Rybnika w świetle popularnonaukowych prac autorstwa Marka Szołtyska
Dzisiaj [...] świat staje się nam coraz bardziej dostępny. Dzięki prasie, książkom, radiu, telewizji, telefonii i komputerom, docieramy do najdalszych zakątków ziemskiego globu. Zdarza się nawet, że więcej wiemy o słoniach i lwach niż o swojskim zającu i kuropatwie. [...] Współczesny człowiek zaczyna się jednak gubić w tym informacyjnym gąszczu. Życie problemami całego świata zdaje się go przytłaczać. Dlatego coraz więcej ludzi powraca do swojego małego świata. Tendencja ta owocuje coraz silniejszym utożsamianiem się ze swymi „korzeniami”, z własnym „Gniazdem”.

(Szołtysek 1997, s. 5). Autorem powyższych słów jest Marek Szołtysek – nauczyciel historii, popularyzator śląskiej gwary, historii i tradycji. Urodził się on w 1963 roku w Gierałtowicach, niedaleko Gliwic. Studia historyczne ukończył na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Po studiach powrócił na Śląsk, a dokładnie do Rybnika, gdzie rozpoczął pracę w zawodzie jako nauczyciel historii w IV Liceum Ogólnokształcącym. Jednakże poza pracą nauczyciela, Marek Szołtysek rozpoczął również działalność na wielu innych polach. Dzięki tej pracy jego postać na Śląsku jest rozpoznawana i w wielu kręgach bardzo ceniona. Współpracował i współpracuje z Telewizją Katowice i Telewizją Silesia (TVS). Pojawiał się także jako komentator i „ekspert spraw śląskich” w ogólnokrajowych serwisach informacyjnych i programach publicystycznych. Jest także autorem kilku wystaw poświęconych dziejom Rybnika i jego zasłużonym mieszkańcom. Za swą

439

działalność w dziedzinie kultury otrzymał już wiele prestiżowych nagród. Najważniejszą częścią działalności Marka Szołtyska jest pisanie i publikowanie. Spod jego pióra wyszła znaczna, by nie powiedzieć, imponująca liczba artykułów prasowych i prac popularnonaukowych. Jako redaktor i jeden z autorów Gazety Rybnickiej opublikował na jej łamach pokaźną liczbę ponad 400 artykułów, głównie poświęconych historii i kulturze Rybnika i całego Śląska. Spełnia się także jako felietonista na łamach dziennika Polska. Dziennik Zachodni, sporadycznie publikując komentarze lub opinie w innych (w tym także lokalnych) gazetach i czasopismach. Jest autorem kilku wysokonakładowych pozycji, w tym głośnej swójego czasu Biblii Ślązoka, wydanej w 2006 roku (Szołtysek 2006). Swe prace publikuje w wydawnictwie „Śląskie ABC”, którego zresztą jest właścicielem1. Szczególne miejsce wśród publikacji Marka Szołtyska zajmują pozycje poświęcone dziejom miasta Rybnika: Rybnik, nasze Gniazdo (Szołtysek 1997), Dzieje rybnickiego zamku i sądu (Szołtysek 1999a), 80 lat PCK, Rybnik 1919–1999 (Szołtysek 1999b), Dzielnice Rybnika (Szołtysek 2000) i Stary Kościół czyli 200 lat parafii Matki Boskiej Bolesnej w Rybniku (Szołtysek 2001). Ze względu na narzucone w tytule ramy chronologiczne, analizie nie poddane zostały pozycje poświęcone Czerwonemu Krzyżowi i kościołowi Matki Boskiej Bolesnej. Jako „najstarsze dzieje miasta Rybnika” rozumie się bowiem czasy od pradziejów do przełomu XII XIII wieku, które autor omawia tylko w swych syntezach. Prace Marka Szołtyska wpisują się w szeroko pojęty zakres historii lokalnej i regionalnej. Zawierają one w sobie trzy elementy charakterystyczne dla tego typu literatury: wąski terytorialnie obszar badań, przemieszanie treści tzw. „akademickiej” z popularnonaukową oraz samą postać autora, któ-

1

Biogram za stroną: http://www.slaskie-abc.com.pl/marek_s.html. Krótkie notki biograficzne autor ten zamieszcza także w każdej ze swych prac.

440

ry do swej pracy podchodzi bardziej hobbystycznie niż zawodowo (Stobiecki 2007, s. 11-15). Ze względu na układ treści, sposób narracji i brak aparatu naukowego, prace autorstwa Marka Szołtyska zaliczają się do prac popularnonaukowych. Fakty historyczne są przez autora przedstawione w sposób lekki, przejrzysty i zrozumiały dla każdego niemal czytelnika. Ponadto dydaktyczne doświadczenia autora są widoczne w wielu fragmentach, w których treści historyczne tłumaczone są nie tylko w sposób zrozumiały dla przeciętnie zainteresowanego czytelnika, ale także dla czytelnika młodego, który dopiero rozpoczyna swą przygodę z historią lokalną. Cechą charakterystyczną tych, ale także wszystkich innych prac omawianego autora, jest bogata szata graficzna i wiele ilustracji. Ilustracje te nie są tylko dopełnieniem tekstu, ale często także jego uzupełnieniem. Bardzo dobrze w tym celu sprawdza się dość często stosowany przez autora zabieg umieszczania współczesnych fotografii przy opisywaniu najdawniejszych wydarzeń z dziejów miasta. Dzięki temu stają się one bliższe, a opisywane miejsca można sobie łatwo zlokalizować we współczesnej przestrzeni miasta. Szczególnie warte podkreślenia jest zastosowanie przez autora osi czasu (Szołtysek 1997, s. 11), która wkomponowana graficznie w motyw starego drzewa daje ciekawy efekt, nie tracąc niczego ze swej systematyzującej roli. W połączeniu z pojawiającymi się gdzieniegdzie „Wicami” i „Fraszołkami” prace te dają bardzo plastyczną, a jednocześnie nieszablonową opowieść o przeszłości miasta i jego najbliższej okolicy. Wszystkie zastosowane przez autora zabiegi mają na celu nie tylko ułatwienie odbioru i przybliżenie czytelnikowi przedstawianych zagadnień. W pewnych momentach można nawet odnieść wrażenie, iż Marek Szołtysek celowo działa w kierunku „odnaukowienia” swych prac. Duża czcionka i ręcznie wykonane rysunki z elementami humorystycznymi, stają się nie tylko „ubarwieniem” treści, ale i znakiem rozpoznawczym prac tegoż autora, dzięki którym budowana jest

441

marka „lekkich, łatwych i przyjemnych opowiastek o historii wydawnictwa Śląskie ABC”. Sam autor we wstępach do omawianych prac potwierdza powyższe słowa. Za każdym razem pojawiają się w nich deklaracje mówiące o tym, iż wydane przez niego prace pisane są z myślą o szerokiej rzeszy historyków niezawodowych i nie mają ambicji naukowych. Przeznaczone są dla młodych i starych, dla pasjonatów lokalnej historii i osób dopiero co wgłębiających się w jej zakamarki. Od momentu ukazania się pierwszej z omawianych prac minęło już ponad 10 lat. W tym czasie zarówno sam autor, jak i omawiane tu prace, trwale zapisali się w lokalną historiografię Rybnika. W większym lub mniejszym stopniu cytowane były przez innych autorów parających się historią lokalną, np. Józefa Kolarczyka (2004) i Tomasza Szafrona (2008). Powyższe słowa wskazują na znaczący wkład zarówno samego Marka Szołtyska, jak i jego twórczości, dla wiedzy o przeszłości Rybnika i najbliższej okolicy. Praca niniejsza w żaden sposób nie stara się, ani nawet nie chce się starać tego wkładu umniejszać. Celem moich przemyśleń jest bowiem zastanowienie się nad rolą prac popularnonaukowych o problematyce regionalnej w kształtowaniu wiedzy historycznej jego mieszkańców oraz wskazanie przestrzeni badawczych, w których prace te w sposób pozytywny, ale i negatywny, wpływają na stan tej wiedzy. Przykład Rybnika i jego najdawniejszych dziejów wybrany został nieprzypadkowo. Z jednej strony do wyboru skłoniła już sama postać Marka Szołtyska. Ważniejszym jednak powodem jest to, że problematyka najstarszych dziejów Rybnika i związane z nią problemy są podobne, a nawet reprezentatywne, dla wielu innych miast, także spoza terenów Śląska. O problemach dotyczących badań nad najdawniejszymi dziejami Rybnika bardzo trafnie pisał Idzi Panic (2003, s. 17):
Mówienie o dziejach miejscowości w czasach, które w żadnym stopniu nie są oświetlone przez przekazy pisane, jest zajęciem wielce

442

ryzykownym. Ryzyko to jest tym większe, jeśli w ślad za brakiem źródeł pisanych idzie również brak zabytków archeologicznych. Z takim właśnie przykładem spotykamy się w odniesieniu do Rybnika [...].

Słowa te ciągle pozostają aktualne i charakteryzują obecny stan wiedzy. Pierwsza wzmianka o mieście pochodzi z dokumentu biskupa wrocławskiego Wawrzyńca wydanego 25 i 27 maja 1223 roku (Appelt 1971, nr 226). Dokument ten zawiera szereg informacji odnoszących się do czasów wcześniejszych, a dokładnie przełomu XII i XIII wieku. Czasy wcześniejsze, zwłaszcza zaś okres początków egzystencji rybnickiej osady, ze źródłowego punktu widzenia jest po prostu nieznany. Problemu tego niestety nie mogą rozwiązać wyniki badań archeologicznych. Przeprowadzane do tej pory poszukiwania archeologiczne na terenie miasta Rybnika miały zazwyczaj charakter badań ratowniczych i obejmowały niewielki obszar. Dokładniejszym badaniom poddany został tylko gmach dawnego zamku, obecnie siedziba Sądu Rejonowego (Muzolf 1994, 1997). Słabe rozpoznanie archeologiczne jest szczególnie widoczne na terenie śródmieścia, gdzie dodatkowym problemem jest silne przekształcenie terenu i ścisła zabudowa. Natomiast wzgórze kościelne wraz z pozostałościami po cmentarzu i najstarszym kościele parafialnym p.w. Najświętszej Marii Panny, przebadane zostało z naruszeniem wszelkich zasad archeologii, co spowodowało przemieszanie warstw kulturowych, zniszczenie części grobów i zabytków archeologicznych (Furmanek, Kulpa 2003, s. 25-28). Powyższe problemy z poznaniem i ustalaniem najstarszych dziejów miasta spowodowały, iż każdy z badaczy na swój sposób musiał interpretować szczupłą bazę źródłową i wysuwać autorskie hipotezy2. Sytuacja ta jest wyjątkowo niekorzystna dla autorów prac popularnonaukowych. Czytelnicy mają bowiem wobec nich szczególne wymagania. W takich pracach główny nacisk
2

Zob. Halmer 2008, s. 221, przypis 1. Tam zestawienie starszej literatury poświęconej początkom Rybnika.

443

kładziony jest na lekkość i przejrzystość narracji. Dobra historyczna praca popularnonaukowa powinna w miarę możliwości w sposób prosty opowiadać o dziejach, bez naukowych wywodów i podawania kilku hipotez (Świeżawski 2001, s. 46). Prace popularnonaukowe, aby w sposób właściwy popularyzować historię, powinny prowadzić narrację z zachowaniem troski o poprawność naukową, opierając się tylko i wyłącznie na tym, co zostało ustalone w wyniku badań naukowych (Maternicki, Majorek, Suchoński 1993, s. 66-67, tam starsza literatura). Jak jednak prowadzić narrację, kiedy stan badań nie potrafi rozstrzygnąć o wyższości jednej tezy nad inną? I jak zachować przejrzystość narracji w momencie, kiedy dla jej zachowania trzeba przedstawić dwie różne hipotezy? To właśnie dzięki tym wątpliwościom przypadek Rybnika może posłużyć jako bardzo dobry przykład do zastanowienia się nad przedstawionymi już w tytule problemami. Na ile prace popularnonaukowe powinny upraszczać trudne tematy prahistorii i historii średniowiecza oraz czy zbytnie ich upraszczanie może wpłynąć na zniekształcenie faktów historycznych i spłycenie poziomu wiedzy o lokalnej historii. Analiza prac Marka Szołtyska posłuży jako materiał badawczy do odpowiedzi na te pytania. Najstarsze dzieje Rybnika najszerzej poruszone zostały w pierwszej z omawianych prac (Szołtysek 1997). Układ książki nie jest układem chronologicznym, lecz tematycznym (ale interesujące w tym przypadku tematy zawarte zostały tylko w pierwszych rozdziałach). Prócz wspomnianej już wcześniej osi czasu, informacje o najstarszych dziejach miasta zamieszczone są w podrozdziałach poświęconych powstaniu rybnickiego zamku, najstarszej rybnickiej świątyni oraz domniemanemu chrztu Rybnika3. Informacje na temat powstania rybnickiej osady zamieszczone zostały także przy okazji omó-

3

Rozdziały Kiedy ochrzczono Rybnik? (s. 14–15), Zamek czy sąd? (s. 16–17), Najstarszy kościół na górce (s. 18–19).

444

wienia genezy i znaczenia nazwy miasta4. Pewne drobne informacje można wyłapać także w kilku innych miejscach, jednak za każdym razem są one jedynie wstępem do dalszego wywodu poświęconego nowożytnym i najnowszym dziejom miasta. W kolejnej z omawianych prac (Szołtysek 1999a), zakres informacji dotyczących dziejów Rybnika przed 1223 rokiem jest już węższy, ale to ze względu na uściślenie tematyki do dziejów rybnickiego zamku. Jednakże i tym razem autor zamieścił na początku pewne informacje dotyczące powstania rybnickiej osady (s. 6–7). Najtrudniejszą do omówienia jest ostatnia z analizowanych prac, w której Marek Szołtysek przedstawił zarys dziejów wszystkich osad tworzących obecnie dzielnice miasta Rybnika (Szołtysek 2000). W tym wypadku wiadomości dotyczące wydarzeń najbardziej odległych chronologicznie pojawiają się na początku opisów poszczególnych, alfabetycznie ułożonych dzielnic. Z tego też powodu informacje te rozrzucone są w wielu miejscach. Układ treści zastosowany przez autora we wszystkich omówionych pracach uznać należy in plus. Zastosowanie układu tematycznego w pierwszym i trzecim wypadku wpływa dodatnio na logikę prowadzonej narracji i pozwala omówić dane zagadnienie „od początku do końca”. Odstępstwem jest jedynie monograficzne ujęcie dziejów rybnickiego zamku i sądu, gdzie treść podzielona została na kolejne rozdziały według klucza chronologicznego. Układ ten jest także bardzo ważny z punktu niniejszej analizy. Podział tematyczny ułatwia bowiem omówienie poszczególnych rozdziałów bez tworzenia sztucznych podziałów. Wszak przejrzystość wywodu niezbędna jest nie tylko w pracach popularnych, ale i tych aspirujących do miana naukowych. Pierwszym z zagadnień, któremu przyjrzę się bliżej jest kwestia absolutnie podstawowa dla dziejów każdej miejscowości, a więc okoliczności jej powstania. Pradzieje Rybnika
4

„Rybnik” znaczy „staw” (s. 20–21).

445

przedstawiane są przez Marka Szołtyska w sposób marginalny, poprzez podanie jedynie podstawowych informacje dotyczących najstarszych śladów osadnictwa sprzed 25 tysięcy lat oraz wejścia ziemi rybnickiej w skład ziem Gołęszyców (Szołtysek 1997, s. 14, 1999a, s. 6). Jednakże opisując równie tajemniczy epizod wielkomorawski, autor rozpisuje się już o wiele bardziej. O tyle, że jeden z rozdziałów zatytułowany został Kiedy ochrzczono Rybnik? Znak zapytania na końcu tytułu jest metaforycznym podsumowaniem całego rozdziału. Jak już sam autor podkreślił (Szołtysek 1997, s. 14), że kwestia domniemanego chrztu opiera się głównie na zapisanym w 1922 roku podaniu, według którego na wzgórzu kościelnym, na którym wzniesiono kościół NMP, istnieć miała pierwotnie świątynia pogańska zamieniona na chrześcijańską przez Osława, ucznia św. Metodego. Dokonanie przez Osława chrztu zostało przez Marka Szołtyska uznane jako niemal pewne. Dla potwierdzenia tych słów przywołane zostały także fragmenty z Żywota św. Metodego. Teza mówiąca o przyjęciu chrztu z rąk ucznia św. Metodego stała się dla Marka Szołtyska punktem wyjścia do zastanowienia się nad chronologicznym umiejscowieniem początków egzystencji rybnickiej osady, które autor widzi najpóźniej w IX wieku. Dla potwierdzenia tej hipotezy autor przedstawia wyniki badań Franza Idzikowskiego, który w oparciu o analizy warstwy mułu, datował początek stałego osadnictwa na terenie miasta Rybnika na czasy około 900 roku naszej ery (Idzikowski 1861, s. 36-37, Szołtysek 1997, s. 20–21). Tak wczesną genezę miasta Marek Szołtysek powtórzył także w swych kolejnych pracach (Szołtysek 1999a, s. 6, 2000, s. 6). Hipoteza mówiąca o powstaniu rybnickiej osady nie później niż w IX wieku jest ciekawa, ale zarazem także mocno ryzykowna. Zakłada ona bowiem, że Rybnik szczycić się może starszym rodowodem niż np. Opole, Racibórz, Cieszyn czy Koźle (Młynarska-Kaletynowa 1980, s. 351-353, Horwat 1996, s. 46-47).

446

Nie wszyscy podzielają tak wczesną genezę Rybnika. Wyniki przedstawione przez Marka Szołtyska znacznie odbiegają od tez głoszonych przez innych, zajmujących się tą tematyką badaczy, którzy już znacznie ostrożniej określali początki miasta na XI lub XII wiek (Kloch 2002, s. 63-64, Barciak 2003, s. 11, Panic 1992, s. 113, 2003, s. 18). Na ten okres wskazują także zajmujący się tą tematyką archeolodzy (Furmanek, Kulpa 2003, s. 30). W tym miejscu zastanowić się można nad źródłem tez mających na celu „postarzenie” Rybnika przez Marka Szołtyska. Jednym z powodów umieszczanie kontrowersyjnych twierdzeń na temat początków miejscowości może być nie do końca trafny wybór cytowanej literatury, wśród której pojawiają się pozycje przestarzałe i wielokrotnie już kwestionowane przez innych badaczy. Omawiane tezy głoszone przez Marka Szołtyska oparte są jedynie na pochodzącej z lat międzywojennych lokalnej tradycji. Jedynym jej źródłowym poparciem jest przywołanie powszechnie znanego fragmentu „Żywota św. Metodego” o chrzcie księcia Wiślan. Na tej podstawie trudno uznać chrzest osady w VIII wieku jako fakt historyczny. Kolejny argument Marka Szołtyska, a więc wspomniane badania Franza Idzikowskiego, ze względu na swoją umowność i błędne założenia metodologiczne5, nie mogą być obecnie uznane jako rzetelne. Autor nie tylko okazał się w tym przypadku brakiem ostrożności w formułowaniu, bądź co bądź kontrowersyjnych poglądów, ale też nie uprzedził czytelnika o umowności swych założeń. Opierając się na krytykowanych przed chwilą założeniach nie zamieścił informacji o tym, że obecnie historycy odchodzą od tak wczesnego datowania początków miejscowości. Znak zapytania towarzyszy także kolejnemu zagadnieniu, jakie poddane zostanie analizie. W pracy pt. Rybnik, naFranz Idzikowski (1861, s. 36–37) przy badaniu rocznego przyrostu mułu posłużył się obliczeniami przybliżonymi, bez oparcia o fachową wiedzę w tej dziedzinie. Z tego powodu badania te nie mogą zostać uznane jako wiarygodne (Zob. Zgorzelska 1986, s. 59).
5

447

sze gniazdo zawarty został dwustronicowy rozdział poświęcony dziejom rybnickiego zamku zatytułowany Zamek czy sąd? (Szołtysek 1997, s. 16–17). Zagadnienie to okazało się dla autora tematem tak ważnym, a jednocześnie zajmującym, że w dwa lata później doczekało się popularnonaukowej monografii (Szołtysek 1999a). Ze względu na interesujący mnie przedział czasowy, analizie poddałem głównie tematy początków istnienia rybnickiego zamku. W pierwszej z prac opisując powstanie budowli, autor podaje informacje, że (Szołtysek 1997, s. 16–17):
Rybnicki zamek wybudowano najprawdopodobniej pod koniec XII wieku, za panowania księcia opolsko-raciborskiego Mieszka I Plątonogiego.

Powstanie zamku miało być związane z początkami władzy księcia raciborskiego, kiedy dwa największe grody (Racibórz i Opole) były kontrolowane przez Bolesława Kędzierzawego (Szołtysek 1997, s. 16). Pogląd ten został powtórzony przy okazji kolejnej pracy, gdzie lata budowy rybnickiego zamku zostały uściślone na okres pomiędzy 1163 a 1202 rokiem (Szołtysek 1999a, s. 8–9). Powyższe tezy Marka Szołtyska oparte są na opublikowanym w 1990 roku artykule Idziego Panica, który badając źródła pisane podjął się przebadania początków rybnickiego zamku, a następnie wydatował je na czas panowania pierwszego księcia raciborskiego. Zdaniem tego badacza, pierwszy zamek w konstrukcji drewniano-ziemnej miał być następnie przebudowany na siedzibę klasztoru norbertanek (Panic 1990, s. 15-17). Marek Szołtysek przyjął tezy Idziego Panica niemal bez zmian. Korekty dokonał jedynie pisząc o konstrukcji zamku, która w pracach tego autora jest omawiana (a także umieszczana na ilustracjach) jako drewnianomurowana (Szołtysek 1999a, s. 8-9). Marek Szołtysek przeoczył jednak pewną, jakże ważną informację przekazaną przez I. Panica. Otóż jego dociekania, oparte na analizie źródeł pisanych dokumentowych i narracyjnych, nie miały potwierdzenia

448

w badaniach archeologicznych bądź konserwatorskich (Panic 1990, s. 11–12, 15). Markowi Szołtyskowi jednak fakt ten nie przeszkadza by z dużą dozą pewności opierać się na powyższej pracy. Najciekawszym jednak aspektem tej sprawy jest fakt, że w czasie powstawania analizowanych prac Marka Szołtyska, rybnicki zamek nie tylko został poddany gruntownym badaniom archeologiczno-architektonicznym, ale także wyniki tych badań ukazały się drukiem. Wykazały one, że w okolicach zamku nie znaleziono ani śladów ceramiki, ani też drewniano-ziemnych konstrukcji, które można datować wcześniej niż XIII wiek. Prowadzone badania nie wykazały, by rybnicki zamek powstał na miejscu dawnego grodu czy innej budowli drewnianej. Analiza architektoniczna wykazała, że powstał on „na korzeniu”, a dopiero ta nowopowstała bryła zamku stała się podstawą do rozbudowy w następnych wiekach. Prowadzący opisywane badania Błażej Muzolf jako najbardziej prawdopodobny okres powstania budowli uznał 4 ćwierć XIII wieku (Muzolf 1994, s. 105; 1997, s. 124). Zakwestionował w ten sposób badania I. Panica, na których bazował Marek Szołtysek. Zdecydowanie mniej kontrowersji budzi kolejny poruszony przez Marka Szołtyska temat, jakim jest powstanie kościoła parafialnego NMP w Rybniku. Datowanie początków kościoła możliwe jest dzięki wzmiance zawartej w przywoływanym już dokumencie z 1223 roku (Appelt 1971, nr 226):
Decimas vero quas predecessor noster pie memorie dominus Sirozlaus quondam Wratizlaviensis Episcopus, ecclesie Sancte Marie Virginis in Ribnich in ipsius ecclesie consecratione contulit, cum sepedicti Capituli Wrat. Assensu eidem ecclesie confirmamus.

Dzięki niej wiemy, że poświęcenia nowoerygowanego kościoła w Rybniku dokonał biskup wrocławski Żyrosław II, poprzednik wystawcy dokumentu, biskupa Wawrzyńca. Ponieważ znane są nam lata pełnienia posługi biskupiej przez Żyrosława (Silnicki 1953, s. 132, Nitecki 1992, s. 241) okres

449

poświęcenia kościoła określa się na lata 1170–1198 (Zgorzelska 1986, s. 42, Kloch 2002, s. 71, Panic 2003, s. 18). W ten sam sposób początki rybnickiej parafii datowane są w niemal wszystkich pracach poświęconych temu zagadnieniu6. Także w kwestii nazwy miasta Rybnika Marek Szołtysek podaje nam informacje, które w żaden sposób nie różnią się od powszechnie przyjętych w literaturze. Już Franz Idzikowski przekonująco argumentował, że nazwą Rybnik określane były w przeszłości stawy rybne, od których następnie wzięła się nazwa miejscowości (Idzikowski 1861, s. 33). Dalsi badacze jednoznacznie informacje te potwierdzili (m.in. Sienkiewicz 1983, s. 36, Borek 1988, s. 201). Marek Szołtysek fragment opisujący pochodzenie nazwy miejscowości uzupełnił jedynie poprzez przytoczenie przykładów pochodzących z nowożytnej literatury polskiej, powołując się na pracę Olbrychta Strumieńskiego z Mysłowic i fragment teksu Piotra Skargi7. Dodatkowo jako ciekawostkę dodał przykład z języka czeskiego, gdzie słowo rybnik znaczy po prostu staw (Szołtysek 1997, s. 20). Z pozoru bez kontrowersji podawane są przez Marka Szołtyska informacje dotyczące najstarszego układu przestrzennego miasta. Zdaniem autora najstarsze domostwa rybniczan mogły znajdować się na skrzyżowaniu traktów u podnóża Góry Kościelnej i graniczyć miały z osadami Łony i Zagrodniki. Aby czytelnikom przybliżyć tą hipotezę autor wyrysował specjalną mapę. Za każdym razem jednak podkreśla, że dywagacje na ten temat mają jedynie charakter przypuszczeń (Szołtysek 1997, s. 102, 1999a, s. 10). Układ ten oraz istnienie średniowiecznych osad Łony i Zagrodniki w sąsiedztwie Rybnika, przedstawiony został przez o. Emila Drobnego w jego pracach z 1934 i 1938 roku (Drobny 1934, s. 1011, 1938, s. 1-2). I chociaż teza ta nie miała potwierdzenia
Wyjątkiem jest jedynie pierwsza monografia Rybnika autorstwa Franza Idzikowskiego, gdzie wymieniony w dokumencie biskup Sirozlaus zidentyfikowany został jako Żyrosław I, pełniący swą posługę w pierwszej ćwierci XII wieku (Idzikowski 1861, s. 31-32). 7 Franz Idzikowski powołał się na te same przykłady (1861, s. 33).
6

450

w źródłach, to jednak aż do 2008 roku była niemal powszechnie i bezkrytycznie cytowana, w tym także przez Marka Szołtyska (Halmer 2008, s. 225-228). Jak już wspomniałem, najstarsze dzieje Rybnika omawiane są także na stronach książki poświęconej wszystkim dzielnicom miasta (Szołtysek 2000). Najwięcej informacji zawiera część poświęcona dzielnicy Śródmieście (s. 6–8), która pokrywa się z pierwotną osadą miejską. Większość z tych informacji jest jednak powtórzeniem rzeczy omówionych powyżej, podawanych przy okazji poprzednich pozycji tegoż autora. W wypadku innych dzielnic o średniowiecznym rodowodzie, autor zazwyczaj ogranicza się do podania czasu ich powstania i genezy nazwy. W przypadku nazw miejscowych Marek Szołtysek zazwyczaj podaje informacje zbieżne lub identyczne z wynikami badań innych historyków (por. Sienkiewicz 1983, s. 27–39). W kwestii zaś początków poszczególnych wsi, a obecnie dzielnic, informacje podawane przez autora nieznacznie różnią się od wyników dotychczasowych ustaleń (por. Panic 1992, s. 113–115, Kloch 2002, s. 54). Czasami jednak różnice te bywają większe, jak w przypadku wsi Boguszowice, której początki Marek Szołtysek określił autorsko na okolice roku 1000 (Szołtysek 2000, s. 9), podczas gdy pozostali badacze opowiadają się za wiekiem XIII lub nawet jego końcem (Panic 1992, s. 114, Dziechciarz 1996, s. 41–43, Kloch 2002, s. 54). Powyższe słowa, choć oczywiście omawiają tylko kilka zagadnień spośród przedstawianych przez autora, pozwalają zauważyć pewną tendencję. Przede wszystkim razi chęć „postarzania” opisywanych miejscowości tworzących współczesny Rybnik. Jest to jednak cecha charakterystyczna dla części lokalnych badaczy i lokalnych patriotów zarazem, nie tylko z rejonów Rybnika, co zauważył już Bogdan Kloch (2002, s. 60):
Rozprawianie o tym co było, mając gotową wizję początków, może powodować wepchnięcie weń losów osady z całym bagażem problemów, które całkowicie zostają zagłuszone. Staną się tylko niemym

451

dowodem na to, w jaki sposób możemy uprościć wiele wątków naszej historii, tak by była nam wygodna. By nie było pytań, które mogą zachwiać naszym historycznym poczuciem bez-pieczeństwa, lub co gorsza, pozbawić nas wątpliwego zaszczytu pochodzenia z tak dawnej, „starożytnej” osady.

Nie tylko jednak „postarzanie” i budowanie otoczki „starożytności” jest cechą charakterystyczną dla kształtowania wiedzy historycznej mieszkańców miast, miasteczek i wsi. Równie często pojawia się także budowanie legendarności czy też udowadnianie udziału miasta w przełomowych wydarzeniach historycznych. Świetnym przykładem może być tu łączenie wielu śląskich miast z osobą św. Wojciecha, który miał w nich prawić kazania, przechodzić przez nie czy też czynić cuda podczas przenoszenia jego relikwii. Owa tradycja związana z osobą świętego w wielu miejscach przekształciła się w podawany przez lokalną literaturę fakt historyczny, który mieszkańcy, a czasami także historycy, chętnie i bezkrytycznie przyjmowali (zob. Pobóg- Lenartowicz 1997, s. 8, Pszczyński 1997, s. 106-116). Nie dziwi więc, że tak wiele miejsca poświęcił Marek Szołtysek kwestii domniemanego chrztu Rybnika, próbując nadać mu wymiar faktu historycznego. W sytuacji kiedy autor utożsamia się z opisywaną historią czy terenem, często krytycyzm i ostrożność w kształtowaniu hipotez zostaje zagłuszona przez chęć udowodnienia przekonań lub marzeń. Wówczas przytoczone podanie czy też bardzo późna miejscowa tradycja mogą zostać uznane jako fakt historyczny. Jest to zresztą problem niemal wszystkich prac z zakresu historii lokalnej, często także tych wyposażonych w aparat naukowy i pisanych przez doświadczonych historyków8. W przypadku zaś prac popularnonaukowych, gdzie wywód zazwyczaj opiera się na jednej pracy, kwestia dobrego
By ograniczyć się do kawałka „rybnickiego” warto wspomnieć pracę Bogdana Cimały (1985), który opisując najstarsze dzieje ziemi rybnickiej wielokrotnie powtarza niewiarygodne i nie udowodnione źródłowo tezy Emila Drobnego.
8

452

wyboru cytowanych pozycji jest szczególnie ważna. Oparcie się na tej czy innej książce może znacznie wzbogacić, ale także i zniekształcić narrację. Dlatego też wybór podstawy bibliograficznej wymaga dużej znajomości literatury przedmiotu, często porównywalnej z wiedzą badaczy tzw. „akademickich”. Marek Szołtysek ze względu na swe wykształcenie i doświadczenie, nie może być uznany za autora nie znającego się na swym fachu. W pierwszej z omawianych prac, przy podaniu bibliografii (Szołtysek 1997, s. 109), podaje czytelnikom wiadomość, iż:
Przy pisaniu niniejszej książki autor sięgnął do około 400 (!) pozycji naukowych i popularnonaukowych oraz konsultował się z około 50 osobami.

Dzięki tej informacji czytelnik może liczyć, że wiadomości wyselekcjonowane przez autora i podane w tej, a także kolejnych publikacjach, odpowiadają najnowszemu stanowi wiedzy na temat przedstawianych zagadnień. Niemniej jednak wśród prac wymienionych w Bibliografii, które zawierać mają prace najważniejsze, zabrakło kilku ważnych traktujących o historii miasta i najbliższej okolicy9. Są za to takie pozycje, jak Ilustrowany słownik dziejów Śląska Bogdana Snocha i Jerzego Moskala (1991) czy też Historia Śląska Kazimierza Popiołka (1972). W pracach Marka Szołtyska widać także dużą ufność wobec prac najdawniejszych, zwłaszcza Franza Idzikowskiego i o. Emila Drobnego. Z jednej strony jest to zabieg słuszny, gdyż autorzy ci opisywali dzieje Rybnika nie tylko barwnie i finezyjnie, ale także wzbogacali je o dużą ilość podań i legend. Dla autorów prac popularnonaukowych jest to zawsze wielki plus, gdyż niezwykle ubarwia narracje i pozwala na
Między innymi brak prac ks. Franciszka Maronia (1966), Alfonsa Mrowca (1970) czy wspomnianych już wyników badań archeologicznych prowadzonych przez Błażeja Muzolfa (1994, 1997). Brak także niemieckojęzycznej, lecz bardzo ważnej pozycji Waltera Kuhna (1971).
9

453

chwilę odpocząć od uczonych wywodów i historii opartej na źródłach dokumentalnych i archeologicznych. Marek Szołtysek opierając się na tych autorach, popełnił jednak błąd, przed jakim przestrzegał Aleksander Świeżawski (Świeżawski 2001, s. 46):
Czasem [...] zdarza się, że autor, by ubarwić tok opowiadania, odstępuje od ścisłości i rzetelności w przedstawianiu faktów, a swoim przypuszczeniom, czy nawet fantazji nadaje pozory rzeczywistości. Prowadzi to często do przyjmowania przez nie znającego zagadnienia czytelnika fikcji lub nawet fantazji za oczywistą i niepodważalną prawdę.

Markowi Szołtyskowi nie można zarzucić, że dał ponieść się własnej fantazji przy opisywaniu najstarszych dziejów Rybnika. Z pewnością dał się jednak ponieść fantazji swoich poprzedników. Zresztą, nie on pierwszy i nie ostatni. Większym jednak problemem jest to, że Marek Szołtysek w pewnych momentach sam zniekształcił informacje w ten sposób, by zgadzały się z prowadzoną przez niego narracją. Aby to udowodnić, musimy raz jeszcze powrócić do problemów związanych z powstaniem rybnickiego zamku. Jak już zostało wspomniane, w trakcie tworzenia książek Marka Szołtyska wyniki badań archeologicznych na zamku były już opublikowane i jednoznacznie stwierdzały, że zamek zbudowany został „na korzeniu” najwcześniej w drugiej połowie XIII wieku, a najprawdopodobniej w ostatniej ćwierci tegoż stulecia (Muzolf 1997, s. 124). Badania te nie zdołały jednak przekonać Marka Szołtyska. Co najciekawsze, sam autor opisuje zdawkowo wspomniane badania. W pierwszej książce (Szołtysek 1997, s. 16) pojawia się następująca informacja:
Na przełomie 1992/1993 roku odkryto część jej [budowli zamku – D.H] fundamentów.

454

Podobna informacja pojawia się także w powstałej dwa lata później popularnonaukowej monografii zamku (Szołtysek 1999a, s. 9):
Ta pierwsza [pochodząca z drugiej połowy XII wieku – D.H] zamkowa budowla w Rybniku była dosyć mała. Jej kształtu domyślamy się na podstawie części jej kamiennych fundamentów, odkrytych podczas remontu w latach 1992-1993.

Widać więc bardzo wyraźnie, że autor posłużył się samym faktem odbycia badań archeologicznych jako dowodem do uznania słuszności przedstawianych w swojej pracy tez. Pominął on jednak podstawowe fakty dotyczące chronologii znalezionych fundamentów, by w ten sposób nie zaprzeczyć samemu sobie. Komentarz prowadzącego badania archeologa i jego wątpliwości wobec wczesnej genezy zamku zostały przez Marka Szołtyska odrzucone. Jest to zabieg mający na celu zachowanie logiki narracji, co dla pracy popularnonaukowej jest ważne. Metody prowadzące do tego celu są jednak naganne. Powołując się jeszcze raz na słowa Aleksandra Świeżawskiego, prace popularnonaukowe z dziedziny historii są swego rodzaju pomostem między najprostszą wiedzą, a naukowymi dociekaniami i hipotezami badawczymi. Każda z nich powinna być elementem, który czytelnika zainteresowanego zachęci do bardziej szczegółowych poszukiwań, a czytelnika obojętnego nie zanudzi (Świeżawski 2001, s. 4546). Przemyślenia te, choć sformułowane w rok po powstaniu ostatniej omawianej tu pracy Marka Szołtyska, są mu jednak bliskie. Potwierdzają to słowa samego autora zawarte we wstępach do poszczególnych książek, w których przekonuje on czytelnika, że jego celem jest jedynie popularyzacja, a nie przedstawianie najnowszych badań i ustalanie najbardziej prawdopodobnych wersji. Problem polega tylko na tym, że upraszczając najstarsze dzieje miasta dla potrzeb pracy popularnonaukowej, łatwo jest się „zagalopować”. Uproszczenie i proste wyłożenie dziejów Rybnika przez Marka Szołtyska jest warte nie tylko analizy, ale także swego

455

rodzaju reklamy. Mnogość ilustracji, wplatanie treści w gwarze śląskiej i barwna narracja jak najbardziej zasługują na pochwałę, a zastosowanie pomocy w postaci osi czasu zasługuje już na najwyższe wyróżnienie. Prace te wyglądają ładnie, pisane są prosto i działają na wyobraźnie. Są więc świetnym startem dla osób dopiero rozpoczynających swoje historyczne i lokalne pasje. Z drugiej strony jednak pozycje te mogą być także doskonałym przykładem wskazującym czynności, których historycy lokalni i ogólnie historycy powinni się wystrzegać. Marek Szołtysek, prowadząc swą opowieść zgodnie z zasadami, a także zdrowym rozsądkiem, ograniczał się do jednej tezy przedstawienia dziejów. Jego zadaniem było jedynie nakreślenie ich zarysu, który następnie może być przez czytelnika dociekliwego uzupełniany kolejnymi pracami. Autor jednak nie pofatygował się, by choć zasygnalizować, że w literaturze przedmiotu funkcjonują także tezy oparte na innych, często nawet opozycyjnych założeniach. Brak takiej wskazówki nie zachęca czytelnika do dalszych poszukiwań, a wręcz przeciwnie – przekonuje do zasadności i pewności przeczytanych informacji, które uznawane są jako fakt historyczny. Jest to błąd, przed którym wystrzegają nawet autorzy podręcznika do dydaktyki historii (Maternicki, Majorek, Suchoński 1993, s. 66):
Od autora pracy popularnonaukowej wymagamy [...] aby informował czytelnika, co w jego pracy jest twierdzeniem w pełni uzasadnionym, co zaś tylko hipotezą.

Problem ten nie jest dotkliwy jeśli narracja autora podąża wraz z uznanymi przez naukę twierdzeniami. W sytuacji jednak, kiedy autor powołuje się na nierzetelne i zdezaktualizowane pozycje czy nawet ociera się o fikcję literacką (a z takim przypadkiem mamy NIESTETY do czynienia), nie można z całą stanowczością mówić o popularyzacji. Wówczas popularyzacja historii przemienia się w jej zniekształcanie.

456

Powyższy przykład jest oczywiście tylko i wyłącznie przykładem lokalnym i nie może posłużyć jako generalizacja dla wielu podobnych prac obrazujących dzieje innych śląskich, a także polskich miast i wsi. Problemy z niedostateczną bazą źródłową, brakiem szerszego rozeznania archeologicznego i mnogością hipotez nie są przecież bolączką tylko i wyłącznie Rybnika. Dlatego też omówiony przykład może stać się prolegomeną do szerszego zainteresowania się lokalnymi pracami popularnonaukowymi oraz ich merytoryczną zawartością i metodycznymi założeniami.

Bibliografia
Appelt H. (Hrsg.) 1971 Schlesisches Urkundenbuch, Bd 1, 2. Lieferung, Graz–Wien– Köln. Barciak A. 2003 Rybnik przez wieki [w:] red. E. Bimler-Mackiewicz, Sacrum i profanum. Klasztory i miasta w rzeczywistości Górnego Śląska w średniowieczu, Rybnik, s. 11–14. Borek H. 1988 Górny Śląsk w świetle nazw miejscowych, Opole. Cimała B. 1985 Zarys dziejów Rybnika i Wodzisławia Śląskiego [w:] red. B. Cimała, P. Porwoł, W. Wieczorek, Wypisy do dziejów Rybnika i Wodzisławia Śląskiego, Rybnik, s. 11–103. Drobny E. 1934 Łony, Ziemia Rybnicka. Organ Związku Przyjaciół Przeszłości Rybnika i Okolicy, R. 1, nr 1, s. 10-11. 1938 Krótki zarys historii miasta Rybnika, Rybnik. Dziechciarz R. 1996 Parafia Boguszowice koło Rybnika w średniowieczu [w:] red. I. Panic, Ojczyzna wielka i mała. Księga pamiątkowa wydana z okazji 40-lecia Oddziału Polskiego Towarzystwa Historycznego w Cieszynie, Cieszyn, s. 40–45. Furmanek M., Kulpa S. 2003 Stan i potrzeby badań archeologicznych nad początkami i rozwojem Rybnika [w:] red. E. Bimler-Mackiewicz, Sacrum i profanum. Klasztory i miasta w rzeczywistości Górnego Śląska w średniowieczu, Rybnik, s. 25–41.

457

Halmer D. 2008 Uwagi na temat umiejscowienia przedlokacyjnego centrum osadniczego na terenie miasta Rybnik [w:] red. J. Mokrosz, Trudne bogactwo pogranicza, Katowice–Rybnik, s. 221–239. Horwat J. 1996 Formowanie się miast księstwa opolsko-raciborskiego do połowy XIV w., Gliwice–Rzeszów. Idzikowski F. 1861 Geschichte der Stadt und ehemaligen Herrschaft Rybnik in Oberschlesien, Breslau. Kloch B. 2002 Rybnik w średniowieczu. Z dziejów miasta i okolic do pierwszej połowy XIV wieku, Rybnik. Kolarczyk J. 2004 Śladami przeszłości ziemi rybnickiej, Racibórz. Kuhn W. 1971 Geschichte des Rybniker Kreisgebietes bis 1526 [w:] Chronik von Rybnik O/S, Dorsten, s. 18-36. Maroń F. 1966 Początki parafii w Rybniku i w Żorach, Wiadomości Diecezjalne. Organ urzędowy Kurii Diecezjalnej w Katowicach, nr 7/8, s. 102-106. Maternicki J., Majorek Cz., Suchoński A. 1993 Dydaktyka historii, Warszawa. Młynarska-Kaletynowa M. 1980 Rozwój sieci miejskiej na Śląsku na przełomie XII/XIII i w XIII w., Kwartalnik Historii Kultury Materialnej, R. 28, nr 3, s. 349361. Mrowiec A. 1970 Zarys dziejó, [w:] red. J. Ligęza, Ziemia rybnicko – wodzisławska, Katowice, s. 131–337. Muzolf B. 1994 Wyniki badań zamku książęcego w Rybniku (siedziba sądu rejonowego), województwo katowickie, w 1991 roku [w:] red. E. Tomczak, Badania archeologiczne na Górnym Śląsku i w Zagłębiu Dąbrowskim w latach 1991–1992, Katowice, s. 102–107. 1997 Zamek książęcy w Rybniku, województwo katowickie [w:] red. E. Tomczak, Badania archeologiczne na Górnym Śląsku i ziemiach pogranicznych w 1993 roku, Katowice, s. 120–126. Nitecki P. 1992 Biskupi Kościoła w Polsce. Słownik biograficzny, Warszawa. Panic I. 1990 Zamek rybnicki od średniowiecza do schyłku XVIII wieku [w:] I. Panic, W. Iwanek, Zamek Rybnicki, Zeszyty Rybnickie 1, Rybnik, s. 10–39.

458

Historia osadnictwa w księstwie opolskim we wczesnym średniowieczu, Rozprawy i Studia Muzeum Śląskiego, Katowice. 2003 Rybnik w XII wieku: centrum regionu, czy jego peryferie [w:] red. E. Bimler-Mackiewicz, Sacrum i profanum. Klasztory i miasta w rzeczywistości Górnego Śląska w średniowieczu, Rybnik, s. 17–23. Pobóg-Lenartowicz A. 1997 Wstęp [w:] red. A. Pobóg-Lenartowicz, Opolskie drogi świętego Wojciecha, Opole, s. 7-12. Popiołek K. 1972 Historia Śląska od pradziejów do 1945 roku, Katowice. Pszczyński K. 1997 Święty Wojciech w ludowej tradycji górnośląskiej [w:] red. A. Pobóg-Lenartowicz, Opolskie drogi świętego Wojciecha, Opole, s. 103-116. Sienkiewicz W. 1983 Średniowieczne nazwy miejscowe ziemi rybnickiej [w:] Kroniki rybnickie: numer pierwszy, Rybnik, s. 25–41. Silnicki T. 1953 Dzieje i ustrój kościoła katolickiego na Śląsku do końca w. XIV, Warszawa. Snoch B., Moskal J. 1991 Ilustrowany słownik dziejów Śląska, Katowice. Stobiecki R. 2007 Historiografia regionalna. Nowa wizja dziejów czy nowa metoda? [w:] red. J. Spyra, Kronikarz a historyk. Atuty i słabości regionalnej historiografii. Materiały z konferencji naukowej Cieszyn 20-21 września 2007, Cieszyn, s. 11–34. Szołtysek M. 1997 Rybnik, nasze gniazdo, Rybnik. 1999a Dzieje rybnickiego zamku i sądu, Rybnik. 1999b 80 lat PCK, Rybnik 1919–1999, Rybnik. 2000 Dzielnice Rybnika, Rybnik. 2001 Stary Kościół czyli 200 lat parafii Matki Boskiej Bolesnej w Ryb-niku, Rybnik. 2006 Biblia Ślązoka, Rybnik. Świeżawski A. 2001 Warsztat naukowy historyka. Wstęp do badań naukowych, Częstochowa. Szafron T. 2008 Budynek starostwa rybnickiego [w:] red. D. Keller, Z kart historii powiatu rybnickiego, Zeszyty Rybnickie 6. Konferencje, Rybnik, s. 101–112.

1992

459

Zgorzelska U. 1986 W zamierzchłej przeszłości i średniowieczu [w:] red. J. Walczak, Rybnik. Zarys dziejów miasta od czasów najdawniejszych do 1980 roku, Katowice, s. 41–66.

Abstract: Main thesis of the speech is a critical view on the history of Rybnik city to the end of 13th century in popular works of Marek Szołtysek. Mr Szołtysek, a history teacher, author of many works, press articles and television shows, received a status of silesian patriot and authority on history of Silesia. Mr Szołtysek is also author of good-selling popular works about the city of Rybnik: „Rybnik nasze gniazdo” (Rybnic our nest), „Dzielnice Rybnika” (The districts of Rybnik city) and „Dzieje rybnickiego zamku i sądu” (The history of castle and court in Rybnik). From the historians view, works by M. Szołtysek are full of ambiguities and sometimes just mistakes. These popular works are on a basis of obsolete works and deprived of critical sight - especially in parts dedicated to ancient and medieval history. Mr Halmer, basing on as big as possible literature list tries to signalize differences between Mr Szołtysek books and so called “specialist literature”. The problems of Rybnik city and Mr Szołtysek works are only an example and discussion-starter to think about the role of popular works about local history in the process of shaping the local history knowledge. Mr Halmer tries to think about the line between popularizing local ancient and medieval history and simplifying it. He also tries to mention above the mistakes from the excessive simplifying the local history.

460

461

462

Sign up to vote on this title
UsefulNot useful