Aby rozpocząć lekturę, kliknij na taki przycisk , który da ci pełny dostęp do spisu treści książki.

Jeśli chcesz połączyć się z Portem Wydawniczym LITERATURA.NET.PL kliknij na logo poniżej.

Weiser Dawidek

PAWE£ HUELLE

Weiser Dawidek

s ³owo / obraz terytoria

Juliuszowi .

.

Dyrektor w rozluŸnionym krawacie bêbni³ palcami po czarnej powierzchni biurka. nie mog¹c poj¹æ najprostszych w œwiecie rzeczy. patrzy³ na nas têpym wzrokiem umêczonego zwierzêcia i grozi³ palcem. mamrocz¹c pod nosem niezrozumia³e zaklêcia. jakim cudem na³o¿ono na nas tê doros³oœæ – tego nie wiem do dzisiaj. nic jednak o tym nie wiedzieliœmy. Patrzyliœmy. 7 . jakby to oni byli dzieæmi. to ból lewej nogi. dopytuj¹c siê o przebieg œledztwa. ¿e tak po prostu i zwyczajnie z normalnych uczniów i dzieci staliœmy siê oto po raz pierwszy oskar¿onymi. podstêpne uœmiechy. jak do tego dosz³o. bo kazano nam staæ ca³y czas. groŸby pomieszane ze s³odkimi proœbami „aby wszystko wyt³umaczyæ raz jeszcze. jak to siê mog³o staæ. co wówczas odczuwa³em. ¿e staliœmy w trójkê w gabinecie dyrektora szko³y. „przes³uchanie”. przebijaj¹c siê przez zasuniête firanki. niestrudzenie. a nauczyciel przyrody M-ski wpada³ co chwila. Mê¿czyzna w mundurze ociera³ pot z czo³a. oœwietlaj¹ zakurzony dywan bordowego koloru. po kolei i bez ¿adnych zmyœleñ”. sto razy od nowa. Jedyne. zupe³nie tak.W³aœciwie jak to siê sta³o. A oni pytali wci¹¿. maj¹c uszy pe³ne z³owrogich s³ów: „protokó³”. By³y mo¿e jakieœ wczeœniejsze przygotowania. „przysiêga”. i by³o nam ¿al minionego lata. jak promienie wrzeœniowego s³oñca. a do tego wci¹¿ powtarzaj¹ce siê pytania.

o któr¹ oni rozbijali siê niczym mydlana bañka. po czym obaj spogl¹dali na nasz¹ trójkê z jeszcze wiêkszym zainteresowaniem. – Ka¿dy z was mówi zupe³nie co innego – krzycza³ dyrektor. a na dodatek jeden z nas doda³by zaraz. ka¿dy przytakn¹³by skwapliwie. ¿e gdzieœ taki sk³ad na pewno by³. wiêc jak to jest. mówiliœmy jedynie to. a dyrektor przytakiwa³ mu. które nam zadaj¹. a mo¿e i jest jeszcze teraz. czy byliœmy œwiadkami wybuchów Weisera. Czuliœmy doskonale. a na8 . jak wygl¹da naga prawda. ¿e nie mo¿ecie ustaliæ wspólnej wersji? A mundurowy wpada³ mu w s³owo: – To jest za powa¿na sprawa na ¿arty. co chcieli us³yszeæ. Gdyby na przyk³ad zapytali nas. poprzedzaj¹cym zwykle now¹ seriê pytañ. jakby by³ pewny swego. nikt z nas nie przeczy³. od czego pytaj¹cy dostawa³ wypieków i zapala³ nowego papierosa. ch³opcy. i jeœli M-ski pyta³ o niewypa³y. ¿e chodzi³o o niewypa³y. ¿e na pytania. ale ¿aden z nas przecie¿ nie k³ama³. a dzisiaj trzeba ca³¹ nag¹ prawdê na stó³! Nie wiedzieliœmy wprawdzie. szepta³ na ucho temu w mundurze jakieœ informacje. ¿arty siê skoñczy³y wczoraj. Tylko M-ski zachowywa³ umiarkowany spokój. co ja z wami mam – i poluŸnia³ jeszcze bardziej wielki trójk¹tny wêze³. przytakiwaliœmy. ¿e w³aœciwie Weiser robi³ to wy³¹cznie sam. za to s¹ okreœlone kodeksem kary! – krzycza³ ten w mundurze. tylko nie wiadomo gdzie. od czasu do czasu zapraszaj¹c tylko Elkê. nikt jednak nie potrafi³by powiedzieæ. który z daleka mo¿na by³o wzi¹æ za kokardê jakobiñsk¹. ³api¹c siê co rusz za krawat: – Co ja z wami mam.– To jest wprowadzanie w b³¹d. – I nigdy dwa razy to samo. nie ma prawdziwych odpowiedzi. o jakich porach dnia. By³a w tym jakaœ nieuœwiadomiona metoda obrony. ¿e tak. gdy zaœ mê¿czyzna w mundurze dodawa³ sk³ad zardzewia³ej amunicji.

a ja w samym œrodku. Podobnie jak dla nas równania z dwoma niewiadomymi. Oni mogli ratowaæ siê spojrzeniami w lewo lub prawo. Szymek i Piotr stali po bokach. a¿ us³yszymy brzêk t³uczonego szk³a i ptak pofrunie. gdy tymczasem widziano was we ¿e trójkê na nasypie kolejowym jeszcze po po³udniu. ¿e Weiser i wasza kole¿anka (mundurowy nie móg³ zapamiêtaæ. ¿e orze³ porusza jednym ze skrzyde³. chc¹c wylecieæ na podwórze. – To siê jeszcze dla was wszystkich Ÿle skoñczy! Szymek prze³kn¹³ œlinê i jego odstaj¹ce uszy zaczerwieni³y siê gwa³townie: 9 . ja zaœ pozostawa³em sam ze spojrzeniem dyrektora i oprawionym w ciemne ramki bia³ym or³em ponad jego g³ow¹. ¿e jednak s¹. – Cz³owiek nie mo¿e zgin¹æ zupe³nie bez œladu – krzycza³ ten w mundurze. Zamiast oczekiwanego lotu coraz gêœciej pada³y pytania. i  wiêcej ich nie widzia³eœ. jak skoñczy siê to wszystko. a my staliœmy dalej. z moj¹ bol¹c¹ i spuchniêt¹ od d³ugiego znieruchomienia nog¹. bo przecie¿ wszystko musi mieæ swój koniec. którego ostatnie odg³osy dobiega³y do naszych uszu przez uchylone okno gabinetu. Chwilami wydawa³o mi siê. lecz nic takiego siê nie sta³o. – A kto widzia³? – zapyta³ nieœmia³o Szymek. – Ty mi tu pytañ nie zadawaj. – To jest niemo¿liwe. Korolewski – zwróci³ siê do Szymka – utrzymujesz. jak nazywa³a siê Elka) wyszli tego dnia razem z domu. tak jak lato. pozostanie dla nich ca³kiem niewyt³umaczalne i niezrozumia³e. ca³kiem niewinni i przera¿eni tym. pogró¿ki i proœby. w kierunku Bukowej Górki. przestêpuj¹c z nogi na nogê. a ty. to i tak to.wet gdyby okaza³o siê po jakimœ czasie. co zdarzy³o siê tamtego sierpniowego popo³udnia. czeka³em. masz odpowiadaæ! – Mê¿czyŸnie w mundurze rozb³ys³y groŸnie oczy.

– Bo to by³o dwa dni wczeœniej. jak ci trzej 10 . ale powstrzyma³ siê tym razem od krzyku. Dyrektor nerwowo przerzuci³ arkusze papieru. by zadaæ nastêpne pytanie z ca³kiem innej beczki. jak nas widzieli. ¿e to by³o tego ostatniego dnia. Byæ mo¿e chcia³ wiedzieæ. ¿e jeszcze coœ poka¿e”. sk¹d Weiser bra³ materia³ wybuchowy do swoich eksplozji. – Tak. który teraz nie przypomina³ ju¿ w³aœciwie normalnego krawata tylko szalik. na przyk³ad jak¹ sukienkê mia³a na sobie Elka. Dyrektor poluŸni³ swój krawat. I na pewno Weiser cmoka z uznaniem. stoj¹cych w gabinecie dyrektora i zeznaj¹cych pod dyktando groŸnego cz³owieka w mundurze. „¿e dokona czegoœ wielkiego. ¿e szliœcie we trójkê starym nasypem kolejowym w kierunku Brêtowa. w¹ski i kolorowy. Mundurowy zerkn¹³ w zeznania i jego twarz wykrzywi³ grymas. pomyœla³em. owiniêty pod ko³nierzykiem. a mo¿e – zwróci³ siê teraz do nas – to nie s¹ wasze s³owa. albo czy Weiser nie odgra¿a³ siê przed znikniêciem. przecie¿ twoi koledzy powiedzieli wyraŸnie. podstêpne i nag³e. – Nieprawda! Znowu bezczelnie k³amiesz. ¿e nigdy nie dotkn¹ prawdy. ¿e Weiser i Elka musz¹ nas jakimœ sobie tylko znanym sposobem s³yszeæ teraz. gdzie by³y spisane nasze zeznania. Wszystko to kr¹¿y³o nieuchronnie wokó³ tych dwojga. ale wiedzieliœmy dobrze. panie dyrektorze. to rzeczywiœcie by³o dwa dni wczeœniej. Nie wiem. kiedy widzieliœmy j¹ ostatni raz. ale myœmy nie powiedzieli wcale. który podejmowali. a mo¿e zapyta³ o coœ zupe³nie b³ahego. od samego pocz¹tku by³ fa³szywy. zanim jednak to nast¹pi³o. po jakim czasie M-ski zaproponowa³ nowy sposób prowadzenia œledztwa. bo trop. co? Piotr pokiwa³ g³ow¹ na znak zgody. kiedy s³yszy.

Piotr i Szymek pomyœleli pewnie to samo. Wiadomo by³o. i to w³aœnie dawa³o nam najwiêksze szanse na przetrwanie opresji. ale my nie musieliœmy siê nawet naradzaæ w celu ustalenia dalszych zeznañ.mêcz¹ siê z nami. a kiedy spotykaliœmy go na 11 . bo ¿aden nie pisn¹³. nie na d³ugo jednak. co przyjêliœmy za widomy znak opatrznoœci. ponadto chwila wytchnienia od spojrzeñ M-skiego i krzyków tego w mundurze by³a czymœ wspania³ym i nieoczekiwanym. Mieli nas teraz przes³uchiwaæ osobno – to by³ ten jego nowy pomys³. zostaliœmy wiêc z Piotrem sami. ¿e najgorsze jest ju¿ za nami. stoj¹c z boku i najwyraŸniej nie maj¹c ochoty byæ jednym z nas. ¿e poznaliœmy Weisera? Widzieliœmy go wczeœniej nieraz. a Elka œmieje siê g³oœno. Trzej w gabinecie dali nam trochê czasu. kiedy M-ski poleci³ nam wyjœæ do sekretariatu i czekaæ tam na pojedyncze wezwania. Nigdy jednak nie uczestniczy³ w naszych zabawach. zadowala³ siê milcz¹cym kibicowaniem. Za chwilê przys³ano woŸnego. W sekretariacie pozwolono nam wreszcie usi¹œæ i to by³o najwa¿niejsze. Na pierwszy ogieñ poszed³ Szymek. biega³ po tym samym podwórku i kupowa³ w tym samym sklepie Cyrsona oblepione butelki z oran¿ad¹. Odt¹d siedzieliœmy w zupe³nym milczeniu. czymœ. jak czuje. ¿e ka¿dy bêdzie mówi³ tak. abyœmy przemyœleli beznadziejnoœæ naszej sytuacji i doszli do odpowiednich wniosków. W³aœciwie jak to siê sta³o. które doroœli nazywali krachlami. wype³nionym tykaniem zegara œciennego i przerywanym gongiem wybijaj¹cym pe³ne godziny. wiewiórcze zêby. ukazuj¹c bia³e. Kiedy graliœmy w pi³kê na trawie obok pruskich koszar. po którym spodziewali siê wiêkszego sukcesu. nikn¹c w czeluœci gabinetu pokornie i cicho. chodzi³ do tej samej szko³y co my. ¿eby nas pilnowa³.

Spotkania te by³y krótkie i beztreœciwe. mówi³. bardzo chudy i lekko przygarbiony. a na drzwiach do ich mieszkania widnia³a ¿ó³ta tablica z napisem „A. dla której jedynym godnym uwagi kontrastem by³y nienaturalnie du¿e. dra¿ni¹ca nozdrza. nie œwiête wizerunki Matki Boskiej i Boga. co mogliœmy o nim powiedzieæ. W nieruchomym powietrzu ob³oki te utrzymywa³y siê. Co Zosta³ Cz³owiekiem. jakby siê tego wstydzi³. Bo najwa¿niejsza by³a kadzielnica. nie drewniane figury niesione przez cz³onków Ko³a Ró¿añcowego w specjalnych lektykach. w dó³ i do góry. Weiser. nie sztandary i wstêgi trzymane w d³oniach obleczonych w bia³e rêkawiczki. Synu Mary-i. Tyœ jest Bóg prawdziwy w Œwiêtej Hosty-i” i patrz¹c na ruchy kadzielnicy z nieukrywanym nabo¿eñstwem. co odpowiada³o jego fizjonomii. i prêdko znika³ w t³umie pla¿owiczów. Wiêc jak to siê sta³o. œpiewaj¹c jak wszyscy: „Witaj Jezu. to w tym wypadku musia³ to byæ dzieñ Bo¿ego Cia³a. Mieszka³ ze swoim dziadkiem pod jedenastk¹. By³ niewielkiego wzrostu. zapowiadane majowymi chrab¹szczami i ciep³ym wiatrem z po³udnia. który przypada³ wyj¹tkowo póŸno. W kurzu i spiekocie czerwcowego przedpo³udnia szliœmy w procesji oddzieleni od proboszcza Dudaka grup¹ ministrantów i œwie¿o komunikowanych trzeciaków. kadzielnica ze z³otej blachy na grubym ³añcuchu tego samego koloru i woñ kadzid³a. dymi¹ca szarymi ob³okami. nie Hostia. ale w³aœnie kadzielnica. co przyniesie mu z³¹ nowinê.pla¿y w Jelitkowie. mia³ przy tym chorobliwie bia³¹ cerê. zanim przysz³o lato ostatniego roku. poruszaj¹ca siê w lewo i w prawo. Dlatego chyba wygl¹da³ tak. ¿e poznaliœmy Weisera? Je¿eli cokolwiek ma swój pocz¹tek. I to by³o w³aœciwie wszystko. jakby czeka³ na kogoœ lub coœ. szeroko otwarte i bardzo ciemne oczy. Krawiec”. d³ugo nie zmieniaj¹c 12 . ale te¿ dziwnie md³a i ³agodna. ¿e nie umie p³ywaæ. jakby siê czegoœ zawsze ba³.

Ale coœ ju¿ siê zmieni³o.kszta³tu. o czym. ukazuj¹c nam po raz pierwszy swoje prawdziwe oblicze. Nie trwa³o to zreszt¹ d³ugo. Dzisiaj wiem ponad wszelk¹ w¹tpliwoœæ. roli. Tu¿ przed o³tarzem. Weiser znikn¹³ z pagórka i nie towarzyszy³ nam ju¿. a nastêpnie narzuci³ nam wszystkim. Gdy rozwia³a siê ostatnia smuga kadzidlanego zapachu i umilk³y s³owa pieœni intonowanej piskliwym g³osem proboszcza Dudaka. obrazy. Jaki bowiem genera³ pod¹¿a za oddzia³ami po skoñczonym przegl¹dzie? Do koñca roku szkolnego pozosta³y dni liczone na palcach. rzecz jasna. czerwiec rozszala³ siê w upale i co dzieñ rano budzi³y nas przez otwarte okna g³osy ptaków obwieszczaj¹ce niepodzielne panowanie lata. a wtedy. na który czekaliœmy z dr¿eniem i napiêciem. zanim rozp³yn¹ siê w nicoœæ. gdy opad³ kadzidlany dym. Weiser sta³ na wzgórku i patrzy³. a my przyspieszaliœmy kroku. a t³um ruszy³ dalej do samego koœcio³a. dla którego ludzie przemierzali ulice naszej dzielnicy z zawodz¹cym œpiewem na ustach. proboszcz Dudak zamacha³ potê¿nie kadzielnic¹. któr¹ sam sobie wybra³. który tylko z daleka patrzy³ na nasze pe³ne wrzasków zabawy. A kiedy szary dym opad³. wypuszczaj¹c wspania³y ob³ok. wznoszonym rokrocznie obok naszego domu. 13 . czuliœmy teraz w jego wzroku dystans. który odbiera defiladê. I wtedy w³aœnie zobaczyliœmy Weisera po raz pierwszy w roli dla niego charakterystycznej. jakby nie by³o innego powodu. nastêpuj¹c poprzednikom na piêty. nie mogliœmy nic wiedzieæ. jakby wszystkie œpiewy. Tak. zobaczyliœmy Weisera stoj¹cego na ma³ym wzgórku po lewej stronie o³tarza i przypatruj¹cego siê wszystkiemu z nieukrywan¹ dum¹. sztandary. ¿e Weiser musia³ byæ taki zawsze. bractwa i wstêgi by³y przygotowane specjalnie dla niego. To by³a duma genera³a. wyszed³ jedynie z ukrycia. Weiser znów sta³ siê nieœmia³ym Weiserem. by schwytaæ je.

rozpocz¹³ siê szaleñczy wyœcig do lasu po pierwsze chwile prawdziwych wakacji. badaj¹ce ka¿dy postêpek. niczym spojrzenie ukrytego oka. a w³aœnie on sta³ oparty o pieñ modrzewia. nie mog³o powstrzymaæ tego ¿ywio³u. wrzeszcz¹c i poszturchuj¹c siê ³okciami. jakby tu czeka³ na nas specjalnie. jak ca³a zreszt¹ nasza dzielnica. „Weiser Dawidek nie chodzi na religiê” – zabrzmia³o gdzieœ na ty³ach. doœæ. a mo¿e zawsze. wydawa³oby siê – tylko tyle. Mo¿e od kilku minut. któr¹ opowiadam bez upiêkszeñ. Tego nie wiedzieliœmy ani wtedy. Nic. A jednak powstrzyma³ nadp³ywaj¹c¹ falê spoconych cia³ i krzycz¹cych garde³. rozda³ najgorliwszym obrazki i kiedy otrzymaliœmy œwiadectwa wydrukowane piêknie na kredowym papierze. na krótk¹ chwilê. A zatem sta³ i patrzy³. oczekuj¹c kolejnych przes³uchañ. ¿e w dzieñ rozdania œwiadectw z religii ujrzeliœmy go znów tak samo jak w Bo¿e Cia³o. kiedy piszê te s³owa i kiedy Szymek mieszka w zupe³nie innym mieœcie. Mo¿e podœwiadomie nie mogliœmy znieœæ tego spojrzenia. Piotr zgin¹³ w siedemdziesi¹tym roku na ulicy. ani póŸniej w gabinecie dyrektora i przylegaj¹cym doñ sekretariacie. w której ¿ywio³ cofa siê. a Elka wyjecha³a do Niemiec i nie pisze stamt¹d ¿adnych listów.przenikliwy i piek¹cy. nic. a z przodu podchwycono to has³o 14 . a tak¿e teraz. albo raczej w podobnej sytuacji. kto wie. bo szko³ê porzuciliœmy ju¿ poprzedniego dnia i teraz nie by³o przed nami nic oprócz dwóch miesiêcy cudownej swobody. zdawa³o siê. by uderzyæ ze zdwojon¹ si³¹. Plebania Ojców Zmartwychwstañców po³o¿ona by³a. Bo Weiser móg³ na nas czekaæ od samego pocz¹tku i to chyba w³aœnie jest najistotniejsze w historii. zatrzyma³ na sobie i odepchn¹³ na moment. Biegliœmy ca³¹ chmar¹. oprócz zimnego spojrzenia Weisera. pod lasem i kiedy ju¿ proboszcz Dudak zakoñczy³ swoje modlitwy i ¿yczenia. Tak. tylko tyle.

jakby siê nic nie sta³o. I dopiero teraz. ¿e nigdy nie by³ z nami. ch³odno. Weiser jest ¯ydek!”. znacz¹c na jego twarzy d³ugie nitki czerwieniej¹cych gwa³townie bruzd. On milcza³. Dawidek. która ros³a w nienawiœæ. za to. i¿ to my ró¿nimy siê od niego. Bu³y polega³y na ugniataniu pleców rozci¹gniêtego na trawie delikwenta piêœciami i kolanami. Dopiero po chwili zrozumieliœmy. krzycza³a: – Zostawcie go w spokoju. uœmiechaj¹c siê tylko – jak s¹dziliœmy wówczas – g³upawo i bezczelnie. jak te¿ za spojrzenie lekko wy³upiastych oczu. ¿eby spuœciæ mu bu³y. ju¿ jego koszula frunê³a w powietrze podawana z r¹k do r¹k. a on. niezmiennie takim samym Weiserem i móg³ na nas patrzeæ jak w Bo¿e Cia³o. krzycz¹c g³oœno: „Dawid. Szymek wysun¹³ siê na czo³o i stan¹³ naprzeciw niego twarz¹ w twarz. Trudno wytrzymaæ coœ takiego.w nieco zmienionej formie – „Dawid. które sugerowa³o w sposób oczywisty. domagaj¹c siê natychmiastowej odpowiedzi. wk³ada³ j¹. obna¿one plecy. tote¿ gdy tylko oddali³ siê. Szymek rzuci³ pierwszy kamieñ. a nie on od nas. – Ty. a w³aœciwie dlaczego nie chodzisz z nami na religiê? – i pytanie zawis³o pomiêdzy nami w powietrzu. zostawcie go w spokoju! A gdy to nie poskutkowa³o. spokojnie. Odst¹piliœmy od Weisera. i ju¿ widzieliœmy jego bia³e. kiedy nagle w kr¹g oprawców wskoczy³a Elka z roziskrzonymi oczami i rozdzielaj¹c na prawo i lewo kopniaki. nie odzywaj¹c siê s³owem. ktoœ poda³ mu nawet zmiêt¹ koszulê. przywar³a do jednego z egzekutorów paznokciami. on zosta³ sob¹. schodz¹c wzd³u¿ zaroœniêtego p³otu koœcio³a. bez namiêtnoœci i z dystansem. a my wyszliœmy z tego poni¿eni. gdy zosta³o to powiedziane. ¿e to nie on. Weiser. wiêc z ty³u zaczêto szemraæ. nigdy nie nale¿a³ do nas. Da15 . poczuliœmy do niego zwyczajn¹ niechêæ.

jego œmiertelnie bia³e plecy. To by³a nasza pierwsza bli¿sza znajomoœæ z Weiserem. ¿e Elka. Elka pobieg³a za nim. a przynajmniej nie by³bym tego taki pewien. to jaka si³a kaza³a mu to uczyniæ. 16 . Pomiêdzy ni¹ a Weiserem by³o coœ. ¿adnych wspomnieñ. któreœmy po raz pierwszy poczuli na sobie w Bo¿e Cia³o. Ale teraz ju¿ tak nie s¹dzê. a inni naœladowali go. krzycz¹c to samo i rzucaj¹c nastêpne kamienie. Weiser jest ¯ydek”. pozostaj¹ bez odpowiedzi. które mog³yby j¹ wytr¹caæ z jej nowej. zmiêta kraciasta koszula i jak ju¿ wspomnia³em – nieznoœne spojrzenie. Czy by³ to zwyk³y przypadek? Czy Weiser znalaz³ siê przed budynkiem plebanii z w³asnej woli. wiêc przestaliœmy ciskaæ kamienie. odk¹d sta³a siê Niemk¹. czego nigdy nie mogliœmy poj¹æ. ¿e w³aœnie z jej braku zape³niam linijki papieru. dlaczego postanowi³ ukazaæ siê nam w³aœnie tak? Te pytania d³ugo nie dawa³y mi zasn¹æ. d³ugo jeszcze po zakoñczeniu œledztwa i wiele lat póŸniej. kiedy rozwia³ siê kadzidlany ob³ok.widek. I je¿eli jest jakaœ odpowiedŸ. Pocz¹tkowo myœla³em. unosz¹c w ten sposób swoj¹ dumê. niczego nie bêd¹c pewnym. które wysy³am rokrocznie do Mannheim w nadziei rozjaœnienia kilku innych jeszcze spraw. coœ. wypuszczony ze z³otej puszki przez proboszcza Dudaka. zwi¹zanych z tamtymi wydarzeniami i osob¹ Weisera. jakich wspó³czesny psycholog mia³by pe³ne usta. to tylko ta. a nam pozostawiaj¹c bezsilny wstyd. nie pragnie ¿adnych st¹d wiadomoœci. kiedy sta³em siê kimœ zupe³nie innym. co ³¹czy³o ich w przedziwny sposób i czego ¿adn¹ miar¹ nie da siê okreœliæ mianem dzieciêcej fascynacji p³ci¹ czy podobnymi terminami. Jej uparte milczenie to coœ wiêcej ni¿ niechêæ do kraju dzieciñstwa. podobnie jak w Bo¿e Cia³o na wzgórku obok o³tarza? Jeœli nie. Listy. Ale on nie odwróci³ siê ani nie przyspieszy³ kroku. niemieckiej równowagi.

Ani nam w g³owie by³o pamiêtaæ o Weiserze i przedpo³udniowej scenie pod lasem. a wraz z nimi nurkowanie po garœæ piachu. Dopiero tutaj rozpoczyna³y siê prawdziwe wakacje. co zobaczyliœmy. s³oñce operowa³o jeszcze silnie. w kierunku pla¿y. bez zatrzymywania siê. Skoro tylko tramwaj wtoczy³ siê z potwornym zgrzytem na pêtlê obok drewnianego krzy¿a. jakby mu wbito w nogê coœ ostrego: – Kolki! ChodŸcie! Ile tego! To. polegaj¹cy na œci¹gniêciu koszuli i spodenek jeszcze w biegu. cuchn¹ce tranem i smo³¹. sk¹d najodwa¿niejsi popisywali siê straceñczymi skokami. machaj¹c rêcznikami. pamiêæ o tym wydaje siê niezniszczalna. pojechaliœmy rozklekotanym tramwajem linii numer cztery na pla¿ê do Jelitkowa. przekracza³o zdolnoœæ rozumienia zbrodniczych mo¿liwoœci natury. i wskoczeniu do wody w bryzgach bia³ej piany. a wewn¹trz pojazdu unosi³ siê charakterystyczny zapach znêkanego upa³em lakieru. kiedy koszula Weisera frunê³a w powietrzu z r¹k do r¹k. pozostawiaj¹c w tyle piaskowe fontanny. wybiegliœmy. tworz¹c kilkumetrowej szerokoœci pas martwych tu³owi. To by³y naczynia po³¹czone i chocia¿ dzisiaj jest zupe³nie inaczej. Tysi¹ce kolek p³ywaj¹cych do góry brzuchami porusza³o siê w leniwym rytmie fali. Mimo wczesnego popo³udnia na obu platformach wozu panowa³ spory t³ok. pragn¹cy zademonstrowaæ swój numer pla¿owy. Jego bose stopy ju¿ skrzypia³y na piachu. kiedy nagle zatrzyma³ siê nad wod¹ i krzykn¹³. Na przedzie rozhukanej czeredy bieg³ wiêc Piotr. Wystarczy³o wsadziæ 17 . Bo tak naprawdê Jelitkowo nie mog³o istnieæ bez nas. wyœcigi do czerwonej boi i gonitwy a¿ do sopockiego mola.A tamtego dnia. nie zwa¿aj¹c na rozwieszone pomiêdzy domami rybaków sieci ani na poustawiane w piramidki kosze. tak samo jak miasto nie mog³o istnieæ bez pla¿y i zatoki.

a nasza rozpacz nie mia³a granic. staj¹c siê cuchn¹c¹ i lepk¹ mazi¹. upa³ i b³êkitne niebo. ¿ywi¹cych siê padlin¹ lub sk³adaj¹cych tam swoje jaja. by przyczepione do skóry ³uski migota³y niczym pancerz. Zamiast k¹pieli mieliœmy rybn¹ zupê. ale to nie by³o przyjemne uczucie. nigdy nie przysz³oby nam do g³owy œledziæ Weisera. nigdy nie ruszylibyœmy za nim w trop przez Bukow¹ Górkê i star¹ strzelnicê. w któr¹ mo¿na by³o napluæ z obrzydzenia. Wszystko na nic – bezwietrzna pogoda. Ale uprzedzam fakty. Ale to by³ – jak siê okaza³o – dopiero pocz¹tek. ale kiedy myœla³em o tym. ¿e to nie by³ przypadek. Jelitkowo nie chcia³o naszej obecnoœci. musi mieæ swój ustalony porz¹dek. Gdyby nie zupa rybna. Nad przybrze¿n¹ zawiesin¹. a on nigdy nie dopuœci³by nas do swojego ¿ycia. jak ka¿da prawdziwa opowieœæ. martwych kolek zdawa³o siê przybywaæ.rêkê do wody. Nic gorszego nie mog³o nas spotkaæ. to nie taki znów zwyk³y. tymczasem historia ta. Zanim zabrzmia³o nazwisko Piotra i zanim 18 . A nawet jeœli by³. Drzwi gabinetu uchyli³y siê i zobaczy³em Szymka wypchniêtego rêk¹ M-skiego. pêczniej¹c jak nadymane rybie pêcherze. a smród rozk³adu czuæ by³o nawet w okolicach tramwajowej pêtli. i kiedy zastanawia³em siê. ³udz¹ce doskona³¹ czystoœci¹. która z godziny na godzinê zmienia³a kolor od jasnej zieleni do ciemnego br¹zu. co w³aœciwie by³o formalnym potwierdzeniem istniej¹cego stanu rzeczy. wtedy ju¿ przypuszcza³em. W po¿arze czerwca zew³oki gni³y. Morze okaza³o siê nieprzystêpne mimo panuj¹cej spiekoty. Wreszcie w³adze miasta postanowi³y zamkn¹æ wszystkie pla¿e od Stogów a¿ do Gdyni. co te¿ opowiem M-skiemu tym razem. pojawi³y siê roje much niespotykanej dot¹d wielkoœci. Pla¿e pustosza³y gwa³townie. Przez nastêpne dni zupa gêstnia³a. czekaj¹c w sekretariacie naszej szko³y na swoj¹ kolejkê przes³uchania.

lecz prêdko da³em temu spokój. nakaza³ woŸnemu. spuœci³ g³owê i nie podnosi³ wzroku znad swoich kolan. M-ski szed³ zawsze na czele. póŸniejsze wypadki natomiast odsunê³y mnie od rozmyœlañ na jego temat.woŸny podniós³ siê ze swojego krzes³a. Przez chwilê zastanawia³em siê. pamiêtaj¹c. ale jeœli nie uczyni³em tego do tej pory. bo w drzwiach ukaza³ siê M-ski i przepuszczaj¹c Piotra do wewn¹trz. m³odoœci i powszechnego entuzjazmu. przypomnia³em sobie bardzo wa¿ne zdarzenie. nasz bra-ter-ski roz-brzmie-wa dziœ œpi-ee-e-w!”. kim M-ski by³ tak naprawdê albo kim naprawdê nie by³? Za bardzo siê go wówczas obawia³em. dŸwiga³ transparent i uœmiechaj¹c siê do panów na trybunie. Tak. ¿e arsena³ œrodków M-skiego by³ nieograniczony. to czy wtedy. ci w³aœnie uczniowie nazajutrz. ¿e ci. i œpiewaliœmy jak wszyscy dooko³a i wiedzieliœmy. którzy nie przyszli na œwiêto radoœci. udzia³ M-skiego w ca³ej historii do dzisiaj nie zosta³ nale¿ycie przemyœlany. ¿ebyœmy nie zamienili ani s³owa. czy to powa¿na 19 . czy mnie te¿ bêd¹ ci¹gn¹æ za ucho. czerwone ucho Szymka. zobaczy³em wielkie. ale o nic nie mog³em pytaæ. jak wszystkie inne szko³y. równiuteñko. Poczu³em skurcz w ¿o³¹dku i okolicach serca. A my maszerowaliœmy równo. ¿eby go podprowadziæ bli¿ej. co to siê sta³o. Szymek usiad³ na sk³adanym krzeœle. Kiedy zaœ drzwi gabinetu obite pikowan¹ derm¹ zamknê³y siê bezszelestnie za Piotrem. albo najdalej za dwa dni. mog³em w pe³ni zdaæ sobie sprawê. czekaj¹c na kolejne przes³uchanie. w bia³ych koszulach i ciemnych spodenkach na pierwszomajowej manifestacji. nabrzmia³e i nienaturalnie wyci¹gniête. Co roku nasza szko³a. uœmiechaliœmy siê tak jak wszyscy dooko³a. bêd¹ mieli wizytê M-skiego w domu i M-ski bêdzie pyta³ rodziców. zachêca³ nas do œpiewu swoim piskliwym g³osem: „Na-przód m³o-dzie-¿y œwia-ta. maszerowa³a równo.

¿e to bardzo wa¿ne. zrywa³ jakieœ zielsko i szepta³ do siebie: „ Menyanthes trifoliata” albo „Viola tricolor”. z którym siê nigdy nie rozstawa³. dlaczego wnuk nie przyszed³ maszerowaæ razem z nami. szed³ zgarbiony ze wzrokiem utkwionym w ziemiê i co chwila zatrzymywa³ siê. podobnie jak my. któr¹ niós³ ze sob¹ zamiast pocerowanej siatki. i wk³ada³ zielska do tekturowej teczki. ¿eby za rok o tej samej porze uczeñ by³ zdrów jak ryba. Wtedy nie przywi¹zywaliœmy do tego wagi. to czemu zdziwacza³y nauczyciel przyrody nie móg³ zrozumieæ. ¿e M-ski nie z³o¿y³ wizyty u nich w domu? Nie lubi³ krawców? A mo¿e zapomnia³? Nie. jako nauczyciel przyrody i systematyk. M-ski by³ prawdziwym dziwakiem. A jeœli M-ski wiedzia³ o Weiserze coœ. A kiedy nie polowa³ na fruwaj¹ce stworzenia. ¿eby zapytaæ dziadka. M-ski nigdy nie z³o¿y³ wizyty w jego domu. pomyœla³em. na pewno nie zapomnia³. ale co najdziwniejsze. które ci¹gnê³y siê wzd³u¿ po³udniowych granic miasta a¿ do Gdyni i w których 20 . Rok temu z naszej szko³y jeden jedyny uczeñ nie poszed³ na pochód pierwszomajowy. ale teraz. gdy ugania³ siê za motylami z siatk¹ i atlasem owadów. by³ przecie¿ szczególnego rodzaju pedantem i wszystko mia³ zapisane w ma³ym notesie. Tylko w jaki sposób mo¿na by³o po³¹czyæ M-skiego z Weiserem? Do dziœ twierdzê. Latem. czego my nie wiedzieliœmy i czego ju¿ nie dowiem siê nigdy? Jeœli istnia³o coœ takiego. Co zatem spowodowa³o. nie wyje¿d¿a³ z miasta na wakacje i czêsto widywaliœmy go na ³¹ce pod brêtowskim lasem albo nad potokiem w Dolinie Radoœci. M-ski przygotowywa³ dzie³o o florze i faunie lasów.choroba i w czym mo¿e pomóc. By³ to w³aœnie Weiser. gdzie znikn¹³ nasz kolega? O tak. gdy nadchodzi³a moja kolej przes³uchania. jakich dziœ spotyka siê tylko w ksi¹¿kach i to nie byle jakich. ¿e absolutnie w ¿aden.

co ros³o i rusza³o siê w zasiêgu jego wzroku. pustym spojrzeniu. czêœciowo zreszt¹ i na ile chcia³. grzania ³apki lub innych. a nie skubania gêsi. oderwane od nieba albo od ziemi. Pewnie dlatego chwyta³ i kolekcjonowa³ wszystko. Jego wy³upiaste. spogl¹daj¹c na zaczerwienione ucho Szymka. Nad morzem nie by³o czego szukaæ i musieliœmy nasz¹ uwagê skierowaæ gdzie indziej. much i innego drobiazgu ocali³o swoje istnienie. œledzi³y nas ukradkiem i nigdy nie by³o wiadomo. jeszcze bardziej bolesnych i wyszukanych kar cielesnych. W pierwszych dniach lipca stê¿enie zupy rybnej w zatoce zdawa³o siê osi¹gaæ apogeum.polowa³ niegdyœ sam Fryderyk Wielki. liœci. kiedy Weiser dopuœci³ nas do swoich tajemnic albo raczej dopuœci³ nas do swojego ¿ycia. Na szczêœcie jednak by³ krótkowidzem i dziêki temu sporo traw. brêtowskiego cmentarza i Doliny Radoœci. zaczerwienione ucho Szymka i niewiadoma œledztwa. co da³o siê wyczuæ w jego zimnym. W pewnym momencie pomyœla³em te¿. i ju¿ wyobrazi³em sobie. której nigdy ¿aden z nas 21 . Bukowej Górki. tego lata M-ski spotyka³ nas wielokrotnie w okolicach strzelnicy. wyci¹gania s³onia. To by³o okropne. Ba³em siê tego spojrzenia. I to jest pierwszy rozdzia³ ksi¹¿ki o Weiserze. stokroæ gorsze ni¿ lêk przed bólem. jakie stosowa³ na swoich lekcjach. ¿e M-ski mo¿e swoim spojrzeniem zamieniæ kogo zechce w owada. tego gor¹cego lata. rybie oczy. chitynowy pancerz i jak moje kurcz¹ce siê d³onie rozcz³onkowuj¹ siê w ogromn¹ iloœæ kosmatych odnó¿y. jak obrastam w stalowozielony. ¿uków. jego w³aœnie siê ba³em. czy nie weŸmie nas za okaz fauny niezbêdny do wiekopomnego dzie³a. Poza szko³¹ i pierwszomajow¹ manifestacj¹ musieliœmy byæ dla niego bez w¹tpienia gatunkiem szczególnie uci¹¿liwych owadów. Tak.

bo to. Piotr mia³ pod sob¹ oddzia³ partyzancki. bitwie i wziêciu nas do niewoli. tam gdzie zaczyna³ siê las sosnowy.nie napisa³ i nigdy nie napisze. to w ¿adnym wypadku nie jest pisanie ksi¹¿ki. to wiem. po której potyczce. pierwszy rozdzia³ tej nienapisanej ksi¹¿ki rozpoczyna siê od zupy rybnej w zatoce i od naszych zabaw na brêtowskim cmentarzu. 22 . zatykanie dziury linijkami na znak ostatecznej kapitulacji. z jak wielkim podnieceniem czekaliœmy na moment. który stale œcigany. Kiedy Szymek ze swoimi bra³ nas do niewoli. po³o¿onemu niedaleko szko³y. Nie pamiêtam ju¿ którego dnia. a jego odstaj¹ce uszy przykrywa³ znaleziony w rowie zardzewia³y he³m wehrmachtowski. gdzie urz¹dzano seanse m³odzie¿owe. padaliœmy. tylko zape³nianie bia³ej plamy. ¿e wszystko to zawdziêczaliœmy w³aœnie kinu „Tramwajarz”. do prawdziwego rowu na skraju cmentarza. dziesi¹tkowany. okr¹¿any i wybijany do nogi odradza³ siê wci¹¿ na nowo. by przygotowywaæ nastêpne zasadzki. staliœmy z rêkami podniesionymi do góry naprzeciwko luf esesmañskich karabinów. co robiê teraz. wyœwietlanych w naszym kinie „Tramwajarz”. tak samo jak w filmach podnosiliœmy rêce do góry. z jak wielkim upodobaniem i znawstwem padaliœmy do tamtego rowu. kiedy rêka Szymka da znak do rozpoczêcia egzekucji. gdzie chodziliœmy odt¹d zamiast na pla¿ê i gdzie w gêstwinie leszczyn i olch. Tak. tak samo jak w filmach maszerowaliœmy z rêkami za³o¿onymi na karku i tak samo jak w filmach o prawdziwej wojnie. obok zajezdni. oczekuj¹c a¿ spod zardzewia³ego he³mu Szymka padnie komenda „Feuer!”. w zaciszu opuszczonych nagrobków i pêkniêtych p³yt z niemieckimi napisami rozgrywaliœmy nasze wojny. rozstrzeliwani seriami karabinów maszynowych. maj¹ce zaznajomiæ nas z histori¹ ojczyst¹. I jeœli przypominam sobie z poczuciem pewnego zdumienia. Szymek dowodzi³ oddzia³em SS.

a potem Piotra. jestem przekonany. Dzisiaj.kiedy ujrzeliœmy Weisera siedz¹cego na soœnie. ale widaæ by³o. wstrzymuj¹c wydanie komendy. Nie mówi³a nic. ¿eby przypomnieæ sobie s³owa Weisera na cmentarzu. opieraj¹c siê o pieñ. zeskoczy³ z sosny i podszed³ do Szymka. W³aœciwie to najpierw us³yszeliœmy jego okrzyk – okrzyk. twarz¹ w trawê – bo Weiser zeskoczy³ z sosny i podszed³ do os³upia³ego Szymka. oczekuj¹c na swoj¹ kolejkê przes³uchania. a potem ju¿ jak popadnie: na wznak. po którym nale¿a³o paœæ najpierw na kolana. którym mierzy³ gdzieœ daleko za wie¿ê ceglanego koœció³ka.. a potem znowu Szymka w sekretariacie szko³y. ¿e od tamtych s³ów powinna siê zaczynaæ nienapisana ksi¹¿ka o Weiserze. dzisiaj.. podobnie jak wówczas. bo to by³y w³aœciwie jego pierwsze s³owa skierowane do nas bezpoœrednio. nie da³ mi ¿adnej odpowiedzi i zajêty swoimi sprawami w dalekim mieœcie. a Piotr w siedemdziesi¹tym roku wyszed³ popatrzeæ na ulicê. bokiem albo na brzuch. ja 23 . i trafi³a go ca³kiem prawdziwa kula. tak samo jak i wtedy. sta³a siê Niemk¹ i nie odpowiada z Mannheim na ¿adne pytania. Pod drzewem sta³a Elka. Tak. Wiêc nie us³yszeliœmy tym razem przeci¹g³ego „du-du-du-du-du”. który skierowa³ do Szymka. zdezelowany schmeiser. kiedy wyp³yn¹³ nagle zza szarego ob³oku kadzidlanego dymu. Siedzia³. trzymaj¹c stary. zapytany o to listownie. który byæ mo¿e przez wszystkie te dni przygl¹da³ siê naszej zabawie. i patrzy³ na nas zupe³nie tak samo jak w Bo¿e Cia³o. Weisera. co siê dzieje. da³bym du¿o. a dopiero póŸniej zobaczyliœmy go na tej soœnie. kiedy siedzia³em na sk³adanym krzeœle obok Szymka. Szymek. a nie z nami. ¿e ona jest z nim. która powinna pamiêtaæ to najlepiej. wyraŸnie unika wspomnienia Weisera. mówi¹c: „zostaw. A wiêc trzymaj¹c przerdzewia³y i zdezelowany schmeiser. Elka.

By³em w oddziale Piotra i oczywiœcie chcia³em. od samego pocz¹tku musia³ wyczekiwaæ odpowiedniej chwili.zrobiê to lepiej”. goni¹c miêdzy zaroœniêtymi nagrobkami z karabinem w rêku. poniewa¿ schmeiser powêdrowa³ do r¹k Szymka. Tylko ¿e Weiser nic takiego nie powiedzia³. Bo w pierwszym okresie. ¿eby jak w Bo¿e Cia³o albo na brêtowskim cmentarzu zaskoczyæ nas zupe³nie. Otoczyliœmy Szymka ko³em i ka¿dy chcia³ choæ przez chwilê potrzymaæ bezu¿yteczny kawa³ ¿elastwa. Myœlê. która strona powinna posiadaæ automat. Egzekucja nie odby³a siê. kto przyœni siê nam przypadkiem i kogo póŸniej nie mo¿emy zapomnieæ. choæ rysy jego twarzy. s³owa i sposób zachowania ulecia³y nam z pamiêci zupe³nie. jak znika ktoœ. który robi³ wra¿enie. a raz przeistaczaliœmy siê w partyzantów. ¿eby zostawiæ nam automat i odejœæ do powa¿niejszych spraw. 24 . kiedy nieœwiadomi niczego uganialiœmy siê miêdzy nagrobkami brêtowskiego cmentarza. albo jeszcze krócej: „ja to zrobiê”. ¿e Weiser mia³ od pocz¹tku jakiœ plan opl¹tania nas swoimi pomys³ami. on pojawia³ siê i znika³. Tak. w tym momencie Weiser nie by³ dla nas jeszcze najwa¿niejszy. ¿ebyœmy mieli go my. ciekawszy styl gry wojennej. Ostatecznie ustaliliœmy nowy. a on sam z Elk¹ odszed³ œcie¿k¹ w dó³ ku rozbitej bramie cmentarza. albo „zostaw to mnie”. Odt¹d po ka¿dej bitwie Piotr zamienia³ z Szymkiem automat na he³m i tak raz byliœmy Niemcami. ani o jego kolekcji znaczków z Generalnej Guberni – w tym okresie. On ws¹czy³ pamiêæ o sobie ca³kiem niepostrze¿enie i któregoœ z nastêpnych dni. kiedy nie wiedzieliœmy nic o piwnicy w starej cegielni ani o eksplozjach przygotowywanych w dolinie za strzelnic¹. gdy nasz dowódca wk³ada³ he³m. k³óciliœmy siê o to. jakby przyszed³ tu tylko po to. skoro tamci posiadali he³m. nie móg³ nic takiego powiedzieæ.

Jego odstaj¹ce ucho przesta³o byæ okropnie czerwone i nawet jakby trochê powróci³o do swoich pierwotnych rozmiarów. nasze miasto wydawa³o siê nam zupe³nie inne ni¿ to. a na nas patrzy z góry jak na bandê szczeniaków?. u schy³ku lata. Z pocz¹tku w³aœciwie przypadkowo i ca³kiem bez zwi¹zku z ob³okiem kadzidlanego dymu i zardzewia³ym automatem. ot tak. Wszystkie domy w naszej czêœci Wrzeszcza mia³y tê czerwon¹ dachówkê. kiedy myœl o nim nie dawa³a nam zasn¹æ i kiedy traciliœmy ca³e godziny na wyœledzenie jego i Elki. Pomiêdzy nami siedzia³ teraz woŸny. w którym ¿yli25 . najczêœciej pod wieczór. co opanowa³o nas póŸniej. kroki przechodniów miesza³y siê z okrzykami dzieciarni. Ale to jeszcze nie by³o to. Ile razy staliœmy tam. kiedy nie bawi siê razem z nami? albo – dlaczego ta g³upia Elka ³azi teraz za nim jak pies. na górze. a s³oñce oœwietla³o czerwon¹ dachówkê budynku stoj¹cego po drugiej stronie ulicy. sk¹d oprócz czerwonych. w czerwonych promieniach zachodz¹cego s³oñca – wtedy w³aœnie zaczêliœmy o nim rozmawiaæ. ¿eby zobaczyæ. Spojrza³em na Szymka. kiedy s³oñce ma szczególne w³aœciwoœci. musi to najciekawiej wygl¹daæ z Bukowej Górki. zadaj¹c pytania g³oœno i ¿artobliwie: a co on w³aœciwie robi. i po co w³aœciwie da³ nam zardzewia³y automat? – bo przecie¿ nikt z ch³opaków tak sam z siebie nie pozby³by siê za ¿adne skarby takiego znaleziska. wiêc – pomyœla³em – w takie popo³udnie jak to. spadzistych dachów widaæ by³o lotnisko po³o¿one ju¿ za torami kolejowymi i zatokê z bia³ym paskiem pla¿y. a przez uchylone okno sekretariatu dochodzi³y leniwe dŸwiêki wrzeœniowego popo³udnia. jak sprawy siê maj¹.kiedy w kurzu piaszczystej drogi wracaliœmy do domów przez Bukow¹ Górkê. Na razie zupa rybna w zatoce cuchnê³a coraz bardziej i co drugi dzieñ ktoœ z nas jecha³ do Jelitkowa.

na którym nauczycielka muzyki akompaniowa³a popo³udniowej próbie chóru. I w ogóle za co tu by³o winiæ panów. nie pamiêtam ju¿. na których pieœñ tê musieliœmy œpiewaæ dziesi¹tki razy a¿ do znudzenia. Najpierw by³a przygrywka. pra-³a-ci-i-i. i uchylone okno na poddaszu. a dzisiaj. Wtedy nie wiedzia³em dlaczego. ksi¹¿ê-ta. której symbolem móg³by byæ szary i oblepiony kurzem sklep Cyrsona. Nigdy nie mog³em zrozumieæ. Zegar w sekretariacie wybi³ godzinê pi¹t¹ i w chwilê póŸniej us³ysza³em dobrze mi znane dŸwiêki pianina. Tak. w którym wiatr wydyma³ ³agodnie firankê. dzisiaj myœlê. za kraj nasz krwi¹ bra-tni¹ zbryzga-a-a-ny!”. gdy naród wyruszy³ do boju. dzisiaj na szczêœcie nie 26 . skoro panów ju¿ dawno nie ma. jak siê to wtedy nazywa³o: „O czeœæ wam. a zaraz potem z piêtra zaczê³y dobiegaæ coraz g³oœniejsze frazy historycznej pieœni masowej lub masowej pieœni historycznej albo ludowej pieœni historii. ani Weisera. ani w czasie lekcji œpiewu. albo o jakie czynsze chodzi³o. co maj¹ wspólnego czynsze z bojem. Zamiast panoramy z Bukowej Górki widzia³em wiêc dach przeciwleg³ego budynku. to na pewno nie w naszym mieœcie i nie w naszym kraju. ani tamtego Jelitkowa. równie podnios³y i patetyczny – „Gdy na-aród do bo-o-ju wyru-szy³ z orê-¿em pa-no-wie o czyn-szach radzi-i-li”. kajda-a-ny! O cze-e-eœæ wam.œmy na co dzieñ. co mia³y wspólnego kajdany i niewola z biskupami. ani w czasie szkolnych akademii. ¿e z góry nie by³o po prostu widaæ brudnych. powtarzany wielokrotnie. biskupi-i-i. to znaczy. gdzie kupowaliœmy oran¿adê w butelkach nazywanych przez doros³ych krachlami. To by³ refren. zaœmieconych podwórek. a jeœli s¹. kiedy nie ma ju¿ Bukowej Górki. panowie-ee magnaa-a-ci! Za na-sz¹ nie-wo-lê. nieopró¿nionych œmietników i ca³ej brzydoty przedmieœcia. podobnie jak pocz¹tek pieœni. promienie s³oñca œlizgaj¹ce siê po nim coraz krótszymi zygzakami.

drzwi gabinetu dyrektora otworzy³ M-ski. lecz razem ze œwiat³em wrzeœniowego popo³udnia. to nigdy w zwi¹zku z pra³atami. przypominaj¹cym dzwonek proboszcza Dudaka u¿ywany w czasie Podniesienia. ¿e Weisera i Elkê widzieliœcie po raz ostatni dwudziestego ósmego sierpnia. Heller. – Czy to znaczy. tylko melodia utkwi³a mi w pamiêci prawie doskonale i jeœli powraca do mnie jakimœ dziwnym trafem. skubi¹c za to rêkaw koszuli. tylko niczego nie przekrêcaj. razem z Weiserem i godzin¹ pi¹t¹. Tylko M-ski nie pali³. utrzymujesz – mówi³ do mnie. któr¹ pili wszyscy trzej przes³uchuj¹cy nas mê¿czyŸni. razem z widokiem firanki poruszanej ³agodnym podmuchem wiatru. kiedy siedzia³em w sekretariacie naszej szko³y. nastêpnego dnia nie widzieliœmy ich ju¿ wcale. ¿e widzieliœcie ich jeszcze nastêpnego dnia w jakiœ inny sposób? Co to znaczy „nie z bliska”?! – Nie. nabieraj¹c pewnoœci. M-ski poruszy³ siê w swoim fotelu: – No to opowiedz nam dok³adnie i po kolei. w dolince za star¹ strzelnic¹. któr¹ w³aœnie œcienny zegar wybi³ ³agodnym gongiem. – Co to znaczy „w³aœciwie”?! – Bo potem ju¿ ich nie widzieliœmy z bliska. który pamiêtam do dzisiaj. – Wiêc ty. Szkolny zapach pastowanych pod³óg. bo tak siê wtedy nazywa³em.muszê o tym myœleæ. wypuszczaj¹c stamt¹d Piotra. ten w mundurze – ty utrzymujesz. co zdarzy³o siê tego popo³udnia. i przysz³a moja kolej. ciê¿ki i oleisty jak wiecznoœæ. w dyrektorskim gabinecie miesza³ siê z tytoniowym dymem i woni¹ kawy. tak? – W³aœciwie to tak – odpowiedzia³em. bo przed nami i tak nic nie ukryjesz! 27 . czekaj¹c na swoj¹ kolejkê przes³uchania. Kiedy ucho Szymka sta³o siê ju¿ ca³kiem normalne. szkoln¹ akademi¹ lub pani¹ od œpiewu.

na drugi dzieñ. badamy g³êbokoœæ jamy. a¿ on da nastêpny znak. o którym nawet my nie wiedzieliœmy. wdrapuj¹ siê na sam¹ górê i nikn¹. lej jest potê¿ny jak po bombie lotniczej. ¿wir i kawa³ki drewna. Zaraz potem ziemia zadr¿a³a od eksplozji. A my stoimy teraz (bo zd¹¿yliœmy ju¿ podejœæ do miejsca wybuchu) przy ogromnym leju i widzimy. ¿e jest. a na g³owy posypa³ siê nam piasek. ¿e jesteœmy. i nagle ktoœ krzyczy. Nagle zobaczyliœmy. to znaczy Weiser z Elk¹. w dolince za strzelnic¹. tylko na drug¹ stronê dolinki. ale takiego sygna³u tym razem nie by³o. po stromym zboczu poroœniêtym bukami.Mówi³em. tylko wspinaj¹ coraz wy¿ej. gdzie za³o¿ony by³ ³adunek. bo Weiser by³ zazdrosny o takie tajemnice. i tak w³aœnie – mówi³em – widzieliœmy ich ostatni raz z daleka. pokazuj¹c na wzgórze: „popatrzcie tam!” – i widzimy Weisera z Elk¹. rozpiêtoœæ promienia i jak zawsze w¹chamy w tym miejscu œwie¿¹ ziemiê. ¿e mamy siê ju¿ po³o¿yæ. – A potem? – Potem podnieœliœmy g³owy jak po ka¿dym wybuchu i czekaliœmy. A potem. ¿e to nie by³o byle co. Widzimy. Stoimy zatem i podziwiamy jego dzie³o. pe³n¹ oszala³ych mrówek i rozerwanych d¿d¿ownic. Nie 28 . i ani razu nie odwracaj¹ siê. zaczê³y siê poszukiwania i znaleziono w piwnicach nieczynnej cegielni magazyn Weisera. a¿ wreszcie dadz¹ nam spokój: – Weiser kaza³ nam jak zawsze czekaæ obok modrzewiowego zagajnika. mówi³em wolno i spokojnie. jak id¹ oboje. to jest sygna³. pewny. ale my nie gonimy za nimi. przeszed³ przez dolinkê i potem pomacha³ rêk¹ na znak. ¿e mo¿na ju¿ podejœæ do miejsca. a kiedy zobaczy³. tam gdzie roœnie stary d¹b. ca³kiem jak doroœli. staraj¹c siê nie patrzeæ w oczy M-skiemu. ale nie do nas. ¿e i tak nie wpadn¹ na w³aœciwy trop i ¿e krêciæ siê bêd¹ w kó³ko. jak s¹ na szczycie wzgórza i nikn¹ za drzewami. pod rêkê. Wiêc id¹ oboje.

tylko Elka mog³a wiedzieæ o tym magazynie. które wypuszczam na ich u¿ytek. czuj¹c. to jedyn¹ osob¹. a jeœli by³ jeszcze jakiœ inny. z pozorn¹ obojêtnoœci¹. Mê¿czyzna w mundurze siorba³ resztê kawy ze szklanki w blaszanym koszyczku. jak pierwsze k³amstwo. przychodzi mi z ³atwoœci¹. Dyrektor poluŸni³ krawat. co mówi³em.wiedzieliœmy nic o puszkach z trotylem. mówili. rozbrojonych niewypa³ach. amunicji strzelniczej. na œcianê. bêdziecie odpowiadaæ za wspó³udzia³ w przestêpstwie. I teraz oni krzyczeli jeden przez drugiego. a M-ski bêbni³ palcami w lœni¹cy blat biurka i nie patrzy³ wcale na mnie. ¿e dzieñ póŸniej bawiliœcie siê jeszcze razem nad Strzy¿¹. Tamci s³uchali tego. by³a w³aœnie Elka i mo¿e dlatego zabra³ j¹ ze sob¹. a w poprawczaku naucz¹ was rozumu! – Nad Strzy¿¹ bawiliœmy siê dzieñ wczeœniej. – To wszystko ju¿ wiemy – krzykn¹³ nagle M-ski – bez waszej pomocy. bo nigdy nie pytaliœmy go. który teraz przypomina³ kompres na gard³o. gdzie ich szukaæ! – Nie ma ¿artów. ch³opcze – w³¹czy³ siê mundurowy. a zreszt¹ nawet gdybyœmy go zapytali. jeœli by³ jeszcze drugi magazyn. ¿e nie wyjdziemy st¹d. o czym te¿ oczywiœcie pojêcia nie mieliœmy. której Weiser móg³by powierzyæ tajemnicê. za zerwanym mostem. wiêc oni spêdzili ca³¹ noc poza domem i wy wiedzieliœcie o tym i wiedzieliœcie te¿. sk¹d bierze materia³ do swoich min. a nie dzieñ póŸniej – powiedzia³em. – Koledze musia³o siê coœ pomyliæ. to czy ktoœ taki jak on powiedzia³by chocia¿ s³owo? Nie. jaki zak³ada siê przy anginie. – Jeœli rozerwa³ ich niewypa³. dopóki sprawa siê nie 29 . grozili. Tylko dlaczego któryœ z was k³amie albo k³amiecie wszyscy razem i ka¿dy z osobna? – Tak – przerwa³ mu dyrektor – jeden z twoich kolegów zezna³. tylko gdzieœ wy¿ej. stawiali pytania.

tak ¿e musia³em na u³amek sekundy stawaæ ca³¹ stop¹ na pod³odze. bo nos mia³em zawsze delikatny i ma³o odporny na st³uczenia. ¿eby nad¹¿yæ za jego d³oni¹. W gabinecie zarz¹dzono przerwê. ¿e jeszcze nie wiszê w powietrzu. siedzieliœmy wiêc znów razem w trójkê. i wtedy nos bola³ okropnie i robi³ siê jeszcze bardziej zadarty ni¿ przez wszystkie lata od urodzenia. M-ski zaœ powtarza³ swoje pytanie wolno. chwyci³ mój zadarty nos w dwa palce i zapyta³. jak powoli mój nos sp³aszcza siê w jego t³ustych paluchach. kiedy przypominam sobie ten moment. Wreszcie puœci³ mnie wolno. ¿e nie dostaniemy nic do jedzenia ani do picia i bêdziemy tu tkwiæ. jakby to by³a pierwszomajowa manifestacja. czy w dolince widzia³em Weisera rze-czy-wiœ-cie po raz ostatni. na samych czubkach palców. Dzisiaj. bo najpierw musia³em unieœæ siê lekko do góry. a jeœli ktoœ znajdzie ten drugi magazyn (po którym zreszt¹ spodziewali siê czegoœ znacznie gorszego) i zdarzy siê jakieœ nieszczêœcie.wyjaœni. M-ski wsta³ z fotela. a mnie 30 . czuj¹c. sylabizuj¹c ka¿dy wyraz: „czy rzeczy-wiœ-cie po raz os-tat-ni?”. Wiedzia³em dobrze. Przekonywali mnie. ¿e niczego nie zrozumiej¹ i dlatego powtórzy³em to samo co przed chwil¹. raz w prawo. dziwi¹c siê. które M-ski stosowa³ na lekcjach przyrody. nazwa³bym to wyciskaniem s³onia ze specjaln¹ œrub¹. Tymczasem rêka M-skiego przesuwa³a punkt ciê¿koœci mojego cia³a raz w lewo. a¿ wyjawimy ca³¹ prawdê. podszed³ do mnie marszowym krokiem. Ale to nie by³o zwyczajne wyciskanie s³onia. lepiej wiêc przyznaæ siê od razu. to my bêdziemy i za to odpowiadaæ. Odpowiedzia³em twierdz¹co. a ja zatoczy³em siê pod œcianê i musia³em wytrzeæ rêkawem krew. a potem coraz wy¿ej stawa³em na palcach. ¿e s¹ gotowi siedzieæ tu z nami do rana albo jeszcze d³u¿ej. ¿e nasi rodzice s¹ ju¿ powiadomieni o tocz¹cym siê œledztwie. na sk³adanych krzes³ach w sekretariacie.

¿e gdyby nie Elka. kiedy w gabinecie dyrektora przygotowywano nastêpn¹ rundê przes³uchañ. ¿e nie mia³em racji. to nigdy przecie¿ nie dosz³oby do naszej znajomoœci z Weiserem. krzykn¹³: „Weiser Dawidek nie chodzi na religiê!” – a ktoœ inny przerobi³ to zaraz na – „Dawid. bardziej ni¿ doroœli. ¿eby podgl¹daæ nasze zabawy na brêtowskim cmentarzu i ¿eby podarowaæ nam stary. Dzisiaj wiem. A wtedy rzuci³a siê. choæ jeszcze trudniej przychodzi mi okreœliæ ich wzajemny stosunek. I pomyœla³em zaraz. ktoœ. zwyczajnie i banalnie. a lato tego roku nie ró¿ni³oby siê od innych wakacji ani wczeœniej. Tak. wyobra¿aj¹c sobie jej przedwczeœnie zaokr¹glone piersi. ani póŸniej. i efekt takiego posuniêcia by³ zaskakuj¹cy – puœciliœmy ich bez sprzeciwu. w których bywaliœmy okrutni. jestem o tym przekonany do dzisiaj. musia³a mieæ jakieœ przeczucie. siedz¹c w sekretariacie ze spuchniêtym nosem. d³ugie blond w³osy i czerwon¹ sukienkê. ¿eby broniæ Weisera. Czy ona go kocha³a?! Tak w³aœnie myœla³em. Weiser unika³by naszego towarzystwa i nigdy przez myœl by mu nie przesz³o. obok parafii Ojców Zmartwychwstañców. kiedy to w dzieñ odebrania œwiadectw z religii. Wczeœniej Elka odnosi³a siê z wyraŸn¹ pogard¹ do 31 . Weiser jest ¯ydek!”. zardzewia³y automat. zw³aszcza ¿e nigdy nie miesza³a siê do naszych bójek i porachunków. bo tam. niekoniecznie z przodu. zanim frunê³a jego kraciasta koszula i zanim Elka wyst¹pi³a w jego obronie.wydawa³o siê. ¿e s³yszê chóralnie skandowany wierszyk pod adresem Weisera. od momentu kiedy odeszli wzd³u¿ koœcielnego p³otu przynaglani naszymi kamieniami. wcale nie ze strachu przed jej pazurami. wyprodukowany przez firmê Schmeiser w roku czterdziestym trzecim. jakby Weiser by³ jej m³odszym bratem. tak przypuszcza³em wtedy. spuœcilibyœmy mu bu³y i na tym pewnie by siê skoñczy³o. gdy Elka rzuci³a siê wówczas z pazurami. Dawidek. noszon¹ w upalne dni.

32 . ani o naszym mieœcie z tamtego czasu. gdy graliœmy mecz na murawie obok pruskich koszar. co my poczuliœmy parê tygodni póŸniej. od czego przechodzi³y ciarki i pr¹d elektryczny lata³ po ca³ym ciele. to nie jest pisanie ksi¹¿ki o Weiserze ani o nas sprzed kilkudziesiêciu lat. nastêpnie poczyniono jakieœ kroki. w której by³ najwa¿niejszym po dyrektorze cz³owiekiem – nic mnie to nie obchodzi i jeœli postanowi³em zapisaæ wszystko. skoczyæ z górnego pomostu mola na g³ówkê albo celnie podaæ pi³ki. którzy nie umieli dop³yn¹æ do czerwonej boi. bo na pla¿y uwijali siê od rana mê¿czyŸni z drewnianymi grabiami. i zgarniali nimi zwa³y rybich zew³oków. przysparzaj¹c w³adzom miejskim coraz to nowych k³opotów. ani o szkole. Muszê jednak uporz¹dkowaæ fakty. A zatem: Mija³y pierwsze dni lipca. takimi jak do zbierania siana. ani tym bardziej o M-skim i epoce. to tylko ze wzglêdu na Weisera. polewano benzyn¹ i palono. które nastêpnie wywo¿ono ciê¿arówkami na œmietnisko miejskie. bez pominiêcia ¿adnego. Tak. Musia³a poczuæ to. wie o tym dobrze. W upale i duchocie miasto pozbawione zatoki zdawa³o siê ledwie dychaæ. przypomnieæ sobie zapach tamtego lata. najdrobniejszego nawet szczegó³u. A¿ nagle zobaczy³a w chudym i przygarbionym Weiserze kogoœ bardzo wa¿nego i rzuci³a siê na nas z pazurami. ¿e ta dziwna epidemia przeminie sama. Pocz¹tkowo ufano. aby zmieni³a siê w ci¹gu u³amka sekundy. Bo w takich wypadkach drobiazg okazuje siê czasem kluczem otwieraj¹cym wrota i ka¿dy. widz¹c Weisera w piwnicy starej cegielni – coœ. kiedy zupa rybna wype³ni³a pla¿e zatoki. To w³aœnie zmusi³o mnie do podró¿y do Niemiec i to w³aœnie ka¿e mi teraz spisaæ wszystko od pocz¹tku. i nie robiono nic. kto choæ raz zetkn¹³ siê z czymœ niewyt³umaczalnym. a zupa rybna gêstnia³a i gêstnia³a. Niemo¿liwe.tych.

STANIS£AW HUECKEL W „nowym domu”. Wrzeszcz 1946 .

i¿ smród na pla¿y jest jeszcze wiêkszy. co widzi w chudym i s³abowitym Weiserze. innym znów razem Piotr przyuwa¿y³ ich. a roje wielkich much unosz¹ siê nad zawiesin¹ jak szarañcza. po którym od czasu wojny nie jeŸdzi³ ¿aden poci¹g. dlaczego Elka nie bawi siê z nami. Tylko czasami przysz³o nam do g³owy. do zerwanego mostu gdzie Strzy¿a przep³ywa pod kolejowym nasypem. a nastêpnie szuka³ nas na cmentarzu za Bukow¹ Górk¹. i na przemian. co drugi dzieñ rano któryœ z nas wsiada³ w tramwaj i jecha³ do Jelitkowa zobaczyæ. pêczniej¹cych w s³onecznym upale. W cieniu cmentarnych drzew by³o przyjemniej ni¿ na podwórku i ulicy. Ktoœ widzia³ ich na Starówce obok studni Neptuna. Ale na wiadomoœci te nie zwracaliœmy szczególnej uwagi. skoro w³óczy siê z nim po ca³ych dniach w ró¿nych czêœciach miasta. ¿e Weiser z Elk¹ przesiadywali najczêœciej na ³¹ce obok lotniska. ca³kiem jak w filmach o wojnie wyœwietlanych w kinie „Tramwajarz”. Przypominano równie¿. zupe³nie jakby odmawia³ 34 . jak szli a¿ za Brêtowo. ¿e od dwóch miesiêcy. maj¹c he³m i automat podarowany nam przez Weisera. który siedzia³ na p³ycie i mamrota³ coœ pod nosem. ¿eby donieœæ. a gazety donosi³y o masowym umieraniu kotów i psów w dzielnicach przylegaj¹cych do zatoki. a tak¿e. Któregoœ dnia obok krypty z gotyckim napisem zobaczyliœmy mê¿czyznê w pi¿amie i szpitalnym szlafroku. raz jako partyzanci padaliœmy od kul. A my w tym czasie buszowaliœmy po brêtowskim cmentarzu. to jest od pocz¹tku maja. ¿eby zapytaæ samych siebie. jak wygl¹da rybna zupa i czy aby nie ustêpuje. raz jako Niemcy. co starzy ludzie z upodobaniem t³umaczyli jako karê bosk¹. ktoœ inny da³by sobie rêkê uci¹æ. nie spad³a ani jedna kropla deszczu. przybywa³o.Dzia³ania te mia³y jednak efekt odwrotny od zamierzonego – zdech³ych kolek.

Skoro wiêc trafi³a siê okazja. Piotr radzi³ iœæ do szpitala i powiedzieæ.. w którym nie oddaje siê Jemu.godzinki. po³o¿onym podobnie jak ten brêtowski z cmentarzem nieopodal lasu – proboszcz Dudak tak samo jak starzy ludzie mówi³. jak wygl¹da taki szaleniec. A ja pytam was. jest prawdziwe. póki jeszcze czas – krzycza³ z ambony w ostatni¹ niedzielê. có¿ to za œwiat. tylko staliœmy wokó³ niego. co proboszcz Dudak mówi³ w swoich p³omiennych kazaniach o szaleñcach wyrzekaj¹cych siê Boga. póki jeszcze pora. nie zdradza³ zaniepokojenia i gestem r¹k pokaza³. nie czcijcie fa³szywych proroków i ba³wanów. có¿ to za œwiat. przez których nie mo¿emy k¹paæ siê tego lata w Jelitkowie i. skoro traf przys³a³ na cmentarz mê¿czyznê w szpitalnym szlafroku. œwiat chc¹ budowaæ od nowa. ¿e Bóg daje wam znaki swojego gniewu. a my rozumieliœmy wtedy. w którym zniknie wiara. – Nie wyrzekajcie siê Boga. Otoczony przez nas ko³em. sk¹d wzi¹³ siê tutaj – by³ uciekinierem ze szpitala dla czubków. Bo proboszcz Dudak w naszym parafialnym koœciele Zmartwychwstañców. gdzie przebywa poszukiwany zapewne uciekinier. którzy ufaj¹c tylko we w³asne si³y. Nie b¹dŸcie jak ci szaleñcy. który po drugiej stronie szosy wychodz¹cej z miasta piêtrzy³ siê na wzgórzu czerwono-szar¹ bry³¹. – Poprawcie siê. ale nikt z nas nie widzia³ prawdziwego wariata i chcieliœmy przekonaæ siê.. ¿e zupa w zatoce i susza to s¹ znaki dawane od Boga. zakrzyczeliœmy Piotra i nie pobiegliœmy na Srebrzysko. Sami widzicie. pytam siê was i ostrzegam. ¿e s¹ szaleñcy. nie dawajcie wiary szaleñcom. przygl¹daj¹c siê ciekawie jego po35 . bo On odwróci siê od was. Stworzycielowi i Odkupicielowi czci najwy¿szej. ¿eby zadenuncjowaæ uciekiniera. czy to. – w tak p³omiennym stylu proboszcz Dudak na przemian straszy³ i prosi³ swoich parafian. ludzie ma³ej wiary. opamiêtajcie siê. chcieliœmy sprawdziæ.

Póki nie bêdzie wylany na nas duch z wysokoœci. albowiem przest¹pili prawa. o co chodzi w tych s³owach. albowiem Pan mówi³ to s³owo. który uciek³ od czubków ze Srebrzyska. odmienili ustawy. by³y jednak tak porywaj¹ce i wznios³e. Przeto. Wtedy mê¿czyzna ruchem rêki pokaza³. i po³y jego brudnego szlafroka przypomina³y wielkie ¿ó³te skrzyd³a. P³akaæ bêdzie i upadnie ziemia. a nie obróci siê pustynia w pole urodzajne. to na pewno nie z gatunku tych. jakby chcia³ stan¹æ jeszcze wy¿ej. a rozproszy obywateli jej. a zniszczej¹ obywatele jej. A on podnosi³ rêce do góry. stan¹³ na krypcie i wznosz¹c do góry lufê. – A tak bêdzie nachylony cz³owiek – mówi³y dalej ¿ó³te skrzyd³a – a zacny m¹¿ poni¿ony bêdzie i oczy wynios³ych zni¿one bêd¹. Nie mówi³ do nas nic i Szymek jako najodwa¿niejszy na³o¿y³ mu na g³owê zardzewia³y he³m. ¿e chce obejrzeæ nasz zdezelowany automat. Ale jeœli by³ to szaleniec. s³uchajcie przeto s³ów. jakie wam dajê na œwiadectwo! Oto Pan obna¿y ziemiê i przemieni oblicze jej. unosi³ siê na palcach. zw¹tleje i obali siê okr¹g ziemski. ¿e s³uchaliœmy mê¿czyzny w pi¿amie z zapartym tchem. zacz¹³ do nas przemawiaæ piêknym. ¿e to wariat. o których grzmia³ z ambony proboszcz Dudak. gdyby tylko zechcia³. Dlatego przekleñstwo po¿re ziemiê. dlatego popaleni bêd¹ obywatele ziemi. na których móg³by ulecieæ ponad Bukow¹ Górkê albo jeszcze dalej. Wielce obna¿ona bêdzie ziemia i bardzo z³upiona. a pole urodzajne za las poczytane nie bêdzie! 36 .marszczonej twarzy i przydeptanym kapciom. zemdlej¹ wszystkie narody ziemskie. zapominaj¹c zupe³nie. naruszyli przymierze wieczne! Nie bardzo rozumieliœmy. a kiedy ju¿ trzyma³ w rêkach schmeiser. ¿e ta ziemia splugawiona jest przez obywateli. a ma³o ludzi zostanie. donoœnym g³osem: – Bracia! S³owo Pañskie zamieszka³o w uchu moim. potrz¹saj¹c przy tym naszym automatem.

Tymczasem skrzyd³a zwinê³y siê. a on od³o¿y³ automat na poprzeczn¹ belkê i odwi¹zawszy sznur. choæ po³o¿ona na nieczynnym cmentarzu. mówiê. którzy stanowi¹ prawa niesprawiedliwe. która. nie mam ¿adnych w¹tpliwoœci. prowadzi³ nas zaroœniêt¹ mchem œcie¿k¹ w stronê spróchnia³ej dzwonnicy. s³u¿y³a proboszczowi brêtowskiego koœció³ka w niedzielê i œwiêta. ¿e jedyn¹ osob¹. którzy stanowi¹ prawa niesprawiedliwe. Pan Zastêpów. Tylko ¿e nie by³o go wtedy z nami. bo i œwiat³o zaæmi siê przy wytraceniu! Staliœmy ju¿ przy dzwonnicy. która zrozumia³aby wówczas s³owa ¿ó³toskrzyd³ego mê¿czyzny. a nie jeden – przy wspania³ym dŸwiêku tych dzwonów mê¿czyzna w szlafroku powtarza³ niczym refren pieœni: – Biada tym. 37 . w poœrodku tej wszystkiej ziemi. a oto ciemnoœci i ucisk. Wytracenie. zacz¹³ go ci¹gn¹æ. biada tym. siedzia³ pewnie w tym czasie z Elk¹ w piwnicy nieczynnej cegielni albo w³óczyli siê gdzieœ po suchych ³¹kach.Kiedy przypominam sobie dzisiaj ten czysty. naznaczone uczyni Pan. okalaj¹cych lotnisko. – I teraz przy olœniewaj¹cych dŸwiêkach brêtowskich dzwonów. który przyjdzie jako spustoszenie od Wszechmocnego. mê¿czyzna zeskoczy³ z grobowca i przemawiaj¹c dalej. bo w przeciwieñstwie do naszej parafii by³y tu trzy dzwony. – Kwilcie – g³os mê¿czyzny nabra³ teraz zdwojonej mocy – albowiem blisko jest dzieñ Pañski. nisko brzmi¹cy g³os. Có¿ uczynicie w dzieñ nawiedzenia i spustoszenia. które z daleka przyjdzie? Tedy spojrzymy na ziemiê. jakie mo¿na by³o us³yszeæ na kazaniach proboszcza Dudaka: – Dlatego rozszerzy³o piek³o gard³o swoje a rozdar³o nad miarê paszczêkê swojê. Razem z pierwszymi dŸwiêkami spi¿u us³yszeliœmy jeszcze s³owa du¿o piêkniejsze od tych. by³ Weiser.

bo nigdy nie s³yszeliœmy jej w koœciele.. Zbli¿a³ siê niebezpiecznie szybko i wygra¿a³ w naszym kierunku zaciœniêt¹ piêœci¹. tak. – Wandale! – wygra¿a³ ku³akiem. jak spod ziemi wyrós³ miêdzy sosnami M-ski z teczk¹ w jednej rêce. to jest prawdziwy pomornik górski. – Nie macie czego tu szukaæ – kuœtyka³ coraz szybciej. – i przyspiesza³ kroku. podrodzina pierwsza – Liguliflorae. a znalaz³em go tutaj. a¿ do granicy cmentarza. na pó³nocy. – Chuligani! – krzycza³ jeszcze g³oœniej. ani te¿ masowa. Oderwany od swojego zajêcia patrzy³ na nas rybim wzrokiem. bo to by³a na pewno pieœñ. Arnica montana.Staliœmy wokó³ i nawet niektórzy z nas ko³ysali siê do rytmu tej pieœni. ch³opcy? Widzicie tê roœlinkê? Jest piêkna. w morenowym otoczeniu! Kwitnie w czerwcu b¹dŸ w lipcu i to siê zgadza. Razem z ¯ó³toskrzyd³ym rzuciliœmy siê do ucieczki w stronê Bukowej Górki. któr¹ wyznacza³y betonowe podmurówki nieistniej¹cych od dawna s³upków. roœnie na ³¹kach górskich. – Bezbo¿nicy! – krzycza³. lecz koœcielny postanowi³ goniæ nas dalej. ale przeszkodzi³ temu kulawy koœcielny. tyle ¿e nie koœcielna. – To ju¿ nie potraficie œwiêtego miejsca uszanowaæ? Precz mi st¹d. bo na lekcjach muzyki œpiewaliœmy tylko masowe pieœni. – O co chodzi. nieprawda¿? Powiedz mi – zwróci³ siê do mnie – jaka to bêdzie rodzina? Nie wiesz. niebywa³e. a tej tam nie by³o. 38 . po polsku: skupieñce. a jak¹œ roœlin¹ w drugiej. a jego kom¿a coraz wyraŸniej biela³a na tle leszczynowych zaroœli. – To jest rz¹d Aggregatae. co? – ucieszy³ siê jak na lekcji. po polsku: jêzyczkokwiatowe. – Nieboszczykom spokój zak³ócaæ! I gdyœmy ju¿ byli poza granic¹ cmentarza. kuœtykaj¹cy w nasz¹ stronê. nagle. bo jak zaraz.. Mo¿e za chwilê wszyscy podchwycilibyœmy jej s³owa i przejmuj¹c¹ melodiê i w ten sposób sta³aby siê przynajmniej w ograniczonym sensie masow¹.

Nastêpnie wrzuci³ Arnica montana do swojej teczki i odszed³. pewne szczegó³y i wydarzenia dopiero z odleg³ej perspektywy nabieraj¹ racji istnienia.. a my dopiero teraz zauwa¿yliœmy brak ¯ó³toskrzyd³ego.. – Nie z panem?! – zez³oœci³ siê koœcielny.. panie. Ja do dyrekcji szko³y list poœlê z zapytaniem. ani nie wywo³ywaæ z pamiêci pomornika górskiego z w³ochat¹ ³ody¿k¹ i ¿ó³tym. ¿e jeœli zobaczy nas choæby w okolicy cmentarza. ten. – Jak to nie z panem?! Sam widzia³em. zdaje siê. nie wspominaæ s³owem o trzech dzwonach brêtowskiego cmentarza. Co gorsza. „jezuityzm”. M-ski spurpurowia³ i wyrzuci³ z siebie jednym tchem potok pe³en gróŸb i ostrze¿eñ. który umkn¹³. nie przypominaæ wariata w pi¿amie i ¿ó³tym szlafroku. i po co to takie psie figle? Czy proboszcz przychodzi do szko³y dzwoniæ w czasie lekcji? Nie! Wiêc od koœcio³a proszê trzymaæ siê z daleka! Tego ju¿ by³o za wiele.. korzystaj¹c z zamieszania. „obskurantyzm” i „zacofanie” powtarza³y siê bardzo gêsto. – Ja tu. nie pozbieramy siê w przysz³ym roku szkolnym. Tylko ¿e w tej historii. rozczapierzonym kwiatem. jak ci¹gnêliœcie razem dzwony. Tak. który znaj¹c nauczyciela przyrody. bardziej..Dalsze rozwa¿ania M-skiego o niezwyk³ym odkryciu przerwa³ koœcielny. nie zawaha³ siê uczyniæ ostrych wymówek: – Pan darwinista nie musi z m³odzie¿¹ zak³ócaæ spokoju œwiêtych miejsc – mówi³. – pl¹ta³ siê M-ski – ja tu jestem prywatnie.. zabra³ ze sob¹ wehrmachtowski he³m i zardzewia³y schmeiser. a ci ch³opcy to nie ze mn¹. tego dnia nie by³o z nami Elki ani Weisera i móg³bym w³aœciwie nie zapisywaæ niczego. ³¹cz¹ siê ze sob¹ i nie spo39 . w którym s³owa „prowokacja”. ni¿ w innych. pogroziwszy. Koœcielny te¿ odszed³. sapi¹c – bo to siê nie godzi. „kler”. czy dla nauki trzeba po cmentarzach ha³as robiæ.

pomiêdzy rzêdami po¿ó³k³ej fasoli. gdyby nie brêtowskie dzwony. a nie w nozdrza. wiedzieliœmy. Naturalnie. szli przez rachityczny. gdyby nie ¯ó³toskrzyd³y. mówi¹c. ¿ona w³aœciciela odwa¿a³a jab³ka i ogórki. a lep zwisaj¹cy pod sklepow¹ lamp¹ przypomina³ w³ochat¹ ³apê paj¹ka. nasza uwaga nie skupi³aby siê na Weiserze tak. Od samego rana przed sklepem Cyrsona ustawi³a siê d³uga kolejka spragnionych oran¿ady. robi³y awantury i jak ona zanosi³y przed oblicze Pana Boga swoje utrapienia i nieszczêœcia. spalony s³oñcem ogródek. I nagle zobaczyliœmy Weisera z Elk¹ wychodz¹cych tylnymi drzwiami kamienicy. Bo myœlê. gdyby nie Arnica montana. Na razie jednak s³oneczny ¿ar zabija³ wszelk¹ chêæ do ¿ycia. w wiêkszoœci pracuj¹cy w stoczni i w wiêkszoœci w dzieñ wyp³aty wracaj¹cy pijani do swoich ¿on. groŸba M-skiego pod naszym adresem. pani Korotkowa z pustym koszykiem przemierza³a podwórko. ¿e taka pogoda nic dobrego wró¿yæ nie mo¿e. które tak samo jak pani Korotkowa za³amywa³y rêce. a nad ca³¹ dzielnic¹ unosi³ siê md³y zapach z masarni po³o¿onej za sklepem Cyrsona. bo to dzieñ wyp³aty. Wylinia³y kot wylizywa³ w cieniu kasztana swoje rany. wznosz¹c tumany wolno opadaj¹cego kurzu.sób – jeœli siê o tym wszystkim myœli – traktowaæ ich oddzielnie. która tego lata nie 40 . ¿e jej m¹¿ pracuj¹cy w stoczni wróci tego popo³udnia pijany w sztok. Nie czêœciej ni¿ raz na godzinê po kocich ³bach naszej ulicy przeje¿d¿a³ z ha³asem jakiœ samochód. a naszych matek. maj¹c wiatr z ty³u. aby on zechcia³ to zauwa¿yæ. Na podwórku pani Korotkowa rozwiesza³a bieliznê. ¿e przez ca³y ten czas Weiser czeka³ jak doœwiadczony myœliwy na moment. w którym zwierzyna traci orientacjê. Podobnie zreszt¹ jak nasi ojcowie. On po prostu bada³ sobie znanymi sposobami nasz¹ gotowoœæ. Oblepione butelki kr¹¿y³y z r¹k do r¹k. Nastêpnego dnia nie poszliœmy wiêc przez Bukow¹ Górkê do Brêtowa.

tylko przy wyj¹tkowych okazjach. ¿e Weiser wyci¹ga coœ z kieszeni i pokazuje Elce. ³¹cz¹cego Górny Wrzeszcz z Zasp¹ ponad torami kolejowymi. z którego schodzi³o siê na przystanek. Elka i Weiser minêli tory tramwajowe obok pêtli dwunastki. to na pewno cieñ wielkich klonów jest najprawdziwszy na œwiecie. Weiser z Elk¹ zatrzymali siê na wiadukcie i patrzyli przez jakiœ czas w stronê lotniska. Nie wiem. ale pamiêtam. Klony musia³y rosn¹æ w tym miejscu ju¿ bardzo dawno i kiedy stawiano drewniane magazyny fabryczki. przylegaj¹ce do ulicy Pilotów. ni¿ mo¿e wy³owiæ to z przesz³oœci moja pamiêæ. – Poczekaj – powiedzia³ i pobieg³ do domu po francusk¹ lornetkê. ze skalowan¹ podzia³k¹ w obu okularach. a Elka siê œmia³a. Na razie nie potrzebowaliœmy lornetki tkwi¹cej w skórzanym futerale. ale Szymek mnie wstrzyma³. któr¹ jego dziadek zdoby³ pod Verdun w czasie I wojny. 41 .wyros³a nawet do po³owy tyczek. gdy ze strychu kamienicy ogl¹daliœmy po¿ar chiñskiego masowca. pamiêtam te¿. Tr¹ci³em w bok Szymka. tylko zrobiono dziury w szopach. Cieñ starych drzew chroni³ nas skutecznie i jeœli cokolwiek tego dnia by³o inaczej. bo ci na wiadukcie byli wy¿ej od nas o dwa zakrêty stromej w tym miejscu drogi. Szli i Weiser mówi³ coœ do niej. Tak wiêc staliœmy w cieniu drzew wyrastaj¹cych wprost z dachu i Szymek zaczyna³ siê niecierpliwiæ. ¿e stanowi³a dla nas przedmiot po¿¹dania i zazdroœci i pewnie dlatego Szymek wynosi³ j¹ z domu bardzo rzadko. rok wczeœniej. który zawin¹³ do Nowego Portu z ³adunkiem bawe³ny. Staliœmy ukryci za p³otem fabryki papieru i widzieliœmy. udaj¹c siê ulic¹ Pilotów w stronê wiaduktu. drzew nie wyciêto. jak wtedy. czy Szymek ma j¹ jeszcze dzisiaj. ¿eby iœæ za nimi. ¿e to by³a lornetka artyleryjska. a ona bierze to do rêki i uwa¿nie ogl¹da.

Dalej. Otó¿ nic bardziej myl¹cego – kêpa ¿arnowca.– Co oni tam robi¹ – pyta³ i ju¿ chcia³ siêgaæ po lornetkê. przeznaczonych do ko³owania. kiedy ruszyli w stronê lotniska. ¿e oni siê bawi¹ w wizytê u doktora. wyci¹gaj¹c z futera³u lornetkê. po lewej stronie. – Ja ci mówiê. tam gdzie koñczy³o siê l¹do42 . hangarami i zwisaj¹cym w bezruchu rêkawem w kolorowe pasy. biegn¹c prostopadle do morza w kierunku pó³nocnym. – Zupe³nie nie boj¹ siê stra¿y – z uznaniem powiedzia³ Szymek. od którego pas startowy zaczyna³ siê w³aœnie na po³udniowym krañcu lotniska. ¯ó³to-niebieska kolejka przemknê³a gdzieœ pod nami. Je¿eli piszê „przylega³a” to ktoœ mo¿e pomyœleæ. – W co? – zapyta³em z niedowierzaniem. – Gdzie oni znikli?! – emocjonowa³ siê Szymek. Po naszej prawej stronie widaæ by³o jak na d³oni stary Wrzeszcz. ¿e ta cholernie wa¿na kêpa by³a gdzieœ w po³owie d³ugoœci pasa albo przy jednym z jego bocznych odnó¿y. ceglastoczerwonym kolorem i wie¿ami koœcio³ów. Elka i Weiser zniknêli w gêstych krzakach ¿arnowca. a na wprost ci¹gnê³o siê lotnisko z ma³ym budynkiem dworca pasa¿erskiego. którzy przez dziurê w p³ocie przedostawali siê akurat na teren lotniska. bardzo daleko. których kêpa przylega³a do pasa startowego. celuj¹c w kêpê ¿arnowca. by³a punktem. czego tam szukaj¹ – i przytkn¹³ do oczu ciemnobr¹zowe rury. a my. – Jasny gwint – powiedzia³ (bo tak siê wtedy mówi³o). – On jej zdejmuje majtki i wszystko co trzeba ogl¹da! Ale gdzie oni s¹? – Sta³ wsparty o ¿eliwn¹ balustradê wiaduktu i obraca³ pokrêt³ami okularów. – A teraz zobaczymy. majaczy³y zarysy Oliwy. – W wizytê u doktora – powtórzy³ Szymek. ju¿ na wiadukcie. w której znikli Elka i Weiser. z jego ciemnym. œledziliœmy Weisera i Elkê.

Gdy czarne kreski podzia³ki zamajaczy³y mi w okularze na tle kêpy ¿arnowca. – Przecie¿ nie wychodzili z krzaków – i poda³ mi lornetkê niezdecydowanym ruchem. a drug¹ ka¿de z nich wczepia³o siê w korzenie ¿arnowca. Krzaki ¿arnowca. widaæ by³o bia³¹ nitkê pla¿y. unosi kolana jeszcze wy¿ej. nie odrywaj¹c siê od ziemi. i widaæ. a z nimi biodra. poczu³em siê jak oficer francuskiej artylerii zabity pod Verdun. Elka. Krzaki ¿arnowca jak œciête k³ad¹ siê od podmuchu. co zobaczy³em w kilka sekund póŸniej. – Gdzie oni mogli znikn¹æ? – powtarza³ Szymek. wypatruj¹c nadlatuj¹cego i³a. Bo to. wygl¹da. Maszyna jest dziesiêæ. nie podnosi te¿ kolan. jak jej czerwona sukienka. 43 . i jak niecierpliwie unosili g³owy. poruszy³y siê i dopiero teraz zobaczy³em ich dwoje. min¹³ Bukow¹ Górkê i zbli¿a³ siê do wysokoœci wiaduktu i torów kolejowych. zatokê i statki oczekuj¹ce na redzie. Weiser ma równie¿ otwarte usta.wisko. poderwana uderzeniem powietrznej fali. od strony wzgórz zabucza³ ciê¿ko samolot. jakby krzycza³a ze strachu. trzymali siê za rêce. a od kêpy ¿arnowca i pocz¹tku pasa dzieli j¹ odleg³oœæ s³abego rzutu kamieniem. które w tym miejscu by³y grube i popl¹tane. a ja celowa³em w czerwon¹ sukienkê Elki i jej go³e kolana. oni le¿eli na wznak z wyci¹gniêtymi nogami. kiedy ogromne i lœni¹ce cielsko samolotu zdawa³o siê dotykaæ brzuchem kêpy ¿arnowca. trzymaj¹c siê za rêce. Tylko ¿e to nie by³a zabawa w lekarza i pacjenta. ods³ania czarny punkt miêdzy nogami. Samolot obni¿aj¹c lot. te najbli¿sze betonowego pasa. za naszymi plecami. Elka unosi kolana do góry i twarz jej wykrzywia grymas. widzia³em w absolutnej ostroœci. jak le¿eli obok siebie. usta ma otwarte. W³aœnie kiedy poprawia³em ostroœæ. osi¹gaj¹c wreszcie idealn¹ ostroœæ. bo rozstawa³ siê z ni¹ niechêtnie i zawsze na krótko. ale nie wykrzywione. mo¿e piêtnaœcie metrów nad ziemi¹.

Ale to nie s¹ ¿adne majtki. I ju¿ jest w³aœciwie po wszystkim. którzy w drodze powrotnej zahaczyli jeszcze o bar „Liliput”. Popo³udniem upa³ zel¿a³ trochê. skoro kamienica nasza mia³a po jednej ³azience na piêtro. faluj¹ce i tkliwe. rêka Weisera spoczywa³a w tym samym miejscu i to nie ona podnios³a czerwon¹ sukienkê Elki. Przez ca³y czas. Tak. bo oboje wstaj¹ i prêdko biegn¹ w kierunku p³otu. po³o¿ony naprzeciwko ewangelickiej kaplicy. ale ich liczba topnia³a z roku na rok do tego stopnia. ¿e to nie by³o to. Szymek wyrywa mi lornetkê i przyk³adaj¹c do oczu. ¿e srebrzysty i³ 14 podnosi³ czerwon¹ sukienkê Elki. to coœ pokrywaj¹ce siê z punktem 0 podzia³ki artyleryjskiej w okularze francuskiej lornetki spod Verdun. czy te¿ to. a przez otwarte okna mieszkañ dobiega³y odg³osy domowych awantur. ¿adna tam bielizna. ¿e nie mogli utrzymaæ swojej œwi¹44 . to przypominaj¹ce trójk¹t zjawisko niknie zaraz w fa³dach czerwonej sukienki. czego pragn¹³by Szymek. bo to czarne. co zdziwi³o mnie bardziej – czy to. Wracali ostatni niedopici. skoro tylko wielki i³ dotknie ko³ami betonowej nawierzchni pasa. takie samo jak u mojej matki albo starszej siostry Piotra. ¿eby unikn¹æ pogoni stra¿nika uzbrojonego w strzelbê. Gmina ewangelicka w naszej czêœci miasta mia³a wprawdzie czynnych wyznawców. sp³oszy³ ich samolot! Ale ja wiedzia³em ju¿ wtedy. ods³oniête przez czerwon¹ sukienkê za spraw¹ hucz¹cego samolotu jest dziwnie miêkkie. kiedy samolot nadlatywa³. wiedzia³em ju¿ wtedy. ¿e pomiêdzy jej nogami by³o to czarne. ¿e Elka za poœrednictwem Weisera pozwala samolotom na dziwne i ekscytuj¹ce zabawy. trójk¹tne zjawisko. w której mia³o byæ urz¹dzone nowe kino. dziesiêæ albo piêtnaœcie metrów za nimi. która opada na biodra i kolana Elki. uniesione lekko do góry. bawili siê jednak w lekarza. I nie wiem. krzyczy: – Widzisz. o czym trudno by³o nie wiedzieæ.

– Weiser zwróci³ siê do niej w ten w³aœnie sposób: „Powiedz im” – pamiêtam to doskonale. co oznacza to s³owo. a nie tylko temu ¯ydkowi z pierwszego piêtra. a wszyscy ch³opcy wiedzieli ju¿ od Szymka. wy. A przecie¿ mia³a nas wszystkich jak na d³oni i równie dobrze móg³ powiedzieæ po prostu: „B¹dŸcie jutro przy wejœciu do zoo o dziesi¹tej”. ty draniu skoñczony!”. umiecie tylko kopaæ pi³kê i wybijaæ sobie zêby. obok g³ównego wejœcia. nazywani przez ludnoœæ nap³ywow¹ Niemcami. – Bo nic – odparowa³a. ¿e Weiser chodzi z Elk¹ na lotnisko. – On potrafi wszystko.. co zechce. Jego nawet zwierzêta s³uchaj¹! – Ehe. co nie zawsze pokrywa³o siê z prawd¹. bo przyskoczy³a do Szymka z pazurami i mielibyœmy niechybnie now¹ bójkê. powiedz im. Elka podesz³a do ³awki. gdyby nie g³os z pierwszego piêtra. z radia dobiega³y dŸwiêki skocznego oberka. i jej oczy ciska³y b³yskawice. us³yszeliœmy nagle: – Dobrze. wy. – To mo¿e on potrafi zatrzymaæ rozpêdzony samochód albo samolot w powietrzu? Ta ostatnia uwaga zabola³a Elkê najbardziej. chocia¿ nie wszyscy zapewne umieliby okreœliæ. Ale on wola³ zwróciæ 45 .. ¿eby j¹ macaæ. szczeniaki g³upie? Wszystko. – G³upi smarkacze i œmierdz¹ce gnojki. któryœ z nich zawo³a³. Przez otwarte okno ca³¹ scenê obserwowa³ Weiser i gdy paznokcie Elki mia³y siê ju¿ zatopiæ w twarzy i w³osach Szymka. mo¿e zrobiæ.. he – wyœmia³ j¹ Szymek. Pani Korotkowa krzycza³a na swojego mê¿a: „Ty ³achudro. ¿eby jutro przyszli do zoo.. rozumiecie. – Jesteœcie g³upi – wycedzi³a przez zaciœniête zêby. I kiedy Elka sz³a przez podwórko.tyni. Przewa¿nie byli to starzy gdañszczanie. nic wiêcej! – Bo co?! – zabrzmia³o zaczepnie. ¿eby siê da³a pomacaæ tak¿e nam. na której siedzieliœmy. o dziesi¹tej.

– Macie byæ o dziesi¹tej przed bram¹ zoo. który tego dnia by³ w Jelitkowie. kolektywu. w tym miejscu. dlaczego nikt nie pomyœla³.siê do niej i tak by³o tak¿e póŸniej. Wieczorem starzy ludzie wylegli na ³awki i spogl¹dali w niebo. gdzie ci¹gle znajduj¹ niewypa³y i amunicjê. – Dlaczego ch³opcy nie wyjechali na wakacje? Przecie¿ pan wie – kontynuowa³ prokurator – równie dobrze jak ja. kiedy zaprasza³ nas na swoje spektakle w dolince za strzelnic¹. a dyrektor nie poluŸnia³ krawata. zreszt¹. s³abo widaæ i bez prawdziwej wiary. ¿e w tych œrodowiskach (akcent by³ na „tych”) rodzice z braku czasu i umiejêtnoœci pedagogicznych trac¹ wp³yw na dorastaj¹ce dzieci. jak pan Korotek bije swoj¹ ¿onê pasem zdjêtym ze spodni i jak ona wzywa pomocy wszystkich œwiêtych. to zobaczycie – ale nie powiedzia³a. Piotr. bo ten by³ ju¿ ca³kiem rozwi¹zany. 46 . tylko posz³a dalej. czy ja mam was uczyæ? Tylko w ubieg³ym roku mieliœmy w ca³ej Polsce kilkanaœcie podobnych wypadków i jestem przekonany. – S³yszeliœcie – powtórzy³a Elka. – Koniec! Raz wreszcie nale¿y z tym skoñczyæ! Dlaczego ci ch³opcy nie byli na ¿adnym obozie. bo przez otwarte okno co rusz dobiega³y nas s¹¿niste plaœniêcia i rozpaczliwe jêki. a wstêpu na pla¿ê broni¹ wielkie tablice z podpisami w³adz wszystkich trzech miast po³o¿onych nad zatok¹. donosi³. hufcu pracy. szko³y. ¿eby zaj¹æ ich czas. jest wasza rola. Pan za to w czêœci jest równie¿ odpowiedzialny – g³os prokuratora brzmia³ teraz wysokim tembrem. a my s³uchaliœmy teraz. na kolonii. ¿e zupa rybna nabra³a teraz fioletowego koloru i cuchnie jeszcze mocniej ni¿ przedtem. i tu. ¿eby nie pa³êtali siê po wertepach. co zobaczymy. szukaj¹c zapowiadanej komety. a my graliœmy w pi³kê na zesch³ej trawie obok pruskich koszar.

ale i wszystkich okolicznych domów. ¿e to by³ niewypa³. ¿e oni wci¹¿ s¹ na fa³szywym tropie. Gubili siê w naszych zeznaniach. ¿eby przestrzec m³odzie¿ przed niebezpieczeñstwem tego rodzaju? Wiecie ju¿. Nie wszystko przez uchylone drzwi gabinetu dociera³o. co mówi³ dyrektor i M-ski. dyrektor. widzieliœmy ich odchodz¹cych pod górê. – Niemcy zostawili po sobie niejeden zakopany arsena³ – mówi³ znów prokurator – i to jest najtragiczniejsze ¿niwo wojny (akcent na „najtragiczniejsze”) w dzisiejszych czasach! Tymczasem ani jedna lekcja nie by³a poœwiêcona w waszej szkole temu zagadnieniu (akcent na „waszej”). ile tego by³o w cegielni? Mamy dok³adne dane: starczy³oby na wysadzenie w powietrze nie tylko tego budynku. w dolince. Powiedzcie. mê¿czyzna w mundurze i prokurator. z zapartym tchem. ¿e nasze ostatnie spotkanie odby³o siê rzeczywiœcie nastêpnego dnia nad Strzy¿¹. ¿e tam. 47 . gdzie zakopany zosta³ strzêp koszuli Weisera albo skrawek czerwonej sukienki Elki. pl¹cz¹c siê w wyjaœnieniach. ma siê rozumieæ. co zrobiliœcie. Myœleli. Nie przysz³o im nawet do g³owy. który zjawi³ siê w sekretariacie szko³y o godzinie siódmej – wszyscy oni myœleli. krzyczeli i grozili. to przecie¿ powiedzielibyœmy w koñcu. ¿e Weiser i Elka polecieli prosto do nieba w setkach albo tysi¹cach kawa³eczków po wybuchu w dolince za strzelnic¹. dyrektorze.¿e do wielu z nich nie dosz³oby w ogóle. jakby to by³a nasza wina. Nie wierzyli. dok³adnie. ¿e gdyby tak by³o w istocie. gdyby istnia³ odpowiedni dozór równie¿ (akcent na „równie¿”) w czasie wakacji! S³uchaliœmy s³ów prokuratora. Bo M-ski. gdzie rzeczka przep³ywa pod kolejowym nasypem w¹skim tunelem. Nie podejrzewali. obok zerwanego mostu. ¿e ze strachu ukryliœmy gdzieœ strzêpy cia³. Jedno tylko nie zgadza³o: w czasie poszukiwañ nie znaleziono ¿adnego strzêpka ubrania ani cia³a i dlatego wœciekali siê na nas. a teraz k³amiemy. ale i tak mogliœmy siê zorientowaæ. a potem tego. s¹dz¹c.

pozostawiaj¹c za sob¹ mocny zapach s³odkawej wody koloñskiej. jak siê to robi. który by³ krawcem i bardzo rzadko wychodzi³ z domu. Ja chcê mieæ dok³adny opis sytuacji tamtego krytycznego dnia. jak chcecie. sier¿ancie? – podj¹³ kwestiê dyrektor i tak przez d³u¿sz¹ chwilê odbijali s³own¹ pi³eczkê. a ja zastanawia³em siê w tym czasie. z którym on sam miewa – i owszem – zatargi. którymi zarzucone by³o biurko dyrektora) – bo tu. a¿ skoñczy³ na polityce Watykanu i nieprzejednanej postawie kleru. ¿e mówi prawdê. o upadku ducha czujnoœci i tak dalej. – K³ami¹. – Boj¹ siê. Wy. ¿e pan Weiser umar³ na atak serca. a póŸniej M-ski opowiada³ o rosn¹cej niechêci do masowych organizacji. nic siê ze sob¹ nie zgadza i nie trzyma kupy! – Oni – to znów o nas – wszyscy bezczelnie k³ami¹ – doda³ sier¿ant. kiedy rozpoczê³y siê poszukiwania. opowiedzia³ prokuratorowi o naszym spotkaniu przy brêtowskim cmentarzu. do poniedzia³ku rano raport ma byæ gotowy. dlaczego stary dziadek Weisera. wiêc je wywa¿ono i okaza³o siê. wychodz¹c z gabinetu. Podobno znaleŸli go siedz¹48 . Pukano do jego drzwi i nikt nie otwiera³. umar³. w tych zeznaniach. – Mnie interesuj¹ fakty – nie da³ siê zbyæ prokurator – a nie ogólniki. I na dowód. tak – doda³. sier¿ancie – zwróci³ siê pewnie do tego w mundurze – do raportu za³¹czycie szkic sytuacyjny i chyba nie muszê was instruowaæ. i nawet Matka Boska by im nie pomog³a! Tak. Pracujcie. bo siê boj¹.Dyrektor t³umaczy³ coœ zawile. – No to mamy zagwozdkê – w chwilê póŸniej powiedzia³ M-ski (i pewnie pokaza³ paluchem papiery. bez ¿adnych niedomówieñ i niejasnoœci! A swoj¹ drog¹ – doda³ na zakoñczenie – jeszcze rok temu ci ch³opcy – to by³o o nas – siedzieliby na Okopowej jako grupa dywersyjna. ale k³ami¹. nie zauwa¿y³ pan. – Zmieniaj¹ siê czasy i obyczaje – i przeszed³ przez sekretariat.

Zreszt¹. jego œmieræ. Nikt nie pomyœla³by nawet. tak nag³a. jak dowiedzia³em siê ju¿ du¿o póŸniej. „To niemo¿liwe” powiedzieliby. tego nie wiem. Hosty-jo ¿y-wa”. trzeba by³o zrobiæ mniej wiêcej to. ani ten w mundurze. Trzeba by³o przypomnieæ sobie wszystkie wa¿ne szczegó³y. przecieraj¹c okulary. Bo przecie¿ milcz¹cy zawsze dziadek Weisera by³ jedyn¹ osob¹. tak jak ogl¹da siê muchê zastyg³¹ przed milionami lat w bry³ce z³otego bursztynu. ani Szymek. której moglibyœmy powiedzieæ. za zerwanym mostem. dlaczego akurat przez wdowê. co widzieliœmy ostatniego dnia nad Strzy¿¹. ¿e wybuchy Weisera przygotowywane w dolince za strzelnic¹ mia³y jakiœ zwi¹zek z tym. ani Piotr. co robi³ w piwnicy nieczynnej cegielni. ani dyrektor. nie mog³a byæ przypadkowa. siorbi¹c kawê i strzêpi¹c mankiety od koszuli. teraz rozumia³em to jasno. nad niewykoñczon¹ robot¹. który podnosi³ czerwon¹ sukienkê Elki i ca³e jej cia³o w krzakach ¿arnowca. co robiê teraz. w jaki sposób Elka i Weiser odeszli od nas tamtego s³onecznego dnia i dlaczego sami nie mogliœmy tego do koñca zrozumieæ. kamizelka od garnituru. ani ja sam. kiedy œpiewaliœmy „B¹dŸ¿e pozdrowiona. Nikt z nas nie po³¹czy³by wtedy zupy rybnej z ob³okiem kadzidlanego dymu. z g³ow¹ opart¹ na starej maszynie do szycia marki Singer. uporz¹dkowaæ je i obejrzeæ razem. Pana Weisera przypomnia³em sobie z odrobin¹ lêku. 49 . w dwadzieœcia kilka lat póŸniej. „To niemo¿liwe” mówiliby. ¿e susza tego roku nie by³a tak¹ sobie zwyk³¹ susz¹. ani M-ski. Ale wtedy nikt nie by³ na to przygotowany. nawet gdybyœmy opowiedzieli dok³adnie to.cego na krzeœle. albo z lœni¹cym kad³ubem i³a 14. wypuszczonego przez proboszcza Dudaka w Bo¿e Cia³o. By³a to. Bo ¿eby zrozumieæ do koñca. i nikt by nie przypuszcza³. zamówionego przez wdowê po kapitanie. ani nikt inny na ca³ym œwiecie nie potraktowa³by tego powa¿nie.

– Wojtal – zabrzmia³o w drzwiach gabinetu nazwisko Piotra. Doroœli mówili wtedy szeptem i po k¹tach. dan¹ Weiserowi. swoje plecy. a w³aœciwie trzecia kolejka przes³uchania. ¿e pana Korotka wziêli na Okopow¹. Byliœmy tak¿e zwi¹zani obietnic¹. przed naszym domem zatrzyma³ siê zgni³ozielony samochód i jak z tego samochodu wysiedli dwaj panowie w p³aszczach. pokazuj¹c ka¿demu. Wiêc na razie siedzia³em w sekretariacie pomiêdzy Szymkiem i Piotrem. Przypomnia³em sobie. a przez uchylone okno ulatywa³y resztki wykwintnego bukietu wody koloñskiej pana prokuratora. które wygl¹da³y jak pasiasta zebra ¿ó³to-czerwonego koloru. ale wtedy. gdy Piotr znikn¹³ za drzwiami gabinetu i rozpoczê³a siê druga. I znów przes³uchania kr¹¿y³yby jak wczeœniej wokó³ ostatniego wybuchu. pijanego w sztok. na którym – ich zdaniem – wszystko siê skoñczy³o. kto chcia³. choæ to nie by³ wcale dzieñ wyp³aty. niegrzeczni ch³opcy”. a kiedy przyszed³ s¹dny dzieñ nastêpnej wyp³aty. po czym udali siê do mieszkania pani Korotkowej i wyprowadzili stamt¹d jej mê¿a. Dzisiaj wiem bardzo dobrze. Dlaczego prokurator wspomnia³ o Okopowej? Bo powiedzia³. I pan Korotek wróci³.„znów k³amiecie. ¿e s³ucha Londynu. dwa lata wczeœniej. s³owa prokuratora nie dawa³y mi spokoju.. a w³aœciwie przysiêg¹. który opuœci³ szko³ê punktualnie o godzinie wpó³ do ósmej. ¿e jeszcze rok temu siedzielibyœmy tam wszyscy jako grupa dywersyjna. z okiem jak soczysta œliwka. ale dopiero po trzech tygodniach. pana Korotka. jak pewnego popo³udnia. stan¹³ na œrodku podwórka i zdj¹³ koszulê. bo ktoœ doniós³. Ale postanowi³em niczego nie uprzedzaæ. – Teraz ty – i Piotr wszed³ do œrodka razem z ostatnim uderzeniem zegarowego gongu.. co mia³ na myœli. noga ³upa³a mnie okrutnie. Wykrzykiwa³ przy 50 .

a nie robotnikiem. widzia³em to dok³adnie. I kiedy Piotr znikn¹³ za drzwiami gabinetu. a w œledztwie postanowi³ byæ jeszcze twardszy. z³odzieje i ³ajdacy. a my z Szymkiem s³uchaliœmy leniwego tykania zegara. jak drzewo ¿ywicowanej sosny. pozostawiaj¹c uchylone drzwi. Takim samym ruchem odpowiada³ mi. ¿e najstraszniejsze wyciskanie s³onia ani skubanie gêsi. fantastycznie kolorowym. nie pamiêta³ albo nie chcia³ pamiêtaæ sza51 . tym bardziej im nie zaszkodzimy. i pokrêci³ g³ow¹ przecz¹cym ruchem. a Weiser i Elka chodzili razem na lotnisko. zanim jego ¿ona zbieg³a na dó³ i wtaszczy³a go do mieszkania. z wy¿³obionymi kanalikami. tylko siedzi w swoim gabinecie z za³o¿onymi rêkami. jak kobiety zamykaj¹ przezornie okna. spokojna g³owa. a jeœli s¹ gdzieœ zupe³nie indziej. wszed³ do gabinetu. Zacisn¹³ zêby. przez ca³¹ szko³ê by³ twardy. przestraszy³em siê widoku tych pleców i ulicy Okopowej. a pan Korotek. ani grzanie ³apki. gdy woŸny. Na dworze coraz szybciej zapada³ zmierzch. ¿eby nie s³uchaæ okropnych wyrazów. Sta³em wtedy w bramie i widzia³em. bo pomyœla³em wtedy.tym straszne przekleñstwa na swoj¹ dolê i u¿ala³ siê nad ca³ym œwiatem. co wydarzy³o siê nad Strzy¿¹ nastêpnego dnia po wybuchu w dolince? Jeœli s¹ gdzieœ w okolicy. zupe³nie jakby by³ dyrektorem. gdy odwiedzi³em go w dalekim mieœcie i wypytywa³em jeszcze raz o tamte wakacje. którym rz¹dz¹ kurwy. wezwany przez dyrektora. Ale Szymek by³ twardy. Zawsze. Szeptem zwróci³em siê do Szymka z propozycj¹ zmiany zeznañ – có¿ by w koñcu szkodzi³o Weiserowi albo Elce. unosi³ rêkê do góry i grozi³ Panu Bogu za to. kiedy zupa rybna zaleg³a w zatoce. gdybyœmy opowiedzieli. ¿e On z wysokoœci patrzy na to wszystko i nic nie robi. ani ¿adne inne tortury M-skiego nie dorównuj¹ plecom pana Korotka. Nie pragn¹³ wracaæ do lat szkolnych i w niczym nie chcia³ mi pomóc. i tak ich nie znajd¹.

tak ¿eby siê rozpuœci³a. co sprzed kilku godzin. i bia³¹ piankê zamiesza³em palcem. ¯a³owa³em. ale ju¿ w sekretariacie na sk³adanym krzeœle. Nastêpnego dnia wiêc Weiser umówi³ siê z nami przed g³ówn¹ bram¹ oliwskiego zoo. doros³a twardoœæ. W jakim stopniu by³o to zaplanowane. To by³a jego nowa. melancholijnie pusty i jakby zupe³nie nie ten sam. ¿e nie ma nic smutniejszego ni¿ opustosza³y szkolny korytarz. ustami herolda. Tymczasem woŸny wyszed³ z gabinetu. Szed³em wiêc pustym korytarzem i pomyœla³em. kiedy zaczepiona Elka o ma³y w³os nie przeora³a twarzy Szymka pazurami? Nie mam ¿adnej pewnoœci. o któr¹ zreszt¹ nie mam ¿alu. rzecz jasna. ju¿ wtedy mia³em niejasne przeczucie. wiod¹cy nie wiadomo dok¹d. bo Szymek jako jedyny z nas doszed³ do czegoœ w ¿yciu. ¿e Weiser by³ od tej chwili naszym suwerenem i nic tego zmieniæ nie mog³o. Naplu³em za to w dzbanek. cicho tyka³ zegar. Kiedy wróci³em do sekretariatu. co to za s³owo „umówi³”? On po prostu nam to spotkanie wyznaczy³ – jak suweren wasalom. Woda sycza³a leniwie. Szymek by³ ju¿ w gabinecie. Wtedy. maj¹c przed oczami wy³upiaste spojrzenie M-skiego.rego ob³oku ze z³otej kadzielnicy proboszcza Dudaka. nie odczu³em tego. ¿e nie mam ze sob¹ trucizny o piorunuj¹cym dzia³aniu. zrobi³o siê sennie i ciep³o. ¿e pierwszy rozdzia³ nie52 . Teraz widzê. a w jakim wynik³o z sytuacji. kiedy ha³asowa³y tu setki mikrusów i starszych uczniów. kiedy szumia³a woda na kawê i tyka³ œcienny zegar. a na temat Weisera powiedzia³ kilka banalnych i p³askich zdañ. trzymaj¹c porcelanowy dzbanek do zaparzania kawy i kaza³ mi pobiec do ubikacji po wodê. WoŸny przyniós³ ze stró¿ówki elektryczn¹ maszynkê i zacz¹³ grzaæ wodê tutaj. a Piotr – tak jak wczeœniej – siedzia³ na sk³adanym krzeœle po mojej lewej stronie. A zreszt¹. ¿eby nie traciæ nas z oczu.

o dziesi¹tej. Elka nie odpisuje na listy nawet po mojej wizycie w Niemczech. ¿eby jutro przyszli do zoo. mia³y wybiegi znacznie gorsze. to dlatego ¿e to. nie jest pisaniem ksi¹¿ki. Sarny mia³y tu leœne polany. czy te¿ to. ¿e takiego ogrodu zoologicznego jak w Oliwie nie powstydzi³oby siê ¿adne europejskie miasto. wilki – jamy wykopane w skarpie. a Piotr zgin¹³ na ulicy w grudniu siedemdziesi¹tego roku i le¿y w pi¹tej alejce cmentarza na Srebrzysku. Zupe³nie tak.napisanej ksi¹¿ki o nim winien zaczynaæ siê od s³ów: „Dobrze. kiedy nie odwiedzam ¿adnych ogrodów zoologicznych. sosnowo-bukowym lasem. co robiê. O tym jednak ju¿ mówi³em i jeœli powtarzam niektóre rzeczy i nie wymazujê ich jak w szkolnym wypracowaniu. ¿e my nie mieszkamy w Europie. bo powierzchni tylko kilkudziesiêciu metrów kwadratowych. oprowadzani przez przewodnika w obcym mieœcie. Szymkiem i Piotrem moglibyœmy tak¹ ksi¹¿kê napisaæ. z dala od miasta. zamkniêtych ¿elaznymi kratami. ¿e poza ogrodem zoologicznym mamy siê czego wstydziæ? Ale zoo by³o rzeczywiœcie piêknie po³o¿one. przeœwietlone s³oñcem. w g³êbokiej dolinie Oliwskiego Potoku. Na lekcjach przyrody M-ski wiele razy podkreœla³. który wyp³ywa³ w tym miejscu z siedmiu wzgórz zaroœniêtych mieszanym. szczególnie te sprowadzane z krajów tropikalnych. sk¹d dolatywa³ nas znajomy turkot maszyny do szycia. ³osie – ciemne i ponure bagniska. us³yszeli 53 . ale – co zreszt¹ powiedziano – Szymek woli niczego nie pamiêtaæ. zdanie M-skiego o najpiêkniejszym zoo w Europie brzmi bardzo œmiesznie i g³upio. Byæ mo¿e razem z Elk¹. powiedz im. które Weiser wypowiedzia³ z okna na pierwszym piêtrze. a kangury hasa³y na ugorze poroœniêtym czerwonaw¹ koniczyn¹ i szczawiem. Tylko zwierzêta drapie¿ne. jakbyœmy. obok g³ównego wejœcia”. Czy to. ale dzisiaj. Nie wiem. co M-ski mia³ na myœli. Wtedy uchodzi³o to naszej uwadze.

zobaczyliœmy otwieraj¹ce Dolinê Radoœci wzgórza. a nastêpnie oprowadza³ wzd³u¿ kolejnych wybie54 . a byæ mo¿e nawet w ca³ej Europie”. – No i co – spyta³ go Szymek. dalej Krzysio Barski. o których prawe skrzyd³o opiera siê ogród zoologiczny. Jej ojciec rzuci³ po wojnie górnictwo i przyjecha³ tutaj szukaæ szczêœcia i macochy dla swojej córki. proszê pañstwa. a¿ w koñcu. którymi wysadzona by³a droga. ju¿ nieco zmêczeni. najpiêkniejsze wiêzienie. Wreszcie ujrzeliœmy wspartego o bramê Weisera. Otoczyliœmy Weisera kó³kiem. który urodzi³ siê w wagonie kolejowym. Minêliœmy ocienione stoki Pacho³ka. jakie kiedykolwiek zbudowano w naszym mieœcie. zaroœniêtych teraz i zabagnionych. póŸniej Janek Lipski. wdychaliœmy kurz spiekoty zmieszany z zapachem kwitn¹cych lip. któr¹ weszliœmy bez biletów. Najpierw do Weisera podesz³a nasza trójka. Korowód zamyka³a tego dnia cicha jak mysz Basia Szewczyk. – Co nam teraz poka¿esz? On zaœ poprowadzi³ nas do bocznej furtki. nieco mniej i drogê z pêtli wzd³u¿ opactwa cystersów musieliœmy przebyæ piechot¹. Ale wtedy autobusów by³o. jak po starszym bracie. Dzisiejsi turyœci lub mieszkañcy miasta udaj¹ siê do zoo autobusem spod pêtli tramwajowej w Oliwie. syn kolejarza z Lidy. przemaszerowaliœmy wzd³u¿ stawów dawnego folwarku. zdaje siê. na którym sta³ jeszcze zaraz po wojnie obelisk z niemieckim napisem. który zawsze nosi³ czyste koszule i w przeciwieñstwie do nas mówi³ „przepraszam” i „dziêkujê”. który tego dnia ubrany by³ w zielone spodnie i jasnoniebiesk¹ koszulê kroju rosyjskiej rubachy.nagle: „Oto. po nim do bramy ogrodu podszed³ Leszek ¯wire³³o. podobno ze wzglêdu na szlacheckie pochodzenie jego ojca. dziecko powstañca warszawskiego i gdañskiej sklepikarki. wygl¹da³o to nienaturalnie i œmiesznie.

które w takim upale nie wynurza³y siê z wody. posta³ tu jeszcze przez moment. Za ka¿dym sikniêciem szympans okazywa³ siê szybszy od swoich przeciwników i widzowie z pierwszych rzêdów musieli wycieraæ ¿ó³ty. maj¹ zapewne odmienny zapach ni¿ pomieszczenia innych 55 . PóŸniej minêliœmy terrarium. jakby by³y uœpione. ale Weiser nie wchodzi³ tam. w najbli¿ej stoj¹cych ludzi. ludzie odeszli. cuchn¹cy p³yn z ramion i twarzy. Te klatki nawet dzisiaj. Tu zgromadzi³o siê wiêcej ludzi. Pamiêtam. ¿e podziwia³a ogromne sêpy argentyñskie. a nastêpnie ruszy³ w kierunku klatek z drapie¿nikami. a ptaki kiwa³y powoli g³owami. dlaczego tak d³ugo przygl¹da siê leniwej lamie albo co widzi w nurkuj¹cych fokach. Zabawa bardzo nam siê podoba³a i na d³u¿sz¹ chwilê zapomnieliœmy o Weiserze. pokrzykuj¹cych i rozweselonych. wiêc ruszyliœmy za nim do klatek z pawianami i szympansami. bo przecie¿ jeœli to mia³ nam pokazaæ – jak przypuszczali niektórzy – to by³a to wielka lipa i zawracanie g³owy. bo za chwilê zwierzê pochyla³o g³owê poni¿ej pêpka. kiedy zapomina³ czegoœ wa¿nego. a my nie wiedzieliœmy. a ta oddawa³a ma³pie piêknym za nadobne. zatrzymuj¹c siê d³u¿sz¹ chwilê tam. który nie œmia³ siê wcale z tej odskakiwanki. Opiera³ siê wtedy o p³ot. niczym z sikawki stra¿ackiej.gów. podstêp szympansi. kiedy to piszê. a my spojrzeliœmy wyczekuj¹co na Weisera. zupe³nie tak samo jak M-ski. W koñcu szympans schowa³ siê w g³êbi klatki. Przy klatkach z ptakami czeka³a Elka. sika³o sobie do gêby i nagle w¹ska stru¿ka tryska³a ze zwê¿onego pyska. Co chwila og³upia³y szympans sypa³ w publicznoœæ garœci¹ piachu. gwi¿d¿¹c. Ich czarne skrzyd³a odbija³y promienie s³oñca granatowym blaskiem. Ale to by³a ma³pia zmy³ka. gdzie zechcia³. tupi¹c i rzucaj¹c ogryzkami w siatkê klatki. Zwierzê co pewien czas unosi³o ³eb do góry i czochra³o sierœæ na czubku g³owy. Ale Weiser bada³ tylko nasz¹ cierpliwoœæ.

odpychaj¹cy zapach zapleœnia³ych legowisk lwów afrykañskich. stanê³o naprzeciw Weisera. w którym marszowy werbel miesza³ siê z hukiem wezbranej rzeki. po czym coraz mocniej. wspieraj¹c siê przednimi ³apami o prêty. ¿eby mu nie przeszkadzaæ. wszystkich rogacizn i nierogacizn. Wargi jej. drgaj¹c coraz wy¿ej. ró¿ny od wybiegu ma³p. ¿e pantera drzemi¹ca do tej pory w po³udniowej sjeœcie powoli podnosi g³owê. i wtedy zobaczyliœmy. md³y. dopóki spod klatki nie odeszli inni ludzie. Us³yszeliœmy pierwszy szmer. Pantera szala³a przy kracie. i widzieliœmy. bi³a ³ap¹ w cementow¹ pod³ogê. co wczeœniej by³o warkotem. a to. Lecz to nie by³o wszystko. bo taki w³aœnie mia³y wtedy i takim pamiêtam go do dziœ – s³odkawy. jak wysuwa³y siê grube i zakrzywione pazury. dobywaj¹cy siê gdzieœ z g³êbi pomruk. jakby pantera czknê³a. Pantera powoli. tygrysa bengalskiego i czarnej pantery. rytmiczniej. Elka po³o¿y³a palec na ustach i kaza³a nam stan¹æ nieco z ty³u. z d³ugimi ig³ami w¹sów. Weiser przesadzi³ barierkê oddzielaj¹c¹ go od klatki i stan¹³ teraz tak blisko jej ¿elaznych prêtów. a wreszcie podrywa³a swoje cielsko jak pionow¹ belkê. przesz³o nagle w gard³owe bulgotanie. unosz¹cy siê w¹skimi pasemkami w lepkim powietrzu lipca. s³onia. jak wahad³o zegara bi³ o lœni¹ce boki.zwierz¹t. Weiser odwrócony do nas plecami tkwi³ w bezruchu dobre kilka minut. która le¿a³a na zeschniêtym i ³ysym konarze. a jesienna wichura z g³osem dzwonów rezurekcyjnych. do56 . jej ogon drgn¹³ nieznacznie. Weiser zatrzyma³ siê przed jej klatk¹. i pod czarnym aksamitem widaæ teraz by³o rzêdy bia³ych k³ów. to znów wznosi³a pysk. Ale to by³ dopiero pocz¹tek. Wargi unosi³y siê. ¿e móg³by. pochyliwszy siê zaledwie o krok. wydê³y siê lekko i wygl¹da³o to tak. W koñcu zwierzê. miêkkim ruchem sp³ynê³a z konara i ze zje¿on¹ sierœci¹ zbli¿a³a siê do krat. który zaraz potem przeszed³ w g³êboki. opuszcza³a. dotykaj¹c pyskiem ¿elaznych prêtów.

tkn¹æ czo³em pazurów kota. Pantera znieruchomia³a. Nagle gard³owe bulgotanie przesz³o w g³êboki warkot, a warkot w cichy jak na pocz¹tku pomruk i zwierzê, nadal ze zje¿on¹ sierœci¹ i ogonem bij¹cym w boki, pe³z³o do ty³u ze wzrokiem utkwionym w Weisera. To by³o niesamowite! Pantera czo³ga³a siê w g³¹b klatki, bardzo wolno, brzuchem szoruj¹c po betonowej posadzce, a jej skoœne i przymru¿one oczy, lœni¹ce jak nieruchome lusterka, wpatrzone by³y w Weisera. Gdy wyczu³a ogonem tyln¹ œcianê wybiegu, siad³a skulona w k¹cie i wreszcie opuœci³a oczy, dr¿¹c na ca³ym ciele. Ka¿dy musku³ pod napiêt¹ skór¹ dygota³ teraz jak z zimna i wielki kot przypomina³ ratlerka pani Korotkowej, który ucieka³ w k¹t podwórka na tupniêcie nog¹. Staliœmy w milczeniu, kiedy Weiser podszed³ do nas i kiedy Elka poda³a mu chustkê, a on wyciera³ krople potu z czo³a jak po ciê¿kiej pracy. Ale to nie by³ koniec naszego dnia spêdzonego z Weiserem, podobnie jak nie jest to koniec historii tamtego lata, kiedy zupa rybna warzy³a siê w wodach zatoki, a ludzie modlili siê po koœcio³ach o odwrócenie suszy i deszcz. Bo Weiser pokaza³ nam inn¹ drogê do domu ni¿ ta, któr¹ przybyliœmy do oliwskiego zoo. Nie by³o tramwajowej pêtli ani rozklekotanego tramwaju linii numer dwa, który kursuj¹c wtedy pomiêdzy Targiem Wêglowym a Oliw¹, przeje¿d¿a³ obok zajezdni, naszej szko³y i kamienicy. By³a za to droga Dolin¹ Radoœci w górê, obok nieczynnej kuŸni cystersów nad dop³ywem Oliwskiego Potoku; by³y wysokie do kolan trawy na p³askowy¿u, sk¹d jak z Bukowej Górki widaæ by³o morze; by³y g³êbokie jary i rozpadliny w cieniu bukowych liœci; i by³ w¹ski, piaszczysty trakt przez sosnowy starodrzew, który miejscami miesza³ siê z brzozowymi zagajnikami i leszczynow¹ gêstwin¹. Teraz brzmi to jak liryczne kwêkanie po utraconym raju, ale kiedy Weiser pokaza³ nam obok Ÿród³a miejsce, w którym Fry57

deryk Wielki odpoczywa³ na polowaniu, albo kiedy na przeœwietlonej s³oñcem polanie zatupota³y wyp³oszone sarny, lub kiedy zbieraliœmy pe³nymi garœciami s³odkie maliny – wtedy by³ to dla nas raj odnaleziony, daleki od miasta, powabny i wci¹gaj¹cy, jak mroczny ch³ód katedry w upalny dzieñ. Weiser szed³ przodem i mówi³ niby do Elki, ale w³aœciwie do nas: „O, tutaj zim¹ przychodz¹ dziki”. Albo: „O, têdy siê idzie do Matemblewa”. Lub: „O, a tam jest najwiêksze mrowisko czerwonych mrówek z czaszk¹ zaj¹ca”. Ze szczególnym upodobaniem pokazywa³ miejsca, gdzie las przecina³y linie okopów z ostatniej wojny i w podobnym stylu wyjaœnia³: „O, to jest lej od pocisku moŸdzierza”. Albo: „O, tu jest wykop dla samochodu”. S³uchaliœmy tego z zapartym tchem. A¿ wreszcie wyprowadzi³ nas przez dolinkê za strzelnic¹ na skraj moreny, sk¹d ujrzeliœmy wie¿yczkê ceglanego koœcio³a w Brêtowie i dobrze znajome zarysy cmentarza. I chocia¿ tê sam¹ drogê przemierza³em ju¿ póŸniej w obie strony, sam lub w towarzystwie, latem piechot¹ albo na rowerze, zim¹ na nartach, i chocia¿ nazwa³em tê drogê licz¹c¹ szeœæ i pó³ kilometra drog¹ Weisera, nigdy, nawet teraz, kiedy jest ona tylko niebieskim szlakiem parku krajobrazowego, opisanym w przewodniku – nigdy nie mog³em sobie przypomnieæ, czy Weiser, prowadz¹c nas z powrotem do domu, wszystko to pokazywa³ rêk¹, czy te¿ trzyma³ w d³oni sêkaty kij, którym podpieraæ siê móg³ jak lask¹. Bo przecie¿ wracaliœmy do domu i on prowadzi³ nas, jakbyœmy byli od tego dnia jego ludem. A pod wieczór siedzieliœmy na ³awce pod kasztanem i Piotr zastanawia³ siê, co by by³o, gdyby czarna pantera nie by³a oddzielona od Weisera ¿elaznymi kratami. – By³oby jak w cyrku – twierdzi³ Szymek – tam dzikie zwierzêta te¿ s³uchaj¹ cz³owieka, a nawet dotykaj¹ go i jedz¹ z rêki.
58

Ale ja powiedzia³em, ¿e Weiser nie jest przecie¿ treserem, nie ma d³ugich, lœni¹cych butów ani bicza, ani bia³ej koszuli z muszk¹, no i nie æwiczy czarnej pantery codziennie. To trzeba by³o wyjaœniæ, co do tego zgodziliœmy siê bez dyskusji i wpadliœmy na pomys³, ¿eby jeszcze raz wypróbowaæ Weisera, mo¿e na innym zwierzêciu i niekoniecznie w zoo. Nie wiedzieliœmy tylko, ¿e przez nastêpne dni Weiser bêdzie znów chodzi³ swoimi drogami i ¿e nasze w¹tpliwoœci s¹ zupe³nie nieistotne dla kogoœ takiego jak on. Z bramy wysz³a matka Elki i zatrzyma³a siê na chwilê. – Co tak siedzicie ch³opcy? – powiedzia³a z wyrzutem w g³osie. – Poszlibyœcie lepiej do koœcio³a, dzisiaj proboszcz odprawia nabo¿eñstwo, co? Zanim jednak odesz³a brukowan¹ kocimi ³bami ulic¹ w stronê koœcio³a Ojców Zmartwychwstañców, powiedzia³a nam jeszcze, ¿e wczoraj widziano nad zatok¹ ogromn¹ kometê i nic dobrego czekaæ nas nie mo¿e. Tymczasem woŸny zaparzy³ kawê i wniós³ dzbanek do gabinetu dyrektora. Zadzwoni³ telefon i kiedy us³ysza³em zmêczony g³os M-skiego, podnosz¹cego s³uchawkê, znieruchomia³em. – Tak, panie Heller – mówi³ M-ski. – Pana syn jest tutaj z nami... zaraz... oddajê s³uchawkê towarzyszowi dyrektorowi. I dalej mówi³ ju¿ dyrektor, a w³aœciwie nie mówi³, tylko odpowiada³ na pytania mojego ojca. – Ale¿ nie – wyjaœnia³ uprzejmym g³osem – pañski syn nie jest o nic oskar¿ony, to tylko przes³uchanie przez nasz¹ komisjê, dzia³amy w oparciu o polecenie prokuratora. Nie, nie, my nie oskar¿amy pana syna o spowodowanie wypadku, œledztwo jednoznacznie wskazuje na tego Weisera, my musimy tylko
59

wyjaœniæ wszelkie okolicznoœci tragedii, niech pan to zrozumie, wszelkie okolicznoœci! Ale ojciec widocznie nie dawa³ za wygran¹, bo dyrektor mówi³ dalej jeszcze g³oœniej ni¿ przed chwil¹: – Dlaczego pan siê denerwuje, nie widzê powodów do sk³adania skarg, gdziekolwiek. To nie jest bezprawne przetrzymanie. Niech pan siê lepiej zastanowi, panie Heller, dlaczego on chodzi³ tam bez niczyjej wiedzy? W koñcu pañskiemu dziecku grozi³o powa¿ne niebezpieczeñstwo, a pan jako ojciec nie zrobi³ nic, ¿eby... – i tu dyrektor przerwa³ na d³u¿sz¹ chwilê, a ja domyœli³em siê, ¿e to by³ jeden z cholerycznych wybuchów mojego ojca, który zazwyczaj spokojny, jeœli ju¿ wpada³ w gniew, nie liczy³ siê z niczym i z nikim. ¯a³owa³em nawet, ¿e nie ma go tu z nami, bo wyobrazi³em sobie nagle M-skiego wylatuj¹cego przez okno, dyrektora wisz¹cego na swoim krawacie u sufitu, a tego w mundurze rozp³aszczonego na drzwiach gabinetu, i jakoœ dziwnie dobrze zrobi³o mi siê wokó³ serca, gdy pomyœla³em o tym wszystkim. A ojciec jeszcze nie skoñczy³, bo dyrektor chrz¹ka³ tylko do s³uchawki i pewnie wierci³ siê na swoim fotelu, a drug¹, woln¹ rêk¹ poprawia³ chyba wêze³ swojego krawata. Wreszcie przerwa³ ostro: – Nie, to wykluczone, szko³a jest zamkniêta a¿ do zakoñczenia przez nas pracy! – I powiedzia³ jeszcze (pamiêtam to dobrze) – ¯egnam, panie Heller. – Zupe³nie jak na filmie albo w ksi¹¿ce: „¯egnam, panie Heller”, i s³uchawka klapnê³a na wide³ki. Na dworze by³o ju¿ ciemno, przy ulicy rozb³ys³y latarnie. Ich blask wpada³ do sekretariatu i zanim woŸny przekrêci³ wy³¹cznik, siedzieliœmy w ¿ó³tobladym snopie œwiat³a jak dewotki w koœciele po dawno skoñczonym nabo¿eñstwie. A ja zastanawia³em siê, dlaczego Weiser nie mia³ rodziców i mieszka³ tylko ze swoim dziadkiem. Nigdy, ani wtedy, ani póŸniej, nie dowie60

dzia³em siê, kim by³ jego ojciec lub matka. Byæ mo¿e cz³owiek, który mieszka³ pod jedenastk¹ i zajmowa³ siê krawiectwem, by³ tylko jego przyszywanym dziadkiem, nawet niekoniecznie kimœ z rodziny. Tylko ¿e nikt nie móg³ tego wyjaœniæ, ani wtedy, ani póŸniej, kiedy po latach nie bez podstêpu uda³o mi siê przejrzeæ szkolne papiery Weisera i kiedy dotar³em równie¿ do odpowiednich dokumentów w archiwum Urzêdu Miejskiego. Stare dzienniki lekcyjne by³y ju¿ wówczas skasowane, ale pozosta³y arkusze ocen, w których wyblak³ym atramentem zapisano: „Nazwisko: Weiser. Imiê: Dawid. Ur.: 10. 09. 1945”. Rubryka „miejsca urodzenia”, podzielona na dwie czêœci, wojewódzk¹ i powiatow¹, by³a niewype³niona i tylko na dole ktoœ dopisa³ kopiowym o³ówkiem: „Brody”, a w nawiasie widnia³o jeszcze: „ZSRR”. W rubrykach „ojciec”, „matka” ta sama rêka postawi³a najpierw atramentem poziome kreski, a póŸniej, te¿ kopiowym o³ówkiem, dopisa³a: „sierota”. I dalej tym samym charakterem pisma naniesiono informacjê: „Opiekun prawny: A. Weiser, zamieszka³y...” i tu podany by³ nasz adres, to znaczy adres naszej kamienicy z numerem mieszkania Weisera. Dzisiaj, kiedy to wszystko wy³awiam z pamiêci jak okruszyny bursztynu z brudnej wody zatoki, rodzice Weisera wy³aniaj¹ siê w postaci dwóch poziomych kresek, postawionych atramentem w arkuszu ocen. Bo dzia³ ewidencji ludnoœci Urzêdu Miejskiego nie ma na ten temat wiêcej do powiedzenia. W okienku przypominaj¹cym kasê obskurnego dworca rêka urzêdniczki po³o¿y³a ma³¹ karteczkê, z której dowiedzia³em siê rzeczy nastêpuj¹cych: Abraham Weiser, narodowoœci ¿ydowskiej, obywatelstwa polskiego, urodzony w Krzyworówni (ZSRR) w roku 1879, przyby³ do Gdañska w roku 1946 jako repatriant. W tym roku brak jakiejkolwiek adnotacji o dzieciach, które towarzyszy³yby mu w podró¿y. Dopiero w roku czterdzie61

œwiadectwa i ca³¹ makulaturê. to ojciec Dawida musia³ byæ synem Abrahama Weisera. krew z krwi. który pe³ni³ wówczas dy¿ur. jak stojê nadal przy okienku i jak mijaj¹ mnie w ciemnym i ponurym korytarzu milcz¹cy ludzie. jeœli nie by³ jego wnukiem. zapyta³a urzêdniczka. odpisy. Dlaczego tak siê sta³o – nikt nie jest w stanie wyjaœniæ. Abraham Weiser utrzymywa³. widz¹c. podania. poœwiadcza to akt wystawiony przez lekarza Szpitala Wojewódzkiego. Co do zgonu Abrahama Weisera nie ma ¿adnych w¹tpliwoœci. którzy nosili w rêkach kartki. narodowoœci polskiej. Adnotacji o rodzicach ch³opca brak. wyci¹gi. nawet po œmierci. Nie mia³em ju¿ ¿adnych pytañ. a raczej mia³em wci¹¿ to samo pytanie: kim w koñcu by³ Weiser? Bo jeœli nie wnukiem Abrahama Weisera. to dlaczego nosi³ to samo nazwisko i czy to by³o jego prawdziwe nazwisko? I dlaczego pan Abraham Weiser. nakazy. a przynajmniej nie do niej ani do nikogo z tych ludzi. I jeœli nawet przykry³a ich warstwa pia62 . urodzony w Brodach 10 wrzeœnia 1945. kopie. formularze. a wiêc w dwa lata póŸniej. lecz w rubrykach „rodzice” nie zapisano jakichkolwiek danych o matce lub ojcu ch³opca. ¿e pod jego opiek¹ znajduje siê ch³opiec. obywatelstwa polskiego. koœæ z koœci. nie ma te¿ ¿adnych kopii aktu urodzenia dziecka. matka Dawida zaœ jego córk¹ lub synow¹. w jak¹ obrasta ¿ycie. Abraham Weiser powinien wiêc znaæ ich imiona. nie poda³. kim byli jego rodzice? Bo przecie¿ jeœli to by³ jego wnuk prawdziwy. Ale ja nie mia³em ju¿ pytañ. Podobnie jak nie wyjaœniono do tej pory przyczyn zaginiêcia dwunastoletniego Dawida Weisera. Abraham Weiser zg³osi³.stym ósmym. wezwania. „Czy chce pan numer tego aktu?”. zg³aszaj¹c w dziale ewidencji ludnoœci ch³opca i uznaj¹c go za swojego wnuka. ¿e dziecko jest jego wnukiem. który prawdopodobnie zgin¹³ w lesie brêtowskim w sierpniu 1957 roku rozerwany niewypa³em.

jak siê nazywali. nie by³by jego wnukiem. ale nie wiedzia³ nic lub wiedzia³ niewiele. kiedy pan Abraham Weiser wype³nia³ formularz. po telefonie mojego ojca. Tak. Ale móg³ te¿ tak twierdziæ dlatego. choæ mo¿e atrament wyblak³ ju¿ zupe³nie i rubryki „ojciec”. i zobaczy³em raz jeszcze dwie poziome kreski w arkuszu ocen Weisera. ¿e tamten naród przesta³ ju¿ zupe³nie istnieæ. jego naród znikn¹³ z Europy i dlatego wpisa³ lub kaza³ wpisaæ ch³opcu narodowoœæ polsk¹. jakby tam nigdy nic nie by³o napisane. wychodz¹c z ciemnego gmachu urzêdu. bo przecie¿ obywatelstwo to by³a rzecz drugorzêdna w epokach jak ta. ¿e nazywa siê Dawid i nosi to samo nazwisko co on. Albo chcia³ podaæ. jest jeszcze bardziej skomplikowane. I teraz. Wszystko zamiast rozjaœniaæ siê. wtedy ginê³y papiery i mo¿na by³o podaæ ró¿ne rzeczy. który dosta³ ataku furii i zwymyœla³ dyrektora 63 . te¿ je widzê. z po³udnia na pó³noc i z zachodu na wschód. tyle tylko. nie by³by ¯ydem i mo¿e nie urodzi³ siê wcale w Brodach w roku czterdziestym pi¹tym. ale wtedy w sekretariacie naszej szko³y. ¿e jest narodowoœci polskiej. tylko nie chcia³ tego podaæ. kiedy tysi¹ce ludzi zmierza³o ze wschodu na zachód.chu. zmarli od mrozu czy na tyfus. kiedy to piszê. chlebem codziennym ówczesnych urzêdników dzia³u ewidencji ludnoœci i pan Abraham Weiser móg³ z powodzeniem twierdziæ. Rosjan. te dwie linie poci¹gniête jaœniej¹cym z roku na rok atramentem. to przecie¿ musia³ wiedzieæ. Po prostu. Zaginiêcia i cudowne odnalezienia by³y. Tylko ¿e wtedy Dawid Weiser nie by³by wcale Dawidem. zdaje siê. ¿e ch³opiec jest jego wnukiem. ¯ydów. któr¹ prze¿y³ gdzieœ na po³udniowym wschodzie wœród Ukraiñców. wtedy po wojnie. bo nie wszystko da³o siê sprawdziæ. Polaków. Ormian i kogo tam jeszcze – myœla³em. Niemców. „matka” – wygl¹daj¹ tak.

czego poj¹æ nie mog³em. a ze szklanej gabloty przykuwa³y wzrok s³oje z landrynkami i kolorowe myszki z kroch64 . to dlaczego nie mia³by przyspieszyæ nagle rytmu serca swojego dziadka? – pomyœla³em. w skrzynkach pêcznia³y papierówki. zupe³nie niezwyk³¹. przypuszcza³em. w sekretariacie przestraszy³em siê bardzo. ten gwa³towny atak serca. to wstrzyma rytm naszych serc. i jeœli bêdzie coœ nie tak. na jak¹ wystawia nas Weiser. jak siê okaza³o. kredy. Bo wyjazd Szymka do dalekiego miasta te¿ by³ rodzajem usuniêcia go poza coœ. Tymczasem tamci podejrzanie d³ugo trzymali Szymka u siebie. A wtedy. Ale po kolei: Nastêpnego dnia po ogrodzie zoologicznym z samego rana matka wys³a³a mnie do sklepu Cyrsona po w³oszczyznê. by³ dzie³em samego Weisera. podpinek i guzików. bo przecie¿ ca³e œledztwo mog³o byæ prób¹.i wszystkie szko³y na œwiecie. myœla³em podobnie: ¿e Weiser usuwa ich po prostu st¹d ró¿nymi sposobami. od czego w³osy stawa³y nam na g³owie. w którym nie poszed³em graæ w pi³kê na boisko obok pruskich koszar. a ja przypomnia³em sobie dzieñ. Lubi³em tam chodziæ. w ch³odnym wnêtrzu pachnia³o jarzynami. a Elka wyjecha³a do Niemiec. ¿e kiedy Piotr zgin¹³ w siedemdziesi¹tym roku na ulicy. tak samo jak zrobi³ to z sercem swojego dziadka. ¿e nag³a œmieræ pana Weisera. wiêc jeœli Weiser móg³ robiæ takie rzeczy. o czym zreszt¹ jeszcze napiszê. Skoro potrafi³ okie³znaæ dzikie zwierzê i jeœli robi³ w nieczynnej cegielni coœ. Weiser usun¹³ œwiadka i dziœ muszê przyznaæ. dziêki czemu Weiser i Elka zabrali mnie na wycieczkê. Czemu nie mia³by uwolniæ go od maszyny do szycia. ale co dla Weisera musia³o byæ najwyraŸniej wa¿ne. igie³. szablonów. nad którymi przygarbiony œlêcza³ ca³ymi dniami? Dlaczego nie mia³by tak tego zrobiæ – ¿eby ju¿ nikt nie zapyta³ go o cokolwiek.

chcia³em odgadn¹æ. a z jej otworzeniem. po dwadzieœcia piêæ groszy sztuka. Sta³em wiêc na cementowej podmurówce sklepu Cyrsona i patrz¹c w ciemnozielone szk³o butelki. A kiedy z zakupów zosta³a z³otówka reszty. Na czele maszerowa³ Piotr z prawdziw¹ pi³k¹ pod pach¹ i przy65 . mia³a wielkie jak donice piersi. Niespodziank¹ – obok eksplozji korka – by³ tak¿e jej kolor. Ale otwieranie oran¿ady wi¹za³o siê z podwójn¹ loteri¹. zawsze wi¹za³y siê pewne emocje. i nawet dzisiaj da³bym sobie g³owê uci¹æ. by³a bardzo weso³a i kiedy rusza³a siê ¿wawo. obs³uguj¹ca klientów za drewnianym kontuarem.malu. W powietrzu razem z odg³osem wystrza³u unosi³a siê pachn¹ca mgie³ka i wszyscy kupuj¹cy odwracali siê w twoj¹ stronê. jaka to bêdzie oran¿ada – ¿ó³ta czy czerwona. tylko oran¿ada. Jeœli zamkniêcie by³o szczelne. To w³aœnie te butelki doroœli nazywali krachlami. o szczególnie piêknym odcieniu. mo¿na by³o za ni¹ kupiæ garœæ landrynek albo cztery myszki z krochmalu. ¿e ta czerwona mia³a silniejszy aromat i by³a znacznie lepiej gazowana. a gaz nie uszed³ ma³ymi pêcherzykami. W tamtych czasach oran¿adê robiono w dwóch barwach – najczêœciej by³a ona ¿ó³ta. zupe³nie tak samo jak ojciec albo pan Korotek w barze „Liliput” przechylali butelki z piwem. wstrz¹sa³o siê butelk¹ i lekko podwa¿ony kapsel odskakiwa³ sam. ¯ona w³aœciciela. kiedy sta³o siê na betonowej podmurówce przed wejœciem do sklepu. lub wypiæ oran¿adê z butelki zakoñczonej porcelanowym kapslem na sprê¿ynie z grubego drutu. te piersi lata³y jej pod kretonow¹ sukienk¹ i brudnym fartuchem jak sprê¿ynuj¹ce po³ówki arbuza. ka¿d¹ w innym kolorze. bo to nie by³y ¿adne krachle. a ty sta³eœ na podmurówce i przechyla³eœ butelkê do gard³a. gdy w kurzu ulicy zobaczy³em ch³opaków ci¹gn¹cych w stronê pruskich koszar. podaj¹c towar. do dzisiaj nie wiem czemu. ale zdarza³a siê te¿ czerwona.

do tej pory graliœmy gumow¹. a teraz. mogliœmy poczuæ siê jak prawdziwi zawodnicy. ¿eby zd¹¿yæ na ewentualn¹ dobitkê i ¿eby nie zgubiæ tych dwojga. któr¹ Piotr dosta³ wczoraj od bogatego wujka. bo ¿ó³ta!” – a kiedy podwa¿y³em kciukiem drut sprê¿yny i gdy podskoczy³ porcelanowy korek z gumow¹ uszczelk¹. Zbli¿ali siê do mnie i ju¿ z daleka s³ysza³em ich krzyki: „czerwona!”. Przyspieszy³em kroku. wybiegaj¹c z klatki.pomnia³em sobie. która nie wytrzymywa³a d³u¿ej ni¿ miesi¹c. „a w³aœnie ¿e nie. tak samo jak wtedy. I chocia¿ pod rêk¹ nie mia³em Szymka ani jego lornetki. a Weiser z Elk¹ czekali na mnie w³aœnie za tym filarem. jak zawsze. ka¿dy po ma³ym ³yku. „¿ó³ta”. obok jednego z zerwanych mostów nieistniej¹cej linii kolejowej. gdy któremuœ z nas uda³o siê sprzedaæ butelki albo zosta³a reszta z pieniêdzy na zakupy. tego dnia. postanowi³em iœæ za nimi. ale z oczu nie spuszcza³em Weisera i Elki. Coœ mnie tknê³o. zobaczy³em Weisera i Elkê id¹cych chodnikiem w stronê Oliwy. którzy znikli na zakrêcie za wykruszonym filarem akurat w czasie doœrodkowania i strza³u. bieg³a d³ugim ³ukiem równolegle do oddalonej o jakieœ dwieœcie metrów linii tramwajowej i dopiero ko³o muru zajezdni skrêca³a ostro w lewo. ¿e czerwona!”. Oni poszli na boisko. dziêki wujowi Piotra. Nasza ulica. a ja musia³em zanieœæ matce w³oszczyznê i kiedy ju¿ pêdzi³em po schodach w dó³. gdy z Szymkiem i francusk¹ lornetk¹ œledziliœmy ich z wiaduktu obok lotniska. Skórzana pi³ka to nie byle co. „¿ó³ta!”. „mówiê ci. kiwaj¹c obroñców na lewo i prawo. ale zamiast dobitki by³ róg. 66 . ¿e dzisiaj mieliœmy w³aœnie wypróbowaæ tê pi³kê. W myœlach podawa³em pi³kê na lewe skrzyd³o do Szymka. „czerwona!”. a on pêdzi³ jak burza. tak samo jak dzisiaj. wszyscy wrzasnêli: „czerwona! czerwona!” – i piliœmy czerwon¹ oran¿adê.

1999 .IZABELA KOZ£OWSKA Szklana kongregacja.

przynajmniej wtedy. a z nami tylko wtedy. musi coœ robiæ. – Ojej. to znów na Weisera. Mo¿liwe. A tego dnia zechcia³ (nie wiem. ¿e mieszkali tu bogaci Niemcy. on siê zgadza – i znowu przechyli³a g³owê w jego kierunku. co on robi. a mówi³ w³aœciwie tylko do Elki. – A kto to by³ Schopenhauer? – pyta Elka. ¿e z Elk¹ by³o inaczej. bardzo s³awny. to ciekawe. ale czym zajmuje siê w³aœciwie filozof? No. Przysta³em na to. By³o zwyczajne zwiedzanie ró¿nych miejsc.– Wcale nie musisz nas szpiegowaæ – powiedzia³a Elka. – Ale co robi taki filozof? – niecierpliwi siê Elka. Ale Weiser nigdy siê nie powtarza³. – To by³ wielki niemiecki filozof. chocia¿ nie by³o dzikich zwierz¹t ani hucz¹cego samolotu. z pocz¹tku nawet trochê nudne. gdy móg³ go ogl¹daæ któryœ z nas. nawet na pewno. – S³awny czy nie. nie wszystko to by³o do koñca zrozumia³e i jasne. naturalnie. ¿ebym poszed³ razem z nimi. co wtedy Weiser mówi³. dlaczego). Wyobrazi³em sobie jednak Weisera sam na sam z dzikim jaguarem bez prêtów klatki albo ca³¹ nasz¹ trójkê pod lœni¹cym kad³ubem i³a na skraju startowego pasa i dreszcz przeszed³ mnie od takich przypuszczeñ. Na ulicy Polanki stan¹³ przed jednym z tych starych domów. tylko ¿e z Elk¹ Weiser przebywa³ ca³y czas. – Jak chcesz. kiedy zechcia³. to chodŸ z nami. widzisz. bo dla mnie nie wszystko. choæ Szymek w tym czasie r¹ba³ pewnie nastêpnego gola. I taka by³a rozmowa pomiêdzy nim a Elk¹: – O. a tu mieszka³ kiedyœ Schopenhauer i pod tymi kasztanami chodzi³ jesieni¹ na spacery. patrz¹c to na mnie. o których mówi³o siê. nie? 68 . ¿e jest taki s³awny? – Nie ka¿dy filozof jest s³awny tak jak on – odpowiada Weiser.

niczego. I kiedy byliœmy ju¿ dalej. – O œmierci te¿ filozof wie bardzo du¿o. ale nie pisze ksi¹¿ek. skoñczy³ tê odpowiedŸ Weiser. – Mój dziadek jest najwiêkszym na œwiecie filozofem.– Filozof wszystko wie o ¿yciu. – Bo filozof musi o tym myœleæ. od czego w³osy stawa³y nam na g³owie. cofniêty od ulicy ze trzydzieœci metrów w stronê lasu. co dzisiaj dla mnie by³oby istotne. który wygl¹da³ trochê jak dwór. to pisze o tym w ksi¹¿kach. Wiêc jak to by³o? W oliwskiej katedrze Weiser pokaza³ nam gotyckie sklepienia i wielkie organy. Nie wiedzia³em. – Wszystko? – pyta z niedowierzaniem Elka. – Wszystko – odpowiada Weiser. trochê podobne do szabel. tak? – Nie – odpowiedzia³ Weiser. obok nastêpnego domu. zdaje siê. to znaczy dobre czy z³e. gdy i³ podnosi³ czerwon¹ sukienkê Elki w krzakach ¿arnowca albo kiedy Weiser poskromi³ czarn¹ panterê. – O œmierci? – No. Elka zapyta³a jeszcze: – A ty jesteœ filozofem. dlaczego gwiazdy nie spadaj¹ na Ziemiê. jak siê umiera – koñczy Weiser. rozumiesz? I wie. to czujê takie same ciarki biegaj¹ce po plecach. A kie69 . do czego s³u¿¹ anio³om mosiê¿ne tr¹by. jakie to ¿ycie jest. – Wiem od dziadka – wyjaœni³ równie prêdko. – Dlaczego mia³bym byæ? – To sk¹d wiesz to wszystko? – doda³a szybko. a w szczególnoœci filozofi¹. czy dziadek Weisera oprócz szycia na maszynie zajmowa³ siê jeszcze czymkolwiek. i kiedy mija³em prowadz¹c¹ do niego lipow¹ alejê obok wywalonej bramy. nawet kiedy chodzi na spacery pod kasztanami. Wie tak¿e. jak wówczas. bo wykrzywione i d³ugie. objaœniaj¹c. I jeœli chce. Niczego chyba nie omin¹³em. Tak. a ludzie mog¹ to czytaæ. lub kiedy w piwnicy nieczynnej cegielni zrobi³ to. ale gdy przypominam sobie tê odpowiedŸ. a rzeki p³yn¹ przed siebie.

¿ebyœmy siedzieli cicho jak ryby – a jeœli ju¿ nawet. i znów by³o o dziadku. z uchem przytkniêtym do ziemi albo strumienia. jest jednym z najpiêkniejszych. tylko jeŸdzi³ po wsiach jako wêdrowny szklarz i gdy zarobi³ ju¿ du¿o pieniêdzy. Bo przecie¿ nigdy wczeœniej nie by³em w prawdziwych górach. ¿e jego dziadek w tych górach spêdza³ nieraz pó³ roku.dy stanêliœmy na mostku w parku. ¿eby pokazaæ Elce jeszcze jeden dom. ryb¹. bez drucianych okularów i centymetra przewieszonego przez szyjê. sta³em i spogl¹da³em to na niego. to znów na widniej¹ce za wie¿ami katedry stoki Pacho³ka. Byæ mo¿e Weiser zmyœli³ tê historiê z dziadkiem od pocz¹tku do koñca. jak w umykaj¹cej spod naszych stóp wodzie odbijaj¹ siê wie¿e katedry. który przed wojn¹ wcale nie zajmowa³ siê krawiectwem. gêbê. czy okoñ. Tak. drzewem i kwiatem. obraz pana Weisera z uchem przytkniêtym do ziemi na wzgórzu Pacho³ek za katedr¹. kamieniem. jakie darowa³o mi ¿ycie. 70 . ale Weiser odpowiada³ z ca³¹ powag¹. to obraz ten. akurat w stylu Elki. dzisiaj niczego nie jestem pewny. obok starego spichlerza. to do kogo ten okoñ po³yskuj¹cy w s³oñcu mia³by mówiæ – do nas czy te¿ do swoich rybich krewnych? – tak pomyœla³em wówczas. to szed³ w góry i rozmawia³ tam ze wszystkim. Elka zapyta³a. a nie odpowiada³. Opowiada³ w³aœciwie. bo niby dlaczego okoñ mia³by coœ mówiæ – na ka¿dej prawie lekcji przyrody M-ski nakazywa³ nam. mo¿e coœ powiedzieæ. rozdziawiaj¹c. wiêc kiedy Weiser mówi³. jak to siê mówi. By³o to g³upie pytanie. który pomyka³ miêdzy wodorostami. to wyobra¿a³em sobie pana Weisera poœród bukowych drzew na tej w³aœnie górze. A póŸniej dwójk¹ pojechaliœmy do Wrzeszcza i Weiser wysiad³ specjalnie po to. wod¹. najwiêkszym filozofie. co stworzy³ Bóg – ptakiem. a ja sta³em oparty o sêkat¹ porêcz mostu. ale nawet jeœli ze³ga³ w sobie tylko wiadomym celu. ob³okiem. Tak by³o wed³ug s³ów Weisera. ¿eby popatrzeæ.

to w³aœnie tak wyra¿a³ siê o bogaczach – ¿e z nudów robili najgorsze rzeczy: strzelali do robotników. pali cygaro. jak siedzi w swoim gabinecie. albo w paj¹ka. Albo nie. ¿e to pewnie z nudów. pokazuj¹c palcem wie¿yczkê z oknem. bo nic nie mieli do roboty. ale wtedy wyobrazi³em sobie Schichaua. – Zupe³nie jak w bajce – œmia³a siê do Weisera. esy-floresy. a ty byœ przyszed³ i uwolni³ mnie z r¹k z³ego czarnoksiê¿nika. kiedy ta czêœæ miasta nazywa³a siê Langfuhr. te zawijasy. ty byœ najlepiej by³ Merlinem i mêczy³ mnie okropnie. pan Schichau. mia³ kilka wejœæ i okr¹g³ych wie¿yczek. a ja zastanawia³em siê. który przed wojn¹. pan Schichau zaœ podnosi palcami grubymi jak serdelki s³uchawkê z³otego telefonu i wzywa policjê. ale Schichaua. Weiser nie mówi³ nic. bo dom by³ rzeczywiœcie ogromny. by³ w³aœcicielem stoczni i musia³ mieæ pewnie strasznie du¿o pieniêdzy. Nasi ojcowie nigdy wprawdzie nie maszerowali przed domem pana 71 .tym razem nie filozofa. i w ogóle byli zdegenerowani i niemoralni. Elka papla³a swoje trzy po trzy. te szpiczasto zakoñczone dachy. balkoniki i galeryjki. ma ju¿ dosyæ wrzasków za oknem swojej willi i czas z tym zrobiæ porz¹dek. Na co im by³y te niepraktyczne wie¿yczki. bo kiedy M-ski na lekcjach przyrody opowiada³ nam o wyzysku i walce klasowej. a ja bym strasznie p³aka³a i nikt by mnie nie uwolni³. Jaœkow¹ Dolin¹. dlaczego taki Schichau i jemu podobni bogacze budowali takie dziwne domy. co M-ski uwa¿a³ za dobre i moralne. t³usty. gruby. które Elce podoba³y siê najbardziej. zlany potem. I pomyœla³em wtedy. – Tam chcia³abym mieszkaæ pilnowana przez smoki. bo tak siê ta ulica domów z wie¿yczkami niewinnie nazywa – za oknem wiêc maszeruj¹ nasi ojcowie i œpiewaj¹: „Gdy naród do boju wyruszy³ z orê¿em”. bo on. zamienia³ w ¿abê albo ropuchê. a za oknem. Na szczêœcie nie muszê dzisiaj przypominaæ. zabierali im ¿ony i córki.

poluj¹c w oliwskich lasach. dla zabicia czasu? Nie wierzê w to za bardzo. powstañcie. nawet najbardziej skrupulatni. ¿adnego planu i po prostu Weiser w³óczy³ siê tego dnia z Elk¹ tak sobie. bo historycy. tutaj sta³a niemiecka pancerka – pokazywa³ rêk¹. Tego przecie¿ nie móg³ dowiedzieæ siê od dziadka ani z ¿adnego podrêcznika historii. Spod domu Schichaua wróciliœmy na przystanek tramwajowy i Weiser zawióz³ nas do Gdañska. nie zajmuj¹ siê takimi sprawami. trafiony przez pocztowca w g³owê.Schichaua Jaœkow¹ Dolin¹ i nie œpiewali: „Gdy naród do boju”. I ¿aden z nich s³owem nie wspomina. nie mog³em wyjœæ z podziwu. Bo kiedy pokazywa³ nam budynek Poczty Polskiej. jakby tu by³ na miejscu i widzia³ na w³asne oczy tê pancerkê. co siê dzieje i dosta³ kul¹ w g³owê. kiedy obwieszcza³ przy³¹czenie naszego miasta do Tysi¹cletniej Rzeszy. nie mam jednak¿e sensownej odpowiedzi. sk¹d on to wszystko wie. ale w siedemdziesi¹tym roku szli obok Komitetu Partii i œpiewali: „Wyklêty powstañ ludu ziemi. 72 . A kiedy byliœmy na D³ugim Targu. ¿eby jej coœ pokazaæ. a st¹d. wówczas zatrzyma³ siê dla odpoczynku. Nie wiem te¿. które zw³aszcza wtedy wydawa³y mi siê przera¿aj¹co g³êbokie. sk¹d Weiser czerpa³ swoje wiadomoœci. czy tak¹ marszrutê mieli zaplanowan¹. – A tutaj atakowali ¿o³nierze miotaczami ognia. A mo¿e w ogóle nie by³o ¿adnej marszruty. Ale to inna historia. opowiedzia³ nam. – O. a tam dalej sta³y ckm-y. miotacze ognia i ckm-y. których drêczy g³ód”. a têdy ich wyprowadzali – i mówi³ to wszystko bardzo swobodnie. czy te¿ zmieni³ coœ ze wzglêdu na moj¹ obecnoœæ. w jakim miejscu Fryderyk Wielki. w którym miejscu sta³ Parteigenosse Gauleiter Forster. A Piotr wyszed³ na ulicê zobaczyæ. w tym miejscu z dachu zlecia³ niemiecki ¿o³nierz. ca³kiem ju¿ z Weiserem niezwi¹zana. Do dzisiaj zastanawiam siê.

To znaczy. wiedzia³em. ch³opcy grali na murawie obok pruskich koszar. który podarowa³ nam na brêtowskim cmentarzu. bo gdyby by³ zwyczajny tak jak wszystkie i gdyby nie wi¹za³ siê z Weiserem. jak okaza³o siê póŸniej. nie mog³em dociec wtedy i nie mogê teraz. Bo zardzewia³y schmeiser. Kiedy ja w³óczy³em siê z Weiserem i Elk¹. Pewnie dlatego ¿e ich matki mia³y pralki i w³asne ³azienki. tylko ch³opacy. czy jeszcze tego popo³udnia zagramy na murawie obok pruskich koszar. ¿e Weiser ze szczególnym upodobaniem tropi³ niemieckie œlady. jak wspomina³em. by³a jedna ³azienka na ca³e piêtro. tylko ¿e nie by³ to zwyczajny mecz. i którego nie mogliœmy od¿a³owaæ po ucieczce wariata w ¿ó³tym szlafroku. To od niej w³aœnie zaczê³y siê nieszczêœcia tego dnia – jeszcze raz powtórzê. kiedy wytropiliœmy Weisera i Elkê w ich kryjówce. których ojcowie byli wojskowymi i którzy mieszkali w nowych blokach za koszarami. a przede wszystkim byli od nas trochê starsi i lepiej ubrani. kiedy Szymek mia³ rozpoczynaæ egzekucjê. gdy przypominam sobie jego zbiór znaczków albo sk³ad broni w nieczynnej cegielni i wybuchy w dolince za strzelnic¹. nie ¿o³nierze w mundurach. znów myœla³em o nowej pi³ce Piotra. ten schmeiser to by³ marny odpadek z jego kolekcji. a pralkê mia³ wtedy 73 . siedz¹c w sekretariacie szko³y. bo u nas. o podaniach Szymka i o tym. a nie nieszczêœcia w ogóle. rozkoszuj¹c siê uderzeniami w prawdziw¹. ¿eby nie by³o w¹tpliwoœci – nieszczêœcia tego dnia. nie tak jak u nas. Gdzieœ po godzinie gry na boisko przyszli wojskowi. nie wspomina³bym o nim. ale co by³o tego przyczyn¹.Ju¿ wówczas. Zgrywali wa¿niaków. skórzan¹ pi³kê. I rzeczywiœcie – graliœmy tego popo³udnia. Ale po kolei. Tymczasem z D³ugiego Targu wróciliœmy do tramwaju i gdy trzês¹cy siê wóz unosi³ nas w kierunku Wrzeszcza.

wyjadaj¹c kêpy zeschniêtej trawy. To rozeŸli³o Szymka. Pokrzykiwali. gdzie mieliœmy tylko Krzyœka. Tamci przyszli trochê póŸniej. ale pewni. przechodz¹c obok betonowego okr¹glaka. Szymek powiedzia³ mi.tylko ojciec Leszka ¯wire³³y. jak na wojnie. I chocia¿ Szymek dwoi³ siê i troi³. Nasi zgodzili siê i Piotr te¿ siê zgodzi³. Wybrano sk³ady po szeœciu plus bramkarz i ustalono. to zobaczymy. Najpierw stali z boku i patrzyli. jedna do obiadu. ¿eby zagrali z nami. a druga po po³udniu. a Staœ Ostapiuk podawa³ Krzyœkowi celnie jak nigdy dot¹d. ¿e niby po co nam taka pi³ka. Wiêc tamci byli wa¿niakami. ¿e lepiej dadz¹ nam zwyk³¹ szmaciankê. zobaczy³em. rzucali kamykami albo œmiali siê g³oœno. wiêc podszed³ do ich herszta i powiedzia³. jak siê trochê och³odzi. Zaczêliœmy graæ. ¿e mecz bêdzie prawdziwy. i co chwila przeszkadzali. ten przeszed³ dwóch wojskowych i zbli¿a³ siê do ich pola karnego. Piotr przerzuci³ pi³kê d³ugim podaniem na lewe skrzyd³o do Leszka. ale o honor. skoro nie umiemy graæ. ¿e maj¹ pi³kê w garœci. wojskowi wygrali pierwsz¹ po³owê cztery do jednego. Piotr przechodzi³ samego siebie. Ale tamci byli sprytni. to znaczy w dwóch po³owach. Po obiedzie wróciliœmy na murawê. bo tu nie chodzi³o tylko o pi³kê. to pi³ka nasza. naszego bramkarza i czterech tamtych. gdzie pas³a siê krowa. Kiwnêli go i ju¿ pêdzili pod nasz¹ bram74 . – Zgoda – odpowiedzieli – ale jak przegracie. W³aœnie kiedy wraca³em do domu. ale obroñca odebra³ mu j¹ i pos³a³ potê¿nym kopem na nasz¹ po³owê. jak rozgrywamy pi³kê. jak wlekli siê przygnêbieni. na którym od miesiêcy szarza³y strzêpki tych samych afiszy. o co chodzi. bo szkoda dobrej pi³ki na nasze nogi. bez nadziei na zwyciêstwo w drugiej po³owie. ale takiej pi³ki jak my nie mieli i oczy im rozb³ys³y po¿¹dliwie.

kê. a Krzysiek i ja graliœmy boso. co natychmiast poj¹³ i wykona³ cudnie Szymek. a jeszcze lepiej kierowa³ nami na boisku i nic 75 . kiwanie. którym okaza³ siê Weiser. I wtedy sta³o siê coœ nieoczekiwanego. w œrodku Weiser. kolejarskim podkoszulku taty. a trochê za nim. bo oprócz honoru traci³ coraz wyraŸniej swoj¹ pi³kê. co w³aœciwie nie mia³o prawa siê wydarzyæ. zmyli³ go. Bo to nie by³a zwyk³a gra. bo musia³ ust¹piæ miejsca Weiserowi – ale tylko przez kilka minut. By³o 5:2. ¿e wygramy ten mecz. bo wojskowi zaczynali przynaglaæ. to by³ prawdziwy poemat z piêcioma aktorami w roli g³ównej i narratorem wszechwiedz¹cym. Teraz zaczê³o siê wspania³e widowisko i chocia¿ nie mieliœmy stu tysiêcy kibiców ani nawet jednakowych koszulek. na naszej po³owie zostali Krzysiek Barski i Leszek ¯wire³³o. a Piotr mia³ ³zy w oczach. coœ. po tym jak z prawego skrzyd³a poda³em Weiserowi. cofniêty parê metrów. wyk³adaj¹c piêt¹ pi³kê do ty³u na strza³. podawanie. Ale to dopiero pocz¹tek. strzelanie. na prawym ja. Przede wszystkim poustawia³ nas jak nale¿y i nie biegaliœmy odt¹d za pi³k¹ w kupie. i powiedzia³. któr¹ dosta³ od bogatego wuja. a ten kiwn¹³ dwóch tamtych i zamiast iœæ od razu na bramkarza. którego zobaczyliœmy dopiero teraz. Piotr. a na bramce jak zawsze stró¿owa³ Janek Lipski. do pierwszej bramki. W obronie. jeœli on zagra z nami i jeœli bêdziemy we wszystkim s³uchaæ jego rozkazów. Szymek by³ kapitanem i zawaha³ siê. zwyk³e kopanie. to ka¿dy trener popad³by w absolutny zachwyt. a w sekundê póŸniej by³o 5:1. w przyd³ugim. Bo Weiser ku naszemu zdziwieniu gra³ doskonale. Szymek nic nie mówi³. A wiêc na lewym skrzydle Szymek. ale nie by³o czasu na rozmyœlania. Wr¹ba³ j¹ wojskowym Szymek. Przez pierwsze parê minut zza linii autowej krzywi³ siê na te zmiany Staœ Ostapiuk. Z ma³ego pagórka zszed³ do nas Weiser.

czeka³ na swój popisowy numer i choæ gra³ z nami jeden jedyny raz. To by³a 76 . ten z powrotem do niego. wy³uska³ pi³kê z nóg wojskowego i doœrodkowa³. to znaczy. wtedy jedn¹ z tych tyczek kopn¹³ z ca³ej si³y pi³kê i miêkko szurn¹³ na trawê. co umie. który znalaz³ siê nieoczekiwanie na lewym skrzydle obok Szymka. wy³o¿y³ pi³kê na strza³ do ty³u. a kiedy jego sylwetka znalaz³a siê w pozycji pionowej. wyrównuj¹ca bramka pad³a z bezpoœredniego rzutu wolnego i tu Weiser pokaza³. Elka szala³a. Trzeci¹ bramkê wrzepi³em ja. ¿eby szybko do³o¿yæ wojskowym nastêpne gole. a Staœ Ostapiuk tañczy³ obok niej zwariowany taniec kibica i pokazywa³ nam kciuk wzniesiony do góry. który nie zmarnowa³ okazji. bo pi³ka poszybowa³a dos³ownie centymetr nad g³owami muru wojskowych i wlecia³a miêdzy drewniane s³upki na oczach bezradnego bramkarza. nie doszed³by do koz³uj¹cej pi³ki. sprê¿y³ i w biegu zrobi³ salto. Kiedy wchodzi³ na po³owê wojskowych. nie wiem jakim sprintem. ale Weiser uspokaja³ nas ruchami rêki.nie uchodzi³o jego uwadze. a¿ otocz¹ go zwabieni pozorn¹ bezradnoœci¹. my zaœ tylko czekaliœmy na tak¹ sposobnoœæ. tyle tylko ¿e trochê przedobrzy³ i Weiser. czekaj¹c. a czwart¹ w³adowa³ Piotr. wyrzuca³ pi³kê podbiciem. Do koñca meczu pozostawa³o jeszcze piêæ minut. Czeka³ najwyraŸniej na swoj¹ chwilê. bo brakowa³o mu ca³e pó³ metra. jego rêce prawie dotyka³y trawy. Wiêc skuli³ siê. Pi¹ta. a Weiser podobnie jak przy drugiej. to póŸniej d³ugo jeszcze mówiliœmy o numerze Weisera. najpierw zwleka³ i zwalnia³ grê. Na czym to polega³o? Piotr. tym razem Piotrowi. kiedy Weiser najpierw poda³ do Szymka. krzycz¹c i wymachuj¹c rêkami. krzycz¹æ do Szymka albo do mnie: „teraz! teraz!”. z takiego w³aœnie podania. pêdz¹c na bramkê. a nogi stercza³y w górze jak tyczki do fasoli. a nastêpnie podawa³ g³ow¹ na lewe albo prawe skrzyd³o. Wtedy. jakby siê z nimi bawi³.

chudy i przygarbiony lekko Weiser. mówi¹c: – I tak jesteœcie gnojki. bo nagle zrozumieliœmy. A kiedy skoñczy³ siê czas i nic nie mog³o ich uratowaæ. Takim go widzê dzisiaj – zagra³ wcale nie z powodu pi³ki Piotra ani tym bardziej naszego honoru. a wojskowi do koñca meczu bali siê naszej pi³ki. podszed³ do nas ten najwy¿szy dryblas. przedziurawi³ nam pi³kê i rzuci³ w nasz¹ stronê. Herszt wojskowych tymczasem chwyci³ Piotrowy skarb i przeszed³ z nim w stronê krzaku. Spojrza³em w stronê. i wszyscy tak samo odwrócili g³owy w tamtym kierunku. w³o¿y³ spodnie i poszli z Elk¹ w stronê domu. Nam pozostawi³ gorzkie okruchy swojej s³awy. jakby ju¿ nic innego nie mogli wymyœliæ. ¿e jedyn¹ osob¹. jadali lepsze obiady ni¿ my. s³yszycie.nasza szósta. krzycz¹c: – Macie to swoje gówno! A jego kolesie œmiali siê z tego. co by³o widaæ. który nigdy nie gra³ z nami w pi³kê ani nie p³ywa³ w Jelitkowie. i tak jesteœcie band¹ œmierdz¹cych gnojków! A my szukaliœmy Weisera. a w dodatku. bo có¿ mog³y go obchodziæ nasze porachunki? Zakoñczy³ wystêp i jak prawdziwy artysta wzgardzi³ poklaskiem t³umu. Ale on znikn¹³ ju¿ za koszarami. gdzie mieli z³o¿one ubrania. Staliœmy bezradni. co powiedzia³. on zagra³ wtedy. B³yskawicznie wyj¹³ z chlebaka nó¿. jakby rzeczywiœcie nigdy nie obchodzi³a go pi³ka. ¿e potrafi to robiæ lepiej i ¿e we wszystkim jest od 77 . Ale on przesta³ siê nami interesowaæ. gdzie powinien byæ Weiser. bo tamtych z kibicami by³o dwa razy wiêcej. by³ w³aœnie on. mog¹c¹ tu coœ poradziæ. ¿eby obnieœæ go naoko³o boiska. aby pokazaæ nam. odchodz¹c ze sceny. Elka wy³a ze swojego miejsca. zwyciêska bramka. ryczeli po prostu ze œmiechu i powtarzali „gówno” i „gnojki”.

choæ nie bardzo mog³em zrozumieæ. Podejrzewam. jak robimy to znacznie gorzej od niego – to musia³ mieæ jakieœ powody. ju¿ wtedy ogarnê³o nas coœ w rodzaju niepokoju. Nie chodzi³o mu zapewne o zwyk³e przechwa³ki. których nie znaliœmy. No to sobie popatrzyliœcie”. wygl¹da³o to raczej na zdanie: „No i co? Mówiliœcie. a ja wiedzia³em jeszcze. A gdyby ktoœ z nas zapyta³. gdy wracaliœmy z boiska obok pruskich koszar z dziuraw¹ pi³k¹ Piotra. dlaczego Weiser wola³ przez wszystkie te lata uchodziæ w naszych oczach za ³amagê. I ju¿ wtedy. Dopiero gdy zegar œcienny wybi³ dziewi¹t¹. ¿e nie umiem graæ w pi³kê. Bo skoro Weiser ukrywa³ przed nami swoje umiejêtnoœci. skoro nigdy nie pokazywa³ nam tego i przesiadywa³ czêsto na skraju boiska. kiedy Szymek pozostawa³ w gabinecie podejrzanie d³ugo. i teraz nikt ju¿ siê z tego nie œmia³. wychodz¹c z ukrycia akurat tym razem? Szymek powtórzy³ zdanie Elki. po co w³aœciwie tam chodzili. olœni³a mnie myœl 78 . wyrzuciæ dalej kolanem do góry i pchn¹æ czo³em na lewe lub prawe skrzyd³o. ni¿ zagraæ choæ raz w pi³kê albo pop³yn¹æ z nami do czerwonej boi w Jelitkowie. bo przypomnieliœmy sobie wczorajsze zoo i czarn¹ panterê. ¿e on wszystko potrafi. kry³a siê spora czêœæ jego natury. bo nigdy nie ugania³em siê z wami na boisku. skoro nigdy nie pokazywa³ nam. które mu przypisujê. jak potrafi kiwaæ trzech przeciwników naraz albo podnieœæ pi³kê z ziemi czubkiem buta. ¿e Weiser z Elk¹ wcale nie bawili siê w doktora i pacjenta na skraju pasa startowego. ¿e w tym. pewnie powiedzia³by: „To mnie zupe³nie nie interesuje”. ale bardzo szczêœliwi. czy zagra z nami jeszcze. zastanawia³em siê.nas lepszy. No i dlaczego Weiser zdecydowa³ siê zagraæ z nami. umieœciæ j¹ na podbiciu. Siedz¹c na sk³adanym krzeœle w sekretariacie szko³y. patrz¹c.

pomiêdzy którymi falowa³a trójk¹tna czarnoœæ i miêkkoœæ. Tak. ¿e Weiser unosi³ czerwon¹ sukienkê Elki za poœrednictwem lœni¹cego kad³uba samolotu. do tej pory. I kiedy drzwi gabinetu otworzy³y siê i wypuœcili z niego nareszcie Szymka. bo nie chcia³ tego robiæ sam. Nie powiedzia³em. a ja s³yszê swoje nazwisko: 79 . Elka zaœ asystowa³a mu przy tym zapewne wiele razy. Byliœmy tam tylko raz. co zasz³o miêdzy nami podczas mojej wizyty. a mo¿e zbyt prostackie. gdy pisa³em do niej listy. kiedy przypominam sobie Weisera w piwnicy nieczynnej cegielni. I tylko ja wiedzia³em i wiem. kim by³ albo jest w dalszym ci¹gu Weiser. zobaczy³em raz jeszcze srebrne cielsko i³a nad krzakami ¿arnowca. która mog³aby zaczynaæ siê od sceny w nieczynnej cegielni. ani nawet wtedy. ¿e Elka odnalaz³a siê póŸniej i ¿y³a d³ugo wœród nas. do dzisiaj. kiedy znów piszê listy do Mannheim. ani póŸniej. uniesione kolana Elki. Nie powiedzia³a. zdaje siê. ¿eby siê z ni¹ zobaczyæ – nigdy nie powiedzia³a nic na temat Weisera ani tego. jej podnosz¹ce siê i opadaj¹ce biodra. Ale ani wówczas. widocznie by³o to dla niego zbyt proste. zdaje siê. Ale nie piszê o Weiserze ksi¹¿ki. nawet dzisiaj w³osy staj¹ mi na g³owie. co wydarzy³o siê ostatniego dnia nad Strzy¿¹. Jej milczenie. jakby przekrzykiwa³a straszny huk l¹duj¹cej maszyny. jej uparte milczenie œwiadczy o tym wymownie. I wszystkie wybuchy w dolince za strzelnic¹ by³y. niepomny tego. i przypomnia³em sobie jej twarz z otwartymi ustami. a lekarze t³umaczyli jej uparte milczenie szokiem psychicznym. tak¿e dla niej. Bo w³aœnie Elka musi wiedzieæ. czêœciow¹ amnezj¹ i tak dalej. Nie – wyjaœniam tylko fakty i okolicznoœci i dlatego Szymek siada teraz na sk³adanym krzeœle obok mnie. ¿e to nie jest prawda. gdy pojecha³em do Niemiec tylko po to.bardzo prosta. zanim wyjecha³a na sta³e do Niemiec.

– Tak – westchn¹³ mê¿czyzna w mundurze. ¿ebyœ nam opowiedzia³ jeszcze raz o tym ostatnim wybuchu. z obola³¹ nog¹. – Ile ich by³o i w jakich dniach. idê i bojê siê M-skiego. z takimi samymi k³akami na piersiach. idê w kierunku drzwi obitych pikowan¹ cerat¹. które zastosuje w tej kolejce przes³uchania. Bo w³aœciwe przes³uchanie mia³o siê dopiero rozpocz¹æ. Co to by³o – trotyl? proch? Sk¹d to bra³ – z ³usek? z niewypa³ów? I chcemy. powiedzia³: – Proszê. wœcieka siê i od czasu do czasu sika w pierwsze rzêdy rozbawionych ludzi. Czy nie znaleŸliœcie mo¿e kawa³ka koszuli albo cia³a gdzieœ w okolicy? A mo¿e na którymœ z drzew? Wszystkie te pytania M-ski zadawa³ szybko i by³y one jak tematy w uwerturze – nastêpowa³y naraz. a on wzi¹³ to za dobr¹ monetê. czarne w³osy. a w³aœciwie tortur. jakby to by³o zabawnie zobaczyæ tam zamiast niego sier¿anta milicji. powiedz prawdê. Niczego siê nie bój. mo¿esz usi¹œæ. – Chcemy wiedzieæ wszystko o wybuchach za strzelnic¹ – rozpocz¹³ M-ski. kiedy by³ pierwszy wybuch? Kiedy to by³o? 80 . teraz ty – i wstajê powoli. jedno po drugim. Zaraz przypomnia³em sobie szympansa z oliwskiego zoo. nie najlepiej wy¿êt¹ i wykrêcon¹. kiedy Weiser i wasza kole¿anka zginêli. bo zrewan¿owa³ mi siê równie¿ uœmiechem i pokazuj¹c rêk¹ krzes³o. Mê¿czyzna w mundurze rozpi¹³ dwa guziki niebieskiej bluzy i zobaczy³em. spod którego przez ma³e oczka wy³a¿¹ gêste. dyrektor zaœ manipulowa³ d³oñmi wokó³ swego krawata. M-ski ³ypa³ podejrzliwie w moj¹ stronê. ¿e pod spodem ma siatkowy podkoszulek. – No wiêc. Uœmiechn¹³em siê wiêc do niego. i pomyœla³em. powiedz nam. który teraz nie przypomina³ ju¿ kokardy jakobiñskiej ani szalika.– Heller. tylko mokr¹ szmatê. Sk¹d wasz kolega mia³ materia³ wybuchowy do eksplozji. jak sypie piaskiem w publikê.

– Czyje grzechy? – wtr¹ci³ ten w mundurze. bo wtedy ksi¹dz proboszcz zaczyna³ nabo¿eñstwa. przekrêcaj¹c jeszcze bardziej krawat. sier¿ancie? To jeszcze gorzej ni¿ œredniowiecze. a my mamy w takich warunkach pracowaæ. za grzechy ludzkie – nie bardzo wiedzia³em.. ¿e tego nie s³ucha³ prokurator. ¿e ludzie odchodz¹ od Boga i œwiêtej wiary katolickiej. bo by³a przecie¿ ogromna susza. no – podchwyci³ dyrektor. – No. emocje s¹ najgorszym doradc¹ w takich sprawach. – Dosyæ! Pan s³yszy. proszê pana – odpowiedzia³em grzecznie. proszê pana – odpowiedzia³em. kolego. wiêc Bóg zes³a³ tê suszê jako znak. co? Szkoda.. – A dok³adniej? – wtr¹ci³ dyrektor. dyrektorze? Czy oni nigdy nie przestan¹? – i znów zwróci³ siê do mnie – wiêc jakie to by³y nabo¿eñstwa? – Nabo¿eñstwa w intencji rolników i rybaków. to Bóg zrobi to samo z nami. to co? – Bo jak siê nie poprawi¹. To podpada chyba pod jakieœ paragrafy! Mê¿czyzna w mundurze przerwa³ mu ruchem rêki: – Musimy pracowaæ rzeczowo. to samo co w Sodomie i Gomorze. – A w³aœciwie na intencjê deszczu. ¿e to kara bo¿a za grzechy. – Dosyæ! – wrzasn¹³ M-ski.. ale na pewno na pocz¹tku sierpnia. – Dok³adniej nie pamiêtam. – No. – No wiêc.– Gdzieœ na pocz¹tku sierpnia. ¿eby siê ludzie poprawili. mówisz nam. – Jakie znów nabo¿eñstwa?! Pan s³yszy. oni nie oszczêdzaj¹ nawet dzieci. towarzyszu M-ski. bo jak nie. – Zwróci³ siê znów w moj¹ stronê. tak? 81 .. ¿eby oczyœci³ zatokê i obmy³ pola. co odpowiedzieæ. – Jakie znów nabo¿eñstwa?! – podskoczy³ jak oparzony M-ski. a proboszcz Dudak mówi³. ¿e to by³o na pocz¹tku sierpnia. – Proboszcz mówi³. spali miasta i ludzi i. – Jak nie.

w ogóle. od. ale oni chodzili zawsze razem. a raczej z nimi. to znaczy. Kaza³ nam po³o¿yæ siê w okopie. 82 . bo Weiser schowa³ gdzieœ pr¹dnicê i powiedzia³. chodzi³a z nim wszêdzie. gdzie jeszcze? – No tak. i nagle huknê³o. – Wszêdzie. a sk¹d dowiedzieliœcie siê. proszê pana. to by³o na pocz¹tku sierpnia – potwierdzi³em. Ona z nim by³a wszêdzie. – I to wszystko? – Tak. a on przyszed³ i powiedzia³. gdzie jeszcze. – Tak.– Tak. ¿e jak chcemy zobaczyæ coœ fajnego. a my poczuliœmy. ¿e mundurowy odpina nastêpny guzik kurtki i w³osy wy³a¿¹ mu jeszcze bardziej przez podkoszulkowe oczka. od pr¹dnicy. a potem powiedzia³ „uwaga” i pokrêci³ korbk¹. – Jak to by³o? – Bawiliœmy siê w Brêtowie.. ¿e Weiser bêdzie coœ takiego robi³? – On sam nam powiedzia³. – Czy by³a z nim wtedy Wiœniewska? – Tak. ¿e to bêdzie wybuch i ¿ebyœmy go we wszystkim s³uchali. i co by³o dalej? – Na miejscu Weiser powiedzia³. bo mo¿e byæ jakieœ nieszczêœcie. i zaprowadzi³ nas do tej doliny za strzelnic¹. Zobaczy³em. jak na g³owê spada nam piasek z kawa³kami trawy. by³a. ¿e mo¿emy ju¿ iœæ do domu. – Pr¹dnicy – wtr¹ci³ mundurowy. a póŸniej robi³ coœ z tymi kablami od. ja nie wiem.. bo Wiœniewska by³a z Weiserem... – Dobrze – powiedzia³ – wiêc naturalnie poszliœcie z nim. – A Wiœniewska? – przypomnia³ sobie nazwisko Elki. – Dobrze. to ¿ebyœmy poszli z nim.

dobrze. kiedy szliœmy ogl¹daæ wybuch. który mówi¹c ostatnie s³owa. wiêc musia³ mieæ to przygotowane wczeœniej. podobnie jak kopru i czosnku. dwie. ¿e kiedy szliœcie na miejsce wybuchu. ca³y dzieñ? – Nie wiem – odpowiedzia³em. czy nastêpny ³adunek jest mo¿e przygotowany? Poczu³em jak z ust mundurowego. tê minê mia³ ju¿ zakopan¹ w ziemi. proszê pana. przechyli³ siê do mnie mocno. zacisn¹³ go wokó³ szyi. – I uwierzyliœcie mu? – On nigdy. bo Weiser zakaza³ nam chodziæ tam bez niego i powiedzia³. Mundurowy podrapa³ siê w g³owê i spogl¹da³ na dyrektora. – No. 83 . ¿e ca³a dolina jest zaminowana. który wygl¹da³ na Ÿle przypasowany do ca³oœci uchwyt korkoci¹gu. a przy nas ³¹czy³ tylko druty z pr¹dnic¹. Dyrektor gwa³townym ruchem rêki zamiast poluŸniæ swój krawat. Powiedz mi teraz. taki sam jak ze s³oja kiszonych ogórków. choæ tego lata by³o ich ma³o. a na wybuch zabiera³ nas zawsze w ostatniej chwili. wynika. to znów na M-skiego.. co mówisz. a nie korci³o was.. bo on za ka¿dym razem. jak d³ugo le¿a³a mina od za³o¿enia do wybuchu: godzinê. czy tak? – Tak. – Czyli zak³ada³ ³adunek i przewody. rozumiem.. w ogrodzie przylegaj¹cym do naszej kamienicy. – Nie. a zreszt¹ ka¿dy wybuch by³ w innej czêœci doliny i baliœmy siê. jak was nie by³o..– Zaraz. nie k³ama³. ¿eby na tak¹ minê nie stan¹æ. proszê pana. bo Weiser nie t³umaczy³ tych rzeczy. wyp³ywa cieniutk¹ stru¿k¹ zapach czosnku. proszê pana. – Tego nie wiedzia³ nikt. – Poznajesz to? – mundurowy pokaza³ mi fotografiê czarnej skrzynki z korbk¹ i przyciskiem. Weiser nie mia³ ze sob¹ ³adunku. ¿eby pójœæ tam bez niego i zobaczyæ. z tego.

¿e umiemy trzymaæ jêzyk za zêbami. to mo¿emy z ni¹ iœæ. a co on mia³ w tej cegielni. – Zaraz. – No w³aœnie. jak zaczê³y siê poszukiwania i jak milicja znalaz³a tê zawalon¹ piwnicê. ¿e jak chcemy mieæ prawdziwy automat. 84 . tam gdzie s¹ te wózki i szyny. ¿e he³m i automat to jest nagroda za to. Nie powiedzia³a dok¹d i zaprowadzi³a nas do starej cegielni.– Tak. co Weiser tam trzyma³. któr¹ Weiser zawsze gdzieœ chowa³ po wybuchu. – A sk¹d j¹ mia³? – szybko wtr¹ci³ M-ski. wiêc Weiser powiedzia³. proszê pana. I nic wiêcej nam nie pokaza³.. dopiero. – Gdzieœ po drugim albo po trzecim wybuchu Elka przysz³a do nas i powiedzia³a. – A nie wiedzieliœcie nic o piwnicy i arsenale. – Jak to by³o? – podchwyci³ mundurowy. co pokazywa³ wam. ¿e to dla nas. mo¿e znalaz³ j¹ razem z tym wszystkim w cegielni. bo w cegielni Weisera spotkaliœmy tylko raz. proszê pana. Wiêc nie pytaliœmy. to dostaniemy coœ ekstra. ale Weiser powiedzia³. ale tylko wtedy. – A nie domyœlaliœcie siê niczego? Sk¹d na przyk³ad wzi¹³ pr¹dnicê albo mia³ proch do ³adunków? Nie pytaliœcie go? Ani razu? – Pytaliœmy. to jest ta pr¹dnica. to w jakiej czêœci cegielni byliœcie wtedy? – Ko³o pieców. proszê pana. jaki tam zgromadzi³? – Nie. dopiero wtedy us³yszeliœmy. – Nie wiem. kiedy tam chodziliœcie? – My tam.. poznajê. to znaczy prawdziwy automat do zabawy. nie chodziliœmy. a jak siê do nas przekona – tak w³aœnie powiedzia³: „jak siê do nas przekona”. gdzie czeka³ Weiser i da³ nam wtedy zardzewia³y automat i he³m niemiecki. bo my przez ca³y czas bawiliœmy siê w partyzantów.

– ¯eby tylko o to chodzi³o. no i nie by³o he³mu ani automatu. poluŸniaj¹c krawat. jak ju¿ mieliœmy wracaæ do domu. – ¯e to siê mo¿e Ÿle skoñczyæ dla was wszystkich? Milcza³em przez chwilê. ale w wojnê nigdy siê z nami nie bawi³. ¿eby ten stary automat i he³m dawaæ do rêki zbieg³emu pacjentowi szpitala? Czy nie wiedzieliœcie. zw³aszcza temu mundurowemu w podkoszulku z siatki. proszê pana. w samym rogu cmentarza. co ja z wami mam – ale nie dokoñczy³. który teraz przypomina³ kolorow¹ chustkê pani Korotkowej. czego oczekiwa³: – Tak. ch³opcy. mê¿czyŸnie ow³osionemu jak Tarzan? W koñcu wykrztusi³em to. chowaliœmy za ka¿dym razem w pustej krypcie. ¿e ten wariat lata po Brêtowie w naszym he³mie i z naszym automatem. proszê pana. chodziliœmy na cmentarz w Brêtowie i on przychodzi³ czasami. – ¯eby tylko o to chodzi³o – westchn¹³ dyrektor. I dopiero póŸniej ktoœ nam powiedzia³. No. ale jego samego nie widzieliœmy. dopiero teraz – doda³ M-ski. ale mundurowy przerwa³ mu: – Co wam przysz³o do g³owy. ale gdzie indziej – powiedzia³ M-ski. A¿ raz przyszliœmy. teraz myœlê. a dyrektor pokiwa³ g³ow¹ i nic ju¿ nie powiedzia³. bo M-ski spojrza³ na niego groŸnie 85 . ¿e o tym wszystkim trzeba powiadomiæ kogoœ z doros³ych? – kontynuowa³ mundurowy. – A nie przysz³o wam na myœl. – Wojnê to on sobie robi³.– No. bo co na takie pytanie mog³em odpowiedzieæ. He³m i automat po zabawie. – A Weiser nie bawi³ siê z wami w partyzantów? – Nie. ¿e to psychicznie chory cz³owiek? Biega³ z tym po okolicy i straszy³ ludzi. czyja to by³a sprawka? – To nie by³o tak. – W³aœnie. jak siê nie by³o gdzie k¹paæ. Mój Bo¿e. ¿e powinniœmy to zrobiæ. dobrze – mundurowy by³ wyraŸnie rozczarowany.

gdy M-ski zrobi³ mi wyciskanie s³onia. ale mundurowy powstrzyma³ go i kaza³ mi podejœæ do biurka. przecie¿ oni ju¿ wtedy nie ¿yli?! Czy chcesz nam wmówiæ. – Wybuchów by³o razem szeœæ. o której mówisz. a teraz. kolego. 86 . co?! I zbli¿y³ siê do mnie niebezpiecznie blisko. jeszcze raz opisz dok³adnie.i dyrektor umilk³ jak za dotkniêciem ró¿d¿ki. to ta œciana doliny. obok wyrwy. By³y do siebie podobne i tylko ten ostatni. ile by³o tych wybuchów i czym ró¿ni³y siê od siebie? – Zaraz. jak znikli na wzgórzu. ogl¹daj¹c je na wszystkie strony. jakby s³owa wybiegaj¹ce z moich ust by³y robaczkami i jakby ka¿de z tych stworzeñ brali pod lupê. M-ski nie wytrzyma³ i wrzasn¹³: – Jak mogliœcie ich widzieæ.. a tamci s³uchali uwa¿nie. A kiedy skoñczy³em na tym. – liczy³em w pamiêci. tylko ten ostatni by³ bardzo silny. – Wy staliœcie tutaj. mówi³em wolno. na której dolina zaznaczona by³a czarnymi poziomicami. wiêc kiedy skoñczy³em na tym. to znaczy silniejszy ni¿ wszystkie tamte. co by³o zgodne z prawd¹. – Taaak – mrukn¹³ mundurowy.. gdzie roz³o¿y³ wojskow¹ mapê. a mundurowy pyta³ dalej: – Powiedz nam teraz. o którym mówi³em ju¿ poprzednim razem. – No. tak? – Tak. ¿e widzieliœcie dwa duchy zmierzaj¹ce do nieba. co wydarzy³o siê w dolinie tym ostatnim razem. tak? – Tak – skin¹³em g³ow¹. ¿eby niczego nie zmieniæ. – A góra. proszê pana – potwierdzi³em. dobrze. za ka¿dym razem po jednym. Mówi³em wiêc tak jak poprzednio. jak Elka i Weiser znikli na wzgórzu.

przeszed³ przez dolinê i pomacha³ rêk¹ na znak. za krzakami leszczyny. Potem rusza w kierunku miny – „przeszed³ przez dolinê” – powiedzia³eœ. ¿e oni wylecieli w powietrze? Ktoœ. przyznaj siê wreszcie! Milcza³em zaskoczony map¹ i jego dok³adnoœci¹. a kiedy zobaczy³. ¿e ich widzicie. to czerwone kó³ko oznacza miejsce eksplozji. id¹ tam pod górê” i z tego strachu zobaczyliœcie ich. ¿e mamy siê ju¿ po³o¿yæ. Weiser widzi was i stoi jakieœ dwadzieœcia metrów dalej. zaraz potem ziemia zadr¿a³a od eksplozji. jak wiêc mo¿esz twierdziæ z ca³¹ pewnoœci¹. tak powiedzia³eœ. powiedzia³: „o. o tu. o st¹d. Musia³o to wygl¹daæ tak. to popatrz tu – mundurowy o³ówkiem stukn¹³ w mapê. jakbym przyznawa³ mu racjê. ¿e jesteœmy. co mówi³eœ. tak? Skin¹³em g³ow¹. ¿e to by³ Weiser i Wiœniewska? A mo¿e wam tylko zdawa³o siê. co? Mo¿e baliœcie siê pomyœleæ. – No. daje wam znak rêk¹ i le¿ycie. zdaje siê Korolewski. – Popatrz uwa¿nie. Wiœniewskiej w tym czasie nie widzicie. wiêc oddala siê od was w stronê ³adunku. Weiser. o tutaj. I co siê dzieje? Zaraz po znaku rêk¹ nastêpuje wybuch. tam 87 . Najpierw stoicie obok modrzewiowego zagajnika. A sk¹d Weiser kiwa³ rêk¹? Tak. wynika. gdzie znajdowa³ siê Weiser i wasza kole¿anka w momencie wybuchu. bo bardzo chcieliœcie zobaczyæ. bo ona idzie o st¹d. Powiedzia³eœ: „Weiser kaza³ nam czekaæ obok modrzewiowego zagajnika.– No. A teraz patrz uwa¿nie. ¿e w tej samej chwili podchodzi do niego wasza kole¿anka. Zapach czosnku by³ teraz wyraŸniejszy i przysz³a mi ochota na kiszone ogórki. to dzieli³o was od podnó¿a wzniesienia dok³adnie sto metrów. czy nie tak by³o? No. bo zaraz dokoñczy³: – Z tego. nie podnosz¹c g³ów. a na g³owy posypa³ nam siê piasek”. ¿e nie wiesz dok³adnie. bo to najwa¿niejsze. wiêc nie mo¿ecie widzieæ.

Potem chcia³ iœæ ju¿ razem z Wiœniewsk¹ do pr¹dnicy. Weiser macha³ do was w³aœnie st¹d. a potem szed³ do pr¹dnicy.gdzie jest wyrwa.. która by³a… o tu. albo tu. robi³ tak samo. tu w³aœnie j¹ znaleŸliœmy. choæ to jest sto metrów od tego miejsca. nastêpnie sprawdza³ po raz ostatni pod³¹czenie przewodów do zapalnika bomby. tym razem rzeczywiœcie po raz ostatni. Uwierzyliœcie. a wy chcieliœcie ich bardzo zobaczyæ. albo tu. Czy nie tak by³o? Sta³em przy biurku i podziwia³em. choæ ³adunki po³o¿one by³y w ró¿nych miejscach. i dopiero wtedy krêci³ korbk¹ i wciska³ przycisk. Mniej wiêcej tyle czasu potrzebowa³. ale nie doszed³. ale tylko na niby. ¿e nastêpnego dnia. tylko ¿e tym razem ³adunek eksplodowa³ sam. ¿ebyœcie siê po³o¿yli.. Przy poprzednich wybuchach – sami to potwierdziliœcie – od znaku Weisera do detonacji up³ywa³y zazwyczaj dwie minuty. ¿eby od ³adunku przejœæ w bezpieczne miejsce. a nie mina skonstruowana przez waszego kolegê. bez pokrêcenia korbk¹ i wciœniêcia detonatora. gdzie za³o¿ona by³a mina. z miejsca.. kiedy ju¿ staliœcie obok wyrwy. Najpierw dawa³ znak. czy wszystko jest w porz¹dku. nachyli³ siê nad ³adunkiem. Tym razem sprawdzi³ przewody – od znaku rêk¹ mog³o up³yn¹æ najwy¿ej piêtnaœcie sekund – i zacz¹³ iœæ w kierunku pr¹dnicy. naszym meczu z wojskowymi na murawie 88 . Bo Weiser za ka¿dym razem. bo przecie¿ mundurowy nie wiedzia³. tu albo tu. ¿eby sprawdziæ przewody. Przypuszczalnie by³ to niewypa³.. Bo by³o tak: Weiser najpierw pomacha³ rêk¹ i kiedy ju¿ le¿eliœcie twarzami do ziemi. ¿e wszystko w jego opowiadaniu pasuje do siebie tak dobrze. Ale nie powiedzia³em nic.. gdzie schowana by³a pr¹dnica. Nie wiedzia³ nic o czarnej panterze. Wylecia³ w powietrze razem z Wiœniewsk¹. no i zobaczyliœcie. ¿e id¹ tu. Zbyt dobrze. bo ³adunek eksplodowa³ sam. o tu albo tu. nad Strzy¿¹ spotkaliœmy siê znów. o tu.. pod górê. aby by³o prawdziwe.

– To jest kryminalna sprawa – doda³ dyrektor.. a M-ski podszed³ do mnie. a przynajmniej nie od tego. Odetchn¹³ i znów poczu³em stru¿kê czosnkowego zapachu.. kto potwierdzi³. tak? Sta³em z pochylon¹ g³ow¹ i wyobrazi³em sobie.. Gdzie ukryliœcie szcz¹tki Weisera i Wiœniewskiej? Mów! Milcza³em. ale oko Weisera mruga na 89 . ¿e nad Strzy¿¹ widziano was dzieñ wczeœniej! No? Milcza³em.. ani tego koszmarnego pogrzebu – g³os by³ coraz groŸniejszy. – Nie macie chyba sumienia! Czego was w koñcu ucz¹ na religii? – Powiedz natychmiast.. daj im wieczne spoczywanie”. – Jedno jeszcze musimy wyjaœniæ. z tymi. jak by³o z tymi. pomyœla³em. kiedy pytano koœcielnego. – Jak mogliœcie zrobiæ coœ tak obrzydliwego?! To jest. a M-ski dokoñczy³: – Widzia³ was koœcielny brêtowskiego koœcio³a – i M-ski po raz pierwszy tego dnia uœmiechn¹³ siê tryumfuj¹co.obok pruskich koszar. – Musieliœcie przecie¿ znaleŸæ kawa³ek cia³a albo ubrania.. „Tym lepiej”. „jeœli im wszystko zaczyna siê uk³adaæ w taki sposób”. bo alibi by³o powa¿ne. to jest. nastêpnie zasypujemy do³ek. ubijamy go obcasami. a nasz Panie. Ale to nie by³ koniec przes³uchania. gorsze ni¿ kanibalizm – wyrzuci³ z siebie. pomyli³ daty. nie widzia³ Weisera w piwnicy starej cegielni i w³osy nie stawa³y mu dêba na g³owie. Widocznie. Mundurowy usiad³ z powrotem w fotelu. Piotr zaœ intonuje: „Dobry Jezu. – Nie zg³osiliœcie ani wypadku. a Szymek ma w rêku strzêpek sukienki i sk³adamy to do naszego do³ka. a odetchn¹³em tym razem ja. szcz¹tkami – wpad³ w s³owo mundurowy. jak trzymam w d³oni oko Weisera. a M-ski wyjaœni³: – To siê zgadza i nawet nie wiesz...

jak p³onie mi g³owa. w tym miejscu. tym razem nieco wy¿ej. czy mam ci ur-waæ g³o-wê. i zaczê³o siê skubanie gêsi. tak. dobrze. co? I by³bym pewnie za moment krzycza³ wniebog³osy i mo¿e nawet w tym krzyku wykrzycza³bym. dobrze. jak by³o naprawdê. powiedzia³ do mundurowego: – Do was. ale¿ tak. I chocia¿ do dzisiaj nie wiem. tak. wiêc chwyci³ ponownie. naturalnie. gdyby nie zadzwoni³ telefon na biurku dyrektora. staj¹c na samych czubkach palców. Mundurowy kiwa³ czo³em i mówi³ tylko: – Tak. czu³em. a ja unosi³em siê coraz wy¿ej. 90 . M-ski puœci³ moje baczki i spojrza³ w tamt¹ stronê. gdy tymczasem M-ski ci¹gn¹³ jeszcze mocniej. – Gdzie-œcie to za-ko-pa-li – skandowa³ i przy ka¿dej sylabie poci¹ga³ coraz mocniej do góry. Bo kiedy mundurowy od³o¿y³ s³uchawkê. dobrze. po-wiesz wre-szcie. W koñcu dziêki niemu M-ski przesta³ mnie ci¹gn¹æ. ¿e musz¹ siê naradziæ. i odes³ano mnie z powrotem do sekretariatu na sk³adane krzes³o. dobrze. Dr¿a³em na ca³ym ciele. to czujê do tego kogoœ ogromn¹ wdziêcznoœæ. którego listewki okropnie gniot³y w siedzenie. gdzie dzisiaj zaczyna mi siê zarost. gdzie-œcie to za-ko-pa-li. a dyrektor. tak. i poci¹gn¹³ lekko w górê. w³aœciwie wyrywa³ mi ju¿ w³osy. oczywiœcie. który podniós³ s³uchawkê. Przez chwilê zapanowa³o milczenie. tak. rozmawia³ z mê¿czyzn¹ w mundurze. – No. policzek i skronie. wysz³o na to. To by³o straszne. i ujarzmiaæ nas jak czarn¹ panterê za kratami oliwskiego zoo. kto wówczas. ale krótkie w³oski wymknê³y siê z jego palców. kiwa³em siê jak pingwin. M-ski chwyci³ mnie za w³osy tu¿ przy uchu. o godzinie dziewi¹tej. bo od skubania gêsi bola³a ca³a g³owa.nas spod ziemi i bêdzie mrugaæ do koñca œwiata. a¿ wreszcie.

z prêtem wahad³a zakoñczonym mosiê¿n¹ tarcz¹. bo wszystko na to spotkanie mia³em przygotowane. dobrze. kiedy odprowadza91 . a ja patrzy³em na zegar i wydawa³o mi siê.Znów wiêc siedzieliœmy w trójkê. kiedy œpiewaliœmy „B¹dŸ-¿e poz-dro-wio-na. któr¹ jecha³em przez œródmieœcie. nie odpowiedzia³a nic. w mieszkaniu Elki. ale milcza³a dobr¹ chwilê. jestem w domu przez ca³y dzieñ – odpowiedzia³a. gdy wiele lat póŸniej pojecha³em do Niemiec. pilnowani przez woŸnego. zanim us³ysza³em ca³kiem przytomne pytanie: – A sk¹d dzwonisz? – Z dworca – krzycza³em do s³uchawki. – Wiesz. Tego nie wiem. koñcz¹cy wahad³o. Pali³ siê do rozmowy. ¿eby siê z ni¹ zobaczyæ. Taki sam zegar. i chcia³bym siê z tob¹ zobaczyæ! Pomilcza³a znów chwilê. wszystko zaplanowane i zapiête na ostatni guzik – kolejne pytania. – No. wszystko to podstêpnie zmierza³o. jak dojechaæ? Naturalnie. ale ja myœlami by³em ju¿ przy Elce i przypomina³em sobie wrzeœniowy poranek siedemdziesi¹tego pi¹tego roku. Kiedy us³ysza³a mój g³os w s³uchawce telefonu. gdy wyczu³. tematy rozmowy. a raczej mia³o zmierzaæ nieuchronnie do osoby Weisera. z której wypuszcza³ na Bo¿e Cia³o ob³oki siwego dymu. a które ona wyrzuca³a do kosza. Mo¿e stanê³y jej przed oczami wszystkie listy. ¿e mosiê¿ny kr¹¿ek. nigdy jej nie wyzna³em. jakbyœmy widzieli siê ledwie wczoraj. jaki jest cel mojej podró¿y. Oczywiœcie. wiedzia³em. które wysy³a³em do Mannheim. widzia³em w Mannheim. jest takiego samego koloru jak puszka proboszcza Dudaka. a raczej kiedy us³ysza³a moje nazwisko. – Z dworca. Ho-styjo ¿y-wa”. ¿e nie jestem Niemcem. prowadzi³ w¹saty Turek. zdjêcie grobu Piotra. jak dojechaæ. Taksówkê.

sk¹d odp³ywa³a do Hamburga. ale Elka zaciska³a zêby. zmuszaj¹c do wyznañ. tak samo jak nie chcia³a rozmawiaæ na temat Weisera przed wyjazdem. d³ugo czekaæ na w³aœciwy moment. tylko w³aœnie to: „nie krzycz tak. pomyœla³em. Pracowa³a jako s³u¿¹ca u dalekiej ciotki. I tu pozna³a Horsta. i gdy samochód stan¹³ na œwiat³ach. ca³y czas ukrywa³aœ. kiedy jecha³em taksówk¹ przez œródmieœcie Mannheim. Elka przez pierwsze pó³tora roku nie mia³a tu ³atwego ¿ycia. potwornie z³oœliwej starej kobiety. co siê wtedy sta³o? Naprawdê nie wiesz. Powiedz przynajmniej teraz. ludzie patrz¹. Wreszcie powiedzia³a: – Nie krzycz tak. ¿adne „trzymajcie siê”. a wieczorem zmywa³a pod³ogi w restauracji.³em j¹ na Dworzec Morski w Gdyni. ludzie patrz¹”. ¿eby j¹ wreszcie przyprzeæ do muru. wiedzia³em. ¿e zacznê zupe³nie inaczej i d³ugo bêdê kr¹¿yæ. Ty coœ ukrywasz. Kiedy otworzono testament. w miarê jak Elka podchodzi³a coraz bli¿ej do celnej barierki. bo ciotka nie zostawi³a jej nic. skoro wyje¿d¿asz st¹d na sta³e. ¿e drugi raz nie pope³niê takiego b³êdu. A póŸniej nie odpowiada³a na moje listy. bo ciotka by³a bogata i mia³a jej zapisaæ trochê grosza. Elka musia³a harowaæ jeszcze bardziej. To by³y jej ostatnie s³owa. Wiêc teraz. Ta ciotka nazywa³a Elkê komunistk¹ i upokarza³a na ka¿dym kroku. ¿adne tam „do widzenia”. jak to by³o? Przecie¿ Weiser prowadzi³ ciê za rêkê. co w³aœciwie wydarzy³o siê tamtego dnia nad Strzy¿¹? – I mój g³os podnosi³ siê a¿ do krzyku. bo Horst straci³ ¿onê w wypadku samochodowym gdzieœ 92 . Harowa³a na dwie zmiany. ja ciê bardzo proszê! Powiedz. – Elka – zapyta³em j¹ po raz ostatni – wiêc ty naprawdê nie pamiêtasz. rano sprz¹ta³a prywatne mieszkania. której w³aœciciel by³ znajomym ciotki.

Nie by³ stary ani brzydki. wprost z piekarnika. ale p³yty oczywiœcie nie widzia³a. a ja opowiada³em jej. a przede wszystkim handlowa³ koñmi. pieprzem. wyszed³ tylko na ulicê zobaczyæ.w Hesji i teraz zamiast pilnowaæ swojej firmy. papryk¹ i nie wiem ju¿ czym jeszcze. pij¹c kawê. mia³ w³asn¹ firmê i Elka nie musia³a ju¿ zmywaæ pod³óg w restauracji ani w prywatnych mieszkaniach. kminkiem. Tego naturalnie Elka nie mog³a pamiêtaæ. 93 . jaki spêdzili w Bawarii. plastrami pomidora. Pokaza³em jej zdjêcie nagrobka Piotra. jakie z tym by³y k³opoty. które Elka przyrz¹dza³a wspaniale – z keczupem. Elka by³a tam kilka razy. kiedy Horst nie spieszy siê za bardzo. Ale to wspominaliœmy ju¿ przy grzankach. Ale o tym wszystkim dowiedzia³em siê w kilkanaœcie minut póŸniej. bo ¿aden kamieniarz nie chcia³ wykuæ napisu „zamordowany” i w koñcu zosta³o: „zgin¹³ tragicznie”. taki sam jak w sekretariacie naszej szko³y. co siê dzieje. Czasami wyje¿d¿aj¹ razem. ale do dzisiaj pamiêtam ich smak. z d³ugim prêtem wahad³a zakoñczonym mosiê¿n¹ tarcz¹. popija³ a¿ do zamkniêcia lokalu. na gor¹co. gdy minêliœmy z w¹satym Turkiem parê przecznic i gdy siedzia³em naprzeciw Elki. listkami sa³aty. Grzanki zmiesza³y mi wprawdzie szyki. Wszyscy znajomi sk³adali siê na tê p³ytê i to by³ w³aœciwie nasz wspólny pomnik dla Piotra. Horst czêsto wyje¿d¿a i Elka siedzi wtedy ca³ymi dniami sama. a ona pokazywa³a mi zdjêcie Horsta z ostatniego urlopu. gdy taksówka wyjecha³a ju¿ ze œródmieœcia. Na œcianach du¿ego pokoju wisia³y akwarele przedstawiaj¹ce jeŸdŸców i konie. Wysz³a za niego bez wiêkszych wahañ. a ona sama nie lubi sk³adaæ wizyt i przyjmowaæ goœci. bo Horst nie ma oprócz niej ¿adnej rodziny. urlopy spêdzaj¹ na po³udniu w górach. szczypiorkiem. póŸno w nocy. choæ Piotr nie bra³ udzia³u w demonstracji i walkach. poœrodku zaœ zegar.

osobê. obejrza³em ich dom. co porabiam w Niemczech. – Gdybyœ zechcia³ zostaæ kilka dni. w dodatku tak zrêcznie. Ju¿ chcia³em wtr¹ciæ coœ. zgodzi³em siê zostaæ do nastêpnego dnia. ale szybko zmieni³a temat. niby od niechcenia. Ale nie wyjaœnia³em Elce tych zawi³oœci. I chocia¿ nie bardzo rozumia³em. Bo jak siê jest tu – doda³a – to nie mo¿na byæ tam. jego zdaniem. – To wspaniale – tym razem ucieszy³a siê szczerze. Tak samo jak wszystkie domy w tej dzielnicy 94 . zdarzenie. wypytuj¹c o jakiœ szczegó³. a przede wszystkim nasza rozmowa o Weiserze nie wesz³a nawet w fazê pocz¹tkowej konwersacji o pogodzie. przez dwa tygodnie mieszka³em w Monachium i mia³em tam jeszcze wróciæ na kilka dni. bo to nie by³a. jak¹ siê pokazuje w nie najlepszym teatrze. i na odwrót. Ja nie potrafiê byæ tu i tam. ¿e robi to z grzecznoœci. Zanim jednak Elka wyprowadzi³a z gara¿u samochód. Polska. Dowiedzia³a siê na koniec. a raczej o swoim obecnym ¿yciu. z czego mia³by cieszyæ siê jej m¹¿. ¿eby mówi³a dalej. jak wróci – mówi³a dalej – bo teraz wyjecha³. bo rzeczywiœcie nie musia³em. i zapyta³a. przerywa³a nawet czasami. Czu³em. Na szczêœcie mia³em pieni¹dze i kiedy pojechaliœmy do miasta. powiedzia³em tylko. który z obozu jenieckiego nigdy do Polski nie wróci³. do domu stryja. sk¹d przyjecha³em. co o tym myœli.W pewnym momencie bowiem Elka powiedzia³a niespodziewanie: – Nie odpowiada³am na twoje listy. nie musia³em liczyæ ka¿dej marki. ¿e musia³em opowiedzieæ o sobie. By³a to wiêc opowieœæ szara i nu¿¹ca. nie bêdzie ¿adnych k³opotów i Horst siê ucieszy. lecz Elka nie dawa³a poznaæ. Rzeczywiœcie. tak jak na ¿adne inne. tylko atrapa. ¿e nie muszê. w którym nie by³o zreszt¹ rzeczy interesuj¹cych ani piêknych. ¿eby j¹ odwiedziæ. czy ju¿ dzisiaj muszê wracaæ do Monachium.

gdzie potok przep³ywa w¹skim tunelem pod nasypem nieistniej¹cej od czasów wojny linii kolejowej. Elka wiedzia³a. Tylko ¿e wtedy. ze wstrzymanym oddechem. naturalnie nie kretonowej jak tamta. dobrze skrojonej i z drogiego materia³u. ¿e jak na dwa lata zmywania pod³óg to jest bardzo du¿o. i ju¿ wtedy zapewne u³o¿y³a swój plan lub jego ogólny zarys. w Mannheim. tapety i boazerie w dobrym. co czujê. pytañ. od momentu gdy zadzwoni³em z dworca. Elka powiedzia³a: – Poczekaj. jadalni¹ i kuchni¹ na parterze. ¿e Elka gra³a od samego pocz¹tku. nie mog³em jednak oprzeæ siê wra¿eniu. w której widzia³em j¹ wtedy nad Strzy¿¹. Bo kiedy ju¿ zakoñczy³em oglêdziny domu i ogródka. jak mi siê zdaje. dlaczego chce mnie zatrzymaæ. nic z pozoru nieznacz¹cych twierdzeñ. ¿e chodzi o sukienkê. trzema pokojami na górze. nie zorientowa³em siê te¿ od razu. nie zastanowi³em siê nawet. ¿e Elka przejrza³a mnie na wylot. wsiadaj¹c do samochodu. a meble. bo ona chcia³aby po95 . w której oboje podchodziliœmy do siebie na palcach. o co mi chodzi. a nigdy z wiatrem? Kiedy zaczê³a siê nasza gra. z ma³ym ogródkiem. gra o Weisera. Pomyœla³em sobie. czy nie mam ochoty pojechaæ nad Ren.– prostok¹tny. ¿e ³apiê j¹ w sieæ aluzji. choæ trawnik przed wejœciem by³ puszysty jak dywan. Graliœmy zatem od pocz¹tku. i chocia¿ myœla³em. guœcie i gatunku. a kiedy mijaliœmy ju¿ za miastem sk³ady fabryczne Deimler-Benz Werke. ju¿ wtedy musia³a zrozumieæ. ale na ca³e ¿ycie chyba trochê ma³o. na tak¹ okazjê muszê w³o¿yæ coœ specjalnego – i w chwilê póŸniej zobaczy³em j¹ w czerwonej sukience. Tak. da³em siê zwieœæ pozorom. zapyta³a. zawsze pod wiatr. Wiêc kiedy w³aœciwie zaczê³a siê gra pomiêdzy mn¹ a Elk¹. w istocie to ona chwyta³a mnie podstêpnie w jeszcze misterniej zastawion¹ pu³apkê. która w pewnym sensie trwa do dziœ? Dzisiaj wiem.

czego nie ukrywa³a. ten Weiser. – Nie mogê znieœæ jednego – mówi³a. wyczytan¹ kiedyœ z przewodnika. nie by³o przecie¿ ¿adnego dozorcy – od³o¿y³em swoj¹ ³y¿eczkê. a ja myœla³em przez ca³y czas. oblizuj¹c ³y¿eczkê. Przy lodach rozmowa zesz³a nie wiedzieæ czemu na zwierzêta. prawda? 96 . i do deseru zd¹¿y³a mi opowiedzieæ historiê miasta. jakie to mêcz¹ce. oczywiœcie. Na obiad zawioz³a mnie do restauracji. – A pamiêtasz klatkê z panter¹ – nie dawa³em za wygran¹. – A pamiêtasz nasz¹ wyprawê do zoo w Oliwie? Elka skinê³a g³ow¹. och.. prawda? – U nas siê tego nie praktykuje – powiedzia³em. jak p³ynie woda. – I zaraz doda³a: – U was tego siê nie praktykuje. – Tak – odpowiedzia³a prêdko – pantera by³a rozdra¿niona. to sobie przypominam. ogród jest po³o¿ony w lesie i wracaliœmy wtedy jakoœ przez las. W koñcu nie bêdziemy siê spieraæ o szczegó³y. gdy lwy wyrywaj¹ sobie te och³apy. to nie by³o tak. Przerwa³a mi: – Ci¹gle o niego pytasz. o której mówili lekarze.patrzeæ. czy Elka wpad³a na to sama.. to siê nazywa karmienie lwów. z którym by³o tyle ha³asu. by³a od pocz¹tku do koñca pomys³em Weisera. W ka¿dym mieœcie. ¿eby odejœæ od klatki. jak dozorcy rzucaj¹ zwierzêtom ociekaj¹ce krwi¹ kawa³y miêsa. z której okien widzieliœmy mury Friedrichsburgu. Staliœmy potem na jednym z betonowych wystêpów tamy i Elka rzuca³a w dó³ patyki. – Nie. gdzie tylko jest zoo. dozorca podszed³ wtedy do nas i powiedzia³. przecie¿ Weiser. ludzie pêdz¹ na okreœlon¹ godzinê i patrz¹. a najwiêksza uciecha jest wtedy. – Tak. – To nie by³o tak. czy amnezja. – W tutejszych ogrodach zoologicznych panuje okropny zwyczaj.

EMIL KRESAK Daleki widok. Wrzeszcz 1953 .

– Bo ty siê znalaz³aœ. Gdy zaœ wspomnia³em o meczu z wojskowymi. a ona spad³a nastêpnego dnia z nasypu. ale siê znalaz³aœ. Poczu³em wówczas. – Ja spad³am z nasypu i mia³am rozbit¹ g³owê. ¿e przecie¿ w pi³kê graliœmy bez przerwy. skoro ja tak twierdzê. a on? Elka uœmiechnê³a siê melancholijnie. a ta druga to by³ bia³y wermut. wyjaœni³a. kiedy bawiliœmy siê nad Strzy¿¹. z uporem godnym spraw ostatecznych. Ale to powiedzia³a ju¿ póŸniej. Na co Elka. ¿e dwa miesi¹ce le¿a³am w szpitalu.– Ale to nie jest szczegó³! – zaprotestowa³em. puszcza³a tam latawce. kiedy zrobiliœmy razem kolacjê i piliœmy drug¹ butelkê wina. ¿e ona bawi siê ze mn¹ w ciuciubabkê. Poszed³em na górê. ty. najpierw czerwonego. jak wszyscy ch³opcy na œwiecie. czy nie tak? – Tak. tylko zamota³a jeszcze bardziej: – No tak. które wysy³am jeszcze dzisiaj. tylko w domu. ¿e by³y wspania³e. ¿e owszem. jesteœ z gatunku ludzi. Zdaniem Elki. wiem. Weiser musia³ wylecieæ w powietrze. ale co mogê na to poradziæ? I tak by³o do wieczora. ale ty nie spad³aœ przecie¿ z nasypu – mówi³em rozgor¹czkowany. wiêc czy ona mo¿e pamiêtaæ akurat jeden mecz? I tylko na wspomnienie starej cegielni nie powiedzia³a nic. bo w sprawie wybuchów zgodzi³a siê. jak wzbiera we mnie gniew i agresja. nie w restauracji. ale tak¿e z innymi ch³opakami. zawsze tak samo – kiedy próbowa³em mówiæ o lotnisku. a mój przyjazd do Mannheim by³ bezcelowy. tak. Elka odpowiada³a. gdzie Elka przygotowa³a mi 98 . Skoro tak wszystko pamiêtasz. nie wiem jak. to wiesz. byæ mo¿e z Weiserem. podobnie jak listy. zdaje siê. którzy wiedz¹ lepiej. a w³aœciwie nie wyjaœni³a. co do tego nie ma w¹tpliwoœci. bo przecie¿ wiedzia³em. mówi³a. przywo³uj¹c kelnera.

ogarnê³o mnie przera¿enie. zmusi³a mnie. Kanapa stoj¹ca w jadalni pod oknem ustawiona teraz by³a na œrodku pokoju i wygl¹da³a jak przed³u¿enie schodów. drug¹ na wysokoœci krzy¿a. przepraszaj¹c – bo zdaje siê – o czymœ zapomnia³a.spanie. ¿e moje cia³o p³ynie w dó³ i nie jest ju¿ moim cia³em. przelatywa³em nisko nad czerwonymi dachami domów. jedn¹ pod g³ow¹. I na tym polega³ szatañski pomys³ Elki. Elka zakpi³a ze mnie okrutnie. lecz ka¿de z nich jest srebrzystym skrzyd³em. lecz wchodzi³ w kêpê silnym uderzeniem masy i pêdu. Srebrzysty kad³ub nie l¹dowa³ tym razem na betonowych p³ytach pasa. tylko lœni¹cym w promieniach s³oñca kad³ubem samolotu. rozchyla³a lekko nogi i czerwona sukienka falowa³a na nich z rytmem ca³ego cia³a. I dopiero kiedy stan¹³em na szczycie schodów. A ona le¿a³a na kanapie z dwoma poduszkami. Mija³em wzgórza na po³udniowym krañcu miasta. jak wo³a do mnie coœ z do³u. Po chwili us³ysza³em. i nie widzia³em ju¿ kanapy. Z ka¿dym bowiem krokiem moje nogi stawia³y coraz mniejszy opór. wchodzi³ w jej miêkkoœæ niepokalan¹. mign¹³em nad torami obok wiaduktu i teraz widzia³em ju¿ tylko rozchylone uda Elki. po³o¿y³em siê w niebieskiej poœcieli. Elka doprowadzi³a do lotniczej katastrofy i opêtana szaleñstwem destrukcji. patrz¹c w dó³. bo sta³em przecie¿ na szczycie schodów. tylko pocz¹tek startowego pasa. a ona przyjmowa³a jego ch³ód sprê¿ystym falowaniem i krzykiem. kiedy wraca³em 99 . Gdzieœ w po³owie drogi zrozumia³em wreszcie. jej unosz¹c¹ siê sukienkê i w faluj¹cym podmuchu powietrza obna¿on¹ czarnoœæ i miêkkoœæ. z gwizdem tn¹c powietrze. Tak. ¯adna moc nie mog³a mnie powstrzymaæ przed krokiem do przodu. jakby odrywa³y siê od ziemi. a moje ramiona nie s¹ ju¿ ramionami. a w³aœciwie krokiem w dó³. który gin¹³ w ³oskocie maszyny i powietrza. do której zbli¿a³em siê z hukiem i dr¿eniem.

tym razem z moim stryjem. to stryj nie ma racji. Polska nie jest atrap¹ i chocia¿ œwiat bardziej przypomina burdel ni¿ teatr. Tak. która pachnia³a migda³ami. z po³amanymi skrzyd³ami. ale by³a to gra stricte polityczna. w kêpie ¿arnowca. nie wyszed³em z niej czysto ani zwyciêsko. ¿e wtedy nie 100 . sól i krem migda³owy zmiesza³y siê równoczeœnie. w którym wiatr. a jedynym zapachem by³ zapach jej cia³a. ¿e s³yszê g³os ¯ó³toskrzyd³ego o spaleniu ziemi i obywateli jej. a zaraz potem poczu³em kwaœny oddech proboszcza Dudaka zza kratek konfesjona³u.ju¿ na górê. niby masz racjê. a mnie zdawa³o siê. kiedy ju¿ umy³em jego samochód i wystrzyg³em trawnik przed jego domem. siada³ naprzeciw mnie i mówi³: – Jak wy mo¿ecie tam ¿yæ? A ja odpowiada³em: – Stryju. kiedy nie daje mi rozgrzeszenia. gdzie równie¿ prowadzi³em grê. a¿ wreszcie konstrukcja stalowego ptaka zaczê³a nie wytrzymywaæ ci¹g³ego wznoszenia i opadania miêdzy niebem a ziemi¹ i leg³a zdruzgotana. bo jedynym g³osem by³ g³os Elki. a jednak zupe³nie jej nie masz. dzisiaj spoczywasz ju¿ pod ziemi¹ i nie wiesz. Elka wczepi³a palce w moje w³osy. Gra o Weisera by³a skoñczona. szepcz¹cej nie moje imiê. powtórzy³ l¹dowanie jeszcze kilkakroæ. ¿e jeœli istniejê naprawdê. A skoro jestem czêœci¹ ca³oœci. A ja mówi³em: – No i widzisz. Ale to strach z imaginacj¹ przeœciga³y siê nawzajem. Bo stryj. Nastêpnego dnia pojecha³em do Monachium. bym znów przemieniwszy cia³o w lœni¹cy kad³ub. to tamto wszystko te¿ nie jest atrap¹. o czym móg³ siê przekonaæ. to nie mogê byæ atrap¹ czy rekwizytem. drogi stryju. uszczypnij mnie w ucho – i stryj szczypa³ rozbawiony. – Jak to. dlaczego? – pyta³ zaciekawiony. szczypi¹c mnie przed chwil¹. na co odpowiada³em.

zupe³nie jakbyœmy pisali klasówkê. wybaczysz to chyba swojemu bratankowi. nios¹c du¿e arkusze papieru kancelaryjnego. kto choæ raz w ¿yciu by³ w œledztwie. bez ¿adnych fantazji i upiêkszeñ. razem ze sob¹ i szturmuj¹cymi Moskalami. A jeœli przy okazji – w pewnym sensie ciê ok³amuj¹c – zarobi³em trochê marek. jedyna nauczycielka w szkole. w sekretariacie szko³y nie bardzo wiedzia³em. dba³a o program nauczania i dzisiaj jestem jej za to wdziêczny. w³¹cznie z ostatnim. albo kiedy genera³ Sowiñski zgin¹³. ka¿dego z osobna. Wtedy. po czym skreœla³em je w poczuciu zupe³nej bezsilnoœci i braku inwencji. ¿eby powiedzieæ tylko to. w prostych s³owach i dok³adnie. Da³ nam podwójne kartki i powiedzia³. Bo co innego zeznawaæ ustnie. pani Regina niezbyt. Ka¿dy. rozumie taki stan ducha.przyjecha³em do Niemiec i do ciebie w celach zarobkowych. jak mam to napisaæ. ¿e teraz musimy opisaæ to wszystko. a co innego pisaæ w³asnorêcznie to. nigdy nie mówi³a o wyzysku. co mo¿na? Trzeba uwa¿aæ na ka¿de s³owo. WoŸny zapali³ dodatkowe œwiat³o i rozsadzono nas. na 101 . niczego nie pomijaj¹c. Nie przyjecha³em zarobiæ na samochód ani inne cudownoœci. Jak pisaæ. Co by³o dalej? M-ski wyszed³ z gabinetu. któr¹ kochaliœmy bezinteresownie. bo jedynym moim celem by³o spotkaæ siê z Elk¹ i wypytaæ j¹ o Weisera. ¯a³owa³em tylko. jak tysi¹ce Turków. Parê razy zaczyna³em zdanie. ¿e s³uchaliœmy zawsze z zapartym tchem. Mamy opowiedzieæ o kolejnych wybuchach Weisera. Bo pani Regina uczy³a nas jêzyka polskiego. ¿eby nic nie powiedzieæ? Albo: jak pisaæ. co mówiliœmy. czego oni pragn¹ siê dowiedzieæ. Tak. ¿e naszych wypracowañ nie bêdzie czytaæ pani Regina. Jugos³owian. kiedy Ordon wysadza³ redutê w powietrze. Polaków. broni¹c siê szpad¹ przed wrogami ojczyzny. zdaje siê. nie krzycza³a i czyta³a wiersze tak piêknie. Ale to inna historia.

¿eby nie wywo³ywaæ ich gniewu i z³oœci. ¿e tu nie chodzi o ¿adn¹ wojnê. a co mia³em zataiæ? Niewiele by³o do powiedzenia. tego dnia. bo jego dziadek nie pozwala³ mu na takie zabawy”. z których ka¿dy niepodobny by³ do poprzednich? Czy mog³em opowiedzieæ. to czy oni na to zas³ugiwali? Dotkn¹³em spuchniêtego nosa i miejsca na policzku. Pomyœla³em. który ogl¹daliœmy w dolince za strzelnic¹. natychmiast mo¿na siê by³o poprawiæ: „ale to innym razem widzia³em go niedok³adnie. Pamiêtam pierwsze zdanie: „Dawid nie bawi³ siê z nami w wojnê.ka¿dy przecinek i kropkê. bo oni wezm¹ to pod lupê i bêd¹ czytaæ ka¿de zdanie dwa albo trzy razy. Za pierwszym razem by³ to wybuch niebieski. Kiedy odpowiadaj¹c na pytanie M-skiego. ¿e chocia¿ nie powiem. Nie wiem do dzisiaj. Gdy na ziemiê opad³y ju¿ ostatnie kawa³102 . Jedno i drugie bola³o nieŸle. w jaki sposób Weiser zachwyca³ nas swoimi pomys³ami? A nawet jeœli mog³em. Czy w³aœnie od takiego zdania nie powinna zaczynaæ siê ksi¹¿ka o Weiserze? Bo jego pierwszy wybuch. ale kiedy zobaczy³em tryskaj¹c¹ w niebo niebiesk¹ fontannê py³u. o który pan pyta. to jednak coœ powiedzieæ muszê. Tymczasem arkusz kancelaryjnego papieru w kratkê to jest zupe³nie coœ innego. bardzo dok³adnie”. co wydarzy³o siê nad Strzy¿¹ ostatniego dnia. Niewiele – bo czy mog³em opisaæ im finezjê wybuchów. ju¿ wtedy przeczuwa³em. to przecie¿ nie by³a zabawa w wojnê. Weiser do ka¿dego ³adunku dodawa³ substancji zabarwiaj¹cej i kiedy detonacja rozrywa³a ziemiê. w powietrze lecia³ kolorowy strumieñ. A gdy ten zmarszczy³ brwi. widzia³em go jak pana. do czego mu by³y potrzebne. w którym dzisiaj zaczyna mi siê zarost. coœ muszê napisaæ na ogromnej kartce. mówi³em: „widzia³em Weisera”. dlaczego Weiser robi³ te eksplozje. bo wtedy. mog³em zaraz dopowiedzieæ: „ale w³aœciwie niedok³adnie”. Co mog³em wyznaæ w takiej sytuacji.

do której dotarli103 . tego nie wiem. i wygl¹da³o to tak. Byliœmy absolutnie zachwyceni i tylko Weiser krêci³ g³ow¹. ¿e ta niebieska mgie³ka unosi siê jeszcze w powietrzu. Ob³ok dosyæ d³ugo unosi³ siê nad dolink¹ i dopiero po dwóch. tygli i p³on¹cych palników pracowni alchemika. Tym razem Weiser wydawa³ siê zadowolony. od czego p³oszy³y siê konie. By³o to bardziej podniecaj¹ce ni¿ szare ob³oki dymu wypuszczane przez proboszcza Dudaka ze z³otej puszki kadzielnicy. czuliœmy to doskonale. Ob³ok utrzymuj¹cy siê w powietrzu po wybuchu by³ wyraŸnie dwukolorowy. Zanim zd¹¿yliœmy och³on¹æ z pierwszego wra¿enia. przechodz¹c przedtem w zgni³ozielon¹ kulê. Efekt zdumia³ nas jeszcze bardziej. a zwieñczenie wiruj¹cej kolumny stanowi³ czerwony pompon. ¿e takie sztuczki to nic skomplikowanego. jakby mu coœ nie wysz³o.ki gliny i drewna. jego dolna czêœæ mieni³a siê w s³oñcu wszystkimi odcieniami fioletu. By³o to po naszej wizycie w nieczynnej cegielni. ale na tym Weiser zakoñczy³ pracê. z wolna unosz¹c siê coraz wy¿ej i zmieniaj¹c kszta³ty. mo¿e trzech minutach rozp³yn¹³ siê w nicoœæ. schowa³ gdzieœ czarn¹ skrzynkê pr¹dnicy i powiedzia³. wypuszczaj¹c na rycerstwo chrzeœcijañskie barwne ob³oki. ¿e mo¿emy iœæ do domu. kaza³ nam czekaæ w tym samym miejscu. za³o¿y³ nowy ³adunek. ¿e Weiser interesowa³ siê alchemi¹. Nie twierdzê. Dzisiaj wiem. Przypuszczam. a my byliœmy jak garstka profanów wpuszczona do pe³nej retort. ¿e on przez ca³y czas eksperymentowa³ na naszych oczach. ale tak w³aœnie to wygl¹da³o. po³¹czy³ go drutami z czarn¹ skrzynk¹ i znów powietrze rozdar³ huk eksplozji. jakby b³êkitny ob³ok wirowa³ ponad naszymi g³owami. stosowali je nawet Tatarzy. zobaczyliœmy. a¿ wreszcie znikn¹³ z pola widzenia. a ludzie truchleli ze zgrozy – ale wtedy uwa¿aliœmy Weisera za cudotwórcê.

Weisera nie bawi³y uk³ady proste i nieskomplikowane. powinna zostaæ napisana dawno. Bo nastêpnym razem. tylko sp³ywa³ powoli w dó³. co widzieliœmy w wilgotnej piwnicy. jeœliby tylko chcia³. tropi¹c Elkê. jak poprzednim razem. po tylu latach. lœni¹ce przed chwil¹ drobiny przypomina³y zwyczajny kurz lipca. i dlatego nie piszê ksi¹¿ki. Czy zreszt¹ w ogóle mo¿na oddaæ istotê rzeczy? Obawiam siê. Bo muszê siê do tego przygotowaæ lepiej ni¿ do spowiedzi wielkanocnej. które opada³y na ziemiê bardzo wolno. i nic nie zmieni³oby naszego przekonania. uwa¿am je za oczywiste. nie sk³amiê. Ob³ok nie rozp³yn¹³ siê bowiem w górze. a tu. Najpiêkniejsze by³o tym razem samo opadanie. kiedy ziemia zadr¿a³a od eksplozji. ¿e przypomina³o to trzy wiruj¹ce obok siebie s³upy. osiadaj¹c na kêpach trawy i paproci. Co to by³o? Je¿eli powiem. móg³by zrobiæ wszystko. który przewy¿szy³ najœmielsze oczekiwania. jeszcze powiem. to te¿ nie bêdzie to œcis³e ani w pe³ni oddaj¹ce istotê rzeczy. który tego lata pokrywa³ wszystko lepk¹ warstw¹ brudu.œmy. ¿e nie mo¿na. dlaczego w górze wygl¹da³o to tak imponuj¹co. kiedy nad miastem lata³y 104 . ale nie powiem te¿ prawdy. ¿e francuski sztandar. ka¿dy innego koloru. kiedy w obawie przed gniewem Boga i samego proboszcza Dudaka zapisywa³em grzechy i uczy³em siê ich na pamiêæ jak aktor przed prób¹ generaln¹. które ros³y w dolince bardzo gêsto. Ale o tym. Tak samo jak ksi¹¿ka o Piotrze i tamtym grudniu. nisko. ¿e Weiser. która moim zdaniem. Jeœli napiszê. ujrzeliœmy obraz. za ka¿dym razem d¹¿y³ do coraz subtelniejszych efektów i chocia¿ to spostrze¿enie nasuwa siê teraz dopiero. Na ich liœciach pozosta³ szary py³ i nie mog³em zrozumieæ. W powietrze wzbi³ siê s³up b³yszcz¹cych blaszek. Nastêpny wybuch albo raczej nastêpny wystêp Weisera odby³ siê gdzieœ w tydzieñ póŸniej i by³ ca³kiem ró¿ny od pierwszego.

¯ydek jeden. co to by³o: wstêgi od kapelusza czy sztandar francuski – spotkaliœmy M-skiego. Tego dnia. na którego tle wirowa³y trzy s³upy dymu albo raczej trzy wyd³u¿one pionowo ob³oki. tak czu³em to wtedy. którego goni³ M-ski. Lecz M-ski nie zauwa¿y³ nawet ani nas. ani z³amanego kija. czepiaj¹c siê rêkami wid³aków. równie dobrze Szymek móg³ powiedzieæ „skurczybyk jeden” i to by³oby to samo. motyl zmieni³ zamiary. jak biegiem forsowa³ strom¹ w tym miejscu skarpê. która zwabia oszala³e zwierzê prosto na œmiertelny sztych szpady. a potem ujrzeliœmy pana od przyrody. w dolince. jakie to piêkne! – i zaraz doda³: – jak on to robi. M-ski rzuci³ siê za nim. którzy w znakomitej wiêkszoœci upijali siê w dzieñ wyp³aty i jak pan Korotek z³orzeczyli Panu Bogu. tote¿ nauczyciel z ca³ych si³ wyci¹ga³ szyjê do przodu i prawie zahacza³ nosem o wid³aki. tylko unosi³y coraz wy¿ej i wy¿ej. a my us³yszeliœmy trzask kija. wykona³ nad jego g³ow¹ chybotliwe salto i frun¹³ teraz w dó³. gdy wracaliœmy w stronê Brêtowa g³êbokim jarem i Szymek k³óci³ siê z Piotrem. Motyl. Szymek tr¹ci³ mnie w bok i powiedzia³: – Jezu. frun¹³ tu¿ na ziemi¹. na którym zamocowana by³a siatka. drugi granatowy. migaj¹c kolorowymi skrzyde³kami. a¿ znik³y ponad czubami sosen. zapatrzony w niebo. a trzeci czerwony jak p³achta matadora. albo o naszych ojcach. Wtedy. ¿e na to wszystko pozwala. bo w siatce trzepota³ siê ogromny motyl. jednak¿e biegn¹c po stromiŸnie. Najpierw u wylotu gliniastego w¹wozu zamajaczy³a znajoma siatka na motyle. nie móg³ wyhamowaæ pêdu i run¹³ nam prawie pod nogi. Jeden bia³y jak p³ótno.helikoptery. Gdy by³ ju¿ w po³owie góry. Kolorowe p³aszczyzny tym razem nie miesza³y siê ze sob¹. 105 . tylko coœ w rodzaju gruboskórnego komplementu. Ale tym razem to nie by³ obraŸliwy epitet.

jak nazywa siê po ³acinie rozchodnik? Rz¹d Succulentae. po czym umiejêtnym ruchem schwyta³ w nim motyla. które przypomina³o maleñki cylinder. ¿e niepylak apollo wystêpuje tak¿e tutaj! A ja go znalaz³em. to by³o jasne. – Dostaniesz naj³adniejsz¹ szpileczkê. pomyœla³em sobie. ¿e Weiser czasami przypomina³ takiego motyla. na pó³nocy. nie by³ wcale zmieszany. niestety. czwarty wybuch nie nale¿a³ do udanych. który poszed³ zaraz w³asn¹ drog¹. pisz¹c je wolno i z namys³em. to nie jest Parnassius mnemosyne. tylko uœmiechn¹³ siê tryumfuj¹co. co t³umaczy siê rozchodnik ostry! Staliœmy z rozdziawionymi ustami wpatrzeni w szklane puzderko. wyjmowa³ z chlebaka szklane puzderko. co to jest? Nie. w morenie polodowcowej! Zagin¹³ zupe³nie w Sudetach. powoli – szepta³ M-ski i ca³y czas le¿¹c. A wiecie wy przynajmniej. bez zrozumienia w³asnej sytuacji. ¿aden uczony nie da³by wiary. ch³opcy – powiedzia³ – czy wiecie. –Nareszcie ciê mam – przemawia³ doñ pieszczotliwie. jak motyl próbuje machaæ skrzyd³ami. moi drodzy. pokrywaj¹c zmieszanie nadmiern¹ gestykulacj¹. to by graniczy³o z cudem. zw³aszcza gdy mu coœ nie wychodzi³o i denerwowa³ siê. – No i co. kochasiu. tutaj. i widzieliœmy. Nie wiecie. lecz ma za ma³o miejsca w szklanej pu³apce i t³ucze siê zupe³nie jak ryba w akwarium. nie mia³ nic wspólnego z trójkolorowym wybuchem Weisera. malutki. tak ch³opcy. Oczywiœcie M-ski. Tak. bo kiedy us³yszeliœmy eks106 . a nazywa siê Sedum acre .– Powoli. zapamiêtajcie ch³opcy: Sedum acre . podnosz¹c siê z kolan. – A gdy ju¿ nas zobaczy³. I opiszê to we „Wszechœwiecie”! G¹sienice niepylaka ¿eruj¹ na rozchodniku. ale i tak bêdzie co opisaæ. sam Parnassius apollo. Tak. Lecz pisz¹c kolejne zdanie mojego wypracowania na kancelaryjnym papierze w kratkê. co to za okaz? To jest. ¿yje w Pieninach i Tatrach. Parnassius apollo.

podobnie jak Szymek i Piotr. a jego rêce nie ustawa³y w ci¹g³ym trzepotaniu. szara chmura kurzu. ¿e Weiser za ka¿dym razem szed³ do pr¹dnicy na drug¹ stronê dolinki. patrz¹c w niebo. bardziej ni¿ dzisiaj. jak wygl¹da³ naprawdê ostatni wybuch. Pisa³em. ale porównanie to. wróci³ do nas wyraŸnie zniechêcony. ale Weiser rozmacha³ siê jeszcze bardziej. przy samej ziemi i ¿e w³aœciwie eksplozje nie ró¿ni³y siê niczym poza si³¹ detonacji. wed³ug pomys³u tamtych trzech. Nie twierdzê. i podryguj¹c jak Parnassius apollo. nie by³o nic.plozjê. gdy moja wyobraŸnia nie przypomina w niczym tamtej sprzed wielu lat. ¿e nie odezwa³ siê ani s³owem nawet do Elki. ¿e w czasie wybuchów g³owy trzymaliœmy nisko. a ja pisa³em w³aœnie ostatni¹ linijkê pierwszej strony – porównanie to wyda³o mi siê szczególnie trafne. ale tym razem eksplozja nie nast¹pi³a w ogóle. i to by³o wszystko. Szymek podniós³ g³owê znad swojej kartki i szepn¹³: 107 . – To zupe³nie niemo¿liwe. spróbujemy jeszcze raz – i znów pobieg³ do ³adunku. ¿e mia³ coœ wspólnego z jakimkolwiek motylem. Nie napisa³em ani s³owa o eksperymentach Weisera ani o tym. zamkniêtych teraz za drzwiami z pikowan¹ cerat¹. ale oprócz ¿ó³tawego ob³oczku. A kiedy woŸny wyszed³ na chwilê. Pisa³em zwyczajnie. Ale motyla i trójkolorowy ob³ok zatrzyma³em wtedy dla siebie. Tym razem wybuch nast¹pi³. gdzie za³o¿ony by³ ³adunek. Tego dnia Weiser wraca³ do domu z nami i pamiêtam. suchy trzask przycisku. – To niemo¿liwe – powiedzia³. – Mo¿e przewody s¹ przerwane – zapyta³ nieœmia³o Piotr. który unosi³ siê przez krótk¹ chwilê nad fontann¹ piachu. naszym oczom ukaza³a siê zwyczajna. – Jeszcze raz – powiedzia³ do Elki i znów us³yszeliœmy krêcenie korbk¹. Weiser pobieg³ do miejsca. gdy zegar w sekretariacie wybi³ godzinê dziesi¹t¹. która opad³a prêdko.

rozszerzaj¹ca siê ku górze. jego roz³o¿one skrzyd³a i ca³y zastêp niebieskich wojowników – ¿e wszystko to zawiera³o siê w czarnej. co wydarzy³o siê nad Strzy¿¹ – wybuch. wiruj¹cej chmurze. rozp³ywaj¹c siê w powietrzu. ale o coœ bardziej wymyœlnego. Dopiero po latach uderzy³o mnie podobieñstwo Weiserowego leja do Archanio³a walcz¹cego ze smokiem.. w¹ska u do³u. – Taka tr¹ba mo¿e wszystko wessaæ – powiedzia³ z przekonaniem Szymek. tak samo jak Szymek i Piotr. ¿e fantastycznie u³o¿one szaty œwiêtego. zanim Szymek doda³ jeszcze ciszej: – napiszê. co to takiego sztuka. wiruj¹cy jak tr¹ba powietrzna lej czarnych drobin. zanim nie znikn¹³.. podobnie jak my wówczas nie wiedzieliœmy jasno. powiedzia³bym ¿e do lejka. Albo. Jak zwykle w takich wypadkach brak mi skali porównawczej. a je¿eli ju¿ – to raczej potê¿ny. który dla Weisera musia³ mieæ szczególne znaczenie. ¿e znaleŸliœmy kawa³ek czerwonej sukienki i ¿e go wyrzuci³em na œmietnik. A Elka jak zwykle sk³onna do przesady doda³a: 108 . a ja myœla³em. Nie mia³em w¹tpliwoœci. zdaje siê. choæ naturalnie Weiser móg³ nigdy drzeworytu nie widzieæ. Tym razem nie chodzi³o o efekt kolorystyczny. Wiedzia³em. i obraca³a siê wokó³ w³asnej osi.– Ja to napiszê – i wiedzieliœmy ju¿ z Piotrem co. jakim moja matka wlewa³a do butelki sok malinowy – chmura py³u powsta³a po wybuchu by³a zupe³nie czarna. – Ca³ego cz³owieka. o czym przekonany jestem tak¿e dzisiaj. Do czego to by³o podobne? Gdybym mia³ okreœliæ to wówczas. nic wiêcej. na dzieñ przed tym. nie by³ ¿aden lejek. bo oni mieli swój obraz wydarzeñ i od nas domagali siê jedynie jego wype³nienia. ¿e to ich zadowoli. Ukaza³ siê naszym oczom zaraz po wybuchu i unosi³ siê w ruchu okrê¿nym ponad dolin¹ dobr¹ minutê. WoŸny powróci³ z ubikacji. – poprawi³ siê zaraz – ¿e go spaliliœmy w ognisku. Ale to. jak opisaæ ostatni wybuch.

która uczy³a nas jêzyka polskiego i piêknie czyta³a wiersze. Gdyby pani Regina kaza³a nam napisaæ wypracowanie o Weiserze. Gdy pani Regina dosz³a ju¿ do momentu walki dwóch braci. WoŸny zbiera³ nasze wypracowania. i nastêpnego dnia moglibyœmy siê k¹paæ jak ka¿dego roku. ¿eby porwa³a budynek naszej szko³y i przenios³a go gdzieœ za Bukow¹ Górkê. i wtedy dopiero M-ski. to w klasie by³a cisza jak nigdy. kiedy w koœciele pojawia siê duch w zbroi i wo³a g³osem jak z podziemi i kiedy koœció³ zapada siê z hukiem. w okolice starego cmentarza albo jeszcze lepiej w dolinkê za strzelnic¹. wsysaj¹c ca³e œwiñstwo do potê¿nego leja.– Coœ ty. pomyœla³em sobie. W pamiêci utkwi³ mi szczególnie ten o zbrodniczej kobiecie. które odda³em woŸnemu. nikt nie rozmawia³. dyrektor i mundurowy zrozumieliby. ¿e tu zasz³o coœ innego ni¿ zwyk³y wypadek z niewypa³em. 109 . a woŸny. która zamordowa³a swego mê¿a. nikt nie rozlewa³ atramentu. By³o jeszcze bardziej odœwiêtnie ni¿ w czasie Podniesienia. ale na pewno obok czarnej pantery znalaz³by siê wspania³y mecz. Tymczasem siedzieliœmy dalej na sk³adanych krzes³ach. by³oby ono zupe³nie inne ni¿ to. nie zamykaj¹c za sob¹ drzwi. znikn¹³ w czeluœciach gabinetu. Byæ mo¿e nie napisa³bym wszystkiego. wiêc postawi³em kropkê i czeka³em. To mo¿e wessaæ ca³y dom i przenieœæ go gdzieœ dalej. co bêdzie dalej. Ale Weiser z sobie wiadomego miejsca nie kwapi³ siê z pomoc¹. których listewki gniot³y w siedzenie. a nad zup¹ rybn¹ w zatoce zawirowa³aby tr¹ba powietrzna. A ja znów pomyœla³em o pani Reginie. gdy proboszcz Dudak unosi³ do góry okr¹g³y jak s³oñce op³atek i œpiewa³ po ³acinie. ¿e Weiser móg³by przecie¿ zes³aæ nagle tak¹ tr¹bê. nie tylko cz³owieka. I kiedy koñczy³em ju¿ ostatnie zdanie w moim pisemnym zeznaniu.

– Jak wszystko bêdzie w porz¹dku. – Zaraz bêd¹ wiadomoœci – powiedzia³ do siebie i zabra³ siê do pa³aszowania kolejnej kanapki. co powiedzia³ w stoczni. przypominam sobie tych samych doros³ych. jak przez wszystkie godziny. Tylko o niego. które minê³y od wprowadzenia nas tutaj. skoro on mówi³ nudnie. dlaczego doroœli wymawiali nazwisko tego pana z takim nabo¿eñstwem. Wiêc nie rozmawialiœmy. bo przecie¿ nie o tym chcia³em opowiadaæ. Œmieszny. wracaj¹c po chwili. nigdy te¿ nie popadam w entuzjazm dla przywódcy. i s³ysza³em. lecz nadal nie interesujê siê polityk¹. bo te¿ mówi³ o porz¹dkach i o wspólnym domu. ¿e w ¿o³¹dku Szymka. tak samo jak w moim i Piotra.– Teraz musicie poczekaæ – oznajmi³ nam. burczy coraz bardziej. WoŸny w³¹czy³ radio i z drewnianej skrzynki cichutko dobiega³a muzyka ludowa. Któ¿ jednak zg³êbi tajniki politycznych meandrów? Dzisiaj. który rozpoczyna od wspólnego domu i porz¹dków. dzisiaj uchodzê za doros³ego. który przechyli³ siê w moj¹ stronê. którzy entuzjazmowali siê s³owami jego nastêpcy. ¿e teraz bêd¹ fragmenty przemówienia W³adys³awa Gomu³ki. bo oni rzeczywiœcie nie dali nam nic do jedzenia. a przynajmniej mogê to zrozumieæ. Koñczê ju¿. kiedy wiem ju¿. spogl¹daj¹c na Piotra. kiedy nie obesch³a jeszcze mogi³a Piotra. dlaczego ludzie zach³ystywali siê W³adys³awem Gomu³k¹. a ja dziwi³em siê. Istotnie. podpiszecie zeznania i pójdziecie do domów. którego ³ysina widnia³a od niedawna na portretach we wszystkich klasach. piskliwy trochê g³os mówi³ coœ o porz¹dkach w naszym wspólnym domu. zw³aszcza tym. I pozosta³o jeszcze bardzo du¿o do 110 . muzyka ucich³a. Chodzi o Weisera. jeszcze gorzej od proboszcza Dudaka na niedzielnej sumie. Ale rozmawiaæ jeszcze nie wolno – doda³ groŸnie. a spiker zapowiedzia³. Tak.

na pó³ przegni³e i strasznie cuchn¹ce. wcale niepytany rozgada³ siê trochê. œwiñskie pruskie nasienie. Jeden z nich zaczepi³ nas. – A kiedy zorientowa³ siê. – I zaraz potem. kiedy przechodziliœmy miêdzy pustymi skrzynkami: – Co tu robicie. oczekuj¹c na podpisanie zeznañ i zakoñczenie œledztwa. Ich wij¹ce siê cia³a pamiêtam do dzisiaj. S³oñce wœciekle pali³o miasto i zatokê. o co mu idzie. Któregoœ dnia pojechaliœmy do Jelitkowa zbadaæ stan rybnej zupy i to. Gra nie zosta³a skoñczona. których nazw nie znam do dzisiaj. tak samo teraz Weiser bawi siê ze mn¹ i obserwuje moje poczynania ciemnymi oczami. mówiê wam. wszystko przez ten cholerny iperyt. ¿e iperyt to z niemieckiego U-Boota? Ten U-Boot zaton¹³ w ostatnie dni wojny niedaleko Helu i ca³y by³ za³adowany iperytem. co ujrzeliœmy. najczarniejsze oczekiwania. Gra? Nie mogê okreœliæ tego inaczej. rusza³o siê w drgawkach. Wszystko to. Szczególnie wêgorze. jak beczka œledziami. przesz³o wszelkie. a nie zatokê! 111 . ¿e nie bardzo pojmujemy. nie wiecie. liœcie na drzewach po¿ó³k³y jak na pocz¹tku jesieni. teraz mamy szambo.wyjaœnienia. fl¹der. – To iperyt. Ale o tym przyjdzie mi jeszcze opowiedzieæ. a ptaki wcale ju¿ prawie nie œpiewa³y. t³umaczy³ dalej: – No. No i zrobi³o siê. gdy siedzieliœmy w trójkê. Bo oprócz kolek w stoj¹cej bez ruchu wodzie zalega³y setki œniêtych wêgorzy. Co siê zdarzy³o po pamiêtnym meczu z wojskowymi? Najwa¿niejsza by³a pogoda. Przypuszczam. ch³opcy – powiedzia³ melancholijnie. œledzi i innych ryb. Rybacy wylegli przed swoje cha³upy i ca³ymi dniami przesiadywali na ³awkach. – Nic tu po was. ch³opcy. umêczone ¿arem lej¹cym siê z nieba. umiera³y d³ugo. najsilniejsze ze wszystkich ryb. ¿e tak samo jak wtedy. niczym symbol tamtego lata. æmi¹c papierosy i z³orzecz¹c na swój los.

jakby siê bali straszniejszych nieszczêœæ. tylko ruskie manewry tu by³y na œwiêtego Jana i puœcili do wody coœ takiego. rozgrzane do bia³oœci. a to. Ignac – us³yszeliœmy przez okno. patrzy³em na kulê s³oñca i wiedzia³em. a za nim wielu mieszkañców naszej kamienicy. ¿e wszyscy pozdychamy jak te ryby! Rybak rozeŸli³ siê na dobre: – IdŸ stara. ¿e nad wodami zatoki rybacy z Helu widzieli pomarañczow¹ kulê. to jeszcze teraz! A my podzieliliœmy siê zaraz na dwie frakcje: zwolenników U-Boota i radzieckich manewrów. jak s¹dzi³ proboszcz Dudak. którzy j¹ widzieli. przerdzewia³ i puszki puœci³y to œwiñstwo. jeszcze raz powiedzia³: – U-Boot i tyle. I coraz dziwniejsze rzeczy mo¿na by³o us³yszeæ w rozmowach: a to. ma³o nam biedy narobi³y. a to. która wygl¹da³a jak piorun kulisty. Gdyby jednak¿e spyta³ mnie ktoœ wówczas. Bo na pewno nie grzechy ludzkie ani gniew bo¿y. Byli te¿ tacy. ¿e marynarze widzieli na w³asne oczy ¿aglowiec bez za³ogi.– Jo. Tymczasem ka¿dy dzieñ wydawa³ siê gorêtszy od poprzedniego. którzy zbierali siê wieczorami na podwórku i rozmawiali œciszonymi g³osami. oczekuj¹c na tramwaj obok pêtli przy krzy¿u. i k³óciliœmy siê g³oœno. nie pleszcz tyle – warkn¹³ do ¿ony i zwracaj¹c siê w naszym kierunku. id¹cej przez las do Brêtowa. ¿e Matka Boska z Matemblewa ukaza³a siê jednej kobiecie. zaklinali siê. przemykaj¹cy noc¹ miêdzy statkami na redzie. nie umia³bym udzieliæ jasnej odpowiedzi. jo. wszyscy wiedz¹. ¿e to nie U-Boot ani radzieckie manewry w zatoce s¹ przyczyn¹ tego wszystkiego. a my nie graliœmy nawet w pi³kê obok pruskich koszar ze 112 . albo i teraz. ¿e kometa powróci po okr¹¿eniu Ziemi i spadnie ze straszliw¹ si³¹. jak kr¹¿y³a nad miastem. co by³o przyczyn¹ zupy rybnej. – Nie zawracaj dzieciakom g³owy. Przeklête hitlersyny. ¿e to nie U-Boot. Ja zaœ patrzy³em w niebo. i ci. którzy widzieli kometê w kszta³cie koñskiej g³owy.

powiedzia³: – Pla¿a zamkniêta. jaki nam da³. ¿e z³apano go gdzieœ w okolicy. Powoli dojrzewaliœmy do tej myœli. co pozwoli³oby nam na prowadzenie wojen z jeszcze wiêkszym zapa³em. Przypuszczaliœmy. jak to zwykle. od tego w³aœnie zdania zaczê³a siê nasza przygoda z Weiserem. nasza broñ zaœ uleg³a konfiskacie. coœ. bo Weiser to nie byle kto. boisko do chrzanu. powiedzianego od niechcenia. Tylko ¿e nie mieliœmy ju¿ he³mu ani zardzewia³ego schmeisera. le¿¹c w cieniu leszczynowych krzaków. co mia³ na myœli: cmentarz czy w ogóle miasto wydaj¹ce ostatnie tchnienia pod roz¿arzon¹ kul¹ s³oñca – ale w³aœnie od tego zdania. ¿eby nie wyjœæ na durniów. a po ¯ó³toskrzyd³ym œlad wszelki zagin¹³. Co by³o robiæ? Mimo groŸby M-skiego chodziliœmy na brêtowski cmentarz. tylko jak by do niego podejœæ. Gdyby Weiser zechcia³ przybyæ tutaj tak jak wtedy – myœleliœmy – mo¿e mia³by ze sob¹ coœ interesuj¹cego. Szymek wyplu³ prze¿uwan¹ trawê i powiedzia³: – Weiser by coœ wymyœli³. Ale Weiser ani myœla³ przychodziæ. I wszyscy mu przytaknêli: o tak! Weiser na pewno by coœ wymyœli³. zdania.wzglêdu na upa³ i tumany gryz¹cego kurzu. które nie by³o skierowane do ¿adnego z nas i które polecia³o w powietrze. Któregoœ razu Piotr. jaki wzbija³ siê ze spalonej trawy. co w³aœciwie mamy tutaj robiæ? Nie wiadomo. W cieniu starych buków by³o ch³odniej. Po chwili milczenia. O tym byliœmy ju¿ przekonani. a¿ sami przyjdziemy do niego. ale nie posz³o to znów tak prêdko. Z drugiej strony 113 . i czeka³ teraz. Jego wystêp w meczu by³ ostatnim znakiem. Zabawa w Niemców i partyzantów bez tych rekwizytów wyda³a nam siê pozbawiona blasku i nuda coraz wiêksza ogarnia³a nasze serca. co to sami niczego ju¿ nie potrafi¹ wymyœliæ.

dok¹d chodz¹. tylko gdzieœ za Brêtowo i tam znikaj¹ nieraz na pó³ dnia. Co chwila trzeba by³o stawaæ i uciszaæ kogoœ. Nagle zrozumieliœmy. – Id¹ na lotnisko. – Trzeba za nimi pójœæ parê razy – zadecydowa³ Szymek. Nie by³o to jednak takie proste. tych dwoje jakby celowo zmieni³o tego dnia zamiary i zamiast pójœæ – jak myœleliœmy – ulic¹ prosto w kierunku Bukowej Górki. jasne. Tak. skrêcili alejk¹ miêdzy ogródkami i szli w kierunku lotniska. ¿e nie gr¹ w ciuciubabkê albo palanta. – I nikt jakoœ nie zwróci³ mu uwagi. bo to by³y rzeczy zwyk³e i codzienne. ¿e jutro od samego rana przyczaimy siê za rogiem kamienicy i wybadamy dok³adnie.Weiser jest wymyœlaczem i móg³by siê z nami czymœ podzieliæ. poniewa¿ Elka z Wei114 . Ju¿ od samego pocz¹tku trudnoœci mno¿y³y siê niczym grzyby po deszczu. Szymek zapomnia³ swojej francuskiej lornetki i musia³ wracaæ po ni¹ w momencie. ¿e Elka z Weiserem nie chodz¹ teraz na lotnisko. czy nie by³a to nieuœwiadomiona chêæ wyzwania losu. zabijane œmierteln¹ nud¹. A Piotr poinformowa³. Pragnienie odmiany pali³o nasze dusze. a upa³ spotêgowa³ nasz¹ naturaln¹ niechêæ do rzeczy zwyk³ych i codziennych. Stanê³o wiêc na tym. pragnêliœmy odmiany i kto wie. œledzenie ca³¹ grup¹ jest niewygodne. co oni robi¹. Po drugie. a wtedy traciliœmy ich z oczu. ¿e odmianê mo¿e nam daæ tylko Weiser. gdy Weiser wychodzi³ ju¿ z Elk¹ z klatki schodowej. a tego dnia by³o nas piêciu czy szeœciu. jak myœleliœmy. ale tylko przez chwilê. która najczêœciej odzywa siê w ch³opcach ogl¹daj¹cych mapê lub czytaj¹cych Hrabiego de Monte Christo. – A nie mówi³em – ucieszy³ siê. Przez chwilê zadr¿a³em w nadziei ujrzenia raz jeszcze zabawy z samolotem. Po trzecie. Po pierwsze. ¿e przecie¿ nic takiego wczeœniej nie powiedzia³. a tak¿e dlaczego unikaj¹ naszego towarzystwa. Ko³o pêtli dwunastki dogoni³ nas Szymek.

„trach-trach”. – Mo¿emy iœæ do domu. na przystanek kolejki elektrycznej. – Popatrzymy trochê! Ustawiliœmy siê w kolejce do lornetki wzd³u¿ ¿elaznej barierki mostu. wyrówna³ kurs i wyl¹dowa³ obok hangarów. ka¿dej wiosny i lata. widoczny st¹d jedynie pod postaci¹ kêpy drzew. odjechali ¿ó³to-niebieskim wagonem w kierunku Sopotu i to by³o w³aœciwie wszystko tego dnia. nabrawszy ju¿ odpowiedniej wysokoœci. zawróci³. aczkolwiek niechêtnie. raz albo dwa razy w tygodniu æwiczyli tu spadochroniarze i terkot dwup³atowca nad nasz¹ dzielnic¹ pamiêtam z tamtych cza115 . I zanim zd¹¿yliœmy siê zorientowaæ. strzela³ co chwila wolnym œmig³em: „trach”. KukuruŸnik. „trach-trach”. – ¯aden tam dwup³atowiec.serem zeszli schodami w dó³. oddala³ siê od nas w kierunku zatoki. dwup³atowiec – powiedzia³ Piotr. tylko kukuruŸnik – sprostowa³ Szymek i wyj¹³ z futera³u swoj¹ francusk¹ lornetkê. puœci³ lornetkê w obieg. który wzbija³ siê w górê z chrypliwym rzê¿eniem silnika. Szymek. czekaj¹c na jakiœ lepszy pomys³. Nagle. Staliœmy tak na moœcie. zawróci³ w stronê miasta i lec¹c z wy³¹czonym silnikiem. osi¹gaj¹c coraz wy¿szy pu³ap. z samolotu wykwit³a purchawka spadochronu. który wówczas nazywa³ siê Gdañsk Lotnisko. samolot tymczasem. Jedna. – O. Nie by³o w tym nic nadzwyczajnego. „trach-trrrach”. a za nimi jeszcze dwie – w sumie piêciu spadochroniarzy szybowa³o teraz w dó³. W pewnej chwili zobaczyliœmy na niebie dwup³atowiec. a w kilka sekund póŸniej jeszcze jedna i jeszcze jedna. prosto na murawê lotniska. – Wystrychnêli nas na dudka – skwitowa³ Piotr. Samolot przelecia³ nad naszymi g³owami. nic nam nie przychodzi³o do g³owy. gdy zgni³ozielony kad³ub min¹³ cmentarz na Zaspie.

niemieckie” – i zaraz odpowiedzialny redaktor wykreœla takie s³owo. Staliœmy wiêc na moœcie. „¯yjê po to. i uwa¿am. a ja wcale nie ¿yjê dla pisania. ¿eby pisaæ. Nie pamiêtam ju¿. której wagony nasze miasto odziedziczy³o po berliñskim metrze. teraz kiedy zape³niam kartki w nadziei. które we wspólnym szturmie zgniot³y berliñsk¹ bestiê”. na przyk³ad: „A za naszymi plecami co szeœæ minut przeje¿d¿a³ niebiesko-¿ó³ty w¹¿ kolejki. powiadaj¹.sów jak filmowy refren. gdyby to wszystko sk³ada³o siê na ksi¹¿kê o Weiserze. I chocia¿ pierwsza czêœæ tego zdania tr¹ci szmir¹. a zamiast skreœlonego „odziedziczy³o” znalaz³bym: „otrzyma³o jako reparacje wojenne”. a skoro na ksi¹¿kê. to druga czêœæ jest jakby wa¿niejsza. a za naszymi plecami co szeœæ minut przeje¿d¿a³ niebiesko-¿ó³ty w¹¿ kolejki. czego zrozumieæ nie mogê. No tak. Czaja. Napisa³em „odziedziczy³o” – czy to Ÿle? Nie napisa³bym tak. jak na moim manuskrypcie rêka redaktora pisze uwagê: „Zast¹piæ innym sformu³owaniem”. ¿e bez wzglêdu na okolicznoœci. trzeba poœwiêciæ ¿ycie wyjaœnianiu zarówno chaosu jak i ³adu”. przeholowa³em trochê. bia³e kopu³y wykwita³y na niebie. to znaczy do wydawnictwa. której wagony w naszym piêknym piastowskim mieœcie znalaz³y siê dziêki braterstwu broni bohaterskiej Armii Polskiej i niezwyciê¿onej Armii Radzieckiej. oni czekaj¹ na takie sformu³owania i zacieraj¹ rêce. ¿e wreszcie zrozumiem. dzisiaj ¿aden redaktor tak by ju¿ nie napisa³. kto to powiedzia³. Gonschorek. Tylko ¿e wtedy nic lepszego nie mieliœmy do roboty i spadochroniarze podobali nam siê bardzo. gdzie zaraz podkreœlaj¹ takie wyrazy i pytaj¹: jak to „odziedziczy³o”?! Hans Jürgen Hupka. Tylko ¿e nie sk³adam ksi¹¿ki o Weiserze. ¿e wreszcie 116 . bo po có¿ laæ odwetowcom wodê na ich m³yn? I widzê ju¿. dwup³atowiec startowa³ i l¹dowa³. „To nasze”. „to wszystko nasze.

tylko ¿e na trzy tysi¹ce woltów. wtedy ja siadam na kamiennej p³ycie i rozmawiam z Piotrem. 117 . o to w³aœnie chodzi. Czasem nawet k³ócimy siê o ma³o istotne szczegó³y. £odzi¹ czy Krakowem. ¯e oddzielê ³ad od chaosu albo w chaosie objawi siê jakiœ inny. Któregoœ roku przysiad³em na samym rogu p³yty. te¿ elektryczna kolejka. wszyscy doroœli ludzie. zupe³nie nieznany ³ad. wieñce. Czy nasze wystawanie na moœcie i skoki spadochroniarzy mia³y jakiœ zwi¹zek z Weiserem? I tak. pod Warszaw¹. na z³om pójdzie. ten z berliñskiego metra. którzy wierz¹ w Boga. Jeœli wspominam tê chwilê gor¹cego lata. zupe³nie tak jakbyœmy chodzili jeszcze do tej samej szko³y w Górnym Wrzeszczu. – Stary tabor.ujrzê. – Jak to wymieniaj¹? – Ano wymieniaj¹ – odpowiadam. a Piotr pyta mnie od razu: – No i co nowego w mieœcie? A ja odpowiadam mu. ¿e w³aœciwie to nic szczególnego. Dlatego te¿ nie zmieniê napisanego ju¿ wyrazu na ¿aden inny. ¿e powróci³em do niej kiedyœ w mojej rozmowie z Piotrem. Tak. i nie. – Jakie k³opoty? – Kolejkê wymieniaj¹. tylko z komunikacj¹ du¿e k³opoty. to przede wszystkim dlatego. nawet lepiej brzmi¹cy. odgarn¹³em zeschniête liœcie. – Ta kolejka nie by³a na dziewiêæset woltów tylko na osiemset. czego wczeœniej nie zauwa¿y³em. – Dziewiêæset? – dziwi siê Piotr. a tamta by³a na dziewiêæset. Dlatego tyle jest w tym popl¹tanych nitek. czarne chor¹giewki i zapalone œwiece. taki jak w ca³ej Polsce. kiedy pozostawi¹ na mogi³ach kwiaty. a w jego miejsce kursowaæ bêdzie nowy. ale nie wierz¹ w duchy. Co roku przychodzê do niego na cmentarz i kiedy odejd¹ ju¿ wszyscy ludzie.

Na pewno nie na osiemset. I znów rozmowa zesz³a na Weisera. Szymek strzykn¹³ fontann¹ œliny w dó³. – Na dziewiêæset – ja. – Na pewno na osiemset – znów Piotr. ¿e ta stara by³a na osiemset! I tak k³ócimy siê jak dwójka dobrych przyjació³. bo roboty trwaj¹ bez przerwy. w zapachu tysiêcy œwiec. tylko na dziewiêæset woltów! – Na osiemset – Piotr. œledz¹c æwiczenia spadochroniarzy. Ale na pewno o nim.– Nie – mówiê Piotrowi – Ÿle pamiêtasz. ale mówiê ci. – Nie. gdy ju¿ prawie zapomnieliœmy o Weiserze. na pewno na dziewiêæset – znowu ja. a lornetka spod Verdun powêdrowa³a z r¹k Piotra prosto do skórzanego futera³u. ju¿ tylko o nim. – Przecie¿ wymieniaj¹ ca³¹ trakcjê. Pamiêæ Piotra okaza³a siê lepsza: tamta kolejka rzeczywiœcie mia³a trakcjê oœmiuset woltów. tak czy tak musz¹ przerobiæ trakcjê. Na co Piotr: – To nie jest argument. – Nic tu po nas – powiedzia³ zdecydowanie. przypomina³em sobie ten dzieñ. w jaki sposób 118 . nawet w œwiêta. – Wracamy. a za naszymi plecami przemyka³y ¿ó³to-niebieskie wagony kolejki elektrycznej berliñskiego metra. Namiêtnie i gor¹co toczyliœmy spory o to. Tymczasem kukuruŸnik wyl¹dowa³ na murawie po raz ostatni. A gdy schodzi³em ju¿ krêt¹ alejk¹ cmentarza w dó³ w coraz wiêkszej powodzi œwiate³. Tylko o czym i jak rozmawialiœmy? Nie pamiêtam ju¿. spadochroniarze zniknêli w czeluœciach hangaru. ¿eby po³¹czyæ ten odcinek bezpoœrednio do Bydgoszczy. kiedy staliœmy oparci o ¿elazn¹ porêcz mostu. a ostatnie sk³ady starej kolejki elektrycznej kursuj¹ jeszcze pomiêdzy Gdañskiem i Wejherowem w nieregularnych odstêpach czasu.

nieodmiennie. Weiser za ka¿dym razem wymyka³ siê naszej czujnoœci. bo jeœli prawd¹ by³o. gdy usi³ujê odtworzyæ przebieg tamtego dnia. które dzisiaj by³y zupe³nie nieu¿yteczne. Raz znikn¹³ gdzieœ w okolicy koœcio³a Zmartwychwstañców. Polanki. jak ten pomiêdzy koœcio³em proboszcza Dudaka a brêtowskim cmentarzem. w którym Strzy¿a przep³ywa³a pod nasypem w¹sko sklepionym tunelem. Od rana siedzieliœmy na cmentarzu. Jej trasa bieg³a ³ukiem w kierunku po³udniowo-wschodnim. Wita Stwosza. wchodzi³a w jeszcze g³êbszy jar. Odchodz¹c na wysokoœci przystanku Gdañsk Lotnisko od g³ównej arterii miasta. której przecie¿ nie by³o. przechodz¹c w g³êbi jar przekopu. Wiedzieliœmy tylko. wiele pozostaje bia³ych plam. ¿e tak samo jak tu zerwane mosty towarzysz¹ jej dalej. Minê³y jeszcze dwa dni. ¿eby coœ z nami zrobi³. ¿e chodzi z Elk¹ a¿ za Brêtowo. jak mu zaproponowaæ. dalej mija³a cmentarz brêtowski. przecina³a przyczó³kami zerwanych mostów ulicê Grunwaldzk¹. straszliwie nudne i bezowocne. a drugim razem straciliœmy go z oczu na wysokoœci Bukowej Górki. Dzisiaj. przeskakiwa³a znów zerwanymi filarami wiaduktu szosê wiod¹c¹ do Rêbiechowa i niespe³na pó³ kilometra dalej. Trudno zreszt¹ by³o zrozumieæ. z kartograficzn¹ jednak dok³adnoœci¹ wyp³ywa z mg³y ta kolej. zaraz za miejscem. jak go zaskoczyæ. dlaczego poœród tylu zerwanych mostów ocala³y tylko te. z uporem niezrozumia³ej logiki. Wówczas postanowiliœmy czatowaæ na niego przy starym nasypie. w miejscu gdzie przylega on jednym rogiem do dawnej linii kolejowej. ³¹cz¹cy nad 119 . to musia³ spory kawa³ek drogi przejœæ w³aœnie têdy. fantastycznie wysoki. Tam ucieka³a dalej w nieznane nam terytorium. na wysokoœci szpitala czubków.go podejœæ. bieg³a nastêpnie pod lasem obok koœcio³a Zmartwychwstañców.

do wnêtrza krypty. Czekaliœmy na Weisera usadowieni w pustej krypcie. Pewnie dlatego pomyœla³em wówczas. prze¿uwaliœmy ŸdŸb³a trawy i od czasu do czasu ktoœ odzywa³ siê leniwie poœród brzêczenia os i trzmieli. ¿e nasyp prowadzi do takiego miejsca. para zahuczy w zaworach i ruszymy przed siebie. któr¹ nazywaliœmy wulkanem ze wzglêdu na jej sto¿kowaty kszta³t i wklês³y szczyt? A mo¿e siedzi teraz w krzakach ¿arnowca na lotnisku i czeka z Elk¹ na l¹duj¹cy samolot? Wszystko przecie¿ by³o mo¿liwe. Upa³ z wolna przedostawa³ siê równie¿ tutaj. bo zaraz odje¿d¿a dalej. Zatrzyma maszynê. ¿e za chwilê us³yszymy zza wzgórza stukot ¿elaznych kó³. i wyobra¿a³em 120 . odk³adaj¹c lornetkê. pewnie ju¿ nie przyjdzie. S³oñce by³o coraz wy¿ej i gdzieœ ko³o po³udnia Szymek. która ukryta w zaroœlach pokrzyw i paproci stanowi³a œwietn¹ kryjówkê. powiedzia³. Mo¿e omin¹³ to miejsce. tak ¿e zapach zbutwia³ej wilgoci i ch³odnego cementu miesza³ siê coraz bardziej z duszn¹ woni¹ kwiatów. ¿ebyœmy wsiadali. ¿arnowcem i dzikimi malinami. ¿e le¿ymy tutaj w³aœciwie nie wiadomo po co. Wierzy³em wtedy.przekopem brzegi skarpy poroœniêtej traw¹. tam gdzie musz¹ byæ w koñcu prawdziwe tory i zwrotnice. a my le¿eliœmy na brzuchach. bo skoro Weiser nie pojawi³ siê do tej pory. Szymek nie odrywa³ oczu od okularów lornetki. Ale wtedy nie by³ to najwa¿niejszy problem. przeci¹g³y œwist gwizdka i w k³êbach pary. zeskoczy po stromych szczeblach ¿elaznej drabinki i pokiwa na nas rêk¹. id¹c przez kamienio³omy i górê. a¿ za Strzy¿ê i ostatni zerwany most z czerwonej ceg³y. poœród syku i zgrzytu uka¿e siê naszym oczom lokomotywa prowadzona przez Weisera w kolejarskiej czapce. Nic nie by³o nieprawdopodobne. A mo¿e w ogóle poszed³ inn¹ drog¹. T³oki zadudni¹ w przyspieszonym rytmie.

Fragment. Wrzeszcz 1953 .EMIL KRESAK Daleki widok.

Z zapalonymi œwiat³ami.sobie. posy³a mnie na oko. a czerwone mrówki przetacza³y na naszych oczach okruchy bu³ek. jak jedziemy z Weiserem. a kogo do domu. Nie pamiêtam ju¿. a w³aœciwie z lokomotyw¹ i Weiserem podoba³ siê bardzo. Lecz on sam nie nadchodzi³ i czas zaczyna³ d³u¿yæ siê okropnie. zardzewia³e semafory i zaroœniête zielskiem budki dró¿ników. przeskakuj¹c zerwane mosty lekko i swobodnie. jecha³a wolno od strony Wrzeszcza. napotykaj¹c nieczynne stacyjki. Gdy ostatnie krople oran¿ady zasycha³y na oblepionych butelkach z zielonego szk³a. nie wiem w³aœciwie dlaczego. a ka¿dy ze s³uchaczy dodawa³ coœ od siebie i tak powsta³a nasza opowieœæ o niezwyk³ej lokomotywie umar³ej linii kolejowej. musia³em jeszcze raz powtórzyæ wszystko od pocz¹tku. ile by³o butelek oran¿ady i czy ze wszystkich zd¹¿y³ uciec gaz drobnymi pêcherzykami. a Weiser. wymyœlaliœmy dodatkowe szczegó³y tej historii. jak kapitan statku. a jednak nikt siê nie rozeœmia³ ani nie uwa¿a³. ¿ebym uwa¿a³ na podstêpne i niewidoczne wœród kêp wybuja³ej trawy rozjazdy. ¿e jest to g³upie. od których rozga³êziaj¹ siê zdradziecko œlepe tory. Wszystko opowiedzia³em na g³os. kogo wys³aliœmy po oran¿adê do sklepu Cyrsona. by wyniós³ po cichu bu³ki albo cokolwiek do jedzenia. Otó¿ lokomotywa z dziwnym maszynist¹ pokazywa³a siê zawsze przy pe³ni ksiê¿yca. piêkne w naszym mniemaniu i wyj¹tkowo wznios³e. buchaj¹c strumieniem iskier. Nie mogê sobie równie¿ przypomnieæ. Có¿ w koñcu znaczy³y zerwane mosty i nieistniej¹ce szyny wobec mo¿liwoœci Weisera? Jego lokomotywa mog³aby z powodzeniem zajechaæ tutaj w k³êbach pary i zabraæ nas w podró¿ w nieznane. Mój pomys³ z Weiserem. Na ma³ym mostku obok koœcio³a Zmartwychwstañców zatrzymywa³a siê na chwilê i wtedy mo¿na by³o zobaczyæ. jak z zakrystii wybiega chy³kiem cz³owie122 .

Cz³owieczek podchodzi³ do sapi¹cej maszyny i przekazywa³ maszyniœcie sakiewkê z brzêcz¹cymi monetami. O tym. Odt¹d s³ychaæ w bezwietrzne noce jak na wpó³ ¿ywy. wje¿d¿aj¹c teraz w g³êboki jar.czek w kusym fraku. Niektórzy mieszkañcy oddalonych przedmieœæ widzieli te rzeczy i truchlej¹c ze zgrozy. w ka¿d¹ pe³niê ksiê¿yca. hamuj¹c u skraju cmentarza. Oczywiœcie. maszynista wpuszcza³ ich do wêglarki i rusza³ dalej. co zobaczy³. gdzie stary nasyp dochodzi³ do prawdziwej linii kolejowej. Za co p³acono maszyniœcie? Wszystko ma swoje przyczyny – lokomotywa. wymyœlaj¹c to wszystko. pragn¹cych zg³êbiæ tajemnicê. Lokomotywa rusza³a. jod³owy las po drugiej stronie nasypu. I nagle. Pewnego razu brat koœcielnego wskoczy³ na wêglarkê i razem z nieboszczykami pojecha³ w kierunku Strzy¿y. Weiser ci¹gn¹³ za dŸwigniê i gwizda³ przejmuj¹co trzy razy. ale za ciekawoœæ trzeba by³o s³ono p³aciæ. gdzie 123 . znalaz³o siê te¿ kilku œmia³ków. do jednej z krypt. udaj¹c siê pod lokomotywê. Kiedy ju¿ wszyscy byli gotowi do drogi. a lokomotywa znika³a w okolicach przystanku Lotniska. na którym teraz siedzieliœmy. niezale¿nie od pory roku. zmêczeni podró¿ni udawali siê do krypt. opowiadali o tym zaufanym osobom. bo kiedy lokomotywa wróci³a i zatrzyma³a siê obok cmentarza. na wpó³ umar³y – brat koœcielnego wo³a: „Wypuœæcie mnie st¹d! Wypuœæcie mnie st¹d!” – ale nie wiadomo. a ten bieg³ truchtem w ciemny. ¿egnaj¹c cz³owieczka krótkim gwizdkiem. przez nastêpne zerwane mosty i niewidzialne zwrotnice. Tak dzia³o siê co miesi¹c. nikomu ju¿ nie opowiedzia³. rozpêdza³a siê znacznie. szkielety chwyci³y go pod rêce i zabra³y ze sob¹. w œwietle ksiê¿yca otwiera³y siê zaroœniête krypty. Maszynista wraca³ nad ranem. odsuwa³y popêkane tablice i rój nieboszczyków klekocz¹cych piszczelami wy³azi³ z grobów. szybko przemyka³a pod ³ukiem kamiennego mostu i ju¿ zgrzyta³a.

a pracuj¹cy mê¿czyzna przerywa³ co jakiœ czas zajêcie. a nieboszczyk wstaje z grobu i przemawia do ¿ywych. a zreszt¹ krzyk jest tak straszny. to kiedy ju¿ wszystko zosta³o wymyœlone. ¿e powiedziane mo¿e zaistnieæ realnie. ale teraz.skry³y go trupy. wbrew zdrowemu rozs¹dkowi i m¹drym umys³om. Chocia¿ nie bardzo baliœmy siê cmentarza i by³o wczesne popo³udnie. opowiedziane i wyg³oszone chórem mieszaj¹cych siê g³osów. W dolince naprzeciw cmentarza. myœlê. – Jak to? – zdziwi³ siê Piotr. ¿e nie jest to wcale opowieœæ gorsza od tej. ¿eby Weiser pojawi³ siê tutaj. Wyprzêgniêty z dyszla koñ szczypa³ koniczynê. ale Szymek zaraz rozwia³ jego w¹tpliwoœci: 124 . podobnie jak w sekretariacie szko³y. gdy oczekiwaliœmy na rezultat naszych pisemnych zeznañ. ¿e nikt nie odwa¿y³by siê poszukiwaæ zaginionego. prostowa³ plecy i wyjêt¹ z kieszeni ose³k¹ klepa³ ostrze. a nas by³o coraz mniej. choæby tak¹ proœb¹. a bêdzie wam dane – sentencjonalnie powiedzia³ Szymek. po drugiej stronie nasypu brêtowski gospodarz kosi³ trawê. któr¹ czyta³a nam pani Regina na lekcji polskiego. tamta te¿ dzieje siê noc¹. Mo¿e nie wszystkie szczegó³y tej historii powtarzam dok³adnie. – Czy Pan Bóg zajmuje siê w ogóle takimi sprawami? – Jakimi sprawami? – zapyta³em. nagle zrobi³o siê nieswojo. kiedy ca³a ta historia wybrzmia³a w ciszy opuszczonej krypty. – No. Tymczasem Weiser wci¹¿ nie pojawia³ siê w polu naszej obserwacji. naœladuj¹c przy tym g³os proboszcza Dudaka. Jakby prawd¹ by³o to. Metaliczny dŸwiêk leniwie rozp³ywa³ siê w roz¿arzonym powietrzu. bo wielu zw¹tpi³o w sens oczekiwania i co chwilê ktoœ wraca³ do domu drog¹ przez Bukow¹ Górkê. porzucaj¹c miejsce w krypcie i nadziejê. – Proœcie. jakbyœmy bardzo prosili – wyjaœni³ Piotr. Ostatecznie.

– A skoro by³ synem Pana Boga. Pomyœla³em. ¿e Pan Bóg nie ma wa¿niejszych spraw? I w ogóle. a mo¿e 125 . to co siê nad tym zastanawiaæ. bo wiedz¹..– Czy ty myœlisz. Gdzieœ daleko. to znaczy. Po drugiej stronie mê¿czyzna koñczy³ grabienie skoszonej trawy w ma³e kupki. zd¹¿ylibyœmy jeszcze oddaæ butelki po oran¿adzie przed zamkniêciem sklepu Cyrsona. jak u jarmarcznego malarza. po czym zaprz¹g³ konia i pojecha³ w stronê zabudowañ. ¿e Pan Bóg te¿ jest ¯ydem. S³oñce by³o ju¿ ni¿ej i d³ugie cienie sosen przecina³y teraz nasyp jak belki przerzucone nad strumieniem. Podœwietlone pnie drzew wygl¹da³y nienaturalnie czerwono. a to zupe³nie co innego! – Pan Jezus te¿ by³ ¯ydem – nie dawa³ za wygran¹ Piotr. podobnie jak oni. a gdybyœmy siê pospieszyli. za wzgórzami NiedŸwiednika zabucza³ samolot. a gdyby by³ Niemcem. Ludzie tak mówi¹ i nie wiadomo. to byœ siê urodzi³ jako Niemiec. Milczeliœmy d³ugo. ile w tym prawdy. czy rzeczywiœcie o dwunastej w nocy nieboszczycy wstaj¹ z grobów. a przynajmniej rozmawiaj¹ ze sob¹. Weiser jest ¯ydem. ju¿ tylko we trzech. odk¹d zupa rybna zaleg³a zatokê. bo ¿adnemu z nas nie chcia³o siê mleæ niepotrzebnie ozorem.. Powietrze sta³o nieruchome jak przez wszystkie te dni. tak? – Gdyby babcia mia³a w¹sy. – odburkn¹³ Szymek niechêtnie i dalej nie rozmawia³ ju¿ na ten temat. Mo¿e mówi¹. Poczuliœmy zapach siana zmieszany z woni¹ zwierzêcego potu. ¿e Weiser nie przejdzie têdy dzisiaj i w³aœciwie mo¿emy iœæ do domu. – Niby po co? – zapyta³ Szymek. czy nie tak? Jak twój ojciec jest Polakiem – zwróci³ siê do Szymka – to ty siê rodzisz te¿ Polakiem. – A mo¿e przyjdziemy tu noc¹? – przerwa³ ciszê Piotr. A wtedy Piotr powiedzia³. ¿e warto by sprawdziæ.

zwa¿ywszy przewagê wysokoœci. Le¿¹c za rozroœniêt¹ kêp¹ ¿arnowca. Tam gdzie koñczy siê w¹wóz. a pó³ kroku za nim. Minêli nas i skrêcili w poln¹ drogê. – No dobrze – zgodzi³ siê Szymek. który od nasypu oddalony by³ nie wiêcej ni¿ piêæ metrów. zupe³nie jak zwierzêta i wtedy ca³a zabawa na nic. prze¿egna siê i dalej pójdzie sam. Ale oni zachowywali siê nadzwyczaj spokojnie. na kogo wypadnie. – Ale kto pójdzie? Bo na cmentarz noc¹ trzeba iœæ samemu. droga biegnie lekko do góry. Gdy znikli w wylocie gliniastego w¹wozu. w którym du¿o póŸniej spotkaliœmy M-skiego z siatk¹ na motyle. Wiêc my moglibyœmy sprawdziæ. jak tamci wspinaj¹ siê teraz skrajem moreny na p³askowy¿. obok kamiennych anio³ów ze strzaskanymi skrzyd³ami. ruszyliœmy za nimi. I bêdzie co najmniej piêtnaœcie minut czekaæ w samym œrodku cmentarza. To by³ ten sam w¹wóz. jak¹ mieli nad nami. Siedzieli w najwy¿126 .dlatego. obserwowaliœmy ka¿dy ich ruch i gest. Szybko opuœciliœmy kryptê. aby nie zgubiæ tropu. patrz¹c. Byliœmy jak psy spuszczone po d³ugim oczekiwaniu ze smyczy. kiedy œciga³ niepylaka apollo. o tam! Rzeczywiœcie. Podchodziliœmy ich z zachowaniem wszelkich regu³ sztuki wojennej i nie by³o to ³atwe zadanie. podryguj¹c jak ma³a dziewczynka. Postanowiliœmy ci¹gn¹æ losy – przed cmentarzem ten. ¿e siê po prostu boj¹ i sami nigdy nie sprawdzili. maszerowa³a Elka. id¹c w kierunku strzelnicy. Przywarliœmy do tego wzniesienia. – Popatrzcie – szepn¹³ Szymek. Ale losowania nie by³o. nasypem szed³ Weiser. wype³zaj¹c z krypty – id¹. nieboszczyki wyczuwaj¹ wiêksz¹ iloœæ ludzi. psy. trzymaj¹c jakieœ zawini¹tko. które zwietrzy³y zwierzynê i które wyrywaj¹ przed siebie. kryj¹c siê za gêstym krzakiem g³ogu.

Pomarañczowa kula znik³a wreszcie za lasem. którego nie rozwiewa³ ¿aden. dalej wzd³u¿ dolinki za strzelnic¹. jak mo¿na by³o s¹dziæ po wyrazie twarzy Elki. na niebie rozla³a siê czerwieniej¹ca ³una. mog³o wydarzyæ siê tylko po zachodzie s³oñca. Sunêliœmy za nimi jak duchy – szybko i bezszelestnie. ¿e oni s¹ gdzieœ na dole. chyba ma³o wa¿nym. i wtedy Weiser wsta³. wyda³ siê wielkim gmaszyskiem ze strzelist¹ wie¿¹ komina. bezksiê¿ycow¹ noc. budynek nieczynnej cegielni. Przechodziliœmy przez starodrzew. kiedy jedynie gwiazdy spogl¹da³y na nas milcz¹co. co wyrwie ich i nas z drêtwego oczekiwania. Bo to. najmniejszy nawet podmuch wiatru. i poszli dalej w kierunku strzelnicy. Wtedy myœleliœmy. w którym straszy³y ods³oniête krokwie. By³o jasne. jak ¿ebra wielkiego zwierzêcia. zwielokrotnione echem pustych œcian. Staliœmy nieœmia³o na skraju lasu i dopiero dudni¹cy g³os Weisera przywróci³ nas rzeczywistoœci. S³owa dobiega³y gdzieœ z g³êbi. ale dzisiaj wiem. co wydarzy³o siê póŸniej. Mówi³ coœ do Elki. coraz dalej od zabudowañ Brêtowa. Na palcach przemknêliœmy obok ¿eliwnych wózków i otworu pie127 . podaj¹c rêkê Elce. nastêpnie nasza droga przeciê³a rêbiechowsk¹ szosê i dalej ju¿ bez przerwy lasem wiod³a nas w nieznanym kierunku. ¿e Elka czeka z Weiserem na jakiœ znak. W ciemn¹. ¿e oni czekali po prostu na zachód s³oñca.szym punkcie p³askowy¿u zwróceni w stronê morza i rozmawiali o czymœ. a ona mu odpowiada³a urywanymi zdaniami. na której tle miga³y z zawrotn¹ szybkoœci¹ czarne punkciki owadów. na coœ wa¿nego. sk¹d w¹sk¹ œcie¿k¹ kluczyliœmy do góry poœród ponurych buków i leszczyny. W rozgrzanym powietrzu mo¿na by³o wyczuæ zapach ¿ywicy i wysuszonej kory. prawdopodobnie w piwnicy. czarnymi jamami okien i spadzistym dachem. który wyrós³ niespodzianie przed naszymi oczami.

Nagle pod nami rozb³ys³o œwiat³o zapa³ki. Przypomina³ on po³¹czone piszcza³ki nierównej d³ugoœci. dziwnie od nas dalekie. który wygra³ mecz z wojskowymi. przyspieszaj¹ca z ka¿dym taktem a¿ do niemo¿liwoœci. sk¹d dobiega³y g³osy. ¿e wszystko widzieliœmy jak na d³oni. Melodia stawa³a siê coraz ¿ywsza. W migotliwym blasku œwiecy ujrza³em w jej d³oniach dziwny instrument muzyczny. Na œrodku piwnicy. a ja prze³yka³em œlinê i czu³em. Weiser. tañczy³ teraz przy œwieczce i melodii wygrywanej na œmiesznych piszcza³kach. W czêœci hali. us³yszeliœmy pierwsze dŸwiêki. zupe³nie jakby ktoœ na szczycie góry gra³ powoln¹ i pe³n¹ têsknoty melodiê. Przywarliœmy twarzami do desek. siedzia³ skulony Weiser i wygl¹da³ jakby siê modli³. Tembr instrumentu by³ miêkki i faluj¹cy. gdy uniós³ g³owê. jak najciszej podeszliœmy do uniesionej klapy. równie¿ na pod³odze. Tañczy³ w piwnicy zrujnowanej cegielni. przechylaj¹c g³owê we wszystkich kierunkach. Milczeli. ten sam Weiser z lotniska i ogrodu zoologicznego w Oliwie. jakby melodia. a zaraz potem œwiecy. Elka usiad³a po turecku obok œciany w pobli¿u œwiecy. Prowadzi³a na schody biegn¹ce w dó³. ¿e zaraz wydarzy siê coœ strasznego. ten sam. którego ujrzeliœmy w Bo¿e Cia³o poœród ob³oku kadzidlanego dymu. czekaj¹c znaku od Weisera. Tañczy³ coraz szybciej i gwa³towniej.ca do wypalania ceg³y. A Weiser. które przytknê³a do ust. Uniós³ ramiona. Trzymaj¹c buty w d³oniach. pod³oga by³a drewniana i w dodatku spróchnia³a. frazy rwa³y siê jedna po drugiej. Wreszcie. Elka rozwinê³a zawini¹tko. Weiser wsta³. któr¹ Elka postawi³a przy œcianie. wyrzucaj¹c rêce do góry i na boki. S³ysza³em w³asn¹ krew rwac¹ jak wodospad Niagara w ka¿dej ¿y³ce i naczyniu. trzyma³a go w swojej 128 . na szczêœcie szpary by³y tu na tyle szerokie. wzbijaj¹c tumany kurzu. powracaj¹c jednak stale do tego samego tematu. przez chwilê pozostaj¹c w tej pozycji.

Oczy mia³ zamkniête. jakby on mówi³. Dopiero gdy przerwa³. tañczy³ z przymru¿onymi oczami niczym upojony trunkiem goœæ weselny. By³o to bardziej niesamowite. By³ to raczej ktoœ przera¿aj¹co nieznany. ¿e to z³udzenie zawdziêczam przera¿eniu. Siedzia³a nieruchomo pod œcian¹ i w³aœciwie nie by³a ju¿ Elk¹. mówi¹cy w niezrozumia³ym jêzyku jakieœ urwane wyrazy. najzupe³niej obcy i surowy. bo przecie¿ zobaczyliœmy nagle kogoœ zupe³nie obcego. jakby chcia³ z³apaæ oddech. wnuk pana Abrahama Weisera. i wiem. Wydawa³o mi siê. Jej oczy wpatrzone w Weisera przypomina³y szklane paciorki lalek z dzieciêcego teatru. krawca. jakby go opêta³y demony drgawek i skoków. bo g³os. Wygl¹da³ na zmêczonego cz³owieka. tañczy³. i us³yszeliœmy niski g³os mê¿czyzny. ¿e czyjaœ rêka dotyka moich pleców. Jego zaciœniête piêœci kurczy³y siê i rozluŸnia³y przy ka¿dym wyrazie. sam o tym nie wiedz¹c. niepokoj¹co obcy. nieznaj¹cy umiaru ani granicy zmêczenia. Nie zd¹¿y³em pomyœleæ. Nie 129 . Weiser upad³ na pod³ogê. ¿e to w³aœnie cisza brzmi tak okropnie i z³owrogo. Tañczy³. gdy Weiser otworzy³ usta. która najwyraŸniej krêpowa³a jego ruchy zmierzaj¹ce do uwolnienia siê z niewidzialnych pêt cia³a.w³adzy. kto przez zbieg okolicznoœci wystêpowa³ teraz w ludzkiej postaci. który cedzi g³oski przez spuchniête gard³o z najwiêksz¹ mêk¹ i wbrew sobie. tylko drewnian¹ kuk³¹. nasz szkolny kolega spod trzynastki na pierwszym piêtrze. spojrza³em na Elkê. ktoœ. ni¿ gdyby wœród dŸwiêków piszcza³ek zahucza³y organy albo rogi myœliwskie. a w œwietle œwiecy ujrza³em wiruj¹ce smugi kurzu tej samej barwy. To nie by³ ju¿ Weiser. a nasze Ÿrenice rozszerza³y siê coraz bardziej i bardziej. tañczy³ jak nawiedzony szaleniec. a wygl¹da³ teraz jak martwy. Nagle muzyka ucich³a. Czerwonawy py³ unosi³ siê wokó³ jego postaci. wydobywa³ siê z gard³a Weisera.

Weiser stan¹³ na obu stopach. 130 . Wtedy to nast¹pi³o. tu¿ obok du¿ego portretu papie¿a. „¯¹damy rejestracji” – przeczyta³em na jednym z nich. to jasne. ale stopy Weisera coraz wyraŸniej unosi³y siê nad pod³og¹. Nie wiem. Na transparentach widnia³y nowe has³a. ale mimo to nie spodziewa³em siê a¿ takiej zmiany. Wiêc jak to by³o naprawdê? Czy to. ko³ysane niewidzialnym ramieniem. zauwa¿y³em. Pod oknami domu przeci¹ga³ pochód. co widzieliœmy w piwnicy nieczynnej cegielni. w którym momencie. niesionego przez m³od¹ dziewczynê. „Prasa k³amie” – widnia³o na drugim. Z pocz¹tku wzi¹³em to za przywidzenie. – Chryste. ¿e Weiser unosi siê ponad pod³og¹. mog³o byæ tylko przywidzeniem? Czy mog³o nam siê tylko zdawaæ. roz³o¿y³ rêce jak do lotu i sta³ wpatrzony w p³omieñ œwiecy bardzo d³ugo. – Chryste! – us³ysza³em szept Szymka. „Niech ¿yje Gdañsk” – zauwa¿y³em tak¿e gdzieœ w œrodku masy ludzi. ca³e jego cia³o wisia³o teraz w powietrzu. po jakim czasie. w zupe³nie innym mieœcie i – co tak¿e nale¿y podkreœliæ – w zupe³nie innej epoce. czy te¿ rzeczywiœcie lewitowa³ przy œwietle migotaj¹cej œwiecy? Dwadzieœcia trzy lata póŸniej to samo pytanie zadawa³em Szymkowi.poruszy³y siê nawet i nie drgnê³y. Palce Piotra zacisnê³y siê na moim ramieniu. Tak. albo prawie zupe³nie nowe. ¿e jego nogi nie dotykaj¹ ju¿ klepiska. gdy wreszcie Weiser uniós³ cia³o do pozycji klêcz¹cej i przesun¹³ œwiecê bardziej na œrodek. co on robi? Weiser lewitowa³ nad brudn¹ pod³og¹ i jego cia³o nie by³o ju¿ naprê¿one. Szymek nie by³ ju¿ tamtym Szymkiem z francusk¹ lornetk¹ spod Verdun. wiêkszej ni¿ odleg³oœæ dwudziestu trzech lat i dziel¹cych nasze miasta kilometrów. najpierw trzydzieœci. mo¿e czterdzieœci centymetrów nad ziemi¹ i powoli unosi³o siê jeszcze wy¿ej. kiedy siedzieliœmy naprzeciw siebie w jego s³onecznym mieszkaniu.

przechylaj¹c szklankê – pomin¹æ musimy przypadek celowej mistyfikacji. D³ugo t³umaczy³em mu. nad którymi ³amali sobie g³owy korespondenci wszystkich gazet œwiata – bez odpowiedzi pozostaj¹ równie¿ moje pytania o Weisera. czy te¿ autorowi wydawa³o siê tylko. Mówi³ jak zawsze spokojnie. a jeszcze d³u¿ej musia³em opowiadaæ. i krêci³ g³ow¹ z pow¹tpiewaniem. kiedy dziej¹ siê takie rzeczy? Nie mog³em go jakoœ przekonaæ. które na po³udniu jest smaczniejsze. ¿e owszem. – Ale co bêdzie dalej? Nie wiedzia³em. ¿e tak by³o. – Jeœli przeczytasz w ksi¹¿ce. co bêdzie dalej. do którego ludzie przypinali wizerunki Czarnej Madonny i pod którym sk³adali kwiaty. czy by³o tak w istocie. jak wygl¹da³a przez wszystkie dni brama stoczni i drewniany krzy¿. ¿e to robi? Szymek zapali³ papierosa. czy tylko wydawa³o siê. – A tam. ¿e jej autorowi objawi³ siê Bóg w postaci s³upa ognia i szumu skrzyde³. dla mnie jest to najwa¿niejsza sprawa. – Wiêc jak to by³o naprawdê? – nie dawa³em za wygran¹. czy ulegliœmy zbiorowej psychozie? Szymek otwiera³ butelki piwa. – Tym razem nie strzelali! – cieszy³ siê jak dziecko. to przecie¿ nie wiesz. – Po tylu latach? I to akurat teraz. – Weiser lewitowa³. ¿e tak jak kwestie wielkiej polityki.Interesowa³ siê wypadkami bie¿¹cymi i ci¹gle wypytywa³ mnie o szczegó³y z Gdañska. – Czy tam Weiser unosi³ siê w powietrzu. 131 . i nikt zreszt¹ nie móg³ tego przewidzieæ od Tatr do pla¿y w Jelitkowie. w piwnicy? – pyta³em. czy teraz jest to a¿ takie wa¿ne – mówi³ Szymek. Oczywiœcie – doda³. jak to wszystko wygl¹da³o u nas. Z³oœci³em siê tylko. – Ostatecznie.

na którym gra³a Weiserowi do tañca w piwnicy starej cegielni. jedynej zreszt¹ przez wszystkie te lata. ¿e ze szkolnej gabloty. a mianowicie instrument. ba³a³ajkê. zapyta³.– Nie wiem – odpowiedzia³ po chwili. Szymek jedno pamiêta³ bardzo dobrze. czy Elka powiedzia³a mi coœ na temat Weisera. kiedy przegl¹da³em szkolne papiery Weisera i rozmawia³em nawet z niezmordowan¹ nauczycielk¹ muzyki. dumy jej gabinetu. jak to siê sta³o. nie domyœli³ siê nawet. to ostatecznie zdarza siê czêœciej ni¿ fruwanie nad ziemi¹. a przez otwarte okno s³ychaæ 132 . przygarbione ju¿ od ci¹g³ego wymachiwania na próbach chóru. „Kto na tym umia³by graæ?” Ale o tym wszystkim nie powiedzia³em Szymkowi. zginê³a w³aœnie fletnia Pana. ale mog³o byæ te¿ inaczej” – odpowiada³ za ka¿dym razem. ¿e trzy lata temu by³em w Mannheim u Elki. – „Tyle lat up³ynê³o. i nigdy nie mog³a sobie wyt³umaczyæ. A kiedy dowiedzia³ siê. dziwna muzyka – mówi³ do mnie z o¿ywieniem. – Sk¹d ona mog³a mieæ taki instrument? Wiedzia³em naturalnie. a nasza pamiêæ jest przecie¿ zawodna”. jaki ma samochód i jak siê jej powodzi. Potwierdzi³a. ¿e z kolekcji instrumentów ludowych zginê³a jej tamtego roku fletnia Pana. po co do niej jeŸdzi³em. i nie by³ te¿ ciekaw. – Fletnia Pana to rzeczywiœcie niezwyk³y dŸwiêk. w której obok ksylofonu mo¿na by³o ogl¹daæ ukulele. sprawê zbada³em bardzo dok³adnie tego samego roku. skandynawskie skrzypce i kupê innych eksponatów. nie uwa¿asz? I tak ju¿ by³o przez ca³y czas mojej wizyty w jego domu. Nie. „Komu to by³o potrzebne?” rozk³ada³a ramiona. – Mo¿e rzeczywiœcie lewitowa³. Szymek nie mia³ okreœlonego zdania co do Weisera i wszystkie kwestie przeze mnie postawione rozstrzyga³ podobnie: „mog³o byæ tak. jak to by³o. a mo¿e tylko ulegliœmy zbiorowej psychozie. Kiedy zaœ piliœmy ostatnie butelki piwa.

móg³ mieæ inne jeszcze. ¿e unosi siê w powietrzu. on te¿ zastanawia³ siê nad tym. i dlaczego Elka znalaz³a siê w kilka dni póŸniej. Tam. Dlaczego k³adli siê z Elk¹ tu¿ przy pasie startowym lotniska? To by³o æwiczenie jej wytrzyma³oœci na strach: ostatecznie ktoœ. A te efekty wizualne? Przeczyta³ parê ksi¹¿ek – oto ca³y sekret jego wiedzy. Wybuchy? Tak. Weiser by³ piromanem. Tak. gdy Weiser po raz ostatni rozmawia³ z nami. ju¿ wiele lat póŸniej. w piwnicy cegielni. co s¹dzi o tamtym dniu nad Strzy¿¹. nie bêdzie czu³ strachu przed 133 . Psychologia zna takie wypadki i t³umaczy to dosyæ prostymi mechanizmami oddzia³ywania sugestywnego. Potwierdza to przypuszczenie jego popis z panter¹. Udawa³. poddawa³ j¹ rozmaitym próbom i nawet my ulegliœmy nadzwyczajnej sile jego sugestii. Do czego by³a mu potrzebna Elka? To jasne – wykorzystywa³ j¹ i przeprowadza³ na niej eksperymenty. która nigdy nie ust¹pi³a we wszystkim. poniewa¿ sam by³ wtedy na etapie odkrywania swoich nie do koñca uœwiadomionych mo¿liwoœci. ¿e lewituje. a Elce i nam kaza³ wierzyæ. ¿e Weiser posiada³ jakieœ ukryte zdolnoœci hipnotyczne. kto chocia¿ raz przele¿y pod brzuchem l¹duj¹cego samolotu. i kiedy ¿ona Szymka wnios³a wielki jak obrus pó³misek kanapek. bez w¹tpienia potrafi³ robiæ z nich u¿ytek równie¿ w swoich kontaktach z ludŸmi. który wychowywa³ siê praktycznie sam pod okiem zdziwacza³ego starca. to trudno wyt³umaczyæ. Wszystko wskazywa³o na to.by³o znowu zwyczajny gwar ulicy i œpiew ptaków. bo w miejsce piwa pojawi³o siê na stole wino domowej roboty. zapyta³em wreszcie. nie ulega w¹tpliwoœci. co dotyczy³o jego osoby? Szymek zmieni³ najpierw szklanki. Wiêc jednak raczej nie lewitowa³. nikomu siê do tego nie przyznaj¹c. o których mo¿emy mieæ jedynie mgliste pojêcie. a Weiser nie? I co w³aœciwie mog³a znaczyæ jej amnezja. ale Weiser. stokroæ gorsze manie przeœladowcze.

co robi³ z broni¹. Tak. pr¹d zniós³ j¹ w przybrze¿ne szuwary i przele¿a³a tam pó³przytomna. Weiser by³by dzisiaj kimœ w rodzaju artysty estrady. jego sieroctwo musia³o spowodowaæ powa¿ne zmiany w psychice. Weiser zap³aci³ za swoj¹ nieuwagê. jest tego najlepszym przyk³adem. Elkê po prostu zabra³a woda. Taki wzrok nie oznacza nic dobrego. którym rzeczka p³ynie dalej pod miejskimi zabudowaniami. by³ w jakimœ sensie ofiar¹ wojny. a raczej zupe³ny brak opieki z jego strony. a potem rozpocz¹³ poszukiwania na w³asn¹ rêkê. a nastêpnie przechowywa³ w cegielni. ¿e ¿yj¹. ostatniego dnia wakacji. utopi³ siê najzwyczajniej w œwiecie. jaki znalaz³. takie wypadki odnotowano ju¿ niejednokrotnie. do kogo albo raczej do 134 . gdyby nie opieka tego zdziwacza³ego krawca. a¿ odnaleŸli j¹ milicjanci z psami. Tylko ¿e Elka cudem nie utonê³a. a jego zw³oki woda unios³a do podziemnego kana³u. Wygl¹da³ na ponurego dziwaka. Nad Strzy¿¹. Przecie¿ nie umia³ p³ywaæ. co siê sta³o. co opowiada³ mu na ten temat stary Weiser. a¿ pójdziemy. gdzie jego talent zyskiwa³by poklask i uznanie. Tak czy inaczej. Gdy Weiser zorientowa³ siê. ukry³ siê gdzieœ z boku i czeka³. Tylko przeceni³ swoje mo¿liwoœci i kiedy szuka³ jej cia³a w pobliskim stawie. le¿¹c w szuwarach? To istotnie zagadkowa sprawa. mo¿e nawet wystêpowa³by w cyrku. nigdy nie k¹pa³ siê z nami w Jelitkowie. ale raczej z dziedziny biologii. co niemieckie i ca³y arsena³. W jaki sposób Elka prze¿y³a trzy dni. Dawid mia³ wyraŸn¹ obsesjê na punkcie wszystkiego. On pragn¹³ ich zabijaæ i to. Innej mo¿liwoœci nie ma. ale co móg³ myœleæ? Kto wie.hipnoz¹ i wprawianiem go w stany transu. W ka¿dym razie jest to w pe³ni prawdopodobne. który spojrzeniem oskar¿a ludzi o to tylko. by³o prawdopodobnie tylko przygotowaniem. Ostatecznie. co musia³o ujœæ naszej uwadze. przez który przep³ywa Strzy¿a. Czy myœla³ kiedyœ o swoich rodzicach? Bez w¹tpienia.

czego celowa³, kiedyœmy póŸniej przychodzili do cegielni? Makiety nie mog¹ pozostawiaæ ¿adnych, najmniejszych nawet w¹tpliwoœci. Wybuja³a fantazja, nieprawdopodobny spryt, dzieciêca naiwnoœæ w po³¹czeniu z hipnotycznymi zdolnoœciami, których zreszt¹ musia³ baæ siê bardziej ni¿ Elka – to wszystko z³o¿y³o siê na osobê Weisera. Przy trzeciej szklaneczce wina Szymek urwa³ swój monolog. Mia³em ochotê wypytaæ go o kilka szczegó³ów. Na przyk³ad, sk¹d w nim ta pewnoœæ, ¿e Weiser nie umia³ p³ywaæ? Mo¿e by³o z tym tak samo jak z gr¹ w pi³kê? Albo sk¹d przekonanie, ¿e Elkê unios³a woda i ¿e usz³o to jakoœ naszej uwadze? Przecie¿ oboje zniknêli równoczeœnie i to, co twierdzi³ Szymek, nie trzyma³o siê kupy. Poza tym cia³o Weisera, nawet gdyby rzeczywiœcie uton¹³, nie mog³o przedostaæ siê do podziemnego kana³u, gdy¿ wlot u koñca stawu by³ zagrodzony ¿elazn¹ krat¹. Ale oboje pytali mnie o nowiny z Gdañska. O pomnik, który mia³ teraz stan¹æ obok bramy stoczni, w miejscu, gdzie pad³y strza³y – ten pomnik interesowa³ ich najbardziej. Pytali, czy bêdzie tam nazwisko Piotra. Nie potrafi³em odpowiedzieæ, chocia¿ po tym, co przeszli jego rodzice, po tym nocnym pogrzebie z ekip¹ uzbrojonych grabarzy i cia³em Piotra rzuconym w plastykowym worku w jamê ziemi, po tym wszystkim, nie spodziewa³em siê, aby ten wielki i wspania³y monument móg³ im w jakikolwiek sposób wynagrodziæ tamt¹ zimê. – Nie o to przecie¿ chodzi – zniecierpliwi³ siê Szymek. – Tak, rzeczywiœcie nie o to chodzi – odpowiedzia³em machinalnie i przypomnia³em sobie, ¿e Piotr, wed³ug relacji jego matki, nie móg³ œcierpieæ tego dnia widoku helikopterów kr¹¿¹cych nad miastem i poszed³ piechot¹ do Gdañska (nie jeŸdzi³y ju¿ tramwaje), ¿eby zobaczyæ, co siê dzieje. „Zabili go z tego helikoptera”, twierdzi³a uparcie matka, a gdy naoczni œwiadkowie opo135

wiadali jej, ¿e Piotr dosta³ siê przez przypadek pomiêdzy t³um a oddzia³ wojska i ¿e trafi³a go ta kula prosto w g³owê, z lewej strony, na wylot – wtedy macha³a rêk¹ i mówi³a, ¿e to nieprawda, bo na pewno strzelali z helikoptera, i jeszcze z³oœci³a siê, gdy wspominano o wojsku. Dla niej by³a to przebrana milicja. Mówi³em wiêc o pomniku, a Szymek i jego ¿ona s³uchali mnie z uwag¹. A Weiser? Weiser ulecia³ z naszej rozmowy, jakby go nigdy nie by³o, i kiedy siedzia³em ju¿ w wagonie ko³ysanym równomiernym rytmem podk³adów i zwrotnic, wydawa³o mi siê, ¿e jadê w³aœnie nieistniej¹c¹ lini¹ kolejow¹ przez dziesiêæ zerwanych mostów i mijam brêtowski cmentarz z ma³ym, ceglanym koœció³kiem, ukrytym w zaciszu drzew, a lokomotywê prowadzi Weiser w kolejarskiej czapce, spowity ob³okiem kadzidlanego dymu, pachn¹cego jak wiecznoœæ. Tymczasem do gabinetu dyrektora wezwano woŸnego. – Tak nie mo¿e byæ – us³ysza³em g³os M-skiego – ¿eby ci smarkacze wodzili nas za nos! Mówi³em dyrektorze, ¿e tu trzeba od razu ostrych metod. O, ja ich znam, bez tego ani rusz! A pan – zwróci³ siê do woŸnego – bêdzie tu musia³ siedzieæ z nami, bo to jeszcze trochê potrwa! WoŸny zamrucza³ coœ pod nosem, coœ, co z czeluœci gabinetu zabrzmia³o niewyraŸnie, ale wówczas da³bym g³owê, ¿e to jego znane porzekad³o „jak mus to mus” – i wróci³ do sekretariatu, wo³aj¹c Piotra. Coœ nie zgadza siê w naszych pisemnych zeznaniach i pewnie dlatego M-ski z³oœci siê tak bardzo – pomyœla³em. – Ach tak, ju¿ wiem, chodzi o tê sukienkê, a raczej o strzêp sukienki, czerwonej sukienki Elki, o której Szymek dla œwiêtego spokoju napisa³, ¿e spaliliœmy j¹ po ostatnim wybuchu. Tak, nie znaleŸli tego w zeznaniu moim ani Piotra, a wiêc bêd¹ pytali, jak by³o z t¹ sukien136

k¹. Kto j¹ znalaz³, gdzie, kiedy spaliliœmy ten strzêp materia³u, który pozosta³ po naszej kole¿ance. Pope³niliœmy b³¹d, powinniœmy ustaliæ szczegó³y, gdy w sekretariacie nie by³o woŸnego, i teraz ka¿dy powiedzia³by to samo, a oni zakoñczyliby œledztwo w przekonaniu, ¿e jest, jak wymyœlili. Ale woŸny rozsiad³ siê wygodnie na swoim krzeœle i ani myœla³ pozostawiæ nas przez chwilê samych. W radiu ju¿ dawno skoñczy³o siê przemówienie W³adys³awa Gomu³ki, nagrodzone hucznymi oklaskami i owacj¹. Z g³oœnika dobiega³y teraz dŸwiêki muzyki operetkowej, nieznoœnie cienki g³os œpiewaczki wyci¹ga³ coraz d³u¿sze „och, och, ko-oo-oo-cha-aa-a-aa-m ciê”, a ja czu³em drêtwiej¹c¹ nogê i ból lewej stopy nie dawa³ mi spokoju. Ten ból zawdziêcza³em i w pewnym sensie zawdziêczam do dzisiaj Weiserowi. Zawsze, kiedy zbiera siê na deszcz, spogl¹dam na ma³¹ bliznê poni¿ej kostki i wiem, ¿e w wilgotn¹ pogodê bêdê utykaæ. Ale nie uprzedzaj¹c wydarzeñ, wracam jeszcze do nieczynnej cegielni, poniewa¿ nie wszystko zosta³o wyjaœnione. – Chryste! – powiedzia³ szeptem Szymek. – Co on robi? Palce Piotra zacisnê³y siê na moim ramieniu i w chwilê póŸniej us³yszeliœmy potworny trzask ³amanych desek. Razem z pod³og¹ i drewnianymi stemplami, z hukiem i ³oskotem polecieliœmy w dó³, prosto na Weisera i Elkê. Œwieca zgas³a, czu³em tylko, ¿e oni s¹ gdzieœ miêdzy nami, bardzo blisko, ale nie mówi¹ nic i czekaj¹, a¿ odezwiemy siê pierwsi. Wreszcie Piotr, który najprêdzej wygrzeba³ siê ze sterty po³amanych desek, powiedzia³ nieœmia³o: – Elka, nie gniewaj siê, my tylko tak – i g³os uwi¹z³ mu w gardle, bo miêdzy deskami coœ poruszy³o siê nieznacznie. – Czy macie jakieœ œwiat³o? – g³os Weisera nie zdradza³ oznak gniewu ani zniecierpliwienia. – Jak macie, to poœwieæcie!
137

Szymek wydoby³ z kieszeni benzynow¹ zapalniczkê, ukradzion¹ starszemu bratu jeszcze na pocz¹tku wakacji, i nik³y p³omieñ rozœwietli³ wnêtrze piwnicy. Drewniane schody by³y w po³owie z³amane i ¿eby siê st¹d wydostaæ, trzeba by³o przystawiæ do œciany prowizorycznie sklecon¹ drabinê. Prac¹ komenderowa³ Weiser, a kiedy wszyscy byliœmy ju¿ na górze, spojrza³ na nas i spyta³: – A umiecie trzymaæ jêzyk za zêbami? Zamiast g³osów odpowiedzia³y mu kiwniêcia g³owy. – No dobrze – powiedzia³ po chwili wyczekiwania. – Skoro tak, to przyjdŸcie tu jutro o szóstej, ale tylko we trzech, jasne? I tak oto, w nieoczekiwany sposób, osi¹gnêliœmy swój cel: Weiser zaproponowa³ nam spotkanie. Dziwne, ale gdy wracaliœmy t¹ sam¹ drog¹ w kierunku Brêtowa, ¿aden z nas nie chcia³ rozmawiaæ o tym, co zobaczyliœmy w nieczynnej cegielni. Dzisiaj wiem, ¿e by³ to zwyczajny strach. Mniejsza ju¿ o kadzidlany ob³ok, zupê rybn¹, l¹duj¹cy samolot, czarn¹ panterê, wygrany mecz, mniejsza o moj¹ wycieczkê, w czasie której po raz pierwszy w ¿yciu us³ysza³em o kimœ takim jak Schopenhauer i zobaczy³em, gdzie sta³a niemiecka pancerka przed budynkiem Poczty Polskiej. Mniejsza o to wszystko, czego zreszt¹ wtedy nie ³¹czyliœmy ze sob¹ w jeden ³añcuch, prowadz¹cy do Weisera. Wystarczy³o, ¿e widzieliœmy go ponad pod³og¹ piwnicy i nagle okaza³o siê, i¿ Weiser, najpierw wyœmiewany Dawidek, póŸniej dziwny trochê zaklinacz zwierz¹t i genialny pi³karz, ten sam niby, nie by³ ju¿ t¹ sam¹ osob¹. Zastanawiam siê, jak oddaæ uczucie, które wówczas opanowa³o nasze dusze. Bo raczej nie by³ to, jak napisa³em przed chwil¹, zwyczajny strach. Jednak nie. Czasami, kiedy za du¿o wypijê albo zanurzam siê w niedobr¹ mg³ê, mêczy mnie dziwny sen. Jestem w kuchni mieszkania
138

mojej matki. Stojê przy oknie, a za moimi plecami Piotr nastawia wodê w okopconym czajniku. Nagle odwracam g³owê w stronê kuchenki i widzê, ¿e stoi za mn¹ ktoœ zupe³nie obcy, ktoœ, kto nie jest Piotrem. Podchodzê do niego, ¿¹daj¹c wyjaœnieñ, lecz nieznajomy mê¿czyzna zamiast siê odezwaæ, uœmiecha siê wyrozumiale. Najgorsze, ¿e w jego uœmiechu poznajê coœ z Piotra – ten sam grymas górnej wargi, i nie wiem, jak to wyt³umaczyæ. Wiêc wtedy czuliœmy coœ podobnego. Weiser sta³ siê dla nas kimœ jeszcze bardziej obcym ni¿ przez wszystkie lata szko³y i wszystkie dni wakacji, odk¹d zawarliœmy z nim doœæ szczególn¹ znajomoœæ w Bo¿e Cia³o, a w³aœciwie w dzieñ rozdania œwiadectw z religii. Bêd¹c Weiserem, nie by³ nim równoczeœnie. Ale kim siê stawa³, gdy przychodzi³a ta chwila, w której przestawa³ byæ sob¹. A mo¿e ta szczególna chwila w ogóle nie istnia³a, mo¿e on przez ca³y czas udawa³ tylko, ¿e jest zwyczajnym ch³opcem? I niby sk¹d mieliœmy to wszystko wiedzieæ, skoro nawet dzisiaj nie potrafiê wyjaœniæ tej kwestii? Szliœmy w zupe³nym milczeniu i obawa, aby nagle nie wyrós³ przed nami w œwietle gwiazd, na tle czarnej œciany lasu, nie wyrós³ tak samo jak w piwnicy cegielni – metr albo i wiêcej ponad ziemi¹, ta obawa zamyka³a nam usta i odbiera³a chêæ wszelkiej rozmowy. Ze skraju moreny weszliœmy w jar. By³o tu jeszcze ciemniej ni¿ w otwartej przestrzeni. Na tle czarnej wie¿y brêtowskiego koœcio³a, widocznej ju¿ przy wylocie jaru, zamajaczy³y z³ote punkciki. – Chryste! – powiedzia³ po raz drugi Szymek. – Gwiazdy spadaj¹! Ale to nie by³y gwiazdy. Chmara œwiêtojañskich robaczków unosi³a siê ponad nami jak deszcz z³otych drobin i by³o tak cicho, ¿e s³yszeliœmy w³asne oddechy. – Myœla³em – doda³ Szymek – ¿e one œwiec¹ tylko w czerwcu. Rzeczywiœcie, by³o w tym coœ dziwnego. Nigdy przedtem ani
139

które umyka do góry. Szymek by³ oburzony. – Dusze zmar³ych w lataj¹cych robakach?! – ¿achn¹³ siê Szymek. kiedy opuszcza œmiertelne cia³o. Powinno siê j¹ widzieæ w postaci bia³ego ob³oku pary. – Kto ci o tym mówi³? Lecz Piotr nie by³ skory do zwierzeñ. jedno i drugie tak samo wa¿ne. bior¹c mnie na œwiadka. dlatego te¿ œwietliki mo¿na zobaczyæ tylko przez krótki czas. kiedy uda siê im wejœæ w cia³o owada. ¿eby j¹ mo¿na by³o ujrzeæ. a mo¿e w postaci ³agodnego œwiat³a. w jakiej postaci? Wa¿ne. Nie by³em pewien. na pocz¹tku lata. tak samo zreszt¹ jak dzisiaj – czy mo¿na zobaczyæ duszê? Jeœli mo¿na. ¿e pokutuj¹ce dusze. czy ja wiem zreszt¹. jakby chodzi³o o jego lornetkê albo przepisy pi³karskie. nie rozpraszaj¹c 140 . – To s¹ dusze zmar³ych – szepn¹³ z absolutn¹ powag¹ Piotr – i dlatego œwiec¹. – Te dusze – wyjaœni³ Piotr – musz¹ byæ wielkich grzeszników i œwiec¹ d³u¿ej ni¿ zwykle. powiedzia³ mniej wiêcej tyle. ¿e nie mo¿na jej zobaczyæ! – Wcale nie. Ale robaki nie wytrzymuj¹ czegoœ takiego d³ugo i umieraj¹. – G³upi jesteœ! – protestowa³ g³oœno. które za dzieñ lub dwa z³o¿¹ do grobu. – Duszy nie mo¿na zobaczyæ. bli¿ej koœcio³a. powinno siê j¹ widzieæ. zaczynaj¹ œwieciæ. mówi³. bo jest niewidzialna! Co mówi³ ksi¹dz Dudak na religii? No co? – ¯e dusza jest nieœmiertelna – broni³ siê Piotr – ale nie powiedzia³ wcale.póŸniej nie widzia³em ju¿ w naszej okolicy takiej masy œwietlików w lipcow¹ noc. ¿e jest nieœmiertelna i niewidzialna. tak? – z tym pytaniem Szymek wyskoczy³ nagle do mnie. to kiedy ktoœ umiera. jak z tym jest. Dopiero na kolejowym nasypie.

– Chryste! – powiedzia³.siê po drodze. Spojrzeliœmy na cmentarz mijany po prawej rêce. Nie wiem.. doskonale pasuj¹ce do edukacyjnej powieœci. – Mówi tak – wyjaœni³em dalej – bo tak nauczyli go w seminarium i tak ka¿e mówiæ ksi¹dz biskup. 141 . – Jak to?! – zez³oœcili siê obaj. ¿eby siê czegoœ pewnego dowiedzieæ. modl¹cy siê ludzie. Nie napiszê. I wtedy te¿ nie wiedzia³em. poniewa¿ takie rzeczy daje siê do ksi¹¿ek. nie? Pokiwaliœmy g³owami ze zrozumieniem. – Dopiero jak siê umrze. a mówi tak. – Ksi¹dz proboszcz Dudak – powiedzia³em – te¿ tego nie wie. jeszcze lepiej: „serce podesz³o mi do gard³a”. – Umieraæ. dlaczego tak mówi? – przerywali mi niecierpliwie.. mo¿na to sprawdziæ. bo. a w³aœciwie krzykn¹³ trzeci raz Szymek. nie napiszê teraz: „serca struchla³y nam ze zgrozy” albo: „duszê mieliœmy na ramieniu” lub. takie rzeczy i takie sceny. – Bo co? – No w³aœnie. a proboszcz musi we wszystkim s³uchaæ biskupa. zupe³nie jak w wojsku. Kawa³ki figur i rozbite nagrobki wygl¹da³y teraz jak pochyleni. – Ktoœ jest na cmentarzu! Nie. ¿e to ja mia³em rozstrzygn¹æ spór. W tym samym momencie dzwony brêtowskie rozko³ysa³y siê poruszone czyj¹œ rêk¹ i przez las w œrodku nocy jak na trwogê przelecia³ potê¿ny g³os. jakbym by³ teologiem albo papie¿em. Najgorsze. – To ksi¹dz mo¿e tego nie wiedzieæ? – Tego siê nigdy nie wie – stwierdzi³em pewnym g³osem. – To okropne – westchn¹³ Szymek.

Nie by³em tego taki pewny: – W œrodku nocy? Teraz? Ale Piotr wskaza³ rêk¹ na budynek przylegaj¹cy do koœcio³a: – Popatrzcie tylko! Rzeczywiœcie. a póŸniej w drugim oknie. – Ju¿ raz by³y z nim k³opoty – przypomnia³ Szymek. móg³ tu byæ kwadrans wczeœniej. hucz¹cy pod roziskrzon¹ kopu³¹ nieba. Skoro tylko poznaliœmy go. Mo¿e w³aœnie przez te dzwony nie ruszyliœmy siê z miejsca ani na krok. W istocie. trochê œmiesznie. Id¹c na skróty. By³ to ¯ó³toskrzyd³y. ¿e to Weiser bawi siê z nami. Nie mia³ ju¿ na sobie szpitalnego szlafroka. jego odzienie stanowi³y ukradzione gdzieœ zapewne drelichowe spodnie i taka sama bluza. przysiada³ w kucki. nie by³ to pomys³ Weisera i nie jego rêka ci¹gnê³a wszystkie trzy sznury miêdzy spróchnia³ymi belkami dzwonnicy. – Zaraz tu ktoœ przyleci z plebanii i bêdzie na nas. przy ka¿dym poci¹gniêciu powrozów mówi³ coœ do siebie. wciskaj¹cy siê miêdzy sosny. koleba³ siê na boki. najpierw w jednym. nawet wtedy gdy od strony plebanii zobaczyliœmy nadbiegaj¹cych dwóch mê¿czyzn: koœcielnego i proboszcza tutejszego koœcio³a. skandalicznie g³oœny i rozdzieraj¹cy ciszê rozgrzanego powietrza. ale ginê³o to w metalicznym trójg³osie. by jak najszybciej wracaæ do domu. wszystko to w rytm coraz g³oœniejszego bicia dzwonów. pad³a propozycja. przycupniêci za krzakiem leszczyny. który w niczym nie przypomina³ naszego ksiêdza Dudaka. chc¹c wypróbowaæ. czy nie czmychniemy przypadkiem przez Bukow¹ Górkê do domu. Nie mogliœmy oderwaæ od niego wzroku. Wygl¹da³ jak uwi¹zany do sznurów manekin. Tymczasem ¯ó³toskrzyd³y podskakiwa³. zgo³a trzeŸwiejsza – to nie by³o w stylu Weisera: ten nocny alarm dzwonów. miêdzy ga³êziami w oddali rozb³ys³o œwiat³o. Zaraz jednak przysz³a mi myœl druga. 142 .W pierwszym momencie pomyœla³em. trochê groŸnie.

Teraz. chwytajcie wariata. – £apcie go. Bieg³ w stronê pierwszych zabudowañ Brêtowa. – Niech ksi¹dz dobrodziej – wysapa³ koœcielny – wraca na plebaniê i po milicjê dzwoni. jakby pozdrawia³ wszystkich. – Ludzie! Ludzieee! – krzycza³ koœcielny. Wreszcie dotar³ na skraj cmentarza. a kiedy myœleliœmy. umykaj¹c w stronê Brêtowa. Trzeba by³o doczekaæ koñca tej historii i chocia¿ ¯ó³toskrzyd³y by³ nam w³aœciwie obojêtny. chowa³ siê miêdzy nagrobkami. a ja pobiegnê za nim! Mê¿czyŸni rozdzielili siê. wyskakiwa³ nagle jak spod ziemi i rwa³ do przodu. Ruszyliœmy œladem koœcielnego ledwie widzialn¹ œcie¿k¹. trzymajcie go! I coraz wiêcej okien rozjaœnia³o siê.Byæ mo¿e w³aœnie o to chodzi³o ¯ó³toskrzyd³emu: wywabiæ ich z domu i zwróciæ na siebie uwagê – bo odczeka³. ruszy³ za uciekinierem. ciekawi³o nas. gdzie rozbudzeni ludzie przez otwarte okna wypatrywali przyczyny nocnego rontu. a¿ tamci podbiegn¹ bardzo blisko. Koœcielny. ksi¹dz potruchta³ na plebaniê. sapi¹c jeszcze g³oœniej. ¿e znikn¹³ w jednym z nich. WyraŸnie bawi³ siê z koœcielnym. która gubi³a siê wœród rozroœniêtych pokrzyw i paproci. Ale ¯ó³toskrzyd³y by³ ju¿ daleko. ¯ó³toskrzyd³y dobieg³ do pierwszego domu i po piorunochronie wdrapa³ siê na spadzisty dach. jak skoñczy siê pogoñ. po czym wypuœci³ z r¹k sznury i da³ susa w pobliskie chaszcze. ¯ó³toskrzyd³y mia³ ze trzydzieœci metrów przewagi i lepiej orientowa³ siê w terenie. Skaka³ od kêpy do kêpy. stan¹³ na pêkniêtej p³ycie i krzykn¹³ w stronê poœcigu: – Eeeee – eeee – echo – echo – eeeee!! Koœcielny przyœpieszy³. rzecz jasna. Sta³ teraz na jego grani i szeroko roz³o¿y³ ramiona. nie mogliœmy siê wycofaæ. którzy zaczêli 143 . jakby wybuch³ po¿ar albo zaczyna³a siê wojna.

co straszy na cmentarzu wasze ¿ony i dzieci! Uciek³ od czubków i nie daje wam spokoju! Trzeba go z³apaæ. albo i boso. ale nastêpne inkantacje ¯ó³toskrzyd³ego zamknê³y usta ciekawym. Stali niezdecydowani. a jego d³ugie. tam i mocarz gorzko wo³aæ bêdzie! Mówi¹c to. œpiewanie ca³ych zdañ. bo wszystko... – Biada wam. – szeptano na dole. na co czekacie!? Mê¿czyŸni jednak nie kwapili siê do chwytania wariata. pokazywali go sobie palcami. które wzrasta³y. Kilka ¿on przydrepta³o bli¿ej. przestêpowali z nogi na nogê. przydeptanych kapciach. niektórzy w krótkich kalesonach. gdy nagle ¯ó³toskrzyd³y wyda³ z siebie g³os. w dodatku na dachu. urywanych przeœmiewek rós³ coraz bardziej. – Spadnie.. bliski i spieszny bardzo g³os dnia Pañskiego. Mê¿czyŸni w pi¿amach. W³aœciwie nie by³ to g³os. dŸwiêk muzyczny. – Ich krew bêdzie rozbryzgana niby proch. – Ludzie! – dopad³ ich wreszcie koœcielny.. – To ten sam cz³owiek. – Wtedy zeœlê strach na ludzi.. £apcie go. a ich wnêtrzno144 . tylko dŸwiêk. to by³a muzyka. WeŸcie drabinê i ³apcie go. spogl¹daj¹c jeden na drugiego. mieszkañcy kraju nadmorskiego! Biada wam! S³owo Pañskie wesz³o do mego ucha i przemówi³o ustami moimi! Bliski jest wielki dzieñ Pañski. tak i¿ chodziæ bêd¹ jak œlepi! – jego rêka wskazywa³a teraz g³owy st³oczone jedna obok drugiej. szeptów. wybucha³y i cich³y jedno za drugim w niewielkich po sobie odstêpach czasu. bo znowu ucieknie. Gwar rozmów. Nie spadnie. ¯ó³toskrzyd³y wspina³ siê na palce i wznosi³ rêce. co teraz nast¹pi³o.. któr¹ pamiêta³em dobrze z obrazka proboszcza Dudaka.gromadziæ siê przed budynkiem. Zaraz przyjedzie milicja. tylko szybko. kiedy na lekcji religii pokazywa³ nam przejœcie przez Morze Czerwone. Chyba spadnie. krêcone w³osy wygl¹da³y jak broda Moj¿esza.

wariat! Wariat. ¯ó³toskrzyd³y tryumfowa³. gdy tylko opad³a fraza zawodz¹cej melodii. na wszystko. – Czy ju¿ czas. podczas gdy dom Pana le¿y w gruzach? Liczyliœcie na wiele. który le¿y w gruzach. dalej. a w chwilê póŸniej na rêbiechowskiej szosie zamajaczy³y œwiat³a samochodu. lecz oto jest ma³o. Ujrza³em. co ziemia wydaje. bo ogieñ gniewu Jego poch³onie ca³¹ ziemiê! Doprawdy. heretyk. – Czy ju¿ czas dla was? – zwróci³ siê do ludzi jeszcze g³oœniej. zdmuchn¹³em to. jak móg³ najg³oœniej: – Ludzie! Chrzeœcijanie! Nie s³uchajcie go! To antychryst ¿ywy. rozwœcieczony do bia³oœci zawo³a³. a mê¿czyŸni stoj¹ z g³owami zadartymi w górê. – Sprowadzi³em te¿ posuchê na kraj i na góry. ani z³oto nie bêdzie mog³o wyratowaæ w dniu gniewu Pana. koniec straszny zag³adê zgotuje wszystkim mieszkañcom ziemi! Ostatnie „ziemi” brzmia³o szczególnie przenikliwie. – Biada wam mieszkañcy kraju nadmorskiego! Przeto¿ niebo zatrzyma³o swoj¹ rosê nad wami. aby nie wydawa³a urodzaju swego! Bezradny koœcielny rozk³ada³ rêce niczym Poncjusz Pi³at. podczas gdy ka¿dy z was gorliwie krz¹ta siê ko³o w³asnego domu! Nagle od strony miasta us³yszeliœmy s³abe wycie syreny. jakby zobaczyli na niebie kometê. no. Dlaczego? Mówi Pan Zastêpów: Z powodu mojego domu. na wszelk¹ pracê r¹k – g³os stawa³ siê coraz mocniejszy i brzmia³ g³oœniej ni¿ wszystkie trzy brêtowskie dzwony razem. a¿ wreszcie. jak niektóre kobiety ¿egnaj¹ siê ze strachem.œci rozrzucone niby b³oto! Ani was srebro. 145 . ziemia tak¿e zawar³a siê. ¿ywo! Lecz nikt nie uczyni³ nawet pó³ kroku do przodu. mówiê wam! To grzech œmiertelny s³uchaæ takich rzeczy! £apcie go lepiej. abyœcie mieszkali w domach wyk³adanych kafelkami. a gdy to przynieœliœcie do domu.

– Milicja jedzie! – wykrzykn¹³ uradowany koœcielny. kolano o kolano t³uc siê bêdzie i boleœæ na wszystkich biodrach bêdzie. ju¿ nie bêdzie s³ychaæ g³osu twoich pos³ów! Sprowadzê najgorsze z narodów. aby opanowa³y wasze domy i po³o¿ê kres waszej dumnej potêdze! Gdy nadejdzie zgryzota. – Nie przeszkadzajcie teraz. – Otoczcie dom. ¯ó³toskrzyd³y wyci¹gn¹³ rêkê w stronê zbli¿aj¹cych siê œwiate³. – Rozejœæ siê – rzuci³ krótko i energicznie. pe³no w nim ³upu. a oblicza wszystkich poczerniej¹. tym razem specjalnie na ludzi w mundurach: – Twoje szczeniêta po¿re miecz! Po³o¿ê kres twojemu ³upiestwu w kraju. co do niego nie nale¿y! Serce siê rozp³ynie. który w tym momencie mia³ jeszcze szansê na ucieczkê. ale go nie bêdzie! Post¹piê z wami wed³ug waszego postêpowania i os¹dzê was zgodnie z waszymi prawami! 146 . wykrzykn¹³ œpiewnie: – Biada temu. sk¹d ¯ó³toskrzyd³y rzuca³ coraz sro¿sze przekleñstwa. a ten dawa³ im rozkazy. uzbrojonych w pa³ki i pistolety. Z samochodu wyskoczy³o czterech milicjantów. Pochylaj¹c siê wyraŸnie w kierunku porucznika. Dowódc¹ patrolu by³ ciemnow³osy porucznik. poczu³ przyp³yw nowego ducha. obywatele! ¯ó³toskrzyd³y. bêdziecie szukaæ pokoju. nie masz koñca grabie¿y! Milicjanci zbili siê w ciasn¹ grupkê wokó³ porucznika. ¿eby nie uciek³! Ale i tym razem nikt nie rwa³ siê do czynu. którzy siê ob³ócz¹ w szaty cudzoziemskie! Biada krwawemu miastu! Wszystko w nim jest oszustwem. – Biada temu – podniós³ g³os jeszcze groŸniej ni¿ przed chwil¹ – kto gromadzi mnóstwo tego. zwa¿ywszy ciemnoœci i doskona³¹ znajomoœæ terenu. Dowódca podniós³ g³owê w kierunku dachu. który krwi¹ buduje miasto i utwierdza je nieprawoœci¹! W dzieñ ofiary Pañskiej nawiedzê wszystkich.

oddali siê od ciebie! Po¿re ciê ogieñ. Sekundy jego wolnoœci zdawa³y siê policzone. zepchn¹³ obu milicjantów z dachu jednym zdecydowanym uderzeniem ³okci. Porucznik da³ ognia w powietrze na postrach. tak ¿e ktokolwiek ciê ujrzy. wskoczyli na gzyms i wspinali siê szybko. którzy o tobie us³ysz¹. DŸwiêk spadaj¹cych dachówek. bo zamiast poddaæ siê ludziom w mundurach i przyj¹æ spokojnie spadaj¹ce nañ razy. klaskaæ bêd¹ w d³onie. bo bêdê zmuszony u¿yæ si³y! – Twoi urzêdnicy s¹ jak szarañcza – odpowiedzia³ mu zaœpiew ¯ó³toskrzyd³ego. po¿re ciê jak szarañcza! Ostatni wyraz. ¯ó³toskrzyd³y jednak nie mia³ w sobie ducha Chrystusowego. a dwaj milicjanci. – Z³aŸ! – powtórzy³ rozkaz. – Zel¿ê ciê i uczyniê widowiskiem. bo bêdê strzela³! – I wyrzucê na ciê obrzydliwoœci – zabrzmia³a odpowiedŸ ¯ó³toskrzyd³ego. Ludzie zgromadzeni w bramie s¹siedniego domu i w oknach odruchowo wtulili g³owy w ramiona. którzy zaszli ¯ó³toskrzyd³ego od ty³u. – Z³aŸ. – Z³aŸ. bo kogó¿ ustawicznie nie omija³o okrucieñstwo twoje?! Poniewa¿ z³upi³eœ wiele narodów. wybrzmiewaj¹ca d³ugo i dŸwiêcznie. krzyki milicjantów i nocny œpiew ¯ó³toskrzyd³ego zla³y siê teraz w jedno. – Nieuleczalna jest rana twoja. zbieg³a siê z hukiem wystrza³u. jak dwaj milicjanci zachodz¹ teraz dom od ty³u. i krzycz¹c: „Panuj¹cy Pan jest si³¹ moj¹” ruszy³ na spotkanie milicjantów. a w³aœciwie ostatnia samog³oska. jakby bra³ gwiazdy na œwiadków swojej niewinnoœci. a porucznik wyjmuje z kabury pistolet.– Z³aŸ stamt¹d natychmiast! – przerwa³ mu ostry g³os porucznika. 147 . wszyscy. wiêc i ciebie z³upi¹ wszystkie inne ludy z powodu przelanej krwi ludzkiej i gwa³tu dokonanego na kraju! Zobaczyliœmy. Ich bia³e pa³ki wzniesione do uderzenia groŸnie odcina³y siê od czarnego t³a nieba. Jeszcze raz podniós³ d³onie do nieba. wytnie ciê miecz. którzy byli ju¿ na dachu.

gdyby nie to. Czy wezm¹ nas do aresztu? A jeœli tak. Byæ mo¿e proboszcz brêtowskiego koœcio³a po zawiadomieniu milicji zadzwoni³ jeszcze na wszelki wypadek do szpitala i teraz mieliœmy na karku milicjê. pokaza³ rêk¹. Uciekaliœmy co si³ w nogach. – Stój. z przeciwleg³ego krañca cmentarza nadbiega³y ku nam postacie w bia³ych. – Który czyni nogi moje jako nogi ³ani i po miejscach wysokich prowadzi miê! To mówi¹c. pow³óczystych szatach. a przede wszystkim dlaczego pojawili siê oni z tamtej strony.– Panuj¹cy Pan jest si³¹ moj¹! – powtórzy³ radoœnie. poœpiesznie i chaotycznie. lecz ¯ó³toskrzyd³y by³ szybszy. Powietrze rozdar³ huk kolejnych wystrza³ów. ¿e uciekamy tak jak on. – Stój! – krzycza³ porucznik. dla postrachu. którzy pomiêdzy nagrobkami wygl¹dali jak duchy. wariata i ludzi w bia³ych fartuchach. to czy potraktuj¹ nas jako wspólników ¯ó³toskrzyd³ego? Ob³awa zacieœnia³a pierœcieñ i ju¿ wydawa³o siê. odcinaj¹c odwrót nam i ¯ó³toskrzyd³emu. bo strzelam! Lecz ¯ó³toskrzyd³y ani myœla³ siê zatrzymywaæ. ¿e wariat i œcigaj¹cy go milicjanci biegli prosto na nas. jak te¿ bêdziemy siê z tego t³umaczyæ. gdy Piotr chwyci³ mnie za rêkê. Poturbowani milicjanci ruszyli za nim. oddanych tak samo jak pierwszy – w górê. Poczu³em siê jak zwierzyna osaczona w pu³apce i przemyœliwa³em w strzêpkach zdañ. I na tym by siê w³aœciwie skoñczy³o. – Krypta! Tam nas nie znajd¹! 148 . Od strony Bukowej Górki. Nie zapyta³ o nic i widz¹c. ¯ó³toskrzyd³y zeskoczy³ z dachu na miêkk¹ ziemiê ogródka i szybko umyka³ w stronê cmentarza. ¿eby siê rozdzieliæ. kto wezwa³ pielêgniarzy ze szpitala. Do dzisiaj nie wiem. Nie by³o to jednak mo¿liwe. ¿e nic nas nie uratuje. po chwili czuliœmy ju¿ jego oddech na karkach.

i kiedy min¹³em ju¿ Bukow¹ Górkê i ulicê Kmiec¹. bo przecie¿ mieliœmy Weisera. ¿e to niewa¿ne. a liczba razów. która wiod³a od lasu do naszej kamienicy. ¿e nie tylko ja mam czerwieniej¹ce prêgi na siedzeniu i nie tylko mój ojciec okaza³ siê tak czu³ym pedagogiem. nastêpnego wiêc dnia. od których spuch³ mi ty³ek. a Szymek 149 . ale za to. Piotr zaproponowa³. które spad³y na moje poœladki. a za nami ¯ó³toskrzyd³y.Oczywiœcie. a w³aœciwie tej nocy nie wszystko jeszcze zosta³o spe³nione. ¿e matka od czterech godzin oczy wyp³akuje za tob¹. jakby zachodzi³ tu jakiœ zwi¹zek z Weiserem. Bo w istocie tak by³o. w stronê nasypu. Ale wtedy myœla³em. bo w³aœnie ono utkwi³o mi w pamiêci najlepiej. pozostawiaj¹c tam ¯ó³toskrzyd³ego. to by³ doskona³y pomys³. Nastêpnego dnia. ¿e kiedy ju¿ ob³awa siê skoñczy³a i kiedy spiesznie opuœci³em kryptê wraz z Szymkiem i Piotrem. i kiedy zastuka³em w drzwi naszego mieszkania – otworzy³ mi ojciec w pi¿amie. uros³a do zgo³a astronomicznych rozmiarów. z pasem w rêku i bez s³owa prze³o¿y³ mnie przez kolano. jak krótko bêdzie to trwa³o. Dlaczego napisa³em o ¯ó³toskrzyd³ym? Dlaczego nie zakoñczy³em na zawaleniu siê spróchnia³ej pod³ogi albo na robaczkach œwiêtojañskich? Napisa³em o tym wszystkim. Moja pamiêæ po tylu latach ka¿e mi wspomnieæ. kiedy wysz³o na jaw. robi³ przerwê i wzdycha³: – Nie bijê ciê za to. skoro tylko spotkaliœmy siê w trójkê. Skoczyliœmy. Tak. tego wieczoru. smarkaczu! I by³o to chyba najtkliwsze zdanie mego ojca do mnie. by³ trochê odsuniêty i teraz mogliœmy wpe³zn¹æ do wnêtrza bez ha³asu. W³az. a raczej on mia³ nas od tej nocy w garœci. Kiedy ojcu zmêczy³a siê rêka. czy nie ma tam ¯ó³toskrzyd³ego. ¿eœ nie by³ w domu. gdzie znajdowa³a siê nasza kryjówka. aby udaæ siê do krypty i sprawdziæ. tak samo jak razy. jak zwykle. choæ nie wiedzia³em wówczas.

a nawet zapytaæ go. – Bo co? Krótkotrwa³e milczenie wype³nione by³o spojrzeniami pe³nymi nieufnoœci. i zapyta³: – No co. a nie na odwrót. Nie œledziliœmy te¿ Elki. Na razie jednak mieliœmy co innego do roboty. Tomaszu jeden. ten sam. nikt z nas nie podszed³ do. I nawet nie spostrzegliœmy. nam siê ju¿ nie chce. co widzieliœmy w nieczynnej cegielni. jak zawi¹za³o siê pomiêdzy nami – przez to pierwsze k³amstwo – tajne porozumienie w sprawie Weisera. która za nim wybieg³a. – Iii tam. – odpowiedzia³ wymijaj¹co Szymek. Postanowiliœmy trzymaæ jêzyk za zêbami. o tym zaœ w szczególnoœci. Wczorajsze wydarzenia zawi¹za³y pomiêdzy nami nici porozumienia. ale wiedzieliœmy. który opuœci³ kryptê. I trzeba to by³o uszanowaæ. 150 . Ostatecznie.. ¿e o wszystkim trzeba opowiedzieæ Weiserowi. Kiedy tylko Elka znik³a za og³oszeniowym s³upem. ale kiedy Weiser wychodzi³ z bramy. – No to co zobaczyliœcie? – Nic takiego.. gdy czekaliœmy na Weisera. nie warto by³a czekaæ – k³ama³ jak z nut Szymek. Dziwne. co s¹dzi o wariatach. – Oni ³owili ryby w gliniankach. Tak samo jak to. podszed³ do nas Janek Lipski. to leæ teraz za nimi. wyœledziliœcie ich w koñcu. czy nie? – Janek by³ ostatnim spoza naszej trójki. który by³ z nami w zoo i gra³ w s³ynnym meczu z wojskowymi. Ten argument przewa¿y³. to Weiser raczy³ umówiæ siê z nami. – Bujasz. ¿e jest to porozumienie jednostronne i na swój sposób czuliœmy tê specyfikê. zupe³nie jakby wyznaczona przezeñ godzina szósta by³a terminem audiencji nie do przekroczenia. – Iii tam.doda³ zaraz.

To by³a jego choroba i wielkoœæ jednoczeœnie. ¿e to. ¯ó³toskrzyd³y potrafi³ g³osiæ tylko tamte straszne wersety. Porozumiewa³ siê z nami za pomoc¹ krótkich sylab : „ee”. którego zastaliœmy w krypcie. jak ³apczywie zajada³ kawa³ek rogalika podany mu przez Piotra. oznaczaj¹cy aprobatê. ¯ó³toskrzyd³y uœmiechn¹³ siê. „aa”. Bohater zesz³ej nocy dr¿a³ na ca³ym ciele ze strachu i nie mogliœmy poj¹æ. ¿e ca³y ten proceder jest czymœ niezgodnym z prawem. Ruszyliœmy przez Bukow¹ Górkê do swoich domów. Mo¿na siê by³o tego domyœliæ. Piotr mia³ zorganizowaæ jedzenie. a ja papierosy. gdyby nie tamte podnios³e. co robimy. mo¿na by s¹dziæ. Szymek jakieœ ubranie. Piotr zapyta³ go. czy chce zostaæ tutaj. Czymœ. i nawet przez myœl nam nie przesz³o. wyœpiewywane pe³n¹ piersi¹ zdania. a w³aœciwie do tego samego domu. który wyg³asza³ wspania³e przemówienia i zrzuca³ milicjantów z dachu – jak ten cz³owiek zmieni³ siê w ci¹gu niespe³na dwunastu godzin. i gdyby nie jego wczorajszy wystêp i ten poprzedni. jakby spodziewa³ siê uderzenia. gdy¿ ¯ó³toskrzyd³y gestem rêki pokaza³. gro¿¹ce klêskami. co obra¿a tak zwane prawo i domaga siê kary. krwi¹ i mordem. Nie chcê powiedzieæ. na czym polega³a jego tajemnica. Skin¹³ g³ow¹. Gdy zobaczy³ nasze g³owy pochylaj¹ce siê nad jego niespokojnym snem.¯ó³toskrzyd³y. ¿e bardzo tego potrzebuje. zas³oni³ twarz. Zadania zosta³y wiêc podzielone. szukaj¹cym w naszej krypcie chwilowego schronienia. „uhm”. kiedy spotkaliœmy M-skiego z Arnica montana. a z jego gard³a zamiast odpowiedzi czy podziêkowania wyla³ siê nieartyku³owany dŸwiêk. Dzisiaj przypuszczam. widz¹c. ¿e prawu przeciw151 . tylko do ró¿nych mieszkañ. nie opuszcza³ kryjówki od wczoraj. Szymek zaproponowa³ dostarczenie jedzenia. jakim sposobem ten niezwyk³y cz³owiek. ¿e ten nieogolony mê¿czyzna w dziurawych drelichach jest niemym w³óczêg¹.

i pamiêtam te¿. Jad³ i pali³ na wyœcigi. A gdy na koniec Piotr wyci¹gn¹³ z p³óciennego worka po jednej butelce oran¿ady dla nas i dwie dla ¯ó³toskrzyd³ego i gdy piliœmy ten nektar z b¹belkami. ani kiedy chodziliœmy do tej samej szko³y. By³ wiêc chleb. jakie pali³ mój ojciec i jakie kupowa³em posy³any przez niego w sklepie Cyrsona. Tego powiedzieæ nie mogê. Piliœmy wiêc s³odkawy. kiedy powróciliœmy do krypty z pe³nymi rêkami. rozcieraj¹c z luboœci¹ jego krople na podniebieniu. Pamiêtam. Ostatecznie piêæ oran¿ad to by³o piêæ z³otych. Bo przecie¿ je¿eli ktoœ jest z tamtej strony. sk¹d wzi¹³ pieni¹dze na taki wydatek. gdy nasze drogi rozesz³y siê. takie same. bo wtedy o kiosku „Ruchu” w naszej dzielnicy nikomu siê jeszcze nie œni³o. ¿e tylko w mojej butelce by³a czerwona oran¿ada. flanelowa koszula w kratê i by³y papierosy „Grunwald”. ¿e pomagamy nie tylko niebezpiecznemu wariatowi. a ja skombinowa³bym papierosy „Grunwald”. sk¹d wzi¹³ tyle gotówki. ¿ó³ty ser. przenicowane spodnie. musuj¹cy p³yn. ale te¿ komuœ. ¿e gdyby w tamtej chwili przysz³a na nas minuta zastanowienia i gdybyœmy doszli do wniosku. ani nawet wtedy gdy przychodzi³em na jego grób gawêdziæ o ró¿nych rzeczach. Szymek przyniós³by przenicowane spodnie i flanelow¹ koszulê w kratê. nasza znajomoœæ z odmieñcem wydawa³a siê ugruntowana. Muszê jednak wyjaœniæ. a ¯ó³152 . ¿e nie zapyta³em Piotra. ¿ó³ty ser i kawa³ s³oniny. gdy¿ nie by³oby to zgodne z prawd¹. to nie wypada go nagabywaæ o takie sprawy.stawiliœmy Chrystusowego ducha. s³onina. a piêæ z³otych to nie taka ma³a suma. ani te¿ póŸniej. By³ tak¿e promienny uœmiech ¯ó³toskrzyd³ego. Nigdy jednak nie zapyta³em Piotra. to nawet wtedy Piotr zwêdzi³by ze spi¿arni bochenek chleba. o którym tyle razy przypomina³ proboszcz Dudak. nigdy. kto czynnie zaatakowa³ milicjantów.

Villa Henkenhaf. Wrzeszcz. Pocztówka z roku 1900 .

g³odny i wystraszony. uczynimy tak dla œwiêtego spokoju. gdzie spaliliœmy strzêp czerwonej sukienki. jak mruga na mnie trójk¹tne oko Boga. a ja przypomina³em sobie smak orzeŸwiaj¹cej oran¿ady. tylko wypuszcz¹ do domu. mówi³. ani Weiser nie zostali rozszarpani niewypa³em. ustalimy dok³adnie. wiêc w³aœciwie nie na dzieñ nastêpny. jeœli obraz wydarzeñ. wtedy w³aœnie zacz¹³ biæ zegar œcienny. cz³owiek w mundurze. By³em jednak zbyt spragniony. „ono o wszystkim wie 154 . nied³ugo zakoñcz¹ œledztwo. ¿e nie zamkn¹ nas tutaj. a wtedy… Wtedy porozumiemy siê co do ostatniego szczegó³u. ¿e jest ju¿ bardzo póŸno. nawet wtedy prze³o¿¹ przes³uchanie na dzieñ nastêpny. Ostatecznie. tylko na poniedzia³ek. któr¹ piliœmy w krypcie niczym ambrozjê.toskrzyd³y mlaska³ z zadowoleniem i uœmiecha³ siê do nas. jakbyœmy byli jego najlepszymi przyjació³mi. Nawet jeœli nie osi¹gn¹ celu. ¿e wszystko przemija. Która to mog³a byæ godzina? Która godzina na zegarze i która godzina œledztwa? Kiedy Piotr œlêcza³ jeszcze za drzwiami dyrektorskiego gabinetu. I chocia¿ ani Elka. Wszyscy bêd¹ zadowoleni – dyrektor. zadowolony bêdzie prokurator. Jasne. majacz¹ce w chmurach. nie bêdzie wystarczaj¹cy. Mrok panuj¹cy za oknami mówi³. Tak w³aœnie pomyœla³em: jest ju¿ bardzo póŸno. jak czas odmierzany blaszanym mechanizmem. nie to by³o wa¿ne. a tamci trzej musz¹ byæ zmêczeni. M-ski. I choæby nie wiem co mówili. A jutro jest przecie¿ niedziela. unosz¹c palec do góry. Nagle pod przymkniêtymi powiekami zobaczy³em. obwieszczaj¹c. któr¹ godzinê pokazuj¹ wskazówki. który pokazywa³ proboszcz Dudak. a przede wszystkim Weiser. by patrzeæ. który pozosta³ po Elce. który na pewno œledzi nasze wybiegi z uznaniem. By³o to jak na obrazku. jaki usi³owali skonstruowaæ. „Pamiêtajcie”.

kiedy w drobnej sprawie ok³ama³em matkê albo zatrzyma³em sobie resztê z zakupów. co proboszcz Dudak opowiada³ o szatanie: „O tak. A jeœli jednak po tamtej? Jeœli Weiser zwi¹za³ nas przysiêg¹ podstêpnie? I przerazi³em siê nie na ¿arty. Zaraz te¿ przypomnia³em sobie. to by³ ca³y system. A teraz przypomnia³em sobie o jego istnieniu jeszcze mocniej.i wszystko widzi. to powinien nas z tego rozgrzeszyæ. ¿e nigdy o niczym i nikomu nie powiemy? Ale jeœli tak by³o. ¿e to jest cie155 . idziesz na pla¿ê. bo to nie by³o ma³e k³amstewko. zamiast pomagaæ rodzicom. o ka¿dym grzechu i szlachetnym postêpku. ¿e Weiser móg³by byæ si³¹ nieczyst¹. o wszystkim pamiêta. bo jakiœ g³os podpowiedzia³ ci. na czyj u¿ytek? – nie by³em pewien i nie dawa³o mi to spokoju. Dla kogo by³o to k³amstwo? Dla tamtych. siedz¹cych za drzwiami z pikowan¹ cerat¹? Dla nas samych? Czy dla Weisera. który odwodzi ciê od obowi¹zku. bo po raz pierwszy wyda³o mi siê. Niczego nie zapomina. gdy zabieracie koledze o³ówek albo gdy nie prze¿egnacie siê. która omotawszy nas sieci¹ pokus. Czasami.. bo czêsto. który kaza³ nam przysi¹c. proboszcz Dudak mia³ niew¹tpliwie talent pedagogiczny. jeœli to k³amstwo powsta³o przede wszystkim dla Weisera. Czasem kolega powie ci. przypomni wam to. gdy ok³amujecie rodziców. nie zawsze wygl¹da groŸnie. ¿ebyœ nie szed³ do koœcio³a. patrz¹cym na ka¿dy gest i s³uchaj¹cym ka¿dego s³owa z niebieskiej wysokoœci? Po czyjej stronie jest w takim razie Pan Bóg? – myœla³em. przechodz¹c obok krzy¿a czy kapliczki. a przede wszystkim Weisera. ³udz¹c obrazem fa³szywych przyjemnoœci. A gdy wasze dusze stan¹ przed Jego obliczem. Tak. wystawi³a na próbê. trójk¹tne oko nie dawa³o mi spokoju. no w³aœnie. i jest to podszept szatana. co robiliœcie na ziemi”. Jeœli po naszej. to co z trójk¹tnym okiem.. ca³y gmach k³amstwa zbudowany przez nas na u¿ytek.

co robili Weiser i Elka. k³ute wid³ami. kiedy staniemy przed nim sam na sam i kiedy niczego ju¿ nie bêdzie mo¿na ukryæ. spadaj¹ce w dó³. ¿e rozmyœlania te mia³y wszelkie znamiona za³amania. i to nie przez sto. czy nie wyjawiæ wydarzeñ ostatniego dnia nad Strzy¿¹. którzy nie opamiêtali siê na czas! Popatrzcie tylko. by³a to sprawa Weisera i Elki. i od tej chwili œledztwo sta³o siê dla mnie jeszcze wiêksz¹ udrêk¹. ¿e nie uwierzyliby. której i tak nikt nie chcia³by przyj¹æ. który dochodzi³ tutaj z samego dna piekie³. „w ten sposób diabe³ kusi nawet dzieci. czy nasze k³amstwa nie zostan¹ nam wypomniane przez trójk¹tne oko. do których kosmate diab³y wrzuca³y nagich potêpieñców. Popatrzcie tylko”. poskrêcane. moi mili.” – proboszcz dramatycznie zawiesza³ g³os jak w czasie kazania. nie mieliœmy w¹tpliwoœci. wyci¹gaj¹c nastêpny obrazek. ¿e piek³o wygl¹da tak naprawdê. Wystarczy³o opowiedzieæ po kolei. jak bêd¹ cierpieæ. „jakie mêki spotkaæ mog¹ grzeszników. kiedy staliœmy w wodzie po kostki. Có¿ z tego. do których zostaliœmy dopuszczeni. Ich cia³a. i kiedy Weiser powiedzia³. proboszcz zaczyna³ prawie krzyczeæ. Zastanawia³em siê.. Dlatego siedz¹c obok Szymka na sk³adanym krzeœle. ¿eby156 . wci¹¿ nie by³em pewien.. a kara za grzechy mo¿e byæ straszna. Nie musia³em przecie¿ wyjawiaæ wszystkich tajemnic Weisera. tak jak przed M-skim lub cz³owiekiem w mundurze. Tak. w pe³nym s³oñcu. szarpane szponami. lizane by³y p³omieniami ognia. ale przez ca³¹ wiecznoœæ! I przed naszymi oczami ukazywa³ siê stworzony rêk¹ artysty obraz piekielnych czeluœci. prawda. minuta po minucie. Gdy proboszcz schowa³ reprodukcjê. A prawda zosta³aby ocalona. nikogo wiêcej. Dzisiaj wiem. którzy nie pos³uchali g³osu sprawiedliwoœci. có¿ st¹d – myœla³em – ¿e nie daliby wiary? Ostatecznie. ¿e nic nie ukryje siê przed obliczem Boga.kawsze. dwieœcie czy piêæset lat. ale pamiêtajcie.

A mo¿e Weiser zechce rozegraæ z nami prawdziw¹ 157 . ci¹gn¹ca siê w¹sk¹ stru¿k¹ pamiêci niczym smuga kadzidlanego dymu. tylko melodia. I nawet nie jej s³owa. czego nawet nie mo¿na siê by³o spodziewaæ? Szymek poruszy³ siê na krzeœle. zupe³nie ró¿ne od tego. ale czy nie lepiej poprosiæ go o jeszcze jeden zardzewia³y schmeiser? Jeœli zna ca³y las a¿ do Oliwy albo i dalej. Nie wiem dlaczego. Co by³o dalej? Do godziny szóstej mieliœmy jeszcze mnóstwo czasu. jak noga cierpnie mi jeszcze bardziej. gdy czeka siê na przyjazd poci¹gu albo otwarcie sklepu lub rozpoczêcie wakacji? Tego wiedzieæ nie mog³em. Z nudów rodzi³y siê w naszych g³owach najdziwniejsze pomys³y. ¿e by³oby to ciekawe. niejedno móg³ wygrzebaæ w poniemieckich okopach. a mo¿e zrobili mu coœ zupe³nie innego. ta nostalgiczna melodia podzia³a³a na mnie koj¹co. mimo zamkniêtych drzwi. Sy-nu Ma-ry-i. postêpuj¹c za proboszczem Dudakiem i monstrancj¹: „Witaj Je-e-zu. Co nam poka¿e? A mo¿e – co z nami zrobi? Mo¿e nauczy nas lataæ. któr¹ œpiewaliœmy tego roku na Bo¿e Cia³o. a w chwilê póŸniej Piotra. Tyœ jest Bóg praw-dzi-wy w Œwiê-tej Hos-ty-iii”. wszystkie oczywiœcie dotycz¹ce Weisera. po co tañczy³ w piwnicy nieczynnej cegielni? Piotr zgodzi³ siê. doszed³ nas krzyk M-skiego. a ja poczu³em. Musieli zastosowaæ wobec niego coœ ekstra. przypomnia³em sobie tê sam¹ pieœñ. mo¿e wyciskanie s³onia po³¹czone ze skubaniem gêsi. ¯ó³toskrzyd³y zosta³ zaopatrzony. Z gabinetu.œmy teraz na nich poczekali. a towarzystwo nie by³o mu potrzebne. do których nie przywi¹zywa³em wówczas szczególnej wagi. powolna i dostojna. a mo¿e zmieni motyla w ¿abê albo na odwrót? A gdyby tak zapytaæ go. A mo¿e mia³ on na myœli jakieœ inne czekanie.

ale gdzie Weiser nauczy³ siê graæ w pi³kê. jak pan Korotek. przypominaliœmy sobie ka¿dy jego gest i ka¿de s³owo. – Draniu jeden. pijaku! – krzycza³a. Dlaczego nie chodzi³ z nami na religiê? Po co mu Elka? Kto go nauczy³ poskramiania zwierz¹t? Nasze rozwa¿ania przerwa³a na chwilê pani Korotkowa.grê wojenn¹? Po co przypatrywa³by siê naszym zabawom – wtedy. gdy nagle z klatki schodowej wyszed³ pan Korotek. bo zatrzasnê³a okno. i to a¿ tak? Nasza rozmowa bieg³a tym samym tropem. para spodni. a my patrzyliœmy. siedz¹c teraz na ziemi. moja droga kochanko. dla podniesienia na duchu. Chwiejnym krokiem zbli¿y³ siê do kupki swoich rzeczy i jak gdyby nic zacz¹³ siê ubieraæ – gniew ¿ony wyrzuci³ go z mieszkania w samych spodenkach i boso. opuœci³ podwórko marynarskim krokiem. gdy nauczyciel WF-u dzieli³ klasê na dwie dru¿yny i kaza³ nam graæ? Jaki mia³ cel w ukrywaniu swoich umiejêtnoœci? 158 . – Hej! – krzykn¹³ w górê. gdy dopasowa³ ju¿ obuwie. Wreszcie. moja droga Mulatko!”. buty. Pani Korotkowa nie by³a jednak Mulatk¹ i widocznie jej m¹¿ œpiewa³ tak sobie. adieu. Skoro w meczu z wojskowymi pokaza³ tak¹ klasê. – Wynoœ mi siê zaraz i nie wracaj wiêcej! ¯eby ciê oczy moje nie widzia³y. dlaczego sta³ zawsze na uboczu. wk³ada buty na bose stopy i jak prawa noga myli mu siê z lewym butem i odwrotnie. siedz¹c na spróchnia³ej ³awce pomiêdzy sznurami z bielizn¹. ¿eby ciê uszy moje nie s³ysza³y! Na ziemi wyl¹dowa³a ju¿ koszula. to czemu nigdy wczeœniej nie widzieliœmy w nim pi³karza. Dobrze. na brêtowskim cmentarzu? Ju¿ po obiedzie. która przez okno wyrzuca³a jak popadnie rzeczy swojego mê¿a. œpiewaj¹c wcale nieŸle: „Adieu. – A skarpetki to pies? Pani Korotkowa nie zna³a litoœci.

niczym rudera. Za kilka dni lipiec dobiega³ koñca i mija³a po³owa wakacji. powywracane wagoniki i rozebrany w trzech czwartych piec – to wszystko. Sterty przerdzewia³ego ¿elastwa. Zaczyna³em w¹tpiæ. tam gdzie kiedyœ zaczyna³y siê sk³ady zrujnowanej cegielni. na którym od lat nie po³o¿ono ¿adnej ceg³y. Jej budynek. pan Korotek zd¹¿y³ ju¿ wróciæ z baru „Liliput” pijany do granic mo¿liwoœci ludzkich. a ja usi³owa³em przesun¹æ jeden z wagoników.A na dodatek. ani nawet ekscesy pana Korotka nie mog³y odwróciæ naszej uwagi od sprawy zasadniczej. w czasie których Piotr kopa³ puszki. coœ. ni to piskiem. Punktualnie o szóstej byliœmy na skraju lasu. ChodŸcie za mn¹. Nad dachem kamienicy jaskó³ki œmiga³y z charakterystycznym dŸwiêkiem. ale ku naszemu zaskoczeniu nie by³o tam nikogo. teraz wygl¹da³ niewinnie. Dobrze. który w nocy przypomina³ stare zamczysko. a my nadal ci¹gnêliœmy rozmowê. jesteœcie sami. gdy w wejœciu. Na pod³odze wala³y siê puszki po farbie. strzêpy worków i kawa³ki tektury. Szymek zagl¹da³ do pieca. Do wejœcia podchodzi³o siê przez zaroœniêty perzem. ni to gwizdem. czy spotka nas tu cokolwiek ciekawego. 159 . niebo jak przez wszystkie dni tego lata przypomina³o sp³owia³y szmat b³êkitu. ani zupa rybna w zatoce. Wewn¹trz panowa³ mi³y ch³ód. czy potrafi³ coœ jeszcze. przegni³ej i cuchn¹cej pleœni¹. ale tym chêtniej je zadawaliœmy. jakich pe³no by³o na przedmieœciach Wrzeszcza i Oliwy. w której tryb warunkowy i znak zapytania stanowi³y element g³ówny. o czym nawet nie mogliœmy mieæ pojêcia? Takie pytania wywo³ywa³y ciarki. za naszymi plecami us³ysza³em g³os Weisera: – Pierwszy warunek spe³niliœcie. d³ugich jak piêæ godzin. A teraz drugi. lebiod¹ i trawami plac. jednak¿e ani to. Minê³o piêæ minut.

Ani jedna deska nie wyró¿nia³a siê œwie¿ymi œladami hebla. Przysiêga siê zawsze po to. a có¿ dopiero dla nas. nie byliœmy gotowi. Czy jesteœcie gotowi? Oczywiœcie. co trzyma w zanadrzu. – Musicie z³o¿yæ przyrzeczenie. – W³aœciwie to tak – odpowiedzia³em za wszystkich. nie 160 . – Dlaczego pytaæ „na co”. kiedy przygwoŸdzi siê j¹ takim pytaniem. to musi byæ naprawdê wa¿na sprawa. – No. – S¹dzisz. gdy nasze oczekiwanie by³o niczym gor¹czka pal¹ca serce i wyobraŸniê. czy wierzycie w ¿ycie pozagrobowe? Staliœmy stropieni. ani jeden stopieñ nie zosta³ wprawiony z nowej belki. – Bo jak na krucyfiks.Bez s³owa ruszyliœmy w dó³. schody i pod³oga zosta³y naprawione. ale czy Weiserowi mo¿na siê by³o sprzeciwiæ? – A na co bêdziemy przysiêgaæ? – zapyta³ Szymek. Oczywistoœæ. bo przecie¿ skoro nie wiedzieliœmy. Stanêliœmy na klepisku piwnicy. Ale œladów katastrofy pró¿no by³oby szukaæ. wiadomo – przerwa³ Piotr – ¿eby nie zdradziæ tajemnicy. – Dobrze – odpowiedzia³ Weiser – ¿eby nie zdradziæ tajemnicy. w piwnicy nieczynnej cegielni. tymi samymi schodami. staæ siê mo¿e w¹tpliwa nawet dla doœwiadczonego cz³owieka. byliœmy zaszachowani. które zawali³y siê razem z drewnian¹ pod³og¹ wczorajszej nocy. co wam poka¿ê tu albo gdzie indziej. wszystko by³o w porz¹dku – klapa. to powiedzcie. wtedy. nie lepiej spytaæ „po co”? – zagadn¹³ Weiser. Nikt jeszcze nie zapyta³ nas o coœ takiego wprost. – Dlaczego mielibyœmy nie wierzyæ? – No dobrze – rzek³ Weiser – to przysiêgnijcie na ¿ycie pozagrobowe. – Wiêc na co bêdziemy przysiêgaæ? – powtórzy³ Szymek. No. ¿e nie jest wa¿na? – odpar³ Weiser i po jego pytaniu zapanowa³o nieznoœne milczenie. ¿e niczego.

umrzecie bez przysz³ego ¿ycia. Ich resztki zaznacza³y siê wystaj¹cymi u³amkami cegie³ i kamieni. sta³y dwie skrzynie. po lewej stronie. to by³a najprawdziwsza w œwiecie broñ: trzy niemieckie schmeisery. obok których zobaczyliœmy Elkê. Zaraz obok wejœcia. a naszym oczom ukaza³o siê w¹skie przejœcie. to nasz po161 . – A tak siê wk³ada i odbezpiecza. powsta³a z po³¹czenia trzech albo czterech komór piwnicznych. Zrozumieliœcie? Pokiwaliœmy g³owami w skupieniu. rosyjska pepesza. – Tak – pokaza³a. Staliœmy jak ma³e dzieci przed wystaw¹ sklepu z zabawkami i chocia¿ byliœmy ju¿ dzieæmi trochê wiêkszymi. próbuj¹c wyj¹æ magazynek. Któ¿ jednak zwraca³by uwagê na takie b³ahostki. w których usuniêto œciany dzia³owe. kiedy Elka otworzy³a pierwsz¹ skrzyniê i zobaczyliœmy w jej wnêtrzu prawdziw¹ broñ. A gdybyœcie wyjawili. Pomieszczenie oœwietla³y dwie mocne ¿arówki. Weiser kaza³ nam po³o¿yæ prawe d³onie na swojej lewej rêce i gdyœmy to uczynili. zwisaj¹ce z sufitu wprost na izolowanych kablach. Tak. wiod¹ce do obszernego pomieszczenia. ¿e Weiser musia³ pod³¹czyæ ca³¹ instalacjê sam. gdyby was pytano. o czym powiem. Wtedy nie zwróci³em na to najmniejszej uwagi. a Piotr wzi¹³ do rêki parabellum. By³a to d³uga sala. Szymek gwizdn¹³ z podziwem. Wtedy podszed³ do jednej ze œcian i pchn¹³ j¹ lekko. dwa pistolety parabellum i dwa nagany.wyjawicie nikomu i tylko to. co wymaga³o nie lada sprytu i umiejêtnoœci. to bêdzie kara za zdradzenie tajemnicy. ale dziœ przekonany jestem. bêdziecie mogli opowiedzieæ. jakich u¿ywali radzieccy oficerowie obok czêœciej spotykanych pistoletów TT. ci¹gn¹c przewód od drogi do Matemblewa. – Nie tak – Elka zabra³a mu pistolet. ka¿demu z osobna poleci³ powiedzieæ: „Przysiêgam!”.

A tu zobaczy³em coœ. Weiser wydoby³ z drugiej skrzyni pude³ka z amunicj¹. i zabrzmia³o to jak kolejny rozkaz. Na wszystkich filmach bowiem cel by³ jasno okreœlony: konspirator strzela³ do agenta gestapo. Wiedzia³em to wszystko.dziw i pragnienie. Wykonaliœmy rozkaz bez szemrania. a z prawego k¹ta. partyzant do ¿andarma. na który nie zwróciliœmy do tej pory uwagi. któr¹ ujrza³em przez szczerbinkê. podziwiaj¹c wypolerowane lufy. esesman do ¯yda. gdy utonêliœmy w tych czynnoœciach zupe³nie. Gdyby nie wszystkie filmy wojenne obejrzane w kinie „Tramwajarz”. by³y tak samo niecierpliwe i ³akome. Za³adowa³a pistolet i kaza³a wszystkim stan¹æ za moimi plecami. lœni¹ce oliwkowym blaskiem kolby. zostawcie jedno parabellum. coœ. nie wiedzia³bym. ¿eby dotkn¹æ tego wszystkiego w³asnymi rêkami. czego nie potrafi³em okreœliæ. przynajmniej teoretycznie. Gdy Weiser wróci³ od przeciwleg³ej œciany. Gdy wiêc dotykaliœmy tych wszystkich cudownoœci. sprawdzaj¹c spusty i iglice. ¿o³nierz radziecki do niemieckiego i odwrotnie. Elka wskaza³a na mnie palcem: – Bêdziesz strzela³ pierwszy. jak¹ przybraæ postawê. i chcia³em wykonaæ jak najlepiej. – Mo¿esz strzelaæ – powiedzia³a. gdzie ustawi³ makietê. Ale nie by³ 162 . zupe³nie jakbym mia³ strzelaæ do ¿ywego cz³owieka. co przerazi³o mnie nie na ¿arty. Makieta. przedstawia³a popiersie M-skiego namalowane farbami wodnymi. a na karku i skroniach poczu³em krople potu. ale gdy skierowa³em lufê w kierunku makiety. rêka i nogi zaczê³y mi dr¿eæ ze strachu. wrêczy³a mi odbezpieczone parabellum. a resztê zawiñcie w szmaty i w³ó¿cie do skrzyni. przytarga³ tekturowe makiety. co zrobiæ z lew¹ rêk¹ i jak patrzeæ przez szczerbinkê na wierzcho³ek muszki.

drugi odstrzeli³ kawa³ek lewego w¹sa i poca³owa³ M-skiego w prawy policzek. czwarty – a¿ do wyczerpania magazynku i wszystkie kule trafi³y w œcianê powy¿ej albo obok makiety. podszed³ do M-skiego i wsadzi³ palec w dziurê po pocisku. poczu³em lêk i przera¿enie. jakim widzieliœmy go w szkole. Tak. drugi. a Weiser. na manifestacjach albo na jednej z polan oliwskiego lasu. Jedna tylko. tote¿ strza³y Piotra i Szymka nie by³y wiele lepsze od moich. do którego mia³em strzelaæ. Parabellum. nosi³ czapkê oficera Wehrmachtu. do kogo mia³ byæ podobny. – Strzelasz czy nie? – s³owa Elki zabrzmia³y jak szyderstwo. Weiser odda³ szeœæ strza³ów. wracaj¹c do nas. by³o za ciê¿kie dla naszych ch³opiêcych d³oni. to znaczy taki. nie wiem. – Trafi³eœ w samo kó³ko. Na dodatek. ¿e dopiero Weiser pokaza³ klasê? Nie wiem. Strzeli³em wiêc – raz. ile musia³ æwiczyæ. chocia¿ od pewnego czasu wielkie jak przeœcierad³a portrety zniknê³y z ulic i wystaw naszego miasta.to zwyczajny M-ski. Ten pomys³ móg³ przyjœæ do g³owy jedynie Weiserowi. mê¿czyzna. Pierwszy trafi³ tylko dwa razy w czo³o. ile ³usek upad³o na ziemiê. jak zreszt¹ ka¿dy prawdziwy pistolet. – Gapa. Tekturowy M-ski mia³ domalowane wielkie. gdzie na czapce z wysokim denkiem widnia³ niemiecki orze³ ze swastyk¹. trzeci. ostatnia. orze³ jest nieruszony – powiedzia³. sumiaste w¹sy. tu albo gdzieœ w lesie. jakby tego by³o ma³o. a wyraziste ³uki brwiowe i osadzenie oczu nie pozwala³y ¿ywiæ w¹tpliwoœci. wywierci³a dziurê dok³adnie w miejscu. gapa trafiona! – krzycza³ Piotr. Czy muszê dodawaæ. jakby z niedowierzaniem. zanim doszed³ do takiej perfekcji. jeden po drugim i ujrzeliœmy na 163 . gdy ja rozprostowywa³em palce zaciskane przy kolejnych szarpniêciach kolby.

najprawdziwszy klaser. na wszystkich niemal stronach le¿a³y pouk³adane w równe rzêdy znaczki Generalgouvernement dwojakiego rodzaju: jedne przedstawia³y Hitlera. Weiser wyci¹gn¹³ ze skrzyni na amunicjê klaser. kiedy s³yszê plask upadaj¹cych na klepisko ³usek. Elka zmieni³a makietê. Tym razem wystrzela³ na twarzy makiety dwie litery – US. Czy zreszt¹ w ogóle interesowa³ siê polityk¹? Nic poza makietami na to nie wskazuje. Bo có¿ mo¿e ³¹czyæ M-skiego. zwrócone ku sobie tak. w miejscu gdzie ka¿dy ¿o³nierz nosi zawi¹zany krawat. ale w mundurze amerykañskiego genera³a z II wojny. Tym razem by³ to równie¿ M-ski. po których niczym smugi œwiat³a bieg³y paski celofanowych ochraniaczy. Gdy Elka usunê³a makietê. czuj¹c na podniebieniu smak ceglanego py³u i maj¹c w uszach huk wystrza³ów. M-ski-Amerykanin mia³ zawieszony ¿elazny krzy¿. Znaczki by³y bez stempli i Weiser u³o¿y³ je wed³ug kolo164 . w sztywnych ok³adkach. a Weiser jak poprzednio zdystansowa³ nas swoimi trafieniami. drugie – dziedziniec wawelskiego zamku.twarzy M-skiego dwa równoboczne trójk¹ty. Ka¿dy. Tak. Pod ko³nierzykiem koszuli. Jeden tylko detal odpowiada³ poprzedniej gapie z czapki. z tekturowymi stronami. jaki widzieliœmy na wielu filmach wojennych. Kiedy wy³awiam z pamiêci tamten wieczór. taki sam. na widok takiego skarbu szerzej otwiera³ oczy. Stalina i genera³a Eisenhowera? Nie ma w tym ¿adnej konsekwencji. Wewn¹trz. jaka by³a polityczna orientacja Weisera. Poza gap¹ i ¿elaznym krzy¿em oczywiœcie. kto jak Piotr by³ w tamtych latach zbieraczem znaczków. oddzielone nosem M-skiego. nie wiem doprawdy. Ale to nie wszystko. Strzelaliœmy kolejno i znów nie najlepiej. I najprawdopodobniej nigdy jej nie by³o. ¿e tworzy³y rodzaj gwiazdy. gdzie w latach okupacji rezydowa³ Hans Frank.

prawie ze wszystkich stron. Kula trafiaj¹ca w znaczek rozszarpywa³a go w ca³oœci i tylko w niektórych punktach widaæ by³o pojedynczy z¹bek albo kawa³ek kolorowego papieru. by odnaleŸæ miejsca. nastêpnie zielone i na koñcu kolekcji stalowoniebieskie. dalej zgni³ozielone. bo kiedy ju¿ obejrzeliœmy ca³y zbiór. razem wiêc ca³a operacja trwa³a nie wiêcej ni¿ dwadzieœcia sekund. – W sklepie za sztukê daj¹ dwa z³ote! W istocie. – Ale Adolfów! – wyszepta³ Piotr. gdzie przyklei³ je do cegie³. a w jêzyku zbieraczy nazywa³o siê je zwyczajnie Adolfami. trzeba by³o nie lada wysi³ku. Pamiêtam. równymi szeregami jak na paradzie. licz¹c po jednym strzale na podobiznê. patrzy³a na nas ponura twarz z w¹sem. – Klej trzyma jak nowy! On tymczasem sprawdzi³ magazynek i stan¹³ w rozkroku. Tych z Hitlerem by³o zdecydowanie wiêcej. Weiser z³o¿y³ parabellum do skrzyni i kaza³ nam wracaæ do domu. – On móg³by ju¿ teraz wystêpowaæ na olimpiadzie – powiedzia³a z dum¹ Elka. zupe³nie jak na zawodach. zamkn¹³ klaser i podszed³ ze znaczkami do przeciwleg³ej œciany.rów – najpierw sz³y czerwonobrunatne. 165 . œlini¹c uprzednio ka¿d¹ sztukê. gdy Weiser zbli¿a³ siê z powrotem. ¿e kiedy podeszliœmy do œciany. Do ka¿dego strza³u nie sk³ada³ siê d³u¿ej ni¿ trzy sekundy. znaczki te skupowa³ sklep filatelistyczny na Starym Mieœcie. w których przyklejony zosta³ kanclerz III Rzeszy. Weiser wydoby³ piêæ czerwonobrunatnych podobizn kanclerza. Tyle tylko ¿e kolekcja Weisera nie by³a zwyczajn¹ kolekcj¹ znaczków. – Dobra robota – powiedzia³a Elka. nie wiêkszy od zapa³czanego ³ebka. Z piêciu Adolfów nie pozosta³ ¿aden.

mogliœmy odt¹d uwa¿aæ Weisera za swojego dowódcê. dzisiaj natomiast myœlê. Faktycznie. a na razie macie to – wrêczy³ Szymkowi jak¹œ ksi¹¿eczkê – i to – poda³ mi inne parabellum. Tak. ¿e daj¹c nam pistolet. Odebra³ od nas przysiêgê. w ca³kiem innych okolicznoœciach? W taki sposób zatem rozbroi³ nasz¹ ciekawoœæ i skierowa³ j¹ na ca³kiem inne tory. ani tym bardziej Elki. wiêc jak w³aœciwie mia³o byæ inaczej? Byæ mo¿e jednak nie spodziewa³ siê. o tamt¹ noc i szaleñczy taniec. odsuwa nas od najwa¿niejszego. jak potrafimy nakrêcaæ ich mechanizmy. ¿e przez ca³y czas czyha³ na nasz¹ obecnoœæ. Nie przysz³o nam do g³owy. Co mia³ zrobiæ w tej sytuacji? Da³ nam do rêki zabawkê. gdy byliœmy œwiadkami jego transu – wtedy nie spodziewa³ siê nas. Weiser nie powiedzia³: „Nauczcie siê strzelaæ i róbcie to tak. Jeszcze przed wejœciem do lasu obejrzeliœmy ksi¹¿eczkê i pistolet. mogliœmy myœleæ. jak tañczy przy dŸwiêkach fletni Pana i jak unosi siê w powietrze. nigdy nie zapytaliœmy go. ¿e bêdziemy jego partyzantami. da³ instrukcjê i rozbrojony pistolet. mo¿e mia³o to nast¹piæ póŸniej. nie chcia³ mieæ ¿adnych œwiadków oprócz Elki. Kto zachowuje siê w ten sposób? Nie mog³em tego wiedzieæ w sekretariacie szko³y. Ale snu³em przecie¿ przypuszczenie. pokazuj¹c swoj¹ strzelnicê. Druk by³ przedwojenn¹ instrukcj¹ strzeleck¹ dla broni krótkiej. ¿eby nikt nie widzia³”. gdy zobaczyliœmy. ¿e maskowa³ w ten sposób swoj¹ prawdziw¹ dzia³alnoœæ. a parabellum nie mia³o magazynka i pozbawione by³o iglicy. a potem nastêpne zabawki i od czasu do czasu sprawdza³. mogliœmy nawet przypusz166 . Bo tamtego dnia. czym wobec lewitacji by³y jego strzeleckie popisy? Tak.– Za kilka dni dam wam znaæ i przyjdziecie tutaj. ¿e tak prêdko go wyœledzimy. Bo czym wobec mówienia cudzym g³osem w niezrozumia³ym jêzyku.

Piotrze. – Mówisz. co chcia³ nam przekazaæ albo o czym przekonaæ – nas. dlaczego cz³owiek mo¿e lewitowaæ pó³ metra nad ziemi¹. – Czemu przyszed³eœ? Nie mówisz nic? – Szymka aresztowali! – Co siê sta³o? – Drukowa³ ulotki i siedzi. nieœwiadomych niczego? Nie by³ to temat na rozmowê z Szymkiem ani z Elk¹. 167 . Dlaczego nic nie odpowiadasz? Nie obchodzi ciê to? – Jak ktoœ zajmuje siê polityk¹. siadam na skraju p³yty i chwilê trwam w milczeniu. – Mówisz. – Nie wierzê. Tylko. a wiêc dwadzieœcia piêæ miesiêcy temu zdecydowa³em siê na tê rozmowê. pozostawa³ wiêc Piotr. – Bo jestem obcy. Tak samo tego wrzeœniowego popo³udnia – najpierw zgarn¹³em z cementu liœcie. jakby ciê nic nie wzrusza³o.. Dopiero dwa lata temu. kiedy to piszê. – Tutaj niewiele mo¿e wzruszaæ. Ka¿dy z nas przyzwyczaja siê wtedy do obecnoœci drugiego. Zawsze kiedy przychodzê do Piotra. musi braæ pod uwagê takie sytuacje. piasek i sosnowe ig³y i dopiero po chwili zagadn¹³em: – Jesteœ tam? – Tak.. czy to ju¿ dzieñ Wszystkich Œwiêtych? – Nie. lecz nie musieliœmy zastanawiaæ siê.czaæ. dobiega koñca paŸdziernik). a dok³adniej dwa lata i jeden miesi¹c (bo teraz. jak ktoœ obcy. z którym nie mówiliœmy nigdy o Weiserze. ¿e wszystko to skoñczy siê powstaniem. Weiser – jeœli mo¿na u¿yæ w tym miejscu porównania – wprowadzi³ nas do przedsionka swojego sanktuarium i zas³onê pokaza³ jako œcianê koñcow¹.

Tak. Do czego byliœmy mu potrzebni? Po co wci¹ga³ nas w swoje sprawy? Czy tylko po to. a teraz ju¿ idŸ. Milczeliœmy. Nad cmentarzem.– Sam siê kiedyœ przekonasz. Dwadzieœcia piêæ miesiêcy temu us³ysza³em od Piotra: „A teraz ju¿ idŸ. – Zgad³eœ. – Dla mnie nie takie oczywiste. – Dlaczego milczymy. a wiatr niós³ pomiêdzy rzêdami kamiennych nagrobków wyschniête trawy i liœcie. I by³a to ostatnia rozmowa na temat Weisera. jestem zmêczony. jak¹ prowadzi³em lub raczej usi³owa³em prowadziæ. czemu? – Nie daje mi spokoju. gdy¿ nie by³o innego sposobu. Nie tylko o nim. Piotrze? Dlaczego udajesz teraz. ale dla mnie… – Nie ma wyj¹tków. parabellum bez magazynka oraz iglicy. gdzieœ z oddali dobiega³y nas dŸwiêki pogrzebowej pieœni. ¿e nie przyszed³eœ wcale powiedzieæ mi o Szymku. aby to wszystko wyjaœniæ. to s¹ oczywiste rzeczy. a tak¿e wiele dobrych chêci i jeszcze lepszych domy168 . od kilku lat coraz bardziej. czy¿byœ zapomnia³? – Nie zapomnia³em. PóŸniej zacz¹³em pisaæ. – Wiêc co? – Muszê zapytaæ o Weisera! – Musisz. ¿eby zostawiæ kilka niedorzecznych przypuszczeñ i pytañ? ¯eby nam zabiæ æwieka na dobrych parê lat? Dlaczego nie odpowiadasz. ¿e ciê nie ma? – Mia³eœ przychodziæ tylko raz do roku i nie zadawaæ ¿adnych pytañ. jestem zmêczony”. – Nie strasz mnie. bardzo wysoko bucza³ samolot. Piotrze. Piotrze? – Mo¿e dlatego. – Wcale nie straszê. Mieliœmy zatem instrukcjê.

huk organów. odœwiêtne garnitury. œpiewy. a niektórzy. 169 . PóŸniej mê¿owie zak³adali bia³e koszule. Zanim weszliœmy do katedry. zapach ludzkiego potu. gdy by³em ju¿ w jej wnêtrzu. Z lekkomyœlnoœci¹ i swobod¹ typow¹ dla m³odego wieku nasze myœli o nim przesunê³y siê bardziej w kierunku Robin Hooda czy majora Hubala ni¿ w stronê chaldejskiego maga lub jarmarcznego sztukmistrza. Tyle dowiedzia³em siê od matki. modlitwy. A póŸniej. codziennie o godzinie osiemnastej. Delegacja rolników i rybaków klêcza³a w pierwszyzn rzêdzie. czyli o deszcz. skropieni wod¹ koloñsk¹. przejêtej tym od samego rana. Nastêpnego dnia rozpoczyna³ siê bowiem tydzieñ modlitw w intencji rolników – tak nazywa³y siê nabo¿eñstwa o przywrócenie ³adu w naturze. Wszystkie oczy zwrócone by³y na nich. ¿ebym siê gdzieœ nie zapodzia³. Nie pozwoli³a mi nawet oddalaæ siê d³u¿ej ni¿ na pó³ godziny. us³ysza³em suplikacje œpiewane tysi¹cem g³osów. nie bacz¹c na upa³. I nie by³o na to rady. wody koloñskiej i wypalonego kadzid³a zmiesza³y siê w jedno potê¿ne b³aganie o deszcz i odwrócenie nieurodzaju na polach i w zatoce. Æwiczenia jednak zosta³y opóŸnione. wi¹zali jeszcze krawaty i przywdziewali czarne. w jakich s³owach zwróci siê do umêczonego ludu. jakby to ich modlitwy mia³y najwiêksz¹ moc. która przy trzydziestu dwóch stopniach i tak nie zabija³a zapachu potu. Weiser przesta³ byæ cudotwórc¹. Obecnoœæ na pierwszym. Najpierw we wszystkich domach matki pilnowa³y mycia i ubrania swoich dzieci. Nastêpne nabo¿eñstwa mia³y siê odbywaæ w poszczególnych parafiach. d³ugim i w¹skim jak ³ódŸ wikingów. wyprowadzili swoje rodziny na ulicê i pieszo albo tramwajem zmierzali w kierunku oliwskiej katedry.s³ów. Na koniec. pewnie w obawie. uroczystym nabo¿eñstwie zapowiedzia³ biskup i wszyscy byli ciekawi.

– Odpowiem. œpiewali razem z nami. pytam?! W katedrze zaleg³a g³ucha cisza. „Œwiêty Bo¿e. ile z³a. zmi³uj siê nad nami” – wyrwa³o siê z tysiêcy garde³. z³o¿y³ ofiarê najwiêksz¹ i ostateczn¹. Opuszczone g³owy pokornie przyjmowa³y gorzkie s³owa pasterza. abyœmy opamiêtali siê. rybaków i nas wszystkich! Zahucza³y organy. – Teraz – mówi³ biskup – zastanówmy siê wspólnie. Panie” – zabrzmia³o pod wysokimi jak niebo sklepieniami. na których Bóg przela³ sw¹ mi³oœæ i ³askê w osobie Maryi i Jej Syna. który za nas przela³ krew. Œpiewali wszyscy i jestem pewien. moi mili. wojny i niespodziewanej œmierci wybaw nas. œwiêty a nieœmiertelny. – Umi³owani w Chrystusie Panu – ci¹gn¹³ biskup – grzech czêsto sprowadza nas na z³¹ drogê i odwodzi od Boga. powrócili na drogê cnoty i ³aski. mocny. który nas doœwiadcza! Ilu z was sta³o siê wyznawcami mamony. nasi przodkowie sk³adali krwaw¹ ofiarê w celu przeb³agania swoich bóstw i wyproszenia deszczu! Ale my. wielu z was zgrzeszy³o przeciw przykazaniom Pañskim.– W czasach pogañskich – mówi³ biskup ton¹cy gdzieœ daleko w z³otych girlandach ambony – gdy przychodzi³a susza. którzy wyznajemy Ewangeliê. ilu z was w swej zatwardzia³oœci i g³upocie odrzuci³o wiarê i Boga dla ³atwiejszego – jak mniemali zapewne – ¿ycia? Ilu z was. wielu z was na z³¹ zesz³o dro170 . ¿e biskupi. pra³aci i wielmo¿e z wielkich portretów. Chrystus. fa³szywych bo¿ków. wisz¹cych na œcianach. rozpusty. A wtedy Bóg doœwiadcza nas. abyœmy odrzucili fa³szywych proroków i wszelkie pokusy! „Od g³odu. my. Wielu z was. wolni jesteœmy od zabobonu i fa³szywej wiary. ten Chrystus wys³ucha naszych pokornych próœb w intencji rolników. grzechu i nieprawoœci goœci³o w naszych sercach i jak bardzo rozgniewa³o to Pana. œwiêty.

a œwi¹tynia wype³ni³a siê po brzegi b³agalnym: „S³uchaj. s³u-chaj. ze zdwojon¹ si³¹ zabrzmia³y organy. niby to nawet modli siê do Najœwiêtszej Panienki. ze skruch¹ w sercach. ¿e tylko w Marksa wierzy. i ziemskich brakn¹æ nie bêdzie. dmucha³y w dmuchawy. jeœli nie zabraknie. a w domu i w pracy o wszystkim zapomina. – A bo to mo¿na ludziom wierzyæ? – zaperzy³a siê druga – Do koœcio³a jeden z drugim chodzi. zaraz odpowie. uderza³y w trójk¹ty i blachy. jak te¿ szczególnej œwiêtoœci Jego Eminencji biskupa. Nastêpnego dnia rano sta³em w sklepie Cyrsona. duchota w powietrzu. „nie spad³aby ani kropla deszczu”. a susza w ziemi. a gdy sekretarz zapyta o przekonania. rusza³o siê i gra³o na chwa³ê wieczn¹. Je-zu. a ja patrzy³em do ty³u. gdzie puco³owate jak amorki twarze dê³y w piszcza³ki. „Gdyby nie on”. Po wyp³acie upije siê jak œwinia. czyni¹c pokutê. bo to niby dla robotników pewniejsza wiara ni¿ Ewangelia! 171 . proœmy o zes³anie obfitych ³ask niebieskich. Ludzie ukradkiem ocierali ³zy. marmurowe i drewniane brzmia³o. tak. Ale ulewa nie trwa³a nawet pó³ godziny i zaraz po niej niebo wypogodzi³o siê i znów wszystko by³o jak poprzednio: cuchn¹ca zupa rybna w zatoce. aby wyjedna³a nam przebaczenie u Syna i Ojca.gê! Dlatego proœmy. jak ciê b³a-ga lud! S³u-chaj. amen. pada³oby przez trzy dni i noce. gdzie wszystko to z³ote. moja z³ota – dowodzi³a jedna – gdyby tak wszyscy przyst¹pili do sakramentów. Wieczorem nad miastem przeci¹gnê³a burza. mówiono. dok¹d matka pos³a³a mnie po kartofle. srebrne. których. gdzie sta³y anio³y z krzywymi jak szable tr¹bami. i wszyscy ludzie upatrywali w tym znaku Bo¿ego. pierwsza tego lata. gdzie obraca³y siê wielkie gwiazdy. proœmy Maryjê. dzwoni³y w dzwonki. u-czyñ z nami cud!”. co mówi¹ kobiety z kolejki. – Tak. Po s³owach pasterza jeszcze mocniej. i s³ucha³em.

trupach i karze za niewiernoœæ – myœla³em – na pewno wiêcej ludzi pad³oby na kolana i bij¹c siê w piersi. najwyraŸniej przez pomy³kê. rozpostar³ przed zgromadzonymi groŸny obraz zniszczenia i gniewu Pañskiego. jak ¯ó³toskrzyd³y. A ja nie s³ucha³em ju¿ dalej tych wynurzeñ. bo pomyœla³em zaraz. Pech chcia³. wychodz¹c do pracy. gdyby jak on mówi³ o krwi. a klucz od k³ódki po³o¿y³ na komodzie w przedpokoju mieszkania. – Na tak¹ suszê nic nie poradzi! – Jeszcze z tego wojna bêdzie – przestraszy³a siê druga.– I to ma byæ katolik? – wtr¹ci³a siê trzecia kobieta. opowiem. koszule i œcierki na sznurze. zabra³ klucz ze sob¹.moja wina. – Skaranie boskie – powtarza³a.. wydoby³a zza pazuchy drewniane klamerki i wiesza³a majtki. moja bardzo wielka wina!”. Niedoczekanie! – Zobaczycie. nudz¹c siê przeokropnie w wysuszonym na wiór ogródku ko³o domu. – Ojej! – mówi³a. ¿e w katedrze zamiast biskupa w z³otych girlandach ambony powinien staæ ¯ó³toskrzyd³y i ¿e lepiej by by³o. I teraz musieliœmy czekaæ na jego powrót. Gdyby biskup. ¿e podro¿eje m¹ka. – Gdybym z takim znalaz³a siê w niebie. to na pewno bêdzie wojna. – Znowu uchleje siê jak wieprz i nie przyniesie wyp³aty! 172 . Tylko w czyim imieniu mówi³ biskup. – Jak ceny id¹ w górê. co by³o dalej. wyzna³oby: . gdyby wierni zamiast s³ów nadziei i mi³oœci wys³uchali strasznych przepowiedni szaleñca.. – Co teraz bêdzie? Skaranie boskie z ch³opami! – Tu postawi³a kosz na ziemiê. Gdzieœ ko³o drugiej zobaczy³em pani¹ Korotkow¹ z koszem pe³nym bielizny. jajka i kartofle – dowodzi³a pierwsza.. moja wina. Poprzedniego dnia Piotr schowa³ parabellum w swojej piwnicy. ¿e jego ojciec. a w czyim ¯ó³toskrzyd³y? Zamiast odpowiadaæ.

ch³opcy? – E. tak sobie siedzimy. barania g³owo – ¿achn¹³ siê Piotr – to siedzia³byœ tutaj od rana? Nie trzeba by³o nic mówiæ. ¿e ojciec Piotra. powiedzcie. zatrzyma³a siê obok nas i zagadnê³a: – Co tu robicie. proszê pani! – A pomo¿ecie mi ch³opcy. tak o trzeciej. tam gdzie piwo sprzedaj¹. bo przecie¿ to by³ dzieñ wyp³aty! – Nie wróci o czwartej – zauwa¿y³ Piotr. urwisy? 173 . Wtedy podejdŸcie do niego i. – Jakbyœmy mieli drugi klucz do piwnicy. do „Liliputa”. proszê pani! – A trochê póŸniej? – PóŸniej. ch³opcy.. – A obiad jedliœcie ju¿? – Tak. tylko co mamy zrobiæ? – O. zawsze tam siedzi. ¿eby mnie zabraæ do szpitala. co? – Dobrze. co o dwunastej w nocy. podobnie jak mój. wiedzieliœmy. czy pan Korotek wróciæ mo¿e do domu równie dobrze o szóstej. dobrze? Zrobicie to. proszê pani. – I nic nie macie teraz do roboty? – Nic. wiecie. i zobaczycie mojego. ¿e jestem chora i ¿e przyjecha³o pogotowie. proszê pani. – Ca³y dzieñ zmarnowany – powiedzia³em. nic. taka drobnostka. najlepiej na stronie. wpó³ do czwartej? – Raczej nic.. – A jak zgubi klucz? Poprzednim razem – wyjaœni³ – zgubi³ ca³y portfel i dokumenty! – A drugiego nie macie? – zapyta³ Szymek. Wracaj¹c z pustym koszem.I nagle po raz pierwszy poczuliœmy solidarnoœæ z pani¹ Korotkow¹ i ze wszystkimi matkami i ¿onami naszej kamienicy. proszê pani? – No. pójdziecie. – To co robimy? Z nieoczekiwan¹ pomoc¹ przysz³a nam pani Korotkowa. to znaczy kiedy. nic.

klienci przynosili j¹ sami w teczkach. czeka³ na nich bar „Pod Kasztanami” i dopiero stamt¹d przyje¿d¿ali tutaj. zaraz przy drugiej bramie. tam gdzie przylega³a do nich niegdyœ garnizonowa. Bar „Liliput” nale¿a³ do kategorii l okali. Wszyscy mê¿czyŸni mieszkaj¹cy w naszej czêœci Górnego Wrzeszcza zachodzili tu po pracy. du¿e kino. tramwajem linii numer dwa albo kolejk¹ elektryczn¹. Bar „Liliput” mieœci³ siê vis à vis pruskich koszar. proszê pani. a po wojnie ju¿ tylko ewangelicka kaplica. proszê pani. nie by³o ¿adnych w¹tpliwoœci. po to. Codziennie od rana. proszê pani – i w myœlach uk³adaliœmy ju¿ plan. którzy pracowali w stoczni. W „Lilipucie” nie sprzedawano wódki. – O tak. do „Liliputa” trafiali porz¹dnie ju¿ wtr¹bieni. Bo ¿e bêdzie razem z panem Korotkiem. Ci. – To nie zapomnicie. w jego wnêtrzu i maleñkim ogródku gromadzi³y siê grupy pij¹cych mê¿czyzn. Po drodze. a w taki dzieñ jak ten. pójdziemy. p³ot z drucianej siatki wygiêty by³ jak 174 . ¿ó³ty szyld baru. myœli o przysz³oœci i nieprzyjemnych wspomnieñ.– Zrobimy. zw³aszcza w gor¹ce dni. Kiedy dwadzieœcia po trzeciej naszym oczom ukaza³ siê wyblak³y. przynajmniej raz w miesi¹cu i w krótkim czasie uwalniali siê od trosk codziennego bytowania. do których zwyczajowo nie wchodzi ¿adna kobieta. tak? – Nie zapomnimy. i ¿e pani¹ zabior¹ do szpitala. – To co macie powiedzieæ mojemu? – ¯e pani zachorowa³a i ¿e jest pogotowie. jak wyci¹gn¹æ od Piotrowego ojca klucz do piwnicy. z³ote z was ch³opaki – uœmiechnê³a siê szeroko. gwar rozmów s³ychaæ ju¿ by³o z daleka. za paskiem spodni. w kieszeniach marynarek. któr¹ tego lata zamkniêto i przerabiano na nowe. ¿eby niczego nie podejrzewa³. by zamówiæ parê kufli pienistego piwa i wzmocniæ je odpowiednio przezroczystym p³ynem. i ¿eby pan Korotek szybko do domu wraca³.

bo pan Korotek odwróci³ siê w nasz¹ stronê. ale nie zapi¹³ rozporka. Podeszliœmy pod krzak bzu od strony ulicy i stoj¹c w cieniu liœci.œciana beczki za spraw¹ st³oczonych. ale to. mój i jeszcze jacyœ dwaj mê¿czyŸni. jakie mog¹ byæ skutki zaniedbañ w stroju i obyczaju. bo ci kanarek wyleci – i kupa stoj¹cych wokó³ mê¿czyzn zarechota³a z uciechy. zapnij se pod szyj¹. Któryœ z murarzy. 175 . o czym rozmawiaj¹. ka¿dy z kuflem w d³oni. rêka uschnie! – Niby dlaczego? – Bo jak siê krzy¿ zdejmuje z poœwiêconego miejsca. ha³asuj¹cych i gestykuluj¹cych cia³. postêpowa³a coraz szybciej. Nie widzieliœmy tego. Pan Korotek wychyli³ zawartoœæ kufla do koñca. to racja! Wszyscy tr¹cili siê kuflami i wypili. tu¿ obok krzaku bzu sta³ pan Korotek. Lecz temat widocznie zosta³ wyczerpany. Mój ojciec wydoby³ z teczki butelkê i dola³ po kolei do ka¿dego kufla trochê wódki. a nie naradami! – Pewnie – przytakiwa³ mu jeden z nieznajomych. co nast¹pi³o póŸniej. gówniarzu. rêka uschnie prêdzej czy póŸniej! Dalsza wymiana zdañ. którzy pracowali przy zamianie ewangelickiej kaplicy na kino. tych samych. przekona³o nas. a obok niego ojciec Piotra. chwytaliœmy ich s³owa. krzykn¹³ do pana Korotka: – Te. otar³ usta rêkawem koszuli i odpowiedzia³: – A tobie. – Zanim siê upije – zaproponowa³ Szymek – pods³uchajmy. – Co racja. – Gówno – krzycza³ pan Korotek – gówno mi zrobi¹! Niech brygadzista zajmie siê podzia³em premii. W samym k¹cie. Potem odwróci³ siê znów do kompanów. uzupe³niana przez pozosta³e g³osy. rozpi¹³ rozporek i sika³ na krzak bzu mocnym strumieniem o ¿ó³tym zabarwieniu.

cha! – Powtórz jeszcze raz! – Bo co? – Zapomnisz. jak siê towarzysz wyra¿a? – A nie podoba siê?! – W partii was ucz¹ zwracaæ siê do starszych?! – Masz coœ do partii? – Mam czy nie mam. jak siê mamuœka nazywa³a. cha. a co dopiero krzy¿ zdejmowaæ! – No. twój kutas odpadnie! – Proszê. Kompani trafionego rzucili siê na murarzy. no. co ci ka¿¹! – Patrzcie go. kurwa. grzecznoœci mogê ciê nauczyæ! – Spróbuj tylko! – Jak zechcê. I nagle zawrza³o. krzy¿ zawsze ten sam. towarzyszu. filozof! – Jak p³ac¹. Murarze. broni¹c kolegi. Pierœ dotyka³a piersi. i Matka Boska ci nie pomo¿e! – Zaszczany obroñca Matki… – i tu murarz nie zd¹¿y³ ju¿ dokoñczyæ. to spróbujê! – Znalaz³ siê zaszczany obroñca wiary. poniewa¿ ci stali najbli¿ej. nie luterska.– To luterska kaplica. kufel 176 . to z towarzyszem mamy pogawêdkê. bo pan Korotek cisn¹³ w niego pustym kuflem. to robisz! – Ty za pieni¹dze w³asne gówno byæ zjad³. – Ty te¿ robisz. piêœæ zderza³a siê z piêœci¹. Hej! s³yszycie. Na u³amek sekundy gwar rozmów przycich³. niemiecka! – Luterska. gówniarzu. do³o¿yli nie temu. komu trzeba. trafiaj¹c w kogoœ przypadkowego. który przelecia³ nad g³ow¹ przeciwnika. ostro¿niej trochê! – Bo co? – Bo ci.

zrozumia³e niby i oczywiste. Wiêc co by³o na pocz¹tku? Ob³ok kadzidlanego dymu. cofam siê. diabelnie powik³ane. rzucaj¹c pytaj¹ce spojrzenia. o czym œwiadczy³y wylatuj¹ce razem z szybami i futryn¹ kawa³ki potrzaskanego stolika. który tu zaraz bêdzie. noga kopa³a nogê. Kilkunastu mê¿czyzn upad³o na chodnik.wali³ po g³owie. ¿e opatrzono to zdanie tyloma m¹dry177 . a w koñcu ca³kiem nie do pojêcia – zdania wypowiedziane przez ró¿ne osoby. wracam. kto mo¿e! I kiedy od strony Grunwaldzkiej coraz wyraŸniej dochodzi³o wycie syreny. Dlaczego zamiast opowiadaæ dalej. ¿eby tylko nie zostaæ w kotle. – Ratuj siê. ojciec Piotra i mój i jak szybko umykaj¹ w stronê domu. Ci¿ba par³a teraz na p³ot i zardzewia³a siatka pêk³a jak papierowy sznurek. dlaczego siê bij¹ i po co. na przyk³ad: „Królestwo moje nie jest z tego œwiata”? Proboszcz Dudak t³umaczy³ nam te s³owa niejednokrotnie. z którego wy³oni³ siê nieoczekiwanie Weiser. niejeden raz s³ysza³em je póŸniej przytaczane przez m¹drzejszych od niego. ale nawet walcz¹cy nie potrafiliby wyjaœniæ. Po chwili walka rozgorza³a równie¿ wewn¹trz baru. Zdezorientowani przechodnie zwalniali kroku. – Milicja! Milicja jedzie! – krzykn¹³ ktoœ ostrzegawczo. ¯o³nierze z pobliskich koszar zdjêli swoje ciê¿kie pasy i lali gdzie popadnie. Có¿ st¹d. jak spod kupy pijanych cia³ wype³zaj¹ kolejno pan Korotek. które przypominamy sobie niespodziewanie i które nie daj¹ nam wówczas spokoju. które przy odrobinie uwagi staj¹ siê nagle pe³ne niejasnoœci. ujrzeliœmy. a my pó³ godziny póŸniej mieliœmy parabellum i nasze æwiczenia mog³y siê rozpocz¹æ. Co znaczy. Dziêki rozpiêtemu rozporkowi pan Korotek – chocia¿ z podbitym oknem i zakrwawion¹ koszul¹ – by³ w domu przed szesnast¹. powtarzam? S¹ takie zdania.

¿e wyjaœniono w³aœciwie wszystko. ogarnia mnie lêk. ¿e to co niezrozumia³e. otwieraj¹c bezszelestnie usta. Bo nie jest to zdanie oczywiste ani jasne. Parê minut po pi¹tej. co zawiera? Kiedy czytam je g³oœno albo po cichu. musieliœmy pos³uchaæ matki Piotra. a raczej jest z Weiserem: jego krótkie pojawienie siê i odejœcie przyrównaæ mogê jedynie do takiego zdania – oczywistego na pozór i ³atwego do zrozumienia. có¿ st¹d. pó³ godziny póŸniej mieliœmy parabellum i nasze æwiczenia mog³y siê rozpocz¹æ. bo wiadomo. Tak. w nadziei. za którymœ razem oka¿e siê w koñcu zdumiewaj¹co proste. kiedy zamierzaliœmy wyjœæ w stronê Bukowej Górki. im wiêcej zaœ o nim myœleæ. tak samo jak miêdzynarodówka ojców upijaj¹cych siê w dzieñ wyp³aty. ch³opcy. nie mia³ dostêpu. Weiser nigdy nie wypowiada³ siê w naszej obecnoœci na tematy religijne. ani te¿ æwiczyæ sk³adania siê do strza³u czy zgrywania szczerbinki z muszk¹. istnia³o przecie¿ i nadal istnieje coœ takiego jak miêdzynarodówka wszystkich matek pod s³oñcem. a có¿ dopiero mówiæ o jego ¿yciu wewnêtrznym. a na koniec rozpacz. jak siê zdaje. z okna na drugim piêtrze wstrzyma³ nas g³os matki Piotra: – A wy. zapomnieliœcie? Nie by³o rady. Tak samo by³o. trzeba powtarzaæ je bez ustanku. Wszystko na tym œwiecie wydaje siê mieæ swój pierwo178 . umyæ siê i przebraæ! O szóstej jest nabo¿eñstwo. przera¿enie. kiedy myœlê o nim raz jeszcze i nie ostatni. dok¹d? Wracaæ do domu. Na czym wiêc skoñczy³em? Tak. Nie bêdê szczegó³owo mówi³ o nabo¿eñstwie proboszcza Dudaka.mi komentarzami. ¿e mówi³a jako matka nas wszystkich. Ale. tym wiêcej niepewnoœci i czarna dziura bez dna staje przed oczami. nie by³o nam dane tego dnia ani razu otworzyæ instrukcji strzeleckiej. do którego nikt. wbrew naszym intencjom. Jeœli jednak przyrównaæ jego ¿ycie do takiego zdania. Naturalnie nie jest to ¿adna prosta analogia.

Albo go z³apali. – B¹dŸcie jutro o pi¹tej w dolince za strzelnic¹. zmieszany z ochryp³ym falsetem organisty. Jasne? Wszystko by³o wtedy jasne. które nie odby³y siê ani razu. Ale nie tutaj. a to – i zrobi³a z palców coœ na kszta³t pistoletu – przynieœcie ze sob¹.. co mia³a na myœli: nasze æwiczenia z pistoletem..wzór i proboszcz wyst¹pi³ tego dnia jako lustrzane odbicie Jego Eminencji biskupa.. Elka zaœmia³a siê teraz. Wiedzieliœmy tylko. Z t³umu podesz³a do nas Elka. wyszliœmy z koœcio³a. to dawaj i ulatniaj siê. nie mam czasu – z nonszalancj¹ odpowiedzia³ Piotr. I w chwilê póŸniej s³yszeæ mo¿na by³o œciœle fachowe uwagi: – Jak stoisz?! Nie tak! Wy¿ej rêka! Bez podpórki. Kiedy zakoñczy³y siê modlitwy i œpiewy i kiedy wybrzmia³ ju¿ ostatni ton starej fisharmonii. – A co chcia³aœ? – Mam coœ dla was – uœmiechnê³a siê przebiegle. ale nikt nie przypuszcza³. bo nie ma ¿adnych œladów – wymieniliœmy uwagi. – No. ¿e pierwszy miesi¹c wakacji mamy ju¿ za sob¹. – Poszed³ gdzieœ. bez 179 . – Jak siê bawicie? Nie wiedzieliœmy. Nastêpnego dnia na cmentarzu nie zastaliœmy ¯ó³toskrzyd³ego. czy nabo¿eñstwo zakoñczone przed chwil¹. – Ale z was gamonie! Mam wiadomoœæ! – Od Weisera? Skinê³a g³ow¹. gromadz¹c siê na piaszczystej drodze. – I co? – zapyta³a. – Jak masz.. wybiegaj¹cej tu prosto z lasu. mówiê. ¿e do koñca naszej znajomoœci z Weiserem pozosta³o ju¿ tak niewiele dni. co poka¿e nam Weiser albo co ka¿e nam robiæ. to do roboty – zakomenderowa³ Szymek. poza tym. ukazuj¹c rzêdy lœni¹co bia³ych wiewiórczych zêbów.

Teraz ja! S³oñce dawno minê³o swój najwy¿szy punkt. Dobrze. – Teraz moglibyœmy rabowaæ bank – oœwiadczy³ Piotr. – Partyzanci ani powstañcy nie rabuj¹ banków. zaintrygowa³y nas bardzo. zdobywaj¹c pieni¹dze dla organizacji. PóŸniej æwiczyliœmy strza³ z przyklêku. Szymek by³ innego zdania. Po obiedzie znów przyszliœmy na cmentarz. bo do godziny pi¹tej pozostawa³o jeszcze sporo czasu. M-ski szed³ nasypem a¿ do zerwanego mostu. co robiliœmy. bez siatki na motyle i bez pud³a na roœliny i trawy. Gdyby nie brak jego sta³ych atrybutów. Co pewien czas Szymek stawa³ na szczycie krypty i lustrowa³ teren francusk¹ lornetk¹. O tak. Lecz nied³ugo æwiczyliœmy. w którym konspiratorzy opró¿niaj¹ pancerne kasy z broni¹ w rêku. Za d³ugo celujesz! Trzeba naciskaæ od razu. a teraz – nie dawa³ za wygran¹ Szymek – teraz co? Jego pytanie pozosta³o bez odpowiedzi. Ostatecznie. bo przecie¿ wszystko. sk³adaj¹c siê do strza³u i naciskaj¹c nieruchomy spust zdezelowanej parabelki. A ja przypomnia³em im film. nie poszlibyœmy za nim. Nasypem kolejowym w stronê Brêtowa szed³ M-ski. a my bez ustanku powtarzaliœmy te same czynnoœci. Dobrze. to by³a konspiracja i przygotowanie do prawdziwej walki.podpórki! Teraz szczerbinka i muszka! Spust. jak siê zobaczy cel na linii strza³u. – ¯eby tylko mieæ prawdziwy pistolet. Kiedy przeci¹³ asfaltow¹ nawierzch180 . jak poucza³a przedwojenna instrukcja. – Tylko ¿e wtedy by³a okupacja i wszystko zabiera³o siê Niemcom. ale puste rêce i szybki krok. do znudzenia przybieraj¹c prawid³ow¹ postawê. z biodra i na le¿¹co. Jeszcze raz. tam gdzie martwa linia kolejowa krzy¿uje siê z rêbiechowsk¹ szos¹. decydowaæ móg³ Weiser i jemu pozostawiliœmy pomys³y na przysz³oœæ. dok³adnie tak.

które mia³ pod spodniami. M-ski siedzia³ ju¿ na trawie obok ciemnow³osej kobiety. wiêc pani zmieni³a rêkê i dalej wali³a nauczyciela po twarzy. wœród gêstwiny leszczyn i olch porastaj¹cych brzegi potoku M-ski zatrzyma³ siê obok jakiejœ postaci. lecz posuwa³ siê dalej œcie¿k¹ biegn¹c¹ w po³owie jego wysokoœci. – Jeszcze. na ma³ej polance. – Tak jak zawsze? – zapyta³a go nieco ciszej. M-ski œmieszne bia³e kalesony. czo³gaj¹c siê na brzuchach ostatnie dwadzieœcia metrów. a my widzieliœmy. ale rozpiê³a M-skiemu spodnie. tam i z powrotem. – Jeszcze raz – prosi³ j¹ – jeszcze jeden raz. Nagle M-ski zamar³ 181 . – Jeszcze! Pani bi³a teraz M-skiego po twarzy bez ustanku. Podeszliœmy bli¿ej. ¿ebyœ ju¿ wiêcej tu nie przychodzi³! Musimy spotykaæ siê gdzie indziej! – To czemu sama przysz³aœ? – M-ski zdj¹³ ju¿ fartuch. – O! – wskaza³ rêk¹ Szymek – ktoœ na niego czeka! W istocie. nie ogl¹daj¹c siê za siebie. oderwan¹ przed chwil¹ od gotowania czy prasowania. i pani uderzy³a M-skiego z ca³ej si³y w twarz. – Tak jak zawsze – odpowiedzia³ M-ski. raz i drugi. która wygl¹da³a na gospodyniê. – Och.niê. Rêka nauczyciela wpe³z³a pod jej fartuch. I wtedy pani wsta³a i M-ski te¿ wsta³. – Nie – mówi³a kobieta – teraz nie. a jego rêka g³adzi³a udo kobiety. nie wszed³ z powrotem na wysoki w tym miejscu nasyp. nie. jak jego nakrapiane pieprzykami plecy wznosi³y siê i opada³y przy nastêpnych uderzeniach. jakieœ trzysta metrów dalej. mówi³am ci. nie – powiedzia³a pani. na odlew. jeszcze trochê – wysapa³ M-ski. pani zdjê³a sukienkê. poruszaj¹c siê jak samochodowa wycieraczka na deszczu. – Och! – us³yszeliœmy jêk. Doszed³ wreszcie do miejsca. gdzie Strzy¿a przep³ywa pod kolejowym wa³em w¹skim tunelem i ruszy³ w górê potoku.

sk¹d widocznie nadesz³a. – To ci heca! – powiedzia³ Szymek. daleko w dole majaczy³y zarysy wojskowej strzelnicy. bo nied³ugo pi¹ta! Biegliœmy w górê morenowego wzgórza na skos i tylko wysokie kêpy trawy siêgaj¹cej do kolan hamowa³y nasz pêd. – Czy on nie móg³ macaæ jej normalnie? Coœ mi siê nie zgadza. jak wrêcza siê kolejowy bilet konduktorowi. – Nastêpnym razem – powiedzia³a pani – nie szukaj mnie tu. jak zadr¿a³y mu poœladki. przecie¿ on nawet nie po³o¿y³ siê na niej! – Po³o¿y³. za œcian¹ lasu widnia³o jeszcze dalsze i niebieskie jak na obrazku morze. jak robi siê to naprawdê! – A dlaczego nie poszli do lasu – zapyta³em – tylko robili to na strychu? – Zima by³a. po prawej. – A teraz leæmy. gdy szybko zd¹¿aliœmy w stronê Brêtowa. na ni¹ fartuch. M-ski zaœ. – Dobrze. co siostra Janka wyprawia³a ze swoim ch³opakiem u nas na strychu. Po lewej stronie. – Tam. A M-ski zaœ nadal stoj¹c. ale przyjdziesz? – Przyjdê. – Ju¿ – powiedzia³a pani i za³o¿y³a sukienkê. 182 . przyjdê – odpowiedzia³a pani i ruszy³a w górê potoku. – Jakbyœcie widzieli.wyprostowany jak struna. gdzie poprzednim razem. czy nie – oburzy³ siê Piotr – to przecie¿ œwiñstwo! – Gadanie! – ci¹gn¹³ Szymek. jego cia³em wstrz¹sn¹³ dreszcz i zobaczyliœmy. z których wyj¹³ nastêpnie zwiniêty banknot i wrêczy³ go pani. kapuœciany g³¹bie! – Szymek tr¹ci³ mnie w bok. – Och! – westchn¹³ nauczyciel. dopiero mielibyœcie pojêcie. bez po¿egnania uda³ siê w powrotn¹ drogê. poprawiwszy spodnie i koszulê. wci¹ga³ opuszczone kalesony i spodnie. – A gdzie? – spyta³ ³agodnie M-ski.

nie wyjaœniaj¹c niczego wiêcej. a w górze zawirowa³ dwukolorowy ob³ok. Weiser pokrêci³ korbk¹ pr¹dnicy i wówczas. 183 . gotowi byliœmy z³o¿yæ przed Weiserem nie jedn¹. o którym napisa³em ju¿. – A jutro bêdziemy strzelaæ. – Na dzisiaj dosyæ. zobaczyliœmy pierwszy wybuch. – A teraz – powiedzia³a Elka – teraz zobaczycie coœ. Staliœmy dosyæ niepewnie. prawda? – zagadn¹³ nieœmia³o Szymek. Gdy spieszyliœmy na spotkanie w umówionym miejscu. Tymczasem Weiser zaskoczy³ nas znowu czymœ olœniewaj¹co nieoczekiwanym. ¿e przypomina³ ob³ok w kszta³cie pionowo wiruj¹cego s³upa w b³êkitnym kolorze. byliœmy raczej przygotowani na egzamin strzelecki. Tak. Ostatecznie. które mia³o siê odbyæ w cegielni nastêpnego dnia. tego Elka nie okreœli³a.– S³ychaæ was jak stado s³oni! – z³oœci³a siê Elka na przywitanie. powiedzia³a tak w³aœnie: „nauczyæ szacunku!”. Elka zabra³a nam instrukcjê i zdezelowane parabellum i to by³o wszystko. to by³a pierwsza eksplozja. co by³o przyczyn¹ naszego spóŸnienia. wczesnym popo³udniem. co powinno was nauczyæ szacunku! Dla kogo albo dla czego? Nie. Kiedy zaœ za³o¿y³ nastêpny ³adunek i powietrze znów rozdar³ huk eksplozji. który po kilku chwilach znikn¹³. Lecz on nie spieszy³ siê wcale i nie ¿¹da³ na razie niczego. le¿¹c na skraju dolinki. – Czekamy ju¿ od kwadransa! Nikt jednak nie wyjaœni³. co bêdzie dalej. oprócz terminu spotkania. – Mo¿ecie iœæ do domu – powiedzia³ Weiser. jak¹ Weiser zaprezentowa³ nam w dolince za strzelnic¹. czego by zechcia³. ani przez myœl nam nie przesz³o przypuszczaæ coœ takiego. ale dziesiêæ przysi¹g – na cokolwiek by za¿¹da³ – i zrobiæ wszystko. czekaj¹c. rozp³ywaj¹c siê jak poranna mg³a.

on szykuje coœ wielkiego. a o nas napisz¹ w gazetach! – G³upi! W gazetach nie pisz¹ o takich jak my! – To napisz¹! – Ale co on w³aœciwie robi? – Jakby nas z³apali. coœ takiego. wyskoczy³a za to Elka: – Nie zawracajcie mu g³owy! – jakby Szymek zachowa³ siê niew³aœciwie. jasne? Czy mo¿na by³o coœ dodaæ? Wieczorem. to krymina³ murowany! – Za co? – A broñ to pies? A pr¹dnica i wybuchy to pies? – Nie nasze przecie¿! – Nasze. – Niby co? – Nie wiem. – On ma wa¿niejsze sprawy od waszego strzelania! Macie s³uchaæ i o nic nie pytaæ. byliœmy z nim! – No. z braku innego zajêcia strzelaliœmy z proc do puszek ustawionych na œmietniku i taka mniej wiêcej toczy³a siê miêdzy nami rozmowa: – Mówiê ci. ¿e ca³e miasto bêdzie o tym mówi³o.Weiser nie odpowiedzia³. nie nasze. – A sk¹d wiesz. to co on w³aœciwie takiego zrobi? – Powstanie! – Hê. ¿e tylko z nami? Mo¿e on ma takich jak my na pêczki i tylko dla lepszej tajemnicy jedni nie wiedz¹ o drugich? – No! – A mo¿e on wysadzi bramê zoo i wszystkie klatki i wypuœci zwierzêta na wolnoœæ? – Ale by by³o. no. lew idzie po Grunwaldzkiej! 184 . musz¹ byæ barykady! – No to zrobi partyzantkê! – Tylko z nami? Piêæ osób to za ma³o. powstanie?! Powstanie to siê robi w mieœcie.

KAZIMIERZ LELEWICZ W Gdañsku . Fotografia z lat piêædziesi¹tych

– Nie idzie, tylko siê rzuca na matkê z dzieckiem, a my wybiegamy... trach!, nie ma lwa... trach!, nie ma tygrysa... trach!, nie ma czarnej pantery! – Czarna pantera bêdzie dla niego! – No dobra, za³atwiamy wszystkie dzikie zwierzêta, a potem nas sfotografuj¹ w gazecie, wyobra¿acie sobie? Uczniowie szko³y szeœædziesi¹tej szóstej uratowali przechodniów przed dzikimi zwierzêtami! – Ja myœlê, ¿e tu chodzi o statek! – Jaki statek? – Jak nas wyszkoli, porwiemy statek z portu! – Nie z portu, tylko z redy! – Dobra, mo¿e byæ z redy i proszê bardzo: on pilnuje mostka, my kabiny i ³adowni, i jazda – do Kanady! – Do Afryki! – Afryka nie, mówiê ci, ¿e do Kanady! I tak pomiêdzy partyzantk¹ a porwaniem statku do Kanady up³ywa³ nam wieczór na strzelaniu do zardzewia³ej puszki, coraz wiêcej kamieni zbiera³o siê pod œmietnikiem, coraz mocniej naci¹galiœmy rowerowe wentyle, a¿ zapad³ zmierzch i trzeba by³o wracaæ do domu. Tylko dlaczego nie rozmawialiœmy o M-skim? Dlaczego nie mówiliœmy o jego spotkaniu z czarnow³os¹ kobiet¹ nad potokiem, dlaczego nie zastanawia³ nas widok nauczyciela w opuszczonych spodniach i kalesonach, bitego po twarzy – tego samego M-skiego, przed którym dr¿eliœmy na lekcjach przyrody i w czasie przerw, gdy przechodzi³ zat³oczonym korytarzem? Mo¿e Weiser bli¿szy nam by³ ni¿ sekrety M-skiego? A mo¿e nie znaliœmy jeszcze wystêpku? Tej nocy mia³em wszak¿e sen, który pamiêtam do dzisiaj, kolorowy jak film Disneya i bardzo niepokoj¹cy. Sta³em nad
186

brzegiem morza, prawdopodobnie o œwicie, a z wody jedno za drugim wychodzi³y zwierzêta. Bestii takich na pró¿no by szukaæ w ogrodzie zoologicznym lub jakiejkolwiek ksi¹¿ce o faunie zamorskich krajów. Najpierw, ociekaj¹c wod¹, ukaza³ siê skrzydlaty lew, zaraz za nim na piasek wyszed³ rycz¹cy niedŸwiedŸ, trzymaj¹c w zêbach koœci, a dalej z zielonej toni wy³oni³a siê czarna pantera o czterech g³owach, z ptasimi skrzyd³ami na grzbiecie. Korowód zamyka³o najdziwaczniejsze monstrum – skrzy¿owanie nosoro¿ca z tygrysem, o wielkich stalowych zêbiskach, maj¹ce niczym wynaturzony jeleñ kilkanaœcie rogów. Nie pamiêtam, ile ich wyrasta³o ze strasznego ³ba – mo¿e dziesiêæ, a mo¿e dwanaœcie, nie to zreszt¹ by³o najwa¿niejsze. Zwierzêta rzuci³y siê na pobliskie domy rybaków, wy³amywa³y uderzeniami ³ap drzwi i okiennice, rozszarpywa³y obudzonych ze snu mê¿czyzn, pazurami zrywa³y w³osy kobiet, a dzieci, które nie zdo³a³y umkn¹æ, roztrzaskiwane by³y o bielone œciany. Trwa³o to d³ugo, a strach, jaki czu³em, nie pozwala³ na przebudzenie i wyrwanie siê z koszmaru. Nagle, od wschodniej strony zobaczy³em w promieniach s³onecznych ma³ego ch³opca ubranego na bia³o. Nie mog³o byæ w¹tpliwoœci – to nadchodzi³ Weiser i wyci¹gniêt¹ d³oni¹ pokazywa³ coœ albo kogoœ, czego nie mog³em dojrzeæ w pl¹taninie drgaj¹cych cia³ i poskrêcanych trupów. Weiser podszed³ najpierw do lwa i wyrwa³ mu orle skrzyd³a. Zwierzê pad³o bez tchu na ziemiê, bez³adnie bij¹c ogonem. Nastêpnie przypar³ d³oni¹ niedŸwiedzia – i to zwierzê przewróci³o siê na piasek bez mocy. Teraz przysz³a kolej na monstrum z rogami. Weiser powyrywa³ je niczym badyle i potwór zwali³ siê na kolana, a nastêpnie na brzuch; stalowe zêbiska wypada³y mu z paszczy i przemienia³y siê w okr¹g³e dziesiêcioz³otówki. Na koniec Weiser zmierzy³ siê z czarn¹, czterog³ow¹ panter¹ o ptasich skrzyd³ach na grzbiecie i to by³o najdziwniejsze i naj187

straszniejsze zarazem. Wszystkie cztery pary oczu i cztery nosy, i oœmioro uszu – wszystko to nale¿a³o do M-skiego, bo cztery g³owy bestii to by³y cztery twarze M-skiego. Nigdy nie zapomnê, jak okropnie wygl¹da³y. Tak samo jak w zoo, Weiser przeszy³ panterê wzrokiem i w sobie tylko wiadomy sposób uczyni³ z niej przestraszonego kotka, który ³asi³ siê i liza³ rêkê poskramiacza. Nie s³ysza³em, co Weiser powiedzia³ do pozosta³ych przy ¿yciu rybaków i ich rodzin, huk fal zag³uszy³ wszystko, tak¿e nadje¿d¿aj¹cy tramwaj linii numer cztery, zakrêcaj¹cy zazwyczaj z potwornym piskiem i zgrzytem na jelitkowskiej pêtli. Weiser wskoczy³ do niego zwinnie i odjecha³, jakby by³ turyst¹ powracaj¹cym z pla¿y do miasta. Blask s³oneczny, odbity w szybie drugiego wozu, oœlepi³ mnie i nagle poczu³em wilgotn¹ od potu poœciel, i zrozumia³em, ¿e jestem w ³ó¿ku, a wszystko tamto, to by³ najzwyczajniejszy w œwiecie sen. Najzwyczajniejszy? Przez szczelinê w zas³onie wpada³, ³askocz¹c mnie, promieñ s³oñca. Za zamkniêtymi drzwiami do kuchni us³ysza³em ojca wychodz¹cego do pracy. Obok mnie chrapa³a jeszcze matka zmêczona wczorajszym, ca³odziennym praniem. Nad ³ó¿kiem wisia³ oprawiony w biedermeierowskie ramy obraz Matki Boskiej Czêstochowskiej, a z ulicy przez otwarte okno dobiega³ turkot furmanki zd¹¿aj¹cej na targowisko w Oliwie. Nie by³o morza, wychodz¹cych zeñ zwierz¹t, Weisera w bia³ym ubraniu ani rozszarpywanych rybaków. Zamiast tego us³ysza³em kroki na korytarzu i cz³apanie s¹siada do ³azienki. W poniemieckim mieszkaniu, podzielonym na ma³e klitki cienkimi œciankami, s³ysza³o siê bardzo wiele – tak¿e to, ¿e s¹siad goli siê teraz równymi poci¹gniêciami brzytwy i po wczorajszym piciu ma rozwolnienie. Wiêc jak by³o z tym snem? Niczego nie przeoczy³em ani te¿ niczego nie doda³em. Mo¿e przyszed³ na mnie zamiast naszej
188

rozmowy o M-skim, której nigdy nie by³o? Ba³em siê tego snu tak bardzo, ¿e nawet kiedy po raz ostatni klêcza³em u kratek konfesjona³u i proboszcz Dudak wydawa³ mi siê wa¿ny jak sam papie¿ albo Œwiêta Kongregacja do Spraw Wiary, nawet wtedy nie mog³em opowiedzieæ mu o tych obrazach, zapamiêtanych na zawsze. By³o to w styczniu siedemdziesi¹tego pierwszego roku, kiedy wiedzia³em dok³adnie, co sta³o siê z Piotrem i jak wygl¹da³ jego pogrzeb. Nie przyszed³em wtedy spowiadaæ siê z grzechów, klêcza³em jednak jak zawsze pe³en pokory i skruchy wobec majestatu. – Nie gor¹czkuj siê, synu. Wyroki Opatrznoœci s¹ niezbadane i nie nam, doprawdy, zg³êbiaæ ich sens i znaczenie – mówi³ proboszcz, a ja czu³em jego kwaœny, starczy oddech i coraz bardziej wzrasta³ we mnie œlepy gniew i rozpacz. – Czy oznacza to, ojcze – pyta³em – ¿e Bóg chcia³ jego œmierci? – Nigdy nie mo¿na tak powiedzieæ, nigdy! – wyrzuci³ z siebie jednym tchem, a ja pyta³em dalej: – Lecz przecie¿, ojcze, wszystko dzieje siê z woli Boga, wiêc i ta œmieræ jakoœ by³a mu potrzebna, czy nie tak? – Od miecza ginie, kto mieczem wojuje – dobieg³ g³os zza kratek. I wtedy nie mog³em ju¿ powstrzymaæ ¿alu; krzycz¹c prawie na ca³e gard³o, a¿ wyp³oszy³y siê wszystkie pods³uchuj¹ce dewotki: – To nie mo¿e byæ, ojcze! Piotr z nikim nie wojowa³ i nie podniós³ nawet kamienia! Sam ojciec wie, jak to siê sta³o, w³aœciwie przypadkiem. – A czego ty w³aœciwie chcesz? – przerwa³ mi proboszcz Dudak. – Nie ma przypadków, gdzie rz¹dzi Bóg. Czego byœ chcia³? ¯ebym ja, jego s³uga, wyjawia³ tobie, który jesteœ prochem, Jego tajemnice? Z jakich to powodów mia³by On tobie wyjawiaæ swoje za189

pych¹. ojcze! – Szatan czyha na ciebie. wyrokowaæ o s¹dach Pañskich. a do polityki nie mieszaj siê! – Piotr siê nie miesza³! – Nie tobie. – Zgrzeszy³eœ zatem – przerwa³ mi znów. Czy jeszcze masz jakieœ grzechy? – Nie mam ¿adnych. – Nie mogê. – Dlaczego jednak niesprawiedliwy chodzi w chwale. bo przed oczami raz jeszcze zobaczy³em scenê ze snu o pogromcy dzikich bestii na jelitkowskiej pla¿y. a ciê¿ki to grzech. ¿e œmiesz tak pytaæ i jeszcze unosisz siê gniewem? Tu trzeba ducha pokory. Znów wiêc Weiser powróci³ do mnie. przyszed³em zapytaæ tylko. Im wiêcej myœlê. Znasz ksiêgê Hioba? Ile ty przecierpia³eœ w porównaniu z nim. synu. nie mogê. synu. ojcze. Byæ mo¿e. tym mniej we mnie wiary! – ¯a³uj za swoje grzechy! – Nie mogê! – Proœ Boga o przebaczenie! – Nie znajdujê w sobie winy. wiêksi od ciebie pytali. ojcze. mój synu! Pokory i cierpliwoœci nam wszystkim trzeba! Ot co! – Nie brak mi pokory. ojcze – odpowiedzia³em ju¿ ciszej. szydz¹c z prawoœci bogobojnego?! I czy nie mo¿na tego zmieniæ? – Zap³ata wasza obfita bêdzie w niebiesiech. wybieg³em z koœcio³a. a im nie odpowiedzia³. dlaczego coraz mniej we mnie wiary.miary? Grzeszysz. ale zw¹tpieniem! Przestañ ju¿ myœleæ o swoim przyjacielu i módl siê. nie mogê! I krzycz¹c. mój synu. proœ przebaczenia! – Nie mogê. tym razem miêdzy kratkami konfesjona³u. by³ to jeszcze jeden podstêp dla 190 . – Nie tylko pych¹. poruszaj¹c siê na swoim siedzeniu. – Nie mogê! – przerwa³em teraz ja.

Tylko gdzie le¿a³ ten nieszczêsny skrawek.. a z ³azienki dobieg³ mnie odg³os spuszczanej wody. czekaj¹cego na zamkniêcie sprawy. Ba³em siê zasn¹æ. Piotr. Mundurowy zatrzasn¹³ za Szymkiem drzwi i w sekretariacie. wzd³u¿. Znaczy³o to. wszerz i po przek¹tnej – w sekretariacie zapanowa³a g³ucha cisza. Od czasu tamtego snu ba³em siê. To. wype³niona miarowym tykaniem zegara. zion¹cej œwiat³em i tytoniowym dymem paszczy Lewiatana wypchniêto chud¹ postaæ Piotra.zmylenia uwagi – to wtargniêcie niespodziewane w najintymniejsz¹ sferê ¿ycia. i ucieszy³em siê na sam¹ myœl odwiedzenia nieczynnej cegielni. nie wiem ju¿ po raz który. bo kiedy mê¿czyzna w mundurze wywo³ywa³ Szymka. Tymczasem. otworzy³y siê i z wielkiej. w którym policzy³em ju¿ wszystkie mo¿liwe kombinacje klepek parkietu. matka chrapa³a zmêczona wczorajszym praniem.. ¿e kiedy zamknê powieki. Tymczasem? Niech bêdzie. Le¿a³em wiêc na tapczanie. Do tego jednak przyjdzie mi jeszcze wróciæ. ¿e w czasie przes³uchania zezna³ ustalon¹ wersjê – skrawek sukienki Elki sp³on¹æ mia³ w ognisku. jakie postêpy poczyniliœmy w trudnej sztuce ogniowej. uczyni³ d³oni¹ gest zapalania zapa³ki. przebudzony po koszmarnym œnie.. Pomyœla³em sobie. wyprowadzi³o go z równowagi – przed nami wola³by nie przyznawaæ siê do ³ez. tak abyœmy zobaczyli. a ¿aden z nas niestety nie posiada³ zdolnoœci telepatycznych. No i gdzie by³o to ognisko? Tego nie ustaliliœmy. gdzie mieliœmy go znaleŸæ? Na pewno wyci¹gn¹ mapê i ka¿¹ pokazywaæ z dok³adnoœci¹ co do metra. ku zadowoleniu tamtych trzech i pana prokuratora.. kiedy nie bêdê móg³ oddaliæ od siebie z³ych 191 . ¿e dzisiaj Weiser sprawdzi na pewno. Zachowa³ jednak przytomnoœæ umys³u. Tymczasem drzwi gabinetu. ¿e tam krzycza³. Kiwnêliœmy nieznacznie g³owami.

wype³zaj¹cych z morza na jelitkowsk¹ pla¿ê? Dlaczego nie stan¹³em jak ¯ó³toskrzyd³y i nie wyjawi³em swojej prawdy? Teraz dopiero. a teraz w sekretariacie szko³y ba³em siê jeszcze bardziej. Weiser bez s³owa wyci¹gn¹³ z klaseru dwanaœcie zgni³ozielonych Adolfów. jak najwiêksz¹ tajemnicê. a trzeci ja – na czterech Adolfów potrzebowa³em a¿ jedenastu strza³ów.myœli. a¿ do koñca wakacji. ¿e teraz pójdziemy do dolinki. bo nie zawiód³ siê na nas. Tak to w³aœnie okreœli³. Drugi by³ Szymek z oœmioma ³uskami. Kiedy zaœ szliœmy w gêstwinie paproci. tamto mo¿e siê znów pojawiæ. – Nie najgorzej – powiedzia³ Weiser. mijaj¹c zagajnik i czarne nawet w dzieñ œwierki. a ja zobaczy³em prêgi na jego d³oniach – teraz dopiero zaczyna³em jaœniej rozumieæ wypadek. wrêczy³ za³adowane parabellum i powiedzia³: – Na ka¿dego z was po cztery. jak je poskromi³. O umówionej porze byliœmy w cegielni. trochê dalej od wszystkich i wyjawi³em mój sen. ratuj¹c nieszczêœliwych ryba192 . Od huku dzwoni³o mi w uszach. który zdarzy³ siê po moim œnie. strzelacie do skutku! Elka mia³a liczyæ zu¿yte ³uski i uzupe³niaæ magazynek. Ale po kolei. gdy w blasku jednej lampy. Opowiedzia³em o bestiach wype³zaj¹cych z morza i o tym. Ba³em siê przez wszystkie nastêpne dni. bo na trafienie czterech kanclerzy zu¿y³ tylko szeœæ naboi. – A ty – to by³o do mnie – powinieneœ jeszcze poæwiczyæ! Nastêpnie Weiser oœwiadczy³. przyklei³ je na ceglanej œcianie. pal¹cej siê przy stoliku woŸnego. kiedy strzelaliœmy ze schmeisera w dolince za strzelnic¹. zaczeka³em. Pamiêtam dok³adnie: najlepszy okaza³ siê Piotr. a¿ on bêdzie z ty³u. siedzieliœmy na sk³adanych krzes³ach i gdy Piotr z rezygnacj¹ opuœci³ g³owê. pokrzyw i ¿arnowca. Dlaczego wówczas nie powiedzia³em o œnie Szymkowi albo Piotrowi? Dlaczego zatai³em ów obraz dziwnych bestii.

Tak. Nie oznacza to jednak wcale. to my mieliœmy odbywaæ nasze æwiczenia w tym samym czasie i w pobli¿u. na której zamkniêcie ¿o³nierze potrzebowaliby z piêædziesiêciu ludzi. Patrzyliœmy z podziwem. mam sporo racji. to bardzo wa¿na robota. ¿e nie by³ w tamtym czasie naszym wodzem lub po prostu genera³em. wysokie trawy i gêste partie krzewów dawa³y w razie koniecznoœci szansê ucieczki. – Ale nie zabrzmia³o to jak groŸba. Nie. pod samym nosem najprawdziwszych na œwiecie ¿o³nierzy? Piwnica cegielni by³a za ma³a na zabawy z automatem. jeœli dzisiaj piszê. Wys³ucha³ mnie. Zaraz za wysokim wa³em strzelnicy rozpoczyna³a siê dolina. Zreszt¹ dolina przechodzi³a dalej w ci¹gn¹c¹ siê ze dwa kilometry i poroœniêt¹ sosnowym borem rozpadlinê. A ja szed³em dalej uszczêœliwiony. Nie s¹dzê. chocia¿ strzela³em najgorzej. abym wówczas chcia³ mu siê przypochlebiæ. gdzie przycupniêty zagajnik. Ale gdzie mogliœmy strzelaæ. ¿e Weiser by³ kimœ zupe³nie innym. Kto inny jak nie genera³ wpad³by na pomys³ strzelania tu¿ obok wojskowej strzelnicy. zreszt¹ Weiser tego tak nie przyj¹³. a po chwili doda³: – Bêdziesz zmienia³ plansze. jak ka¿e nam zajmowaæ stanowiska. nie mów o tym nikomu. mimo fatalnego strzelania. Wszystko to Weiser przewidzia³ i zaplanowa³ szczegó³owo. jakby specjalny fawor sp³yn¹³ na mnie.ków. a¿ z tamtej strony nasypu rozlegn¹ siê strza³y. nie przerywaj¹c do koñca. 193 . tak aby odg³osy kanonady prêdzej czy póŸniej nie œci¹gnê³y na nas uwagi okolicznych mieszkañców lub amatorów leœnych malin? Jego pomys³ by³ prosty: jeœli na wojskowej strzelnicy odbywa³y siê æwiczenia strzeleckie. i powiedzia³ – pamiêtam to doskonale: – Dobrze. ³aduje automat i czeka. bo czu³em siê tak. – Teraz poka¿ê wam – powiedzia³ przygotowany do naciœniêcia spustu – jak trzeba to robiæ.

rzadko kiedy by³y regularne. – Z tamtej strony brzmi to jak echo. – A ile naboi udŸwign¹³byœ w polu walki? – spyta³a Elka zarozumiale. ¿o³nierz musi tak strzelaæ. z³o¿one najczêœciej z trzech sekwencji. na prawdziwej strzelnicy kolejny ¿o³nierz poci¹gnie za spust. – Strzelaj¹. a my niemiecki schmeiser. Ich serie. Ale zdarza³y te¿ sekwencje inne. ta-tach. Weiser przy³o¿y³ siê do automatu i da³ ognia tak¹ sam¹ krótk¹ seri¹. jakby sama wiedzia³a wszystko. na przyk³ad: trzy-dwa-dwa-jeden albo: dwa-trzy-dwa lub: jeden-jeden-trzy. która by³a jak odbicie tamtej. jakby brakowa³o mu amunicji. Na tym polega³a sztuka – wystarczy³o za ka¿dym razem przygotowaæ siê do strza³u i oczekiwaæ. – Sto? Dwieœcie? Dziewiêædziesi¹t sztuk? 194 . ta-ta-tach” – taki uk³ad powtarza³ siê najczêœciej – jeden. – Niczego siê nie domyœl¹ – powiedzia³. „Tach. Najtrudniej by³o przystosowaæ siê do rytmu tamtych. A Weiser znad wyjêtego magazynka uœmiechn¹³ siê. a potem niespodzianie jeszcze jeden. krótkie. prawie nieznacznie i dorzuci³ od niechcenia: – Œwiêta prawda. a¿ z drugiej strony wa³u. jakby im brakowa³o amunicji – powiedzia³ Szymek. jak to on.I kiedy tylko us³yszeliœmy ³omoc¹ce po œcianach lasu dudnienie krótkiej serii z tamtej strony wa³u. odnaleziony i konserwowany przez Weisera. W³aœciwie strzelaliœmy wiêc równoczeœnie do tej samej darni. trzeba tylko strzelaæ w tym samym momencie. Piotr ciekawy by³ dlaczego. dwa i trzy wystrza³y w krótkich odstêpach. któr¹ ob³o¿ony by³ nasyp po obu stronach. – Zupe³nie tego nie rozumiem. Tylko ¿e tamci mieli pistolety automatyczne Ka³asznikowa.

atakujemy koszary i ca³y kraj obejmuje rewolucja. drugiego grudnia wyl¹dowali w prowincji Oriente i walczyli ze znienawidzonym Batist¹. bo Weiser kaza³ mi iœæ na nasyp. – Nie rozumiesz? – odezwa³ siê Piotr. a oni mieli przygotowaæ siê do nastêpnej kolejki strzelania. jak bardzo siê myli³a co do naszych pragnieñ. mo¿e ju¿ trochê mniej – ale zawsze – wielkie portrety.Po tym pytaniu. a co w sekretariacie szko³y sta³o siê dla mnie w jakiœ sposób jasne i nieprzypadkowe. Plansze. na które nikt zreszt¹ nie udzieli³ odpowiedzi. które nosiliœmy jeszcze w drugiej klasie na pochodzie pierwszomajowym. i poczuliœmy siê nagle jak zaufani partyzanci Fidela Castro. byliœmy przekonani. s³ugusem imperialistów. ¿e Weiser przygotowuje coœ wielkiego. czego wówczas nie mog³em zrozumieæ. – Ale durnie! Jak mo¿na robiæ rewolucjê drugi raz? Nie by³o jednak czasu na wyt³umaczenie Elce. „Tach-ta-tach-ta195 . I wtedy wydarzy³o siê coœ. Na pakowym papierze czarn¹ farb¹ namalowany by³ M-ski z w¹sami i podobnie jak poprzednim razem w piwnicy cegielni przypomina³. którzy rok wczeœniej. ¿e u nas nie ma takiego Batisty! – Tobie co? – zapyta³a Elka. Gdy przy³o¿y³em p³achtê papieru ostatnim kamieniem. – Dopiero byœmy mu dali! L¹dujemy z morza na pla¿y. do których celowaliœmy. taka prawdziwa rewolucja z partyzantk¹ i w ogóle! Elka rozeœmia³a siê g³oœno. tak ¿e nawet Weiser spojrza³ na ni¹ z wyrzutem. po drugiej stronie strzelnicy rozleg³y siê strza³y. kiedy le¿eliœmy w do³ku pod paprociami. t³umi¹c weso³oœæ. – Ale z was gamonie! – mówi³a. o czym zajmuj¹co przez ca³¹ lekcjê przyrody opowiada³ M-ski. bo z drugiej strony by³a akurat przerwa – szkoda. nie przedstawia³y niestety Batista. – Szkoda – wyszepta³ Szymek.

196 . – Rykoszet! – krzycza³ Weiser. a¿ do jego koñca. sk¹d wraca³o siê do nich skrajem doliny nienara¿onym na kule. pozostawiaj¹c automat. i s¹dzi³em. Rzeczywiœcie. gdy poczu³em lekkie szczypniêcie poni¿ej lewej kostki. wyrywaj¹c kawa³ek miêsa. Ale w chwilê póŸniej le¿a³em ju¿ na trawie. By³a to seria jeden-dwatrzy wystrza³y. która powinna nast¹piæ nie póŸniej ni¿ za dziesiêæ sekund. ale nie utkwi³a w œrodku. co siê sta³o. który by³ z nas najlepszy. by³ to rykoszet. ¿e kolec dzikiego ostu albo kamieñ przebi³ mi skórê. – Prêdzej – krzyknê³a do mnie Elka. Nie mog³em zrobiæ choæby dwóch kroków bez pomocy Szymka i Piotra.-ta-tach” – zadudni³o po œcianach lasu. Mia³em wiêc dziesiêæ sekund na zejœcie z wa³u i przebiegniêcie wzd³u¿ niego w¹sk¹ œcie¿k¹. ¿e jestem ju¿ wystarczaj¹co daleko od celu i ¿e on. Trzeba opatrzyæ. a ból nie pozwala³ mi wstaæ i uczyniæ kroku. gdy zza wa³u znów rozleg³a siê kanonada. którzy wziêli mnie miêdzy siebie. – ZejdŸ stamt¹d. Tamci wybiegli z paproci. ¿e do nastêpnej serii powinienem znikn¹æ z linii strza³u. bo bêdzie zaka¿enie. Bieg³em co si³ w nogach. tu¿ ponad piêt¹. Elka zdjê³a mi sanda³. ju¿ siê zaczyna! I zrozumia³em. a Weiser podniós³ nogê i ogl¹da³. – Dobrze – powiedzia³ Weiser – koœæ nienaruszona. – Rykoszet. – Do domu za daleko – zauwa¿y³a Elka – a tu nie mamy nawet wody utlenionej! Patrzy³em. ale nie by³em nawet w po³owie drogi. kula uderzy³a w stopê. bo teraz przy automacie by³ Weiser i czeka³ niecierpliwie na nastêpn¹ seriê z tamtej strony. Czy Weiser uzna³. nie ruszaj! – i zaraz byli ko³o mnie. Nie ruszaj siê. mo¿e ju¿ strzelaæ? Tak myœla³em w kilkanaœcie sekund póŸniej. jak ciekn¹ca krew tworzy na suchym piasku ciemne grudki b³ota.

Elka przynios³a w puszce po konserwach wodê i chusteczk¹ przemy³a dziurê. zapali³ palnik i teraz k¹pa³ w niebieskawym strumieniu ognia ostrze bagnetu. te¿ pewnie gdzieœ znaleziony. co robi Weiser. 197 . Nie mamy tu nic oprócz tego. ci¹gle je obracaj¹c. W piwnicy cegielni by³o ch³odno i przez chwilê bola³o jakby mniej.– Do cegielni! – zakomenderowa³ Weiser i wszyscy poczuliœmy siê nagle jak na wojnie. trochê z uznaniem dla mojej rany. – Niedobrze. gwizd kul. bo kiedy Elka dotknê³a mojej piêty. spóŸniona trochê. kuœtykaj¹c. wariatko?! I ona cofnê³a siê. – Zabrudzone piaskiem – powiedzia³ Weiser. Ustawi³ prymus na dwóch ceg³ach. sz³a nasza trójka. nie odrywaj¹c wzroku od palnika – ¿eby nie wda³a siê gangrena. otworzy³ drug¹ skrzyniê i wyj¹³ stamt¹d spirytusowy prymus. Prowadzi³ Weiser. Patrzy³em przez ca³y ten czas. – Przynieœ wody – rozkaza³ Elce. kolumnê zaœ zamyka³a Elka. parciany worek. Oczywiœcie by³o to o dziurze w nodze. Po prymusie doby³ ze skrzyni z³amany niemiecki bagnet. – To jedyny sposób – mówi³. a kiedy znik³a. z której wci¹¿ ciek³a krew. a nie o skrzyni. – Woda tylko na pocz¹tek – zwróci³ siê nie wiadomo w³aœciwie do kogo – potem trzeba bêdzie wypaliæ. Nic nie odpowiedzia³em. krzykn¹³em z ca³ej si³y: – Co robisz. Po³o¿yli mnie na du¿ej skrzyni. dochodzi³ a¿ tutaj. Z drugiej strony wa³u dobiega³a dudni¹ca kanonada. a ja by³em najprawdziwiej ranny i bardzo bola³a mnie noga. ale tylko przez chwilê. bo Weiser kaza³ jej zabraæ zu¿yte plansze i automat owiniêty w stary. – Boli? – zapyta³a. które przebija³y tarcze i grzêz³y w piasku. potem. trochê przestraszona.

nie czu³em ju¿ nic. tylko z drewna. – Dobrze – powiedzia³. Elka spe³ni³a polecenie. Mo¿e jak zwykle przez wzgórze nad wojskow¹ strzelnic¹. kiedy ostrze wesz³o jeszcze g³êbiej w dziurê. Gdy byliœmy ju¿ na skrzypi¹cych schodach. tak¿e ja. do œwiat³a i przez ca³y czas. jak zawodowy felczer.Szymek przycisn¹³ mnie do skrzyni na wysokoœci ¿eber. delikatnie zawi¹zuj¹c mokry kawa³ek materia³u dooko³a stopy. Musia³ podnieœæ stopê wy¿ej. – Teraz przy³ó¿ mu chustkê i za chwilê mo¿ecie go odprowadziæ do domu. magazynek i iglicê. Piotr z³apa³ za praw¹. ale takiego rozrzutu nie mo¿na tolerowaæ. jakbym nie mia³ nogi albo jakby by³a nie moja. choæ wcale nie musia³a siê z tym pieœciæ. Tak. którêdy wracaliœmy do domu. – A ty – zwróci³ siê do Elki – idŸ z nimi. odk³adaj¹c bagnet. ¿e trafi³eœ na zardzewia³y drut kolczasty. grzebi¹c koniuszkiem ostrza w dziurze – nie nadaje siê ju¿ do niczego. A zaraz potem. powiedz. i z roz¿arzonym ostrzem bagnetu przyst¹pi³ do operacji. – Ten schmeiser – powiedzia³ spokojnie. widzia³em jego d³oñ. ¿e trochê znosi. – Do kogo to mówi³? Wszyscy. zdrow¹ nogê i te¿ przywar³ do niej tak. wymontujemy zamek. ¿eby siê nie poruszy³a. zardzewia³y drut kolczasty – powtórzy³ spokojnie – a teraz idŸcie ju¿! Nie przypominam sobie dok³adnie. byliœmy cicho i tylko sw¹d spalonej skóry unosi³ siê w piwnicy. 198 . co siê sta³o. Wiedzia³em. – Gdyby ciê pytali. zatrzyma³ nas jeszcze na chwilê: – Pewnie bêdziesz musia³ posiedzieæ w domu – mówi³ teraz do mnie. kiedy grzeba³ ostrzem bagnetu w dziurze. – Zostanê jeszcze tutaj – oœwiadczy³. bo kiedy Weiser odj¹³ od dziury ostrze bagnetu. – Tak siê wyrazi³: „tolerowaæ”. a Weiser chwyci³ moj¹ lew¹ ³ydkê pod pachê. doda³: – Pójdzie na z³om.

¿e Weiserowi chodzi³o w³aœnie o to. Przypomnia³em sobie jego zdanie ju¿ w sekretariacie szko³y i nagle zrozumia³em. wcale nie znosi³. kiedy to piszê i spogl¹dam na skarpetkê. Ju¿ wtedy s³owa Weisera wyda³y mi siê dziwne. do koñca wakacji noga przysporzy³a mi wiele utrapieñ i nawet teraz. Weiser odsun¹³ mnie celowo i to nie ze wzglêdu na s³abe wyniki strzeleckie. ¿e dwa centymetry poni¿ej kostki jest ta blizna po Weiserowym rykoszecie i wypaleniu dziury. dowiaduj¹c siê wszystkiego z relacji Szymka lub Piotra. z wielkimi g³azami narzutowymi. Wszystko to. jak ma³y strumyczek. którego u¿ywaliœmy. Automat. ani razu zaœ na bok. cuchn¹ca zupa zaleg³a zatokê.Bêdziesz musia³ posiedzieæ w domu”. abym przez najbli¿sze dni nie by³ z nimi. Wiem te¿.Liliput”. ani wszystkich dni tamtego upalnego lata. nazywan¹ dlatego kamienio³omami. wiem. ¯ó³toskrzyd³y uciek³ ze szpitala czubków i œcigany by³ przez milicjê. ledwie wyczuwalny. ¿e takiego przywódcy robotnicy jeszcze nie mieli i mieæ nie bêd¹. to zgodnie z zasadami sztuki rusznikarskiej w górê lub w dó³ od celu. wszystko to zawiera siê przecie¿ w tej bliŸnie powy199 . ból lewej stopy i nigdy nie bêdê móg³ zapomnieæ tego. ¿e kiedy tylko wiatr od zatoki zmieni kierunek. biskup i proboszczowie z wiernymi b³agali Boga o zmianê pogody. co widzia³y wtedy moje oczy i czego dotyka³y moje rêce.a mo¿e przez polanê. A mo¿e chcia³ mnie ostrzec? Tylko przed czym? W ka¿dym razie. co wydarzy³o siê w dolinie za strzelnic¹. poczujê lekki. kiedy susza pustoszy³a pola. ani Weisera.. . a mê¿czyŸni z naszej kamienicy zachwycali siê przemówieniami W³adys³awa Gomu³ki i mówili. skoro nawet ja w kolejce poprzedzaj¹cej wypadek trafi³em M-skiego a¿ piêæ razy. murarze przerabiali ewangelick¹ kaplicê na nowe kino naprzeciwko baru .. o to sz³o. A nawet je¿eli znosi³. ludzie widywali kometê w kszta³cie koñskiej g³owy.

dlaczego Weiser odsun¹³ mnie od siebie na jakiœ czas? Albo czy rozumiem. mo¿e ze mn¹ rozmawiaæ? ¯adna teoria nie wyjaœni niczego. widzê go. pragn¹³ zatrzymaæ mnie d³u¿szy czas w domu. której dotykam palcami. czy to wszystko by³o prawdziwe. Elka walczy jak rozwœcieczona lwica i tylko my nie potrafimy niczego zrozumieæ. tak jak prawdziwa by³a nasza brukowana kocimi ³bami ulica. w jaki sposób Piotr. bliŸnie. I widzê jak Weiser wy³ania siê nagle z szarej chmury. Tak. sklep Cyrsona.. ¿e Weiser istnia³ naprawdê. krawca. jak patrzy na to wszystko nieruchomymi oczami. spoczywaj¹c pod ziemi¹. jakbym tam by³ z powrotem. Jeszcze raz widzê. Dawidek. d³ugiej na centymetr. powodowany sobie znanymi wzglêdami. opêtanym przez dziwne manie wnuku Abrahama Weisera. sy-nu-u Ma-ry-i”. a potem s³yszê . obok których grywaliœmy w pi³kê – lub kiedy ogarniaj¹ mnie w¹tpliwoœci.Dawid. proboszcza Dudaka ze z³ot¹ kadzielnic¹. i wiem. czy wszystko to nie by³o snem ch³opca o w³asnym dzieciñstwie albo o groŸnym nauczycielu przyrody M-skim i nienormalnym. dymi¹ca masarnia i koszary. I jego kraciasta koszula unosi siê w powietrzu. w pe³ni osi¹gn¹³ swój 200 . to opowiadaæ dalej.¿ej piêty. nie chodzi na religiê!”. pachn¹cej wiecznoœci¹ i mi³osierdziem. o czym mo¿na powiedzieæ: „rozumiem to”? O czym w ogóle i o czym w odniesieniu do tej historii? Czy rozumiem na przyk³ad. czujê zapach palonego bursztynu i s³yszê „Wi-taj Je-e-zu. szerokiej na pó³. A zreszt¹. wtedy w³aœnie pochylam siê nad lew¹ stop¹ i palcami prawej d³oni pocieram tê bliznê. kiedy gubiê w¹tek albo zastanawiam siê. Jeœli Weiser. Tak. ¿e wybuchy w dolince by³y prawdziwymi wybuchami i ¿e nic w tej historii nie zosta³o wymyœlone. co mogê zrobiæ. Jedyne. ani jedno zdanie i ani jeden moment tamtego lata i tamtego œledztwa.

a kiedy ucich³a. o ile wczeœniej któryœ z kolegów lub s¹siadów nie wyci¹gn¹³ go do baru „Liliput”. Musia³em teraz przez ca³y dzieñ skrobaæ ziemniaki. Skaleczenie nogi by³o. a ebonitow¹ ga³k¹ mo¿na by³o co najwy¿ej œciszyæ wrzaskliwe odg³osy ludowej œpiewaczki albo potê¿ny baryton rosyjskiego œpiewaka. jej zdaniem. przetykane od czasu do czasu fragmentem jakiejœ uwertury. ale odk¹d pamiêtam. Wiedzia³em. Matka zawlok³a mnie do lekarza. 201 . zaraz rozpoczyna³y siê arie operowe z Borysa Godunowa lub Damy Kameliowej. przytupuj¹c. zaleci³ ok³ady i jak najmniej ruchu. Wtedy podkrêca³a ebonitow¹ ga³kê do oporu. rzadziej. bo czasami zdarza³o siê. który przemy³ ranê. ojciec nie zabiera³ jej nigdzie ze sob¹. pilnowaæ gotowania makaronu i s³uchaæ. a w niedzielê. bo to stuprocentowo babskie zajêcie. Na dodatek przez ca³y dzieñ gra³ w domu g³oœnik radiowêz³a i przy skrobaniu ziemniaków albo wa³kowaniu makaronu. k³ad³ siê na ³ó¿ku i móg³ tak drzemaæ ca³y dzieñ. bo g³oœnik emitowa³ tylko jeden program. Zaka¿enia wprawdzie nie dosta³em. które mo¿na prze³¹czaæ na ró¿ne zakresy. kawa³ki amerykañskiego jazzu. d³ugie i ciê¿kie. jak matka ¿ali siê na ojca i na wszystkich mê¿czyzn – bo tak¹ ju¿ mia³em matkê: dobr¹ i narzekaj¹c¹. zabiera³a z moich r¹k wa³ek do ciasta albo nó¿ do obierania kartofli i robi³a ca³¹ robotê za mnie. ale ju¿ nastêpnego dnia stopa spuch³a jak bania. Wraca³ zmêczony z pracy. przy tym wszystkim wiêc w kuchni r¿nê³a na przemian ludowa kapela z Opoczna albo z £owicza. po przyjœciu z koœcio³a.zamiar. ¯a³owa³em. Matka nie pozwala³a wy³¹czyæ g³oœnika w ogóle. ¿e matka bardzo lubi tañczyæ. a w dziurze zebra³a siê ropa. kar¹ za niepos³uszeñstwo i ca³e dni wa³êsania siê poza domem. jad³ obiad i zaraz po drugim daniu zasypia³ zwykle nad gazet¹. ¿e nie mamy takiego radia jak pan Korotek. czego nie znosi³em najbardziej. podœpiewuj¹c i uœmiechaj¹c siê jak nigdy. ¿e nadawano muzykê taneczn¹ albo. nudne.

któr¹ rzuci³em po pierwszym rozdziale. Musieliœmy rozmawiaæ szeptem. – Co takiego? – omal nie wyskoczy³em ze skóry. bo w takiej sytuacji sam by tak pomyœla³. w piwnicy cegielni. jak tañczy³ i unosi³ siê w powietrzu. nie wiedzieæ dlaczego.. tam jest taka polana w leszczynowym lasku – rozwodzi³ siê Piotr.. – Z jakim znów ogniem? – Paliliœmy ognisko. Lalka Prusa. Wtedy stwierdzi³. bo mieszkanie nasze sk³ada³o siê tylko z pokoju i kuchni. gdy zobaczyliœmy go w piwnicy cegielni. – Wczoraj pokaza³ nam now¹ sztukê – mówi³ Piotr bez szczególnego entuzjazmu. zw³aszcza ¿e jedyn¹ ksi¹¿k¹ obok ksi¹¿ki kucharskiej by³a w naszym domu. ¿e pewnie. – Gdzie? – przerwa³em gwa³townie. PóŸniej Weiser powiedzia³ im o tym ognisku i przyszli w umówione miejsce wieczorem. – Co to by³o? – Nic takiego. ¿e najpierw strzelali z nagana jak zwykle. – Ale co to by³a za sztuka? I przypierany pytaniami. przechodz¹cych przez podwórko. No wiesz. prasuj¹c i gotuj¹c równoczeœnie. zupe³nie jakby Weiser zakaza³ im przychodziæ do naszego mieszkania. Umiera³em z ciekawoœci. Dopiero na trzeci dzieñ rano Piotr zastuka³ do drzwi. – Niedaleko cegielni. bo nagan – wywodzi³ Piotr – cholernie zrywa i bije na boki. Piotr opowiedzia³. ale matka nie pozwala³a mi sterczeæ przy oknie i nie mog³em nawet przywo³aæ Szymka lub Piotra.Tak wiêc nudzi³em siê okropnie. z ogniem. wziêliœmy go za wariata i on siê nawet o to nie gniewa. i znosi jak ¿adna broñ. Ale to nie by³o ¿adne wariac202 . co oni teraz bêd¹ robiæ. i by³o to trudniejsze od parabellum i schmeisera. bez ¿alu dla dalszej czêœci. A oni przez dwa dni nie dawali znaku ¿ycia.. a matka kursowa³a akurat pomiêdzy nimi..

– A strzelnica? A wybuchy? A broñ? A porwanie statku? A powstanie? Partyzantka? To wszystko nic? – Daj spokój – powiedzia³ Piotr. da drapaka ze szko³y i ka¿dy dyrektor cyrku przyjmie go z otwartymi ramionami. – Jak opracuje kilka œwietnych numerów. ale pewnie dlatego ¿e ju¿ to widzia³a. – A ona gra³a mu przy tym? – Nie – znowu mia³ zapchane usta i nie móg³ szybko mówiæ. nawet bez œwiadectwa siódmej klasy.two. – Ona przez ca³y czas gada³a jak najêta. nawet nie pisn¹³. ¿e przyjm¹ go od razu. jedn¹ po drugiej. bo jak powiedzia³ – ci¹gn¹³ Piotr – on zamierza zostaæ artyst¹ cyrkowym. Masz jeszcze trochê? Przynios³em z kuchni ociekaj¹cy durszlak pe³en ostatnich w tym roku wiœni. a potem chodzi³ tam i z powrotem i nic. I pokaza³ nam – Piotr ci¹gn¹³ opowieœæ – sztukê z ogniem. kiedy rozdziawiliœmy gêby na coœ takiego? Taka sztuka udaje siê tylko fakirom. Nie dowierza³em. sam jeszcze nie wie i zobaczy. a kiedy pokaza³ stopy. – To dlaczego nie pójdzie ju¿ teraz do cyrku? Potrafi tyle. – I nie mówi³ nic wiêcej? – Nie. a zreszt¹ mo¿e wykorzysta to do jakiegoœ numeru. jedz¹c wiœnie przyniesione przez matkê na porcelanowym talerzyku. to znaczy wyj¹³ z ogniska roz¿arzone wêgle. ¿e strzela tak sobie. u³o¿y³ na ziemi i stan¹³ na nich boso. a on to potrafi. tym razem na talerzyk. – My te¿ go pytaliœmy. a Elka bêdzie jego asystentk¹. ale mówi³. – Artyst¹ cyrkowym – powtórzy³. a co jeszcze mia³ mówiæ. nawet œladu oparzenia nie by³o. wypluwaj¹c pestki do zwiniêtej d³oni. 203 . dla zabawy. Pamiêtasz panterê w zoo? – Yhm – znowu wypluwa³ pestki.

w œwietle reflektorów. od czego ca³a widownia zamiera³aby ze strachu. Elka. poskramiaj¹cy lwy albo jeszcze lepiej czarn¹ panterê. ¿e by³o to zrêczne oszustwo? Nie mówiê o jego bosych stopach. z biczem w d³oni. co maj¹ w planie. to by³o zapewne najprawdziwsze. a starsze panie mdla³yby. oczywiœcie tylko do koñca numeru. Kto móg³ przypuszczaæ. Drzwi gabinetu rozwar³y siê nagle i us³ysza³em. k³aniaj¹cy siê publicznoœci w burzy hucz¹cych oklasków. Tak¿e Elka w kostiumie z cekinami lœni¹cymi jak diamenty. chodzi mi tylko o skierowanie naszej uwagi w zupe³nie inn¹ stronê. jak te¿ wygl¹daæ bêdzie Weiser we fraku. dotykaj¹cych ¿aru. Zegar w sekretariacie wybi³ jedenast¹. Odzyska³em poczucie czasu. – Siadaj – warkn¹³ cz³owiek z mundurze. A ja siedzia³em przez ca³y wieczór i zastanawia³em siê. Tu Weiser przechytrzy³ nas dokumentnie. – Wiem tak ogólnie. nie powiedzia³ nawet. jak M-ski wymawia moje nazwisko. tam gdzie nie rodzi³y siê ju¿ ¿adne inne domys³y. co przyjdzie do g³owy. która mog³aby trzymaæ p³on¹ce ko³o albo wk³adaæ najgroŸniejszemu z lwów g³owê do paszczy. – A ty – zwróci³ siê do Szymka – wracaj na swoje miejsce! 204 . To mog³o byæ piêkne. bo uwierzyliœmy w jego plany i wszyscy wziêliœmy ostatni¹ sztukê z chodzeniem po ogniu za dowód na prawdziwoœæ jego s³ów.– Mo¿e jeszcze coœ przygotowuje? Wzruszy³ ramionami. – A sk¹d ja mam wiedzieæ? Artyœcie nigdy nie wiadomo. No to czeœæ – i ju¿ go nie by³o. – A ty sk¹d to wiesz? Wyplu³ ostatnie pestki.

kiedy dyrektor powstrzyma³ go szybkim gestem. – PodejdŸ tutaj – powiedzia³ – i poka¿ dok³adnie. proszê pana. – K³amiesz! – wrzasn¹³. k³amiecie wszyscy razem. które miejsce pokaza³ im Piotr. – No. to powiedz. gdzie znaleŸliœcie ten nieszczêsny kawa³ek materia³u? – W dolince za strzelnic¹. – Znowu k³amiesz i twoi koledzy te¿ k³ami¹. – Gdzieœ ko³o paproci. – Komu to chcesz wmówiæ? Paproci jest tam wiêcej ni¿ drzew! Mundurowy roz³o¿y³ plan dolinki na biurku. który nie przypomina³ ju¿ teraz kokardy jakobiñskiej ani zmoczonej szmaty i podobny by³ do pêtli sznura z ruchomym wêz³em przesuwanym w górê lub w dó³. a wszystko bêdzie dobrze. – Dlaczego tylko Korolewski napisa³ w swoim zeznaniu. – To ju¿ wiemy – powiedzia³ ³agodniejszym tonem dyrektor. 205 . – No. przypomnij sobie. dyrektor bawi³ siê koñcem krawata. – Mówi¹c to. – Chodzi nam o dok³adne okreœlenie miejsca. ale ja was… – i ju¿ wyci¹ga³ w moim kierunku rêkê. a póŸniej Szymek. – Ba³eœ siê? – Tak. ¿eby chwyciæ mnie za ucho. ¿e skrawek czerwonej sukienki spaliliœcie w ognisku? Dlaczego ty nie napisa³eœ o tym ani twój drugi kolega. wybra³em wiêc to najbli¿ej krzy¿yka oznaczaj¹cego punkt. proszê pana. tam gdzie Weiser robi³ swoje wybuchy. M-ski rozeœmia³ siê sucho. co? – Ba³em siê. przypomnij sobie – powtórzy³ mundurowy niczym echo.– No i co? – M-ski przyst¹pi³ od razu do rzeczy. gdzie to by³o! Co mia³em robiæ? Nie domyœla³em siê nawet. w którym Weiser zak³ada³ ³adunki.

o – i pokaza³em w powietrzu jak du¿y by³ ten kawa³ek. to by³ ca³y kawa³ek sukienki! – Korolewski napisa³ wyraŸnie: „strzêpek materia³u”. co? – Nie. – A mo¿e powiesz. co powiem dalej. ¿e widzia³em stru¿ki potu œciekaj¹ce mu po skroniach. Ale oni nie dali siê na to nabraæ. – Je¿eli tak by³o. to wszystko wskazuje na to. proszê pana. – Tylko nie krêæ znowu! – Tylko ten kawa³ek sukienki. ca³a sukienka to nie by³a. proszê pana – odpowiedzia³em zadowolony z pomieszania im szyków. – To nie by³y ¿adne strzêpy. Przy którym z nich. – To nie by³y wcale strzêpy – wtr¹ci³em. a o tym Korolewski nie napisa³. kolego. to co? – mundurowy podsun¹³ siê do mnie tak. po którym nie jeŸdzi ¿aden poci¹g.– Chwileczkê. – W którym miejscu? – Obok zerwanego mostu. ale kawa³ek du¿y jak ta mapa. Mundurowy przysun¹³ siê jeszcze bardziej. wiêc jeœli nie strzêpek. bo Elka wcale nie wylecia³a w powietrze. na pewno nie ca³a. – Du¿y czy ma³y – stwierdzi³ dyrektor – nie powiedzia³eœ nam najwa¿niejszego: gdzieœcie go spalili? – Niedaleko nasypu kolejowego. dok³adnie?! 206 . którego przecie¿ nikt nie widzia³. ani ¿aden z was. gdzie by³o ognisko. bo zaraz powrócili do tego samego pytania. ¿e to by³a ca³a sukienka. zapytajmy go. – Jakiego nasypu? – No. czy nie?! – warkn¹³ M-ski. – Krêcisz – M-ski by³ ju¿ niebezpiecznie blisko – zerwanych mostów jest tam kilka. tego. proszê pana. – By³o cia³o. w którym spalili strzêpy materia³u. a tamci zamarli ze zdumienia i czekali. ¿e musia³ gdzieœ tak¿e pozostaæ kawa³ek cia³a.

To jest ten potok. – No. gdzie mog³em chwilê odetchn¹æ. – Jak d³ugo jeszcze bêdziecie k³amaæ? Tam by³o coœ wiêcej ni¿ sama sukienka. co mu odpowiedzieæ. otworzy³ d³oñ jak ma³emu dziecku i wymierzy³ piêæ uderzeñ. a ja nie wiedzia³em. jak wyjmuje z szuflady kawa³ek gumowego wê¿a. ale ten widok tylko rozdra¿ni³ M-skiego. ten sam. prawda? Gdzie zakopaliœcie szcz¹tki swojej kole¿anki? – pyta³. ale nie ruszy³em siê z miejsca. – Dawaj ³apê! – powiedzia³ zdyszany M-ski. – Dosyæ tych k³amstw! Twoi koledzy zeznaj¹ co innego. – Dosyæ! – krzykn¹³ M-ski. gdzie pana widzieliœmy nad Strzy¿¹. który przep³ywa pod kolejowym nasypem. – Nad Strzy¿¹. wiêc wykrzykn¹³em tylko: – Niech pan puœci. proszê pana – chlipn¹³em. bo mimo woli ³zy ciek³y mi z oczu. proszê pana. – Boisz siê? Sta³em nadal pod œcian¹. to znów opuszczaj¹c. – Powiedz! – To by³o. – I chwyci³ mnie za jedno i drugie ucho równoczeœnie. w tym samym miejscu. który podszed³ do mnie. chodŸ tutaj! – mówi³. chlapi¹cych jak kopyta koñskie na asfalcie. który na lekcjach przyrody s³u¿y³ za stró¿a porz¹dku.– Za brêtowskim koœcio³em. bo zabola³y go rêce. proszê pana. chwyci³ za rêkê. tam gdzie nasyp przecina drogê do Rêbiechowa. i podniós³ do góry. 207 . spogl¹daj¹c na dyrektora i mundurowego. – Gdzie? – zapyta³ dyrektor. – No wiêc – spyta³ mundurowy – powiesz czy nie? – Wszystko ju¿ powiedzia³em. podnosz¹c mnie. i odepchn¹³ w stronê œciany. – PodejdŸ tu bli¿ej – powiedzia³. – Mo¿e to przywróci ci pamiêæ! – I zobaczy³em. tak ¿e lewitowa³em jak Weiser w piwnicy nieczynnej cegielni. niech pan puœci! A¿ wreszcie puœci³ mnie.

woŸny poderwa³ siê ze swojego krzes³a. mo¿na by³o us³yszeæ wszystko. Go-dzi-na siódma wie-czo-rem. M-ski popatrzy³ na mnie groŸnie. przynajmniej czêœciowo. Jego policzki zrobi³y siê czerwone. Natê¿aj¹c s³uch. 208 . – Niech pan przyniesie wody w dzbanku.M-ski znieruchomia³. a teraz – zwróci³ siê do tamtych – przerwa na herbatê. – Wtedy by³ pan bez siatki na motyle – powiedzia³em – i bez pud³a na roœliny. – Skoñczone? – rzuci³ pytaj¹co w kierunku mundurowego. szu-ka-li-œmy miej-sca ze strachu. trochê z obaw¹. ale zd¹¿y³em go uprzedziæ. a te-raz mówi-my to te¿ ze stra-chu. Kiedy wyszed³em do sekretariatu. – Dobrze – powiedzia³ – zastanowimy siê nad tym. proszê pana – i uœmiechn¹³em siê bezczelnie. – Ju¿ po wszystkim? – Nie – odpar³ tamten. bo karty. abyœmy nie mogli ze sob¹ rozmawiaæ. a tamci uchylili drzwi gabinetu. – Spa-lo-na te-go sa-me-go dnia wie-czo-rem na ka-mie-nio-³o-mach. ale tylko na moment. po raz pierwszy czuj¹c md³y smak szanta¿u zmieszany ze ³zami. Gumowy w¹¿ zawis³ w powietrzu i nie spad³ na otwart¹ rêkê. a wy – to by³o do nas – ani s³owa! WoŸny z dzbankiem znikn¹³ i us³yszeliœmy jego kulawy krok w pustym korytarzu. zosta³y odkryte. – Czasami ³apiê tam motyle – zwróci³ siê do tamtych – ale to nie ma ¿adnego zwi¹zku ze spraw¹! – Znów chwyci³ mnie za d³oñ. – Zna-le-ziona obok starego dê-bu – szepta³ Szymek. o czym mówili. choæ mundurowy i dyrektor nie domyœlali siê niczego. – Jesteœ tego pewien? – Tak. lecz my tym razem nie korzystaliœmy z tej szansy.

Fotografia z lat piêædziesi¹tych .KAZIMIERZ L ELEWICZ Organy w Katedrze Oliwskiej.

gdy oni pili herbatê. a my siedzieliœmy w sekretariacie na sk³adanych krzes³ach. nawet przy otwartych drzwiach gabinetu.Zanim woŸny wróci³ przez pachn¹cy cisz¹ i past¹ do pod³óg korytarz. Niew¹tpliwie. stary d¹b by³ w dolince trudny do przeoczenia. drzwi do gabinetu zosta³y zamkniête. Szymek wiedzia³. Tak. by³o istotnie miejsce wyznaczone przez leœniczego do palenia ognisk. które okropnie gniot³y w siedzenie. Chcieli za wszelk¹ cenê zakoñczyæ œledztwo? Mo¿e by³a to intryga M-skiego? O M-skim w ka¿dym razie myœla³em przez ca³y czas d³ugiej przerwy. ¿e by³ to najpiêkniejszy szept sceniczny. A na polanie z g³azami narzutowymi. WoŸny wróci³ z dzbankiem pe³nym wody i znikn¹³ na chwilê w gabinecie. najwa¿niejsze zosta³o ustalone. o co chodzi. i chocia¿ nigdy nie powiedzia³em ch³opakom 210 . Niepostrze¿enie gra pomiêdzy nami zamieni³a siê w grê moj¹ i M-skiego. ¿e Elkê rozerwa³a eksplozja. nie zaœ któregoœ z nas? Pozostawieni bez stró¿a. Za chwilê woŸny by³ ju¿ z nami. czy to dziwne? No i ogieñ poch³on¹³ czerwony strzêpek. to znaczy na kamienio³omach oddalonych od dolinki o czterdzieœci minut drogi piechot¹. Po-tem do do-mu. co potrzeba i tamci nie mogli mieæ co do tego w¹tpliwoœci. mogliœmy bez trudu ustaliæ. Kiedy przypominam sobie dzisiaj tê scenê. skrawek sukienki móg³ dofrun¹æ tam rzeczywiœcie. M-ski mia³ teraz trudne zadanie. – Ja zna-laz-³em przy ko-rze-niach – szepta³ Szymek. szczegó³y obmyœli³ dobrze i – co istotne – wydawa³y siê prawdopodobne. Jedno tylko jest zastanawiaj¹ce: dlaczego tym razem po wodê wys³ano woŸnego. jaki kiedykolwiek s³ysza³em. Jeœli za³o¿yæ. Wiêc poszliœmy tam. myœlê. Z pewnoœci¹ zrozumia³. – Ty nio-s³eœ w kie-sze-ni – to by³o do mnie – a Pio-trek wrzu-ca³ do og-nis-ka. co z nim zrobiæ. PóŸniej nie wiedzieliœmy. co mówi.

uda³em siê do sypialni. o którym gazety w Niemczech i Polsce pisa³y. Kiedy skoñczy³em szko³ê. – Och. – A z koniecznoœci uczy³em te¿ w szkole. – Dlaczego tak póŸno zdecydowa³ siê pan na powrót do ojczyzny? – pyta³ dziennikarz. w czasie tej wizyty. lecz – jak siê okaza³o – nies³usznie. przenoœny telewizor. Ci¹gnê³a siê jeszcze po skoñczeniu szko³y i po œmierci Piotra. o której napisa³em. pod sam jej koniec M-ski znowu pojawi³ siê niespodziewanie. to nie takie proste – odpowiada³a twarz. Moje rêce nie by³y ju¿ skrzyd³ami i³a 14. 211 . która odpowiada³a na pytania reportera. – Czym zajmowa³ siê pan w Polsce? – Badaniami naukowymi – mówi³a twarz. I wtedy na ekranie ujrza³em twarz M-skiego. M-ski uczy³ jeszcze przyrody i nadal pozostawa³ zastêpc¹ dyrektora do spraw wychowawczych. kiedy wielu ludzi wyje¿d¿a³o na sta³e do kraju Georga Wilhelma Friedricha Hegla. Bo w czasie mojej wizyty u Elki. ca³kiem zrezygnowany. unosz¹cego czerwon¹ sukienkê. ¿e jest historyczny. Z du¿ego pokoju na parterze. ta gra ci¹gnê³a siê póŸniej przez ca³e lata. wk³ada³em pi¿amê Horsta. po siedemdziesi¹tym roku. gdzie le¿a³a Elka. gdy dwaj mê¿owie stanu podpisali ów uk³ad. a nawet – jak myœlê dzisiaj – trwaæ mo¿e do teraz w ca³kiem innym miejscu i czasie.o moim pierwszym w ¿yciu szanta¿u. Wtedy wzruszy³em ramionami. ¿e by³a równie¿ gr¹ – tyle ¿e o Weisera. – Ogólnie okreœli³bym to jako przyczyny polityczne. jakby nic nie mog³o wydarzyæ siê bez niego. Obok ³ó¿ka sta³ ma³y. PóŸniej. ¿e M-ski znalaz³ siê poœród nich. W³¹czy³em go i nie zwracaj¹c uwagi na program. uœmiechniêt¹ i pe³n¹. pozosta³e cz³onki zaœ w niczym nie przypomina³y jego srebrzystego kad³uba. dowiedzia³em siê.

polemizuj¹c z tezami Partii Zielonych. w których podkreœla³em wyj¹tkowoœæ flory i fauny lasów otaczaj¹cych Gdañsk – marszczy³a siê twarz – te badania nie znajdowa³y ¿adnego rozg³osu ani uznania. przynajmniej na tê noc. by z ekranu nie wyskoczy³a nagle twarz.. ¿e równie¿ z przyczyn politycznych – odpowiedzia³a bez zaj¹knienia twarz. w obawie. z w¹sami domalowanymi przez Weisera. 212 . gdy na ekranie ukaza³a siê sylwetka kanclerza Willy’ego Brandta. Ju¿ zamierza³em wy³¹czyæ telewizor i zamkn¹æ twarz. panie kanclerzu. jakiego oni teraz maj¹ sojusznika! – I wy³¹czy³em telewizor. – Czy kontynuuje pan teraz bez przeszkód pracê naukow¹? – O tak! – twarz uœmiechnê³a siê jak na reklamie coca-coli. Przemawia³ w Bundestagu. – Dlaczego? – Obawiam siê. – Czy wyniki pañskich badañ zostan¹ opublikowane? – Tak – odpowiedzia³a twarz – nied³ugo. – Czy po przyjeŸdzie opublikowa³ pan wyniki swoich prac naukowych? – Niestety – twarz objawia³a oznaki pewnego zniecierpliwienia – maszynopis zosta³ mi skonfiskowany na granicy.– Dlaczego z koniecznoœci? – Bo moje badania. – twarz namyœla³a siê przez chwilê – obecnie wyk³adam w szkole ogrodniczej przedmioty zawodowe. ta sama co przed laty. – Nie wie pan nawet – powiedzia³em g³oœno.. – A czym zajmuje siê pan obecnie? – Obecnie. bo nikogo nie by³o w pokoju – nie wie pan nawet. – Bez ¿adnych przeszkód! – I jakie badania prowadzi pan. jeœli mo¿na spytaæ? – Prowadzê obserwacjê – twarz przybra³a powa¿n¹ minê – gin¹cych gatunków motyli w Górnej Bawarii.

zastanawia³em siê znowu. Jeœli nie chcia³ byæ wodzem ani piratem. Po ka¿dej takiej wyprawie dziura w nodze zaczyna³a znów ropieæ. Straszliwie nudzi³em siê w domu. ufa³em. ale nie do koñca. matka krzycza³a okropnie i jeszcze bardziej mnie pilnowa³a. ale nie w pe³ni. Nastêpnego dnia bêd¹c na powrót w Monachium u mego stryja. Co by³o dalej? Uwierzyliœmy Weiserowi w jego bajeczkê. O poszczególnych eksplozjach nie bêdê mówi³ po raz drugi. zgromadzony w piwnicy nieczynnej cegielni? Tego nie mog³em zrozumieæ.Odkrycie to przybi³o mnie do reszty. jak opisa³em. bo jeœli M-ski latem chwyta gin¹ce motyle w Dolnej czy Górnej Bawarii. samochód i nic ponad to. na pewno umawia siê tam z jak¹œ bawarsk¹ gospodyni¹ i tak samo jak nad Strzy¿¹ stoi nad górskim potokiem. bo niczego nie zatai³em i niczego chyba nie pomin¹³em. wiedz¹c. który zag³usza plaskaj¹ce uderzenia krzepkiej Niemki. A Weiser? Poza urz¹dzaniem wybuchów uczy³ Szymka i Piotra strzelania – tak jak poprzednio: albo w piwnicy cegielni. nie ze 213 . ¿e oni maj¹ niez³¹ zabawê. to dlaczego nie mia³by zostaæ artyst¹ wystêpuj¹cym w cyrku? Mój sen – jak rozumowa³em wówczas – potwierdza³ tylko takie przypuszczenia. i nie zwierzaj¹c siê z moich w¹tpliwoœci nikomu. trawnik. Wierzy³em wiêc. Weiser jak nikt inny wydawa³ siê stworzony do poskramiania dzikich zwierz¹t. Nawet dzisiaj obraz ten budzi we mnie mieszane uczucia. który mia³ piêkny dom. albo w dolince. Tylko do czego by³y mu potrzebne pirotechniczne efekty i ca³y arsena³. przychodzi³em na kolejne wybuchy w dolince za strzelnic¹. Nie chcia³em jednak wychodziæ. bo jedno z drugim niewiele mia³o wspólnego. By³y takie. Nic wiêcej nie mogê na ich temat dodaæ. dlaczego pani o wygl¹dzie domowej gospodyni bi³a M-skiego po twarzy. ¿ebym nigdzie nie wychodzi³.

¿e w tych szopach chowali szpadle. Wiadomoœci przynoszone przez Szymka i Piotra by³y zwyczajne – w zatoce zupa rybna rozrzedzi³a siê trochê i na piasku nie zalega³y ju¿ cuchn¹ce kupy gnij¹cej padliny. ¿e nadwerê¿ona tym noga nie pozwoli mi wymkn¹æ siê na nastêpny wybuch. gdy ktoœ obcy krêci³ siê w pobli¿u. zaraz za cmentarzem. W ka¿dym razie nie sypia³ ju¿ w naszej krypcie. mierzyli ziemiê i ogradzali teren pod ogródki dzia³kowe zwojami kolczastego drutu. o którym wiedzia³em zawsze dzieñ wczeœniej od Szymka lub Piotra. 214 . ale o k¹pieli nie by³o co marzyæ. które z daleka wygl¹da³y jak kupki œniegu. rozci¹gniête pióra nie zapowiada³y wprawdzie zmiany pogody. Œmia³ek. tylko z obawy. i bardzo nie lubili. lecz mog³em teraz œlêczeæ w oknie z brod¹ podpart¹ rêkoma i œledziæ powolne przemiany kszta³tów na niebieskim jak akwamaryna sklepieniu. Rybacy z Jelitkowa wyst¹pili do w³adz o odszkodowania. który zanurzy³ w wodzie koniec nogi.strachu przed matk¹. Poza tym w dolinie po drugiej stronie nasypu. Ale nie z³apano go. ¿e byli po prostu Ÿli i nieuprzejmi od urodzenia. o czym przekonany by³ Piotr. Masowo pada³y te¿ mewy i pracownicy oczyszczania znosili martwe kad³uby na wielkie stosy. a mo¿e dlatego. Tam gdzie teren by³ ju¿ ogrodzony. Minê³o sporo czasu i któregoœ dnia zobaczy³em na niebie pierwsze ob³oki. cofa³ j¹ natychmiast z obrzydzeniem. wzbudzaj¹c powszechny niepokój. Mo¿e dlatego. Wywo¿ono je razem z rybami za miasto i palono na wspólnym wysypisku. musia³ wiêc mieæ jak¹œ inn¹ kryjówkê. przychodzili inni ludzie i z desek. Ich wysokie. starych sklejek i papy klecili szopy i ma³e domki. motyki i grabie. pojawili siê ludzie z tyczkami. ale nikt nie potrafi³ powiedzieæ nic pewnego. W Brêtowie pojawi³ siê za to ponownie ¯ó³toskrzyd³y i – jak opowiadali ludzie – przeparadowa³ któregoœ razu w naszym zardzewia³ym he³mie obok domów.

instalowano elektryczne lampy.. Wtedy mogliœmy w to wierzyæ i spokojnie podziwiaæ jego arsena³ albo jak Piotr i Szymek tego dnia – jeŸdziæ po D³ugim Targu historycznym tramwajem za okr¹g³e piêædziesi¹t groszy od jednego kursu. Jechali tym tramwajem. ¿e Weiser nic takiego nie robi³. Pyta³em. Nowe kino mia³o nazywaæ siê . na którym gra³a Weiserowi do tañca. Weiser nie odwiedzi³ mnie ani razu. ¿e bêdzie tam panoramiczny ekran. kiedy przesiadywa³em w domu. co siê wtedy sta³o. jakiego nie mieli w . Na dodatek zwymyœla³ milicjantów od smarkaczy i ma³o co nie zabrali go na komisariat. dok¹d mogli pójœæ – na lotnisko czy do cegielni. którzy wyskakiwali na jednego z pobliskich koszar bez przepustki. na D³ugim Targu. zaprzê¿ony w dwa konie. jak wszystkim w naszej dzielnicy podczas 215 . ale poza tym.W Gdañsku. w pobli¿u naszej szko³y. na s¹siedniej ulicy.Tramwajarzu” obok zajezdni.Znicz” i obiecywano. przeszed³ jak zawsze po swojemu – na skos. s³owem nie wraca³ do dziury w nodze i tego. Szymek domyœla³ siê. bo przecie¿ nigdy nie zamierza³ zostaæ artyst¹ areny. a bilet na jeden przejazd kosztowa³ okr¹g³e piêædziesi¹t groszy. gazowe latarnie mia³y iœæ na z³om. gdy zaœ przychodzi³em na jego wybuchy. a stare. Dzisiaj wiem. Bar „Liliput” zosta³ zamkniêty na ca³e trzy dni po ostatniej bójce murarzy z ¿o³nierzami. nic nie umieli powiedzieæ. ale bez Elki i Weisera. Poza tym ze studni Neptuna nie sika³a ani jedna kropla wody. którzy tego dnia znikli gdzieœ bez wieœci. puszczono historyczny tramwaj. ¿e Elka mia³a rano ze sob¹ ten sam instrument. ¿e Weiser przygotowywa³ jakiœ nowy numer i pewnie nied³ugo nam go zaprezentuje. Czas p³yn¹³ mi wolno i spokojnie. Czy jeszcze coœ? Tak. gdzie za³o¿yli niedawno pierwsze w mieœcie œwiat³a.. która nazywa³a siê Kar³owicza. a pan Korotek dosta³ mandat. bo przez skrzy¿owanie.

rybacy padali na kolana. co to jest? – zapyta³ od drzwi. z której umyka³y myszy prosto na pobliski œmietnik. Matka nie lubi³a. albo lepiej: widok ogólny – znad wzgórz w kierunku lotniska pomyka³ samolot w kszta³cie kadzielnicy. któremu dorobi³em motyle skrzyd³a i umieœci³em w siatce przyrodnika jako kolejny eksponat. py³ lipca i brud sierpnia ani razu nie sp³ynê³y z liœci kroplami tak upragnionego deszczu. a nad miastem. – Wiesz. my wszyscy siedzieliœmy w œrodku. bo zamiast kwiatów czy drzew widzia³a na moich obrazkach same maszkary. A¿ któregoœ dnia – by³o to chyba po pi¹tym z kolei wybuchu. co tylko przysz³o mi do g³owy. wysy³aj¹ce promienie we wszystkich kierunkach. Raz by³ to ¯ó³toskrzyd³y stoj¹cy na dachu kamienicy na Starym Mieœcie. Tu¿ za jego plecami wyrasta³y smuk³e sosny. Z braku innego zajêcia rysowa³em na kartkach zeszytu. bo znów czeka³y ziemniaki albo makaron. Tak przynajmniej je nazywa³a. trójk¹tne oko. zatok¹ i cmentarzem zamiast s³oñca œwieci³o wielkie. a ich ¿ony chowa³y g³owy ze strachu. Innym razem kartkê zeszytu wype³ni³ Weiser szybuj¹cy nad zatok¹ na czarnej panterze. przerywaj¹c moje zajêcie. By³a te¿ jedna panorama. prêdko! – Flaga? List goñczy? Og³oszenie? – Ju¿ lepiej – uœmiechn¹³ siê. gdy kurz czerwca. By³ te¿ pan Korotek tocz¹cy przez podwórko ogromn¹ jak beczka flaszkê wódki. W rêkach trzyma³ zwiniêty rulon papieru.upalnego lata. kiedy noga wygl¹da³a ju¿ prawie dobrze – do drzwi naszego mieszkania zastuka³ Szymek. – To jest plakat! 216 . – Zgadnij. ca³ymi kluczami jak ¿urawie. a nad miastem i g³owami zgromadzonych na chodniku ludzi przelatywa³y samoloty. kiedy siedzia³em zgarbiony nad kartk¹. M-skiego narysowa³em razem z proboszczem Dudakiem.

nie przestawa³ mówiæ: – Da³ mi go ten pan. Wszystko to Piotr widzia³ i s³ysza³. akrobatów.– Aha – powiedzia³em bez przekonania. konie. ten cylinder wypad³ i potoczy³ siê po ziemi. bo kiedy tragarze przenosili pakunki. klatki z dzikimi zwierzêtami. dla ciebie te¿. ten ze starym rowerem. Popatrz tylko. jakie cudo! Rzeczywiœcie ujrza³em wielk¹ paszczê lwa obok ubranej w barwny kostium kobiety. – A pieni¹dze? – Nie martw siê o pieni¹dze. który nakleja afisze na s³upach. jak bêdziesz mia³. No i nie poszed³ do sklepu. – No wiêc rano Piotr pojecha³ do Gdañska kupiæ w ¿elaznym sklepie gwoŸdzi dla ojca. a dla nas po piêæ z³otych. – Ile? – Dla doros³ych dziesiêæ. – I co dalej? – Co dalej? Jutro idziemy do cyrku! – wyrzuci³ z siebie radosn¹ nowinê. I wtedy zobaczy³ na placu Zebrañ cyrkowe wozy. – A sk¹d mieliœcie tyle? – Zaraz ci wszystko powiem – Szymek odsun¹³ plakat i usiad³ na tapczanie. a pod spodem napis: CYRK „ARENA” ZAPRASZA!!! – Niez³e – powiedzia³em. bo wszystkie krzes³a w pokoju by³y zarzucone bielizn¹ przygotowan¹ do prania. a magik. strasznie krzycza³ i zwymyœla³ tragarzy od niedo³êgów. – No i co z tego? Szymek. patrzy³ te¿ na robotników naci¹gaj¹cych liny wielkiego namio217 . tylko wyskoczy³ z tramwaju na tamtym przystanku i wszystko sobie dobrze ogl¹dn¹³: wóz. w którym mieszka klown. Widzia³ nawet cylinder magika. rozwijaj¹c kolorowy rulon na tapczanie. który wygl¹da³ jak zwyczajny cz³owiek. – Nie rozumiesz? – A bilety? – Elka ju¿ pojecha³a kupiæ. to oddasz.

a Weiser to nie wiem. bo ja bym mia³ na bilet i Piotr te¿. Potem przypomnia³ sobie o gwoŸdziach dla ojca. na naszym s³upie og³oszeniowym pojawi³o siê to – Szymek wyci¹gn¹³ rêkê. jak ten od afiszy smaruje klejem papier i przykleja. to by³o dziwaczne – mówi³ dalej Szymek. no to nieŸle. bo on prawie ca³y s³up oklei³ tym samym plakatem. a moja matka. „Piêæ” – odpowiedzieliœmy. s³ysza³ nasz¹ rozmowê. – A pieni¹dze? Sk¹d mieliœcie pieni¹dze? – Ach. ¿eby zobaczyæ plakaty rozlepione na betonowym okr¹218 . co? – skoñczy³ opowiadaæ. Nastêpnego dnia od rana czas d³u¿y³ siê nieznoœnie.. jakby to by³o fajnie iœæ do cyrku. kupi³ co trzeba i przyjecha³ z nowin¹ do nas. Staliœmy tak i gadaliœmy. to ile was sztuk jest?” – zapyta³. oznajmi³a. powiedzia³. rozpoczyna³o siê dopiero o godzinie szesnastej. bo dzisiaj wystêpów jeszcze nie bêdzie. a potem znowu smaruje i znowu przykleja. – Powieszê to sobie nad ³ó¿kiem – doda³ – o ile matka nie wyrzuci. A wtedy nadszed³ pan Korotek. ale Elka chyba nie. ca³kiem trzeŸwy i. „ale niekoniecznie”. „No. – Staliœmy obok s³upa i gapiliœmy siê. dotykaj¹c jaskrawego plakatu. Elka pojecha³a po bilety i ma kupiæ na jutro. no. bo przedstawienie. bo ta pani jest prawie ca³kiem rozebrana. „Macie”. bo razem z tob¹ to piêæ – a on wyj¹³ wtedy portmonetkê i da³ nam ca³ych trzydzieœci z³otych. a na koniec zobaczy³..tu. zdaje siê. A pó³ godziny póŸniej. to mo¿ecie mi oddaæ”. jak du¿ymi m³otami wbijaj¹ w ziemiê grube paliki. na które mieliœmy bilety. Wczeœnie rano wyszed³em przed dom. no i ty. ¿e piêæ z³otych na bilet da mi bardzo chêtnie i nie potrzebujê (tak powiedzia³a) korzystaæ ze wspania³omyœlnoœci pana Korotka. podtrzymuj¹ce odci¹gi. gdyby by³y pieni¹dze. Szymek wyszed³ bardzo zadowolony. mo¿e godzinê. która s³ysza³a fragment rozmowy. „a jak sprzedacie butelki. powiedzia³. zwijaj¹c plakat w d³ugi rulon.

– Jak nie chcesz.glaku. – Nic ju¿ nie boli i nic nie puchnie. Minêliœmy rz¹d ma³ych. – Mo¿esz ju¿ chodziæ? – Tak. w których pó³okr¹g³e okienka mansard 219 . bêdzie tak samo groŸny jak ten na plakacie. Przyzwyczajony do szarzyzny s³upa. czy lew. sta³em jak urzeczony i myœla³em. – To chodŸ ze mn¹ – powiedzia³. gdzie bêdziemy je wrzucaæ – wyjaœni³ – a kij znajdziemy ju¿ w lesie. musia³ mieæ jakiœ pomys³. z ogromn¹. rozwart¹ paszcz¹ i dwoma rzêdami wielkich. wszystko zobaczysz – powiedzia³. na którym od kilku ju¿ miesiêcy nie naklejano nic nowego. Myœla³em tylko. zrezygnowanym tonem. – To jest worek. jak siê ³apie zaskroñce. ¿e bêdziesz chcia³ zobaczyæ. a resztki starych afiszy miesza³y siê ze œwiñskimi napisami i zesz³orocznym zarz¹dzeniem o rejestracji poborowych. ale chcia³em te¿ wiedzieæ. to by³ g³os Weisera. – Nie puchnie noga? – Nie – odpowiedzia³em zgodnie z prawd¹. to nie. jak siê to robi – mówi³ wolno. Ruszyliœmy ulic¹ pod górê i wtedy zapyta³em raz jeszcze: – Ale po co ci one? – Zobaczysz. jak bêdzie ³apa³ zaskroñce. do czego mu bêd¹ potrzebne. Chcia³em zobaczyæ. po³yskuj¹cych k³ów. a co? – W tym „a co?” kry³a siê naturalnie nadzieja na coœ nowego. – A po co ci zaskroñce? – spyta³em. – Zobaczysz. bo jeœli Weiser zaszed³ mnie od ty³u i pyta³. – Bêdziesz je tresowa³? Weiser wzruszy³ ramionami. prawie identycznych domów. którego zobaczê w cyrku. S³up wygl¹da³ wspaniale: od samej ziemi a¿ po jego czubek ci¹gnê³y siê dooko³a takie same lwie paszcze i takie same panie w kostiumach. Nagle poczu³em lekkie szturchniêcie w bok. ze skoœnymi dachami.

a ch³odny zapach miêty ³¹czy³ siê z ostrym aromatem rosn¹cej dziko macierzanki. st¹d niewidocznym. Zaskroñce najpierw powo220 . W powietrzu spotyka³y siê smugi ró¿nych zapachów. ¿eby je wyp³oszyæ. do cmentarza i nasypu. czarnego ¿arnowca i paproci. idŸ tam i poruszaj krzakami. a od po³udnia. – Powiedz. Szed³em wolno wzd³u¿ pasa zaroœli i kijem porusza³em kêpy wysokich traw. Ale powoli. a póŸniej zwróci³ siê do mnie: – Widzisz tamte zaroœla? Skin¹³em g³ow¹. nie powiedzia³ ani s³owa. taki sam jakiego u¿ywaj¹ po³awiacze ¿mij w Bieszczadach. gdy tylko stanêliœmy w dolinie przylegaj¹cej skrajem. po którym nie jeŸdzi³ ¿aden poci¹g. Najpierw wyszuka³ d³ugi na metr. sk¹d z jednej strony widaæ by³o lotnisko i zatokê. daleko w dole majaczy³y zarysy Brêtowa i wzgórz. nie za mocno – doda³ – ¿eby nie ucieka³y wszystkie naraz. ¿eby zanadto siê nie rozpêdzaæ. sapi¹c.wygl¹da³y jak wy³¹czone w ci¹gu dnia lampy samochodowe. rozumiesz? Zadanie nie by³o trudne. raz w prawo. Teraz schodziliœmy po stoku prawie tak jak na nartach – raz w lewo. pokrzyw. kiedy wspinaliœmy siê œcie¿k¹ miêdzy modrzewiami. Weiser umilk³ i przez dalsz¹ drogê. za którymi znajdowa³a siê strzelnica. rozwidlony patyk. woñ przekwit³ego ³ubinu miesza³a siê z koniczyn¹. bêdziesz je sprzedawa³? Albo zaniesiesz M-skiemu? A nie wystarczy mu jeden zaskroniec. Ale Weiser nie odpowiedzia³. kar³owatych malin. staliœmy na wzgórzu. – Idziemy tam – powiedzia³. wskazuj¹c rêk¹ na po³udnie – tam gdzie za³o¿yli p³oty i gdzie bêd¹ ogródki dzia³kowe. – Tam jest ich najwiêcej. Po dziesiêciu minutach. ostrymi zakosami. musi ich mieæ kilka? – pyta³em.

Odk¹d siê tu pojawili. a on z ogromn¹ zrêcznoœci¹ najpierw unieruchamia³ je rozwidlonym patykiem. – Tylko trawê dla królików zbieramy. a potem chwyta³ delikatnie w palce i wrzuca³ do parcianego worka. zab³¹kane sarenki albo stokrotki z dziewczêcymi twarzyczkami.li. patrz¹c na worek. gdy mijaliœmy pracuj¹cych tu ludzi. – Cholerne dzia³ki – powtórzy³ raz jeszcze. – Nigdy nie wyp³oszy siê wszystkich. Powtórzy³em czynnoœæ dok³adnie tak samo i ku mojemu zaskoczeniu umykaj¹cych zaskroñców by³o niewiele mniej ni¿ poprzednim razem. Weiser zwolni³ nieco kroku. nazywane domkami. 221 . na których nie wiedzieæ dlaczego malowali zaraz uœmiechniête krasnale.. pamiêtam dobrze. – Co tam niesiecie. kiedy skoñczy³em nagonkê. Weiser zawi¹za³ worek na du¿y.. – Dobra – powiedzia³ – teraz przejdziemy przez te cholerne dzia³ki i zaniesiemy je na drug¹ stronê. „Cholerne dzia³ki” powiedzia³. nic. podnosz¹c czo³o znad motyki. póŸniej coraz szybciej wyœlizgiwa³y siê spod moich stóp i pomyka³y bezszelestnie w kierunku Weisera. ale nie zatrzyma³ siê i nawet nie spojrza³ na grubasa. bo tu najwiêcej. ale szczelny supe³. ch³opcy? – zaczepi³ nas spocony grubas. proszê pana – odpowiedzia³em pierwszy. – Czego tu szukacie? – E. – Jeszcze raz – powiedzia³. bo Weiser nigdy nie mówi³ za du¿o i wszystko mo¿na by³o zapamiêtaæ bardzo dok³adnie. co wygl¹da³o okropnie i wprost nieprzyzwoicie. który porusza³ siê w takt miarowych kroków. z uporem przekopywali such¹ jak na pustyni ziemiê i z jeszcze wiêkszym uporem klecili z desek i dziurawej sklejki swoje budy. a ja ruszy³em za nim.

„Ani jeden”. gdzie Weiser zatrzyma³ mnie ruchem rêki. powoli. Jego ¿ó³te plamy tu¿ ko³o pyska rozjaœnia³y siê symetrycznie. Ich szarobrunatne zygzaki przemyka³y zwinnie w gêstych chaszczach pokrzyw i lebiody i po chwili w zasiêgu naszego wzroku nie zosta³ ju¿ ani jeden. Nagle bowiem ujrza³em na p³ycie nagrobka d³ugie cielsko wê¿a w migotliwych strumieniach œwiat³a. – Popatrz – wyszepta³em do Weisera – zupe³nie siê nas nie boi. jak z otwartego worka wype³zaj¹ zaskroñce. ale my byliœmy coraz dalej. Zaskroniec mia³ ponad metr d³ugoœci. choæ nie by³a to prawda. ilekroæ promieñ z góry dociera³ do p³yty. zaskroniec nie uciek³. – Tu ju¿ nic im nie grozi. I rzeczywiœcie. Zobaczy³em.– Na drugi raz – zawo³a³ grubas – szukajcie trawy gdzie indzie! I lepiej. nie rusza³ siê prawie i jakby szukaj¹c œwiat³a. Ani siê obejrza³em. w jego górnej czêœci. w refleksach docieraj¹cych tu przez kopu³ê bukowych liœci tak jak przez zielone szybki witra¿y w naszym koœciele podczas sumy. inne. Serce o ma³o nie pêk³o mi z dumy. tak ¿e Weiser musia³ je poszturchiwaæ rêk¹. kiedy wyci¹gn¹³em rêkê do wê¿a i poczu³em na palcach ch³odny dotyk jego sp³aszczonego pyska. odwi¹zuj¹c worek. niektóre prêdko. po chwili opuszczaj¹c go na powrót na kamienn¹ p³ytê. zrozumieliœcie? To ju¿ nie jest ziemia niczyja! – i grubas krzycza³ coœ jeszcze. – Tu je wypuœcimy – powiedzia³. bardziej mo¿e przera¿one. jak byliœmy na cmentarzu. – NieŸle to wymyœli³eœ – powiedzia³ Weiser. – Mo¿na na ciebie liczyæ. cofaj¹c siê tylko nieznacz222 . Wê¿e rozpe³za³y siê miêdzy nagrobkami. podnosi³ tylko ³eb. jak was tu nie spotkam. jak dotyk psiego nosa. Œcie¿k¹ w dó³ dotarliœmy do nasypu. napisa³em.

mia³ jedenaœcie lat! – I tak nie wiemy. i kiedy zamiast wysokich traw ros³y tam pierwsze rzêdy marchewki. tylko pi¹tka. to mo¿e czêœæ z nich ocaleje. grochu i kalafiorów. Eit-eit. kiedy dzia³ki obejmowa³y ca³¹ dolinê za cmentarzem. to jest na pewno jakiœ wiersz. – Popatrz. 8 VI 1925 – 15 I 1936” – i dalej. Dopiero po chwili odwróci³ siê od nas i znikn¹³ w pobliskiej kêpie paproci. Tak. a w drugim jest Snigkeit. – Tu nie ma dziewi¹tki. A gdy wracaliœmy do domu. po drugiej stronie nasypu. rozko³ysanej lekko dotkniêciem jego cia³a. – Tu jest coœ napisane – zwróci³em siê do Weisera. Wiêc trzeba je przenosiæ na stary cmentarz lub polanê. a to drugie to jakiœ wiersz.nie. tam gdzie s¹ narzutowe g³azy. a wiêc urodzi³ siê w dwudziestym pi¹tym i jak zmar³. powiedzia³ jeszcze. ¿e ludzie z dzia³ek zabijaj¹ zaskroñce. sylabizuj¹c – „Werst unser Slieb alle Zeit und Hliebst es auch in Snigkeit. Weiser mia³ racjê. kto to by³ – uci¹³ Weiser. zaskroñca mo¿na by³o spo223 . to zaraz zlatuj¹ siê do kupy i t³uk¹ wê¿a motyk¹ albo grabiami. tylko w dwudziestym dziewi¹tym. co my. – Mia³ jedenaœcie lat jak umar³ – powiedzia³em. tylko dziewi¹tka! – Mówisz. – Umiesz to przeczytaæ? Nachyli³ g³owê nad nagrobkiem i przeczyta³: – „Hier ruht in Gott Horst Meller. on siê nie urodzi³ w dwudziestym pi¹tym. to nie jest pi¹tka. Ju¿ w nastêpnym roku. bo nie umiej¹ ich odró¿niæ od ¿mii i jak tylko zobacz¹ coœ pe³zaj¹cego. ” Nie znam niemieckiego – wyjaœni³ – ale to pierwsze znaczy. – Weiser przybli¿y³ twarz do napisu. bo siê rymuje. – To tyle. Zobacz – dotkn¹³ palcem wy¿³obionego napisu z gotyckich liter – Zeit. jakbyœ go zna³ – po raz pierwszy sprzeciwi³em siê zdaniu Weisera. ¿e tu spoczywa w Bogu Horst Meller. – Nie.

Tak samo zreszt¹ nigdy nie dowiedzia³em siê. a jego w³asne wyjaœnienie do dzisiaj nie przekonuje mnie w pe³ni. zabra³ mnie ze sob¹ raczej przez przypadek. potem na Szymka i Piotra. stan¹³ w otwartych drzwiach. nawet gdyby okaza³a siê najprawdziwsza i tak by nas 224 . na którego nagrobku zaskroniec dotkn¹³ mojej rêki. Nigdy nie dowiedzia³em siê wprawdzie.tkaæ niezmiernie rzadko. – Korolewski! – zabrzmia³o nazwisko Szymka. ¿e Weiser w ewakuacji zaskroñców nigdy nie korzysta³ z pomocy Piotra ani Szymka. A trzy albo cztery lata póŸniej nie by³o ich ju¿ nigdzie – ani tam. a jeœli z niej nie skorzystacie. ani w okolicy starego cmentarza. A mo¿e uzna³. na koniec na zegar œcienny i powiedzia³: – Dosyæ! – Patrzy³ w nasze twarze. – Dosyæ tego! Macie ostatni¹ szansê. ¿e zaskroñce to nie jest sprawa dla wszystkich? M-ski wyszed³ z gabinetu. dok¹d przenosi³ je w parcianym worku Weiser. w to równie¿ dzisiaj. czy wszystko zapamiêta³em jak nale¿y. najczêœciej w postaci gnij¹cych zw³ok. kim by³ pochowany w 1936 roku Horst Meller. zajmie siê wami prokurator i milicja! Zrozumieliœcie? Nie by³o ¿adnej odpowiedzi. Czy groŸba M-skiego by³a prawdziwa? W¹tpiê. jakby chcia³ z nich wyczytaæ w³asne myœli. kiedy mieliœmy iœæ do cyrku. dlaczego to robi³. – Dosyæ – powtórzy³ po d³ugiej pauzie. a wtedy. ani te¿ na polanie nazywanej kamienio³omami. tamtego dnia. ale wtedy. nie mia³em pewnoœci. – Ty pierwszy! W myœlach powtarza³em szczegó³y dotycz¹ce rzekomego pogrzebu. wokó³ których skrzêtnie uwija³y siê mrówki. Na pewno nie mia³ zami³owañ M-skiego. a gdy za Szymkiem zatrzasnê³y siê drzwi. spojrza³ najpierw na mnie. prawdopodobnie pod wp³ywem chwilowego impulsu. Pewny jestem tylko tego.

Najpierw obeszli j¹ naoko³o i pokazywali napiête. a konferansjer. Najmniejszy z nich. kopn¹³ kar³a niczym koñ i karze³. Jak d³ugo mo¿na wypytywaæ wci¹¿ o te same rzeczy? Przedstawienie w cyrku zaczê³o siê wspaniale. – To oberman – wyszepta³ Weiser do Elki. ten w œrodku mittelman. Zapowiedzia³ pierwszy numer. nie odwracaj¹c siê. tak¿e dosyæ. Wtedy spod fraka wyfrun¹³ go³¹b. Bo có¿ jeszcze mog³o nas przeraziæ? Zegar pokazywa³ pó³ do dwunastej. na jednej nodze. wyczynia³ teraz ró¿ne ewolucje: stawa³ na rêkach. – Oberman – powtórzy³a Elka. to w³aœnie oberman. a na arenê wkraczali ju¿ akrobaci. tylko najwy¿ej – szepn¹³ Piotr.nie przerazi³a. skrzecz¹c i pokrzykuj¹c. na samym szczycie. zdaje siê. – Co? – nie by³ pewien Szymek. – Ten najni¿szy nazywa siê unterman. wykonawszy ostatnie. ale na k³ótniê nie by³o czasu. po225 . a tamci mieli. za oknami krople uderza³y w ciemnoœci o blaszany parapet. Zanim jednak skoñczy³. podskakiwa³ w powietrzu i po salcie l¹dowa³ z powrotem na g³owie swojego partnera. – Wcale nie najwy¿szy. Orkiestra z³o¿ona z kilku instrumentów dêtych i ogromnego bêbna zagra³a fanfary i w tej samej chwili wbieg³ na arenê konferansjer ubrany w zielony frak i bia³¹ koszulê. potoczy³ siê za kulisy w akrobatycznych kozio³kach. Nastêpnie ustawili siê w szeregu wed³ug wzrostu i wskakiwali jeden na drugiego. ozdobion¹ na przodzie tak samo jak na rêkawach czymœ w rodzaju obfitych koronek. Huragan braw i lawina œmiechu towarzyszy³y ich znikniêciu. ale tak ¿ebyœmy te¿ s³yszeli. co teraz skacze. a ten. a¿ utworzyli piramidê wysok¹ na piêtro. bo oberman. wielkie jak po³ówki dyni miêœnie. najwy¿szy i najwa¿niejszy. podszed³ do niego od ty³u pomarszczony karze³ w czapeczce krasnala i poci¹gn¹³ go za po³ê fraka.

Przy wejœciu za kulisy czeka³ na niego karze³ z przeci¹gniêt¹ lin¹ – to mia³ byæ rodzaj pu³apki zastawionej na konferansjera. Po koñskich pióropuszach. ale kiedy ten potr¹ci³ linê. jakby mia³ pe³no w spodniach. tyle ¿e czarny. Szymek. który siedzia³ do tej pory nieruchomo. którego nazwa³ iluzjonist¹. ciekawi. widownia wy³a i szala³a z uciechy. podsuwali sobie nogami to coœ jak niechcian¹ pi³kê. – Najbardziej na rêce i rêkawy. Tylko Weiser siê nie œmia³. Wtedy spod wybrzuszonej nieco po³y fraka. tym bardziej ¿e konferansjer odchodzi³ koœlawym krokiem. który podskakiwa³ teraz jak ¿aba w œlad za znikaj¹cym konferansjerem. jakby zupe³nie go to nie obchodzi³o. Mê¿czyzna w zielonym fraku znów wkroczy³ na arenê. zatykaj¹c nosy. zapowiadaj¹c paradê koni i pokaz wolty¿erki. – Patrz uwa¿nie – przypomina³ Piotr. Magik ubrany by³ jak konferansjer we frak. lewadzie i ruladzie.dwójne salto. jego g³owê okrywa³ oczywiœcie cylinder. wydoby³ zza pazuchy lornetkê. Nagle konferansjer z³apa³ siê za brzuch. co wymyœli tym razem. okropnie skrzywi³ twarz i muzyk z orkiestry wydoby³ z puzonu odg³os pierdniêcia. czego nikt wczeœniej nie zauwa¿y³. wypad³ przy uderzeniu werbla skulony w k³êbek gnom. wyl¹dowa³ na piasku obok untermana. Wszyscy skrêcali siê ze œmiechu. zielony frak zapowiada³ magika. a ci. gdy zaœ konferansjer wezwa³ klownów do posprz¹tania. a tak¿e po wystêpach pary akrobatów ubranych w obcis³e kostiumy. mittelman zeskoczy³ zaraz po nim i teraz ca³a trójka k³ania³a siê na wszystkie strony. wywróci³ siê liliput. barwnych skarpetkach. Najpierw asystentka poda³a 226 . na nogach mia³ wyglansowane jak lustro czarne lakierki i wszystkie sztuczki wykonywa³ w bia³ych rêkawiczkach. a wszyscy szukali wzrokiem œmiesznego kar³a.

daj trochê popatrzeæ Ale Szymek nerwowo regulowa³ pokrêt³a i nie odzywa³ siê w ogóle.mu parasolkê. Przy akompaniamencie werbla i talerzy kobieta unios³a chustkê. – Widzisz coœ? Widzisz. Potem pochyli³ siê. w dodatku ca³a z³ota. przekrzykuj¹c ha³as. – Teraz uwa¿aj! Z cylindra magik wyci¹gn¹³ d³ugi na kilka metrów rz¹d kolorowych chustek. Dwukrotnym poruszeniem r¹k uczyni³ teraz z wêdki krótk¹ magiczn¹ pa³eczkê i dotkn¹³ jej koñcem przykrytego akwarium. ryby nie lubi¹ ha³asu. ¿y³k¹ i haczykiem na koñcu. jak on to zrobi³? – tr¹ca³ Szymka w bok. – Teraz! – gor¹czkowo wyszepta³ Piotr. nastêpnie wstrz¹sn¹³ nimi. Zamiast rybek i szklanego naczynia z wod¹ na stoliku siedzia³ bia³y królik nieporadnie strzyg¹cy uszami. – No. ¿e ¿yje i p³ywa jak zwyk³a rybka w normalnym akwarium. na haczyku zjawia³a siê kolejna rybka. Magik przy³o¿y³ palec do ust i nakaza³ absolutn¹ ciszê – wiadomo. Rybka powêdrowa³a do akwarium ustawionego przez asystentkê na stoliku. Magik od³o¿y³ wêdkê i zdj¹³ cylinder. jak gdyby nad wod¹. – Nic nie rozumiem – powiedzia³ Szymek. Siedzia³ wyprostowany. ze wzro227 . równie ¿ywa i równie ochoczo p³ywaj¹ca w akwarium. ale on zdawa³ siê nie reagowaæ na podniecenie Szymka i Piotra. zaci¹³ i na haczyku pojawi³a siê ¿ywa. Widaæ by³o. jakby z powietrza. – Nie da siê nic podpatrzyæ! Spojrza³em na Weisera. tak ¿e zrobi³a siê z tego jedna wielka chusta. wyraŸnie przestraszony burz¹ oklasków. migocz¹ca rybka. W okamgnieniu z parasolki zrobi³a siê d³uga wêdka z najprawdziwszym ko³owrotkiem. Magik powtórzy³ zaciêcie i wybranie kilka razy i zawsze by³o tak samo – nie wiadomo sk¹d. Piotr nie wytrzyma³. i szybkim ruchem nakry³ ni¹ akwarium ze z³otymi rybkami.

Weiser patrzy³ na to wszystko bardzo spokojnie. brawo bi³ s³abo i bez entuzjazmu. a na arenie b³aznowali dwaj klowni. jakby ca³e to przedstawienie nudzi³o go trochê i jakby siedzia³ tu bardziej przez grzecznoœæ ni¿ z prawdziwego zainteresowania.kiem utkwionym w nieokreœlony punkt areny. bij¹c po twarzy i oblewaj¹c kub³ami wody. widz¹c jego skupion¹ twarz i dystans. Chodzi oczywiœcie o wypadek podczas tresury lwów. mimo i¿ zna³ siê na wszystkich szczegó³ach cyrkowego rzemios³a. Tak samo by³o przy paradzie s³oni. a tak¿e o to. W czasie przerwy Elka i Piotr poszli do bufetu po oran¿adê. akrobatach z obrêczami. kopi¹c siê w siedzenia. Piotr. Bo od przerwy przy ka¿dym numerze obserwowa³em go dok³adnie. wystêpowaæ w jakimœ wspania³ym stroju. Pomyœla³em wówczas. ¿e Weiser wola³by pewnie byæ tam na arenie. d³onie i palce. a ja siedzia³em obok niego i nie bardzo œmia³em pytaæ o cokolwiek. dystans przekonania: „ja bym to lepiej zrobi³”. a ju¿ najmniej zachwyca³y go wyg³upy kar³a i zielonego fraka w antraktach pomiêdzy numerami. ¿e chce zostaæ cyrkowym artyst¹. gdy doszed³em do tego momentu w historii o nim – dzisiaj wyznaæ muszê co innego. a mo¿e i Elka wierzy³em. tak jak tamci. widzia³em jego twarz. k³aniaæ siê publicznoœci i zbieraæ. oklaski za dobrze wykonany numer. Tak myœla³em wówczas i jeszcze d³ugo potem. Tak pomyœla³em. gdy tak jak Szymek. znanego wszystkim nierozpoznanym artystom. wymieniaj¹c uk³ony albo zdawkowe „przepraszam”. jak on siê wtedy zachowa³. zw³aszcza maj¹c w pamiêci wydarzenie. które zasz³o w drugiej czêœci cyrkowych wystêpów. które dzisiaj mówi¹ mi co innego ni¿ wtedy. 228 . celebrowany i a¿ nadto widoczny. lecz dzisiaj. Orkiestra jak natchniona gra³a przez ca³y czas marsze i walczyki. po³ykaczu ognia. ludzie przechodzili pomiêdzy ³awkami.

– Na miejsce! I lwica zwinnym ruchem usiad³a na swoim miejscu. krêc¹c siê poœrodku areny. 229 . podskakiwali z uciechy i g³oœno komentowali wystêpy. Zaraz za nimi pojawi³ siê dompter w wysokich butach i bia³ej koszuli ze stójk¹. oci¹gaj¹c siê. lwica i czarna pantera. który tym razem wyczarowa³ z powietrza najró¿niejsze przedmioty: szklankê z mlekiem. trochê niezdecydowane. królika. jak¹ widzieliœmy w oliwskim zoo. Teraz przysz³a kolej na czarn¹ panterê – Sylwia! Na miejsce! I pantera. wskoczy³y na okr¹g³e zydle. go³êbie. tylko bia³e z frêdzlami na cholewce. co maj¹ robiæ. Jego asystentka i – jak zapowiedzia³ zielony frak – ¿ona w jednej osobie mia³a obcis³y kostium naszyty cekinami i równie¿ wysokie buty.psiej koszykówce. Dopiero gdy na zakoñczenie przedstawienia zielony frak zapowiedzia³ najwiêksz¹ atrakcjê wieczoru – tresurê dzikich zwierz¹t – Weiser poprawi³ siê na ³awce. Mê¿czyzna obrzuci³ gromadê czujnym spojrzeniem. Do klatki okalaj¹cej arenê wbieg³y okratowanym tunelem dwa lwy. by na zakoñczenie otworzyæ trunek i poczêstowaæ nim asystentkê na oczach zachwyconej publicznoœci. tak samo jak lwy. œledz¹cej lot korka przemienionego niespodziewanie w go³êbia. podczas gdy wszyscy wyci¹gali szyje. – Helga! – to by³o do lwicy. jednym susem znalaz³a siê na wyznaczonym krzese³ku. Zwierzêta mru¿y³y oczy. wystêpie na trapezie i drugim pokazie magika. taka sama. jeszcze bardziej wyprostowa³ i splót³ palce obu d³oni na kolanie w niecierpliwym oczekiwaniu. piszcz¹cy balonik. nieco krótszy od bicza dla koni. – Herman! Brutus! – krzykn¹³ dompter. – Na miejsca! I lwy. ogromny bukiet kwiatów. W rêkach trzyma³ bicz. a z cylindra wy³uska³ butelkê szampana i dwa kieliszki. Weiser nie poruszy³ siê ani razu.

230 . – Helga! Sylwia! Stójka! Obie kocice wykona³y równoczeœnie to samo polecenie i ca³a czwórka sta³a teraz na dwóch ³apach. Helga wykona³a polecenie. Pantera zaœ. podpieraj¹c siê zadami. wspomaganym uderzeniem bicza. hop! I Herman skoczy³ ze swojego zydla na ten drugi. który zbli¿y³ siê do Sylwii i pog³adzi³ jej pysk zwisaj¹cym koñcem bicza. – Grzeczna Sylwia – powtórzy³.– Herman! Brutus! Stójka! I lwy unios³y siê na tylnych ³apach. I Brutus wykona³ to samo co poprzednik. prezentuj¹c piersi. na co pantera unios³a lekko ³eb i zamrucza³a g³êbokim charkotem. zupe³nie jak pies. Oklaski zabrzmia³y spontanicznie. skoro tylko zwolni³ siê zydel zajmowany przed chwil¹ przez lwicê. hop! – zabrzmia³a nastêpna komenda. nie czekaj¹c komendy przeskoczy³a sama. który prosi o kawa³ek kie³basy. lekko strzeli³ z bicza i kiedy asystentka przygotowa³a jeszcze jedno puste siedzenie. hop! – zabrzmia³o powtórnie. To równie¿ spodoba³o siê widowni: ta delikatna pieszczota – i nagrodzono to now¹ fal¹ oklasków. Treser uk³oni³ siê publicznoœci i na ten gest zabrzmia³y oklaski. a zwierzêta powróci³y do poprzedniej pozycji. ale dopiero po trzecim rozkazie. g³adz¹c jej wybuja³e w¹sy. hop! – krzykn¹³ treser. krzykn¹³: – Herman. Kobieta przygotowa³a du¿¹ pi³kê ze skóry. niezajêty. bez uk³onu tresera. Dompter zbli¿y³ siê do nich. ale nie wiedzieæ czemu Helga oci¹ga³a siê wyraŸnie i nie mia³a ochoty skakaæ. – Helga. – Brutus. – Helga. – Dobra Sylwia – powiedzia³ g³oœno. zajmuj¹c opuszczony przez niego zydel.

a nastêpnie Helga. Gdy jednak spojrza³em na Weisera. Bêbni³ tylko palcami o kolano. Zwierzêta przeskakiwa³y przez œrodek ognistego ko³a i l¹dowa³y teraz na swoich zydlach. Po ³awkach przeszed³ szmer podniecenia. Kobieta zrobi³a dwa. oczekuj¹ca na swoj¹ kolej przy prêtach klatki. zostawiaj¹c pi³kê na przeciwleg³ym krañcu areny. czego nikt nie móg³ siê spodziewaæ. przesuwa³a obrêcz w odpowiednim kierunku. dompter uk³oni³ siê i zebra³ porcjê oklasków. mo¿e trzy kroki i potknê³a siê o zag³êbienie w piasku. – Sylwia. Mia³a to byæ huœtawka z deseczk¹. hop! I Herman wskoczy³ na pi³kê. ¿e nie uderza d³oni¹ o d³oñ. przebieraj¹c ³apami. na której kostiumie cekiny jarzy³y siê dziesi¹tkami odbiæ. po czym wróci³ na swoje miejsce. Asystentka zgasi³a p³omienie szybkim poruszeniem obrêczy i odwracaj¹c siê ty³em do zwierz¹t. – Helga. hop! – i obie kocice znalaz³y siê razem z lwami. Numer powtórzono w odwrotn¹ stronê. Asystentka przynios³a teraz obrêcz oblepion¹ czymœ. Wystarczy³o to panterze na 231 . – Brutus. – Herman. znów nieprzynaglana rozkazem. To samo wykona³ Brutus. Wtedy sta³o siê to. i zapali³a to potarciem zapa³ki. Lew da³ wspania³ego susa przez p³on¹c¹ obrêcz i stan¹³ po drugiej stronie areny naprzeciwko zydli. ruszy³a po nastêpny rekwizyt. zobaczy³em. œmiesznie kiwaj¹c ³bem. a kobieta. Brawa by³y jeszcze silniejsze. pantera zaœ. potoczy³ j¹ kilka metrów. co wygl¹da³o na papierow¹ masê. hop! – znów strzeli³ bicz i d³ugi skok w wykonaniu kota zachwyci³ publicznoœæ. Znów ca³a czwórka siedzia³a na taboretach.– Herman. hop! – to samo. hop! – krzykn¹³ dompter i strzeli³ w powietrzu z bicza. dokoñczy³a numer.

zmusi do uleg³oœci. ale dompter wstrzyma³ ich ruchem d³oni. szarpnê³a cia³em kobiety gdzieœ na wysokoœci ³opatki. niech j¹ poskromi. uderzaj¹c przedni¹ ³ap¹ w jej g³owê. Dompter da³ znak orkiestrze. g³êboki pomruk. niech zrobi to. co potrafi. Weiser siedzia³ wyprostowany. klap” i krótki gard³owy okrzyk kobiety. Brutus przest¹pi³ z nogi na nogê. zdzieraj¹c kostium pazurami. a Sylwia parsknê³a gniewnie i uderzy³a swoj¹ pani¹ w okolice krzy¿a. Lwy poruszy³y siê niespokojnie na taboretach. Zabrzmia³o to niesamowicie – podwójne: „klap. Herman zeskoczy³ z taboretu i podniós³ ³eb. a z obna¿onego poœladka czerwonymi bruzdami pop³ynê³a krew. zgniecie jej bunt. Na pó³ tonu muzycy zagrali zejœcie z areny. Na piasek spad³y lœni¹ce cekiny. wszyscy zamarli w g³uchym. myœla³em. bo w³aœnie w tej samej chwili kobieta poruszy³a siê. – Sylwia! – dompter zrobi³ krok w jej kierunku. niech spojrzy jej w oczy tak samo jak wtedy w zoo. a póŸniej absolutna cisza. na miejsce! Ale pantera zamiast odwróciæ siê w stronê zydli. zanim bêdzie za póŸno”. to moje!”. zamieni w zalêk³ego psa. jakby szanta¿owa³a tresera. czarna kocica. „niech on tam zejdzie. ma³ego ratlerka. Zza kulis wyszli dwaj pomocnicy z gaœnic¹. Lwy poruszy³y siê niespokojnie. 232 . têpym oczekiwaniu. mówi¹c: „nie rusz. – Sylwia. niech j¹ skruszy jak tamt¹. g³owê mia³ nieruchom¹ i tylko palce tak samo jak wczeœniej bêbni³y o kolano.b³yskawiczny skok w jej kierunku i na arenê upad³y prawie równoczeœnie – najpierw ¿ona domptera. bo przecie¿ potrafi. a za ni¹. niech poka¿e. a Helga wyda³a d³ugi. „Chryste”. Ktoœ z górnych ³awek zaszlocha³. lecz zaraz go uciszono. czuj¹c w powietrzu podniecaj¹cy zapach. Nikt z publicznoœci nie poruszy³ siê nawet z miejsca.

– Herman! Brutus! Helga! Raz tu! Raz tu! – powtórzy³ treser. Palce Weisera bêbni³y dalej o kolano. zmuœ go tylko. popchnij go tylko. sta³ jak zahipnotyzowany i coraz ciszej przemawia³ do Sylwii tymi samymi s³owami: – Na miejsce! Dobra Sylwia. z jej gard³a dobieg³ g³êboki pomruk i ostrzegawczo podnios³a ³apê do uderzenia. œwiadoma swej przewagi. Nie móg³ posun¹æ siê do przodu ani do ty³u. on umie to doskonale. podesz³y do tunelu. myœla³em. Ale Weiser siedzia³ nieporuszony z g³ow¹ jak pos¹g. nienaturalnie d³ugie. Dlaczego siê nie poruszy³. kiedy na piasku czerwona ka³u¿a stawa³a siê coraz wiêksza. a ja po raz pierwszy by³em na niego wœciek³y i gdyby nie groza sytuacji. zacharcza³a ostrzegawczo. Jej oczy œledzi³y ka¿dy ruch mê¿czyzny. która przednimi ³apami spoczywa³a na nieruchomym ciele kobiety. Dompter by³ bezradny. jak przy pokazach wolty¿erki albo wyg³upach klownów? „Chryste”. a¿ wreszcie pomocnik spuœci³ za nimi zastawkê. raz! – i wolno. na miejsce Sylwia! Ale pantera. z twarz¹ jak pos¹g. – Sylwia – zrobi³ krok do przodu. dlaczego nie zbieg³ na dó³. ¿eby siê ruszy³. bij¹c niespokojnie ogonem raz w lewo. wybija³y wci¹¿ ten sam rytm na trzy czwarte. dlaczego siedzia³ spokojnie. acz niechêtnie. – Na miejsce! Sylwia jednak nie zamierza³a rezygnowaæ ze zdobyczy. resztê zrobi sam. „zrób coœ. – Sylwia – mówi³ nieco ciszej. dlaczego nie pokaza³ swoich umiejêtnoœci teraz. Teraz dompter zosta³ sam na sam z panter¹. – Raz tu! Raz tu! – Lwy. na miejsce! – I by³o to jeszcze straszniejsze ni¿ prawdopodobny skok pantery w jego stronê. wrzeszcza³bym na niego i ok³ada³ piêœciami. 233 . zmuœ”. raz w prawo. z nogami jak pos¹g i tylko palce. – Dobra Sylwia. wychodzi³y przez otwór. – Raz. jakby ospa³e.

grube ³apy zosta³y jeszcze przez sekundê na miejscu i pewnie dlatego. kiedy porzuca³a swoj¹ zdobycz. I to by³ koniec przedstawienia. Wygl¹da³o na to. zanim charkocz¹c i bij¹c ³ap¹ niewidzialnego przeciwnika. okr¹¿a³ klatkê po zewnêtrznej stronie bandy z gaœnic¹ pod pach¹. albo nie chcia³ pomóc. Mê¿czyzna z gaœnic¹ przyklêkn¹³. drugi wysun¹³ siê zza kulis z wiatrówk¹ przygotowan¹ do strza³u i obaj. tak aby nie zwracaæ na siebie uwagi. Brakowa³o mu tylko szmaragdowego szkie³ka. któr¹ powlekli nastêpnie do drugiego wyjœcia. ¯a³owa³em piêknej pani i jej œlicznego kostiumu z cekinami. czaili siê do ataku. nie wcisn¹³ siê przez w¹ski otwór i nie stan¹³ oko w oko z czarn¹ panter¹. ¿e w gaœnicy jest odurzaj¹cy p³yn. mo¿e dwa po piasku. ale ³apy. Trafiona kapsu³¹ z wiatrówki podrygiwa³a jeszcze przez moment w epileptycznym tañcu. ale jeszcze bardziej roz¿alony by³em na Weisera. Bo jedno wiedzia³em: albo nie potrafi³ wszystkiego.Jeden z pomocników wolno. Wygl¹dali jak mali ch³opcy. Nie wiedzia³em wówczas. Pantera podskoczy³a. Dompter by³ ju¿ przy swojej ¿onie. z³o¿y³ siê jak do strza³u i puœci³ w sam pysk zwierzêcia potê¿ny strumieñ. ¿e jednak nie chcia³ pomóc. a¿ wreszcie pad³a na arenê. i to by³o okropne. powlok³a j¹ metr. choæ nie by³ to ruch zdecydowany. Nie zbieg³ na dó³. a wiatrówka strzela kapsu³ami z narkotykiem. Trzech pomocników wrzuci³o panterê na brezentow¹ p³achtê. chwyci³ j¹ na rêce i niós³ za kulisy. P³aka³em. a nastêpnie z radoœci. Zaskoczona publicznoœæ nie oszala³a ze zgrozy. schroni³a siê przy bandzie. kiedy ch³opiec podszed³ na wyci¹gniêcie rêki do drapie¿nika i poskromi³ go spojrze234 . Ciœnienie odrzuci³o jej g³owê do ty³u. id¹cy z drewnianym mieczem i proc¹ na afrykañskiego bawo³u – œmiesznie i nieporadnie. Pantera tr¹ci³a kobietê. coraz bli¿ej pantery.

Niech wiêc zostanie. Wielkie nag³ówki w gazetach i jeszcze wiêksze t³umy na widowni. Ale us³yszeliœmy tylko tyle. wykraczaj¹c¹ nawet poza nasze miasto i ca³y kraj. ¿e nie musi nic robiæ dla ¿ony domptera ubranej w obcis³y kostium. uznanie. Nie. ¿e jeszcze nie wiadomo. ale z braku gotówki i jakichkolwiek atrakcji trzeba by³o wracaæ do domu. kto lewituje i strzela do kanclerza III Rzeszy. ¿e wszystko w tej historii wydaje siê nielogiczne. A dla kogo zrobi³by coœ takiego? Mo¿e dla Elki. bo Weiser nigdy przecie¿ nie pragn¹³ zostaæ cyrkowym artyst¹. A on odrzuci³ to wszystko i tylko bêbni³ palcami w kolano raz-dwa-trzy. raz-dwa-trzy. Dzisiaj wiem. a dalej podró¿e. a mo¿e cyrk sprzeda j¹ do ogrodu zoologicznego. co dzieje siê z panter¹. Jeœli go nie skreœlam. Wiedeñ i Pary¿. mia³by z tego ogromne korzyœci: s³awê. ¿e kobieta jest w szpitalu. ¿e by³o inaczej. wystêpy i jeszcze wiêksz¹ s³awê. bo Weiser uzna³. co z ni¹ zrobi¹. Pani z kasy powiedzia³a. Ciekawi³o nas równie¿ bardzo. który nie potrzebuje bicza ani tresury. raz-dwa-trzy. To zdanie jest nielogiczne. nic siê takiego nie sta³o. a dla któregoœ z nas? Gdyby zrobi³. silniejszym ni¿ wszystkie pociski i strumienie razem wziête. Ktoœ. Nastêpnego dnia pojechaliœmy oczywiœcie pod namiot cyrkowy dowiedzieæ siê. czy ¿ona domptera ¿yje. Berlin i Moskwa – wszystkie u stóp jedenastoletniego pogromcy zwierz¹t. co do niego nale¿a³o. Kiedy mijaliœmy s³up og³oszeniowy na naszej 235 . mo¿e za kilka dni wyst¹pi znowu. a mo¿e nawet natychmiastowe przyjêcie do cyrku. oprócz wyratowania asystentki. nie mo¿e wystêpowaæ w cyrku. obszyty cekinami. Potem przez dwie godziny w³óczyliœmy siê po Starym Mieœcie. myœla³em.niem. to dlatego. Nie. a numer z tresur¹ dzikich zwierz¹t bêdzie odbywa³ siê bez udzia³u czarnej pantery.

Ale z nim nie mo¿na by³o dyskutowaæ. to ostatecznie.ulicy. Kiedy siedzia³em w domu z ropiej¹c¹ nog¹. – Masz jakieœ pomys³y? – Dzisiaj nie mam czasu – Weiser wygl¹da³ na zaskoczonego. rzuci³ jak rozkaz: – Do krypty. zobaczy³em Weisera id¹cego w naszym kierunku z parcianym workiem pod pach¹. traw¹ i pokrzywami. obroœniête perzem. Kiedy mijaliœmy nagrobek Horsta Mellera. a ja me³³em w ustach d³ug¹ trawê z kit¹ na koñcu. Weiser – jak dowiedzia³em siê teraz od Piotra – dwa razy odmówi³ im po¿yczenia zdezelowanej parabelki. choæ propozycja ta nie wzbudzi³a w nikim entuzjazmu. kopa³o pi³kê ze dwudziestu wojskowych i nie by³o czego tam szukaæ. a o schmeiserze nie chcia³ nawet rozmawiaæ. gdy chocia¿ raz trzyma³o siê w rêku prawdziw¹ broñ – to ju¿ nie by³o to. ju¿ cmentarzem. – PrzyjdŸcie jutro do dolinki za strzelnic¹. Elki nie by³o w pobli¿u. Uganiaæ siê z patykiem i krzyczeæ „ta-ta-ta-tach”. których pe³no le¿a³o na drodze. Po po³udniu ruszyliœmy wiêc przez Bukow¹ Górkê na cmentarz. Od tej strony wszystkie nagrobki by³y porozbijane. wygl¹da³y jak stercz¹ce maszty zatopionych okrêtów. Zamiast do domu poszliœmy prosto a¿ do pruskich koszar. ¿eby zajrzeæ do krypty i rozegraæ mo¿e grê wojenn¹. by przenieœæ je w okolice cmentarza albo na kamienio³omy. najprzytomniejszy. – Co robimy dzisiaj? – zapyta³ go Szymek. w tumanach gryz¹cego kurzu. jeœli odmówi³. bêdzie wybuch. Szymek kopa³ sosnowe szyszki. Wraca³ z lasu i na pewno znowu ³apa³ zaskroñce. a zardzewia³e krzy¿e. Mieliœmy ju¿ za sob¹ wzniesienie i zza zakrêtu opadaj¹cej ³agodnie drogi wy³oni³ siê skraj cmentarza. ale na murawie. bo znów bêd¹ go œcigaæ! 236 . id¹c dalej w dó³. a Szymek. – ¯ó³toskrzyd³y! – krzyknêliœmy prawie równoczeœnie. gwa³townie zahucza³y dzwony.

w ka¿dym razie zamiast czmychn¹æ w g³¹b krypty. co dzieje siê ko³o dzwonnicy. Ale biegliœmy. szpadlami. ¿e dolinka nie jest ju¿ t¹ sam¹ dolink¹. podczas których echo dzwonów odbija³o siê o œciany lasu. Nawet stoj¹c na krypcie. a mo¿e siê przestraszy³. – Na pewno go goni¹! I rzeczywiœcie. gdzie koñczy³ siê cmentarz i zaczyna³a dolina z pierwszymi ogródkami dzia³kowymi. po chwili poœród trzasku ³amanych badyli i szelestu odchylanych ga³êzi ujrzeliœmy ¯ó³toskrzyd³ego pomykaj¹cego w naszym kierunku. œcigany przez koœcielnego kuternogê i jakiegoœ mê¿czyznê.To nie by³ najlepszy pomys³. 237 . Minê³y mo¿e trzy minuty. który uciek³ od czubków i ukrywa³ siê gdzieœ w okolicy. a nie wariata. nie mo¿na by³o dostrzec. Jednego tylko nie przewidzia³. ogl¹daj¹c siê za siebie. jak biegnie. grabiami. umyka³ dalej. a kuropatwy œmiga³y spod nóg jak skrzydlate pociski. – Ju¿ ktoœ tam jest – wyszepta³ Piotr. ¿eby u³atwiæ mu ucieczkê. Trawa pochyla³a przed nim swoje ŸdŸb³a. Zapamiêta³ kryptê. gdy jednak zbli¿y³ siê na odleg³oœæ kilku kroków i zobaczy³ trzy uwa¿nie spogl¹daj¹ce twarze. ¿eby zagrodziæ mu przejœcie i schwytaæ go w sieæ z plugaw¹ satysfakcj¹ w oku. gdzie w s³oneczne dni cicho przemyka³y zaskroñce. gdzie nie odnalaz³by go nawet oddzia³ milicji i sanitariuszy. gdzie ros³y wysokie do kolan trawy. da³ drapaka dalej. ale faceci z motykami. który nie by³ proboszczem i którego nigdy do tej pory nie widzieliœmy. a krzaki rozchyla³y siê same. i nasta³a cisza. jakby to nas œcigano. kêpy dzikich ostów. rozerwa³ go rêkami i umyka³ dalej. Przewróci³ siê na pierwszym drucie kolczastym. wsta³. faceci z deseczkami i pêdzlami w d³oniach ju¿ zobaczyli go. w stronê nasypu. nie wiedzia³ albo po prostu zapomnia³. ¿arnowca. Mo¿e nie pozna³ nas zaabsorbowany ucieczk¹. Fontanny piasku tryska³y spod stóp ¯ó³toskrzyd³ego. ju¿ wyczuli psimi nosami radosn¹ muzykê swoich serc i namiêtnoœci i ju¿ ruszali.

– Niech ktoœ leci do telefonu na plebaniê! – krzykn¹³ koœcielny. co robiæ dalej. Wreszcie ¯ó³toskrzyd³emu uda³o siê odskoczyæ. by³by uratowany. prosto na koœcielnego. jednemu wytr¹ci³ kij. W tej samej chwili dwaj odwa¿niejsi dzia³kowcy zbli¿yli siê do ¯ó³toskrzyd³ego. Mê¿czyzna zd¹¿y³ wskoczyæ mu na kark i przez chwilê szamotali siê jak wœciek³e psy. co bêdzie dalej. Rzuci³ siê na nich b³yskawicznym skokiem. niepewni. tak – potwierdzi³ drugi – nic ci nie bêdzie. ten sam. trzymanym obur¹cz. – Trzeba zadzwoniæ po milicjê albo do szpitala! Grubas. trzeba przyznaæ. 238 .Pobiegliœmy œladem koœcielnego i mê¿czyzny. Towarzysz¹cy koœcielnemu mê¿czyzna. Znów bieg³. ¿eby zobaczyæ. gdy nieœliœmy zaskroñce. zatrzyma³ siê na chwilê i ruszy³ z powrotem. a ¯ó³toskrzyd³y sta³ teraz jak samuraj poœród otaczaj¹cych go wrogów i z uniesionym kijem. ¯ó³toskrzyd³y ujrza³ nadbiegaj¹ce postacie. I wtedy zobaczyliœmy ¯ó³toskrzyd³ego w zupe³nie nowej postaci. stan¹³ poœrodku opasaj¹cego koliska. ale sta³o siê inaczej. Gdyby zerwa³ siê wtedy od razu i pogna³ w naszym kierunku. Podnosi³ siê powoli. g³owê pochyli³ lekko do przodu niczym zapaœnik i czeka³ na tamtych nieruchomo. bardzo fachowo wyci¹gn¹³ przed siebie nogê w odpowiednim momencie i ¯ó³toskrzyd³y run¹³ jak d³ugi prosto pod stopy koœcielnego. od³o¿y³ motykê i ruszy³ w stronê cmentarza. a drugiego powali³ ciosem ³okcia w brzuch. Nie ucieka³ ju¿. – Tak. Obaj wycofali siê spiesznie. wygl¹da³ wznioœle i wspaniale. – Spokojnie – przemawia³ pierwszy – nic ci nie bêdzie. lecz ponownie w z³ym kierunku – dzia³kowcy zd¹¿yli ustawiæ siê w szeroki pó³ksiê¿yc i zaciskali teraz kleszcze ob³awy. jak dasz siê zaprowadziæ! Ale ¯ó³toskrzyd³y mia³ na ten temat odmienne zdanie. Zatrzymali siê. który zaczepi³ mnie i Weisera.

– To niebezpieczny wariat – powiedzia³ któryœ z mê¿czyzn. – Poczekajmy, a¿ przyjedzie milicja. – Ma³o nas – oburzy³ siê ktoœ inny – na jednego czubka? Wówczas ujrzeliœmy najpiêkniejsz¹ czêœæ widowiska, bo wszystko to by³o przecie¿ jak widowisko: ci doroœli mê¿czyŸni w wieku naszych ojców z motykami i grabiami, a poœrodku ¯ó³toskrzyd³y niczym bohater legendy czy opowieœci. Mê¿czyŸni podchodzili coraz bli¿ej, a ¯ó³toskrzyd³y stan¹³ w rozkroku. – On musia³ byæ kiedyœ szermierzem – stwierdzi³ Szymek, podnosz¹c g³owê. – O, popatrzcie! Tak, ¯ó³toskrzyd³y umia³ nie tylko groziæ spaleniem Ziemi i obywateli jej; w walce na kije by³ od swych przeciwników o kilka klas lepszy. Podskakiwa³, obraca³ siê we wszystkie strony, b³yskawicznie parowa³ ciosy i sam je zadawa³, zawsze celnie. Trzask ³amanych trzonków i okrzyki napastników miesza³y siê ze sob¹. W pewnej chwili wygl¹da³o na to, ¿e ju¿ go maj¹, ¿e ju¿ go nakryli swoimi narzêdziami do uprawy roli, ale by³o to tylko z³udzenie. Wycofywali siê z podbitymi oczami, pot³uczeni i obszarpani, ¯ó³toskrzyd³y zaœ sta³ poœrodku i tryumfowa³. Dzia³kowcy zacisnêli ko³o i naradzali siê przez chwilê. Potem ruszyli znów, jeszcze szybciej, lecz skoñczy³o siê jak poprzednim razem: nie dostali go i wyszli ze starcia poturbowani i obt³uczeni. Nagle w stronê zwyciêzcy poszybowa³ kamieñ. Potem drugi. Potem trzeci. ¯ó³toskrzyd³y uchyla³ siê zwinnie, a niektóre pociski zbija³ kijem, ale by³o ich coraz wiêcej i pada³y coraz szybciej ze wszystkich stron. Najpierw oberwa³ w szyjê. Drugie trafienie z pewnoœci¹ go zabola³o – dosta³ w przegub d³oni i przez chwilê musia³ trzymaæ kij tylko w jednej rêce. A potem r¹bnêli go w g³owê, jeszcze raz w szyjê i jeszcze raz w g³owê. Dalej trudno ju¿ by³o dojrzeæ, bo kamienie pada³y jak grad i tamci przybli¿ali siê coraz bardziej, a¿ wreszcie doszli go, choæ broni³ siê jeszcze,
239

i teraz widzieliœmy tylko podnosz¹ce siê i opadaj¹ce kije i wykrzywione twarze z wyszczerzonymi zêbami. Ile mog³o up³yn¹æ czasu, zanim od strony rêbiechowskiej szosy zawy³a syrena? Pamiêtam tylko, ¿e przez ca³y ten d³ugi jak wiecznoœæ czas kije, trzonki od ³opat i motyk wznosi³y siê i opada³y, pamiêtam te¿, ¿e kiedy karetka pogotowia ze szpitalnym krzy¿em na drzwiczkach zabuksowa³a w piasku kolejowego nasypu, po którym nie jeŸdzi³ ¿aden poci¹g, ¿e kiedy wyskakiwali z niej sanitariusze w bia³ych kitlach – ja bieg³em ju¿ na cmentarz œcigany okrzykami Szymka i Piotra, bieg³em do drewnianej dzwonnicy, odwi¹zywa³em sznur zatkniêty rêk¹ koœcielnego za poczernia³¹ belkê i ci¹gn¹³em go z ca³ych si³ w nogach i d³oniach, ci¹gn¹³em, podskakuj¹c i znów staj¹c na ziemi, ci¹gn¹³em jak szalony, bo w³aœnie wtedy poczu³em siê po raz pierwszy w ¿yciu szalony, ci¹gn¹³em go i p³aka³em, p³aka³em i ci¹gn¹³em, i znowu p³aka³em, a¿ dopadli mnie Szymek i Piotr i si³¹ oderwali od tego sznura, bo ju¿ prawie do niego przyros³em, oderwali mnie i powlekli do lasu na Bukowej Górce. Pamiêtam te¿, ¿e nie odezwa³em siê do nich ani s³owem i pojecha³em sam na pla¿ê w Jelitkowie. Siedzia³em tam do zmroku nad brudn¹ i cuchn¹c¹ wod¹ zatoki. Po pla¿y snuli siê pojedynczo bezrobotni rybacy i d³ugimi tykami sprawdzali stan rybnej zupy przy brzegu. Latarnia w BrzeŸnie obraca³a siê ju¿ dooko³a, a statki na redzie zapala³y œwiat³a pozycyjne. Daleko od strony Sopotu ktoœ rozpali³ na piasku ognisko. Nawet gdyby podszed³ do mnie Weiser, nawet gdyby on sam poprosi³ mnie o cokolwiek, by³bym niemow¹. Szymek wyszed³ z gabinetu dyrektora. Mrugn¹³ okiem. Znaczy³o to: „w porz¹dku, mówi³em, jak ustaliliœmy”. Us³ysza³em swoje nazwisko. Zobaczy³em, ¿e mê¿czyzna w mundurze ma zapiête wszystkie guziki, a dyrektor poprawi³ krawat, który
240

EMIL KRESAK Buki, Oliwa 1953

teraz nie przypomina³ ju¿ kokardy jakobiñskiej ani wy¿êtej szmaty, ani szalika z ok³adem na gard³o, tylko zwyczajny krawat, kupiony w Domu Towarowym w centrum Wrzeszcza. – No jak? – zapyta³ M-ski. – Przypomnieliœmy sobie co nieco? Czy wolimy rozmawiaæ z panem prokuratorem w areszcie? – zakoñczy³ g³oœno. – Tak, proszê pana. – No, mów – mundurowy zrobi³ d³oni¹ gest rezygnacji – mów, co wiesz. – Wszystko mam od pocz¹tku opowiadaæ? – Nie – wtr¹ci³ dyrektor – masz powiedzieæ, jak by³o z t¹ sukienk¹ Wiœniewskiej. – Ale to nie by³a sukienka, proszê pana, to by³ tylko kawa³ek. – Dobrze, kawa³ek. No wiêc, gdzieœcie go znaleŸli po wybuchu? – Tam, proszê pana, jest taki stary d¹b, tam ¿eœmy go znaleŸli. Mundurowy przysun¹³ mi mapê. – Gdzie? – O tutaj, tutaj jest ten d¹b i tutaj – pokaza³em palcem – le¿a³ ten kawa³ek. – Kto znalaz³? – M-ski zapyta³ szybko. Zrobi³em pauzê, jakbym musia³ sobie przypomnieæ ten szczegó³. – Szymek, proszê pana. – No dobrze – twarz M-skiego nie zdradza³a niczego, choæ wiedzia³em, jak bardzo musi byæ zadowolony. – A gdzie spaliliœcie ten kawa³ek? – Na kamienio³omach, proszê pana. Mundurowy zniecierpliwi³ siê ostatnim wyjaœnieniem. – Tu w okolicy nie ma ¿adnych kamienio³omów, co ty pleciesz?
242

– Dobrze – dyrektor nie pozwoli³ mi na dalsze wyjaœnienie tej kwestii. – To jest polana z g³azami narzutowymi – zwróci³ siê do mundurowego. – Wszyscy z okolicy tak j¹ nazywaj¹. – A kiedy to by³o? – bada³ dalej M-ski. – Tego samego dnia, wieczorem, proszê pana. – To ty nios³eœ ten strzêp sukienki, tak? – Ja, a sk¹d pan wie? M-ski uœmiechn¹³ siê tryumfuj¹co. – Widzisz, przed nami niewiele da siê ukryæ. Która to by³a godzina? – Nie pamiêtam dok³adnie, proszê pana, gdzieœ po siódmej chyba by³o, raczej przed ósm¹. – Tak. A co zrobiliœcie potem? – Ju¿ nic, potem poszliœmy do domu. – A dlaczego nie powiedzieliœcie o tym rodzicom? – Bo to by³o straszne, proszê pana, ¿e oni wylecieli w powietrze. To by³o tak straszne, ¿e nie wiem nawet, czy na spowiedzi móg³bym o tym opowiedzieæ – wyrzuci³em jednym tchem. M-ski uœmiechn¹³ siê po raz drugi. – No proszê, a jednak powiedzia³eœ, i to nie ksiêdzu, tylko nam! – Jesteœcie tutejsi? – spyta³ niespodziewanie mundurowy. – Nie rozumiem – odpowiedzia³em, bo rzeczywiœcie nie wiedzia³em, o co mu mog³o chodziæ w tym pytaniu? – Pytam, czy twoi rodzice s¹ st¹d. – Tak, proszê pana, st¹d. Ojciec urodzi³ siê w Gdañsku i matka te¿. – No dobrze – M-ski koñczy³ przes³uchanie. – A jakiejœ rzeczy Weisera, czegoœ po nim nie znaleŸliœcie? – Nie, proszê pana, zreszt¹ wybuch by³ tak silny, ¿e nawet niczego nie szukaliœmy, bo ten kawa³ek sukienki, to by³ czysty przypadek.
243

Siad³em na sk³adanym krzeœle i pokiwa³em do Szymka g³ow¹. z Pisma Œwiêtego? – No. moja droga. tak jak tamci chcieli od pocz¹tku. – Moja szwagierka mówi. zepsutych zêbów. jaki normalny wariat biega po cmentarzu i dzwoni? Jaki wariat zak³ada sobie he³m na g³owê i lezie przez ulice? Normalny wariat. niby niedok³adnie. proszê pani. mówi pani? 244 . ¿eby o Bogu mówiæ. co wydarzy³o siê dalej. – A bo to wiadomo? – wtr¹ci³a siê teraz nowa rozmówczyni. Rano nastêpnego dnia w sklepie Cyrsona us³ysza³em tak¹ rozmowê naszych s¹siadek: – S³ysza³a pani? Z³apali tego wariata. teraz ty – zawo³a³em go z otwartych drzwi i kiedy mija³ mnie. ale zboczeniec. Zrozumia³ natychmiast. tylko natchniony.– Mo¿esz ju¿ iœæ i zawo³aj drugiego kolegê – uci¹³ dyrektor. bo ona tam mieszka. WoŸny ziewa³ przeraŸliwie. ukazuj¹c rz¹d czarnych. – Te¿ coœ! To nie by³ wariat. mówi pani? – A tak. ¿e to nie by³ wcale wariat. œwiêty jakby cz³owiek. – Piotr. to jednak wariat. robi za Napoliona albo za Mickiewicza. takie samo jak Szymek. co po Brêtowie biega³ i ludzi straszy³. ¿e wszystko na razie idzie ustalon¹ tras¹. Na dachu. ale jakby z Pisma. na co czekasz? Po raz pierwszy od rozpoczêcia œledztwa poczu³em siê pewniejszy. – Jezus Maria! Zboczeniec. a ja przypomina³em sobie. ca³y czas o Bogu i karze za grzechy! – Te¿ coœ! Nie. Od tego jest ksi¹dz. da³em oko. – No. raz sta³ podobno na dachu i mówi³ takie rzeczy jak z Pisma Œwiêtego! – Jak to. zboczeniec.

tak? 245 . bo robimy dziœ piknik – powiedzia³a weso³o. ¿e o nim napisali. – Tu – pokaza³ palcem nag³ówek. a gdy wybieg³em ze sklepu. – Zaraz – zatrzyma³ j¹ Szymek – jak piknik. lepiej. Przy bramie spotkaliœmy Weisera i Elkê. ¿eœmy mu pomagali. – Przesz³o ci ju¿? – zapyta³ bez gniewu. – No to przeczytaj sobie – podsun¹³ mi pod nos gazetê. gdzie zawsze? – Tam. którzy wychodzili w³aœnie z domu. – Tak. tylko. – A o co chodzi? – Nie pytaj. tylko patrz – zniecierpliwi³ siê wyraŸnie. z któr¹ wraca³ do domu. ale wtedy im uciek³. – No i co? – zapyta³em. – Tam. – Tak – odpowiedzia³em – lepiej. co mówi¹ s¹siadki.– Na dachu i nawet milicja przyjecha³a. spotka³em Szymka. Przysz³a moja kolej na kupowanie i nie s³ucha³em dalej. – A chcia³byœ. s³odkawy zapach flaków. – Co z tego? – Nic. a o nas nie. „Obywatelska postawa” g³osi³y czcionki. Przeszliœmy przez kocie ³by na drug¹ stronê ulicy. Z masarni za sklepem Cyrsona unosi³ siê nieprzyjemny. ¿eby nikt nie wiedzia³. – PrzyjdŸcie trochê wczeœniej. gdzie zawsze – i ju¿ goni³a za Weiserem. ¿eby o nas? – Przy tym to nie. to trzeba mieæ jakieœ jedzenie. którego ujêto dziêki pomocy szczêœliwych w³aœcicieli Pañstwowych Ogródków Dzia³kowych imienia Ró¿y Luksemburg. Notka mówi³a o schwytaniu niebezpiecznego szaleñca. ¿eby nie wiedzieli. Podpisana inicja³ami „kz” nie zrobi³a na mnie wiêkszego wra¿enia.

– Wybuchowy piknik! – Szymek œmia³ siê z w³asnego pomys³u. pojutrze mieliœmy staæ w sali gimnastycznej w bia³ych koszulach i ciemnych 246 . co? Ale piknik nie by³ wcale wybuchowy. w stronê lasu. Kiedy zeszliœmy w dolinkê. Usiedliœmy po turecku. taki piknik – mówi³ Piotr. nie mówi³a. prze¿uwaj¹c chleb z pomidorem. – W³aœciwie to niez³a rzecz. ukazuj¹c wiewiórcze zêby. – Od proboszcza Dudaka? – Nie poplam tylko! – spojrza³a na nas. Trzeba przyznaæ. – Jedzenie w lesie. Elka i Weiser siedzieli pod dêbem nad roz³o¿onym obrusem. mo¿ecie nic nie przynosiæ. ca³kiem nieŸle – mówi³a. te¿ pokrojony w plasterki. – Przecie¿ to po¿egnanie wakacji! Wszystkim zrobi³o siê smutno. a on kroi³ szerokie pajdy i podawa³ ka¿demu po kolei wed³ug wskazówek zegara. Rzeczywiœcie. któr¹ kupiliœmy wspólnie.– Dobra – zawo³a³a Elka i pokaza³a na koszyk trzymany w prawej rêce – ja wszystko mam. Szymek wyj¹³ z siatki piêæ butelek oran¿ady. wyci¹gnê³a z koszyka bochenek chleba i nó¿. mas³o w porcelanowym kubeczku i ¿ó³ty ser. – Niez³e. Czemu nie wpadliœmy na to wczeœniej? A ja zapyta³em Elkê. z jakiej okazji ten piknik. ¿e Elka zna³a siê na rzeczy – obok pokrojonych w plastry pomidorów le¿a³y ogórki. – Ale z was kapuœciane g³¹by! – œmia³a siê. – Sk¹d to wykombinowa³aœ? – spyta³ Piotr. pomiêdzy nimi sta³a solniczka. ¿e myœli o czymœ takim. jaki bia³y? Wszystko by³o przygotowane z du¿ym szykiem. – Te¿ coœ przynieœliœcie. ¿eby nie przychodziæ z pustymi rêkami. – No. zamiast w domu. Kiedy wszystko by³o gotowe. Podsunê³a to Weiserowi. – Nie widzisz. Szli pod górê. sol¹c pomidory.

skoro zawsze piliœmy z butelki. czerwona jest lepsza od ¿ó³tej. Jedynie œwierszcze tak samo jak zawsze wygrywa³y swoje monotonne melodie i jak co roku o tej porze pojawi³y siê mrówki z cienkimi b³onami skrzyde³ek. A teraz. ¿e wypoczêci jesteœmy i opaleni i ¿e wita nas znowu z radoœci¹ w tych murach. wszystko by³o inaczej – lato zdawa³o siê pêcznieæ w rozgrzanym i drgaj¹cym powietrzu. kiedy zapad³o milczenie wokó³ bia³ego obrusa. Weiser otworzy³ pierwsz¹ butelkê oran¿ady i nalewa³ musuj¹cy p³yn do szklanki. kto kupowa³ w sklepie Cyrsona. które powinniœmy ceniæ i szanowaæ. dziwne i cudaczne. a ja dziwi³em siê po co tyle zachodu. – Nie wiem dlaczego. w ostrym powietrzu koñcowych dni sierpnia. które znika³y po dwóch tygodniach. – Czerwona – powiedzia³ z uznaniem Piotr. aby pojawiæ siê dopiero za rok o tej samej porze. któr¹ podsunê³a mu Elka. Ale i tym razem nikomu nie chcia³o siê mówiæ. najs³abszy nawet podmuch wiatru nie m¹ci³ lepkiej ciszy pomiêdzy ziemi¹ a bezchmurnym niebem. Ale nikt nie kwapi³ siê do rozmowy. co ja bym da³. jeszcze nie zimnych. ale ju¿ s³onych jak zapowiedŸ sztormu. w ch³odnych podmuchach wiatru. ¿eby tak jeszcze miesi¹c! – przerwa³ milczenie Szymek. Naczynie kr¹¿y³o z r¹k do r¹k. skoro ka¿dy. które jak skrzyd³a anio³ów przesuwa³y siê nad zatok¹. gdy letnicy opuszczali Jelitkowo i coraz wiêcej koszy pla¿owych œwieci³o pustk¹. ¿e koñczy siê ju¿ nied³ugo lato. ¿e czerwona oran¿ada ma w sobie wiêcej gazu i pachnie lepiej ni¿ ¿ó³ta. wiedzia³. sk¹d cienk¹ strug¹ dobiega³o nas buczenie niewidocznego samolotu. Tylko ¿e ka¿dego lata nadchodz¹cy kres czu³o siê we wszystkim – w k³êbiastych chmurach. kurz trzech miesiêcy pokrywa³ szar¹ warstw¹ liœcie drzew i paproci i ¿aden. 247 .spodenkach i s³uchaæ przemówienia dyrektora. Czu³o siê umieraj¹ce lato. – Chryste.

Elka pozbiera³a rzeczy do koszyka. rozszerzaj¹ca siê ku górze. Sam ju¿ nie wiem. Napisa³em ju¿. Bia³y obrus powoli opada³. Przeszliœmy spod dêbu na drug¹ stronê dolinki. ¿e ob³ok py³u. drobin ziemi i strzêpów trawy by³ jak olbrzymia tr¹ba powietrzna. wypad³o z brzêkiem i ha³asem na ziemiê. a on tañczy³. pada³ na ziemiê. w¹ska u do³u. Byæ mo¿e w³óczyli siê ca³¹ noc po lesie albo przesiedzieli a¿ do œwitu na którymœ ze wzgórz. huœtaj¹c siê nieznacznie w lewo i prawo. tak¿e butelki po oran¿adzie. Wszyst248 . ale do góry dnem. gdzie ona gra³a na fletni Pana. i napisa³em te¿. ¿e tr¹ba zawinê³a swoim rêkawem koszyk. choæ wtedy nie wiedzieliœmy. zesz³oroczne i opad³e w tym roku liœcie. Napisa³em te¿. Szymek powiedzia³by: „zabawiali siê w doktora i pacjentkê”. a nawet niedorzeczne. wsysaj¹c w swój wiruj¹cy tygiel patyki. ¿e ostatnia eksplozja. trzymali siê za rêce czy nie. prawie czarnego koloru. ciemnego. a wiêc ostatnia eksplozja ró¿ni³a siê od poprzednich. ale wobec tego. tak ¿e wszystko. to przecie¿ – czego wówczas nie napisa³em – tr¹ba porusza³a siê prawie po ca³ej dolince jak nakrêcony niewidzialn¹ rêk¹ b¹k. unios³a go w górê i wyrzuci³a kilkanaœcie metrów dalej. co by³o w œrodku.Kiedy wszystko zosta³o ju¿ zjedzone i wypite. a nawet ma³e kamienie. A potem Weiser i Elka po¿egnali siê z nami. tylko jak zwykle: „no to czeœæ” i poszli pod górê razem. szyszki. Weiser w tym czasie przytarga³ z krzaków pr¹dnicê i ³¹czy³ jak zawsze przewody. co wydarzy³o siê nastêpnego dnia. I chocia¿ porównanie to jest mo¿e pretensjonalne. Nie napisa³em te¿. ale nie jakoœ specjalnie. mówi³ niezrozumia³e s³owa i lewitowa³. z czym skojarzy³a mi siê wiele lat póŸniej. jest to rzecz o drugorzêdnym znaczeniu. ¿e bêdzie ostatnia. czekaj¹c na wschód s³oñca. który zosta³ pod dêbem. Nie jestem jednak tego taki pewien. Byæ mo¿e spêdzili tê noc w piwnicy cegielni.

pan nie wie. A Elka pojecha³a tam do babki na jeden dzieñ i przenocowa³a. z kim? – pan Weiser popatrzy³ na ni¹ znad drucianych binokli. Poprawi³ binokle i zdj¹³ z szyi centymetr. jak nie ty? Nie wiem. – Niby jak? – Mówiê. – Dawid o wszystkim zawsze mówi.ko byæ mo¿e. – Gdzie. – Gdzie jest Dawid? – zapyta³ ostro. na wieœ. ¿e przewieszony przez szyjê centymetr dotkn¹³ mojego nosa. to taka miejscowoœæ w stronê Tczewa. W ka¿dym razie pierwsz¹ osob¹. gdyby nie pani Korotkowa. co by³oby dalej. a ja by³em przestraszony. S³uch mia³a dobry i zaraz wtr¹ci³a siê do rozmowy. – Pszczó³ki. wracaj¹ca w³aœnie z zakupami. a wtedy on pochyli³ siê tak. pan pyta. dlaczego nic nie powiedzia³? 249 . pó³ godziny poci¹giem. – I œwiata bo¿ego poza ni¹ nie widzi. – Niby jak? – Mówiê. pani mówi. – Nie wiem – odpowiedzia³em. – Jak to. pó³ godziny poci¹giem. by³ dziadek Weisera. któr¹ spotka³em rano na klatce schodowej. proszê pana. – Musisz wiedzieæ – mówi³ wolno i bardzo wyraŸnie – bo kto ma wiedzieæ. – A Dawid? – Dawid. bo pan Weiser nigdy prawie nie wychodzi³ z domu i kiedy siê ju¿ pokaza³. pó³ godziny poci¹giem. panie Weiser? Pojecha³ z Elk¹ do Pszczó³ek. nie wie pan? Ale pan Weiser nie by³ zadowolony z wyjaœnienia. Przecie¿ on za ni¹ lata dzieñ w dzieñ – Korotkowa pokaza³a w uœmiechu wszystkie pozosta³e przy ¿yciu zêby. wygl¹da³ zawsze groŸnie.

ani w kamienio³omach. i ona zgodzi³a siê. dziesiêæ metrów ni¿ej przeje¿d¿a co jakiœ czas samochód. czy mo¿e zaprosiæ na ten wyjazd kolegê. Aby dojœæ do potoku. s³ysza³em. nasyp biegnie dalej i po piêciuset metrach ³agodnego ³uku przechodzi w przekop w miejscu. Szymek z Piotrem wiedzieli o wszystkim. trzeba iœæ nie œladem kolejowych podk³adów po nasypie. jak pyta o to wszystko i jak pani Wiœniewska odpowiada mu. Ale w cegielni ich nie by³o. ¿e chyba tak. bo od stacji trzeba tam iœæ dobre trzy kilometry z hakiem. Nie by³o ich tak¿e w dolince ani na cmentarzu. bo Elka pyta³a. a œciana. ¿e nie pojechali do Pszczó³ek na razie tylko tyle. i strzykaliœmy œlin¹ w dó³. w¹sk¹ œcie¿k¹. Tam w³aœnie. lecz jego podnó¿em. jeszcze pod nasypem. przez któr¹ wchodzi³o siê na strzelnicê. Nigdzie.– Niech pan jego zapyta. a nieco wczeœniej. nale¿y przedzieraæ siê przez za250 . miejsca maj¹ na wsi wiêcej ni¿ tutaj. Wiedzieliœmy. jak wróci – i pani Korotkowa ruszy³a do góry. gdy tylko mija³o nas jakieœ auto. jak pod stopami. Œcie¿ka urywa siê nad wod¹ i nie prowadzi ju¿ donik¹d. po której M-ski szed³ na spotkanie z gospodyni¹. staliœmy jednak na betonowym progu. t¹ sam¹. czemu nie. przep³ywa Strzy¿a. gdzie na zerwanym przêœle mostu mo¿na by³o usi¹œæ i patrzeæ. A kiedy by³em ju¿ na dole i szed³em przez podwórko. jak nad przepaœci¹. Zamiast usi¹œæ. a ja w chwilê póŸniej s³ysza³em pana Weisera pukaj¹cego do drzwi Elki. za takim samym przyczó³kiem zerwanego mostu. by³a zaparta od wewn¹trz. Aby iœæ w górê rzeczki. Z drugiej strony szosy. na po³udnie. W koñcu poszliœmy nasypem kolejowym a¿ do rêbiechowskiej szosy. bo pods³uchiwali ca³¹ rozmowê przy tylnych drzwiach do ogrodu. po jego lewej stronie dochodzi ogrodzenie szpitala czubków. gdzie zaczyna siê wzgórze. i nawet da³a im coœ do jedzenia na drogê.

oprócz skrawka jej czerwonej sukienki. gdy œledziliœmy nauczyciela. kiedy ju¿ przes³uchano Piotra i kiedy M-ski wezwa³ nas wszystkich do gabinetu? Staliœmy przed biurkiem dyrektora. jak siedz¹ nad wod¹. ile o tym pomyœlê. jak my. gdzie potok od po³udniowej strony podp³ywa do nasypu. przed chwil¹ zobaczy³em Elkê i Weisera. czyli ka¿dy z nas zostawi³ tam cztery swoje autografy na potwierdzenie ustalonej wersji wydarzeñ. albo raczej Weisera i Elkê. a my jeden po drugim ¿ó³tym d³ugopisem mundurowego podpisywaliœmy zeznania i brudnopis protokó³u. za nami woŸny. sk¹d p³ynie dalej w kierunku miasta podziemnym kana³em. Widzê to wszystko bardzo dok³adnie. Po lewej stronie nasypu Strzy¿a rozlewa siê w niewielki staw i znika w ocembrowanym ujêciu. tylko mocz¹ w niej nogi. bo w³aœnie tam. Wiêc jak to by³o na koniec? Nie. który ze strachu spaliliœmy tego samego dnia wieczorem w kamienio³omach. Niestety. i biec bêdziemy na ich spotkanie tyle razy. za oknami bêbni³ wrzeœniowy deszcz. jakbyœmy odnaleŸli Bursztynow¹ Komnatê albo skarb ostatniego króla Inków. i zaraz zbiegniemy z przyczó³ka mostu na szosê i bêdziemy biec w¹sk¹ œcie¿k¹ jeden za drugim. ¿e za chwilê krzyknê „o!” i wyci¹gnê d³oñ dok³adnie tam. jak na rysowanej z pamiêci mapie. siedz¹ i nic nie robi¹. podpisywaliœmy dwa razy przez kalkê. nie na koniec tego dnia ani ca³ej historii. zawsze tak samo g³oœno i zawsze tak weso³o. gdzie Strzy¿a wpada do w¹skiego tunelu pod kolejowym wa³em. Weisera i Elkê rozerwa³o na strzêpy. i wiem.roœla. jak by³o na koniec œledztwa. nie pozosta³o nic inne251 . w szarym od dymu powietrzu unosi³ siê zapach potu. depcz¹c sobie po piêtach. za trzy dwunasta. bo ta historia nie ma ¿adnego koñca – pytam. Widzieliœmy ostatni wybuch w dolince za strzelnic¹.

– No – rzek³ M-ski – teraz mo¿ecie iœæ do domu. bez w¹tpienia powiedzia³by coœ w tym stylu. Mój ojciec wpad³ do œrodka i zanim ktokolwiek coœ powiedzia³. jak na przyjêciu albo na targu. ale nie 252 . i wali³ ku³akiem w drzwi. tam gdzie potok ju¿ za tunelem rozlewa siê szeroko wœród gêstych szuwarów. Równo z ostatni¹ liter¹ nazwiska zegar wybi³ godzinê dwunast¹. literami wielkimi jak dwuz³otówki. W œwietle zapalonej przez woŸnego lampy ujrza³em w strugach deszczu mojego ojca. chwyci³ M-skiego za klapy i wrzasn¹³: – ZnaleŸli. a jeszcze dalej matkê Szymka i moj¹. Owszem. Po nim Piotr. ale to wszystko. coœ w rodzaju: „Kto siê prawdy nie boi. a woŸny wysypywa³ do kosza niedopa³ki z popielniczki. zardzewia³y automat niemiecki i nawet pozwoli³ nam kiedyœ dotkn¹æ go na chwilê. niczego siê nie boi”. w tym miejscu M-ski niechybnie powiedzia³by jakiœ mora³.go. Nie wiemy nic o ¿adnym sk³adzie materia³ów wybuchowych poza tym. za nim pana Korotka i ojca Piotra. Tak. ¯yje. odprowadzi was sier¿ant. wszyscy mówili naraz. o czym wiemy. wiêc w pierwszej chwili niczego nie mo¿na by³o zrozumieæ. Ostatni podpisa³em ja. Najpierw swój koœlawy podpis po³o¿y³ Szymon. Weiser mia³ jakiœ stary. jak¹œ piêkn¹ sentencjê. Tak. ale rozleg³o siê ³omotanie do drzwi wejœciowych szko³y i ktoœ. Dyrektor wsta³ i zapi¹³ marynarkê. znaleŸli j¹! A kiedy ojciec puœci³ ju¿ M-skiego. który odnaleziono w piwnicach nieczynnej cegielni. dar³ siê okropnie: – Otwieraæ! Otwieraæ natychmiast! Natychmiast otwieraæ! – i znowu targa³ za klamkê. znaleziono Elkê nad stawem. przekrzykuj¹c deszcz. zawsze pisa³ lew¹ rêk¹ i zawsze trochê koœlawo. Tak wygl¹da sprawa. niczym na akademii.

ani gdzie mieszka. wypytywano j¹. ale twierdzi³a. ¿e gdyby M-ski albo mundurowy lub dyrektor chcieli nas jeszcze zatrzymaæ. ale tylko do wojskowej strzelnicy. nikt nie dopytywa³ siê o Dawida. ani jak siê nazywa. a sprawê przekazujemy prokuraturze! – Proszê bardzo! – jeszcze g³oœniej mówi³ mój ojciec. Twierdzi³a na przyk³ad. bo pan Korotek i ojciec Piotra stanêli zaraz przy nas i wygl¹dali równie groŸnie. gdzie j¹ znaleŸli. ale o tamtym nadal ani s³owa. ¿e 253 . ¿e po raz ostatni bawi³a siê z Weiserem w po³owie sierpnia i niewiele z tego pamiêta. Nie wiadomo te¿. sk¹d siê tam wziê³a. chyba jeszcze gorsza ni¿ w barze „Liliput”. Wczeœniej przeczesywali ca³¹ okolicê. – W takim razie – powiedzia³ – œledztwo nie jest zakoñczone. takie samo jak gdy ktoœ bezb³êdnie odpowiada³ przy tablicy albo na pi¹tkê napisa³ klasówkê. Bo kiedy tylko Elka odzyska³a przytomnoœæ. milcza³a jak grób. gdzie mieszka. ZawieŸli j¹ do Akademii. W tym czasie nie ¿y³ ju¿ pan Weiser i poza prokuratorem. M-ski spojrza³ na nas i w jego oczach ujrzeliœmy ³agodne zdziwienie. co siê sta³o z Weiserem. Prokuratorowi powiedzieliœmy. Nie umia³a nazwaæ niektórych przedmiotów i mówi³a do pielêgniarki: „podaj mi zegar”.odzyska³a przytomnoœci. ¿e jest ch³opakiem i ¿e nazywa siê Weiser. Po trzech tygodniach wiedzia³a ju¿. lecz niczego nie pamiêta³a. Milicja szuka teraz po tamtej stronie. – Ale nie dzisiaj! – i wygl¹da³ przy tym tak groŸnie. Wszystko siê jej pomiesza³o. choæby przez moment. a chodzi³o jej o talerz z zup¹. Œledztwo jednak nie zosta³o wznowione w poniedzia³ek ani nigdy póŸniej. ojciec na pewno uderzy³by któregoœ z nich i by³aby straszna awantura. Dopiero na pocz¹tku paŸdziernika z³apa³a równowagê. T³umaczono to szokiem i czekano na polepszenie. Nie wiadomo. który przes³ucha³ nas jeszcze raz na du¿ej przerwie.

Wszystkie k³amstwa puszczono nam w niepamiêæ. a oni nie mieli wêdki ani podbieraka. Elka odzyska³a po jakimœ czasie przytomnoœæ.. Nie mogliœmy widzieæ Weisera. gdyby nie tamten dzieñ nad Strzy¿¹. kr¹¿¹c wokó³ stawu. albo spad³a z nasypu do stawu i pr¹d wyniós³ j¹ na brzeg. – Szukaj¹ was. – Szukaj¹? – zdziwi³a siê.oczywiœcie ¿adnego pogrzebu sukienki nie by³o. ze strachu. kiedy dobiegamy w³aœnie do potoku. Wszystko? Wszystko. Ale to by³a tylko fantazja. Ostateczna wersja by³a taka: Elkê po wybuchu fala powietrza odrzuci³a w gêste paprocie. Strach i wyobraŸnia dopisa³y resztê. ani Elki. ale zb³¹dzi³a a¿ nad Strzy¿ê i tam upad³a w szuwary. jak ich widzieliœmy. a my. – Co tu robicie? – dysza³ Szymek. W dolince po wybuchu oni odeszli w górê i to by³ ostatni raz. fantazja niegrzecznych ch³opców. W Strzy¿y nie by³o ryb. ¿e id¹ pod górê. Elka odwraca g³owê w naszym kierunku i wo³a: – Hej. przynajmniej czêœciowo. Weiser by³ prowodyrem niebezpiecznych zabaw i na nim spoczywa³a g³ówna wina. czy musicie p³oszyæ nam ryby? ¯artowa³a. – W³aœciwie to twój dziadek – mówi³ teraz do Weisera.. co bawili siê niewypa³ami i póŸniej ze strachu dorobili tak¹ historiê. 254 . ¿e jadê z ni¹ do Pszczó³ek. daliœmy drapaka. Mog³o nam siê wydawaæ. Tylko M-ski na lekcjach przyrody patrzy³ na nas podejrzliwie a¿ do samego koñca szko³y. – nie by³ pewien. – Kto nas szuka? – No. bo le¿a³a bez przytomnoœci w zaroœlach. – Niepokoi³ siê bardzo. – Mówi³em mu. i usi³owa³a dotrzeæ o w³asnych si³ach do domu. I w koñcu dochodzenie umorzono. bo go rozerwa³o. ale to mo¿e dlatego ¿e coœ niecoœ wiedzieliœmy o jego ukrytych pasjach. jak stwierdzono. zanim zd¹¿y³a siê utopiæ. bo ostatecznie.

– Nie k³am. tylko przygotowania. s³yszeliœmy twojego dziadka. o co mu chodzi. jak wypytywa³ siê wszystkich o ciebie i nie wiedzia³ o niczym. – Tu bêdzie mo¿na p³ywaæ – pokaza³ rêk¹ na ³¹kê od strony rêbiechowskiej szosy – wszystko zaleje woda! 255 . a tu gdzie teraz staliœmy w wodzie i wy¿ej w górê strumienia by³oby normalne jezioro. – Przygotowania do specjalnego wybuchu – wyjaœni³.– Nie k³am! – Szymek po raz pierwszy podniós³ na niego g³os. – Ale najpierw trzeba wszystko obliczyæ i porachowaæ. eksplozja musia³aby zasypaæ jego w¹ski przekrój zwa³ami ziemi z kolejowego nasypu i w miejscu przepustu zrobi³aby siê wysoka na siedem–osiem metrów tama. sk¹d wœród leszczyn i olch sp³ywa³a tutaj niewielkimi meandrami. – Nie wasza sprawa – odpowiedzia³a Elka. – Genialne! – wyszepta³ Szymek. bo zaraz powie resztê. który sta³ teraz w potoku do po³owy ³ydek i przypatrywa³ siê wodzie spadaj¹cej do cementowego progu. – Przyszliœcie nas badaæ? – No dobra – pojednawczo odezwa³ siê Piotr. Spojrza³em w górê rzeczki. ale co tutaj robicie? Przecie¿ tu nie ma nawet uklejek! Elka spojrza³a na Weisera. w tej samej chwili zrozumia³em. i zaraz. Bada³ nasz¹ ciekawoœæ. – Nic nie robimy – odpowiedzia³ za ni¹ i po chwili wahania doda³ – w³aœciwie nic nie robimy. To by³ rzeczywiœcie niezwyk³y pomys³: gdyby w tunelu pod nasypem pod³o¿yæ ³adunek. ¿e nie nale¿y w takim momencie pytaæ. – Cudowne! – Jemu te¿ spodoba³ siê pomys³ zagrodzenia strumieniowi biegu. a¿ do pierwszych drzew. to nie. Wiedzieliœmy. – Jak nie. A w ogóle to nie byliœcie w Pszczó³kach – w jego tonie da³o siê wyczuæ nutê podziwu i pal¹cej ciekawoœci.

naniesiony latami mu³ i kawa³ki cegie³. jaki wyczuwa³o siê w krypcie na brêtowskim cmentarzu i w piwnicy nieczynnej cegielni. ¿e po tamtej stronie wa³u jest przecie¿ staw i mo¿na od biedy spróbowaæ k¹pieli. – Czu³em. Ale nie daliœmy mu dojœæ do s³owa. – Trzydzieœci jeden. czu³em w nozdrzach jej dojmuj¹cy zapach. bagnem i zbutwia³ym drewnem. czterdzieœci trzy. Tylko Piotrowi nie podoba³ siê pomys³ Weisera. czterdzieœci cztery – na koñcu ciemnego rêkawa widzia³em jasny. Mówi³. – Trzeba wejœæ do tunelu – powiedzia³ Weiser – i zmierzyæ dok³adnie jego d³ugoœæ. – Jedenaœcie. dwadzieœcia dwa. – Zupe³nie jak w piwnicy icy… icy… icy… Ruszy³em przed siebie lekko przygarbiony. bo na koñcu tunelu i obejmuj¹cej mnie ciemnoœci… czterdzieœci dwa. trzydzieœci dwa. dwanaœcie. trzynaœcie. patrz¹c w ciemn¹ dziurê. rêkami podpieraj¹c siê wilgotnych i oœliz³ych œcian. Kto na ochotnika? Skoczy³em pierwszy. – Zapach trochê podobny do tego. dwadzieœcia trzy. ale nie przera¿a³ mnie wcale.– Tak – potwierdzi³ Weiser – wszystko zaleje woda. jego betonowy wlot siêga³ mi do wysokoœci oczu w najwy¿szym miejscu symetrycznie sklepionego pó³kola. – Oho! – krzyk wróci³ echem. tak samo jak metry szeœcienne ziemi nad moj¹ g³ow¹ nie budzi³y we mnie lêku. trzydzieœci trzy. – Szed³em. Przykucn¹³em. ch³odny i przenikaj¹cy. 256 . Tunel nie by³ wysoki. ale trzeba obliczyæ masê ziemi i si³ê eksplozji. ostro¿nie stawiaj¹c stopy. – Dobrze – mówi³ teraz do mnie – tylko licz dok³adnie kroki i uwa¿aj na dno. – Dwadzieœcia jeden. a zreszt¹ staw by³ paskudnie zaroœniêty i zamulony i a¿ obrzydzenie bra³o na sam¹ myœl o zanurzeniu siê w czymœ takim. pod którymi wyczuwa³em zgni³e roœliny. jak obejmuje mnie wilgoæ pachn¹ca stêchlizn¹.

coraz wiêkszy punkt wylotu i coraz wiêcej œwiat³a mia³em przed sob¹. podzielonego na równe kratki. szeœædziesi¹t. Weiser znad kwadratu. tam gdzie trawa by³a rzadsza. jakby to by³a tabliczka mno¿enia albo liczyd³o. – piêædziesi¹t dziewiêæ.. – Szeœædziesi¹t jeden – poda³em. jak rysuje na ziemi. ¿e kiedy mieliœmy schodziæ w dó³. – No jasne – odpowiedzia³em – ¿e mo¿na szybciej. zahaczy³em nog¹ o coœ wystaj¹cego z ziemi. – Nie widzisz. po tamtej stronie nasypu. ¿e on tam jest? – zapyta³. bo wtedy go nie zabili. Nie da siê szybciej? – Sta³ obok wylotu tunelu. a¿ skoñczy³ siê ch³ód. ale nie chcia³em siê pomyliæ! Weszliœmy po stromym zboczu nasypu do góry i wtedy Piotr pokaza³ rêk¹ na szpital czubków widoczny st¹d w oddali za kopu³ami drzew. a wtedy on raz jeszcze coœ dopisa³ i zmaza³. szeœædziesi¹t jeden – i sta³em teraz oblany gor¹cymi promieniami oœlepiaj¹cej jasnoœci. maza³ i znowu wpisywa³. który wygl¹da³ jak opuszczona droga. mru¿y³em oczy i prostowa³em kark. ale Elka szybko powiedzia³a. zapyta³. bo by³em ju¿ po drugiej stronie. ¿eby mu nie przeszkadzaæ. By³ to obroœniêty traw¹ kolejowy podk³ad. Pamiêtam. – Co to jest? – spyta³em.. prosto pod s³oñce i nie mog³em od razu spojrzeæ w jego twarz. Tamci na dole moczyli nogi w wodzie i tylko Weiser sta³ na brzegu. ile by³o kroków. – Okr¹g³e cztery minuty. do których coœ wpisywa³. – Tak – odpowiedzia³em – na pewno tam jest. W d³oni trzyma³ patyk i zobaczy³em. ¿e jest zajêty? 257 . – Cztery minuty – us³ysza³em g³os Piotra. – Myœlisz. – ChodŸ tutaj! – zawo³a³a mnie Elka.

podczas gdy Piotr popêdzi³ po zboczu do góry. ale zd¹¿y³em policzyæ wszystkie kratki kwadratu – by³o ich trzydzieœci szeœæ. ¿eby czekaæ na nich po tamtej stronie. – Czy mogê iœæ z tob¹? – Zostañ. zmieszany z szumem p³yn¹cej wody. i nikli w ciemnym korytarzu jak ja przed chwil¹.Podszed³em do nich. czyja to sprawka. 258 . – Nikt siê nie dowie. pochylaj¹c g³owy. gdzie najlepiej zak³adaæ ³adunki. ale Elka nie martwi³a siê tym wcale. – Przyjad¹ stra¿acy. – I ju¿ tu nas nie bêdzie. wojsko i zrobi¹ odp³yw albo nowy tunel. która sz³a za Weiserem. – Wszystko jasne! – To kiedy? – zapyta³em niecierpliwie. woda zaleje ³¹kê i po jakimœ czasie z braku odp³ywu podejdzie do drogi. jakby chodzi³o o wycieczkê do Jelitkowa. ¿e jeœli wybuch siê uda. ¿e teraz zechce wejœæ do tunelu. Sta³em oparty d³oñmi o betonowe sklepienie i widzia³em pochylon¹ sylwetkê Elki. a¿ wreszcie ujrza³em niewyraŸny zarys postaci. – Ju¿ mam – powiedzia³ g³oœno. – Ja te¿ chcê zobaczyæ – i ju¿ podchodzili do sklepienia wlotu. Nie ma tam szkie³? – zwróci³ siê do mnie i zrozumia³em. Elka podesz³a do niego. – Muszê sprawdziæ. – Nie ma – odpowiedzia³em. – Co wtedy? – zapyta³em. s³ysza³em ich coraz s³absze g³osy i oddalaj¹cy siê chlupot. – A gdyby gór¹ jecha³ poci¹g – doda³ Piotr – dopiero by³aby awantura! Weiser zmaza³ nog¹ swój kwadrat. w której kontur rozmy³ siê zupe³nie i znikn¹³. – Albo przyjdziemy razem z innymi popatrzyæ – wymyœli³ Szymek. po szeœæ w ka¿dym boku. Piotr mówi³ teraz. a my zd¹¿ymy siê wczeœniej wyk¹paæ – t³umaczy³a. tam gdzie na koñcu widnia³a jasna plama œwiat³a.

liczy³ i czeka³. ¿e to ja nabieram go i straszê. ¿e ¿artuje. bo znaleŸli ju¿ dobre miejsce do pod³o¿enia ³adunków. kiedy powiedzia³: – Nie wychodzili tamtêdy. ¿e pewnie zawrócili. na szczycie nasypu – wszystko bez rezultatu. jakby Weiser.Ile to mog³o trwaæ? Nie myœlê o przejœciu na drug¹ stronê – pytam. – A on przypuszcza³. – Niemo¿liwe! – powiedzia³em. ka¿d¹ rysê. ¿e dobre osiem do dziesiêciu minut. ani tym bardziej dzisiaj. Szymka brodz¹cego w wodzie i nikogo wiêcej. ceg³ê i kawa³ek cementu. gdzie mogliby siê schowaæ. chocia¿ wierzyliœmy w to niezachwianie. – Tam nie ma ¿adnego ustêpu. Przez godzinê brodziliœmy z Szymkiem w tunelu. ¿e to nie by³ ¿art jego ani mój. ¿adnego zag³êbienia z boku. czeka³ i liczy³. kiedy to piszê. to jest za m¹dry kawa³! Gdzie jesteœcie? – ale oprócz szumu wody i dudni¹cego echa nic nam nie odpowiada³o. Piotr czeka³ po tamtej stronie. gdzie siê oni podziali? Szymek twierdzi³. Siedzieliœmy nad Strzy¿¹ do wieczora po obu stronach tunelu. jak d³ugo to trwa³o. opukuj¹c ka¿dy kamieñ. Wiêc jeszcze raz przez nasyp pobieg³ w nasz¹ stronê. Wracaliœmy ze spuszczonymi g³owami. nie umiem powiedzieæ. 259 . bo chocia¿ ka¿dy z nas myœla³. umówiwszy siê z nami. to mimo to by³o w ich znikniêciu coœ nienormalnego. – Weiser. ale w chwilê póŸniej wiedzieliœmy ju¿. ile mog³o up³yn¹æ czasu. a Piotr czuwa³ u góry. zanim us³ysza³em nad g³ow¹ okrzyk Piotra: – Co jest. tylko Weisera. Ale nie by³o ich ani z tej. a¿ znudzi³o mu siê i zajrza³ do wylotu tunelu. Nie zobaczy³ ich i pomyœla³. ale ani wtedy. ani z tamtej strony nasypu. Myœla³em. ¿e nie sta³o siê nic z³ego i ¿e oni najdalej jutro rano zjawi¹ siê w szkole na uroczystej akademii rozpoczêcia roku. ale zobaczy³ mnie stoj¹cego u wlotu. – Weiser! – krzycza³em.

zagra³ na nosie. gdzie koñczy³ siê las. Najpierw mijam Bukow¹ Górkê. idê na to spotkanie piechot¹. Dó³ jest g³êboki na 260 . Wszystkie myœli wokó³ Weisera bardzo mnie niepokoj¹. Buldo¿er. Przeczytaj. ciê¿kie krople deszczu. tak bardzo. tu w³aœnie koñczy siê opowiadanie. – Po co przyszed³eœ dzisiaj? Przecie¿ to nie Zaduszki. Znaczy³o to. Tak. Kiedy zosta³ za nami brêtowski cmentarz – bo szliœmy nasypem – i kiedy ze szczytu Bukowej Górki widzieliœmy dachy naszej dzielnicy. Przy domach. Ale pozosta³ Piotr. To ju¿ tu. Kopie fundament pod nowy. jak siê to dzieje: zamiast jechaæ autobusem. ch³odny i orzeŸwiaj¹cy podmuch wiatru. a ja przyjdê jutro albo za dwa dni i porozmawiamy. Drzewa wyciêto. – To ja – odpowiedzia³em. miasto i ca³y œwiat tonê³y w szarych strugach deszczu. poczu³em du¿e jak winogrona. po chwili zaœ ulica. gdzie wytyczone alejki w niczym nie przypominaj¹ tamtego czasu. z pó³nocy. ¿e siê zgadza. Piotrze. Sam nie wiem. chocia¿ zachowam je w pamiêci i sercu. – To ty? – zapyta³. ale za nimi coraz szybciej lecia³y nastêpne. Na wielkim placu nie ma nagrobków z gotyckimi literami. lecz przynios³em coœ dla ciebie. ¿e nie bêdê ich rozwija³ dalej. czego przecie¿ od czasu pierwszego spotkania nigdy nie robi³. du¿o wiêkszy koœció³. Pada³y na ziemiê i natychmiast wsi¹ka³y. zaraz obok ceglanego koœció³ka. Po lewej rêce powinienem mieæ brêtowski cmentarz. a dalej p³ytê lotniska i zatokê. od strony morza powia³ wyraŸnie pierwszy w tym roku. Nie odpowiedzia³. – Tak. Dla niego zawin¹³em zapisane kartki w szary papier i wsadzi³em w szczelinê cementowej p³yty. spycha na kupê zwa³y kamieni i potrzaskanych p³yt.

Ale nie po to zrobi³em taki szmat drogi. gdy pada pierwsze zdanie: 261 . Jest zwyk³¹ ulic¹ z chodnikami. co dzieje siê w mieœcie. widzê teraz jeszcze nieotynkowane wie¿owce. Pierwsi lokatorzy zawieszaj¹ firanki i czyszcz¹ okna po malarzach. czy jest nastrojony do rozmowy. Wyci¹gam rêkopis ze szczeliny i chowam go do torby. Ale Piotr nie rozpoczyna od swojego „co s³ychaæ?”. Nasza rozmowa ma dzisiaj nieco inny charakter. A mo¿e – myœlê sobie – dobrze by³o popatrzyæ. ¿e nie pojecha³em autobusem. Tam gdzie za œcian¹ lasu widaæ by³o wzgórza okalaj¹ce strzelnicê. Idê dalej. Czujê siê zmêczony. chocia¿ nie wiem. trzeci i jeszcze jeden za nimi. Nie zastanawiam siê dalej. Tam gdzie znajdowa³a siê pusta krypta. zupe³nie jak stary cz³owiek. a potem w prawo do góry i jestem. w których po raz ostatni widzia³em Weisera. W prawo od bramy cmentarza skrêca siê do szpitala czubków. która nie wygl¹da ju¿ jak szosa. Jeden. drugi. idê ulic¹ w dó³. – Przeczyta³eœ? – zadajê pytanie. Siadam na zimnej p³ycie i poprawiam szalik. a¿ do rêbiechowskiej szosy. Ka¿e opowiadaæ sobie wszystkie szczegó³y bardzo dok³adnie. Bo Piotr zawsze zaczyna rozmowê od tego. Na razie muszê porozmawiaæ z Piotrem. – Tak – odpowiada. czujê to. stoi czteropiêtrowy dom z trzema klatkami schodowymi. gdzie mia³em trafiæ. i znów du¿o samochodów. Milczymy przez chwilê. Gdybym poszed³ tamtêdy i min¹³ zakratowane pawilony. otoczone starym parkiem. móg³bym dojœæ do miejsca. Stojê teraz na kolejowym nasypie. Idê dalej nasypem. Wiêc jeszcze raz rzucê okiem i pójdê na jego cmentarz. ¯a³ujê. Nawierzchnia nasypu jest teraz du¿o gorsza – rozjeŸdzi³y j¹ ciê¿arówki i samochody dzia³kowców.kilka metrów i ma rozmiary œredniego boiska. latarniami. chocia¿ zimno.

by³a zaparta. – No dobrze. Pamiêtasz? Œciana. A co z broni¹. ale nigdy Arnica montana! 262 . motyla ani w klasyfikacji. – To trzeba zaznaczyæ. a ty… – Wiêc to nie by³ pomornik górski? – Oczywiœcie. prawdziwy. w czerwonej. A Taraxacum officinale to po prostu lekarski mniszek. – No w³aœnie. zanim szukaliœmy go w cegielni. któr¹ przechowywa³ Weiser? W œledztwie jest mowa o tym. ¿e M-ski zakwalifikowa³ go do podrodziny pierwszej: Liguliflorae. przez któr¹ wchodzi³o siê do jego kryjówki.– Nie napisa³eœ. – W tej samej. czyli dmuchawiec. Nigdy nie pomyli³ siê w nazwie roœliny. nazywany kupalnikiem pospolitym. czyli jêzyczkokwiatowych. A o broni ani s³owa! – Bo nie znaleŸli niczego oprócz trotylu i detonatorów. w jakiej sukience by³a Elka. ¿e to by³ Arnica montana. jaki by³. Weiser musia³ j¹ ukryæ. lecz… – Chryste! A co to takiego? – Scorzonera hispanica? Wê¿ymord hiszpañski. M-ski jest taki. kwiat pomornika górskiego. – Kiedy? – Nad Strzy¿¹. Ale na pewno nie pope³nia³ b³êdów przyrodniczych. nie s¹dzisz? – PrzejdŸmy do innych szczegó³ów. Do podrodziny pierwszej nale¿y na przyk³ad Scorzonera hispanica albo Taraxacum officinale. – Pamiêtam. On wszystko przewidzia³ i zaplanowa³ dok³adnie. Ale napisa³eœ. któr¹ mia³a na lotnisku. – Oczywiœcie. one nale¿¹ do podrodziny Liguliflorae. A M-ski nie pope³nia³ b³êdów w systematyce. owada. ¿e znaleziono tylko materia³y wybuchowe. nigdy.

Bo albo nic. Czeka³em na nich i liczy³em.. przemianowali ich na dyrektorów. do tej samej. albo wszystko. – No wiêc? 263 . ¿e zawsze ba³em siê ciemnoœci? Korytarzy i nieoœwietlonych piwnic? Nawet nad Strzy¿¹ nie wszed³em do tego cholernego tunelu. jaki zapach unosi³ siê nad masarni¹ za sklepem Cyrsona. Mrówki nikogo nie obchodz¹. Achillea millefolium. jak mia³em to zrobiæ? – Nie widzia³eœ mojej sylwetki? – Nie. kogo dziœ mo¿e obchodziæ. po ³acinie Tubuliflorae. – Tak. to znaczy krwawnik pospolity. Z mrówkami przesadzi³eœ. Widzia³em plecy Elki. co to za jeden? – Zlituj siê. nic wiêcej. – To dlaczego nie napisa³eœ. kim by³ jakiœ Horst Meller? – Zgoda. – Zaraz dojdziemy do tego. – Tymczasem Arnica montana nale¿y do podrodziny drugiej: rurkokwiatowych. – Czy to a¿ takie wa¿ne? – Je¿eli pisa³eœ o M-skim.. jak sz³a w tamtym kierunku. ale nie zagl¹da³em do œrodka.– Oszalejê! Sk¹d u ciebie znajomoœæ tych nazw? M-ski tego nie uczy³. Ale mam jeszcze coœ – Horst Meller. co powiedzmy. ¿e nie. – Jeszcze jedno: co ci przysz³o do g³owy z dyrektorem? W podstawowej szkole byli wtedy kierownicy. to mrówki i masarnia s¹ tak samo wa¿ne. – ¯ebyœ wiedzia³. tylko ¿e czasami piszesz o jakimœ ma³o wa¿nym szczególe i g³ówna akcja jest wtedy zawieszona. Albo to. Dlaczego tego nie opisa³eœ? – Przecie¿ by³em z drugiej strony. dopiero jak ciê nie by³o. ¿e wszystko jest wa¿ne. Czy to nie przesada? – Myœlê. Czy dowiedzia³eœ siê. to bardzo wa¿ne. Skoro wywlekasz podrodzinê Arnica montana.

¿e tam jesteœ. Muszê znaæ prawdê. d³onie opieraj¹c o wilgotny beton. dawno jest na emeryturze. jak by³o. Gdzie on teraz jest? – Napisa³eœ i nie wiesz? – Wiem wiêcej. wiem. – Co siê z nim sta³o? – Ju¿ i tak rozmawiamy za d³ugo. ale tylko ono. póŸniej do góry. – Poza tym wszystko jest tak. ¿e to wa¿ne. najpierw w dó³. co zauwa¿y³em. gdzie wpada do nisko sklepionej niszy tunelu. Piotrze? Tak. Staniesz nad umykaj¹c¹ wod¹ potoku. „wiem. Oszukiwa³ nas. wy³aŸ za264 .– Je¿eli myœlisz. „Weiser. – Dotrzyma³em obietnicy. „Weiser!” krzykniesz. – I nic wiêcej mi nie powiesz? – A czego oczekiwa³eœ? Przeczyta³em i mówiê. – A Weiser? – Co. Pójdziesz znów t¹ sam¹ œcie¿k¹ od cmentarza. ¿e teraz jest wtedy. „Weiser!” krzykniesz znowu. Wejdziesz do zimnej wody i staniesz u samego wylotu. Nabierzesz tchu w p³uca i jak w górach zakrzykniesz: „Weiser!”. Ta sama woda co przed laty bêdzie hucza³a na cementowych progach i gdyby nie zachmurzone niebo. Weiser? – Co byœ powiedzia³ o nim? Przecie¿ nie chcia³ zostaæ cyrkowym artyst¹. ale nie wszystko. pomyœla³byœ. ni¿ wiedzia³em. Nie bêdzie siê chyba z³oœci³. – Co siê z nim sta³o? Dlaczego nic nie mówisz? Dlaczego przesta³eœ odpowiadaæ. Dlatego przychodzê do ciebie. a ty znowu swoje. nic wiêcej. Echo odpowie ci st³umionymi sylabami. a póŸniej raz jeszcze w dó³. Odpowie ci tylko plusk wody. ¿e tam jesteœ!” – i ciœniesz kamieniem w czarny otwór. przyjmê go z powrotem na kierownika.

nieruchomym spojrzeniem. wiem. co ogl¹da³y twoje oczy. gdzie zza o³owianych chmur niewidoczny samolot buczeæ bêdzie silnikami. Dudni¹cy pog³os przetoczy siê nad tob¹. zab³ocony. si¹dziesz na brzegu potoku i dygoc¹c z zimna. czego dotyka³y twoje rêce. Gdañsk 1984 . „nie oszukuj mnie. i wszystko. przypomnisz sobie s³owa tamtej piosenki: „Weiser Dawidek nie chodzi na religiê”. zakrzykniesz. „s³yszysz mnie?”. oœliz³ych badyli i kamieni w kierunku jaœniej¹cego punktu po drugiej stronie. ¿e tu jesteœ!”.raz!”. pomyœlisz. „Weiser!”. skurwysynu. zamiast z³orzeczyæ i przeklinaæ. G³owê wsadzisz w ciemny otwór i coraz bardziej zanurzaj¹c siê w wodzie. nie s³ysz¹c ju¿ wody ani wiatru. „Weiser. Wyjdziesz wreszcie z tunelu. Patrzeæ bêdziesz przed siebie têpym. wy³aŸ!”. który targaæ bêdzie twoje zlepione w³osy. ale nikt nie odpowie na twoje wo³anie. I zamiast mówiæ cokolwiek. bydlaku. Ociekaj¹cy wod¹. Popatrzysz w niebo. jakby w górze nasypu bi³ werbel lokomotywy. ¿e wszystko. W szumie i bulgotaniu nie bêdzie odpowiedzi. krzyczeæ bêdziesz coraz g³oœniej. dawno ju¿ rozsypa³o siê w proch. posuwaæ siê bêdziesz na kolanach poœród szlamu.

ul. 97. Grunwaldzka 74/3. Gdañsk 2000 Ilustracje na stronach 33. £ódŸ. ¯wirki 2 © Copyright by Pawe³ Huelle © Copyright by s³owo/obraz terytoria. 185. tel. 209 – ze zbiorów Krzysztofa Gryndera Adres: wydawnictwo s³owo/obraz terytoria 80-244 Gdañsk.: 341 44 13.pl ISBN 83-87316-59-8 . a ilustracje na stronach 153. tel.com.Na ok³adce wykorzystano kola¿ Jana Miœka Redakcja: Stanis³aw Danecki Korekta: Izabela Biliñska Sk³ad: Piotr Górski Druk i oprawa: Drukarnia Wydawnictw Naukowych SA. ul. 241 pochodz¹ z archiwum Gdañskiej Galerii Fotografii./fax: 345 47 07 e-mail: slowo-obraz@terytoria.

Sign up to vote on this title
UsefulNot useful