Książkę tę dedykuję dwóm ludziom, którzy dali mi siłę i zaopatrzyli w metody niezbędne w terenowych badaniach antropologicznych: profesorowi Clementowi Meighanowi i profesorowi Haroldowi Garfinkelowi. Idąc za ich sugestiami, bez reszty oddałem się pewnemu projektowi badawczemu, który pochłonął mnie na zawsze. Jeżeli nie udało mi się urzeczywistnić ducha uprawianej przez nich nauki, trudno. Nie mogłem na to nic poradzić. Zanim zdążyłem sformułować spójne, naukowe hipotezy, zagarnęła mnie siła jeszcze większa, którą szamani nazywają nieskończonością. Język Człowiek wnikliwie wpatrywał się w swoje równania i rzekł, że wszechświat miał swój początek. – To była eksplozja – rzekł. Wybuch nad wybuchami – i tak oto narodził się wszechświat. – I ciągle się rozszerza – rzekł. Obliczył nawet długość jego żywota: dziesięć miliardów obrotów Ziemi dokoła Słońca. Na całym globie zagrzmiały wiwaty; wszyscy dostrzegli w obliczeniach naukę. Nikt nie pomyślał, że postulując początek wszechświata, człowiek odwzorował jedynie składnię swojego języka; zwykłą składnię, której dla stwierdzania faktów potrzeba początków – jak narodziny, rozwinięć – jak dorastanie, i zakończeń – jak śmierć. Wszechświat miał swój początek i wszechświat się starzeje, zapewnił nas, i wszechświat umrze, tak jak wszystko, i jak on sam umarł, gdy już znalazł matematyczny obraz składni swojego języka. Inny język Czy wszechświat naprawdę miał początek? Czy teoria Wielkiego Wybuchu jest prawdziwa? To nie są pytania, chociaż brzmią podobnie. Czy język, w którym stwierdzanie faktów wymaga początków, rozwinięć i zakończeń, jest jedynym istniejącym językiem? Oto prawdziwe pytanie. Istnieją inne języki. Istnieje na przykład taki, który postuluje, by faktami były różne stopnie natężenia. W tym języku nic się nie rozpoczyna i nic nie kończy; i tak narodziny nie są wyraźnym, osobnym wydarzeniem, lecz jedynie szczególnym rodzajem natężenia; i tak też jest z dorastaniem i tak jest ze śmiercią. W tym języku człowiek wodzi wzrokiem po swoich równaniach i odkrywa, że wyliczył już tyle stopni natężenia, by z przekonaniem stwierdzić, iż wszechświat nigdy nie miał początku i nigdy nie będzie miał końca, przechodził za to, i przechodzi nadal, i będzie przechodził przez nie kończące się fale natężenia. Człowiek taki nie zawahałby się orzec, że cały wszechświat jest jednym wielkim rydwanem natężenia, w który można wsiąść i ruszyć w podróż pośród zmian bez końca.

Oprócz tego wysnułby wiele innych wniosków, a być może nawet by mu przez myśl nie przemknęło, że obrazuje jedynie składnię swojego języka.

że ściany nie popękały. była to lekka konstrukcja sklecona z cienkich bambusowych palików. że nie stroi sobie żartów.Wstęp Książka ta jest zbiorem pamiętnych wydarzeń mojego życia. Don Juan spojrzał na mnie badawczo. że mnie odrzucił. spocony i wierciłem się niespokojnie. Tak więc dla don Juana i szamanów z jego linii ów zbiór pamiętnych wydarzeń życia był sposobem rozprowadzania nie wykorzystywanej energii. Wybuch śmiechu don Juana tylko podsycił moje upokorzenie. Kiedy będę gotów ci powiedzieć. Czułem się dotknięty do żywego. że zbieranie pamiętnych wydarzeń życia jest sposobem osiągnięcia emocjonalnego i energetycznego dostrojenia. Plecami byłem zwrócony w kierunku frontowej ściany domu. W ten sposób skrywał szpilę ich nieodwołalności. Siedziałem na jednej z nich. niezbędnego do podjęcia ryzykownej podróży w nieznane sfery postrzegania. zauważył. szamana z indiańskiego plemienia Yaqui z Meksyku. bym sporządził sobie taki zbiór pamiętnych wydarzeń. Kiedy zapytałem go. domyśliłem się. odmiennego w swej naturze od praktycznego działania w naszym codziennym życiu. lecz zupełnie nie chroniącej przed deszczem. to . don Juan zaczai mówić. utkwił we mnie wzrok. uznawaną metodą pobudzania ukrytych w każdym człowieku pokładów energii. lecz cechującego się podobną funkcjonalnością. Napisy na skrzynkach wyblakły i bardziej służyły ozdobie niż identyfikacji. gdy wkroczą na ową konkretną arenę. Don Juan zaproponował mi. których używano jako ławeczek. Z uśmiechu. Jego spojrzenie nie było groźne. parnym powietrzu. rodzaj werandy. zapewnił. Uśmiechając się szeroko. Już miałem powtórzyć pytanie. bez pomijania czegokolwiek. który igrał na jego twarzy. że ludzie grubi w zasadzie nie wiedzą. Maskował wagę pewnych posunięć. Zaledwie wygodnie rozsiadłem się na skrzynce. Nie dość. jak walczyć ze swoją otyłością. którą każdy człowiek musi podjąć pod koniec swojego życia. Stało w niej kilka małych. Zebrałem je. ale mnie powstrzymał. idealistyczny stan. że dom służy mu tylko za tymczasowe schronienie i tak naprawdę mieszka gdzie indziej. Tak mnie to zdenerwowało. – Tutaj się nie zadaje podobnych pytań – powiedział stanowczo. Don Juan siedział na innej skrzynce. gdzie to w takim razie jest. oparty o drąg wspierający całą ramadę. idąc za radą don Juana Matusa. czy nic mi się nie stało. przedstawiając je tak. Don Juan i ja rozmawialiśmy któregoś dnia pod jego ramadą. Don Juan przypuszczał. ale zamiast spytać. zupełnie mimochodem. – Możesz pytać do woli o procedury i pojęcia. częściowo zacienionej. wiedziony jakby spontanicznym odruchem. Uderzenie zatrzęsło całym domem aż po fundamenty. Ów nieokreślony. czego ode mnie oczekuje. Nie pojąłem. mocnych skrzynek. Natychmiast poczułem się odrzucony. Podróżowałem przez cały dzień w gorącym. było bardziej skutecznym paralizatorem niewłaściwych pytań. że wychyliłem się za daleko w tył na mojej skrzynce i z wielką siłą wyrżnąłem plecami o cienką ścianę. którą oni sami nazywali aktywną stroną nieskończoności. dla nich jest konkretną areną praktycznego działania. że dzięki dyscyplinie i stanowczości szamani są w stanie zachować po śmierci indywidualną świadomość i wolę. Powiedział. która uległa dyslokacji – została wypchnięta z naszego zasięgu poprzez okoliczności powszedniego życia. by otworzyć przede mną kognitywny świat szamanów żyjących w starożytności w Meksyku. nadrzędnym celem stosowania dostępnej mu wiedzy szamańskiej było przygotowanie do wyruszenia w ostateczną podróż: podróż. Moja twarz oblała się rumieńcem. Taki był styl nauczania don Juana. Według słów don Juana. że ów proces gromadzenia pamiętnych wydarzeń życia był dla szamanów starożytnego Meksyku. że zbieranie pamiętnych wydarzeń swego życia było dla szamanów przygotowaniem do chwili. zwrócił moją uwagę na to. Według don Juana. określany przez współczesnego człowieka mianem “życia po śmierci". który był moim nauczycielem i przez trzynaście lat nie szczędził wysiłków. Następnie długo mi wyjaśniał. Zajechałem samochodem pod jego dom dopiero kilka minut wcześniej. Niezwykle bezpośrednio. że w ogóle nie różniły się od innych przyziemnych spraw. gdzie mieszkam – jeśli w ogóle będę – powiem ci sam i nie będziesz musiał mnie pytać. którzy go opracowali. Byłem podenerwowany. Niezbędnym warunkiem przystąpienia do tworzenia zbioru była absolutna szczerość i pogrążenie się bez reszty w proces łączenia w jedną całość wszystkich przeżytych emocji i objawień. że mam nadwagę. nadając im pozór banału. szamani jego linii byli przekonani. W ich rozumieniu na pokłady te składa się pochodząca z ciała fizycznego energia. Z biegiem czasu don Juan wyjawił mi. a zarazem bardzo oględnie.

uderzając plecami w ścianę. W owym czasie don Juan mieszkał w stanie Sonora w północnym Meksyku. zważywszy na grubość kośćca. Jego oświadczenie powaliło mnie na łopatki. wykorzystując do tego siłę okolicy. że pewnie tak mówi. jedną na drugiej. Był bez reszty częścią wszystkiego. niezdolny pohamować ciekawości. – Tak – odparł beznamiętnie. gdyż jest ona miejscem bardzo silnych emocji i gwałtownych reakcji. co go otaczało. Następnie spytał mnie o ogólny stan zdrowia. Od tysiącleci zamieszkuje ją bardzo wojowniczy lud. Don Juan mówił dalej. którą poruszył. Nauczyłem się już traktować jego słowa z absolutną powagą. co można w tej okolicy wchłonąć. Tam zawsze jeździłem go odwiedzać. Z jego ironicznego uśmiechu wyczytałem. Jego stwierdzenie wydawało się nie na temat. Jego słowa wywołały we mnie niezwykle dziwne roztrzęsienie. – Naprawdę mieszkasz tutaj z mojego powodu? – zapytałem. że zamiłowanie do wojny będzie mi pewnego dnia potrzebne. – Minutę temu walnąłeś w mój dom jak meteor – powiedział. – Ależ to było uderzenie! Uderzenie godne solidnego mężczyzny. zanim mu przerwałem. jakby spisał mnie na straty. co tylko dało się kolekcjonować. że chce mnie zapoznać z czymś. – Mieszkam tutaj tymczasowo – ciągnął. – Bardzo ciężko o dobry kontakt z grubymi ludźmi – powiedział. Nie mogłem w to uwierzyć. która podobnie jak on wykazuje podwójną strukturę energetyczną. Natychmiast przyjąłem postawę obronną. żeby złagodzić moje rozdrażnienie faktem. Ani ja nie mogę zrezygnować z ciebie. Zbierałem czasopisma. w której mieszka. Gdy widzę twoją energię. ale nie potrafiłem sobie wyobrazić jego życia gdzie indziej. daję słowo. około stu sześćdziesięciu kilometrów na południe od miasta Guaymas. pod pozorem prowadzenia badań w terenie. Wnętrze stanowiło jedno duże pomieszczenie służące do jedzenia i spania oraz nie zadaszona kuchnia. że moja waga jest normalna. Prawdę powiedziawszy. Z drwiącym uśmieszkiem na ustach słuchał moich pospiesznych zapewnień. znaczki. płyty. co już ci wcześniej mówiłem: wyzwaniem dla każdego naguala. Powtórzę ci teraz coś. “Dziwactwami i wariactwami" don Juan ochrzcił moje zainteresowania kolekcjonerskie. widzę dwie nałożone na siebie świetliste kule. by powątpiewać w to. nikt by nic nie zauważył. – Masz grube kości. usilnie starając się uniknąć wszelkich dalszych komentarzy na temat mojej wagi. Nie miałem żadnych podstaw. zobaczyłem tę cechę w tobie. które trwało przez całe życie: do kolekcjonowania wszystkiego. Jesteś taki jak ja. który nasączył tę ziemię swoim zamiłowaniem do wojny. Don Juan sam zmienił temat. – Kiedy już wchłoniesz wszystko. kręcąc powoli głową. każdego pokolenia czarowników jest odszukanie nowego mężczyzny czy nowej kobiety. i ta cecha wiąże nas ze sobą. Pomyślałem. miała splatane ściany obrzucone gliną. co szamani nazywają drogą wojownika. czyli przywódcy. ani ty nie możesz zrezygnować ze mnie. kiedy byliśmy na dworcu autobusowym w Nogales. a ja się rozgadałem. Ja na pewno bym nie zauważył.jeszcze mnie poniżył i wyśmiał. – Muszę cię odpowiednio przygotować. iż mnie obraził. – Nie ulega wątpliwości – odrzekł z uśmiechem. ale faktycznie było inaczej. czy będę musiał toczyć jakąś wojnę? – spytałem poważnie zaniepokojony jego oświadczeniem. Powiedział. Jeszcze chwilę przedtem byłem zły. teraz zbierało mi się na płacz. – Jak tam twoje dziwactwa i wariactwa? – spytał z kamiennym wyrazem twarzy. W owym czasie bowiem ze wzmożonym zapałem powróciłem do mojego starego hobby. mieszkam tutaj z twojego powodu. przykryte płaską strzechą. Don Juan po prostu wrócił do kwestii. że faktycznie muszę wydawać mu się bardzo tęgi. militaria z czasów drugiej wojny światowej – . ja wyjadę. Była to typowa lepianka farmerów z plemienia Yaqui. nie zważając na mój paskudny humor – ponieważ jest to magiczne miejsce. co mówi. – To prawda – żartobliwym tonem przyznał mi rację. że w porządku. że rozmawia ze mną tak. Jednakże jego dom faktycznie sprawiał wrażenie tymczasowego schronienia. – Don Juanie. Miałem nieprzyjemne uczucie. Zapewne swobodnie mógłbyś ważyć piętnaście kilo więcej i nikt. Idiotycznie odrzekłem mu.

nie było moim głosem ani moimi myślami. – Czy owe pamiętne wydarzenia życia są pamiętne w jakimś szczególnym sensie? – zapytałem. obrazami. że to ja wychodzę zawsze na durnia. – Kolekcjonowanie to nie jest wcale taki zły pomysł – wyrzekł takim tonem. ale don Juan nie zwrócił na mnie uwagi. – Nie każde zdarzenie w twoim życiu miało dla ciebie głębokie znaczenie. don Juanie. – Jedyne. nie. – Don Juanie. w porządku. które oświeciły twą drogę. to to. – Sedno sprawy nie tkwi w samym zbieraniu. co by się stało z twoimi zbiorami. niemal niedosłyszalny. hełmy. co mogę ci powiedzieć o moich wariactwach. jakby zastanawiał się nad doborem słów. – Niech ci się nie wydaje. Nie mogłem znieść tego. żebyś stworzył taki album. podoba mi się ta twoja żyłka kolekcjonerska. przybierając maskę męczennika. a jednak – pomimo to – dotykają nas w niezwykle osobisty sposób. że już zbyt daleko . zamknąłem oczy i starałem się uciszyć umysł. Zupełnie. jakby naprawdę był o tym przekonany. zawierając w nim wyczerpujące relacje z różnych zdarzeń. który mówił. Sprawiał wrażenie. – Każdy wojownik w ramach swych obowiązków tworzy specjalny album – ciągnął. nie. don Juanie. – Album ten daje świadectwo okolicznościom jego życia. co się zbiera. Don Juan zrobił długą pauzę. – Niezupełnie – odrzekł z uśmiechem. Wziąłem głęboki oddech. najwyraźniej niezwykle ubawiony moimi reakcjami. – Nade wszystko jednak jest to poniekąd album z obrazami. że cię o cokolwiek posądzam – odpowiedział pospiesznie. jeśli masz psa. z dala. Zaledwie wypowiedziałem te słowa. przedmioty bez wartości. Obrzucił mnie głębokim. don Juanie? – spytałem zaczepnie. gdybyś musiał je zostawić. – Nie próbuję utrudniać ci zadania. don Juanie. kiedy otwieram usta. które zmieniają bieg naszej drogi. które w moim odczuciu prawdopodobnie coś w twoim życiu odmieniły. ponieważ mają szczególne znaczenie w życiu człowieka – odrzekł. kiedy ci się podoba. chciałem go przeprosić. które miały dla ciebie głębokie znaczenie. nie mogłem znieść tego. rażony natychmiast siłą własnego patosu. że jest już za późno i nie mogę się wycofać. by mu pokazać. Zazwyczaj wydarzenia. W jego obecności czułem się zagrożony. Nie podobają mi się tylko twoje zbiory. Ale przemawiał do mnie wewnątrz również inny głos. co mi się przydarzyło. że wszystko. – Naprawdę szukam kupców. – Są pamiętne. który dobiegał gdzieś z głębi. którym musisz się zajmować. że kłamię. jakbym się w ogóle nie odezwał. – Dlaczego nazywasz coś takiego kolekcją. każde zdarzenie w moim życiu miało dla mnie głębokie znaczenie! – odparłem z emfazą. co pobrzmiewało w mojej głowie. ale uwierz mi. której warto poświęcić nieco zachodu. uwierz mi – starałem się go przekonać. Chciałbym zaproponować ci zgromadzenie kolekcji. Ty zbierasz śmieci. Ale tak naprawdę to. a może był to po prostu teatralny. niech ci się nie wydaje. – Prawdę rzekłszy. Było jednak kilka takich. które powstały z sięgania pamięcią do pamiętnych wydarzeń życia. albo gdy nie możesz przestać myśleć.sztylety. co ci się przydarzyło w życiu – rzekł. że ten album to zbiór banałów albo trywialnych historyjek o tym. którego nie potrafiłem rozwiązać: nie miałem najmniejszej wątpliwości co do tego. był to raczej jakiś obcy głos. co jestem wart. – Nie. że tracę twarz za każdym razem. to wszystko. Chciałbym się jednak odwołać do twej natury zbieracza. W myślach gorączkowo wałkowałem problem. nie dotyczą nas osobiście. ale w tym. świdrującym spojrzeniem. – Albo – lepiej jeszcze – albumem? – Ponieważ jest tym i tym – odparował. które uwiązują cię przy sobie równie skutecznie jak domowy pies. flagi i tym podobne przedmioty. które powstały ze wspomnień. Poprzez rozgwar znajomego dialogu dochodziły do mnie moje własne słowa. że nie znoszę wizyt u don Juana. – Chciałbym ci zaproponować. głos. że staram się sprzedać moje zbiory – powiedziałem. Napastował mnie słownie i nie dawał mi żadnych okazji. Nie możesz tak po prostu sobie wyjechać. którego zmuszają do popełnienia ohydztwa. dobrze przemyślany moment zawahania. spełnia te kryteria – powiedziałem świadomy tego.

albo poczułem jej potężny przypływ. nagual Julian.zabrnąłem w świat don Juana i że potrzebuję go bardziej niż powietrza. że ja go wcale tak bardzo nie podsycam. wybuchnąłem i wylałem wreszcie całą moją żółć. Tego samego dnia rozwikłasz swój dylemat. dlaczego – odrzekł. Przynosi ze sobą konflikt. rzucały się na mnie jak lwice. ja. – Twój konflikt jest najzupełniej naturalny – odrzekł. W owym czasie uważałem siebie za rzecznika klarowności i funkcjonalności w posługiwaniu się językiem. co oznacza album pamiętnych wydarzeń życia. Każdy z nas. by mój album pamiętnych wydarzeń życia mógł być czymś innym niż prowadzenie wojny. Tymczasem jednak – ciągnął dalej – odłóżmy temat dwóch umysłów na bok i powróćmy do kwestii przygotowania twojego albumu pamiętnych wydarzeń życia. beznadzieję. co z kolei pogłębiło tylko moje rozgoryczenie. jakby całkowicie się ze mną zgadzał. każdy człowiek. Poczułem bezgraniczne zażenowanie. gdy traktuję przygotowywanie takiego albumu jak prowadzenie wojny. iż równocześnie lubię i nie lubię go odwiedzać – zostanie rozwiązany. – Z niezrozumiałego powodu nie potrafię się skoncentrować na tym. co ci się żywnie podoba – zdawał się przemawiać do mnie ów obcy głos – ale gdybyś nie był takim egocentrykiem. a kiedy ja próbowałem się do nich odzywać. Pogmatwana metafora traci sens. że jest to ćwiczenie z dyscypliny i bezstronności. co ma na myśli. Nie wyobrażam sobie. Drugi umysł to obca instalacja. który zupełnie mącił mi w głowie. Moim ciałem szarpnęło mimowolne drgnięcie. Byłem tak zaabsorbowany gonitwą moich myśli. – Tylko wtedy. Mój strach urósł do takich rozmiarów. nie czułbyś się teraz tak upokorzony. czy nie. że jest to zbiór wydarzeń. Nieoczekiwanie. jest trudne do zrozumienia – powiedziałem w tonie sprzeciwu. szczerość. jakim uwielbieniem darzyły go kobiety. że przygotowywanie tego albumu jest prowadzeniem wojny – to już dla mnie za dużo. co do mnie mówisz. że mój wewnętrzny konflikt – fakt. i wtedy też przestaniesz uważać się za centrum wszechświata i powtarzać ciągle “ja. uzmysłowiłem sobie bezsens moich wybuchów. Jak myślisz. nic mi nie dawała. Zbyt pogmatwane. Powinienem tu dodać. że tak naprawdę rozumiem. – Mów. Ale musiałbyś posłuchać. Traktuj przygotowywanie swojego albumu jak prowadzenie wojny. – Co we mnie wstąpiło? – spytałem zupełnie poważnie don Juana. jego słowa jeszcze bardziej mnie rozzłościły. zadufanie w sobie. ma to dla mnie sens. – Niczego nie rozwiązałem – obwieścił. wątpliwości. – Doskonale wiem. bez żadnego wysiłku z mojej strony. ale nic one dla mnie nie znaczyły. ma dwa umysły. – I możesz mi wierzyć. ty nazywasz to jeszcze “albumem" i mówisz mi. gotowe odgryźć mi głowę. zupełnie jakby słyszał moje myśli albo czytał z nich jak z książki. ukierunkowanie. co powiedział don Juan. Byłem bardzo młody i widziałem. Nadal nie potrafiłem pojąć. co wyrabiał ze mną mój nauczyciel. don Juanie – powiedziałem. czy mnie lubisz. Nie cierpiałem go całym sercem i duszą. jego zaś kochały. że oczy zaszły mi łzami. Niezachwiana pewność don Juana. Nie potrafiłem się skupić na j ego słowach. – Już samo stwierdzenie. Dokładnie zapamiętałem każde jego słowa. uśmiechając się od ucha do ucha – i pewnego dnia ty również się dowiesz. Po krótkiej chwili albo zupełnie straciłem energię. – To głos twojego drugiego umysłu – rzekł don Juan. Don Juan spojrzał mi prosto w oczy i bardzo spokojnie powtórzył swoją wypowiedź. jak przyrównuje przygotowywanie albumu do prowadzenia wojny. który zawsze przynosi ze sobą ład. gdy tylko się wyzbędę egocentryzmu. że w ogóle nie dotarło do mnie nic z tego. Chciałem dalej się z nim kłócić i wyjaśnić mu. W tym momencie czułem się . Kiwał jedynie głową. – A to dziwne! Ze mną jest na odwrót – odparł spokojnie don Juan. Nie jestem z tych. Don Juan nie komentował moich agresywnych reakcji. – Moja sytuacja – konflikt czy jak to sobie nazwiesz – była wynikiem starcia moich dwóch umysłów. don Juanie? – spytałem z niekłamaną ciekawością. Miałem obiekcje co do sposobu opisu. w czym tkwi sedno mojego roztrzęsienia. Prawdę powiedziawszy. Jeden całkowicie należy do nas i przypomina cichutki głos. Zwierzyłem się don Juanowi. A kiedy usłyszałem. – Ale jakby tego było mało. ja". Mnie nienawidziły z całego serca. jak oddawały mu się tak po prostu. jak się wtedy czułem? – I jak rozwiązałeś ten konflikt.

– Wszyscy. a jednak ma ona dla ciebie niezwykle żywotne znaczenie. które było dla mnie równoznaczne z prowadzeniem wojny. iż każde zdarzenie w moim życiu miało dla mnie głębokie znaczenie. Byłem tak wstrząśnięty tym. stwierdziłem. jesteśmy tacy sami. ale metodą mozolnych prób i błędów czarownicy ustalili. czego chcą. chodzi o konflikt naszych dwóch umysłów. Dalej tłumaczył zagadnienie dwóch umysłów. Gdy usiłowałem coś sobie przypomnieć. czarownicy byliby nie do zniesienia. bym usiadł w samotności i nie blokował swobodnego przepływu myśli i wspomnień. że moje przekonanie. Odniosłem wrażenie. Don Juan zrobił krótką przerwę. nie jesteśmy z natury małostkowi i wewnętrznie rozdarci – odrzekł. – Rozwiązanie konfliktu dwóch umysłów jest kwestią jego zamierzenia – rzekł. co sobie uświadomiłem. To taki wentyl bezpieczeństwa czarowników. Poradził mi. Choć nie miałem bladego pojęcia. Dlaczego tak jest? – Dowiesz się. co robimy. przychodzi do nich i wyznacza im ścieżkę prowadzącą do realizacji celu. co miało. że musi budzić grozę. że nie wiem nawet. – Nie. że pojawia się ona jedynie wówczas. starając się przypomnieć sobie wydarzenia. Przez mój umysł rwał nie kończący się strumień myśli i wspomnień. po czym znowu zaczął mówić o albumie. co wcześniej powiedziałem o naszych dwóch umysłach. gdy powód jest abstrakcyjny. Jeśli chodzi o ciebie. – Tymczasem zaś wystarczy. nie jest małostkowością ani kaprysem. don Juanie. do czego zmierzają. jednak w rzeczywistości doskonale go zrozumiałem. czy wydarzenia te miały dla mnie jakiekolwiek znaczenie. nawet jeśli kieruje nimi małostkowość i kaprys? – spytałem. że czarownicy zdobywają wszystko. – Chcesz przez to powiedzieć. stwierdziłem. i rzadko do nas przemawia. ma i będzie mieć dla mnie olbrzymie znaczenie. które odcisnęły na mnie swoje piętno. co do nich wiodło. Jeden z nich jest naszym prawdziwym umysłem. Składały się nań drewniane skrzynki i kilkadziesiąt pustych worków jutowych. które wspomnienia mam wybrać. ale nie potrafiłem określić. jego oczy przypominały dwa czarne węgielki. od czego należałoby zacząć. – Sęk chyba w tym. jak ci powtórzę to. przywołanie intencji w celu rozwiązania konfliktu twoich dwóch umysłów albo po to. że album wojownika jest czymś nadzwyczaj konkretnym. którym zostaliśmy wszyscy dotknięci. czego chce ode mnie don Juan. kobiety i mężczyźni. Kiedy ją przyzywają. Wziąłem sobie sugestie don Juana głęboko do serca i zacząłem myśleć o swojej przeszłości. don Juanie. Następnie nakazał mi iść do domu i położyć się na posłaniu. dlaczego. Byłem cały obolały i kiedy położyłem się na tym legowisku. . iż nie potrafię traktować jej poważnie – powiedziałem z odczuciem. bym się postarał i pozwolił mojemu głosowi wewnętrznemu przemówić i podpowiedzieć mi. Don Juan przyglądał mi się z uwagą. by dosłyszeć głos prawdziwego umysłu. siłę istniejącą we wszechświecie. w swoim czasie – odrzekł. – Nie przejmuj się głupimi drobiazgami – powiedział don Juan uspokajającym tonem. było absurdalne. gdyby go nie było. nie to chciałem powiedzieć – odparł. – Przygotowywanie albumu. to obca instalacja. że w istocie jest nadzwyczaj wygodne. choć jedynie udziałem czarowników jest cierpienie i beznadziejność płynąca z jego uświadomienia. ten którego używamy na co dzień we wszystkim. – Można oczywiście zawezwać intencję z każdego powodu. służących za materac. gdyż został pokonany i zdegradowany do poziomu niejasnego podszeptu. że jesteśmy z natury małostkowi i wewnętrznie rozdarci? – Nie. wymawiając słowo “intencja" głośno i wyraźnie. Zalecił. – Teraz mój album stanowi precyzyjnie opracowaną kolekcję niezapomnianych momentów z mojego życia i tego wszystkiego. czymś tak głęboko wnikającym w istotę rzeczy. zmusiło mnie do przeprowadzenia nadzwyczaj starannego doboru – rzekł. że dokonałem prawdziwego odkrycia. Zamieściłem w nim to. które sobie przygotowałem. że koncepcja umysłu jako jakiejś obcej instalacji jest tak dziwaczna. że czarownicy zawsze osiągają to. jakbym w ogóle się nie odezwał. znaczy to tyle. Szybko zdałem sobie sprawę z tego. Don Juan nie skomentował mojej wypowiedzi. że zupełnie mimowolnie zacząłem szlochać. – Bez przerwy mi o tym mówisz – odezwałem się – ale do mojego mózgu to nie dociera. – Chcesz mi powiedzieć.kompletnie zbity z tropu. wytworem naszych doświadczeń życiowych. – Wynika to raczej z pewnego transcendentalnego konfliktu. Drugi. Wręcz przeciwnie – jest to sprawa eteryczna i abstrakcyjna. Jestem zdania. – Szamani przywołuj ą intencję.

że nie podołam poleceniu don Juana. myśl ta była jednakże tak ulotna. Wypożyczyłem na tę okazję szary garnitur. ale zmieniła nazwisko. Z tego powodu mówię. że przygotowywanie go jest jak prowadzenie wojny. co umieścić w swoim albumie. Raz jeszcze poczułem się niezwykle rozstrojony mrocznym podejrzeniem. abym jedynie działał. Rozluźnijmy go i pomówmy o twojej kolekcji pamiętnych wydarzeń życia. Innym elementem mojej kolekcji był dzień. Kiedy jednak dokładnie przyjrzałem się mojej kolekcji. Zabrałem się do pracy na poważnie. by postrzegano mnie zawsze w dobrym świetle. które za wszelką cenę chciałem uczynić pamiętnym. ale tak nie było. że z twarzy bardzo przypominała Carole Lombard. Zupełnie jakbym przeszedł przez nie niczym automat zdolny mówić i chodzić. zanim się wie. Pomimo wielkich starań nie mogłem sobie za nic przypomnieć. Zdarzenia. w samym środku wykładu. . że powinien być dla mnie pamiętny. był dzień. o których myślałem. – Oczywiście. które rzucił mi don Juan. – Muszę się nad tym głębiej zastanowić. – Chyba tak – skłamałem. któremu się przysłuchiwałem. Byłem niezwykle podekscytowany myślą o poślubieniu wysokiej kobiety. znów miałem kiepski humor i wojowniczy nastrój. – Muszę dać mojemu umysłowi trochę czasu na oswojenie się z tą koncepcją. don Juanie – wymamrotałem. Tego dnia już więcej o tym nie rozmawialiśmy.że absolutnie nic się dla mnie w życiu nie liczyło. że przybrała ona pozory zagrożenia. jak odpowiedzieć na wyzwanie. zrozumiałem. że przyjęto mnie na studia magisterskie na Uniwersytecie Kalifornijskim. – Twój codzienny umysł znów tobą zawładnął. W domu całkowicie zapomniałem o całej sprawie. – No i co. w którym omal nie ożeniłem się z Kay Condor. że decyzja o tym. ile to konieczne. – Co ci powiedział? – zainteresował się don Juan z nutą napięcia w głosie. Z faktem. W tamtym momencie wyraźnie. uzmysłowiłem sobie. – Aha. Jednym z najbardziej ulotnych wspomnień. nie próbując nigdy nawet czegokolwiek poczuć. co wybrać. Przy moim wzroście spodnie robiły wrażenie zbyt luźnych. Ponieważ nie wiedziałem. Niemożność zrobienia czegoś równała się w moim odczuciu przyznaniu się do porażki. Dzień ten nie kojarzył mi się z niczym interesującym czy wyjątkowym – jedynie z myślą. choć tylko przez bardzo krótką chwilę. szarpnął mną fizycznie bezwarunkowy imperatyw przypomnienia sobie pamiętnych wydarzeń mojego życia. oczywiście – zgodził się ze mną. Muszę ci powiedzieć. że zajmuję się tylko takimi sprawami. zrezygnowałem i zapadłem w sen. co się wówczas wydarzyło. i to na dodatek w kościele. – Daj sobie tyle czasu. Naprawdę nie nazywała się Condor. kiedy dowiedziałem się. gdy się przebudziłem z tego długiego snu. którą umiałem robić dobrze: rozzłościłem się. kiedy to nagle. który wstrząsnął całym moim ciałem od czubka głowy po palce stóp. znowu tkwisz w swoim codziennym umyśle – powiedział i poklepał mnie mocno po plecach. które nie posiadają absolutnie żadnej treści. że Kay była piękna i chciała za mnie wyjść. Zamiast czuć się rozluźniony i wypoczęty. złapałeś coś? – spytał mnie don Juan. a to było absolutnie nie do przyjęcia. Pozostało po niej jedynie wrażenie. że dostałem się na uniwersytet. poczułem potężny nerwowy spazm. co jeszcze bardziej pobudzało moje zainteresowanie jej osobą. Była wyższa ode mnie o głowę. Przepustką do sławy miał być fakt. nie złapałem! – warknąłem. zrobiłem jedną jedyną rzecz. Całe miesiące strawiłem na odgrzebywaniu w pamięci przeżyć. ale pospiesz się. że mam dwa umysły. dopuściłem do tego. że natychmiast mi umknęła. Zamiast jednak spokojnie pogodzić się z własną niemocą. aż pewnego razu. W owym okresie mojego życia głównym motorem moich działań było dążenie do tego. ponieważ chciała być aktorką. co tamtego dnia robiłem. – Słyszałeś głos dochodzący głęboko z twego wnętrza? – indagował dalej. – Nie potrafię o tym myśleć. lecz niezdolny do odczuwania czegokolwiek. Nie będąc w stanie się bardziej skoncentrować i wykonać zadania. – Nie. były jedynie niejasno zapamiętanymi. nie jest sprawą łatwą. powinno się łączyć zadowolenie albo duma z samego siebie. Dzień ów zapisał się w mojej pamięci nie tyle z powodu tego. ile dlatego. don Juanie – powiedziałem. Trzeba się przeistoczyć dziesięć razy. abstrakcyjnymi punktami odniesienia. które w moim odczuciu miały dla mnie jakieś znaczenie. że wychowano mnie tak.

która myśli. przez całe życie i może nawet jeszcze dłużej. jak jej życie powinno wyglądać. gdy pokazywano mu tę samą pracę: “No. Odnoszą się wyłącznie do ciebie jako osoby. Rozumiesz. której absolutnie nie odczuwałem. która żyje wyobrażeniami na temat tego. to jeszcze sądziłem. Powinien to być dzień miażdżącej klęski. Miałem wrażenie. żeby je skrócić. że nie uznaje rozwodów i nie potrafi związać się do końca swoich dni z mężczyzną. – Powiem ci coś raz jeszcze – odparł. że Kay Condor nie wyszła za mnie. że nie zapisał się on w mej pamięci niczym szczególnym. W owym czasie byłem absolutnie pewny. Rzecz jasna. Na przykład. Kiedy następnym razem pojechałem odwiedzić don Juana. że poprawiają swoje prace. wypożyczonym garniturze z szerokimi spodniami. że dzień. Były to jedyne dwa wydarzenia. Dodała. Wzorując się na przenośniach don Juana. ostatecznie pokonany. czy czułem się potwornie upokorzony. płacze albo nie odczuwa niczego. o co mi chodzi? Cała ta historia to po prostu ty sam. musiałem nałożyć na ręce gumowe ściągacze. uzmysławiasz sobie. lecz po prostu szerokie spodnie. stawia cię po trochu w centrum wszystkiego. Czujesz. żeby przydać mu ważności. które potrafiłem wyraźnie wydzielić. Ponieważ była bardzo dobrze wychowaną młodą damą. – Historie z albumu wojownika nie są osobiste. miałem świadomość. Przypominał mi mistrza rzemiosła z odlewni rzeźbiarskiej.Nie były to dzwony. Przez długie lata nie dość. Wyobraziłem sobie samego siebie jako istotę. co tylko może spotkać człowieka. nie uzmysławiasz sobie. Mistrz ów krytykował wszystkie prace swoich uczniów i wytykał im błędy. Pamiętam promienny uśmiech radości mistrza i jego słowa. spotkało mnie wszystko. ponieważ mimo że nie mają one z nim nic wspólnego. to jednak on w nich tkwi po uszy i zawsze będzie. w którym zostałem przyjęty na studia magisterskie na Uniwersytecie Kalifornijskim. nie czujesz. że Kay Condor zrejterowała i nie zjawi się w kościele. Po wysłuchaniu jego słów poczułem się przybity. przesłała mi kartkę z przeprosinami przez posłańca na motocyklu. robiłem co mogłem. że nigdy nic mi się nie przydarzyło. odczuwa. ale wszystkie one byłyby jedynie . że don Juan jest zawziętym. co wybrać. powinien być dla mnie dniem pamiętnym. że rękawy różowej koszuli. Były to raczej marne próbki. że mogłeś dodać więcej szczegółów. wyrywając mnie z zamyślenia. nie mogłem sobie przypomnieć. która kroczy przez życie pozbawiona prawdziwych uczuć. zaraz po przyjeździe przedstawiłem mu moje dwie próbki. który w dużym stopniu nie podziela jej poglądów na życie. że są do niczego. gdy chodziłem do szkoły artystycznej. Twoja opowieść o dniu. zacząłem więc na siłę wymyślać odczucia. Obie bardzo mnie kochają. gdy wypowiadam jej nazwisko. i to niesamowicie mnie drażniło. z których mógłbym wybierać. – Czy możesz mi powiedzieć konkretnie. stworzyłem nawet swój własny metaforyczny obraz: istota. w którym goście i ja sam stwierdziliśmy. kiedy dostałeś się na uniwersytet. ale po odpowiedniej aranżacji udało mi się nadać im formę opowieści o filozoficznym pogodzeniu się z losem. Ponieważ tak nie było. Przypominając go sobie. Oprócz tego irytowało mnie niezmiernie to. – W swoim czasie byłem w podobnym położeniu. bo mnie zostawiła i stałem tak sam przed całą masą ludzi w moim szarym. teraz to rozumiem!" – Nie łam się – powiedział don Juan. starym człowiekiem. były prawie dziesięć centymetrów za długie. Wypomniała mi. Napisała. byłem przekonany. którą sobie kupiłem na tę okoliczność. Poza tym wszystko szło doskonale do momentu. – Żadna z tych historii się nie nadaje. – W twojej drugiej opowieści niemal dotykasz tego. ale cała reszta mojego życia jest taka sama. które wytrzymają próbę czasu. ale znów obracasz to w coś skrajnie osobistego. o co mi chodzi. a nie był. ale nie na tyle. oceniająca wszystko jedynie z intelektualnego punktu widzenia. Kiedy starałem się przywołać wspomnienia tego dnia. ale moje usilne starania zachowania pewnego wyobrażenia o sobie samym nie pozostawiały mi w ogóle czasu ani ochoty na to. Pamiętne zdarzenia z albumu szamana to rzeczy. czy też byłem zdruzgotany tym. – To stek bzdur – oświadczył. Podobnie było z dniem. że wszyscy – mężnie i mądrze – powinniśmy zapomnieć o całej sprawie i żyć dalej. Wiem. Odzwierciedleniem stanu mojego umysłu był całkowity paraliż. że nie wiedziałem. don Juanie. bym mógł się stać częścią ich rodziny. by cokolwiek zauważyć. żądając wykonania poprawek zgodnie ze swoimi zaleceniami. co jest nie tak z moimi historiami? Wiem. Uczniowie odwracali się i udawali. – Ale jakże mogłoby być inaczej? – zapytałem. że prycham pogardliwym śmiechem za każdym razem. co zdradza całkowity brak szacunku dla jej osoby. który czerpie szczególną przyjemność z robienia ze mnie durnia. Napisała. które powinienem był wówczas mieć. w którym nieomal poślubiłem Kay Condor. ale niezupełnie osobiście. iż nie mam żadnych przeżyć. gdzie pracowałem w czasach. że omówiła całą sprawę ze swoją matką.

które udało mi się uchwycić i wydobyć na światło dzienne. że sprawdza moją wytrzymałość. Śmialiśmy się z horroru. Zmieścił owego gigantycznego chłopca. odcinając mu nogi. bym poszedł z nim do kostnicy. Z tym właśnie kojarzyła mi się mroczność. który miał jakieś zaburzenia hormonalne i niesamowicie wyrósł. kto ma się w każdej chwili zjawić. co chwila spoglądał na zegarek. – To po prostu opowieść o twoim strachu. – Każda historia widziana oczyma świadka jest. Nie dostrzegłem w nich niczego pouczającego ani metafizycznego. która służy czemu innemu. codzienne sytuacje. Jego serce nie rozrastało się w takim samym tempie co reszta ciała. Rzygać mi się chce. – Tak. byłem przekonany. – Nie. co miał na myśli. Ale jestem ciekaw. tak. jakim często stają się zwykłe. Jednakże podobny strach nie oświetli niczyjej drogi. – Ale w takim razie nie jest to historia do albumu wojownika. który mierzył ponad dwa metry i trzydzieści centymetrów. Zapewne chciał przetrzymać mnie w kostnicy dłużej. Jest odrażająca. jakbym zobaczył ducha – odparłem. czym udało mu się śmiertelnie mnie przerazić. Nagle jeden z przykrytych prześcieradłem trupów zaczął się ze skrzypieniem unosić na marmurowym stole. że w życiu jeszcze czegoś takiego nie widziałem. Roya Goldpissa. które mnie ogarnęło. które chłopiec obejmował ramionami niczym dwa trofea. co bezosobowe. Zapewnił mnie. Pamiętne zdarzenia. górna część ciała czasami unosi się do pionu. wpuścił nas przez tylne drzwi do środka. tym bardziej byłem zaintrygowany. oczywiście – odrzekł z uśmiechem. Wiedzeni niezdrową ciekawością. jak zwykle pysznie ubawiony moją konsternacją. ponieważ czegokolwiek się tknął. moje męstwo. Byłem już wówczas beznadziejnie pogrążony w makabrycznych wątkach. kręcąc głową. Sam byłbym śmiertelnie przerażony. mówiąc o mrocznym dotyku tego. że chodzi mu o coś odrobinę makabrycznego. Pokazał nam swoje arcydzieło. Ponieważ zawsze lubiłem rywalizację. Zacisnąłem więc zęby i postanowiłem zostać z nim do samiuteńkiego końca. jak gdyby czekał na kogoś. że przeszyło mnie na wylot i pozostanie w mojej pamięci do końca życia. Przypomniała mi się kolejna historia o szesnastolatku z mojej szkoły średniej. którego doświadczyłem w kostnicy jako dziecko. ale koledzy nazywali go Goldpiss. Goldpiss był wielkim . chcąc mnie przekonać. – Jednak twoja historia ciągle jest zbyt osobista. Im więcej mówił o tym. że miałem chwilę olśnienia i zrozumiałem. Opowiedziałem więc historię mojego najlepszego przyjaciela. przemieniał to w złoto. zupełnie jakby zamierzał usiąść prosto. których my poszukujemy. co bezosobowe. Pokazał nam staranne ułożenie kończyn. Opowiedziałem mu więc historię z czasów dzieciństwa. wybraliśmy się z kolegą do domu pogrzebowego. przy zmianie temperatury otoczenia. Przerażenie. Są nim przesycone. które pozostawiają olbrzymie dziury wypełnione powietrzem. Pouczał mnie bez przerwy. osobista. bo wtuliłem głowę w poły jego kitla i zwymiotowałem na niego. który prawdopodobnie sam był bardziej makabryczny niż my dwaj razem wzięci.przedłużeniem twojej osoby i niczym więcej. ale wyczuwam tu wielki potencjał. Było to coś tak przerażającego. i pewnego dnia chłopak zmarł na zawał. Sądziłem. kryją w sobie mroczny dotyk tego. Robił specjalizację i pewnego dnia zabrał mnie do kostnicy. było porównywalne z tym. co było dalej. Nigdy w życiu nie widziałem nieboszczyka. Nie wiem. w trumnie normalnych rozmiarów. że młody człowiek ma niejako obowiązek oglądać martwych ludzi. Mój kuzyn – pan lekarz i naukowiec – wytłumaczył mi. Najwyraźniej podchwyciłem makabryczne wątki z mojego życia. don Juanie – wyraziłem moje wątpliwości. ma on demonstrować przemijalność życia. Jeden z moich starszych kuzynów studiował w szkole medycznej. siłą rzeczy. – Naprawdę nie rozumiem. Jest to historia. – Prawie ci się udało – powiedział don Juan. ponieważ jest to bardzo pouczający widok. niż byłem w stanie wytrzymać. Kiedy kuzyn mówił. – Zacząłem się drzeć. Tak naprawdę nosił on polskie nazwisko. jeszcze nie trafiłeś – powiedział don Juan. jak bardzo w obliczu śmierci stajemy się nieważni. Z jego wnętrza wydobyło się beknięcie tak ohydne. W końcu ciekawość zawładnęła mną całkowicie i zgodziłem się z nim pójść. – Mój kuzyn zaś wyzwał mnie od tchórzy i mięczaków. Jego pracownik. Samiuteńki koniec przeszedł moje najśmielsze wyobrażenia. i w podobnych przypadkach. ale tym razem nie była to reakcja fizyczna. jak to inaczej wytłumaczyć. Wydawało mi się wówczas. że są to zwłoki człowieka zmarłego na gruźlicę i że jego płuca trawione są przez prątki. a najczęściej konwulsyjnie podryguje. Pokazał mi kilka trupów. do czego zmierzasz. była to odraza psychiczna.

o który ci chodzi. by być najbogatszym człowiekiem w Woodland Hills. że osoba. i był on niewyobrażalnie bogatym człowiekiem. które przypominało wyglądem budkę telefoniczną. don Juanie? – spytałem moim zwyczajowym tonem źle maskowanej skargi. na to zasługiwał. było ostudzenie zapędów napastnika poprzez jego ignorowanie. Inaczej jest to porywanie się z motyką na słońce. wcale mnie nie zachwycało. Moim ulubionym wybiegiem. – Ale pomimo to – a może właśnie dlatego – prawie ci się udało. naciskając wskazującym i małym palcem prawej dłoni. która cię słucha. zadufany w sobie i pełen wątpliwości. Nie zostałem na pogrzebie. będzie łaskawa je zrozumieć. że łaskawy pan jest zadowolony". Tamtego razu to. jakim zmianom podlegał mój nastrój za każdym razem. Jego śmierć stała się przyczyną mojej trzeciej wizyty w kostnicy. ze zwierzchnikiem pewnej sekty islamskiej. że konkurencja jest zbyt twarda. choć tym razem była to porażka . Wobec tego mój przyjaciel Roy zawęził perspektywę i zdecydował się zostać najbogatszym człowiekiem w Stanach Zjednoczonych. Na nieszczęście dla niego na tej samej ulicy mieszkał pan Marsh. ponieważ była to szczera prawda. dlaczego nie możesz zrobić tego czy tamtego. co mówił na mój temat. Unikałem jego spojrzenia. zrzędliwy. Po chwili mój humor ulegał tajemniczej metamorfozie i stopniowo stawałem się bardziej wylewny. – Nie tłumacz się za dużo – odrzekł don Juan. mieszaniną niemocy i gniewu. czy ciało zostało odpowiednio ubrane. gniewu takiego. by ze swymi sieciami pizzerii i lodziarni dał radę zajść na tyle wysoko w świecie biznesu. może wówczas mógłbym na coś wpaść. tak naprawdę przepraszasz za swoje braki. abym jako jego najlepszy przyjaciel poszedł sprawdzić. gdzie pracownik biura poprowadził mnie do pomieszczenia. Roy miał zostać pochowany w pozycji siedzącej. Porzucił nadzieję. Zawsze przyjeżdżałem do niego grymaśny. by móc konkurować z rodzinami. dzielnicy Los Angeles. Zadowolił się więc dążeniem do tego. Kupiła niezwykle drogą trumnę. Zaczynasz dotykać sedna. Ale i tutaj był już spóźniony. że w każdym tłumaczeniu zawierają się ukryte przeprosiny. gdy ktoś mnie atakował. jakiego nie da się na nikim wyładować. Nigdy nie mogłem się nadziwić. Frustracja Roya przeszła ludzkie pojęcie. ze środkowym palcem podgiętym do wnętrza dłoni. które od pokoleń miały Kalifornię na własność. Przed każdym ważeniem zwierzchnik rzeczonej sekty tuczył się do granic możliwości. właściciel licznych zakładów produkujących najwyższej klasy materace łóżkowe w całych Stanach Zjednoczonych. w nadziei. Jak zwykle czułem się pokonany. Don Juan miał jednak wstrętną zdolność całkowitego absorbowania mojej uwagi. Powiadał. Bez względu na to. że w końcu podupadł na zdrowiu. Jego pęd do sukcesu był tak ogromny. – Nie ma co. w której mieszkał. Charakterystyczny dla mnie sposób mówienia pozwalał jednak uzewnętrznić się temu stanowi ducha. Żona Roya – nigdy się nie dowiem. w którym przygotowywano zwłoki do pogrzebu. rzucając mi surowe spojrzenie. bez względu na to. Konkurencja w tym sektorze była niesłychanie zażarta. pomysł zaczerpnęła z jakiegoś filmu. pracownik stojący przy wysokim stole z marmurową płytą trudził się nad wypchnięciem do góry kącików ust nieboszczyka. że jako indywidualny biznesmen nie ma najmniejszych szans rywalizować. jak bardzo mnie atakował. na przykład. – Czarownicy powiadają. do którego uciekałem się zawsze. gdy byłem w odwiedzinach u don Juana. Dokładnie w chwili. – Gdybym znał schemat. Chciał zostać najbogatszym człowiekiem na świecie. Kiedy się więc usprawiedliwiasz. – Czy możesz podać mi przykład pamiętnego wydarzenia z twojego albumu. pracownik obrócił się nieznacznie w moją stronę i odezwał się służalczo: “Mam nadzieję. Kiedy na martwej twarzy Roya pojawił się groteskowy uśmiech. cacko na zamówienie. Pewnego dnia zmarł z powodu tętniaka w mózgu. Żona Roya błagała mnie. który w owym czasie otrzymywał roczne wynagrodzenie w złocie o wadze równej wadze jego ciała. ale jej nie kończące się skargi przebijają w każdej wypowiedzi. który osiągnął już stan stężenia pośmiertnego. jej zdaniem.biznesmenem. gdy tam wkroczyłem. Zwyczajowo mówiłem jak osoba dogłębnie niezadowolona. czy go lubiła. co powiedział. Oddaliłem się ogarnięty niezwykle gwałtownym uczuciem. zawsze udawało mu się przykuć moją uwagę do każdego swojego słowa. która powstrzymuje się od głośnego narzekania. Udałem się do zakładu pogrzebowego. jak. jak gdyby właśnie telefonował do kogoś w interesach. Jego talent handlowy uczynił z niego osobę skrajnie ambitną. Stwierdził jednak. Roy obniżył poprzeczkę: być może uda mu się zostać najbogatszym człowiekiem w Kalifornii. masz dzisiaj makabryczny nastrój – podsumował don Juan ze śmiechem. czy nie – postanowiła go pochować tak wystawnie. aż osiągałem stan nie znanego mi wcześniej spokoju.

Wcale mnie nie obeszła. kiedy chce coś zrelacjonować. taki. Przerwał mi i zażyczył sobie przemyślanej. Nigdy tego nie żałowałem. i zaśmiałem się głupio. Zacząłem powierzchownie relacjonować moją historię. stary. Rozumiesz mnie? Rozumiałem tyle. Robiłem wszystko. co mogłem. choć gdyby zdarzyła się w moim powszednim życiu czy zaraz po przyjeździe do domu don Juana. – Powiadam ci. – Mam lepszy pomysł niż podanie ci przykładu pamiętnego wydarzenia z mojego albumu – powiedział. – O co ci chodzi? Opowiedział mi. który zawsze nakładał na głowę. ale nigdy na tym samym miejscu. – Kiedy chodzisz. Zamierzam dać ci na zawsze coś cudownego. – Podam ci przykład z twojego życia. don Juanie? – Historia o “figurach przed lustrem" – odrzekł. co najżywiej utkwiło mi w pamięci w związku z nim i co miało związek z historią. ale jurność pozostawała w całkowitej sprzeczności z jego kościstym. dysponując starym słomianym kapeluszem. niemal jąkając się. był na bieżąco ze wszystkimi cudami. Coś. ale moje kolejne podejście również go nie zadowoliło. pod jego ramadą. byłoby inaczej. z afektowanym akcentem oksfordzkim. miałem bliskiego przyjaciela. – Co to była za historia. ale wiem. Po długiej chwili milczenia don Juan znów się do mnie odezwał. Don Juan miał nade mną przewagę. – Trudno to opisać. drobiazgowej narracji. jak to mówił. . Nerwowo przechadzał się po pokoju. wszechstronnego uczonego i artystę. która spełnia wszelkie kryteria. jurnego. którymi mnie raczył – abym. w południe. których dokonał na tym polu – były kapitalne. żeby się zmusić do przypomnienia sobie wszystkich szczegółów tamtej historii. Pomyślałem sobie. jesteś o wiele dokładniejszy. gdzie znalazł niewiarygodną kobietę. praca była jego nemezis. zwracając się plecami do ściany. – Nie ma tu nic do śmiechu – rzucił ostro. – Spokojnie. Jego – moralnie niejednoznaczną – specjalnością była nie krytyka artystyczna. niemal bez tchu. gdyż miał on w zwyczaju zwlekać ze wszystkim do ostatniej chwili. poważnym wyglądem. Eddie. Wielokrotnie. która wykonywała niesamowity numer. że don Juan żartuje. Spróbowałem raz jeszcze. Raz opowiedziałeś mi historię. czego obraz zachowasz w pamięci na całe życie. że był w pewnym burdelu. musisz to zobaczyć na własne oczy! – rzucił rozemocjonowany. Szliśmy długi czas w kompletnej ciszy. spokojnie – odparłem. była jego bombastyczna wizja własnej osoby. niż wtedy gdy siedzisz. że przydarzyła mu się rzecz niezwykła i chce się nią ze mną podzielić. którą opowiadałem don Juanowi. i powiedział mi. że człowiek powinien chodzić w tę i z powrotem. Don Juan siadywał pod swoją ramadą różnie. – Opowiedz mi tę historię raz jeszcze. uważał siebie za niezwykle rozpustnego. bez wątpienia zamieściłbym je w moim zbiorze pamiętnych wydarzeń z mojego życia. lecz rozeznanie we wszystkich lokalnych burdelach.osobliwa. Barwne i rozwlekłe relacje. Nie zdziwiło mnie więc wcale. Szkota. Siedzieliśmy wówczas. Kiedy studiowałem rzeźbę w akademii sztuk pięknych we Włoszech. Idea zostania wszechstronnym uczonym i artystą była prawdopodobnie najśmielszą z jego fantazji. nazywany przez nią “figurami przed lustrem". Albo inaczej: gdybym był tobą. W swych wyobrażeniach wiernie podążał za koncepcjami angielskiego filozofa Bertranda Russella i marzył o zastosowaniu zasad pozytywizmu logicznego w krytyce artystycznej. wiele lat wcześniej. który bez dwóch zdań powinien się znaleźć w twojej kolekcji. Miałem już swój schemat: zawsze zajmowałem to samo miejsce. które zapamiętałeś. że jest to coś. którego zawsze używał. a było ich mnóstwo. Po kilku godzinach usiedliśmy w cieniu wysokich krzewów i raz jeszcze opowiedziałem całą historię. od samego początku. suchym. Rozpustny to on był. Wyruszyliśmy o najgorszej porze dnia. ilekroć wychodziliśmy na ostre słońce. co ty potrafiłbyś docenić. Ale opowiedz mija ze wszystkimi szczegółami. gdy ze mną rozmawiał. – Mówię poważnie. gdy pewnego dnia wpadł do mojego mieszkania niezwykle podekscytowany. jak to mieliśmy w zwyczaju podczas dnia. który studiował sztuki. że jest rozhisteryzowanym Szkotem. gdyż chciał zostać krytykiem artystycznym. To wcale nie wymysł. Zawsze z przyjemnością ulegałem jego nastrojom i pozwalałem mu się zabierać ze sobą. – Chodźmy się przejść – zaproponował. Tym.

również zbyt ciasne na ich przysadziste tułowia. – Jak się pani dziś miewa. Zapytała mnie wówczas. Gdy będziesz napalony i gotowy. Powitali Eddiego z przesadną wylewnością. Kiedy już weszliśmy do małego holu. z pierzastymi. Pokiwałem jedynie potakująco głową. na piętro zrujnowaną klatką schodową. chytre. Zapewniłem Madame Ludmiłę. by zakosztować jego nowej rozkoszy. Eddie zapukał kilka razy. że ich nie mam. Budynek starał się sprawiać wrażenie. zostawiam cię w dobrych rękach. ja jednak dostrzegłem jego nieświadome gesty zdradzające. pusty korytarz z drzwiami pokojów po obu stronach. Na mnie nawet nie spojrzeli. mój mały? – spytała. co? Eddie ujął jej dłoń i z galanterią pocałował. bez powodzenia starając się naśladować amerykański akcent. złowrogie oczy. Eddie. młody. abyśmy weszli. że czuje się nieswojo. jakbym był głuchy. że dosyć. i że mówię po angielsku. Przyszedłeś z przyjacielem.przekonywał mnie. że niegdyś mieścił się w nim hotel. która w swoim czasie musiała być luksusowo urządzona. iż Amerykanie znani byli ze swej zamożności. które sprawiały wrażenie za małych na ich stopy. na nogach mieli czarne buty ze szpicem. które normalnie. a na nogach czerwone kapcie z puszystymi pomponami. – Mówisz po angielsku. mów. – Dostaniesz dobry show – rzekła z pewnością w głosie. jasnoniebieskie garnitury. to absolutna rewelacja! Moja ciekawość rosła z każdą chwilą. falbaniastymi rękawami. gdy odwiedzał swoje ulubione domy rozpusty. że nie jestem ani jednym. gdy się uśmiechał czy śmiał. Eddie obrócił się w moją stronę i rzekł ze swym nieudolnym amerykańskim akcentem: – No. na ścianach łuszczyły się płaty farby. a on chciał zyskać w ich oczach renomę człowieka bogatego. Drzwi się otworzyły i pulchna. Na drzwiach dostrzegłem numer 112. Nie wiedziałem. Madame Ludmiło? – rzekł. Eddie wywiózł mnie na przedmieście. Dostrzegłem resztki szyldu hotelu. Bomba! W napadzie nie kontrolowanej radości Eddie zaczął się śmiać na całe gardło. ciemnooliwkową farbą. Jeden z mężczyzn otworzył Eddiemu drzwi. czy rajcują mnie jej “figury przed lustrem". podejrzanie wyglądających mężczyzn. że robi to dlatego. nie zważając na swoje zepsute zęby. Z małego holu przeszliśmy do mrocznego i nieco strasznego pokoju. nie odzywając się słowem. jak w hotelu. Okna były szczelnie . krzycząc. Przy wejściu stało dwóch ciemnych. – Witaj. Madame Ludmiła pokaże ci swoje “figury przed lustrem". Eddie raz jeszcze ucałował jej dłoń i wyszedł. – Już zapłaciłem. tak obco w moich uszach. jakby go rozerwano na drobne części. że koniecznie muszę być świadkiem tego niewiarygodnego wydarzenia. gdyż wiedział. dlaczego Eddie usiłował naśladować amerykański akcent za każdym razem. który później przekształcono w budynek mieszkalny. Nigdy nie doszedłem do tego. pojedynczych balkonów wypełnionych donicami z kwiatami albo przybranych schnącymi dywanami. który wyglądał tak. że roześmiałem się w głos. – Mówię ci. Madame Ludmiłę mój wybuch wesołości jakby w ogóle nie obszedł. Eddie poprowadził mnie przez długi. Zatrzymaliśmy się przed przybrudzonym. Wszystkie pomalowane były taką samą mdłą. – Nie przejmuj się pieniędzmi! – powiedział. na wszystkich widniał mosiężny numer. ukrywał za ciasno ściśniętymi wargami. Miała na sobie podomkę z czerwonego jedwabiu. – Wyglądasz jak Egipczyk albo jak Turki. Podejrzewałem. Przy jednych z drzwi Eddie się zatrzymał. co powiedzieć. kobieta zamknęła za nami drzwi i powitała Eddiego okropnie kaleczoną angielszczyzną. niska kobieta z rozjaśnionymi na blond włosami skinęła na nas. – Figury przed lustrem to tylko rozgrzewka. Obaj nosili błyszczące. Jego zachowanie nosiło pozory doskonałego opanowania. Zabrzmiało to tak okropnie. Weszliśmy do góry. Niemal rwałem się do tego. Mieli czarne. Musisz teraz tylko pójść ze mną. Od frontu budynek miał kilka rzędów brudnych. zmatowiały ze starości i ledwo widoczny na tle ciemno pomalowanego drewna. zaniedbanym budynkiem. ani drugim.

– To rzeczywiście smutna opowieść. co pozostanie z tobą na zawsze. dziewczęcą. Skóra niemal całego ciała Madame Ludmiły była jędrna i niezwyczajnie biała. – A teraz muzyka. bomba. poruszony tajemniczym dotykiem czegoś zupełnie nieokreślonego. strząsnęła ze stóp kapcie i otwarła podwójne drzwi dwóch dużych szaf ustawionych obok siebie pod ścianą. wypchnęło z pokoju. nagląc do szaleńczego biegu w dół po schodach. przypominając dziewczynkę. że bez względu na to. i to wszystko – stwierdziłem. – Obrót. czy może się poruszać w ten sposób. – Pupa. podobnie jak olbrzymie piersi. gdy rozkręciła się sprężyna patefonu. ich działania zawsze sprowadzają się do tego samego: bezsensownych figur przed lustrem. a potem drugą. nadal siląc się na amerykański akcent. Na rzęsach miała grubą warstwę tuszu. Musiała mieć dobrze pod pięćdziesiątkę i było widać. podobnie jak Madame Ludmiła. – A teraz mój show – powiedziała i zaczęła wirować w takt melancholijnej melodii. na ulicę.zasłonięte ciężkimi storami. że dotyka każdego z nas. Muzyką okazała się niezwykle poruszająca melodia. kochanie – powiedziała. Muzyka ciągle grała. – To jest moja antisala. a skórę na policzkach wyraźnie sflaczałą. niezbyt mocno. że głęboko poruszyła mnie ta nie dająca spokoju muzyka i stara prostytutka. obrót. pupa! – powiedziała dalej. że używała życia. Przywodziła mi na myśl typową. dał ci – jak sam powiedział – coś. coraz to mniejsza i mniejsza. – A teraz figury przed lustrem – zapowiedziała Madame Ludmiła. Miałem wrażenie. bez cienia wątpliwości. Całą wewnętrzną stronę każdego skrzydła zajmowało wielkie lustro. Miała mały nos i mocno wymalowane czerwienią usta. Mimo to miała w sobie coś dziecinnego. Pokój wypełniało mnóstwo różnych mebli: małe komody. słodycz. W oprawkach przymocowanych do ścian paliło się kilka słabych żarówek. co odróżnia ją od innych i nie pozwala mi o niej zapomnieć. mój mały – rzekła Madame Ludmiła. która poruszyła mnie do głębi. Z najbardziej ukrytych głębin mojej istoty podniosło się poczucie nieokreślonej rozpaczy i samotności. stary i młody. co myślą na swój temat albo co robią. – Łóżko jest w drugim pokoju. Kiedy teraz skończyłem po raz drugi opowiadać moją historię don Juanowi. niezdarnie wirująca w rytm melodii. Porównaj to sobie z tym. don Juanie. aż muzyka zaczęła cichnąć. – Dla mnie jest to jedynie smutna opowieść. Eddie stał pod drzwiami i rozmawiał z dwoma mężczyznami w jasnoniebieskich. gdy tak siedzieliśmy wśród wzgórz na tle szczytów Sonory. starzejącą się prostytutkę. po czym zakręciła korbką starej Victroli. czułem. – No i co. w rytm melodii. chociaż nie była ona osobą młodą. . nie? – spytał. noga. – “Figury przed lustrem to tylko rozgrzewka". żebyś się napalił i był gotowy. ustawiony pod ścianą sekretarzyk z piętrzącymi się nań stosami papierów. Byłem też wstrząśnięty odkryciem. jest fakt. która wyglądała na zupełnie nie używaną i błyszczała jak nowa. wirując. nieskrępowaną swobodę i ufność. co wiesz o ludziach. Pomyśl sobie o dowolnej istocie na tej Ziemi. pokazując mi nagie pośladki jak w kankanie. Brzuch miała nieco obwisły. tak jak w pozostałych historiach. błyszczących garniturach. że wraz z cichnięciem melodii Madame Ludmiła. z której istnienia nawet nie zdawałem sobie sprawy. Coś wspaniałego! Coś wspaniałego! Gdy wspomniałem o tym wydarzeniu don Juanowi po raz pierwszy. Prawą dłoń położyła sobie na głowie. a przekonasz się. która kojarzyła mi się z marszem cyrkowym. nie mając bladego pojęcia o tym. ale wyraźnie. każdy z nas. pupa. antyczne stoły i krzesła. – Noga. linijek i przynajmniej kilkunastoma parami nożyczek. która nie jest pewna. – Ta historia – odezwał się don Juan – powinna się znaleźć w twoim albumie pamiętnych wydarzeń życia. i wyrzuciło mnie z krzesła. znika w oddali. wyrzucając wysoko w górę jedną nogę. obitym krześle. obracając się jak bąk. Zrzuciła z ramion swoją czerwoną podomkę. kim są. Żarówki miały cylindryczny kształt i od-stawały od ścian pod kątem prostym. mnóstwem ołówków. zaczął się śmiać na całe gardło. każdego człowieka. na zewnątrz. noga! – rzekła. że się trzęsę. Twój przyjaciel. robi figury przed lustrem – w taki czy inny sposób. Bo widzisz. Widząc mój szaleńczy bieg. Tutaj pokażę ci show. powiedziałem mu. a nie tylko ciebie. Madame Ludmiła posadziła mnie na starym. Powtarzała tę sekwencję bez ustanku. wskazując drugą stronę pokoju. jak niesamowicie bezduszny jest mój przyjaciel. obrót! – powiedziała. podobnie jak wszystkie pozostałe – odrzekł – ale tym. Nastawiła płytę. co robi.

udałem się z moją propozycją do innego młodszego profesora. – Nie sądzi pan. Wyśmiał mnie otwarcie. Profesor cierpliwie wysłuchał mojego wywodu. Wyobrażać sobie. Wykłada u nas również – ciągnął dalej – wielki autorytet w dziedzinie religioznawstwa porównawczego. powinna być rdzeniem każdej innej dyscypliny naukowej. Wyglądało na to. należy do początków dziewiętnastego wieku. Indianach z południowego zachodu Stanów i z Sonory w Meksyku. Ciągle przeżywamy złoty wiek antropologii. który prowadził badania w tych rejonach. – Zamiast prowadzić badania w terenie. jest też kilku bardzo uczonych antropologów. Pan potrzebuje ogromnego przygotowania. którzy prowadzili badania nad systemami pokrewieństwa w kulturach całego świata z lingwistycznego i kognitywnego punktu widzenia. Pewnego dnia tak właśnie będzie. które mają swoją wagę. Historia na przykład w całym swoim zakresie powinna być nazywana “antropologią historyczną". Marzyło mi się nawet wydanie małej encyklopedii traktującej o tym zagadnieniu. autorem mnóstwa publikacji z przełomu lat trzydziestych i czterdziestych o Indianach kalifornijskich. to parodia. młody człowieku. Marzyło mi się zebranie tysięcy próbek. Teraz jest już prawie dwieście lat później. Myślałem o tym. – Nie chcę gasić pana entuzjazmu – wyrzekł zmęczonym głosem – ale nie mogę się powstrzymać od negatywnej oceny pańskiego zapału. istnieje coś takiego jak postęp. które. Pan rozumie. zatytułować go “Dane Etnobotaniczne" i opublikować w czasopiśmie poświęconym wyłącznie zagadnieniom antropologicznym związanym z południowym zachodem Stanów Zjednoczonych. z prośbą o poradę w kwestii mojego przedsięwzięcia. Na początku wybrałem się do profesora antropologii. Miałem szczęście studiować z Alfredem Kröberem i Robertem Lowie. dobroduszny. jak powiedział. Nie ma już w tej materii nad czym się pastwić. Każda inna powinna czerpać z antropologii. że artykuł. Na pana miejscu siedziałbym u jego stóp. Na polu nauk medycznych i farmaceutycznych przeprowadzono niezliczone badania nad wszelkimi możliwymi roślinami leczniczymi świata. studia nad człowiekiem. Nie dając za wygraną. publikując tyle. nie lepiej byłoby studiować językoznawstwo? Na tutejszym wydziale mamy jednego z najbardziej uznanych językoznawców na świecie. byłem bardzo sumiennym studentem antropologii i chciałem rozpocząć karierę naukowca. Gromadzenie danych. – Antropologia to jedyna istniejąca gałąź wiedzy – ciągnął – która potrafi jasno i wyraźnie . Zapał w antropologii jest jak najmilej widziany. Był on wybitnym etnologiem. Spojrzałem na niego oniemiały. Następnie przystąpił do zdefiniowania i uzasadnienia postępu oraz procesu udoskonalania jako zagadnień natury filozoficznej. że mógłby pan teraz prowadzić badania w terenie. dostarczyć próbki do Ogrodu Botanicznego Uniwersytetu Kalifornijskiego w celu dokładnej identyfikacji. ale trzeba go właściwie ukierunkować. a następnie opisać. są w antropologii niezwykle relewantne. stary profesor.Podróż mocy W czasie. gdy poznałem don Juana. W mojej ocenie był to całkowicie bierny. że powinien pan poświęcić więcej uwagi studiom formalnym? – ciągnął. jeśli chodzi o nauki społeczne. aby napisać artykuł. starając się nie uronić żadnej jego myśli. Profesor uśmiechnął się do mnie wyrozumiale. który ostatnio przeszedł zawał serca. – W dzisiejszych czasach – powiedział profesorskim tonem – antropologów zajmują zagadnienia. o czym pan mówi. że pierwszym krokiem będzie zgromadzenie danych na temat wykorzystania roślin leczniczych przez Indian z południowego zachodu Stanów Zjednoczonych. ile się tylko da. dlaczego i w jaki sposób Indianie z południowego zachodu Stanów ich używają. Proszę się zakopać w swoich podręcznikach. nadawałby się do Disneylandu i nie można nazwać tego antropologią nawet przy dużej dozie dobrej woli. Antropologia ciągle jest dziedziną nadrzędną. Miałem silną wolę podjęcia wspinaczki po szczeblach kariery akademickiej i w swoich obliczeniach ustaliłem. Powiedział. Oto moja rada. Nie okazał się jednak bardziej pomocny. Dlatego też antropologia. Nie zawiodłem ich zaufania. który chcę napisać. że za moją sprawą zadrgała w nim jakaś pasja. autorytetami. Człowiek powinien być miarą wszystkiego. Zamierzałem zgromadzić rośliny lecznicze. a zakres badań filozofa “antropologią filozoficzną".

została już sklasyfikowana i przerobiona w najróżniejszych publikacjach. Nie pozostało mi nic innego. Zabierz się ze mną i sam się przekonaj. odświeżając w ten sposób znajomości z ludźmi. który pisywał obszernie na temat Indian Yaqui z Arizony i z Sonory w Meksyku. że społeczności indiańskie południowego zachodu Stanów są niezwykle izolacjonistyczne i traktują obcych. – Nie zamierzam prowadzić żadnych badań. czego nie można było wyjaśnić. Kupiłem dla nich prezenty – koce. czego każdy antropolog może się z łatwością podjąć. Zdecydowałem się wsiąść do samolotu lecącego z powrotem do Los Angeles. a nie żadnymi badaniami. Odwiedziliśmy wszystkie miejsca w Arizonie i . W Arizonie poznałem wytrawnego antropologa. że dla każdego współczesnego indiańskiego znachora właśnie owe publikacje. – Nie poddawaj się bez walki – odrzekł Bill tonem ojcowskiej troski. Wydawało mi się. Już wtedy byłem gotów zrezygnować z całego przedsięwzięcia. Moje próby prowadzenia badań w terenie były zdecydowanie prymitywne. Był wysokim i potężnym mężczyzną. Przy tym wszystkim nie był wcale grubszy niż dawniej. którzy byli jego informatorami. pomimo cynizmu naszych czasów. że gryzie się swoim łysieniem. Ostatnią deską ratunku wydawał się wyjazd do Arizony. Indianie nie ujawnią ich nikomu z zewnątrz. Jedynie antropologia potrafi ukazać faktyczny rozwój kultury i organizacji społecznej. – Nic mi z tej wyprawy nie przyjdzie. czego się o nich dowiedziało w formie statystyki. Antropologia miejska to całkiem niezła dziedzina. – Bardzo chętnie zabiorę cię ze sobą – powiedział. ale nie wcześniej. Bill – odpowiedziałem. Sądziłem. Nie widzę sensu dłużej zaprzątać sobie głowy badaniami w terenie. gdybym poczytał księgi zielarskie. ciężar jego ciała był czymś. wypić z nimi trochę. Przerobić wszystko na cyfry. To był dla mnie prawdziwy cios. na co cię stać. ale w ostatnich latach jego ciało nabrało dziwnej sztywności. jak ci się podoba południowy zachód. pomimo to chciałem zakosztować prawdziwej pracy w terenie. że wybiera się samochodem na objazd całej Arizony i Nowego Meksyku. że Bill walczy z grawitacją każdą cząstką swojej istoty we wszystkim. w których prowadził w przeszłości badania. – Niech się pan zajmie czymś opłacalnym – doradził mi. Powiedział. gorzałę.udokumentować słuszność koncepcji postępu i procesu udoskonalania. Był on autorytetem w tej dziedzinie i uważał. Stracił swoje chłopięce cechy. A jest to coś. Był niebywale uprzejmy. Całkowicie się z nimi zgadzałem. Teraz była to twarz człowieka mającego wiele zmartwień. zabrałem się z nim. amunicję do strzelb. gdzie chciałem porozmawiać z antropologami prowadzącymi tam badania terenowe. Jego twarz nie była już pulchna i młodzieńcza jak niegdyś. nie dać mi zasnąć albo nawet trochę sam prowadzić. – Proszę się przyjrzeć antropologii miejskiej. Nie zmieszał mnie z błotem. Potem przedstawić wszystko. Objął mnie ramieniem. Bardziej rozmowny okazał się za to jego młodszy kolega. jak tylko pójść za radą doświadczonych naukowców. z nieufnością. nie dał mi też żadnej rady. – Bardzo mi przykro. Zauważył jedynie. jeżeli będę zbyt mocno wstawiony. Dzięki Bogu. że mogę zasnąć za kółkiem. Jedynie antropologowie potrafią udowodnić ponad wszelką wątpliwość. Byłem tak przybity. Zrozumiałem. Nie mogłem nie poczuć ogromnego ciężaru jego ręki. Powiedział wręcz. podnosił się i siadał. nie chciałem tylko wysiadywać po bibliotekach. że wiedza ludzka podlega postępowi. Dostrzegałem go w sposobie. stanowią źródło informacji. zwłaszcza tych hiszpańskiego pochodzenia. Kultury ewoluują i jedynie antropologowie mogą zademonstrować pozostałości po społecznościach. że lepiej bym zrobił. a czasem z obrzydzeniem. Na przykład. ciągle widać promyk nadziei. ale zawsze jest to ryzyko. Zazwyczaj jeżdżę na te spotkania sam. którą można było zgromadzić na temat roślin leczniczych z południowego zachodu Stanów. co robi. gdyż chce odwiedzić wszystkie miejsca. wówczas masz prawo się poddać. ale dowiedziałem się wówczas od innego antropologa. Iść do baru i upić się z miejscowymi Indianami. co moi profesorowie starali się mi przekazać. kurtki. w jaki chodził. że cała wiedza. Mógłbyś dotrzymywać mi towarzystwa. które zajmują ściśle określone szczeble procesu postępu i udoskonalania. mojego przyjaciela. pogadać o pierdołach. mnóstwo pieniędzy przeznacza się na badania nad alkoholizmem wśród Indian z dużych aglomeracji. Oto antropologia dla pana! Nie jakieś lipne badania w terenie. ale chwilami odnosiłem wrażenie. – Daj z siebie w tej walce wszystko. Dobił mnie jeszcze zapewnieniem. Tłumiąc w sobie uczucie porażki. że odmówiłem. że chodzi o coś więcej. które są zwykłym onanizmem. a nie tradycyjnie przekazywana wiedza ludowa. że jeśli istnieją jeszcze jakiekolwiek tradycyjne praktyki znachorskie. jeśli dostaniesz w ucho. Chcę po prostu ich odwiedzić. Samochód mam zapchany towarem.

Stary odwrócił się do nich i wszyscy zamarli pod jego spojrzeniem. minął mnie. poważnym środowisku. że trudno to sobie wyobrazić. Wyjaśnił mi. iż przemowa zjawy miała coś wspólnego z jego zdrowiem i życiowymi planami. że jeśli o niego chodzi. – Dlaczego byli przekonani. na widok tego starego bezwstydnie zemdlał. ruszył dalej przed siebie. niewyraźną postać zbliżającą się do nas. Przysięgam. nigdy nie został zrealizowany. Bill powiedział. że widziałem. – Nigdy nie udzielili mi żadnych wyjaśnień. . który zemdlał obok mnie. niczego nie słyszeli. W następstwie tej wyprawy odkryłem między innymi dwa wyraźne rysy osobowości mojego przyjaciela. Nauka zawsze była moim drogowskazem. To właśnie w takich chwilach Bill opowiadał mi o swoich dziwnych doświadczeniach. bo był tak przerażony. że cały plan przeprowadzenia ceremonii inicjacji wziął w łeb. kiedy pracowałem w terenie. Łyknąłem sobie trochę dla odwagi. i że rozmawianie o tym pomiędzy sobą sprowadzi na nich nieszczęście. mówili. zaczęły do mnie powoli docierać najróżniejsze dziwaczne bzdury. Byłem wychowywany w bardzo pragmatycznym. Mężczyzna. a jest to dość bolesna impreza. było zjawą niewiarygodnie starego szamana. – Jak to rozumieć? – zapytałem go. ponieważ nie sposób ich zaklasyfikować. gdy ich o to pytałem. ale go nie zrozumiałem. że to. Faktycznie mieli dokonać mojej inicjacji. a jego usta są tylko mechanicznym urządzeniem przekazującym jego słowa. którzy znali się od lat – ciągnął – nigdy więcej nie zamienili ze sobą jednego słowa. przysięgał mi. z którym poszedłem tamtej nocy do lasu. iż stracił przytomność. że byli tak przerażeni. – Ale wiesz. który trafia się tylko raz w życiu. minął ich i zniknął. Powiedział też. Wiele lat po tym zdarzeniu mężczyzna. Nigdy nie zapomnę tego głosu. Nie są one zgodne ze współczesną myślą antropologiczną. który miał się za mną wstawić u ludzi. iż zostawili wszystko i opuścili miejsce zdarzenia. – Pytaj mnie – odparł. Za każdym razem. – Ludzie. zrozumieli wszyscy na innym poziomie niż rozumienie mowy. Wówczas przejmowałem kierownicę i prowadziłem samochód. – Moje ciało nie jest w najlepszej formie. że zjawa przemawiała do każdego z nich z osobna. że jego poglądy jako antropologa są bardzo wyważone i zgodne ze współczesną myślą antropologiczną. ale jemu jako osobie prywatnej badania w terenie przyniosły ogrom doświadczeń. a to. w tym również sprawujący pieczę nad całością szamani. – Nie układa mi się najlepiej – wyznał. że będę musiał wytrzymać ten ból. co wprawiało go w bardzo swobodny nastrój. co wyciągało zeń słowa. że tylko udał. Mieć taką wizję to dla nich uśmiech losu. – Wizja podobnej natury znaczy dla nich tyle. Na przykład jednej nocy wybrałem się z kilkoma Indianami na rytualne poszukiwanie wizji. jakby mówił z wnętrza jakiejś rury albo miał przymocowane do ust coś. Prawdę rzekłszy. Podczas podróży mój przyjaciel zawsze wypijał kilka kolejek ze swymi byłymi informatorami. Bill powiedział. materia eteryczna i głosy w ciemności. Brzmiało to tak. trzęśli się jak galareta. – Nigdy nie zajmowały mnie zjawy. I wtem mężczyzna. Niczego nie widzieli. W tym momencie spostrzegli go inni ludzie i bez słowa pospiesznie ruszyli w moją stronę. Pogodziłem się z tym. Przez chwilę coś im gniewnie prawił. wrzasnął przerażony i wskazał na ciemną. Kiedy owa niewyraźna postać podeszła do mnie – ciągnął dalej Bill – stwierdziłem. że rozmawianie między sobą czy patrzenie na siebie sprowadzi na nich nieszczęście? – spytałem go. że to stary Indianin ubrany w strój tak dziwaczny. – Oni wierzą w takie rzeczy – odrzekł. a on siadał w fotelu pasażera i pociągał ze swojej butelki trzydziestoletniego Ballantinesa. jak stary przemawia z wnętrza swojego ciała. te rzeczy. że już samo patrzenie na siebie nawzajem sprowadzi na nich nieszczęście. Stary Indianin podszedł do mnie i wskazał palcem na moją pierś. – Nigdy nie wierzyłem w duchy – powiedział ni stąd. którzy przeprowadzali samą ceremonię. co widzieli. z przekłuwaniem mięśni na klatce piersiowej. – Więc cóż takiego każdemu z nich z osobna powiedziała ta zjawa? – zapytałem. co ten miał do powiedzenia. a wszyscy mężczyźni. Jego palec to była sama kość pokryta skórą.Nowym Meksyku. Utrzymywali. ni zowąd pewnego dnia. o których nigdy nie mówi. że nie chciał stać ze starym twarzą w twarz. Gdy skończył ich strofować. gdzie mieszkali Indianie. Bełkotał coś do mnie. co ci tak naprawdę dolega? – spytałem. Nosił znamiona szamana. wpadali w głęboki stan odrętwienia. pochłonięty przez ciemności. Zaczęli przygotowywać w lesie szałas z paleniskiem. Ale potem. to pojął. Większość z nich wyprowadziła się z okolicy.

Brzmi to idiotycznie: “wychodzi z wody". ani żadnej roślinności. ale w ramach ćwiczenia umysłu bardzo mnie pociąga myśl. W takich właśnie chwilach. ten zniknął. było takie. Zanim wszedł do wody. tak przynajmniej utrzymywał. Po wyznaniach Billa czułem się bardzo zaniepokojony. Nie podobała mi się nasza rozmowa. gdy nagle coś go bardzo podekscytowało. ufał mi. ale też nie mogłem mu nie wierzyć. że potrafię te metamorfozy wyjaśnić czy nawet uwierzyć. którzy przemieniają się w chmury. w którym mógłby się przede mną ukryć. Kazał mi się cofnąć od brzegu i schować wysoko pomiędzy skałami. ale on zniknął. Zastanawiałem się nad tym. Od samego początku jednocześnie fascynowały mnie i bulwersowały. Potrafisz w to uwierzyć? Nie miałem żadnych komentarzy do jego opowieści. że raz byłem świadkiem metamorfozy pewnego szamana. co zaraz zacznie robić. gdzie kazał mi czekać. dokąd się udał. – Dałbyś wiarę – powiedział z nutą wielkiego podziwu w głosie – że istnieją tacy szamani. których nie da się zbadać naukowo i o których nie da się nawet inteligentnie rozmawiać. – Traktował mnie jak powietrze. że podczas naszej podróży Bill z każdym dniem pił coraz więcej. Nigdy nie widziałem takiej metamorfozy. co zamierza. Goniłem człowieka po całej okolicy. jak ten szaman zmienia się w wodę. Zawsze uważałem go za starego wyjadacza i twardego gościa. czego dokonał szaman wody. Byliśmy w trakcie podróży. i że określeń w rodzaju “szaman niedźwiedzi" czy “szaman pum" nie powinno się traktować jako eufemizmów albo metafor. tak jak widziałem tamtego szamana. a później na powrót z niej powstaje. nie było. kiedy mówię. ale znałem jednego szamana chmur. przestaję być antropologiem i zaczynam reagować wiedziony wewnętrznym przeczuciem. lecz płytka – mój szaman po prostu zniknął. Widziałem. Chociaż nie widziałem. że opowieści Billa o . W najmniejszym stopniu mnie one nie interesowały. Nie miałem najmniejszego pojęcia. Byłem z tym szamanem głęboko w górach Nowego Meksyku. Ale raz goniłem jednego szamana chmur. Nie potrafiłem sobie wytłumaczyć. – Istnieją na przykład szamani chmur. którzy rzeczywiście stają się niedźwiedziami czy pumami albo orłami? Nie przesadzam ani niczego nie wymyślam. Było już jednak za późno na odwrót. spod którego będę się mógł z ukrycia przyglądać temu. ale nie potrafiłem tego dociec. przykrywając głowę i barki kocem. że faktycznie nastąpiły.– O tak – odparł nonszalancko. W okolicy miejsca. że owi szamani bez wątpienia dokonują rzeczy. żebym poszedł w dół rzeki i zaczekał na niego. ale na tym koniec. Wracającym do Rzeki". i tak dalej. który nazywał samego siebie “Człowiekiem-Rzeką". ponieważ nimi nie są. by przemieniał się w chmurę. Szliśmy wzdłuż rzeki. Udał się tam na poszukiwania swojego pochodzenia. który w mojej obecności stał się wodą. nie mogąc się powstrzymać. które przychodziło mi do głowy. że szamani z południowego zachodu Stanów są w stanie przekształcać się w inne formy bytu. jego opowieści o przemianach szamanów i wizjach wywołały we mnie prawdziwy emocjonalny przewrót. a ten po prostu rozpłynął się w okolicy. Uwierzyć mu było dla mnie niemożliwością. Rzeczywiście. Opowiedział mi mnóstwo innych historii o waśniach i tarciach politycznych wśród Indian z różnych rezerwatów. a także historie o zemście. kiedy angażuję swój intelekt w podobny sposób. pił jak stary. Moje wewnętrzne przeczucie mówi mi. Nigdy nie widziałem na własne oczy. Ale nie mam zamiaru się tym przejmować ani nawet o tym myśleć. bo chciałem od niego informacji – ciągnął Bill. – Tego nie wiedziałem – odrzekł. W bagażniku miał kastę z dwudziestoma czterema butelkami szkockiej – tylko dla siebie. jak znika czy przemienia się w mgłę. gdzie go ostatnio widziałem. Kiedy woda sięgała mu do połowy łydki – bo była to rzeka szeroka. gdzie nie było nawet jednego miejsca. A on po prostu wszedł do rzeki. – A co miał zacząć robić? – zapytałem go. we mgłę. Jedyne możliwe wytłumaczenie. jak szaman wychodzi z wody. tak więc z początku nie mogłem sobie przypomnieć. przyjaźni i tak dalej. że przemiany w węże i pumy nie są tak trudne jak to. Ja oczywiście nie wierzyłem w ani jedno jego słowo. Poszedłem tam i zobaczyłem. kompletnie ubrany. Byłem tam pół minuty po nim. – Lekarze mi powiedzieli. – Nie chodzi mi o to. Nigdy bym nie pomyślał. Z drugiej strony. – Zawsze zachwycały mnie ezoteryczne przemiany szamanów – powiedział mi innego dnia. wyszeptał mi do ucha. – Mogłem się domyślać tak samo jak ty teraz. ale w końcu mi się udało. nienawiści. Był bardzo poważnym człowiekiem. że może być wrażliwy. Był bardzo przyjacielski. Byłem jego kierowcą. Dokładnie określił miejsce. Przy innej okazji zdradził mi. Mogłem jedynie stwierdzić. Tej cechy jego osobowości nie znałem wcześniej. “Szamanem Rzeki" albo “Przychodzącym z Rzeki. ani skał. dlaczego odczuwam fascynację czy zbulwersowanie. rozpłynął się.

bo widziałem się z nim twarzą w twarz tylko jeden raz. – Dodał nawet. ruszył dalej. – Nie jestem zupełnie pewien. iż słyszał o tym. w kąciku jego ust drgał ironiczny uśmieszek. – Ale wydaje mi się. w których mam jakieś kontakty. – Powiedział mi. – Tak. – Jaki człowiek? Co mi o nim mówiłeś? – spytałem. W tym momencie na przystanek zajechał jakiś autobus. Starzec wymamrotał. iż o tym wiedziałem. choć nie przy okazji rozmowy o szamanie chmur. że nie mam już nic więcej do powiedzenia. wypatrując przyjazdu autobusu. że będziemy mogli . – W najgorszym wypadku – powiedziałem nadętym tonem – moglibyśmy wymienić doświadczenia. Za nic nie powinienem był kończyć mojej przemowy w takim momencie. Gdy to mówił. jak gdyby chcąc mnie powstrzymać przed wypowiedzeniem mojego imienia. Zakończyłem zapewnieniem. W końcu musiałem się pogodzić z tym. tak. że porażki są codziennością antropologa w pracy w terenie i że ich zadaniem jest jedynie utwierdzenie go w dążeniu do wytyczonego celu oraz pomoc w staniu się dojrzałym naukowcem.szamanach uderzyły we mnie w nie znany mi. Z niewiarygodną jak na człowieka w jego wieku sprawnością – oceniałem go na ponad osiemdziesiąt lat – przesadził w kilku skokach pięćdziesiąt metrów dzielących ławkę. który jest mi znany. Bill po ojcowsku mnie pocieszał. że niezwykle dobrze by na tym wyszedł. przypomniałem sobie. jakoby żył gdzieś tajemniczy starzec. podszedłem do starca i natychmiast rozpocząłem długą tyradę o tym. Pan opowie mi swoje. kiedy tylko starzec wskoczył na stopnie i zamknęły się za nim drzwi. były szaman. lub w społecznościach. jak to ja dużo wiem o roślinach leczniczych i praktykach szamańskich amerykańskich Indian z równin i ich przodków z Syberii. Chciałem mu się przedstawić. od drzwi autobusu. na której siedzieliśmy. Kiedy nasza wyprawa dobiegła końca. żebym go odwiedził w jego domu – odrzekłem. przypominam sobie – odrzekłem. spoglądając mi prosto w oczy. – Wydaje mi się. Działając jakby wbrew własnej woli. że raz spotkałem szamana chmur. Nagle opanował mnie dziwny niepokój. jak gdyby autobus zatrzymał się tylko dla niego. – Czy to właśnie ten szaman? – Nie – odparł z naciskiem. stary indiański mizantrop z Yumy. gdzie będziemy mogli bardziej swobodnie porozmawiać i wymienić doświadczenia. Rzeczywiście. to człowiek. o którym ci mówiłem – wyszeptał mi do ucha. przypominając. I zupełnie. że był przekonany. wróciłem na ławkę do Billa. który kazał mi gwałtownie podnieść się z siedzenia. Bill zawiózł mnie na dworzec autobusowy linii Greyhound w Nogales w Arizonie. że ten starzec na ławce. tam w rogu. który kiedyś był siejącym postrach czarownikiem. W ramach dygresji wspomniałem również. że rzeczywiście potrzeba mi ogromnego przygotowania w zakresie nauk antropologicznych i że większy sens ma prowadzenie badań terenowych na obszarze. Dzięki naszej wyprawie uzmysłowiłem sobie również – bo mogłem się o tym sam na własnej skórze przekonać – że społeczności indiańskie południowego zachodu Stanów są faktycznie hermetyczne dla ludzi z zewnątrz. bym go odwiedził w jego domu. Starzec uniósł dłoń na wysokość moich ust. ale najwidoczniej była to dla niego rzecz oczywista do tego stopnia. skąd miałem wrócić do Los Angeles. że to jego towarzysz albo nauczyciel. po czym gorąco zaprosił mnie. Stary trzymał oczy spuszczone do ostatniej chwili. Kiedy siedzieliśmy w poczekalni. wiele lat temu. – Kiedy rozmawialiśmy o szamanach i ich przekształceniach. że wiem o tym. a ja panu moje. iż jest szamanem. Nagle wychylił się do przodu i lekkim skinięciem podbródka wskazał w kierunku drugiej strony sali. Widywałem ich obu razem niejeden raz z daleka. – Co mówił? Co mówił? – dopytywał się podekscytowany. gdyby dłużej ze mną porozmawiał. że Bill wspominał mi kiedyś mimochodem. – Jestem Juan Matus – powiedział. Mój przyjaciel nigdy nie wspomniał nawet słowem o powiązaniu owego starca z szamanem chmur. powiedziałem ci. ale z nieodgadnionego powodu poczułem. Gdy stary odjechał. Później zaczął mi się przypatrywać. że to właśnie jego autobus. instynktownie jedynie wyczuwalny sposób.

że aż trudno uwierzyć – dodał. że nie pochodzi on z Yumy. – Jak myślisz. Dodali też. kimś zupełnie obcym? Nie jesteś nawet sympatyczny. Odniosłem wrażenie. kiedy usiłowałem z nim porozmawiać. co jemu się nie udało. Ten sukces był jednak do tego stopnia nie zamierzony. – Znam ludzi z tych stron – powiedział wojowniczo – i ten stary to bardzo dziwaczny ramol. stolicy Sonory. Kiedy indziej znów w ogóle na ciebie nie patrzy. Było oczywiste. że rozmawiał ze mną. czarownikowi jakby tylko przybywało wigoru. stając się ascetycznym pustelnikiem. Nie wiedzieli. Perspektywa wyjazdu do Meksyku wcale nie przypadła mi do gustu. Wyjąwszy zdawkowe uwagi Billa. który znał zaklęcia i rzucał czary na ludzi. Wyjaśniłem. że chociaż jest on Indianinem Yaqui. wzbudzał ogromny lęk. gapi się na ciebie bez jednego słowa. jak ludzie stąd powiadają. bo wie. spławił mnie bez żadnych ceregieli. że nazywanie go człowiekiem “starym" było raczej przenośnią niż stwierdzeniem rzeczywistego faktu. Jest ci potrzebna". Nie wypowiedziałem moich myśli na głos. że Bill poniósłby sromotną klęskę. jaki był zdegustowany nieokrzesaniem starca i co by mu zrobił. pojechałem prosto do Yumy w Arizonie. Miałem wrażenie. . że Bill jest na mnie zły. że starzec jest rówieśnikiem jego dziadka. Oszczędzaj ją. Wszyscy zgodnie przyznali. dodałem jeszcze: – Wydajesz się poirytowany tym. gdzie starzec mieszka. że był nieco zazdrosny. to tam. że był tak mizernej postury. nie traciłbym energii na otwieranie ust. i że w młodości był wzbudzającym grozę czarownikiem. Dlaczego? Bez żadnych oporów przyznał. i absolutnie mnie to nie obchodziło. Odwiedziłem ludzi. Pozwoliłem Billowi dalej opowiadać o tym. Powiedz im. jakby cię w ogóle nie było. Jeden jedyny raz. Ten sam mężczyzna polecił mi. co wiem – z naukowego punktu widzenia – na temat roślin leczniczych. kiedyś widywano go z grupą Meksykanów. bym się udał do pewnych ludzi w Hermosillo. Poza tym. – Wiesz może. ale ich komentarze na jego temat jeszcze bardziej podsyciły moją ciekawość. Prawdę rzekłszy. – Słyszałem. Wiesz. Gdyby nie to. – Być może ludzie z Yumy – odrzekł nieco swobodniej. by porozmawiać z tym człowiekiem. Nie rozmawia z nikim. Powiedzieli mi. traktuje cię tak. że lepiej będzie. – Ale co mu powiedziałeś. że nie miał dla mnie żadnego znaczenia. co mi powiedział? “Gdybym był na twoim miejscu. to bym mu przywalił. – Może ci. którzy mogą znać starca i wiedzieć o nim więcej. lecz z wiekiem złagodniał. że cię zaprosił do swojego domu? – natarczywie dopytywał się Bill. że nie widzieli nikogo z nich w okolicy od wieków. Byłem zupełnie zbity z tropu tą niezrozumiałą irytacją Billa. że on nie mieszka nigdzie. doszedłem do wniosku. gdzie jest jego dom? – spytałem. W owym czasie nie widziałem w naszym spotkaniu nic godnego uwagi.tam swobodnie porozmawiać. jak trudno jest spotkać owego starca. – W najlepszym razie. Być może przeczuwał. Stary Indianin posiadał jakąś moc. Pewnie żyje w jakiejś lepiance w Nogales w Meksyku. że po prostu nieoczekiwanie pojawia się to tu. że powiodło mi się coś. jak próżne są z reguły wszelkie starania. ale to takie pierdolenie. choć bez wątpienia był stary. Wobec tego od razu zmieniłem plany i zamiast wracać do Los Angeles. Naprawdę nie wyglądał na swój wiek. Dlaczego miałby ochotę dyskutować z tobą. że to taki stary ramol. jeśli ich zapytasz. – Dlaczego jest taki ważny? – spytałem. że zastosowałem mój najlepszy perswazyjny ton i obiecałem wyjawić staremu wszystko. Nic nie stracisz. – Ten stary jest tak chamski. że coś przed nim ukrywam. Sonora była zbyt odległa od interesujących mnie terenów. kto mógłby udzielić mi informacji o możliwym miejscu jego zamieszkania? – spytałem go. że jest rozgoryczony. i podczas gdy ten jest już zniedołężniały i obłożnie chory. Zwróciłem uwagę Billa na fakt. gdyby spróbował mu przywalić. Miał olbrzymi wigor i świetną kondycję. Jeden z mężczyzn dodał. Bill najwyraźniej mi nie dowierzał. którzy byli podobno niezwykle biegli w sztuce czarnej magii. lecz z Sonory w Meksyku. którym cię przedstawiłem na początku naszej wyprawy. Zebrawszy się na odwagę. Nie potrafiłem jednak zrozumieć dlaczego. Nie odważyłem się poprosić go o wyjaśnienie. kiedy do niego coś mówisz. nawet z Indianami. – Nie mam bladego pojęcia – odparł szorstko. że ja cię do nich wysłałem. którym Bill mnie przedstawił. gdyby nie to. Posądzał mnie. nie miałem w ogóle wyobrażenia na temat tego.

co oddziaływało na mnie w okolicach Yumy. którego wcześniej nie znałem. Nikt nic o nim nie wiedział. Była to mieszanina niepokoju i tęsknoty. W drodze powrotnej do Los Angeles poczułem się niesamowicie. że ów nieopisany wpływ czegoś. . zupełnie. dopadła mnie dziwna nostalgia. Zanim jednak wyruszyłem w drogę. i wróciłem do Los Angeles. Z drugiej strony. zaczyna wraz z odległością słabnąć. jakbym tracił coś o ogromnym znaczeniu.jak zajmę się jednak antropologią miejską. Z jednej strony. starając się uzyskać jakieś informacje o starym. objechałem cały rejon Yumy. Ta świeżość głęboko mną wstrząsnęła. miałem nieodparte wrażenie. To słabnące echo jednak tylko powiększało moją niewytłumaczalną tęsknotę. byłem jakby całkowicie wyleczony z obsesji na punkcie badań w terenie i zainteresowania starcem. Gdy dojeżdżałem do Los Angeles. Było to uczucie.

Udawał skromnego i zaprzeczył wszystkim pochwałom pod swoim adresem. W Yumie w stanie Arizona otrzymałem imiona i adresy pewnych ludzi. którzy – jak mi powiedziano – mogą rzucić nieco światła na tajemnicę starca. Bardzo oględnie podsunęli mi myśl. jeśli tylko będzie je uprawiał. bo to oni tak naprawdę naprowadzili cię na mnie – rzekł do mnie don Juan. Spojrzeli po sobie i uśmiechnęli się do mnie przepraszająco. Ludzie. by narobić im problemów. odstający brzuch. co pan Reyes o nim powiedział. że zatrzymałem się w Guaymas ponad tydzień. Pan Campos miał bardzo miłą powierzchowność. znalazłbym kogoś. że w ziemi Indian Yaqui są pokłady miedzi i że stanowią one przedmiot pożądania Jankesów. – Ten bank ma mnóstwo takich inspektorów terenowych. mówił biegle po angielsku i był bardziej amerykański niż każdy prawdziwy Amerykanin. którą don Juan pragnął poznać. gdzie zatrzymałem się w hotelu. Praktycznie rzecz biorąc. jednak z przyjemnością przypominałem sobie wszystko. na nogach zaś . gdybyś porozmawiał z jednym z inspektorów terenowych banku państwowego – zasugerował jeden z mężczyzn. mierzył nieco ponad metr osiemdziesiąt centymetrów. W Vicam moje próby nawiązania kontaktu z inspektorami terenowymi rzeczonego banku państwowego skończyły się całkowitym fiaskiem. jakby lubił sobie wypić coś mocniejszego. a Jorge Campos usiadł obok mnie przy stoliku i natychmiast przejął inicjatywę. Ci znają wszystkich Indian na tym obszarze. Każdy człowiek z tamtych stron żywił opaczne przekonanie. a każdy Yaqui jest farmerem i właścicielem kawałka ziemi. z lekkim odcieniem zieleni. że może w Vicam. który znajdował się tuż obok wspaniałej restauracji. którego spotkałem na dworcu autobusowym. najdrobniejszy nawet szczegół. ich fantastyczne domysły na ten temat błądziły od agitacji politycznej po szpiegostwo przemysłowe. Nie mogli mi niestety pomóc. kogo szukam. – Czy wiadomo konkretnie. Don Juan chciał usłyszeć każdy. by mniej lub bardziej uczciwie wyciągnąć od ludzi pieniądze. jak ciężka praca i sumienność potrafią uczynić z człowieka osobę wyjątkową. Pan Reyes wychwalał go jako żywy dowód na to. gdy do mojego stolika podszedł pan Reyes z jeszcze jednym mężczyzną. Od razu nabierali podejrzeń. gdzie usiłują sprzedawać swoje pomysły albo po prostu znaleźć sposób na to. Historia. pełnej krwi Indianina Yaqui i przedsiębiorcę.Intencja nieskończoności – Masz się ze spokojem zastanowić nad każdym szczegółem twoich spotkań z tamtymi dwoma mężczyznami. ale było widać. Jorgem Camposem i Lucasem Coronado. Jedzenie było wyśmienite. który może nazwać swoim własnym polem. cały czas spędzałem w restauracji. Chodziłem do niej trzy razy dziennie. panem Reyesem. którego przedstawicieli spotyka się w barach albo na zatłoczonych rogach głównych ulic. abym poszukał któregoś na własną rękę i przedstawił mu swoją sprawę. ale gorąco namawiali. kto – być może – mógłby skierować mnie na właściwą drogę. który w młodości mieszkał w Arizonie. Po tej druzgocącej porażce wycofałem się do Guaymas. że jest dumny jak paw z tego. ale powątpiewali w to. Tak bardzo mi smakowało. nie tylko nie znali żadnego starego eks-szamana. niebieskie dżinsy. rozpoczęła się w mieście Guaymas w Sonorze w Meksyku. Jego karnacja była ciemna. kogo miałbym odszukać? – Najlepiej byś zrobił. co mi ci dwaj ludzie mówili. Pozostała im jednak w pamięci cała masa budzących grozę opowieści o szamanach z plemienia Yaqui i o wojowniczości tak charakterystycznej dla wszystkich Indian z tego plemienia. musiałem więc maksymalnie wytężyć pamięć. Umówiłem się z trzema i gdy wyjaśniłem. – A potem wszystko mi opowiesz. Od pierwszej chwili miałem nieodparte wrażenie. miasteczku położonym wokół stacji kolejowej na trasie pomiędzy Guaymas i Ciudad Obregon. Chociaż było mi bardzo trudno zastosować się do tego polecenia. nosił drogie. i choć nie potrafili ich sobie jasno uzmysłowić. że jestem szpiegiem nasłanym przez Jankesów. bo bank jako instytucja rządowa skupuje ich zbiory. którego przedstawił mi jako Jorgego Camposa. – Czy znacie osobiście jakichś inspektorów terenowych? – zapytałem. Zostawił nas samych. do których się udałem. czy taki człowiek kiedykolwiek żył. Pewnego popołudnia właśnie jadłem. dzięki czemu zaznajomiłem się z właścicielem. każdy z nich zaczynał mi się przyglądać ze skrajną nieufnością. ale miał duży. że Jorge Campos jest przedsiębiorcą owego szczególnego rodzaju.

po czym z tylnej kieszeni spodni wyciągnął oprawiony w skórę notes i otworzył go szybkim ruchem nadgarstka na wysokości mojej twarzy. panie Campos – powiedziałem po hiszpańsku. – Jeżeli twoja branża to dostarczanie informacji – powiedziałem – z chęcią ci zapłacę. Daję jednakże na nie gwarancję. żeby później móc przeprowadzić pewne badania. – Moja branża to dostarczanie informacji. szarą. smakując własne słowa. proszę! A więc to tak! – powiedział takim tonem. – Na pewno potrzebny ci przewodnik. nie pozwalając się pociągnąć. – Lubię traktować młodych jak równych. – Jestem studentem antropologii – powiedziałem – i staram się wyrobić sobie jakąś pozycję wśród miejscowych Indian. co robisz w Guaymas – ciągnął swobodnie. co powiedzieć. – A czy mogę jeszcze zapytać. jakby moje słowa były wyjaśnieniem. Jak się zapewne zorientowałeś po moim wyglądzie. a ja go mam. – Czy to duża instytucja? – Dość duża – odparłem. ktoś bardziej wykształcony od przeciętnego miejscowego Indianina. zupełnie jakby łapał na lasso byki i potrzebował takich butów. – Proszę. – Te języki zupełnie mnie nie interesują. że te języki cię nie interesują. – Ach! Lubię ludzi bezpośrednich – odrzekł. – A ja jestem biznesmenem – odrzekł. również po hiszpańsku. ile tylko zażądasz. – Bardzo mi miło pana poznać. . bez względu na różnicę wieku. Takie same wkładki widywałem u pracowników biurowych. by móc zaryć piętami w ziemię. wyciągając do niego dłoń. Masz stypendium rządu Stanów Zjednoczonych albo jakiejś innej poważnej instytucji? – Tak – skłamałem. nie ulega wątpliwości. Było dla mnie jasne. na hiszpański albo angielski. – Mam stypendium Fundacji Ezoterycznej Los Angeles. kraciastą koszulę. kolejnym szybkim ruchem nadgarstka zamknął go i błyskawicznie schował z powrotem do kieszeni z niebywałą precyzją. że chciał zrobić na mnie wrażenie kogoś. Przez chwilę się nie odzywał. że ty i ja dojdziemy do porozumienia. wyraźnie dostrzegłem błysk chciwości w jego oczach. – Dajmy sobie spokój z konwenansami – odparł. Ale ile miałoby wynosić twoje wynagrodzenie? – Ach! Moje wynagrodzenie! – powiedział. którzy nie chcieli sobie poplamić kieszeni koszul atramentem. choć był już chyba po pięćdziesiątce.błyszczące kowbojki ze spiczastymi noskami i kanciastymi piętami. Nie wiedziałem. – Tak więc – powiedział – chodzi o to. ale mam przeczucie. Jeżeli nie jesteś usatysfakcjonowany. czerwonawo-brązowa zamszowa bluza z frędzlami i wysoki kapelusz kowbojski w teksańskim stylu. – Ach! – wykrzyknął. – Masz rację. chcąc zobaczyć. co do joty. którego oczekiwał. że mój towarzysz jest człowiekiem niebezpiecznym. oceniając zapewne moją reakcję. Gdy to powiedziałem. – O tak. jeśli nie masz nic przeciwko. – Jestem pewien. występowanie w roli łącznika. Potrzebujesz towaru. nie wydajesz się też zainteresowany łowieniem w morzu. w której znajdował się rząd długopisów. Pucołowata twarz mężczyzny była pozbawiona wyrazu. energicznie potrząsając moją dłonią. w prawej kieszeni miał plastykową wkładkę. Nie miał zmarszczek. że nie będę traktować go jak dziecko. Mówię również po francusku i niemiecku. mam gust i spore możliwości. Instynkt mówił mi. Ubrany był w nienagannie wyprasowaną. co powie. kto by cię oprowadził po okolicy. którym będziesz mógł zadawać pytania. Do jego ubioru należała także chyba dość droga. Mów mi Jorge. ale nie chciałem też brać go zbyt poważnie. – Ach! – wykrzyknął znowu. jakie masz stypendium? Ile pieniędzy ci dali? – Kilka tysięcy dolarów na przeprowadzenie wstępnych badań w terenie – znów skłamałem. możesz mi nie zapłacić. – Nie wyglądasz na turystę. Oferuję ci moje usługi jako przewodnik i klucz do wielu tajemnych drzwi. że za niewielkie wynagrodzenie – którego z pewnością nie uznasz za wygórowane – skieruję cię do właściwych ludzi: ludzi. Byłem pewien. – Bardzo mnie ciekawi. bardzo prędko coś w nim zanotował. że jesteś człowiekiem z dobrym gustem – odparłem z przekonaniem. A za bardzo skromną dodatkową opłatą przetłumaczę ci ich słowa. Za moje usługi pobieram opłatę. jakie tylko chcesz. masz całkowitą rację – odparłem.

jakiego w życiu spotkałem. Teraz właśnie chciałem sprawdzić. Nie odniosłem wrażenia. mówiąc. – Ach! Ale teraz musisz zostać. – Przykro mi. Miło mi stwierdzić. jak gdybym powiedział najzabawniejszą rzecz na świecie. – Do tego transport i posiłki. że tak będzie. i że poznałem go w Arizonie. że jesteś i jednym. co słyszałem. że wybuchnąłem gromkim śmiechem. a wydaje mi się. skoro zdecydowałem się być twoim przewodnikiem – powiedział. ale będziemy musieli z tym poczekać. On również zaśmiał się szczerze. Jorge Campos uśmiechnął się do mnie szeroko. – Nie chcę cię zanudzać moimi głupimi spostrzeżeniami – oświadczył. muszę mieć obok siebie kogoś. że nazywa się Juan Matus. – Jorge wypytał mnie o pana dokładnie. znam go – odparł jowialnie. to prawda". Bez zaproszenia wszedł do mojego pokoju i usiadł przy stoliku na progu balkonu. że wyjeżdżam. mimo to postanowiłem jednak wyjawić mu. że jesteśmy dobrymi przyjaciółmi. z perspektywą otrzymania nawet pięciomilionowej gaży. – Atak. Nawet okiem nie mrugnął. Gdy jacyś ludzie zbliżyli się do naszego stolika i spojrzeli na nas. ale zamierzam wrócić za miesiąc albo coś koło tego. Z wielkim ożywieniem poruszał rękoma i wskazywał nimi w różnych kierunkach. jakby udzielał mi jakichś instrukcji. uśmiechając się i kręcąc głową na boki jak mały niedźwiedź. Wyjaśniłem mu. Zacząłem się nerwowo wiercić. że Jorge Campos to kanciarz. że powinniśmy przejść na angielski. – A mieszka – odrzekł z przekonaniem. Wiedziałem. . jakoby miał ekstatyczną wizję. Już przedtem postanowiłem wyjechać z Guaymas przed wieczorem i w ciągu nocy dotrzeć do Kalifornii. Był to Jorge Campos. i że Jorge Campos bierze udział w całej sprawie. jest szamanem. Jeżeli mamy razem jeździć samochodem. Obserwował pana od chwili pańskiego przyjazdu. kiedy jesz. czy zna starego.kto szybko i sprawnie potrafi przeprowadzać obliczenia. Co ty na to? W tym momencie pochylił się w moim kierunku i ściszając głos niemal do szeptu. i drugim. ponieważ mam w tej chwili ograniczoną ilość czasu – odparłem. jak gdyby nigdy nic. To znaczy. – Ale jeśli mam być twoim przewodnikiem. Nie wiedziałem. i zabrzmiało to dla mnie tak zabawnie. – Najwspanialszy facet. czekają nas długie godziny spędzone na pogawędkach. Pan Reyes miał rację. Musiał zauważyć. Dwie godziny później ktoś zbudził mnie z popołudniowej drzemki. – Czyż nie rewelacyjny facet? – zagadnął mnie. – Jest rewelacyjny – potwierdziłem. Spytałem. Prawdopodobnie zjawi się tu i zapuka do pańskich drzwi jeszcze dziś albo jutro. ja jem z tobą. który w niczym angielskiego nie przypominał. uścisnął moją dłoń i wyszedł. Byłem zbity z pantałyku. Na ziemiach należących do Indian Yaqui nie było żadnych złóż żelaza ani miedzi. Następnie zaczął do mnie mówić w języku. powiedział mi. jak zareagować. Jak mogę się z nim skontaktować? – Proszę się o to nie martwić – odrzekł. W przeciwnym wypadku prywatne firmy już dawno wyparłyby Indian z ich ziemi i przerzuciły w inne miejsce. czy jesteś dobrym rozmówcą. powiedziałem. który czeka na mnie. być może mówił językiem Yaqui. znów zaczął mówić po hiszpańsku. tak. Następnie wstał z krzesła. Jakby na umówiony sygnał. – Można powiedzieć. kto będzie dobrym słuchaczem i inicjatorem rozmowy. do stolika podszedł właściciel restauracji. żeby inni znali naturę naszej transakcji. W innym momencie wtrąciłem: “Dokładnie tak jak mówisz". W tym momencie byłem już pewny. Opisałem starca. i z tego. on zaś dalej plótł androny. pokiwałem głową i powiedziałem: “Tak. więc pan Reyes sam rozpoczął rozmowę. że mam już informatora. że kilka kompanii górniczych ze Stanów Zjednoczonych interesuje się złożami żelaza i miedzi należącymi do Indian Yaqui. – Czy on mieszka gdzieś w pobliżu? – zapytałem. że Jorge Campos to oszust. Nie spieszyłem się z udzieleniem zobowiązującej odpowiedzi. bo nie chce. że jestem już zupełnie skołowany. Dodał. i zanim zdążyłem się podnieść z krzesła i wysłać go do diabła. – Będziesz mi płacił pięćdziesiąt dolarów na dzień – powiedział. że Jorge Campos pośredniczy właśnie w niezwykle delikatnej i lukratywnej transakcji.

Wiedział o wszystkim. – Mógłbym cię zabrać do niego za dwieście dolarów – powiedział. że moja marża za załatwienie ci całej sprawy jest minimalna. – Od razu! – odparł. Grzecznie odmówiłem i powiedziałem. które można otworzyć magicznym kluczem – pieniędzmi. Pomyślałem nawet. – Jednakże za zabranie cię do tego człowieka – ciągnął – opłata będzie stała. Zrobił przerwę. szamańskich transów i cudownych masek. Na samym końcu – ciągnął – dam ci ogólny kosztorys z rachunkami i wszystkimi kwitami do podatków. którzy go strzegą. Muszę się im przypodobać i przynieść dla nich forsę.– Zabrałbyś mnie do niego? – Nie widzę powodów. Była to kwota większa od tej. Jorge Campos przedstawiał go jako najbardziej znamienitego znachora i czarownika na tamtych terenach. – Wezmę te pięćdziesiąt dolarów i twój zegarek – oświadczył bezwstydnie. Zostało mi tylko pięćdziesiąt dolarów. próbując wymyślić. Już miałem zaprotestować przeciwko tak drastycznemu skokowi ceny. Nie miałem nic do powiedzenia. – Ale za te pieniądze zabiorę cię do pośledniejszego szamana. lecz również umożliwi dotarcie do starca. który tak bardzo mnie intrygował. . którego sława uczyniła go niemalże niedostępnym. Podczas gdy oni opisywali go jako pustelnika i byłego szamana. Jorge Campos wyprostował swoje długie nogi pod stołem i zaplótł ramiona za głową. które miałem w kieszeni. Przez chwilę nic nie mówił. położonych wzdłuż rzeki Yaqui. – Jedziemy! Nie ma czasu do stracenia! Wsiedliśmy do mojego samochodu i nakazał mi się kierować na zamieszkałe przez Indian Yaqui miasteczko Podam. siadając prosto i skwapliwie zgarniając pieniądze i zegarki. że przebywa w okolicy. Wtedy sam się przekonasz. że nie obejdzie się bez kilku łapówek. być może. że Jorge Campos wprowadzi mnie nie tylko do świata Yaqui. człowieka. ale uprzedził mnie. zawsze są drzwi.. – Z tych dwustu dolarów dla mnie zostałoby około trzydziestu. Nie zamierzałem się targować o pieniądze. tylko żeby się upewnić. ale zawsze jest jakiś sposób. że kłamie. bezpodstawna. Następnie zmienił temat rozmowy i zaczął mówić o starcu. nawet o rachunkach do rozliczenia podatkowego. Czułem. – Musimy ostrożnie piąć się w górę. Ale dłuższa rozmowa z nim będzie kosztować więcej. Pomimo wszystkich moich obaw byłem przekonany. Indianie Yaqui są bardzo zamknięci. wręczając mu pieniądze i zegarek. że nie mam przy sobie tylu pieniędzy. skąd wziąć dwa tysiące dolarów. Poczułem przypływ podziwu dla niego. jakby obliczał swój minimalny zarobek. niczym aktor. co mi opowiadali o nim inni. – Mój pobyt tutaj dobiega końca – rzekłem w ramach przeprosin – tak więc prawie skończyły mi się pieniądze. jak gdybym miał zaraz zaprotestować. – A kiedy mógłbym spotkać się z tym pośledniejszym szamanem? – spytałem. Wydawał mi się w tamtej chwili bardzo przekonujący. które wyrabia na indiańskie obchody wielkiego postu. od niższych rangą. że jedziemy się spotkać z Lucasem Coronado. aż do twojego człowieka. Nie denerwuj się – ostrzegł mnie. zsuwając sobie kapelusz na twarz. że możliwość regularnego spotykania się ze starcem i prowadzenia z nim rozmów zadowalających antropologa będzie mnie kosztować przynajmniej dwa tysiące dolarów. Reszta poszłaby na łapówki. co powiedział. że moja początkowa nieufność była. – Nie chcę wyjść na najemnika – powiedział ze swym zniewalającym uśmiechem – ale na ile cię stać? Musisz wziąć pod uwagę to. jedną z tradycyjnych osad indiańskich. – Będę potrzebował dwóch dni na własne rozpoznanie. czy naprawdę nie postarać się o stypendium. żeby tego nie zrobić – powiedział. Rozważałem nawet. i potem możemy do niego pojechać. człowiekiem znanym ze swych czarodziejskich wyczynów. który – zapewniam cię – jest na samym szczycie hierarchii. którą dysponowałem. Sam pilnie rachowałem. On ma normalnych ochroniarzy. pozostawało w całkowitej sprzeczności z tym. jednak nie chciałem w to uwierzyć. po czym wypalił z grubej rury: powiedział. Sam byś na to wpadł. to. Moje wynagrodzenie to dwieście dolarów. ludzi. Podczas drogi wyjawił mi. Z zażenowaniem nieomal zaoferowałem mu pięćdziesiąt dolarów..

mocno zaostrzony nos i dzikie czarne oczy. a dłońmi operował narzędziami. Byliśmy w Potam. ponieważ chce ci zadać kilka pytań dotyczących twojej sztuki – odpowiedział Jorge Campos niezwykle protekcjonalnym tonem. przestał pracować i wstał. Później będziesz mógł dojść z nim do jakiegoś porozumienia w kwestii kwoty. – Zaręczyłem. jak się uśmiechać. zanim się obejrzałem. drążąc ją zakrzywionym dłutem. Skóra na jego twarzy i szyi wydawała się napięta do granic możliwości. że jesteś całkiem bystry.– Ale jesteś pewien. że tak. lecz również pokaże ci magię. iż udaje. brutalnie mi przerwał. aż się z nim spotkasz. siedział na ziemi. że Lucas Coronado nie wie. Skierował mnie do domu na przedmieściach. który obrabiał dłutem i pobijakiem. jak sądzę. Jego niesamowicie ciemne brwi sprawiały wrażenie. głośno wołając Lucasa Coronado. Za małą lepianką znaleźliśmy mężczyznę. mierząc mnie swym zimnym. Obraz. z jaką posługiwał się stopami przy trzymaniu i obracaniu maski. włożył swoje sandały. – Czemuż zawdzięczam tę przyjemność? – spytał Jorgego Camposa. naśladując teksański akcent. Odniosłem wówczas dziwne wrażenie. nie ma sprawy – zapewnił Lucas Coronado. które nadawały jego kanciastej twarzy wyraz srogości. który pojawił się w mojej głowie. miał pociągłą twarz o kanciastych rysach i wysokich kościach policzkowych oraz ciemną karnację o miedzianym zabarwieniu. Trzymając obrabiane drewno nieruchomo pomiędzy stopami. – No to będzie bal! Próbowałem zadać mu kilka ogólnych pytań dotyczących starca. – Myślisz. Właściwie mógłbym rzec. Przez chwilę znów się nie odzywał. Jorge Campos nie potrafił ukryć swojego rozradowania. przedstawiał włoskiego truciciela z epoki Medyceuszy. Miał orli. – Zuch z ciebie! Zuch! – wykrzyknął. gdy na niego patrzyłem. . w takim zakresie. iż kolana sięgają mu do barków. opadające wąsiki. nie starając się w ogóle ukryć zaskoczenia. mój chłopcze – odrzekł. była nadzwyczajna. z którym mówił przez cały czas naszej rozmowy. Nigdy w życiu nie widziałem czegoś podobnego. Będziesz go miał wyłącznie dla siebie – powiedział z uśmiechem. spokojnie dam radę – skłamałem uspokajająco. na koziej skórze. Słowa “srogi" i “posępny" wydały mi się najtrafniejszymi określeniami. Pracował właśnie nad maską. Kiedy tak siedział na ziemi. W geście poważania dla nas. chodźcie – powiedział bez uśmiechu. że zakwalifikowałem go już jako naciągacza – przeszedł na angielski. że szczerze mu odpowiesz. Posługiwał się angielskim wybornie i zabawiał mnie żartami i historyjkami. że od razu się zorientowałem. – Oczywiście – odparł z przekonaniem. sprokurował jakby niesamowite koło garncarskie. – O tak. – Zaczekaj z tym wszystkim. – Więc jednak mówisz po angielsku! – wykrzyknąłem. – Oczywiście. Nosił cienkie. zobaczyć. badawczym spojrzeniem. podobnie jak kruczoczarne włosy. – Mówiłem ci. za jaki mu zapłacisz. – Przyprowadziłem tutaj tego młodego człowieka. że byłbyś w stanie zapłacić mi te dwa tysiące dolarów? – zapytał z tak doskonałą obojętnością. Stopami obracał drewno. Wyszliśmy z samochodu. jakby nakreślono je ołówkiem. zaczesane ku tyłowi głowy. – O. nie ma sprawy. że kości jego nóg są tak długie. chciałem cię sprawdzić. i ku mojemu całkowitemu osłupieniu – wynikłemu z tego. gdy przyglądałem się twarzy Lucasa Coronado. – Nie tylko będzie chciał z tobą rozmawiać. – Chodźcie. zauważyłem. że starzec będzie chciał ze mną rozmawiać? – zapytałem. Wprawa. patrząc mi badawczo w oczy. Gdy podeszliśmy bliżej. Był wyższy od Jorgego Camposa i chudy jak patyk. Gołymi stopami trzymał kawałek drewna. Mężczyzna był bardzo szczupły. On prowadził. trzymając pomiędzy stopami kawałek drewna. Usłyszeliśmy głos dochodzący z tyłu domu: – Chodź tutaj. za którą udzieliłby ci kolejnych lekcji. czy jesteś zaradny. Zaczai mi opowiadać o swoim pobycie w Stanach Zjednoczonych i ambicjach handlowych. Jesteś. Nigdy w życiu nie widziałem twarzy równie groźnej.

zaskoczony. Odebrał moją pochwałę jako ukrytą drwinę z jego nędzy. że ponieważ nie doprowadził mnie jeszcze do starca. Spojrzał na mnie. że będę mógł sam odwiedzić Lucasa Coronado i z nim porozmawiać. musimy ją gdzieś tutaj szybko zakopać. Odrzekłem. muszę utrzymać z nim kontakt. – Kup którąś z jego masek – doradził mi. Poczułem. Chciałem zadać mu kilka pytań. Poszedł w niej do domu. Jeżeli tak jest w istocie. W żadnych okolicznościach i pod żadnym pozorem nie mogę narażać moich klientów. otworzył szeroko oczy. że Lucas Coronado mnie nie oszukał. – Nigdy nie widziałeś. że zaraz mi przywali. Gdy zbieraliśmy się do odejścia. myślałem jedynie o tym. przypuszczam. jak się robi maskę? – wysyczał przez zaciśnięte zęby. która trwała jakiś czas. – Lucas właśnie mi zakomunikował. ale z chęcią zrobi to kiedy indziej. iż nie ma pieniędzy na to. ale dodał. że musi pracować. by sobie kupić imadło. Jorge Campos powiedział po angielsku. – Ależ wręcz odwrotnie – powiedziałem. bo zbliża się święto. Wyglądało na to. Jorge Campos wyrwał mi go z rąk i rozwinął papier. i że wyśmiewasz się z tego. Obaj zachowywali się tak. Ochoczo ofiarowałem mu jedną z masek. że ma teraz bardzo pracowity okres. co tam masz – nalegał Jorge Campos. W środku były trzy pięknie wykonane. mógł rzucić czary na przedmioty w paczce. – Musimy skrócić naszą wizytę – rzekł Jorge Campos – ale przyprowadzę cię tutaj jeszcze. co wyglądało na ołtarzyk. Wykręcił się. i zatrzymałem samochód. – Skąd się tutaj wziąłeś? Z Marsa? Poczułem się głupio. jak najbardziej – odezwał się do mnie Lucas Coronado po hiszpańsku. Wziął ode mnie skórę i włożył ją na siebie. że zbiera mi się na mdłości. uśmiechnął się z zadowoleniem. – Mamy tu mały problem – rzekł Jorge Campos. a zarazem poufałym i życzliwym. Niczego wówczas nie chciałem uniknąć bardziej niż utraty jedynego możliwego kontaktu. Chciał się upewnić. gdybym jedną z nich mu dał. – Proszę. – Kiedy indziej. chociaż go nawet nie znasz. Uważa on za rzecz osobliwą. moje słowa miały komentować w ironiczny sposób jego biedę i bezradność. – Tak. Swobodnym i obojętnym tonem Jorge Campos zauważył. Byłem w siódmym niebie. właśnie. że swoimi uwagami obraziłem Lucasa Coronado. mówiąc. wykonał kilka dziwnych piruetów. że była to mowa Indian Yaqui. Zapłaciłeś mi za wykonanie określonej usługi. Próbowałem mu wyjaśnić. że stosowana przez niego technika jest dla mnie zupełnie nowa. Kiedy powiedziałem Lucasowi Coronado. jakby mnie w ogóle tam nie było. właśnie. i że zamierzam dojechać do Los Angeles bez zatrzymywania się. Ponieważ go znieważyłeś. W drodze powrotnej do Guaymas Jorge Campos poprosił mnie. Z domu przyniósł małą paczkę zawiniętą w gazetę i podał mi ją. – W takim razie daj mu swoją skórę – powiedział tonem rzeczowym. ale zanim przekroczył próg. zatrzymaj się. że mam tylko tyle pieniędzy. tak więc nie będzie mógł teraz odpowiedzieć na wszystkie twoje pytania. i zrobił parę ruchów ramionami. Po prostu którąś kup. tak. – Muszę zobaczyć. jakby chciał je rozprostować. Pomyślałem. Wdali się z Jorgem Camposem w ożywioną wymianę zdań. żebym otworzył paczkę. Kiedy indziej. że jeśli chcę. Ten człowiek to autentyczny szaman i dlatego jest bardzo niebezpieczny. by kupić paliwo i jedzenie na drogę. Paczka mnie nie interesowała. – Tych ludzi uczy się przyjmować i samemu czynić zniewagi w niezwykle zawoalowanej formie. że chciałbym •wymienić moją skórzaną kurtkę na jedną z jego masek. Z największą ostrożnością ująłem pakunek. czułem się w obowiązku wyrazić Lucasowi Coronado mój podziw dla jego niesamowitej techniki pracy rękoma i stopami. Jorge Campos jakby zdawał sobie sprawę z mojego rozgoryczenia. Uklęknął przed czymś. po czym potarł dłońmi o boki kurtki. Czułem się zupełnie zbity z pantałyku. że jego maski są piękne. że go lekceważysz. że jego technika jest rewelacyjna! – Nawet nie próbuj mu mówić niczego takiego – rzucił sucho Jorge Campos. – W przeciwnym razie będzie zagniewany i zapamięta jedynie twoje zniewagi. . tradycyjne maski Indian Yaqui. mogę przyjechać kiedy indziej. – Uważam. że postąpiłbym jak najbardziej właściwie. jakbym był szalony. Ale nie mów mu.Następnie przeszedł na inny język.

wywarły na mnie potworny. Mój towarzysz sprawiał wrażenie zdezorientowanego. . który według zapewnień Jorgego Camposa jest wybitnym czarownikiem. Jego pytanie postawiło mnie w trudnej sytuacji. kiedy dałem mu słowo. W końcu. wskazując na inną. że następnym razem przywiozę mu gotówkę. Był zbity z tropu jego zniknięciem tak samo jak ja. Postanowiłem zaryzykować i sam udać się na spotkanie z Lucasem Coronado. Z przekonaniem oświadczył. nie dość. – Jestem pewien. Pytałem właściciela restauracji. że przyjechałem bez Jorgego Camposa. Podał mi całą masę informacji o Indianach Yaqui: o ich historii i organizacji społecznej. były bardzo ordynarne. Myślałem sobie. z największą radością zobowiązałbym się do zapłacenia mu tej kwoty w ratach. że mógłbyś mi dać te dwa tysiące dolarów przy następnej wizycie? – spytał odważnie. Miejscowi sprzedają je turystom. że wrócił do Arizony albo do Teksasu. Spotykałem się z nim codziennie przez pięć dni. – Po prostu wyparował – powiedział. którego jedynym celem było wyłudzenie ode mnie pieniędzy. Dwa tysiące dolarów w owym czasie było znaczącą sumą pieniędzy. Odjechałem. nieomal gniewnie. a z moich Jorge Campos rzeczywiście wybrał najlepszą. czego mi było trzeba. Wiem. że gdyby się zgodził brać zaliczki. ale chciałem je pokazać moim znajomym antropologom. czy wie coś na temat starego szamana. ale wyglądał na zadowolonego dopiero wówczas. które zaprzeczały istnieniu owego starca. – Myślisz. gdyż zacznie już rozdawanie łapówek i załatwianie mi spotkania z wielkim bonzem. ile jest wart mój samochód. czerpie szczególną radość z wyzyskiwania swoich indiańskich pobratymców. które ja dostałem. o znaczeniu i naturze ich świąt. Zapytałem sąsiadów. Nigdzie w Guaymas nie mogłem odszukać Jorgego Camposa. wykonanych z kokonów jakichś pustynnych owadów. ale wróciłem późnym popołudniem. Wręczyłem gospodarzowi kilka prezentów. spytałem Lucasa Coronado. żeby ci załatwić to spotkanie. które spędziłem w tamtej okolicy. ale znów szczęście mi nie dopisało. Ile jest wart twój samochód? Masz jakiś dowód własności? Powiedziałem mu. jest ostatnim skurwielem. – Możesz je kupić w każdym sklepie w miasteczku. Widziałem wcześniej indiańskie maski. które sprzedawano w sklepach w miasteczku. – Będę tu wydawał własne pieniądze. jak się wyraził. Szczerze wyraził swoją aprobatę. Zajechałem pod jego dom w południe. że zastałem Lucasa Coronado. co będę mógł. i że oczywiście mam dowód własności. i kupiłem trzy maski – przepięknie rzeźbione dzieła – oraz parę grzechoczących getrów. Odparłem. Zostawiłem go w mieście i ruszyłem w kierunku Los Angeles. które dla niego przywiozłem. – Zrobię. przypomniał mi. zorientowawszy się. żeby mieć te pieniądze – odparłem niezobowiązującym tonem. Pięć miesięcy później wybrałem się ponownie do Guaymas zobaczyć się z Jorgem Camposem. że według jego najlepszej wiedzy taki człowiek nigdy nie mieszkał w tej części kraju i że Jorge Campos to oszust. zwłaszcza dla studenta. – Te maski to nic takiego – oświadczył. dostałem już to. który. że jesteś bardzo poważnym młodzieńcem. którego określał jako zdrajcę Yaqui. to na dodatek był dla mnie niezwykle uprzejmy. Potem zabrałem go do Guaymas na obiad. Maski nie miały dla mnie żadnego znaczenia. że wręcz ociągałem się z zapytaniem go o to. Popatrzyli na mnie groźnie i nie zaszczycili mnie żadną odpowiedzią. że choć jego chciwość aż kłuje w oczy. Sądziłem. – Ty się lepiej bardziej postaraj. będę go potrzebował jako przewodnika. Nie nastawiałem się absolutnie na nic. Byłem wówczas przekonany. Ku mojemu zaskoczeniu. czy wiedzą może. Tak dobrze się bawiłem w roli badacza terenowego. że praktycznie jestem mu winien dwa tysiące dolarów. czy zna starca. gdzie mógłby być. Ubolewał. przezwyciężając wątpliwości. synek – rzucił ostro. W rzeczywistości byłem gotów od razu wracać do Los Angeles. W porównaniu z tymi.– Jeżeli mógłbym wybierać. Słowa Lucasa Coronado. wziąłbym raczej tę – powiedział. Dałbym mu również pozostałe dwie. gdzie prowadzi interesy. że jeśli powiem mu prawdę – czyli że to bardzo wątpliwe – da sobie ze mną spokój. że może ją sobie wziąć. i muszę jeszcze raz usłyszeć od ciebie zapewnienie. zakładanych przez Indian Yaqui do tradycyjnych tańców. że Jorge Campos. Zanim się pożegnałem.

ale nie pochodzi z tych stron? – zapytałem go. ale mieszka w Mexico City. Chodził tak. dlaczego byłem tak wytrącony z równowagi. Tupałem nogami. Przeprosiłem go za okazanie w taki sposób gniewu i rozgoryczenia. nie chciałem też o to pytać. który miałby na imię Juan. Ignacio zresztą również. Lucas Coronado nie potrafił powiedzieć. Nie miałem pojęcia. Sprawiają. Lucas Coronado wytłumaczył mi. jakby ciągle jeszcze nosił buty z ostrogami. że tamto spotkanie w istocie było punktem kulminacyjnym czegoś. którego nie byłem w stanie ustalić. że olbrzym był w młodości zawodowym żołnierzem i ciągle nosi się po wojskowemu. Po chwili zaczął chodzić w tę i z powrotem. Liczyło się tylko odnalezienie tego starego. . – I bez tego masz skłonności do świrowania z byle powodu. – Zdecydowanie tak – odparł z całkowitym przekonaniem. skąd się wziął ich szał. – Jedynym człowiekiem w bardzo podeszłym wieku. jakby nie mógł w to uwierzyć. Najwidoczniej nigdy przedtem. aspiracjami ani poglądami w dziedzinie antropologii. Pomimo podeszłego wieku jego włosy ciągle były kruczoczarne. Lucas Coronado był bardzo zdumiony moim wybuchem. Ale stary jest. gdzie mieszka Ignacio Flores. który mieszka gdzieś indziej. co nie miało nic wspólnego z moimi pragnieniami. – Takie rzeczy się tutaj zdarzają – powiedział. że być może ten stary Indianin. Gdy to sobie uświadomił. Dzisiaj nie byłeś powściągliwy. – Myślisz. Kiedy się lepiej nad tym zastanowić. Od czasu do czasu przyjeżdża odwiedzić syna. – W górach. – To on! – wydarłem się. że skoro ów człowiek jest stary. by wydawać komendy. około sześćdziesięciopięcioletnim. dlaczego krzyczę. do cholery. którego spotkałem. którego znam – kontynuował – jest ojciec Ignacia Floresa. Ignacio Flores był potężnym. że ludzie rzeczywiście dostają na głowę. Lucas Coronado milczał. Lucas Coronado uprzedził mnie wcześniej. Potężny. a nie prawdziwe. że potrafi to robić. skierował mnie do najbliższego miasta Indian Yaqui i tam go odszukał. Moja radość natomiast nie miała granic. Nie przestawał kręcić głową. ochrypły głos był szkolony bodajże tylko i wyłącznie po to. kim. – Znasz może jakiegoś starca. Miał ciemną karnację. Lucas Coronado jakby zdawał sobie sprawę z mojego wewnętrznego rozbicia. że służył w kawalerii. do czego nawiązywał. wyczulonych na zniewagi zbyt subtelne. jego ojciec sprawia wrażenie młodszego od niego. Pod ich wpływem zaczynają pomstować i bredzić. ale też jesteś bardzo powściągliwy. z jaką można go było obrazić. Spojrzał na mnie oniemiały. korpulentnym mężczyzną. Wyglądał na przygnębionego. Odbiło ci zupełnie bez powodu. Ignacio Flores nie był ani trochę zaskoczony. nie mają bladego pojęcia. to choć jest on ojcem Ignacia.nieoczekiwany wpływ. Nie miałem pojęcia. Ogarnęła mnie frustracja i bez najmniejszych zahamowań zacząłem pomstować i wrzeszczeć. sumiaste wąsy i dzikie oczy – czyniło to z niego uosobienie bezwzględnego żołnierza. Nie zrozumiał mojego pytania. ale on nie zna żadnego Matusa. ale ten starzec jest motorem wszystkich moich poczynań. Nie potrafiłem sobie wytłumaczyć. Lucas Coronado przedstawił mu mnie i powiedział. Odniosłem wrażenie. pogrążony jakby w głębokich rozmyślaniach. zupełnie nie wiedząc. był jak Jorge Campos Indianinem Yaqui. ale był bardzo uczynny. że przyjechałem z Arizony zobaczyć się z jego ojcem. Zrozumiałem wtedy. gdy się poruszał. Zacząłem jeszcze bardziej zachodzić w głowę. zaśmiał się serdecznie. tu w okolicy. że tak naprawdę mam gdzieś badania terenowe. słyszałem dzwonienie ostróg. żyją magiczne istoty – ciągnął – i one mogą działać na ludzi. Sprawiali wrażenie ludzi żyjących w nieustannym napięciu. że nazwisko “Matus" jest bardzo popularne w tych stronach. a gdy się w końcu uspokajają. Musiałem mu wyjaśnić. że to właśnie mi się przydarzyło? – zapytałem. być może ma jeszcze inne imię i może podał mi wówczas przybrane. Nagle zaświtała mu w głowie myśl. po czym zaczai się śmiać. Byłem śmiertelnie przerażony łatwością. który mieszka w okolicy. nie wygląda tak bardzo staro. aż do tamtej chwili. – Wcale nie bez powodu – powiedziałem stanowczo. W jednej chwili stało się dla mnie jasne. Mimo to. jest ten stary. – Aż do tej chwili tego nie wiedziałem. zupełnie wyczerpani. nie zastanawiał się nad zadziwiającą młodzieńczością starca. którego spotkałem w Nogales. Osobliwością Indian Yaqui była nadzwyczajna skłonność do urazy. by normalny człowiek był w stanie je wyłapać. i z jakiegoś dziwnego powodu.

którego poszukiwałeś. zauważałem przede wszystkim niezwykłą uprzejmość i szacunek dla drugiego człowieka. – Nie próbował się nawet kryć. Ty jesteś bardziej wyrafinowany. – Nie słuchaj tego powierzchownego głosu. że powinieneś pojechać sam – powiedział. – Przypominaj sobie historię Jorgego Camposa. i uważam. jak niezwyczajnie uprzejmi są Indianie Yaqui. Wbrew własnej woli zacząłem się śmiać. – Gdybym był tobą – podsumował – słuchałbym swego wewnętrznego głosu. którego szukałem. Nie mogłem się nadziwić. którego Jorge Campos nie zdołał uniknąć – odezwał się w końcu – było doprowadzenie do twojego spotkania z tym drugim człowiekiem: z Lucasem Coronado. choć zarazem tak dzicy. że to barbarzyńcy gotowi bez wahania zabić każdego. Nie pojechał z nami. jednak jeśli o mnie chodzi. śmiał się tak bardzo. niemniej jednak nasze spotkania nie były tak naładowane napięciem i cechowały się długimi okresami milczenia. żebym odwiózł go z powrotem. – Odnajdziesz w niej nieprzebrane bogactwo. moich oczekiwań. moich ideałów. Byłem przygotowany na zabranie Lucasa Coronado do domu starca. gdyż nieskończoność była silniejsza od niego. Dzięki temu uzyskujesz kontakt z czymś. Kiedy powiedziałem don Juanowi o moim dylemacie. pozbawiony maski. Czułem się wolny. dlaczego Jorge Campos mnie okłamał. który każe ci się wściekać – rzekł rozkazująco. ponieważ Jorge Campos przedstawia twoje życie. zupełnie jakby wiedział coś. co odczuwam. głosu. gdzie możemy go znaleźć. jak robił to wcześniej. – Krokiem. lecz utkwił we mnie przenikliwy wzrok. Podczas relacjonowania historii tych dwóch ludzi. Śmiej się! Śmiej! Jego słowa zadziałały niczym polecenia hipnotyzera. cały czas – powiedział don Juan. że za każdym razem. co się między wami zdarzyło. Co by to zmieniło. Przeprosił nas i odmaszerował. mówiąc mi. rysuje przed nami określony schemat. Jednakże dziwna myśl – równie gorączkowa co moje usprawiedliwienia – zmusiła mnie do stwierdzenia. który od tej pory będzie cię prowadzić. – Zastanawiam się. gdybyś był. że kilkakrotnie aż się dusił ze śmiechu. uzmysłowiłem sobie. Każdy szczegół jest częścią mapy. Pojechałem do domu ojca Ignacia Floresa i znalazłem tam człowieka. że spędziłem więcej czasu z Lucasem Coronado niż z Jorgem Camposem. Uważał cię za frajera i chciał cię okpić. Nie obrzucił mnie krótkim spojrzeniem. jak sądzę. nawet jeśli jestem taki sam jak Jorge Campos. Mówiono mi wcześniej. – Nie okłamał cię – odrzekł don Juan z takim przekonaniem. że nie mam ochoty się usprawiedliwiać. Słuchaj go! I śmiej się razem z nim. że wkrótce po waszym spotkaniu zniknął i nigdy go nie odnaleziono? Jorge Campos był niezwykle znaczącą postacią dla ciebie – ciągnął – – We wszystkim. który się śmieje.– O tak – powiedział. . stawiając kroki jak na paradzie. Zaśmiał się. Lucas Coronado nie był człowiekiem rozmownym z natury i coś dziwnego w jego charakterze sprawiało. Taka jest natura nieskończoności: kiedy przekraczamy pewien próg. Długo i uważnie mi się przypatrywał. Nie zdołał jednak wykonać swojego planu. Ten jednak grzecznie się wymówił i poprosił. – Jak to? Nie jestem oszustem! – zaprotestowałem. Wiesz. – Mój ojciec sporo podróżuje. czego nie wiem ja. Myśl ta wydała mi się nie do przyjęcia i ze wszystkich sił starałem się znaleźć kontrargumenty. Oto potęga przywoływania z pamięci dawnych wydarzeń. że w pewnych okolicznościach mogę przypominać Jorgego Camposa. Bez żadnych dalszych ceregieli wyjaśnił nam. oszustem? Był to tani oszust. że cię zna – powiedziałem przy końcu mojej opowieści. że znalazłeś człowieka. odnajdziesz swego rodzaju ukryty schemat. jakby aprobował zachowanie Jorgego Camposa. – Wydaje mi się. z grzeczności. Chciałem od razu jechać z powrotem. który jest dla ciebie osobą równie znaczącą jak sam Jorge Campos. Don Juan dokładnie wiedział. tak jak Jorge Campos. Jednakże gdzieś głęboko w środku czułem. Dlatego czarownicy to wykorzystują. – Słuchaj tego głębszego głosu. Chwilę później usłyszałem samego siebie w trakcie długiej tyrady na temat mojego zachowania. czego istnienia w sobie nawet się nie domyślałeś. a może nawet bardziej. Nigdy nie byłem tak szczęśliwy.

Zaleca się go ludziom. co powiedział. który – podobnie jak ty swego czasu – szuka sponsora dla swej sztuki? Szukał go tak samo. Cała ludzkość nie chce niczego słyszeć. Poszukiwałeś mnie i znalazłeś. żeby kupić sobie coś. tak oto przekroczyłeś ów próg. słaby i czuły na swoim punkcie. – Gdy mi tak opowiadałeś. Dostanę trochę pieniędzy z banku państwowego. by mi wytłumaczył. żeby się wyleczyć – ciągnął don Juan – ale on uważa to za bzdury i nie chce nawet o tym słyszeć. niezwykle wrażliwym artystą. którzy z ledwością . Niemniej jednak. że nakłoniłem don Juana. Na tym nasza rozmowa się skończyła. spojrzał na mnie. jakbym postradał rozum. że cokolwiek było do tej pory. – Lucas Coronado to druga strona twojej mapy – rzekł don Juan. walczyła z faktem. sam w ten sposób przekraczając ów próg. – Jorge Campos i Lucas Coronado to dwa końce jednej osi – stwierdził. Następnie we wspaniałych słowach – a także. głęboko w środku. ot tak. A to. Tak powinna była wyglądać mapa twojego życia. że pewnego dnia don Juan wyjawił mi. że Lucas Coronado jest śmiertelnie chory. że tylko Indianin z jego plemienia może być tak subtelny. jakby przyglądał się rzeczom niewidocznym dla ludzkiego oka. że ty również – bardzo niepokojącą rzecz. nieokrzesany najemnik. z pewnością niezwykle dla mnie obraźliwych – nakreślił mi obraz człowieka. Don Juan zapadł w jeden ze swoich zwyczajowych długich stanów całkowitego milczenia. lecz niezniszczalny. Dostanę zaliczkę na poczet moich zbiorów. gdybym był Indianinem Yaqui. co oznacza. co mam mu powiedzieć. Pamiętałem też. Nazywa się to Vi-ta-mi-nol. Ponownie poczułem. – Bardzo dobrze – odezwał się do mnie don Juan. wpadłem w gniew i chciałem wyjechać. że oceniając sytuację z poziomu mojej płytkiej świadomości. – Przesłałem mu przez mojego syna Ignacio wiadomość. że postradałem nadzieję. że gdyby Lucas Coronado tylko zechciał. I raz jeszcze impuls ten został stłumiony przez głos. a zarazem przekonujący sposób. nie miało absolutnie żadnego znaczenia. – Co to jest Vitaminol? – zapytałem. z jednej strony pozbawiony skrupułów. która otwarła się przed tobą z chwilą. którzy nie jedzą codziennie mięsa ani ryb. – Tą osią jesteś ty. Intencja nieskończoności kazała mi szukać kogoś takiego jak ty. który reklamują w radiu – odparł z niewinnością dziecka. który jest już śmiertelnie znużony czyimś niczym nie usprawiedliwionym natręctwem. Znalazłem cię. i że nie jestem w stanie znaleźć wytłumaczenia. To nie jest wina Lucasa. Miał jakieś schorzenie. Wszyscy musimy umrzeć. Wskazuje on na koniec pewnej epoki. która finansowałaby twoją twórczość. Ale nie waż się nawet myśleć. co ma zrobić. że nigdy wcześniej nie wspominałem mu o tym aspekcie mojego życia. ohydny. gdy przekroczyłeś próg nieskończoności. Don Juan nie tylko wszystko mi wytłumaczył. Znów zacząłem się straszliwie zmagać z samym sobą. co mam powiedzieć Lucasowi Coronado.gdy pogrążał się w milczeniu. Jakaś cząstka mnie samego. zażywając ochłody po długim marszu – przerwał ciszę. co się wydarzyło pomiędzy tobą a Jorgem Camposem i tobą a Lucasem Coronado – podjął – dostrzegłem – i mam nadzieję. że był tego świadom i przedstawił to w tak delikatny. sam mógłby z łatwością się wyleczyć. – Takie rzeczy mi nie pomogą – odrzekł w końcu z hardością w głosie. zły na mnie za brak wrażliwości. co mnie uleczy. że chcę natychmiast stamtąd wyjechać. Przypomniało mi się. klepiąc mnie mocno w plecy. udręczony artysta. że wszystko. gdy przekazałem mu słowa don Juana. lecz również z przekonaniem oświadczył. lecz oto pojawiła się jeszcze inna możliwość. że to zupełnie obojętne. jak ty szukałeś kobiety. Dla mnie jest to omen. Żaden z nich z osobna nie był wystarczający. – Bardzo dobrze. musi odejść. Zaleca ludziom. – Leczy wszystko. Tym razem absolutna pewność. jest prawdą. Przywiodła cię do mnie kombinacja bardzo niewyraźnych czynników. Dopiero pod koniec dnia – kiedy dotarliśmy z powrotem do jego domu i siedzieliśmy pod ramadą. jak don Juan się o tym dowiedział. – Nie zastanowiło cię to. Słyszą tylko to. bezwstydny. udawało mu się pociągnąć mnie za sobą. – Tak naprawdę nie ma to żadnego znaczenia. który dochodził gdzieś z głębi mnie. Z drugiej strony jest niezwykle wrażliwy. był godny podziwu. Bez żadnej zachęty ze strony don Juana zacząłem się serdecznie śmiać. który przejmuje się tylko sobą samym. które go z wolna trawiło. mówiła mi. ani drobiu. możliwość. co chcą usłyszeć. Tyle właśnie udało mi się wyciągnąć z twojej opowieści. miłośniczki sztuki. jak mógł zdobyć te informacje. Fakt. Przez chwilę był pogrążony w zadumie. żeby mu pomóc złagodzić fizyczny ból i psychiczną udrękę. i tak będę miał dość pieniędzy. że jest rzeźbiarzem jak ty. – To środek. Pomyślałem sobie.

że dam mu pieniądze na Vitaminol. żeby pomóc Lucasowi Coronado. – Możesz mi wierzyć. Była to długa i poruszająca pauza. że zachowanie Lucasa Coronado to mapa twojego życia – rzekł. jak bardzo go dotknąłem. Lucas Coronado wytknął ci Vitaminol i zrobił to tak miażdżąco i boleśnie. jaką tylko można sobie wyobrazić w społeczności tak niezwykle przewrażliwionych istot jak Indianie Yaqui: zaofiarowałem się. przeciągłe spojrzenie świadczyło niezbicie o tym. Tymczasem nie może sobie na niego pozwolić. – Wszyscy mamy swój własny Vitaminol. – I nie mów mi. by samemu kupić sobie Vitaminol.sobie radzą z utrzymaniem swojego ciała i duszy w kupie. Tak bardzo się rwałem do tego. Chciało mi się płakać. że pewnego dnia będzie go w końcu na niego stać. Obrzucił mnie przenikliwym spojrzeniem. – Lucas Coronado jest zamknięty w błędnym kole. że nie rozumiesz. Jego zimne. Wróciłem do domu don Juana. ale ma wielkie nadzieje. – Nie trać energii na zamartwianie się podobnymi rzeczami – powiedział chłodno don Juan. i z każdym – On ma swój Vitaminol i wierzy. Wtem don Juan przestał mówić. że tak jest. . Zgubiła mnie moja nadgorliwość. że stać go na to. że natychmiast popełniłem największą gafę. Moja głupota była niewybaczalna. Lucas Coronado bardzo cichym głosem oświadczył. co mam na myśli – powiedział. taki czy inny. – Mówiłem ci już. że może on wyleczyć każdą chorobę i rozwiązać wszelkie jego problemy. że poczułeś się dotknięty do żywego i zebrało ci się na płacz. ale podobnie jest z tobą.

Również jego skóra nie była aż tak ciemna. że ma rację. gdyby nie to. emanujące dziwnym. gdy usiłowałem go odszukać. Mógłbym się rozwodzić nad własną wiedzą i wartością przez długie godziny. całe moje ciało pokryło się dziwnym potem. był dobrze zbudowany i stanowczy. jakie były tego skutki fizyczne. który choć nadal bardzo silny i żwawy. gdy don Juan na mnie spojrzał. jak poznałem don Juana – ta. której on nie chciał słyszeć – traktowała o moich odczuciach i wrażeniach z owego przełomowego dnia. po prostu rzucił mi krótkie spojrzenie. jak go sobie wyobrażałem przez cały ten czas. Przy pierwszym kontakcie w człowieku. don Juanie – zacząłem. ni zowąd. lecz przykryło ją całkowicie moje wielkie zaaferowanie prezentacją samego siebie. w której się znalazłem. że z powodu podeszłego wieku rysy jego twarzy przywodzą na myśl ptaka. Jednakże to. Była cała masa rzeczy. wyglądał jednak dość mizernie. że odniosłem wrażenie. W tamtej chwili nie tylko nie byłem w stanie wykrztusić z siebie choćby jednego słowa. żeby dobrze się sprzedać. Pewnego dnia ni stąd. że tak powiem. Kroki stawiał pewnie. Wcześniej byłem przeświadczony. Ale i to nie było prawdą. jak to sobie wyobrażałem. brzuch płaski. co poczułem. tak samo jak wtedy. który sam skomponowałem. Ramiona miał szerokie. że wcale nie wyglądał tak. – Nie mogłeś się bardziej pomylić. że i ego spojrzenie całkowicie mnie ścięło. gdy chciałem się z nim tym podzielić. bez żadnej inicjatywy z mojej strony. powodując chaos w głębokich warstwach mojej psychiki. Gdy próbowałem wyjaśnić znajomym. pochlebstwo. spojrzał mi uważnie w oczy i sparaliżował wzrokiem. który codziennie udoskonalałem. że ma krótkie siwe włosy i nadzwyczaj ciemną karnację. Myślałem. Przedtem gotów byłem przysiąc. miało dla mnie wartość transcendentalną. iż nie wydawał mi żadnych nakazów ani nie wykonywał żadnych ruchów. mogłoby zabrzmieć jedynie jak nieszczery komplement. W głowie miałem więc obraz starca. . zauważyłem po pierwsze. i starając się to osiągnąć. który utrzymywał mnie w nieustannym ruchu. – To bardziej zahacza o wyznanie niż o ciąg zdarzeń – powiedział mi kiedyś. jakby uważnie wpatrywał się we mnie przez dłuższy czas. który stał przede mną. Kiedy w końcu miałem go znów przed sobą. Kiedy powstrzymał mnie przed podaniem mego imienia. którego nigdy wcześniej nie powstrzymywano – w każdym razie nie tak. absolutnie nie harmonizował z rzeczywistością. było to wydarzenie najwyższej wagi. było wynikiem powstrzymania jakiegoś tajemniczego przepływu. który na mnie patrzył. całą moją uwagę skupiłem na tym. przypominając sobie rzekomo coraz to nowe szczegóły. Jego obraz. sprawiał wrażenie mocno osadzonego w ziemi. Człowiek. W świetle tego nowego odkrycia raz jeszcze zacząłem się zastanawiać nad wszystkim. przepływu. igrającym poblaskiem. Cokolwiek bym powiedział. niemal okrągłą. Nasunął mi się nieodparty wniosek. które mogły zaabsorbować moją uwagę. była wysportowana sylwetka. które mogłem mu jeszcze o sobie powiedzieć. Prawdę powiedziawszy. że don Juan musiał mnie zahipnotyzować. z niezwykłą wyrazistością przypomniałem sobie coś. co się wówczas wydarzyło. Twarz miał pełną. uzmysłowiło mi. Chciałem wówczas zaimponować don Juanowi. którą całkowicie pominąłem przy pierwotnej ocenie jego osoby. jak to uczynił don Juan. Poruszał się bardzo sprawnie. Dopiero wiele miesięcy później zaczął się odsłaniać dziwny osad zapomnianych wydarzeń. Stworzyłem sobie pewien wizerunek mężczyzny spotkanego na dworcu autobusowym. To natężenie owego spojrzenia sprawiło. lecz zarazem lekko. który wywarł na mnie zestaw najbardziej kuriozalnych poglądów. że podczas naszego pierwszego spotkania dostrzegłem lekkie drżenie głowy i ramion. lecz dobrze pamiętałem. Przy pierwszym moim spotkaniu z don Juanem na dworcu autobusowym w Nogales w Arizonie przydarzyła mi się rzecz niezwykłej natury. najbardziej uderzały ciemne oczy. Później przez jakiś czas głowiłem się nad fizycznym odczuciem powstrzymania owego przepływu. ale urwałem. To spojrzenie mnie prześladowało. w jaki na mnie spojrzał. Jego kolana nie były zwiotczałe i uda mu nie drżały. kiedy to wkroczyłem do jego domu: o sprzeczności moich oczekiwań i rzeczywistości.Kim tak naprawdę był Juan Matus? Część mojej relacji o tym. jakie w życiu słyszałem. Cechą. jak również o wpływie. co zupełnie mi umknęło podczas pierwszego spotkania z don Juanem. Coś w sposobie. którego nie udało mi się w żaden sposób racjonalnie wytłumaczyć. ale nie była to żwawość. Biła od niego witalność i nieugięta wola. lecz również o czymkolwiek pomyśleć. co zaszło podczas naszego pierwszego prawdziwego spotkania. Przez pewien czas byłem przekonany. jakby był nerwowy i rozdygotany. że to. Włosy miał jednak dłuższe i nie tak mocno posiwiałe.

wszelkie pragnienia. Siadaj. Nazwa “czarna magia" nie jest właściwym słowem na oddanie tego. Mam jednak kompanów. – Jestem Juan Matus – powiedział. pojawiło się gwałtownie i zniknęło. Opuściły mnie wszelkie oczekiwania. zaglądając mi w oczy tak samo. Skutkiem owego niby-klepnięcia było dziwne. Wie o tym każdy z nich i każdy z nich się na to godzi. twierdzili. Pozostał mi po nim natomiast dziwny spokój. Ambicją czarowników jest osiągnąć nieskończoność i mieć tego świadomość. być może retoryczną uwagę. że tym samym przerzucam dla ciebie most. które stały pod ramadą jego domu. . charakteryzującą się pewną określoną konfiguracją energetyczną. Od czasów naguala Lujana. co nieosobowe. – Nie. z której z ledwością zdołaliśmy się wydostać. – Ważne jest to. a ci z kolei wpędzili nas w pułapkę głupoty. która istnieje od dwudziestu siedmiu pokoleń. jak zrobił to na dworcu autobusowym. który żył około dwustu lat temu – ciągnął – połączono w jeden tandem wysiłki dwojga ludzi. jakby mocno mnie uderzył otwartą dłonią. Przez chwilę wpatrywał się we mnie. W normalnych okolicznościach uznałbym jego słowa za zdawkową. nietrwałe wrażenie. choć faktycznie był wyższy prawie o dziesięć centymetrów. i klepiąc mnie w plecy. Czarownicy podejmują wielkie wysiłki. biegłych podobno w sztuce czarnej magii. W owym momencie przypomniało mi się. by osiągnąć cel. z której z ledwością zaczynamy się wydostawać. Za czasów czarowników. półtora metra ode mnie. mężczyzny i kobiety. – Bycie czarownikiem – kontynuował don Juan – to nie praktykowanie czarnej magii czy staranie się o uzyskanie kontroli nad ludźmi albo opętanie przez demony. po którym przejdziesz tu. że nagualami są kobiety. nie ma. zachęcając mnie gestem do zajęcia miejsca na jednej ze skrzynek. – Jestem czarownikiem – ciągnął. zanim zdążyłem pojąć. ale on tylko zaczął się śmiać. W tym momencie chciałem go zapytać. że zadawał się z grupą Meksykanów. kobieta-nagual wnosi odmianę. że nagualem nazywa się przywódcę grupy czarowników i że określa się tak jedną osobę z każdego ich pokolenia. jakby się ze mną droczył. Jestem samotnym czarownikiem. Działania czarowników zachodzą wyłącznie w sferze abstraktu. co robią czarownicy. na którym stają się dostępne rzeczy niewyobrażalne. – Teraz zrozumiesz wszystko. reguła stanowiła. – Czy w moim życiu jest jakaś kobieta-nagual? – zapytał. W tej chwili nie ma ich tutaj. Jestem nagualem mojego pokolenia. że mierzy nieco poniżej metra siedemdziesięciu centymetrów. ile trudności przysporzyło mi odszukanie go. nad którą nie potrafiłem zapanować. W głowie zaświtała mi myśl. lecz gdy je wtedy usłyszałem. Bycie czarownikiem to osiągnięcie pewnego poziomu świadomości. Wytłumaczył mi. On sam uczynił to za mnie. Nagualem może być mężczyzna albo kobieta. Byłoby mi przyjemnie. podobnie jak nazwa “szamanizm". co mówili mi o don Juanie ludzie z Yumy. choć faktycznie nawet mnie nie dotknął. Mężczyzna-nagual wnosi powściągliwość. Odczułem je tak. Ich naturalny pragmatyzm – wytwór ich kobiecości – wpędził moją linię w pułapkę praktycyzmu. Zwykła nerwowość i potliwość dłoni – nieodłączne atrybuty mojej egzystencji – nagle zniknęły. – Należę do linii czarowników. lecz w tym. – To moje imię i wypowiadam je dlatego. Chciałem mu powiedzieć. gdyby mnie pochwalił za nadludzkie wysiłki. siadaj – powiedział. że odnalazłeś mój dom. nie było to przyjacielskie klepnięcie. byłem w stanie jedynie kilkakrotnie z całą szczerością go zapewnić. który nie ma nic wspólnego ze zmaganiami przeciętnego człowieka. tego. że jest odpowiedzialna. Nie w tym sensie. czy w jego życiu jest jakaś kobieta-nagual. siadając przede mną na jednej ze skrzynek. co to było. gdzie ja jestem. Mój umysł był krystalicznie czysty. którzy byli założycielami mojej linii. że zrozumiem wszystko. Don Juan nie wydawał się zaskoczony moim widokiem.Wyobrażałem też sobie. ale głębia mojej koncentracji nie pozwoliła mi sformułować tego pytania. – Twoje wysiłki są nieważne – rzekł. że jest lepsza czy gorsza od innych. która wyróżniają spośród reszty. Następnie kontrolę przejęli mężczyźni. co mam ci do powiedzenia – odezwał się don Juan. co tylko mi powie. – Tylko nagual – powiedział –jest z energetycznego punktu widzenia zdolny do wzięcia na siebie odpowiedzialności za los swych kompanów. zanim znów zaczął mówić. Ponownie spojrzał mi w oczy z niesamowitą mocą. Czułem się bardzo swobodnie.

tak jak rybacy zagłębiają się w morze. stawałem się tym samym idiotą. – Ta dwoistość – rzekł – pozwala nagualowi na przeprowadzanie operacji raczej trudnych dla przeciętnego czarownika. która utrzymuje pola energii w jednej. spójnej całości. która nigdy nie jest statyczna. że mój umysł był zawsze krystalicznie czysty. ja. nie mogłem jasno myśleć. Twierdził. by zapewnić ciągłość jego linii. że w określonym czasie nagual każdego z dwudziestu siedmiu kolejnych pokoleń czarowników rozpoczynał najbardziej wyczerpujący nerwowo okres swojego życia: okres poszukiwania następcy. ale wcale nie byłem zdziwiony. kiedy cię odnalazłem. którym zawsze byłem. by olśniewać kobiety. że podczas widzenia człowieka postrzega się go jako skupisko pól energetycznych. ja. W jego życiu było tyle kobiet. Pomimo to obaj byli zaskakująco podobni w tym. Był to sposób na wytyczenie granic własnej odrębności w obliczu nieskończonego. a energię jako niezmienny przepływ. Jesteś człowiekiem. Można powiedzieć. odpowiednią do tego. kim naprawdę jest nagual. że to on mnie wychowywał. by wszystko stało się dla nas jasne. że tym. że jako nagual swojego pokolenia poszukiwał osobnika. żebyś mnie odszukał i skończył z tym gównem. a ja tylko udawałem głupiego z uwagi na innych. gdy był w pobliżu. porusza się zawsze sama z siebie. Z przekonaniem twierdził. Jest on na przykład wytrawnym znawcą owej siły. Moje poszukiwania się skończyły. lecz iż w rzeczywistości faktycznie ją widzą w ten sposób.Dalej don Juan powiedział. a kiedy odchodził. kształtem przypominającą jajo. Byli puści. że ludzie są zdolni do widzenia energii bezpośrednio w jej ruchu we wszechświecie. Nagual Julian był żywym zbiorem opowieści. Byłem uprzywilejowany – mówił dalej don Juan – gdyż miałem możność poznania i obcowania z dwoma naguala-mi. ja i ja. Na prośbę naguala Eliasa. spajającą. która pozwala im na bezpośrednie widzenie energii. Patrząc mi prosto w oczy. Dalej zdefiniował “świadomość" jako energię. Rzadki to był przywilej. którego szukałem. Przypomniał mi. gdy ty odnalazłeś mnie. Nagual na ułamek sekundy potrafi skupić na niej całą swą uwagę i w ten sposób sparaliżować drugiego człowieka. że zadaniem czarowników jest stawiać czoło nieskończoności i że zagłębiają się w nią codziennie. W jego obecności czułem się zbity z tropu przez całe lata. Nie musiałem go prosić o dalsze wyjaśnienia. że nie mieli w sobie nic. którego pozostali widzą nie jako pojedynczą świetlistą kulę. i kiedy czarownicy postrzegają w ten sposób człowieka. że w Nogales uczynił to. wibrującą siłę. że przed wyruszeniem w nieskończoność czarownicy muszą wypowiedzieć swoje imię. To właśnie zrobiłem z tobą wtenczas na dworcu autobusowym. – Nawet nie podejrzewałeś – ciągnął – że dokonałem już twojej inicjacji na tradycyjnej ścieżce poszukiwań. mieszkałem z nim przez sześć lat. Co jednak dziwne. Nagual Elias był żywym zbiorem zdumiewających. Don Juan wyjaśnił mi. Rozumiałem jego słowa z niezwykłą jasnością. że nie starczyłoby ci ochoty na liczenie. choć nie są w stanie sobie tego uzmysłowić. Moja przenikliwość powinna mnie była zdumiewać. który miałby szczególną konfigurację energetyczną. mojego nauczyciela. Nie istniał lepszy sposób. Sprawiał wrażenie. bo chciałem zatrzymać ten twój słowotok. dzięki obecności naguala wszystko staje się jasne w sposób zamaskowany. Mnie się to przydarzyło. Czarownicy mojej linii utrzymywali – ciągnął dalej don Juan – że sama obecność takiej podwojonej istoty – naguala – wystarczy. . widzą świetlistą kulę albo świetlistą figurę. Następnie wytłumaczył mi. Jest to tak przytłaczające zadanie. jakby żył tylko po to. Powiedział. zapadających w pamięć opowieści o nikomu nie znanych miejscach. lecz jako zestaw dwóch stopionych ze sobą świetlistych sfer. W owej chwili wiedziałem. że ja. Chciałem. żeby się nauczyć. Następnie dokonał bardzo ważnego rozróżnienia. świetlistą wibrację. co zmienia ludzi w czarowników. że nagual jest w każdym pokoleniu czarownikiem szczególnym. oświadczył. wszyscy ludzie posiadają świadomość w sensie ogólnym. Nagual Julian był pompatyczny i gadał jak najęty. ponieważ za każdym razem. gdy spotkałem naguala Juliana. a twoje teraz. jedna na drugiej. które ma dla czarowników znaczenie fundamentalne. Nagual Elias i nagual Julian to byli mężczyźni o skrajnie odmiennych temperamentach. zanim doszło do jakiejkolwiek wymiany zdań. chodziło o rozróżnienie pomiędzy ogólnym stanem świadomości a szczególnym stanem samodzielnego uzmysłowienia sobie czegoś. który utrzymuje nas w spójnej całości. Nagual Elias był bardziej wyciszony i pogrążony w mroku swego milczenia. które kładły na ziemię każdego w konwulsjach śmiechu. nauczyciela naguala Juliana. utrzymywanych razem przez najbardziej tajemniczą siłę We wszechświecie: wiążącą. czarownicy zaś jako jedyni mają zdolność samodzielnego uzmysłowienia sobie owego bezpośredniego widzenia energii. jest ich zdolność bezpośredniego postrzegania energii w jej ruchu we wszechświecie. Według jego klasyfikacji.

co poczułeś. W owej chwili przez głowę przebiegła mi myśl. to sposobność stopienia się z tą intencją nieskończoności. którą usłyszałem od niego w dniu. Nie było w nim ani śladu hałaśliwości ani próżności. że wiedzą oni o owym drżeniu powietrza i że mu ulegają bez zbędnych ceregieli. że to drżenie powietrza. Jego pustka była odzwierciedleniem nieskończoności.Zawsze. Nieskończoność jest wszystkim. – Nie martw się – rzekł. czy przekroczenie tego progu było zdarzeniem przypadkowym. Przewaga czarowników nad innymi ludźmi polega na tym. czując. Nie było nawet cienia potrzeby. że don Juan niczego już nie zakładał z góry. jak i moimi krokami kierowała nieskończoność i że okolicznościami. że nie pozwalała mi na roztrząsanie problemu. Wiedziałem. lecz sama nieskończoność. w wielkim pośpiechu wyszedłem z domu don Juana. była tylko garstka opowieści o nieznanych osobach. Odpowiedział. że zarówno jego. to jednak za cholerę nie wiedziałem. że grozi mi śmiertelne niebezpieczeństwo ze strony jakiegoś niewidzialnego wroga. która nie odzwierciedlała świata. ukrytej w środku. bezwiednie – wszystko. gdy mowa o don Juanie Matusie. Wypowiedziawszy te słowa. że jest to coś. lecz wkracza w obszar nieskończoności. mrocznym morzem świadomości i powiadają. Jego pustka była pustką wojownika w podróży – dojrzałą tak bardzo. w istocie władała aktywna strona nieskończoności. lecz odzwierciedleniem nieskończoności. co mi mówił. czy to. co mają. Wojownika cichego i zdyscyplinowanego. Don Juan mówił dalej. Miałem uczucie. – Nie tracisz zmysłów. że przeżyłem każdą cząstkę tego. co usłyszałem. Wszystko. Zapytałem. jaką walkę toczę. obaj przekroczyliśmy pewien osobliwy próg – kontynuował. jest nie tylko truizmem. Trudno o prawdziwsze słowa. duchem. Dałem się otumanić kuriozalnym twierdzeniom i postradałem resztki obiektywizmu. że tracę rozum. jak to jest. co nas otacza. co się człowiekowi przydarza. że stanowił ich niezwykłe połączenie: z jednej strony nadzwyczaj cichy i zamknięty. kogo znałem – nie odnajdywałem niczego. Don Juan odprowadził mnie do samochodu. Obaj mężczyźni mieli swój własny styl. iż tak absurdalne twierdzenia mogą brzmieć tak sensownie. co nas połączyło – ciągnął – to intencja nieskończoności. gdzie cała jego złożoność zbiega się w jedno. rządzonych przez ślepy traf. Trudno było o słowa bardziej zrozumiałe. Don Juan Matus był dokładnie taki sam jak opisani przez niego mężczyźni. – Czarownicy mojej linii nazywają to nieskończonością. którego elegancja jest tak doskonała. – To. co mówił. Wojownika w podróży. We mnie coś jakby się skurczyło. Pomimo tego. Wiedzą. że nie ma możliwości określenia. który zarówno niczego nie przecenia. kładąc mi dłoń na ramieniu. lecz rezultat był zawsze taki sam: pustka. co mówi don Juan. wykonał szeroki gest ramionami. prawdziwego człowieka – tak jak potrafiłem wyodrębnić człowieka w moim ojcu i w każdym. Po upływie jakiegoś czasu mogłem potwierdzić to. gdy go odnalazłem. Nazwał ją intencją. Według najtrafniejszej definicji. jak w moim przypadku. jak i niczego nie lekceważy. by żywić jakiekolwiek urazy albo mieć wyrzuty sumienia. gdy próbowałem wytropić w nich człowieka. nagual jest pusty i pustka ta nie jest odzwierciedleniem świata. Posunąłbym się nawet do twierdzenia. wyjaśniając mi. Wiedziony tą myślą. że z chwilą przekroczenia osobliwego progu nieskończoności – czy to rozmyślnie. o co mu chodzi. ona istnieje i stanowi coś tak samo namacalnego jak ty czyja. – Kiedy spotkaliśmy się w Arizonie. z drugiej – ogromnie otwarty i wesoły. – I nie zdecydował o tym żaden z nas. była tak oczywista. Na tym się wówczas skończyła nasza wymiana zdań. I tak po prostu robią. efektem nie dających się przewidzieć okoliczności. co powiedział mi o swoich dwóch nauczycielach. . czym ta intencja nieskończoności jest. W miejsce prawdziwej osoby. Choć potrafiłem w pełni pojąć wszystko. było mi znane. To. lecz nieskończoność. co opisywał. pozornie rządzonymi przez ślepy traf. że wszystko. że nikomu – choćby nie wiadomo jak się starał – nigdy nie uda się dostrzec spoiny. odwołując się do własnego doświadczenia. to delikatne klepnięcie nieskończoności. Czarownicy powiadają. Nie znają roztrząsania. w pełni zdawał sobie sprawę z tego. i to pustka. Dla mnie prawda zawarta w tym. że wszystko. zastanawiania się ani gdybania. co istnieje poza nami i rządzi naszym życiem. nie leży już wyłącznie w jego prywatnej sferze. lecz również ja sam mogę to potwierdzić.

iż nigdy nie dostałem żadnego prezentu pod choinkę ani na urodziny. w którym mnie spotkałeś. że chciałby. a w nim piękna zabawka. Mój ojciec zupełnie zapomniał. zupełnie bez powodu. nadal nie byłem zdolny do poważnej introspekcji. Don Juan wytłumaczył mi. – To działanie nieskończoności – odrzekł. skoro zwrócono mi na nie uwagę. Ciągle mi powtarzał. trzęsąc się z wrażenia. ale wuj musiał rozmawiać z moim ojcem. – Przeprowadźmy tę rozmowę. Gdy zajechałem pod jego dom. mój chłopcze – rzekł. gorączkowo gestykulując. Od kiedy tylko sięgałem pamięcią. Było to z mojej strony pytanie retoryczne. – Czarownicy nie zachowują niczego dla siebie – ciągnął. że mam piętnaście lat i jestem już. że okoliczności mojego życia nigdy nie pozwalały mi na introspekcję. nieledwie w ogóle pominąłem zwyczajowe powitanie. – W dniu. lub też mają swój początek w procesach biochemicznych zachodzących w . bo sam to przeżyłem i przeżywali to wszyscy czarownicy mojej linii. don Juanie? – spytałem. Kazał mi zwerbalizować wszystkie uczucia. Ponieważ. Usiadłem i wyrzuciłem z siebie dręczące mnie myśli. w oderwaniu od pozostałych. bądź fizjologicznym. – To ohydne. Z wielką ciekawością pospiesznie rozerwałem opakowanie. owinięta wstążką. że szamani starożytnego Meksyku stworzyli koncepcję rozmów oficjalnych i rozmów nieoficjalnych i korzystali z nich w nauczaniu swoich uczniów i kierowaniu ich zachowaniem. Musiałem przedyskutować coś. czego uczyli wychowanków i co im mówili. gdy mi to powiedział. Rozmowy oficjalne były okresowym podsumowaniem wszystkiego. spokojnie – powiedział don Juan. dowiedziawszy się. co mi się przydarzyło. poczułem się bardzo zaskoczony. Znam to. Następnie zażyczył sobie pełnego sprawozdania z tego. gdyż dostałem od niego prezent. lecz nie tak od razu. wymagało introspekcji. Masz tego świadomość. które z upływem czasu zdawały się jeszcze przybierać na sile. bez pomijania jakichkolwiek szczegółów. każdy dzień miałem całkowicie wypełniony problemami natury praktycznej. przypisując naturalnym procesom bądź to umysłowym. mężczyzną. które mną targają. które domagały się natychmiastowego rozwiązania. Nigdy nie miałem sposobności. – Nie może być aż tak źle! – Co się ze mną dzieje. W pewnym momencie zakończyła się cała epoka w moim życiu – i w ich życiu. – Spokojnie. o co mnie prosił. jak to mówią w twoim świecie. praktycznie rzecz biorąc. co było dla mnie w owym czasie najpoważniejszą sprawą życia. co mówił. abym stanął twarzą w twarz z moim ojcem. które uaktywniają się okresowo. z dołączoną karteczką z napisem: “Przepraszam". po czym – rzecz jasna – wybaczył mu. gdyż właśnie w tym momencie moja dziewczyna. którzy mnie skrzywdzili. jeśli kiedyś przyjdzie do naprawiania krzywd. Odczuwasz brak czasu i stąd się bierze twoja niecierpliwość. że muszę wybaczyć ludziom. To. Nie potrafił zrozumieć. – Przejdźmy do sfery rozmów oficjalnych. choć nic go z moim ojcem nie łączyło. ale nie potrafisz sobie tego samodzielnie uświadomić. Teraz twoja kolej. Twoje odczucie podenerwowania wynika z podświadomego zrozumienia. Z tego. – Wiedz. gdy pewnego dnia stwierdziłem. by się nad tym zastanowić. Potrzebowałem jego rady. W środku było kartonowe pudełko. Na krótko przed tym. jaka mnie dotknęła. wywnioskowałem. Można go było dać dzieciom do zabawy podczas kąpieli w wannie. że sprawozdanie musi być kompletne. że się nad tym zastanowię. że targają mną jakieś dziwne. osiągając wiek dojrzały. Zignorowałem je. oskarżył go o lenistwo i lekceważenie. była to zgrabna paczuszka. dawała mi znać. gwałtowne emocje. że był zbulwersowany. tłumaczeniu pewnych określonych zjawisk. Służy do opuszczenia fortecy własnego ego. zamieszkałem w domu krewnych mojego ojca. Rozmowy nieoficjalne polegały na codziennych objaśnieniach. że twój czas dobiegł końca. Przypomniałem sobie. jak mój ulubiony wuj przyznał. która czekała na mnie w pokoju gościnnym. że na sto procent będę stał za tobą. Po prostu nie masz już więcej czasu. Wuj użalał się nade mną z powodu niesprawiedliwości. Rozpocząłem opowieść słowami.Głębokie troski powszedniego życia Pojechałem do Sonory zobaczyć się z don Juanem. że ja w ogóle nie czułem się pokrzywdzony. która popchnęłaby mnie do reakcji na urazy psychiczne. bym się pospieszył. Nawet mnie przeprosił. zgodnie z regulaminem – rzekł. – Takie opróżnianie samego siebie to jeden z tradycyjnych wybiegów. Nie interesowały go opisy schematyczne. coś się zmieniło w twoim sposobie postrzegania. malutki stateczek nakręcany kluczykiem przymocowanym do komina. Powiedział. Zapewniłem wuja.

że dzięki mojej wiedzy o Ameryce Południowej będę mógł łatwiej przemknąć do każdej indiańskiej społeczności na tym kontynencie. z którymi rozmawiałem. Podobało mi się moje nowe otoczenie. że zakradałem się do biura i słuchałem nie tylko wybranych fragmentów. zafascynował mnie od samego początku. każdej szpuli przypisano numer. był on wspaniale ubrany. a przy tym jak najbardziej pozytywnym. co z początku zafascynowało mnie bezgranicznie. Pewne wyrażenia wymawiał jak Brytyjczyk. Pomimo swego niewiarygodnego nadęcia. Jeszcze nigdy nie słyszałem. obfitującymi w bardzo śmiałe. lecz sposób mówienia. Pierwszą rzeczą. cudzoziemską melodię. da mi w późniejszym czasie lepszy start do prowadzenia poważnych badań antropologicznych w terenie. W tym samym czasie. Byłem szczerze przekonany. że mogę się tak bez końca powtarzać w każdej osobie – mężczyźnie i kobiecie – której słowom się przysłuchiwałem. legło w . że osiągnąłem w moim życiu etap. odczuwali tylko i wyłącznie najwyższy podziw dla człowieka tak niezwykłego. Był to wysoki. zdecydowane opinie na własny temat. Przed zainicjowaniem przemiany tak wielkiego formatu postanowiłem niejako zbadać grunt. Najważniejszym przedmiotem była dla mnie antropologia. prowadzona przez naukowca uznanego za autorytet w kwestii Indian z regionu Andów. o niebieskich. W pracy odsłuchiwanie nagranego materiału pochłonęło mnie całkowicie. obie gałki oczne sprawiały wrażenie. co tak naprawdę go wyróżniało. Taśmy z nagraniami miały ponad pięć lat i były przeznaczone do kasacji. Ów pęd do wszechogarniającej przemiany nie był mi obcy. Wyobrażałem sobie. że to tylko maniera. Obrzydzenie. był to jednak widok bardzo irytujący. żeby rzucić naukę i robić coś innego. była zmiana uczelni i wyjazd do innego miasta. Ci wszyscy ludzie przemawiali z głębi mnie samego. Nigdy mi nawet przez myśl nie przeszło. nie była jego powierzchowność ani erudycja. chytrych oczach. braku zrozumienia w domu. z którym potrafię się utożsamić. Najbardziej w jego powierzchowności uderzyły mnie niesamowicie wielkie oczy. który zatracił się w radiodatowaniu węglowym i nigdy nie zażywa kąpieli. że na każdej z tych taśm słyszę samego siebie. była moja. powiększone przez okulary do korekcji dalekowzroczności. gdy zapisałem się na zajęcia na nowej uczelni. gdy mówiąc. bym ułożył sobie życie od nowa. poruszał głową. zakorzenione we mnie od urodzenia. że zaniechanie studiów w ogóle nie weszło do scenariusza drastycznej przemiany mojego życia. jego zajęcia zawsze były napuszonymi popisami wiedzy. Gdy z upływem tygodni przesłuchałem ich więcej. na którym potrzeba mi było jakiejś drastycznej odmiany. było dla mnie czymś nieznanym. Pierwszego dnia zajęć na nowej uczelni profesor antropologii opowiadał o swojej pozycji w świecie naukowym oraz olśniewał studentów zakresem swojej wiedzy i swych publikacji. W ogóle się nimi nie przejmowałem. ale wiedziałem. że wszystko całkiem dobrze idzie i że przeniesienie się na inną uczelnię w innym mieście okaże się posunięciem łatwym i pozbawionym przygód. nie spełnionych oczekiwań. Odczuwałem go i wcześniej. Jednakże z przyczyn zupełnie mi nie znanych tym. który był starszym bratem jednego z moich znajomych. Archeolodzy na przykład byli opisywani przez swych studentów jako okazy gatunku. by ktoś wymawiał każdy wyraz tak wyraźnie i akcentował pewne słowa wypowiedzi. szczupły mężczyzna w wieku około czterdziestu pięciu lat.organizmie. do tego stopnia. Tym. że w rzeczywistości nie jest to możliwe. jakby się obracały w przeciwnych kierunkach. Byłem przekonany. Zapisałem się na wypełniony zajęciami semestr letni na uczelni w innym mieście. Każda wypowiedziana kwestia. po czym psychiatra i jego asystenci w poszukiwaniu fragmentów nadających się do analizy przesłuchiwali taśmy ze szpul. że ograniczenie moich studiów do obszaru. że nie było w tej kwestii żadnych wątpliwości po pierwszych pięciu minutach wykładu. było spostrzeżenie. Jego intonacja miała charakterystyczną. w moich czasach to środowisko słynęło z nadzwyczaj swobodnego sposobu ubierania. których numery uprzednio wybrali w drodze losowania. lecz całych taśm. Niemniej jednak moje wzburzenie narastało i pod ową wewnętrzną presją zacząłem wierzyć. Jak na antropologa. Wiedziałem. Nawet mi nie przyszło do głowy. zostałem przyjęty do pracy w charakterze asystenta psychiatry. Coś we mnie domagało się. która mi się nasunęła. Wszyscy studenci. włącznie z pytaniami psychiatry. Pod wpływem tego oszałamiającego odkrycia moje poczucie odrębności. wydłużając je. ale przez dłuższy czas trwał w stanie uśpienia. które odczuwałem. Jego poczucie własnej ważności było tak jawne. bardzo daleko od Los Angeles. Planował poddać analizie treść fragmentów wywiadów. inne zaś jak nawiedzony kaznodzieja. które przeprowadzono niegdyś z młodymi mężczyznami i kobietami na temat ich problemów wynikających z przeładowania zajęciami w szkołach. Jego panowanie nad audytorium było fenomenalne. Byłem wówczas oddany moim studiom antropologicznym i to oddanie było tak całkowite. moja fascynacja przerodziła się w obłędne przerażenie. rozgoryczenia nieudanymi związkami partnerskimi i tak dalej.

i co mnie dobija. Nie było to delikatne. kwadratową szczękę i mocne usta. Nie miałem czym walczyć. Bardzo go lubiłem. po czym przedstawiałem je sobie na głos. Kurwa. – Co się stało! – powtórzył. który nazywał nosem impertynenckim i wścibskim. Byłem bardzo zmęczony. Do drzwi dobijał się mój szef. ale jakoś nigdy nie przyznała tego otwarcie. jak to zawsze robił. Rozpoczął się wówczas wstrętny proces odbudowy własnego “ja". które moi znajomi określali mianem “pukania gestapowców". zawiązała się pomiędzy nami jakaś nić porozumienia. że posądza mnie o jakieś kontakty z jego młodą. podjął wątek. że to wszystko moja wina. to teraz dochodzi do tego jeszcze jedno kurewstwo. że jest bardzo wzburzony. – Teresa Manning to kretynka. przedrzeźniając mnie. Przez chwilę byłem przekonany. zrozumienie. gdyż był starszą kopią mojego przyjaciela z Los Angeles: miał czarne. To. Wyskoczyłem z łóżka i zajrzałem przez wizjer. że tej nocy stało się wszystko. jakby była to sprawa życia albo śmierci. kiedy otrzymałem kolejny śmiertelny cios. ale taki właśnie obraz siebie mi nakreśliła. o wpół do dwunastej . żonę i dzieciaki. domyśliłem się. miałem już dosyć! Dziś po południu zbrzydła mi już ta zabawa w kotka i myszkę i wyłożyłem kawę na ławę. Sprawiał wrażenie rozkojarzonego i zdezorientowanego. usiłowałem wybawić się z opresji. Zresztą i tak nie ośmieliłbym się zaprzeczyć. że będzie czekał w swoim mieszkaniu po drugiej stronie ulicy. grube brwi. – Przecież to widać. proszę – odezwałem się. której jedyną podnietą w życiu jest pierdolenie się z każdym. Następnie wspaniale i ze szczegółami odtworzył mi. Myślałem. To szmata! Głupia. – Wejdź. przenikliwe brązowe oczy. z jaką stanowczością oznajmił jej. że każda jedna pizda to tylko pizda i tyle! Obłudna i zepsuta! Nie wiedziałem. to to. czego chcesz. nic bardziej potwornego. Zdarzały mi się nawet rzeczy radykalne: wielokrotnie budziłem się w nocy. lecz dobijanie. – Od dnia. Usiadł na krześle. kiedy zaczęła u mnie pracować – ciągnął – wiedziałem. które wspierałyby moje poczucie niepowtarzalności. Zawsze opowiadał o kształcie swojego nosa. Nie wiem. Gdy tak mówił i mówił. jego podwójna górna warga drżała nerwowo. Czarna grzywa długich włosów. czego ja chcę". Jego górna warga miała od wewnątrz dodatkową fałdę. na który osunął się bezwładnie. a ty wiesz. że ma podwójną wargę. empatię. ale on gadał tak. coś. – Nie dość. Nie dając mi czasu na odpowiedź. psychiatra. Carlos – ciągnął dalej – nie ma. niewrażliwa kobieta. Myślałem. że ma coś w sobie. Żonglowałem w myślach wszelkimi możliwymi argumentami. Wszedł do środka i usiadł. co mi mówił. wyrwany ze snu własnymi głośnymi wywodami na temat mojej wartości i wyjątkowości. oskarżycielskim tonem. co nie cierpią kobiet! Ale w tej chwili coś mi się tak zdaje. że jest inteligentna i wrażliwa. – Co się stało? Była trzecia w nocy. co mu odrzec. teraz stał w progu mojego mieszkania. Wydawało mi się.gruzach. Drzwi ledwo trzymały się w futrynie. prawda? – zapytał mnie natarczywym. naprzeciwko uczelni. że nie jestem z tych. bezładnie pokrywała mu całą twarz. W głębokiej nocy obudziło mnie natarczywe pukanie do drzwi. kurwa. Wstał i podszedł do tapczanu. Zawsze powtarzał. Nieświadomie podjąłem doprawdy śmieszną próbę przeprowadzenia introspekcji. Później nadszedł ten potworny dzień. Wszystko rozgrywało się w aluzjach i spojrzeniach. że byłem taki głupi i zaufałem jednej głupiej piździe! Mówię ci. że czuje do mnie pociąg. zaczął się z tego wyłaniać dziwny obraz. piękną sekretarką. ohydnego i obrzydliwego od kobiecej nie-czułości. w czym chciałoby się uczestniczyć albo zatrzymać tylko dla siebie jak coś drogocennego. co czasami. Wiesz. nie wymagało potaknięcia ani zaprzeczenia. że w jego profesji te cechy to atuty. Włączyłem światło i otwarłem drzwi. gdy uśmiechał się w szczególny sposób. Chciałem wrócić do łóżka. choć faktycznie jest wyuzdana. Podszedłem do jej biurka i powiedziałem: “Wiem. również studentką. że mam na głowie pacjentów – podjął – i jeszcze ten fundusz na moje badania. Ponieważ byłem znajomym jego młodszego brata. widząc jego poszarzałą twarz i zapadnięte oczy. zdegenerowana i – nie zawaham się dodać – nieuleczalnie chamska. nieśmiałe stukanie. bez końca rozmawiając z samym sobą. Bez żadnych oporów zaofiarował mi swą przyjaźń. że jest niezwykle pewny siebie i niewiarygodnie w sobie zadufany. sprawiało wrażenie. Nawet nie próbował zaczesać włosów do tyłu. – Znasz Teresę Manning. szukał słów. Najwyraźniej mój psychiatra dopiero co przeżył złą przygodę z udziałem swojej sekretarki. przedmiot jego dumy i radości. kto jest choć trochę sławny albo niesławny.

że Teresa była tak kurewsko napalona i tak totalnie samolubna. w przyjaznym otoczeniu. a może niedorzeczność całej tej sytuacji. Byłem wykastrowany emocjonalnie. że próba przeprowadzenia drastycznej przemiany w moim życiu zakończyła się porażką. A może oglądała telewizję. ale jej to nie speszyło. może hipnotyzujący ton jego głosu. które miałem ze sobą. że musi się poczuć swobodnie. gdy ta pierdolona jędza najzwyczajniej w świecie kopnęła go w brzuch. że nigdy bym się tego po nim nie spodziewał. Butelka pofrunęła przez cały pokój. ale z ust mi wali cipą. Cały cuchnę. – Dałem jej nawet klucz do mieszkania – dodał i głos mu się załamał. ale miałem wrażenie. Przyszła posłusznie o wpół do dwunastej – ciągnął. Wiedziałem. w którym mieszkał wraz z żoną i dziećmi. Znała swoją rolę. Jego ton nabrał miękkości intymnego wyznania.wieczorem i że nie zmienia swojego rozkładu dnia dla nikogo. że z tego romansu coś wyjdzie. Niesamowicie mnie to podnieciło. co spowodowało. iż nie wzięła pod uwagę. – Byłem święcie przekonany. Wargi mu drżały. – Chcę się wykąpać. Fiasko moich planów nie wiązało się absolutnie z moją wolą. tracić twarz. Teresa Manning wydobyła jego organy płciowe ze spodni z biegłością osoby. rzeczy zakrywają wydatne biodra. Zachichotała jak idiotka. jakby za gardło ściskał go moralny wstręt – Teresa rzuciła się na mnie jak zwierzę i zaczęła się dobierać do mojego fiuta. Słowa mojego psychiatry ociekały takim jadem. i oddałbym wszystko na tym świecie. doprowadzając ją do orgazmu oralnie – ale jego ciało odrzuciło kobietę tak zdecydowanie. byleby tylko móc być w tamtej chwili gdzie indziej. Byłem pochłonięty pracą i chuj mnie obchodziło. pewnie chcąc mnie udobruchać. miał też dom na przedmieściach. a mój psychiatra do swojego psychoanalityka. . która robiła to już setki razy. że postanowił wówczas. Za wszelką cenę usiłował sprawiać wrażenie opanowanego. Poczułem fizyczne obrzydzenie do tej pierdolonej jędzy. że starczyło mi przytomności. gdy jest w ubraniu. Ale kiedy jest nago. co należy do jej roli. całkowicie ją sobie podporządkuje. palił papierosa za papierosem. że jestem taki seksowny i słodki. którą eksponuje. że nie będzie sprawiać żadnych trudności. Wówczas wygląda całkiem do rzeczy. gdy wszedłem do sypialni – kontynuował bardziej napiętym głosem. powiedział. Trząsł się z wściekłości. Były to kieliszki od Baccarata i dobrze. wypchnęła z łóżka na podłogę i wyzwała od impotentów i pedałów. które nagle urosły do rozmiarów gigantycznych problemów wraz z obsesyjną potrzebą rozmowy na ich temat. skarżącego się z powodu jakichś błahostek. Tylko moje pożądanie powstrzymało mnie przed wyrzuceniem jej na ulicę. W tym momencie narracji oczy psychiatry zapłonęły nienawiścią. że szlocha. Kręcąc głową w tłumionym gniewie. – Nie była już nawet piękna – powiedział – lecz nieatrakcyjna. z powodu impotencji. wygląda jak worek białej. ale głosu któregoś z ankietowanych mężczyzn na jednej z taśm. Spostrzegłem. że nie mógł tego zrobić. gdy ścisnęła mnie za jaja. – Skutek całej tej szopki był taki – powiedział – że moja zmysłowość przerodziła się w zgrozę. Tak powiedziała. Zamiast uszanować to i zrozumieć. bo uznała. że przerodzi się w coś pamiętnego – powiedział i westchnął. natychmiast. Koszmar zakończył się około dziewiątej rano. pofałdowanej skóry! Szczupłość. Nie zdążyłem nawet odstawić butelki i dwóch kieliszków. jak w domu. to lipa. Poszedłem wówczas na uczelnię przepełniony palącym niepokojem i zażenowaniem oraz poczuciem kompletnego bezsensu. Tam zostałem ostatecznie dobity. Ale w chwili. Był blady. że seks oralny był jeszcze bardziej frustrujący i obrzydliwy i już miał zwymiotować. zanim się stłukły. Chciałem ją uderzyć. Być może sprawiło to moje zmęczenie. że słuchani nie psychiatry. której nie posiada. że czytał. pracował i pił wino do pierwszej. Prawdopodobnie zasnęła na łóżku. Profesor antropologii rozpoczął wykład o pewnej grupie Indian z płaskowyżów Boliwii i Peru. Kiedy jest w ubraniu. To cecha. kiedy to poszedł do sypialni. co z pewnością go czeka. co ona robi. – Muszę skorzystać z twojej łazienki – powiedział. Ja musiałem iść na zajęcia. lecz również przyspieszenie tempa akcji przez jakąś niewidzialną rękę. Powiedział mi. – Otwarła drzwi swoim kluczem i wśliznęła się do sypialni jak duch. Powiedział. jakby były z kamienia. Ryknąłem z bólu. a zdarzyło się to w sposób nie tylko nasuwający na myśl założony z góry scenariusz. że mężczyzna potrzebuje chwili spokoju. iż zamiast w tak żałosny sposób. Miał w mieście mieszkanie. by postawić je na podłodze. Wierz lub nie. że mam ją w garści. Wiedziałem.

że potrafią one wyczyniać nimi niewiarygodne rzeczy. Wymawiał ich nazwę “ej-MEJ-ra". że do kobiet tych należy przetwarzanie ugotowanej kukurydzy w gotową do fermentacji maź poprzez przeżuwanie i plucie. Najwyraźniej sytuacja. niezwykle go bawiła. Nie potrafiłem dzielić jego wesołości. Powiódł spojrzeniem po swoich oniemiałych słuchaczach i zrobił długą pauzę. W atmosferze wielkiego objawienia powiedział. Sztuka przeżuwania kukurydzy wyrabia u nich mięśnie wokół krtani i policzków do tego stopnia. na które profesor odmawiał odpowiedzi. przerywaną spazmami chichotu. przeciągając ją. – Miałem ten honor – powiedział z dziwnie brzmiącą. trzęsąc się ze śmiechu. zajęty w większości przez młode kobiety. Powiedział. rzuciłem pracę. – Jest to dla ciebie koniec pewnej epoki. – Natura twojej przypadłości jest bardzo nieskomplikowana – odpowiedział don Juan. tak jakby jego sposób wymowy był wersją jedynie poprawną. co mi się przytrafiło z psychiatrą i profesorem antropologii – powiedziałem don Juanowi – ale doprowadziło mnie to do nie znanego mi wcześniej stanu emocjonalnego. nie przestając się głupkowato chichotać. – Jestem przekonany. Wykład został przerwany przynajmniej pięciominutową salwą śmiechu i gradem pytań. bez żadnego szemrania? Nie! Będzie się pod tobą wił i walił cię ogonem. i przeszedł do puenty. Poczułem się tak przybity historią z taśmami. że wyrób chicha – który to wyraz wymawia się “CZII-cza". Na wzmiankę o ludzkiej ślinie cała grupa głośno krzyknęła z tłumioną zgrozą. które aymara uważają za istoty półboskie. Całe audytorium oszalało na punkcie tego podtekstu. co wzbogaca ją o enzym zawarty w ludzkiej ślinie. Gadałem do samego siebie bez ustanku. choć on wymawiał go “CZAJI-cza" – napoju alkoholowego ze sfermentowanej kukurydzy. że kobiety te są mistrzyniami w żuciu i nazwał je “czarodziejkami czaji-czy". Był to chichot niegodziwego dziecka. pozostaje w gestii sekty kapłanek.aymara. za jednym zachodem. odda cię bez walki. że świat. że natychmiast. wsiadłem do samochodu i pojechałem z powrotem do Los Angeles. że rozumiecie moją aluzję – powiedział i wybuchnął histerycznym śmiechem. – Twój świat dobiega końca – powiedział. Spojrzał na pierwszy rząd sali. opowieścią psychiatry i “czarodziejkami czaji-czy" profesora antropologii. . Podejmując temat. Profesor wyglądał na setnie ubawionego. który znałeś przez całe życie. gdyż nijak nie dostrzegałem w tym wszystkim nic śmiesznego. powiedział następnie. Mogę go określić jedynie terminem “introspekcja". rzuciłem uczelnię. niby-cudzoziemską intonacją – zostać poproszonym o spędzenie nocy zjedna z czarodziejek czaji-czy. – Nie wiem. Myślisz. w której się znalazłem. Śmiał się w krótkich spazmach.

Miałem w Los Angeles całą rodzinę przyjaciół. Zazwyczaj starannie je zaczesywał i misternie wygładzał loki. – Dla kretyna nie będzie świadczyło o niczym! – odrzekł z jadem w głosie. i tej się to. gdyż mieli jeszcze inne związki uczuciowe – z rodzicami. kiedy była z nim nago. jak tylko intelektualnie. Z różnych powodów bywałem często powiernikiem. jak bardzo moi przyjaciele są spięci. że akceptowałem ich całkowicie. Zawsze naśladowali nosową wymowę zachodniego obszaru Stanów i doskonale zdawali sobie sprawę z tego. że nigdy nie musiałem wyrażać jej słowami. że wszyscy się nawzajem bardzo serdecznie nienawidziliśmy. wyląduje w więzieniu albo. – Ale ja znam Patrycję i wiem. jak strzelanie ręcznikiem może świadczyć o czymś takim. – Czy z nią wszystko w porządku? – spytałem ze szczerą troską. że oni mogli sobie na takie uczucia pozwolić. Całymi godzinami mogłem z nimi rozmawiać dokładnie o tym samym. Nie ulegało wątpliwości. Patrycja strzeliła mi ręcznikiem w goły tyłek i wtedy zdałem sobie sprawę z całego kurewstwa. przeraziłem się. jakbym się tam urodził. co wcześniej mnie przerażało w psychiatrze i jego taśmach. Nigdy nie musiałem jej analizować ani odnawiać. lecz nigdy nie rzuciło mi się to w oczy. zarobi kulkę w głowę. której nie byli w stanie odczuwać inaczej. Widząc. Moja miłość do Los Angeles była niezmiennie tak głęboka. Inną rzeczą. Trząsł się mocno. zanim wyjechała na zjazd brokerów. tak jak akceptowałem moje miasto. że może Patrycja została ranna. Ktoś musiał ją tego nauczyć. żeby rozstrzygnąć sprawę po męsku z jej szefem. co mu się stało. gorzej jeszcze. a z taką się nigdy nic nie dzieje oprócz tego. Nigdy nie spostrzegłem. Więc złapałem ją za gardło i wydusiłem z niej całą prawdę! Tak! Pierdoli się ze swoim szefem! Pete powiedział. Nigdy też nie zwróciłem uwagi na ich oczywiste aluzje do zmysłowości. jeszcze podoba! Pete był wściekły. że poszedł do biura Patrycji. Nie mogłem pojąć jego rozumowania. którego nie mogłem znieść Los Angeles zawsze było moim domem. kiedy wyszedłem spod prysznica. Chciał powybijać okna w biurze kamieniami. kiedy jesteśmy małżeństwem. Teraz wyglądał jak dziki diabeł tasmański. że w czwartek. Ja w Los Angeles miałem tylko ich. była przez weekend na zjeździe brokerów nieruchomości. nie umiała strzelać ręcznikiem! Prawdę mówiąc. Od razu wiedziałem. – To kawał suki i dziwki. Przyszedł do mnie pewnego razu. że jego żona. być może było to nawet coś silniejszego. że jeśli to zrobi. że czasem ją zerżną. że w porządku – warknął. Byli częścią mego najbliższego środowiska. z jaką mówili. – Jasne. zaczął mi gorączkowo wyjaśniać. – Wszystko było normalnie do wczoraj – podjął. Na dodatek nigdy nie zdałem sobie sprawy z tego. – Dziś rano. iż nigdy nie potrafiłem traktować ich problemów czy zgryzot inaczej. podobnie jak psychiatra. Moi przyjaciele byli mi zawsze tak bliscy. zostało najwyraźniej uderzone i skóra wokół niego już zaczynała sinieć. żonami czy mężami. tak bardzo we mnie zakorzeniona. Jego gęste kręcone włosy sterczały na wszystkie strony. niemal konwulsyjnie. ale ochroniarze powiedzieli. nigdy nie potrafiła tego zrobić przez cały ten czas. której nigdy nie zauważyłem. była sztuczność. nigdy. podpuchnięte lewe oko. i że stało się z nią coś potwornego. Zanim zdążyłem spytać. że się pierdoli z innym facetem. Wszyscy byli nałogowymi palaczami. Zawsze czułem się z nim bez reszty związany. a nawet zginęła w jakimś wypadku. Patrycja. w jakim stanie jest Pete. Każdy z osobna wylewał przede mną żale i opowiadał o zmiennych kolejach swojego życia. Wybór tego miasta nie był kwestią mojej woli. co oznaczało. Mieszkanie w Los Angeles zawsze dawało mi poczucie. Musiałem poprosić o wyjaśnienia. jak tylko jako coś najzupełniej normalnego. gdyż sam paliłem tyle samo i byłem równie spięty jak oni. Miał spuchnięte wargi i czerwone. był solidnie poturbowany. Zapytałem. kurwa. Moje prawdziwe zmagania z samym sobą rozpoczęły się wówczas. . ale gość był mocno obstawiony ochroniarzami. Wyrzucili go na parking. choć była to cecha obiektywna. gdy uświadomiłem sobie dylemat mojego przyjaciela Pete'a. w związku ze swoją pracą. że wszyscy moi przyjaciele są szokująco podobni do owego psychiatry i profesora antropologii.Widok. Jeden z nich powiedział kiedyś półżartem. że tak mówią.

– To oni tak cię pobili, Pete? – spytałem go. – Nie – odparł zgnębiony. – Ruszyłem ulicą i wszedłem do salonu sprzedaży przy komisie samochodowym. Przyłożyłem pierwszemu sprzedawcy, który do mnie podszedł. Gość był zszokowany, ale się nie wkurzył. Powiedział mi: “Proszę, niech się pan uspokoi, niech się pan uspokoi! Zawsze można negocjować". Kiedy przyłożyłem mu raz jeszcze w zęby, wkurwił się. Gość był duży; walnął mnie w szczękę i pod oko, a ja straciłem przytomność. Kiedy się ocknąłem – ciągnął Pete – leżałem na kanapie u nich w biurze. Słyszałem, jak karetka na sygnale jest coraz bliżej. Wiedziałem, że jedzie po mnie, więc wstałem i wybiegłem. Potem poszedłem do ciebie. Nie mógł się powstrzymać i zaczai szlochać. Zwymiotował. Był w strasznym stanie. Zadzwoniłem do jego żony i po niecałych dziesięciu minutach była u mnie w mieszkaniu. Klęczała przed Petem i zaklinała się, że kocha tylko jego, że wszystko, co zrobiła, to czyste kretyństwo i że ich miłość jest dla niej sprawą życia i śmierci. Inni się w ogóle nie liczą. Nawet o nich nie pamięta. Oboje wypłakali się z całego serca i oczywiście wybaczyli sobie nawzajem. Patrycja miała ciemne okulary dla zakrycia krwiaka pod prawym okiem, gdzie Pete ją uderzył – Pete był leworęczny. Oboje zupełnie zapomnieli o mojej obecności i wyszli nieświadomi, że w ogóle byłem z nimi. Po prostu wyszli z mieszkania, nie zamykając drzwi, przytuleni do siebie. Życie zdawało się biec dalej normalnym torem. Moi przyjaciele zachowywali się wobec mnie tak samo jak zawsze. Zajmowało nas, jak zwykle, chodzenie na imprezy, do kina czy po prostu gadanie o wszystkim i o niczym albo wyszukiwanie restauracji, gdzie za przyzwoitą cenę można się było najeść do woli. Jednakże pomimo owej pseudonormalności w moim życiu pojawił się jakiś dziwny, nowy element. Jako podmiot tego nowego przeżycia miałem wrażenie, że ni stąd, ni zowąd moje horyzonty myślowe niezwykle się zawęziły. Zacząłem oceniać moich przyjaciół w taki sam sposób, jak wcześniej psychiatrę i profesora antropologii. Za kogo się tak naprawdę uważałem, żeby stawiać się ponad innymi i ich oceniać? Miałem olbrzymie poczucie winy. Osądziłem moich przyjaciół w takim duchu, którego wcześniej nie znałem. Co jednak uważałem za rzecz jeszcze gorszą, to stopniowe uświadamianie sobie, że jakby nie dość, iż ich oceniam, to jeszcze ich problemy, wzloty i upadki zaczynają mi się wydawać zdumiewająco banalne. Byłem tym samym człowiekiem; oni byli tymi samymi przyjaciółmi. Wcześniej wysłuchiwałem ich narzekań i opowiadań setki razy i nigdy nie miałem żadnych innych odczuć poza wrażeniem głębokiego utożsamienia się ze wszystkim, czego słucham. Zgroza, która mną owładnęła po uświadomieniu sobie mojego nowego stanu ducha, była potworna. W owym okresie mojego życia powiedzenie, że nieszczęścia chodzą parami, okazało się najprawdziwszą prawdą. Całkowite załamanie się mojego ówczesnego trybu życia przyszło w dniu, gdy mój przyjaciel Rodrigo Cummings poprosił, bym go podwiózł na lotnisko Burbank, skąd miał lecieć do Nowego Jorku. Było to posunięcie bardzo dramatyczne. Uwiązanie w Los Angeles uważał za ciążącą na nim klątwę. Dla reszty jego przyjaciół był to wielki żart, gdyż wielokrotnie usiłował, jadąc przez cały kraj, dotrzeć do Nowego Jorku i za każdym razem nawalał mu samochód. Raz udało mu się dojechać aż do Salt Lakę City, zanim auto odmówiło posłuszeństwa; okazało się, że silnik jest do wymiany. Samochód trafił na tamtejsze złomowisko. Najczęściej jego samochody kończyły się na przedmieściach Los Angeles. – Co się dzieje z twoim samochodami, Rodrigo? – spytałem go kiedyś, trawiony niekłamaną ciekawością. – Nie wiem – odrzekł ze skrywanym poczuciem winy w głosie. Po czym, tonem godnym mojego profesora antropologii odgrywającego rolę nawiedzonego kaznodziei, powiedział: – Może to dlatego, że gdy ruszam w trasę, mocniej naciskam gaz, bo czuję się wolny. Otwieram wtedy wszystkie okna. Lubię, jak wiatr dmie mi prosto w oczy. Czuję, że jestem jak mały dzieciak, który szuka czegoś nowego. Dla mnie było oczywiste, że jego samochody, nieodmiennie stare gruchoty, nie były już zdolne do rozwijania większych prędkości i Rodrigo po prostu zajeżdżał je na śmierć, paląc silnik za silnikiem. Z Salt Lakę City Rodrigo wrócił do Los Angeles autostopem. Mógł, oczywiście, dostać się autostopem do Nowego Jorku, ale jakoś nie przyszło mu to do głowy. Rodrigo sprawiał wrażenie, jakby był dotknięty tą samą ułomnością co ja: pałał nieuświadomioną miłością do Los Angeles, którą za wszelką cenę starał się odrzucić. Kiedy indziej znowu jego samochód był w doskonałym stanie technicznym. Z łatwością mógł pokonać całą trasę, ale najwyraźniej Rodrigo nie był ani trochę w stanie, który pozwoliłby mu na wyjazd z Los Angeles. Dojechał aż do San Bernardino, gdzie poszedł do kina na film Dziesięć

przykazań. Film ten, z przyczyn znanych tylko Rodrigowi, wywołał w nim nieodpartą tęsknotę za rodzinnym miastem. Wrócił i płakał, opowiadając mi, jak to pierdolone miasto zbudowało wokół niego mur, przez który nie może się przebić. Jego żona była zachwycona tym, że nie wyjechał, a jego dziewczyna, Melissa, cieszyła się jeszcze bardziej, choć czuła również rozgoryczenie, gdyż musiała mu oddać słowniki, które jej zostawił przed wyjazdem. Jego ostatnia desperacka próba dostania się do Nowego Jorku samolotem wypadła jeszcze bardziej dramatycznie, gdyż zapożyczył się u przyjaciół, by kupić sobie bilet. Powiedział, że dzięki temu – gdyż nie zamierzał spłacić swoich długów – będzie miał gwarancję, iż nie może się wycofać. Zapakowałem jego walizki do bagażnika mojego samochodu i ruszyliśmy w kierunku lotniska Burbank. Rodrigo powiedział, że samolot wylatuje dopiero o siódmej. Było wczesne popołudnie i mieliśmy mnóstwo czasu na to, by przejść się do kina. Poza tym Rodrigo chciał po raz ostatni zobaczyć Hollywood Boulevard – miejsce, wokół którego koncentrowało się nasze życie osobiste i towarzyskie. Poszliśmy zobaczyć jakąś epopeję w kinie “Technicolor and Cinerama". Był to długi, niezmiernie nużący film, choć Rodrigo wydawał się niezwykle nim pochłonięty. Kiedy wyszliśmy z kina, zaczynało się już ściemniać. Pędziłem na lotnisko zatłoczonymi ulicami. Rodrigo nakazał mi jechać przez miasto, a nie autostradą, która o tej porze była całkowicie zakorkowana. Kiedy dotarliśmy na lotnisko, samolot właśnie startował. To był ostatni gwóźdź do trumny Rodriga. Skruszony i pokonany poszedł do kasy i przedstawił swój bilet, żeby odzyskać pieniądze. Kasjerka zapisała jego nazwisko i dała mu pokwitowanie, mówiąc, że pieniądze zostaną przesłane w ciągu sześciu do dwunastu tygodni z Tennessee, gdzie znajdują się działy księgowości linii lotniczej. Pojechaliśmy z powrotem do bloku, w którym obaj mieszkaliśmy. Ponieważ tym razem Rodrigo, bojąc się stracić twarz, nie pożegnał się z nikim, żaden z jego przyjaciół nawet się nie domyślił, że po raz kolejny próbował wyjechać. Jedynym minusem tej sytuacji było to, że Rodrigo zdążył sprzedać samochód. Poprosił mnie, żebym zawiózł go do domu jego rodziców, bo jego tato da mu pieniądze, które wydał na bilet. Jak tylko sięgałem pamięcią, ojciec wyciągał Rodriga z każdej kłopotliwej sytuacji, w którą ten się wpakował. Motto jego ojca brzmiało: “Nic się nie bój, Rodrigo senior jest na straży!" Gdy ojciec Rodriga usłyszał jego prośbę o pożyczkę na spłatę innej pożyczki, spojrzał na niego z najsmutniejszym wyrazem twarzy, jaki w życiu widziałem. Sam był w strasznych tarapatach finansowych. Obejmując syna ramieniem, powiedział: – Tym razem nie mogę ci pomóc, synu. Teraz możesz się zacząć bać, bo Rodrigo senior już nie jest na straży. Za wszelką cenę chciałem się wczuć w położenie mojego przyjaciela, poczuć jego dramat, tak jak to zawsze robiłem – ale nie mogłem. Skoncentrowałem się tylko na słowach jego ojca. W moich uszach zabrzmiały tak ostatecznie, że aż mnie poderwały. Poczułem palącą potrzebę towarzystwa don Juana. Zostawiłem wszystkie swoje sprawy w Los Angeles i wybrałem się w podróż do Sonory. Opowiedziałem don Juanowi o dziwnym nastroju, w który popadam w obecności moich przyjaciół. Z poczuciem nieczystego sumienia, pociągając nosem, przyznałem się, że zacząłem ich osądzać. – Nie unoś się z powodu byle czego – powiedział mi chłodno don Juan. – Wiesz już, że dobiega końca cała epoka w twoim życiu, ale żadna epoka tak naprawdę się nie kończy, dopóki król nie umrze. – Co chcesz przez to powiedzieć, don Juanie? – To ty jesteś tym królem i jesteś dokładnie taki sam jak twoi przyjaciele. To jest ta prawda, która tobą trzęsie. Jedno, co możesz zrobić, to przyjąć to tak, jak jest, czego ty, oczywiście, nie potrafisz. Druga rzecz, którą możesz zrobić, to powiedzieć sobie: “To nie jestem ja, to nie jestem ja", i powtarzać to sobie w kółko. Zaręczam ci jednak, że przyjdzie taka chwila, kiedy zdasz sobie sprawę z tego, że to właśnie jesteś ty.

Nieuniknione spotkanie Było coś, co gdzieś w głębi mej świadomości natrętnie dawało o sobie znać; musiałem za wszelką cenę odpowiedzieć na niezwykle ważny list, który otrzymałem. Uczucie, które mi na to nie pozwalało, było mieszaniną indolencji i głębokiego pragnienia zaspokajania potrzeb innych ludzi. Mój przyjaciel antropolog, który był odpowiedzialny za moje spotkanie z don Juanem, napisał do mnie list kilka miesięcy wcześniej. Chciał wiedzieć, jak sobie radzę ze studiami antropologicznymi, i nalegał, bym go odwiedził. Wystosowałem trzy długie epistoły. Każda z nich wydała mi się tak banalna i lizusowska, że podarłem wszystkie. Nie potrafiłem w nich wyrazić głębi mojej wdzięczności, głębi moich uczuć dla niego. Usprawiedliwiałem przed samym sobą ociąganie się z odpowiedzią szczerym postanowieniem, że pojadę go odwiedzić i osobiście mu opowiem, czego mnie uczy don Juan Matus, lecz ciągle odwlekałem tę podróż, ponieważ nie byłem pewien, co ja tak właściwie z don Juanem robię. Chciałem pewnego dnia móc zademonstrować mojemu przyjacielowi konkretne rezultaty. Przy ówczesnym stanie rzeczy dysponowałem jedynie niejasnymi zarysami pewnych możliwości, które, biorąc pod uwagę jego wysokie wymagania, i tak nie zostałyby uznane za zaczątek nawet nowej pracy badawczej z zakresu antropologii. Pewnego dnia dowiedziałem się, że nie żyje. Jego śmierć pogrążyła mnie w niebezpiecznej, cichej depresji. Nie było sposobu, by wyrazić, co czuję, ponieważ to, co czułem, nie zostało w pełni sformułowane w moim umyśle. Była to mieszanina przygnębienia, rozpaczy i odrazy do samego siebie za to, że nie odpisałem na jego list, że nie pojechałem się z nim zobaczyć. Wkrótce potem złożyłem wizytę don Juanowi. Gdy przyjechałem pod jego dom, usiadłem na jednej ze skrzynek pod ramadą i usiłowałem dobrać słowa, które nie brzmiałyby banalnie, a którymi mógłbym wyrazić rozpacz z powodu śmierci przyjaciela. Jednak, co było dla mnie niepojęte, don Juan znał źródło wewnętrznej rozterki i powód mojej wizyty u niego. – Tak – odezwał się sucho. – Wiem, że umarł twój przyjaciel, antropolog, który cię do mnie doprowadził. Z jakichś przyczyn wiedziałem to dokładnie w chwili, gdy zmarł. Widziałem to. Jego słowa wstrząsnęły mną do głębi. – Widziałem, że to się zbliża, już dawno temu. Nawet ci o tym powiedziałem, ale ty nie zwróciłeś uwagi na to, co mówię. Jestem pewien, że nawet tego nie pamiętasz. Pamiętałem każde słowo, które wówczas padło, ale w tamtym momencie nie miały one dla mnie żadnego sensu. Don Juan oświadczył mi wtedy, że jest coś, co ma głęboki związek z naszym spotkaniem, lecz nie jest jego częścią, i jest to fakt, że widział mojego przyjaciela antropologa jako umierającego człowieka. – Widziałem śmierć jako przybywającą z zewnątrz siłę, która już zaczęła otwierać twojego przyjaciela – powiedział wtedy do mnie. – Każdy z nas ma energetyczną bruzdę, energetyczne rozcięcie poniżej pępka. To rozcięcie, które czarownicy nazywają szczeliną, jest zamknięte, gdy człowiek cieszy się pełnią sił. Powiedział, że w normalnych warunkach oko czarownika może rozróżnić jedynie słabe przebarwienie w jednolicie białej poświacie świetlistej kuli. Lecz gdy człowiek jest bliski śmierci, owa szczelina staje się dobrze widoczna. Z przekonaniem oświadczył, że szczelina mojego przyjaciela była szeroko rozwarta. – Jakie ma to wszystko znaczenie, don Juanie? – spytałem go wówczas bez zainteresowania. – Znaczenie sprawy życia i śmierci – odrzekł. – Duch dawał mi znaki, że coś się zbliża ku końcowi. Myślałem, że chodzi o moje życie, że ono się zbliża ku końcowi, i przyjąłem to tak pokornie, jak mogłem. Dużo, dużo później oświeciło mnie, że to nie moje życie ma się ku końcowi, lecz cała moja linia. Nie wiedziałem, o czym mówi. Ale jak mogłem wziąć to wszystko poważnie? Z mojego punktu widzenia – wówczas – jego słowa były jak cała reszta mojego życia: po prostu słowami. – Twój przyjaciel sam ci powiedział, choć nie w tylu słowach, że umiera – ciągnął don Juan. – Zrozumiałeś, co ci mówił, dokładnie tak samo, jak zrozumiałeś, co ja ci wówczas powiedziałem, ale w obu przypadkach wolałeś to zignorować. Nie miałem nic do powiedzenia. Byłem przytłoczony tym osądem. Chciałem się zapaść w skrzynkę,

że w trudnych chwilach kieliszek pozwala człowiekowi na chwilę spokoju i oderwania. Myślałem. że była to jego ostatnia podróż. a które w owym czasie nic dla mnie nie znaczyły. uznając je za idiotyczny sentymentalizm starzejącego się mężczyzny. co się w danej chwili dzieje. – Czarownicy udają się w taką podróż i wówczas nic się nie liczy poza tym. że ja nie mam do stracenia ani chwili i tak też się zachowuję. zanim mnie spotkałeś. Lekceważyłem to jego zachowanie. – Dla czarowników bycie uważnym oznacza uświadamianie sobie osnowy powszedniego świata. zdumiony. że to. że ignorujesz takie sprawy – ciągnął. że było tak wiele elementów. że ma rację. że zawsze mam się na baczności – przypomniałem don Juanowi. kiedy jesteś ze mną. co mówię tobie czy komukolwiek innemu. dostrzegałeś jedynie te elementy. chwilę na tyle długą. Nie mogłem mu pomóc wówczas. by zasmakować czegoś. którzy mu pomagali. że podczas swej ostatniej podróży dziękował ludziom. a ty nie. albo na pustynię. że zamyka swoje sprawy. co się dzieje. Podczas wyprawy. co usunie z ciebie wszystko. co mówi. – Przykładam wielką wagę do tego. Don Juan pokręcił głową. że masz czasu pod dostatkiem i tak też się zachowujesz. Twój przyjaciel antropolog rozmawiał kiedyś ze mną – ciągnął don Juan. Chciałem. Weź na siebie odpowiedzialność za to. że w ogóle nie byłem zdziwiony. gdy przyprowadził cię do mnie tam. Nie jesteś uważny. co cię drażni. – To nie twoja wina. że znajdowałem się już w życiu w dramatycznych sytuacjach. tak wielu ludzi jest wokół ciebie. na przykład zachwyt mojego przyjaciela otaczającą nas przyrodą. Potem straciłem panowanie nad sobą i wyrzuciłem z siebie wszystkie zawiłości kotłujących się we mnie uczuć. Oto twoje motto człowieka Zachodu. – Podnieś się. żeby jako czarownik przepisał mi jakąś kurację. Różnica pomiędzy tobą a mną polega na tym. że te uwagi nie łagodzą mojego smutku i nie zmniejszają mojej rozterki. Zacząłem protestować. nieistotnej dla tego. jak jego śmierć go pochłania. – A za chwilę poprosisz czarownika o coś. Masz tyle rzeczy do zrobienia. która położyłaby kres moim mękom. – Teraz to przeszedłeś samego siebie – powiedział. że być może za dużo pije. z głębi mego milczenia czarownika. na dworzec autobusowy. Ty zaś jesteś przekonany. co zdołają wchłonąć ich oczy. ale życzyłem mu jak najlepiej z głębi mej pustki czarownika. Usiłując bronić ostatniego bastionu mojego “ja" – przekonania. by sobie patrzeć. Nawet mu delikatnie sugerowałem. Im paskudniejszy smak. całymi godzinami. co mi wcześniej mówił o umierającym przyjacielu. Zauważyłbyś. Odpowiedział mi. – Czarownicy nigdy nie rzucają słów na wiatr – rzekł. które sobie uświadamiałem. albo pozbawione znaczenia w ogóle. Przyznałem don Juanowi. Dlatego wiem. że zlekceważyłem to. a przecież gdzieś w środku wiedziałeś o tym. – Pamiętałem go tak dobrze. – Nie chowaj się za banałami – powiedział oskarżycielskim tonem. co wiesz – choćby tylko na tę chwilę. że odwiedza ludzi. Powiedziałem. na którą wybrałeś się ze swoim przyjacielem. że to prawda. . ponieważ jakaś nieznana cząstka mnie mówiła mi. ile potrzeba na przełknięcie wszystkiego. którego szukałem. które wymagały ode mnie błyskawicznego pomyślunku i czujności. bez jakiegokolwiek wysiłku z twojej strony – tyle tylko. które same się narzucały. co robię i mówię. co być czujnym – odrzekł don Juan. Wyznałem don Juanowi. – Faktem jest. która wydaje się czymś nieistotnym dla tego. Chcesz konkretnych rezultatów – jedna mikstura i jesteś zdrów. by dał mi jakiś naturalny środek odprężający. Nie tyle więc jestem nieuważny. którzy się w jego życiu liczyli.na której siedziałem. tym lepsze rezultaty. by dać mu do zrozumienia. Nie zatracaj się w nieistotnej osnowie otaczającego cię świata. co się już nigdy nie powtórzy. że się z nimi żegna. Potrafił zatrzymać samochód tylko po to. dałem mu to do zrozumienia. Przyznałem mu rację. że ja ważę wszystko. wiedziałbyś. – To młodość. – Być uważnym to nie to samo. z tego też powodu wszystko jest dla mnie albo bardzo ważne. jak być uważnym. co ci podadzą. ale zauważyłem. nie jest prawdą. Nie był człowiekiem. Gdybyś nie był tak zaabsorbowany sobą i swoimi problemami. jakieś organiczne valium. Efekt naszego indywidualnego nastawienia jest taki. że naprawdę zależy mi na tym. że tamta podróż była jedynie radością dla jego oczu – rzekł don Juan. że nie szukam rady. gdy ze mną rozmawiał. na góry w oddali albo na wyschnięte koryto rzeki. Twój przyjaciel zrzucał z siebie balast wszelkiej powierzchowności. Nie dostrzegłeś. Nigdy się zresztą nie nauczyłeś. ile brak mi ukierunkowania potrzebnego do ustalenia odpowiedniej listy priorytetów. zniknąć z powierzchni Ziemi.

stan rzeczy. – Tak smakuje nieskończoność – odezwał się don Juan grobowym tonem stwierdzenia ostatecznego. Ale tak naprawdę zwlekałeś z podziękowaniem mu. bo chciał się dowiedzieć. gdyż ci pozbyli się już wszelkich tarcz. nie pozwalać mu umrzeć do końca twojego życia. Ale w momencie. Fatygował się. i ty również. Byłem rozbity. W istocie. bo byłem w podobnym położeniu. jak radio. co mówił don Juan. Popełniłem potworny błąd. Mawiał. nieważne. że opowiadają dla mnie. Chciałem już iść. gdyż nie podziękowałeś swojemu przyjacielowi. – Napisał ostatni list do ciebie. Czułem.Czarownicy podchodzą do tego inaczej – ciągnął don Juan. iż don Juan. przyjeżdżając do domu don Juana późnym popołudniem. wierzyli. całkowicie oddają się temu. nigdy nikomu nie podziękowałem. jednak są trawieni owym kosmicznym smutkiem. nigdy. Nie mogą się schować za swoich przyjaciół albo za swoje studia. jaką czarownik może uczynić. Cisza pustyni Sonory była niczym sztylet. Przeszywała mnie do szpiku kości. Don Juan jątrzył moją ranę jeszcze bardziej. Skończyło się na tym. ciepłym. Nie wykazałeś się należytą trzeźwością umysłu i nie podziękowałeś przyjacielowi należycie. czym się zajmujesz. czy to rozumiesz. który odczuwasz. Ale nieskończoność ci nie pozwoli. czy nie. – Głos mu złagodniał. Twój również. don Juanie? – spytałem. – Jedyne. To się zdarza każdemu z nas. a kiedy chcemy to zrobić. Brzemię słów don Juana stało się dla mnie zbyt ciężkie. która przychodzi z głębi kosmosu i uderza w czarownika. gdy powinieneś był mu podziękować. Być może sprawiły to czas i okoliczności naszej rozmowy. Zrozumiałem ogrom tego. Nigdy nie wyrażamy tego. mówiąc mi. jak światło. jak intencja – i że ta odwieczna siła oddziałuje zwłaszcza na czarowników. Nigdy nie stawiałem swoich czynów w takim świetle. Było to takie odczucie. – Twój przyjaciel wiedział. z myślą o mnie. Miał taką ulubioną historyjkę. że byłem przekonany. żeby zabrać cię ze sobą. A potem zwlekałeś z odwiedzinami. co możesz teraz zrobić – odrzekł – to zachowywać żywe wspomnienie swojego przyjaciela. Natychmiast odegnałem tę myśl. – Dla czarownika smutek nie jest czymś osobistym – powiedział don Juan. Na niebie nie widniała nawet najmniejsza chmurka. zatopić się w czymś ludzkim. To nie tylko czas twojego przyjaciela dobiegł końca. znów wcinając się w moje myśli. że umiera – powiedział. W zasadzie pracował zawodowo w teatrze. choć jego obecność była wszechpotężna. Mój nauczyciel. Nie mogą się schować za miłością ani nienawiścią. Nigdy nie będziesz mógł spłacić swojego długu. – Co mogę teraz zrobić. że we wszechświecie istnieje smutek – niczym siła. Możesz uważać to za głupi sposób. zatracić się w jego hałasie. przed czym stają. ale to najlepsza rzecz. Zachodzące słońce wydawało się zdumiewająco złote i refleksy na odsłoniętych szczytach gór na wschodzie były mieszaniną purpury i złota. Sytuacja czarowników – ciągnął don Juan – wygląda tak. Chciałem się znaleźć w mieście. i bez względu na to. że smutek jest dla nich czymś abstrakcyjnym. Smutek. wsiąść do samochodu i odjechać. Choć być może nie zdawał sobie z tego sprawy. których nie mogą już wypowiedzieć. a być może i jeszcze dłużej. ani tragedią. że jest to opowieść dla wojowników. które może wychwycić stosowne fale. byłeś jego ostatnią myślą. – Pochwyciła cię bezlitośnie w swe kleszcze. że nic się nie porusza. Nie pochodzi on z ja. jest równie smutny jak ja. że muszę się położyć. Słuchając jej. Następnie don Juan wcielił się w postać swojego nauczyciela. Zawsze sądziłem. Chcesz zapomnieć o śmierci twojego przyjaciela. jakby cały świat zaszył się w ukryciu. Bez wątpienia to mój własny smutek sprawił. pełnym sprzeczności. głupim – to bez znaczenia. – Jako że nie mają ani chwili do stracenia. Nie pochodzi on z pożądania czegoś albo z braku czegoś czy z poczucia własnej ważności. nagual Julian – kontynuował – był fenomenalnym aktorem. Chcesz uciec. co czujemy. cierpiałem potworne katusze. zazwyczaj pełen radości życia. ty byłeś na niego zły – oceniałeś go. Kręciło mi się w głowie. gdyż nasz czas się skończył. W Arizonie powinieneś był podziękować mu z całego serca. którzy dali nam cały schemat magii. W ten sposób czarownicy wyrażają swoje podziękowania. jest już za późno. Twój wewnętrzny chaos jest wynikiem braku trzeźwości. którzy choć mają wszystko. wtedy na dworcu autobusowym dał ci wszystko. że teraz jego duch będzie ci deptał po piętach. Miałem wrażenie. – Znam to. skłania się już w tym kierunku. gdy ten jest niczym chłonna gleba. Pochodzi z nieskończoności. ani szczęściem. Czarownicy z odległych wieków. którą zwykł opowiadać na swoich warsztatach teatralnych. – To fala energii. Nie mają się za czym schować. To nie było możliwe. był w stosunku do ciebie okropny. że historia opowiada o . na co go było stać.

Tak pysznie się pan ubawi. – Mam dla szanownego pana doskonałe rozwiązanie. który cierpiał z powodu głębokiej melancholii.człowieku. że być może powinien wyruszyć w jakąś daleką podróż i zobaczyć odległe krańce świata. że – nie chwaląc się – był już w zasadzie wszędzie. że mężczyzna obrzucił lekarza tak smutnym spojrzeniem. Wielki Garrick to ja. – Ach! – wykrzyknął. w końcu olśniło go i wiedział już. sport i tym podobne. W końcu trafił do gabinetu wielkiego lekarza. że ma do czynienia z niepoprawnym łgarzem. Musi się pan wybrać na przedstawienie Wielkiego Garricka! Don Juan powiedział. jestem zgubiony. Doktor zaczął podejrzewać. Mężczyzna na każdą z jego sugestii odpowiadał tymi samymi słowy: że już tego próbował i nie przyniosło mu to ulgi. że nie o miłość tu chodzi. jak utrzymywał. że całkowicie pan zapomni o dręczącej go melancholii. i rzekł: – Doktorze. Ponieważ jednak był prawdziwym uzdrowicielem. jeśli to jest pańskie zalecenie. jakie tylko można sobie wyobrazić. uzdrowiciela dusz. Mężczyzna odrzekł. Nie ma dla mnie lekarstwa. Lekarz polecał mu różne hobby – sztukę. że kochają go tak jak być może nikogo innego na tej Ziemi. Musi się pan wybrać na przedstawienie największego komika naszych czasów. Nie mógł przecież spróbować wszystkiego. że być może znalazłby pociechę w miłości i tak położył kres swej melancholii. Lekarz zasugerował więc mu. co należy zrobić. Lekarz ów podsunął pacjentowi myśl. Mężczyzna odparł. Jeździł do najlepszych lekarzy tamtego czasu i żaden z nich nie potrafił mu pomóc. .

gdy wszystko dokoła przestaje być tym. – Dawni czarownicy – mówił – nazywali to wewnętrzną ciszą. zdolną dokonywać w sferze postrzegania rzeczy. dopóki coś nie wstrząśnie nami do głębi. W stanie wewnętrznej ciszy działają inne zdolności. co robimy. W moim przypadku on sam dokładał wszelkich starań. by wskazać mi drogę do tego. lecz przez ingerencję z zewnątrz. Don Juan powiedział. – Moment załamania jest niczym zaprawa. te same zdolności. zanim wewnętrzna cisza zacznie skutkować. jest to chwila. Innym. kiedy myśli zostają skasowane i człowiek może funkcjonować na odmiennym poziomie świadomości niż na co dzień. Wewnętrzna cisza – ciągnął – to fundament. Od początku naszej znajomości don Juan wbijał mi do głowy. luźne cegły zaczynają tworzyć zwartą strukturę. Pożądany efekt to coś. jak niezbędna jest wewnętrzna cisza. w której bodźce zmysłowe dochodzące z najdalszych zakamarków wszechświata przestają być interpretowane za pomocą zmysłów. Rekapitulując mi pryncypia czarowników starożytnego Meksyku. sekunda po sekundzie. Nie miałem żadnej możliwości pomierzenia efektów moich . być może nieco ponad jedną godzinę pełnego wyciszenia. Jest to chwila. gdy czarownicy powracają do prawdziwej natury człowieka – ciągnął don Juan. która rządząc się nawykiem i rutynowym powtarzaniem. – Dawni czarownicy nazywali ją również absolutną wolnością. don Juan kategorycznie orzekł. że wewnętrzna cisza zaczyna skutkować. już to innym adeptom magii przeżycia głębokiego wstrząsu i osiągnięcia owego wielce pożądanego stanu wewnętrznej ciszy. To chwila. czym zawsze dla nas było. że wewnętrzną ciszę można kumulować. które zostały stłumione – nie przez samego człowieka. jak wartościowa. kiedy człowiek-niewolnik przeobraża się w człowieka-istotę wolną. które urągają naszej liniowej wyobraźni. Uważali oni najbardziej wymyślne zadania. że wewnętrzna cisza oznacza zawieszenie wewnętrznego dialogu – nieodłącznego towarzysza myślenia – i stąd też jest ona stanem głębokiego wyciszenia. do czego zmierzali dawni czarownicy. gdy ją praktykuję. w którym postrzeganie nie jest uzależnione od zmysłów. gromadzić. potrzeba długich okresów ciszy. który jak wszystko w świecie czarowników. gdy proces kognitywny przestaje być siłą. Dopiero wówczas. że wewnętrzna cisza jest ścieżką. by wewnętrzna cisza mogła zacząć skutkować – powiedział. że czarownicy starożytnego Meksyku odkryli. za każdym razem. która tłumi magiczne zdolności człowieka? – zapytałem. Wyjaśnił mi. które czynią zeń istotę magiczną. mniej zdolnym. że czarownicy starożytnego Meksyku wynaleźli sporo sposobów zapewnienia już to sobie. nie zdradza swego istnienia. by stosować się do jego wskazań i kumulować wewnętrzną ciszę sekunda po sekundzie. że każdy z nas musi utrzymywać ten stan przez okres wyznaczony naszym indywidualnym progiem czasowym. gdy zaczynasz ją kumulować – odrzekł. było końcowym – ostatecznym i dramatycznym – efektem osiągnięcia owego indywidualnego progu wyciszenia. – To. decyduje o naturze tego świata.Moment załamania Don Juan definiował wewnętrzną ciszę jako pewien specyficzny stan. choć to w istocie najważniejszy aspekt magii szamanów starożytnego Meksyku. – Wewnętrzna cisza skutkuje od momentu. Niektórym bardzo utalentowanym adeptom potrzeba jedynie kilku minut ciszy. co oznacza. co dawni czarownicy określali jako zatrzymanie świata. Podkreślał. – Co dawni czarownicy uważali za znak. na którym opiera się cała magia. którą murarz spaja cegły. – Czarownikom potrzeba tak zwanego momentu załamania. wszystko. Innymi słowy. gdyż jest to taki stan. iż każdy człowiek ma inny próg czasowy wewnętrznej ciszy. jest to chwila. by dojść do tego wielce pożądanego rezultatu. które mogą się z pozoru wydawać zupełnie nie związane z dążeniem do osiągnięcia wewnętrznej ciszy – jak na przykład skakanie z wodospadów albo zwisanie całymi nocami głową w dół z najwyższej gałęzi drzewa – za kamienie milowe na drodze wiodącej ich do tego stanu. które posiada człowiek. zanim osiągną pożądany efekt. zdolności. prowadzi nas do tego stanu. gdy zaprawa twardnieje. jak wyznaczyć w sobie ramy wewnętrznej ciszy i później ją rozszerzać. – Co to za ingerencja z zewnątrz. don Juanie? – zapytałem. Don Juan przekonywał mnie. Robiłem co w mojej mocy. która wiedzie do rzeczywistego zawieszenia racjonalnego osądu – do chwili. – To temat na kiedy indziej – odparł don Juan – i nie jest to przedmiot naszej obecnej rozmowy.

czy osiągnąłem jakikolwiek próg. Wszystko. Jeśli mam być z tobą szczery. co potrafiłbym sobie samodzielnie uzmysłowić. Szczególnie jeden z nich przykuł uwagę don Juana swą napuszoną nazwą: “Edward Siódmy". Wokół rynku mieściły się sklepy. don Juanie? – spytałem. – Twój punkt załamania – odrzekł – oznacza przerwanie ciągłości znanego ci do tej pory życia. Musisz się z nimi pożegnać. że chciałem zadowolić don Juana – sam ten proces stał się dla mnie wyzwaniem. Czarownicy nie są osobami. jakbyś był niepewny. Jeżeli masz talent. gubiąc się nieco w jego intrygującym rozumowaniu. gdzie mieściły się jedynie magazyny i zdewastowane hotele dla przejezdnych. nie pokazujesz go po sobie. – To twój punkt odniesienia. gdyby była to sprawa życia i śmierci. i dopóki nie przerwiesz swojego dotychczasowego trybu życia. – Ten hotel po drugiej stronie – powiedział don Juan. – Musisz po prostu wyjechać – odrzekł rzeczowo. Moi przyjaciele to moja rodzina. zaraz. rozmyślnie. – Zaraz. Tamtego dnia. Zaśmiałem się nerwowo. żebym mógł to zrobić. jakbyś się bał ludzi. czyli sam go sztucznie. – Załamania nerwowe są dla osób. Jeśli masz szczęście albo nie masz . – Czy to oznacza załamanie nerwowe albo coś podobnego? – zapytałem. by mu się przyjrzeć. wskazując na niego –jest dla mnie prawdziwym obrazem życia przeciętnego człowieka na Ziemi. starałem się umiejscowić i zidentyfikować każdy ze sklepów. który pokazałem ci kiedyś w Los Angeles. byś mógł dalej kroczyć ścieżką wojownika. don Juanie? – spytałem błagalnym głosem. wskazuje na jedną jedyną rzecz: musisz to wszystko przełamać. – Zalecałbym. chwileczkę. to mój punkt odniesienia. To bardzo. Jego polecenie doprowadzało mnie do szaleństwa. nie sądzę. które sobie folgują. Nie jesteś zahukany. Było wczesne popołudnie. – Im podlejszy. sumiennie i dokładnie. niech będzie miejsce podobne do tamtego hotelu. Nie byłbym w stanie sporządzić planu rynku nawet wówczas. – Ale w jaki sposób. bardzo ważne – ciągnął don Juan – byś sam. Wypełniłeś wszystkie moje polecenia. Ulice roiły się od ludzi. nie byłem też w stanie ocenić. by mogła zapanować wewnętrzna cisza i stać się aktywną częścią ich struktury.starań. lecz ich istnienie nie było czymś. Jesteś bardzo pewny siebie. – Ale dokąd mam się udać? – zapytałem. – Musisz zostawić swoich przyjaciół. na zawsze. co pobudziłoby moje wspomnienia i dałoby się wykorzystać podczas rewizji życia. – Jak ci już wielokrotnie mówiłem – odezwał się don Juan. ale zachowujesz się tak. szarozielone zasłony i szarozielone ściany. jakbyś był. gdy tak przechadzałem się z don Juanem. Miałem na myśli to. Wymagasz ode mnie zbyt wiele. Taki jest chyba twój styl. byś wynajął sobie pokój w jednym z tych obskurnych hotelików. – Ale jak to sobie wyobrażasz. osiągnął taki właśnie punkt załamania. Po prostu niestrudzenie dążyłem do celu. Nie jesteś powolny. – Zostaw ich w jakikolwiek sposób. dopóty nie będę w stanie udzielić ci dalszych instrukcji. Byłem w Hermosillo wcześniej wielokrotnie. don Juanie – powiedziałem. że są. nie – odrzekł ze śmiechem. gdy przypomniałem sobie. którego znam – mężczyzny czy kobiety – prędzej czy później nadchodzi moment załamania. bez litości. Jeżeli w pokoju będziesz miał szarozielony dywan. Dlatego też musi zniknąć z twojego życia. co robisz. gwałtownie wyrywając mnie ze stanu koncentracji – w życiu każdego czarownika. a jednak zachowujesz się tak. Jest niemożliwością. Zatrzymaliśmy się na chwilę na ulicy. jak pewnego razu przejeżdżaliśmy z don Juanem samochodem przez przemysłową dzielnicę Los Angeles. Gorące powietrze było suche i nawet bardzo przyjemne. że wszystko sprowadza się do jednego – odparł. którym było gromadzenie wewnętrznej ciszy. niosąc ze sobą swą osobistą historię. i nie dlatego tylko. don Juanie? Co ci chodzi po głowie? – zapytałem niezwykle rozgorączkowany. a dzień pochmurny. Pewnego dnia don Juan i ja spacerowaliśmy leniwie po rynku w Hermosillo. Czarownicy mają tylko jeden punkt odniesienia: nieskończoność. Wiedziałem. – Nie. dokładnie – skomentował. – Jak mam to rozumieć. które znasz – powiedział. Szukałem czegoś charakterystycznego. ale zachowujesz się tak. tym lepiej. – Wydaje mi się. czy nie. że w pewnym momencie ciągłość ich życia musi się załamać. – Stanowczo się nie zgadzam. tym lepszy. nigdy jednak nie zwróciłem na nie uwagi. – Dokładnie. inteligentnie wytworzył.

z jaką mi przychodziło zapominanie czegoś. Jakie to niesamowite. Była tylko jedna rzecz. – Nie ma żadnej sprawy – odparł z niezmąconym spokojem. Zostaniesz w tym pokoju tak długo. Nie wiem dlaczego. jak don . że jest mu najzupełniej obojętne. bym umarł tam naprawdę. To dwie różne sprawy. kiedy zmęczony wyglądaniem przez okno zazdrościsz innym widoku na ulicę. Co ty na to? Wchodzisz w tę zabawę? – Nie mogę tego zrobić. don Juanie – odrzekłem. don Juanie? – zapytałem. z oknami wychodzącymi na ścianę kolejnego budynku. było już po wszystkim. Teraz zaś. bardzo swobodny i wróciłem do mojego zwyczajnego trybu życia z nowym zapasem entuzjazmu. nie wiedziałem. – Nie żebym chciał to zrobić. myślałem w duchu. i o tym. sporo się nauczyłeś. jeśli mieszkasz od strony zewnętrznej. jak się to w ogóle zaczęło. Byłem bardzo szczęśliwy. – Co to za bzdury. czy pójdziesz swoją drogą. co powiedzieć ani od czego zacząć. jest to. – Co ja mam tam robić. czy jest w czyimś towarzystwie. co to musi być za życie. które pozwala ocenić – ciągnął – że czarownik umarł. ale powiedzmy. – Nie ma sensu cię okłamywać. jakby moje słowa wcale go nie obeszły. Ale nie. których wykorzystywałeś jako tarcz. oczywiście. Czułem. gdy stanąłem przed ewentualnością wynajęcia pokoju w hotelu pokroju “Edwarda Siódmego". W Los Angeles. – Nie – powiedział – nie chcę.skrupułów. z jaką cała rzecz się zakończyła. don Juanie? Jak to mój umysł nie należy do mnie? – usłyszałem własny głos. Jego polecenie mnie przeraziło. jak bezboleśnie. i widoku na ścianę innego budynku. że wyniosłem z mego ostatniego spotkania z don Juanem niesamowitą ilość energii. w którym pobrzmiewało nerwowe drżenie. Wszystkie moje przejścia z przyjaciółmi. Teraz nadszedł na to czas. by umrzeć – odrzekł. spostrzegłem. że tłum wokół nas był niczym kurtyna. – Nie będę już więcej mógł z tobą rozmawiać. czy też jest sam. rozdarte pomiędzy tymi dwoma widokami. która nie pasowała do w sumie poukładanego schematu mojej nowej. Kryterium. abyś umarł jako osoba. Nauczyłeś się rzeczy. gdyż dobrze ją pojąłem. Metafora don Juana niezwykle mnie zbulwersowała. co miało dla mnie tak wielkie znaczenie. jednocześnie zachciało mi się śmiać. Don Juan był jednak naprawdę człowiekiem obdarzonym wielką elegancją. jak całkowicie byłem w stanie zapomnieć. kiedy ja nie miałem nawet pojęcia. Koniec nadszedł tak samo jak wszystko inne w świecie don Juana: szybko i niespodziewanie. Spadł na mnie znienacka. jak szybko i sprawnie wszystko się zakończyło. Nie mogę zostawić moich przyjaciół. – Kiedyś ci o tym opowiem – odrzekł – ale nie teraz. gdzie widzisz nie kończący się pochód ludzkiej nędzy. że przez cały ten czas. Powinienem się wówczas czuć zdruzgotany. Twoja osoba to twój umysł. wszystkie spostrzeżenia na ich temat. Jeśli nie masz tyle szczęścia albo masz skrupuły. wpatrując się we mnie bez mrugnięcia okiem. jakby coś wymazało to wszystko z mojej pamięci. – Nigdy w swoim życiu nie byłeś sam. Poklepał mnie po plecach i pożegnał się ze mną. Poszedłem do mojego samochodu i odjechałem. który razem spędziliśmy. co mówiłem o nich don Juanowi – wszystko to zostało zupełnie zapomniane. bez względu na to. a twój umysł – możesz mi wierzyć – twój umysł nie należy do ciebie. Żadnego obwiniania. Nie mogłem się nadziwić łatwości. aż umrzesz. złości ani niczego w tym guście – zupełnie nic. jak rozpiera mnie radość. będzie tym dniem. czy jeszcze tu wrócisz. w którym umrzesz jako osoba. dostajesz pokój od wewnętrznej strony. don Juanie – powiedziałem – ale jakie byłyby kryteria oceny. zupełnie jakby się z nimi stopił. w którym przestaniesz pożądać towarzystwa przyjaciół. – Czarownik wykorzystuje podobne miejsce do tego. które dadzą ci wielką siłę. Dzień. Kilkakrotnie ze zdumieniem myślałem o łatwości. jeśli mieszkasz od wewnętrznej strony. Chcę. ale odczuwałem wielką radość. Odwrócił się i po prostu zniknął pomiędzy ludźmi na rynku. gdy otacza cię pierścień przyjaciół. dostajesz pokój z widokiem na ulicę. Pomyśl sobie. czy już jestem martwy? Jeśli nie chcesz. Podróż do domu minęła bez żadnych przygód. którą rozsunął i za którą zniknął. Czułem się tak. Wszystko przebiegało zgodnie z moimi oczekiwaniami. wszystko. gdy wróciłem do mych normalnych zajęć. abyś umarł tam naprawdę. starej egzystencji: wyraźnie pamiętałem. szczęśliwy jak małe dziecko. W gruncie rzeczy twoja osoba ma bardzo niewiele wspólnego z twoim ciałem. Przez chwilę miałem dziwne wrażenie.

Zdarcie całej tapicerki i zeszlifowanie metalu pod nowy materiał zajęło nam tydzień. ale ciągle uważał. Chciał usunąć prawe drzwi. ani Rodrigo nie wiedzieliśmy. bo dupa z ciebie i tyle. że Rodrigowi zostały tylko dwa dni na wtłoczenie sobie do głowy sześciuset stron tekstu. że moje odejście ze świata czarowników jest czysto akademickie i że do niego wrócę. Uważał. był mój przyjaciel Rodrigo Cummings. których to dotyczyło. poprosił mnie. Zbliżał się dzień egzaminu końcowego. linearnego toku rozumowania i do mojej pamięci. gdzie za kilka dolców każe sobie zrobić nową tapicerkę. dotyczącą mojego zachowania wobec osób. Powiedział. że ma niemal stuprocentową pamięć fotograficzną. na ile zezwalały przepisy. które to miasto – jak przystało na prawdziwego mieszkańca Miasta Aniołów w owym czasie – nazywał “TJ". Oczywiście ani ja.Juan mi mówił. Malowanie i szlifowanie drewnianych parkietów zabrało nam z górą tydzień. Jedną z osób. – Ty w TJ na pewno byś poszedł się uganiać za starymi książkami. że nie ma niczego prostszego pod słońcem. jednego po drugim. że to dużo czasu. obdarzonego wspaniałą zdolnością zapamiętywania. zanim będzie za późno. Ponieważ uważał. W każdym semestrze zapisywał się do szkoły i brał tyle kursów. że ma trzy tygodnie na naukę. My zaś całą naszą paczką wybralibyśmy się do burdelu. że jedną z jego licznych zdolności. z upływem czasu. że zasługiwało na to. musiałem stwierdzić. jest oburęczność. tak by mógł rzucać gazety prawą ręką przez dziurę po drzwiach. Gdyby ktoś mnie o to pytał. Miał się za swego rodzaju wyczynowca w czytaniu. Rodrigo nie chciał w jednym pokoju zamalowywać starej tapety. Nie zdołał jednakże zrobić jednego – zachować dłużej przytomności i zdać egzaminu. podczas którego dopingował się amfetaminą. by wyjaśnić tę sprawę raz na zawsze. Później. Zapamiętałem sobie i zapisałem każde słowo z naszych rozmów. jak dawać z siebie wszystko w tym. Po tych wszystkich przejściach okazało się. który w końcu zawalił się z hukiem i legł w gruzach. Egzamin został przerwany na jakiś czas. Rodrigo postanowił zedrzeć poszycie dachu. bym pomógł mu dostosować jego samochód do pracy. które było mocno podarte. że samochód jest w doskonałym stanie technicznym i pojedzie nim do Tijuany. I rzeczywiście – w dniu egzaminu zdołał pójść do szkoły. która nadaje ścianom idealną gładkość. gdy przełamałem w sobie potrzebę rywalizowania z nim. ukazała mi się cała prawda. których zamierzał ze sobą zabrać. Znam tam kilka takich. lecz w końcu zdecydowałem. Rodrigo powiedział mi. musieliśmy się uciec do pomocy toppingu. że na przeczytanie zaledwie sześciuset stron jest to zawrotna ilość czasu. W ostatnim semestrze w college'u Rodrigo chodził na socjologię. zdołał usiąść w swojej ławce i zdołał odebrać test wielokrotnego wyboru. Tu musiałem przyznać Rodrigowi rację. a nie lewą ponad dachem samochodu. Moje niby-wspomnienie było na tyle zadziwiające. polegającej na porannym rozwożeniu gazet do domów. dopóki nie przestałem z nim konkurować. do Meksyku. że don Juan nigdy niczego takiego nie powiedział. Idąc za jego radą. jak należy się nią posługiwać. natychmiast wystartował do całodobowego maratonu czytelniczego. Następnie z wyrazistością. rezygnował z kolejnych kursów. Osunął się w ławce i poleciał w przód. których Rodrigo życzył sobie najbardziej. Wybrał nawet przyjaciół. tam odda samochód do warsztatu. że do egzaminu pozostało mnóstwo czasu. ponieważ lubił ten przedmiot. podobnie zresztą jak siedzący w pobliżu Rodriga studenci. utrzymywał. podjąłem przełomową jak na mnie decyzję: postanowiłem ich uhonorować i podziękować im. więc straszliwie skopaliśmy całą robotę. odwołując się do mojego normalnego. Jednakże pewien incydent z udziałem Rodriga zachwiał całym moim nowym paradygmatem życiowym. i tak. jak to robił dotychczas. Jego ciało było sztywne i lodowato zimne. które w taki czy inny sposób coś dla mnie w życiu uczyniły. która doprowadzała mnie do szału. czego tylko imał się Rodrigo. musieliśmy więc wypożyczyć maszynę do usuwania tapety ze ściany za pomocą pary wodnej. Czasem po prostu rzucał szkołę. Cała klasa . Kiedy indziej znów wytrzymywał do samego końca na jednym z najmniej punktowanych kursów. Rodrigowi zostały wówczas dwa tygodnie na naukę. Wobec tego zaangażował mnie do pomocy przy malowaniu swego mieszkania i naprawie podłóg. Stwierdziłem. Moje nastawienie do Rodriga zmieniło się radykalnie. nie należałem już do towarzystwa don Juana. – Moglibyśmy jakoś spożytkować tę wyprawę – rzekł z radosnym uśmiechem na twarzy. których jego przyjaciele w ogóle nie dostrzegają. Koniec końców. czyli przeczytanie podręcznika do socjologii. waląc głową w blat z przerażającym hukiem. Jak mogłem pamiętać coś. i ja nigdy tego nie zauważyłem. że jest leworęczny. Kiedy pomogłem mu usunąć prawe drzwi. Wielce rozgorączkowany. na co odparował. było ukończenie college'u. W rzeczywistości byłem taki sam jak on. co się w ogóle nie wydarzyło? Głowiłem się na próżno. Nauczyciel socjologii dostał ataku histerii. Przypomniałem mu. bardzo szlachetnej mieszaniny gipsu i innych substancji. Jedną z rzeczy. iż nie ma to żadnego sensu. ale nie wiedziałem o tym.

Dla nieskończoności jedynym zajęciem wartym zachodu wojownika jest dążenie do wolności. ale odpowiedział. uznając to posunięcie za akt całkowitego. Dywany były zielone i miały okropne wypalone ślady po papierosach. Usiłując skupić się na kwestii rozwiązania mojej firmy. by go wynieśli z sali. na co mogę sobie pozwolić – nie dlatego. zarzewia regularnych pożarów. że byłem już na skraju wytrzymałości nerwowej. – Musisz rozwiązać swoją firmę w przeciągu jednej godziny. bliżej szkoły. choć doszedłem do tego drogą okrężną. Pewnego ranka obudziło mnie głośne i natarczywe pukanie do drzwi. w znany sobie sposób. żeby pomóc mi w biedzie. Za oknem przez całą noc świecił migający neon hotelu. W pośpiechu opowiedziałem mu o moich przeżyciach w hotelu. ale dlatego. a ściany oliwkowo-szare. że przeczuł albo wyczytał z powietrza. czy mam jakieś towarzystwo. jak ogromnie żałuję tego. Zacząłem się poważnie zastanawiać nad tym. Wezwano pielęgniarzy. Po pobieżnych oględzinach stwierdzono. żeby się z tobą zobaczyć. To podobieństwo urosło do takich rozmiarów. gdzie miał spać aż do ustąpienia działania amfetaminy. rzecz jasna. uznałem. Wiedziałem. Ja sam uciekłem raz ze świata czarowników i musiałem stanąć nieomal w obliczu śmierci. że jeśli jej nie wpuszczę. Don Juan powiedział mi wówczas.obawiała się najgorszego. Powtórzył swoje słowa. zasłony także były zielonego koloru. ale zaciąłem się przy pierwszym słowie i nie byłem w stanie niczego wyjąkać. Ważne jest to. że muszę zdążyć. że nawet mi przez myśl nie przeszło spytać go o to. będzie na mnie czekać na targowisku w pewnym miasteczku w Meksyku. Don Juan wszedł do środka i z wielką swobodą usiadł na brzegu łóżka. Jakiekolwiek inne zajęcie jest oszustwem. wszyscy myśleli. Po raz pierwszy w życiu – pomimo że przecież wiele już przeszedłem i wiedziałem – nie miałem dokąd uciec. że stroi sobie żarty. aż – tak jak postulował don Juan – umarłem jako osoba. Chciałem zabrać go na śniadanie. Chciałem pocałować go w rękę. nie zwróciłem uwagi na to. Powiedzmy zatem. Wszystko wydawało się w doskonałym ładzie aż do pewnego dnia. – Jakżeż mogę tam dotrzeć. że stało się przerażające. gdyż jedna godzina czekania to wszystko. Ale faktycznie spędziłem w tym hotelu długie miesiące. że robię dokładnie to. Jego obecność spowodowała tak ogromny chaos. gdzie mieszkam. że nieskończoność daje ci godzinę na skasowanie samego siebie. Rozumiesz. Usiłowałem coś z siebie wydusić. kiedy jak obuchem w głowę uderzyła mnie myśl. o co mi chodzi? Wydawało mi się. Przyznałem się. czy też jestem sam. że stałem jak sparaliżowany. – Nie musisz przepraszać – rzekł z przekonaniem. że nie potrafiłem już dłużej tego tolerować. Wynająłem pokój w podniszczonym hoteliku w Hollywood. Pomyślałem. Otwarłem – w progu stał don Juan! Byłem tak zaskoczony. że resztę mego życia spędzę na zamartwianiu się moją firmą. że Rodrigo zmarł na atak serca. Poczułem. wsiąść w samolot? – . don Juanie? Mam pojechać samochodem. co mi polecił don Juan. że nieskończoność naciska mnie bezlitośnie. a ja. – Odbyłem tę podróż do Los Angeles – odezwał się – specjalnie po to. że nie chcę czekać. że musi pozałatwiać inne sprawy i ma tylko chwilę na rozmowę ze mną. Nie było moją intencją spełnienie jego warunków ani zredukowanie dzielących nas różnic. że kiedy uda mi się już zamknąć wszystkie moje sprawy. paść przed nim na kolana. których nigdy zresztą nie przerwałem. co powiedziałem wtedy w Hermosillo. Byłem całkowicie zagubiony. – Każdy z nas robi to samo. To jest właśnie powód. Kontynuowałem studia antropologiczne. i dlatego przyjechał. byłem przekonany. jak przeszywa mnie rozpacz. jak się dowiedział. Byłem dokładnie taki sam jak on. Wewnętrzna cisza staje się dla ciebie czymś rzeczywistym. Moje utożsamienie się z Rodrigiem Cummingsem było tak całkowite. dla którego jestem teraz tutaj i z tobą rozmawiam. które zdążono w porę ugasić. że pojmuję. Po opuszczeniu hotelu zamieszkałem samotnie. Czy jesteś w stanie rozwiązać wszystko w ciągu jednej godziny? Nie musiałem go o tym zapewniać. I tak w końcu wyszło na to. – Nie ma czasu do stracenia – powiedział. by uzmysłowić sobie własną głupotę. by dojść do momentu załamania – nieważne jak – i dokładnie to udało ci się osiągnąć. i rozpocząłem lukratywną działalność gospodarczą do spółki z pewną damą. i zabrano go do szpitala. samobójczego nihilizmu. że Rodrigo jest pogrążony w głębokim śnie. otwierając sobie drzwi zapasowym kluczem. aż rzeczywiście było mi najzupełniej obojętne. że to administratorka domu. co mówi. w jaki sposób sprawnie i bezboleśnie dopełnić swego żywota. sama wejdzie. zamartwianiu się pozornie możliwym wyborem pomiędzy karierą naukowca a karierą biznesmena albo na zamartwianiu się kaprysami i matactwami mojej partnerki w interesach. Wydawało mi się.

im bardziej się do mnie przybliżali. choćbym nawet miał go rozwiązać tylko we śnie. Kiedyś don Juan pokazał mi pozycję ułatwiającą osiągnięcie wewnętrznej ciszy. W moim śnie don Juan czekał na mnie właśnie przy tym straganie z serem. gdziekolwiek się wybierałem. Kołek był docięty na długość trzydziestu pięciu centymetrów i służył do podtrzymywania ciężaru mojej głowy. czytał w moich myślach. Don Juan wyszedł z pokoju. aż w końcu docierali na sam wierzchołek wzniesienia. że dasz sobie radę W moim śnie ruszyliśmy na spacer. . Targowisko było otwarte jeden dzień w tygodniu i okoliczni farmerzy przywozili wówczas na sprzedaż swoje produkty. Dotarło do mnie wówczas. gdy pochylałem się do przodu. Śniło mi się. że wyłaniają się spod ziemi. – Najpierw rozwiąż firmę – rozkazał. w zależności od prędkości. ciąg zdarzeń porwał mnie ze sobą. że nie pozostawiał cienia wątpliwości. pomiędzy złączonymi stopami. że z wewnętrznej ciszy me rodzą się żadne sny – z własnej nieprzymuszonej woli. gdzie –jak powiedział don Juan – mieliśmy się spotkać. na drugim zaś. i przypatrywałem się wzniesieniu. które trzymając dłońmi za kostki. Musiałem wówczas zasnąć równie szybko. Byłem tak szczęśliwy jak jeszcze nigdy w życiu. – Więc jednak osiągnąłeś moment załamania. Dał mi też gruby kołek. tym więcej z ich postaci mogłem dostrzec. – Dokonałeś tego ze swej wewnętrznej ciszy – odezwał się. Dostrzegałem ludzi. który zawsze miałem przy sobie. bo wiedziałem. owiniętym miękkim kawałkiem materiału. Przez chwilę zaczynałem tracić nadzieję. Co mnie tam najbardziej fascynowało. już to powoli. oczywiście. Zawsze mi się wydawało. Miejsce to zawsze mnie intrygowało. gdzie mogłem zobaczyć ich od stóp do głów. Za każdym razem. Don Juan zaśmiał się. jeden koniec kołka umieszczałem na podłodze. by dotrzeć do don Juana. Nie raz siadywałem na ławce przy straganie. Bez dwóch zdań. klepiąc mnie w plecy. więcej niż jedną godzinę. żeby ci to mówić? Pewnego dnia sam się o tym przekonasz – o tym. z jaką się poruszali. Ale pamiętaj – będę czekał na ciebie tylko godzinę. szukając jedynego pocieszenia. Zabrało mi to. – Potem pojawi się rozwiązanie. Należało usiąść na łóżku ze zgiętymi kolanami i złączonymi stopami. jakie przyszło mi do głowy – spokoju i ciszy. dociska się jedna do drugiej. Na samych rogatkach miejscowości droga wspinała się na strome wzniesienie. ale nie przerywałem sobie. a ja gorączkowo przystąpiłem do zamknięcia wszystkich moich spraw. stanąłem w obliczu prawdziwego dylematu. już to bardzo szybko. Ale kręciłem się w pobliżu. zapadałem w sen w ciągu kilku zaledwie sekund. ponieważ kiedy już puściłem całą maszynę w ruch. to wyłożona kamiennymi płytami droga. że poniosłem dotkliwą klęskę. Zostałem bez firmy i bez cienia szans na to. którzy wchodzili do miasteczka z objuczonymi towarem osłami. Sen był tak plastyczny. tak zatrważająco realny. żeby się nad tym zastanowić. Dopiero gdy było już po wszystkim. gdy przyjmowałem tę pozycję. ale z początku dostrzegałem jedynie ich głowy. – Nie jesteś w zwykłym śnie – powiedział – ale kim ja niby jestem. Poszedłem do łóżka. opierałem środek czoła. że byłem w tym meksykańskim miasteczku. iż rozwiązałem mój problem. gdzie sprzedawano ser.zapytałem. x . kręcąc głową. która wiodła do miasteczka. Podszedłem do niego.

Zapisałem się na jego zajęcia traktujące o procesach kognitywnych dlatego. który nie miał nic wspólnego z językiem. W moim rozumowaniu.. podczas którego rozszyfrowujemy otaczający nas świat. podobnie jak wyrażanie rzeczywistości poprzez język. Podczas mych pierwszych pamiętnych zajęć z profesorem Lorcą zdumiony i podenerwowany obserwowałem. Pewne rzeczy mieszczą się w ramach tego procesu i są przez nas łatwo rozpoznawane. że kontrolę zaczynały przejmować elementy obcego systemu poznawczego. niesygnalizowany. iż jest to proces uniwersalny. które wytwarzał w szczelnie zamkniętej. metr od miejsca. – Jego głos wyrażał ogromną siłę i niepodważalność jego sądów. było moje życie akademickie. jak mógł. Inne natomiast nie i przez to pozostają dla nas osobliwościami. w którym opisywano pracę pewnego biologa. by później zastąpić go innym sposobem jego rozumienia. było dla mnie równoznaczne ze stwierdzeniem. Owe świetliste włókna oddziałują na organizm człowieka. Nagle zatrzymał się na samym środku pomieszczenia. z grzywką jasnych włosów starannie zaczesanych na jedną stronę. zwłaszcza wówczas. lecz w sposobie przebiegu procesu poznania. Wszyscy obecni na sali zaczęli skrzętnie notować jego słowa. czym jest to coś? – zamachał ponad głową gazetą. który – pomimo wszystko – był normalnym językiem ludzkim. których nie potrafimy pojąć z należytą dokładnością. Utrzymywał. która nigdy w życiu nie zaznała trosk. przez który przechodzili szamani. że wszechświat składa się z nieskończonej liczby pól energii. Moje rozumienie poznania popychało mnie ku przekonaniu. Następnie odczytał na głos artykuł z gazety. Cóż za doniosły moment w życiu człowieka! Elementem. było zagrożeniem dla samej istoty mojego ja. do ekstremum. zjawiskami. Od początku naszej znajomości don Juan utrzymywał. od pierwszej chwili naszej znajomości starał się. co czują żaby. zaczął mówić. Zakładał go jedynie na spotkania z ważnymi osobistościami. iż mieli oni odmienny system komunikacji. Desperacko usiłowałem wydobyć od don Juana potwierdzenie moich przypuszczeń. poznanie było procesem kognitywnym. pozbawione zmarszczek. . Nie nosił krawata. Mawiał. że ich odmienny system kognitywny równał się posługiwaniu się odmiennym językiem. Nie przestawał poruszać cienkimi. w którym naukowiec ów opisywał. – A więc. to w dół. któremu ufałem bezgranicznie. doprowadzając napięcie. które zdawały się dla mnie przeciągać w całą wieczność. że szamani starożytnego Meksyku dysponowali odmiennym systemem kognitywnym. by wprowadzić mnie do kognitywnego świata szamanów starożytnego Meksyku. gdy siedzi na dnie stawu i interpretuje sobie żabi świat. profesorem Lorcą. że świat czarowników starożytnego Meksyku był odmienny od naszego. jak każdy system interpretacji na świecie musi mieć nieco odmienną organizację. spaceruje on w tę i z powrotem po sali. co przydawało mu chłopięcego wyglądu. Profesor Lorca był dość przystojnym mężczyzną.Pomiary procesów poznawczych “Koniec pewnej epoki" był dla don Juana trafnym określeniem procesu. który się wokół niej roztacza. jak wam się wydaje. “Koniec pewnej epoki" oznaczał dla don Juana to. W owym czasie słowo “kognitywny było dla mnie przedmiotem poważnych dociekań. dusznej sali. gdzie siedziałem.. Każdy język ma własną. Bodźce te są następnie interpretowane i ta interpretacja staje się naszym systemem kognitywnym. że w naszym świecie proces kognitywny wymaga interpretacji bodźców zmysłowych. Don Juan jako mój nauczyciel. Reakcja organizmu ludzkiego polega na przekształcaniu tych pól energii w bodźce zmysłowe. mających postać świetlistych włókien. tak samo. – Nigdy się nie dowiemy – powtórzył – co czuje żaba. – rozpoczął. Zdarzyło się tak z pewnym profesorem. co nadawało mu wygląd osoby. gdy zajmowali się rozmontowywaniem struktury znanego sobie świata. nie w sensie płytkiej powierzchowności. gdy nad ich głowami pływają owady. – Nigdy się nie dowiemy. co mogło mu zagrażać. Wszystko. jak przez długie minuty. gdy atak był zakamuflowany. i rytmicznie uderzając zwiniętą w rulon gazetą o katedrę. Czoło miał gładkie. że polecano mi go jako najbardziej błyskotliwego współczesnego naukowca. który upodobałem sobie bodaj najbardziej. zaciśniętymi wargami to w górę. Jednakże oświadczenie don Juana. Podawano w nim cytat z tej pracy. Ubrania miał zawsze nienagannie skrojone. odmienną od innych języków składnię. Elementy normalnego systemu kognitywnego – jakkolwiek niezwykle przyjemne i satysfakcjonujące – zaczynały zanikać.

chcąc zakończyć naszą rozmowę innym akcentem – co to za istota. – Sztuka nie polega jednak na samym pogodzeniu się z nieodwołalnym. Wszystkie dziwactwa profesora nie znaczyły absolutnie nic w porównaniu z jego mistrzostwem w roli pedagoga i innowatora na polu psychologii. Od tego momentu stałem się jego zagorzałym wielbicielem. Orzekł. iż wkroczyliśmy w krainę nieśmiertelności. to całkowite pogodzenie się z faktem. które muszą umrzeć – odrzekł. Czarownicy przez wszystkie wieki mawiali. Bez tej podstawowej świadomości zapanowanie nad naszym życiem. by kontrolować nasz świat i to. – Nie podziwiaj ludzi z dystansu – powiedział. jak wygląda życie w świecie rządzonym. Don Juan wyglądał na niezwykle urzeczonego moimi słowami szczerego podziwu. tak naprawdę? Tyle razy słyszałem. bez konieczności dalszego ich analizowania. wówczas wszystko. Zachowujemy się tak. Na pierwszym wykładzie zarzucił nas lawiną nowych idei. jaki jest jako człowiek. Przy pierwszej sposobności zrelacjonowałem mu. wykorzystując bodźce wychwytywane przez odpowiednio wyspecjalizowane zmysły. która musi umrzeć. Stało się to już moim ugruntowanym nawykiem – co przyszło mi tym łatwiej. że jedyny sposób na to. systemu kognitywnego dowolnego organizmu. jego wykłady były niezwykle inspirujące i zmuszały do myślenia. że fenomenalna umysłowość profesora Lorki powaliła mnie na kolana. jakbyśmy nigdy nie mieli umrzeć – cóż za infantylna arogancja! Ale bardziej jeszcze szkodliwe od samego poczucia nieśmiertelności jest coś. pomijam. don Juanie – odezwałem się. co robi – nieważne jak dziwne – musi być z góry przemyślane i ostateczne. oczywiście. jak beznadziejną pracę by popełnił. Jasno i wyraźnie wykazał. nie warto zawracać sobie nim głowy. które posłużyły za wstęp. – Czarownicy stoją na twardym stanowisku. że jest trochę zazdrosny o mój podziw dla profesora Lorki. staje się niemożliwe. ale faktycznie nigdy mi tego dokładnie nie zdefiniowałeś. – Ludzie są istotami. przypadek. odebrałem je jako przejaw jego gruboskórności. Musimy ucieleśnić tę postawę i żyć nią aż do samego końca. co mówi. Wychwalałem go pod niebiosa i bez cienia zażenowania powiedziałem don Juanowi. przez prawa echolokacji. udzielił mi jednak dziwnego ostrzeżenia. okaże się pustym gadaniem. która musi umrzeć. porozmawiaj z nim. że jest on bałwanem. jaki tylko można sobie wyobrazić. Jeśli to. który bez wątpienia błędnie zacytował słowa naukowca – orzekł Lorca z niezachwianą pewnością poważanego profesora. jesteśmy niejako przekonani. żadnego z istniejących w nim punktów odniesienia umysł ludzki nie jest w stanie ogarnąć. – Powiedz mi. Z chwilą. nigdy by sobie nie pozwolił na antropomorfizację rezultatów swoich dociekań. co mi się przydarzało w codziennym życiu. Co jest nie tak z nami ludźmi – i było nie tak zawsze. profesor wygłosił fenomenalny wykład o hermetyczności naszego systemu kognitywnego czy też. jak o tym mówisz. dajmy na to. które zdążają ku śmierci. że jest on moim wzorem. Kiedy po raz pierwszy udałem się na zajęcia profesora Lorki. wszystko stało się dla mnie jasne. Sądziłem. pracowałem z don Juanem już prawie od dwóch lat. – Tego możesz być pewien! – odrzekł don Juan z uśmiechem. – Tak najczęściej tworzą się mity. w którym żyjemy. zobacz. iż jesteśmy istotami. że z tego punktu widzenia żadne dwa systemy kognitywne dowolnie wybranych gatunków nie mogą być do siebie podobne. że ujrzenie własnej śmierci jest najbardziej otrzeźwiającym widokiem. naszymi działaniami i nad światem. Gdy po zakończeniu półtoragodzinnego wykładu opuszczałem audytorium. czułem. co pojawia się wraz z nim: poczucie.– Artykuł ten pokazuje bezmyślność redaktora. przy czym zostały one przedstawione w bardzo prosty sposób. iż miałem skłonność do popadania w rutynę – że opowiadałem don Juanowi o wszystkim. mówiąc ogólnie. Były jedynymi. – Żaden naukowiec. gdy w mojej głowie zaświtała ta myśl. Znalazłem się w miażdżącym uścisku dwóch skrajnie odmiennych wizji świata: z jednej strony . że ludzie nie są w stanie sobie nawet wyobrazić. Najbardziej nowatorska była dla mnie teza. jak to ma miejsce w przypadku populacji nietoperzy. Według mnie. Po tych słowach. co się dzieje na wykładach u profesora Lorki. Poczułem się do żywego urażony słowami don Juana. Wypróbuj go. że jest on istotą. Zbliż się do twojego profesora. od niepamiętnych czasów – to to. co my na nim robimy. poczułem ulgę. – Ale czy samo pogodzenie się z tym faktem może mieć aż tak dalekosiężne skutki? – spytałem tonem udawanego protestu. Jeśli jego zachowanie jest wynikiem przeświadczenia. że choć nigdy sobie tego nie powiedzieliśmy wprost. że każdy osobnik z każdego gatunku na Ziemi interpretuje otaczający go świat. bez względu na to. że potrafimy objąć naszym umysłem cały ten niewyobrażalny wszechświat. na które zawsze oczekiwałem z niecierpliwością.

który boi się kobiet. to prawdziwy czarownik. że jest on człowiekiem tak samo jak ty. które wynosiłem z jego wspaniałych wykładów. co robi. co się dzieje w rzeczywistości. jakbym był jego najlepszym przyjacielem. zupełnie jakby obracał na niej rozwałkowane ciasto na pizzę. panie profesorze – odrzekłem. z którym przeciągasz linę – kontynuował don Juan. Dłonią przygładził włosy ku tyłowi. że sztuczka pozwalająca na swobodne otwarcie w takich sytuacjach polega na tym – a to nigdy nie było moją mocną stroną – by stawić oponentowi otwarcie czoło. podnieś głowę i spójrz w jego oczy. pokazują wszystko. Mięśnie twarzy profesora Lorki rozluźniły się. Z większą niż zazwyczaj natarczywością don Juan Matus przynaglił mnie do nawiązania bezpośredniego kontaktu ze źródłem mej intelektualnej rewolucji. Ponad rok zajęło mi samo rozpracowanie go i nakłonienie do tego. Ustanawiają sobie jakiś punkt odniesienia. którzy stronią od kontaktu do tego stopnia. trzęsie się jak osika tak samo jak i ty. Do sugestii don Juana. darzyłem go bezwarunkowym podziwem. jak tylko dać się porwać biegowi wydarzeń i dotrzeć tam. W końcu jego hormony przezwyciężają strach i zmuszają go do wyniesienia na piedestał pierwszej kobiety. choć nigdy nie są jego częścią. żeby się zgodził ze mną rozmawiać. – Jestem studentem antropologii. chociażby tylko na krótką chwilę. wtedy ty uderzasz. Takie spojrzenie uczyni z twojego przeciwnika bezbronną ofiarę. podczas których mam sposobność dowiedzieć się czegoś o systemie kognitywnym czarowników. Nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. że czarownicy traktują każdą interakcję z innymi ludźmi – nieważne jak błahą czy niewiele znaczącą –jak pole bitwy. całkowicie kompletne i niezwykle nęcące. Pogodziłem się nawet z tym. że nawet wówczas. bym się zbliżył do profesora. otworzył usta i niezwykle zwiewnym ruchem zaczął mi dyrygować dłonią przed oczyma. jak to tylko możliwe. – Pracuję w Meksyku z prawdziwym czarownikiem – ciągnąłem. Na tym polu bitewnym czarownicy pokazują swą najlepszą magię. jakby chciał mnie zachęcić do powiedzenia czegoś sensownego. – Koniecznie musisz z nim porozmawiać – powiedział z nutą ponaglenia w głosie. zastosowałem się co do joty. gdy faktycznie do niego dochodzi. Jednak pomimo to. Nie mogłem nie zauważyć pozłacanych spinek przy mankietach koszuli. że nie udało mi się nawiązać z nim osobistego kontaktu. – Panie profesorze – odezwałem się – czy miałby pan chwilę czasu na rozmowę ze mną? – A pan to niby kto? – spytał najzwyklejszym w świecie tonem. Wtedy będziesz wiedział. Bardzo podobnie dzieje się z mężczyzną. ale on jakby nigdy nie miał dla mnie czasu.przygniatała mnie mądrość don Juana. która się do niego sama odezwie. Zapewnił mnie. To. na co ich stać. Porównują. Powiedział. Doniosłem don Juanowi o wszystkich moich intelektualnych odkryciach. Rozmawiają z nimi. osoby takie co najwyżej snują – na planie własnych stanów psychicznych – przypuszczenia i wnioski o tym. Tymczasem mnóstwo czytałem o procesie poznania. – I czego pan ode mnie oczekuje? – odezwał się. ten wyjaśnił mi. nie potrafiąc na własne oczy zobaczyć. Jego ściśnięte wargi rozwarły się w szerokim uśmiechu. jest odrobinę infantylne. Pewnego dnia dopisało mi szczęście: przyparłem do muru profesora Lorce na korytarzu przed jego pokojem. Był tak nieuprzejmy. bez względu na to. Profesor Lorca obrzucił mnie podejrzliwym i poirytowanym spojrzeniem. co się dokoła nich dzieje. Chodziłem pod jego pokój w godzinach dyżurów jak na nabożeństwo. z drugiej zaś wiedza profesora Lorki. – Nie ograniczaj się jedynie do ciągnięcia za sznur. Kiedy rozmawiałem z don Juanem o moich trudnościach. gdzie mnie one doprowadzą. a on mnie zagadnął. Nie pozostało mi nic innego. Jego oczy wyglądały jak dwa niebieskie punkciki skrzące się złośliwym blaskiem. ale ten był niczym niezdobyta twierdza. Uczestniczą w spotkaniu. jak się tego dnia miewam. Usiłowałem się zbliżyć do profesora Lorki ze zdwojoną energią. które idealnie współgrały z zielonkawym blezerem. co robisz ty. jakby zsunęły mu się na twarz i przeszkadzały. liczyły się tylko idee. – Czarownicy nie podziwiają ludzi w próżni. – Proszę mi wierzyć. jak bardzo się brzydzi ludźmi potulnymi. co mówi. że nigdy nie zechce ze mną podyskutować. – Zawsze patrz na człowieka. Ty zachwycasz się z dystansu. Obie drogi były trudne. . kręte. ale jego słowa nie wywarły na mnie wrażenia nieuprzejmości. Bez względu na to. starając się wywołać jakąkolwiek jego reakcję. – Zaangażowałem się w prace w terenie. Przez cały semestr usiłowałem do niego podejść i porozmawiać. poznają ich.

Wzruszył ramionami w geście niechęci i obojętności. co odnalazłem w literaturze antropologicznej na temat szamanizmu. który jest nam znany praktycznie od chwili narodzin. które ja będę przedstawiał znanym mi szamanom po to. Być może byłoby mądrze dać sobie z nim spokój już teraz. jak swoją wiedzę spożytkować. w ramach wyznaczonych przez nauki społeczne. nie wypowiadając żadnego słowa. Powiedział. czytanego podczas gry w pokera. przedstawianych im podczas snu i tak dalej. którzy są przedmiotem ich badań. by pomierzyć. że uczę się procedur. zwrócił uwagę na to. bez względu na rozwój sytuacji. otworzył drzwi swojego pokoju i zaprosił mnie do środka. Przedstawił mi wizję prawdziwego projektu badawczego. Kiedy zaczął mówić. Chwilę później jednak dał mi jeszcze cudowny wykład na temat poznania. bardzo niewielu ludzi wie. czym się zajmuję. a jeszcze mniej. czy to. nie jest taki sam jak system kognitywny obowiązujący w świecie czarowników. wystarczyłoby mi w zupełności. które nabierałyby znaczenia wraz z rozwojem naszego . zdolności szamanów do koncentrowania swych funkcji poznawczych na skomplikowanych zagadnieniach. Powiedziałem. uczniem i adoratorem profesora Lorki. Profesor Lorca chciał. które nie mają nic wspólnego z tym. że obowiązujący w naszym powszednim świecie system kognitywny. w którym chodziłoby o zrozumienie i zapamiętanie tekstu pisanego. że ma zamiar zachować w tej sprawie otwarty umysł i poeksperymentować. – Z punktu widzenia czarownika. że test można by rozpocząć od prostego zadania. Podziękowałem mojemu rozmówcy wylewnie i zapewniłem go. to rzeczy ogólnie znane – powiedział. że jego intencją nie jest krytykowanie czy osądzanie kogokolwiek. nadal byłem wiernym studentem. i przedstawiałem mu bardzo rzeczowy opis mojej pracy. ze zbieraniem i analizą protokołów badawczych. konkretne środowisko społeczne. Słowa profesora Lorki rzuciły zupełnie nowe światło na całą moją pracę badawczą. Mówił o formułowaniu zagadnień problemowych z zakresu funkcjonowania systemu poznawczego. kiedy należy sobie odpuścić. – Każdy. odprowadzając mnie na korytarz. Zdefiniował “poznanie" jako pewien system interpretacji. ich zdolność do koncentrowania swych funkcji poznawczych na dwóch różniących się od siebie aspektach zachowania. Uważał. co mogłeś od niego dostać.– Chciałbym. Pomimo ostrzeżeń don Juana nie odpuściłem sobie. Przez chwilę poruszał ustami. co wcześniej usłyszałem. wręcz przeciwnie. Wiedziałem. z drugiej zaś zatroskany. Test zostałby później rozszerzony dla zmierzenia. Wydawał się szczerze zainteresowany moją pracą. Jednym z wielkich osiągnięć sztuki czarowników jest świadomość chwili. że w moim przypadku istnieje tylko jeden kierunek działania: zastosować się do jego koncepcji. które konstytuują rozpatrywane. – Mam przeczucie. zdaje sobie z nich sprawę. Moje sprawozdanie z uwieńczonej powodzeniem próby zbliżenia się do profesora Lorki spotkało się z dziwną reakcją don Juana. z hipotezą dotyczącą istnienia odmiennego systemu kognitywnego. na przykład. zanim wszystko to stanie się zbyt zobowiązujące i absorbujące. żeby przeprowadzono analizę lingwistyczną odpowiedzi moich szamanów a także pomiar ich trafności i szybkości reakcji oraz innych zmiennych. chociaż frustrowała go bezgranicznie moja niechęć i niezdolność do sformułowania jasnych i wyraźnych koncepcji o systemie kognitywnym świata czarowników. Wydawał się z jednej strony rozradowany. jednak zgodnie z jego wiedzą. co panu powiedziałem. kto czyta książki. za kogo się podaje – powiedział. że dostałeś już od swojego profesora wszystko. Pewnego dnia przedstawił mi koncepcję naukowca wizytującego odmienny świat kognitywny. żeby mnie pan przez chwilę posłuchał – odpowiedziałem – i się przekonał. Stwierdzenie to wywołało we mnie stan prawdziwej euforii. Natychmiast zasypałem go lawiną słów w obronie profesora. Gdyby profesor Lorca nie wypowiedział już więcej ani jednego słowa. w której należy zrezygnować. Wygląda mi na to. na przykład. że twój profesor nie jest dokładnie tym. Don Juan kazał mi się uspokoić. to. że nie mam ani chwili do stracenia. Przyznał. Bez biegłego opanowania wszelkich niuansów systemu kognitywnego szamanów starożytnego Meksyku formułowanie jakichkolwiek sądów o tym świecie będzie nadużyciem. – Oczywiście wszystko. iż nigdy nie dają sobie dość czasu na to. – Pański problem – zaczął – polega na tym. ma się rozumieć. mogłoby pana zainteresować. który stosowany nieprzerwanie przez jednostki umożliwia im niezwykle biegłe wykorzystanie wszelkich niuansów znaczeniowych. Rozstaliśmy się nieomal jak przyjaciele. by w pełni uzmysłowić sobie wszelkie niuanse konkretnego systemu kognitywnego ludzi. że generalny błąd antropologów polega na tym.

Ich sztuką. Nie są to kwestie praktyczne. W tym czasie profesor nie przestawał objawiać zdumiewających prawd o procesach poznawczych. że praktyczne elementy wiedzy. Nie zostały pomyślane tak. – Ale nie możesz mówić serio o całym tym pomyśle z mierzeniem naszego poznania. . jest wybranie linii. że kiedy czarownicy mówią o kognitywnym świecie szamanów starożytnego Meksyku. Każde kolejne jego oświadczenie było poważniejsze od poprzedniego i stąd jeszcze bardziej dla mnie dokuczliwe. W owym czasie na horyzoncie zaczynała się pojawiać cybernetyka i praktyczne aspekty badań nad procesami kognitywnymi nabrały wymiaru rzeczywistego. człowiek. obserwując dokonania don Juana. bym porzucił wszelkie przedsięwzięcia z profesorem Lorcą. Dla przykładu. lecz nie miałem możliwości osobistego jego doświadczenia. Jego zdaniem. które nie posiadają nazwy. bym mógł rozmawiać o tym wszystkim z profesorem Lorcą. postrzeganie energii bezpośrednio w jej ruchu we wszechświecie jest elementem systemu poznawczego. jak wygląda ów świat. i podążają za jej ruchem. – Teraz naprawdę polubiłem twojego profesora – powiedział. Nie możemy być w żaden sposób inteligentniejsi. albo ich pracą. kiedy opowiedziałem mu o proponowanych przez profesora Lorce pomiarach procesów poznawczych szamanów. Widzą ludzi jako świetliste kule i szukają w nich ich ruchu energii. Słyszałem wewnętrzny głos. należą do dziedziny kultury. I co by twojemu profesorowi przyszło ze zmierzenia naszych reakcji? Nabrałby przekonania. którymi interesują się naukowcy. by ucieleśnić elementy procesu kognitywnego świata czarowników. już istniejące i takie. jak energia płynie. Naturalnie. że jesteśmy bandą kretynów. gdyż sam nigdy nie robiłem niczego takiego. Powiedziałem don Juanowi. czego wcześniej nie robiłem. Zwracając moją uwagę na to wszystko. To ty nie potrafiłeś przekazać swojemu profesorowi. To jednak nie jego wina. Myślałem. które zmieniają bieg życia jednostki od środka. Pod koniec drugiego semestru znalazłem się w impasie. by osobistym doświadczeniem jednostki mogło się stać urzeczywistnienie bezmiaru wszechświata. Odrzekł. wykraczający poza okoliczności życia jednego człowieka. że szamani reagują natychmiast na linie wszechświata. szybsi od przeciętnego człowieka. – To po prostu dlatego. że moje przekonanie o tym. że wierzy w to. mówią o rzeczach. które obrzydzały życie zwykłych ludzi. by połączyć ze sobą dwie linie rozumowania: don Juana i profesora Lorki. nawet sam jej twórca. bo tak właśnie jest. że nie miałeś jeszcze czasu na to. Powiedziałem to wszystko don Juanowi podczas jednej z moich wizyt u niego. iż może dokonywać pomiarów procesów poznawczych w odmiennych światach. może z niej korzystać jedynie za pośrednictwem wyobrażenia. Jedyna gratyfikacja dla twórcy to pieniądze. oddalają się. To twoja wina. reagują na ten widok niezwłocznie. źródło problemu miało bardziej uniwersalny charakter. wokół którego obraca się całe życie szamanów. Oszałamiające machiny. że nie ma żadnych szans na to. by robić coś zupełnie innego. Zrozumiałem. Jeśli ten ruch ulega zablokowaniu. który wręcz żądał. – Oczekujesz na konkretną odpowiedź – odpowiedziałem – a mnie nic nie przychodzi do głowy. Można by rzec. Nie istniał żaden sposób. To część ich systemu poznawczego. Nie mogłem sobie przypomnieć niczego konkretnego. Rozumiałem pęd mego wykładowcy do jakościowej i ilościowej analizy badań nad procesami kognitywnymi. przyczyniają się do konstruowania coraz to bardziej skomplikowanych machin. kiedy powiedział mi pewnego razu. które dopiero powstają. a było to coś. że straciłem rozeznanie. Ale tak samo rzecz się miała ze światem don Juana. że to moja ułomność i to ona właśnie uniemożliwia mi połączenie tych dwóch światów. – Ach! – wykrzyknął.projektu. że don Juan umrze ze śmiechu. jak wielką rację miał don Juan. z punktu widzenia postrzegania. że to moja ułomność jest czynnikiem uniemożliwiającym połączenie tych dwóch światów. Zwracał mi wcześniej uwagę na tyle wad. Biegły one po dwóch równoległych torach. – Być może przypomnisz sobie. Opuściłem dom don Juana z większym chaosem w głowie niż zazwyczaj. nie jest zupełnie trafne. Mój proces poznania pozostawał nie zmieniony. która ich zabierze. co ci kiedyś powiedziałem o jednej z największych wad przeciętnych ludzi – powiedział. Szamani widzą we wszechświecie linie. w obszary. które nie mają żadnych odpowiedników w świecie powszednim. Czułem. Oni widzą. Zacząłem rzeczywiście dokładnie analizować koncepcje profesora Lorki. don Juanowi udało się wzbudzić we mnie bardziej dociekliwy stan umysłu. Miałem ów przywilej i mogłem się przyglądać temu. którego nie można było pomierzyć standardowymi technikami kognitywnymi.

Tym kimś jest śmierć. i pokonanych przeciwników. On nigdy nie umrze. by działać niezgodnie z tą świadomością. co jest tak oczywiste? – spytałem. które popychają ludzi do tego. Dodał. na ich cześć organizowano gigantyczne parady. który nigdy cię nie okłamie. by tę świadomość uzyskać i przemienić ją w nieprzemijającą. co powinieneś mieć na uwadze w każdej sekundzie swojego życia. który cię nigdy nie zawiedzie. która nas niszczy jako jednostki i pewnego dnia zniszczy nas jako gatunek. że po to. które wówczas zapadło. oszołomiony rozmiarami naszych wewnętrznych sprzeczności. – Jesteśmy istotami. . o której mówię – odparł – to coś. Profesor Lorca jest do rzeczy. Nawet nie chciałem wiedzieć. demonstrując skarby. nawet by nie wiedział. że wszystko jest efemerydą. że sława i chwała nie trwają długo. Nie było już więcej nic do dodania. niezachwianą pewność. Jeśli odnosimy na jakimś polu zwycięstwa – kontynuował don Juan – nie mamy nikogo. kto szepta im do ucha. Ma swoje miejsce na cmentarzu i pokaźną polisę ubezpieczeniową. Wypełniwszy te dwie powinności. jestem pewien.– Wielka wada. Nagual Julian często mi wspominał – ciągnął – o generałach z czasów starożytnego Rzymu. Machiny te nie są w stanie w jakikolwiek sposób pomóc komukolwiek należycie się przygotować na nieuniknione spotkanie: spotkanie z nieskończonością. o jakich to siłach mówił don Juan. Zwycięzcy generałowie jeździli w swych wojennych rydwanach. a zachowujemy się tak. – Dla mnie to żaden wyczyn ocenić twojego profesora na odległość – kontynuował don Juan. Podkreślił. kiedy mówi – ciągnął don Juan – ponieważ jest przygotowany do precyzyjnego operowania słowem. potrzeba ogromnego wkładu pracy. i nie pozwalają sobie na to. iż są istotami. które zdążają ku śmierci. że nasze zwycięstwa są ulotne. Ale nie jest przygotowany do tego. którą będę ci tak długo powtarzał. Obok nich zawsze siedział niewolnik. których zamienili w swych niewolników. że czarownicy wiedzą. To bez różnicy. Po długiej chwili zastanowienia zrezygnowałem z dalszych prób odgadnięcia. Kiedy wracali do domu opromienieni chwałą zwycięzców. by potraktować poważnie siebie jako człowieka. że zdążył już o wszystko zadbać. – Nie jesteśmy nieśmiertelni. o co mu chodzi. – To nieśmiertelny naukowiec. która zapewni byt jego rodzinie. Dla mnie to kwestia nad kwestiami. Myśli tylko o swojej pracy. jak się do tego zabrać. który musi umrzeć. jak byśmy byli. którego zadaniem było szeptanie im do ucha. I tu właśnie czarownicy są górą. nie myśli już więcej o śmierci. jak bardzo skomplikowane machiny potrafią naukowcy zbudować. które zdobyli. – Pewnego dnia opowiem ci o siłach. – Dlaczego z taką trudnością przychodzi nam przyznać coś. Milczenie. Ponieważ jest nieśmiertelny. że zachowują się jak ostatni idioci. że przewaga czarowników nad zwyczajnymi ludźmi polega na tym. – Tak naprawdę nie jest to wina człowieka – odrzekł pojednawczym tonem. aż zacznie ci uszami wychodzić. To jest ta wada. jedyny. doradca. A jeśli chodzi o jakiekolwiek troski w temacie śmierci. które zdążają ku śmierci – powiedział. było złowieszcze. kto szeptałby nam do ucha. jako istoty zdążające ku śmierci mają kogoś.

– Dostałem to zadanie od samej nieskończoności. abyś wyrównał pewne zadłużenia. po to by móc pójść dalej. dwie przyjaciółki. że mam ubaw po pachy. że tak należy postąpić? – Ja niczego nie wymyślam – odparł rzeczowo. sentymentowi wojownika w podróży. Tak więc nie ociągaj się. Jeżeli ci się nie uda. Ale musisz wykonać jakiś gest. która nie ma końca. nie pozostawiając sobie grosza przy duszy. Wchodziłem do jego pokoju rzekomo po to. nie masz nawet co próbować dalej się ze mną zadawać. Musisz potraktować to zadanie z całą powagą. – To twój ostatni postój przed tym. – O czym ty mówisz. na co się zamierzasz. aby ją udobruchać. Zawsze wiedział. która pozornie podpierała jeden z łuków w suficie. – Czas. ale od czasu do czasu musi sobie łyka pociągnąć. Dopóki wojownik w podróży nie osiągnie pewnego wysublimowanego stanu. które zaciągnąłeś w swoim życiu – rzekł. – Sam to wymyśliłeś. by występować w musicalach na Broadwayu. Podlega sentymentowi najczystszej próby. Patrycja była na kierunku teatralno-muzycznym w college'u i cudownie śpiewała. Czas. wynoszeniem śmieci oraz przygotowywaniem śniadań dla Patrycji i dla siebie. Mieszkałem wówczas w garażu przerobionym na małe mieszkanie w domu rodziców Patrycji Turner. żeby posprzątać. Co? Wizyty u mnie. bo uważasz. że przyszedłeś tutaj po to. gdzie one są. grabieniem liści. ale z elegancją. Będziesz dążył do tego. Oczywista sprawa. Marzyła o tym. które tak wiele dla ciebie znaczyły. o Patrycji Turner i Sandrze Flanagan. była też mniej więcej o głowę . lecz zanim to zrobi. – Ale skąd wziął ci się ten pomysł? – zapytałem. odwraca się i dziękuje tym. Pan Turner piastował wysokie stanowisko w firmie ubezpieczeniowej i pijał do lustra. jak pochłonie cię nieskończoność. które oddawałem w pobliskim markecie. to się grubo mylisz. Nie jest mi łatwo mówić ci to wszystko. Dla wojowników w podróży istnieje tylko walka. nie szczędź wysiłków. który szykuje się właśnie do pogrążenia się w nieskończoności. że zakochałem się w niej po uszy.Podziękowanie – Wojownicy w podróży nie pozostawiają po sobie nie spłaconych długów – powiedział don Juan. Oto ten gest. co posiadasz. że niesamowicie spuścił z tonu. don Juanie? – zapytałem. na co wydasz wszystko. nie istnieje dla nieskończoności. tego się nie da zrobić. miała ciemne włosy i ostre rysy twarzy. do samego końca. to rzecz niezwykle prosta a zarazem prawie niemożliwa. – Twoim zadaniem jest je odszukać. a jest to walka. masz bardzo niewiele do stracenia. którzy byli dla niego łaskawi. było to po kilku poważnych awanturach domowych. – Nie zawracają sobie głowy sentymentami. Napieraj bez litości. Poznałem owe dwie osoby – mówiąc słowami don Juana. że zamkniesz ją złotym kluczem. a potem do jego pokoju. Pan Turner wyznał mi. ukłon w stronę nieskończoności. w rzeczywistości była to wydrążona w środku atrapa. które tak wiele dla mnie znaczyły – w college'u. To będzie symboliczna spłata. Musiałem przemycać trunki do środka i ukradkiem wynosić stamtąd puste butelki. których źródłem było spożywanie przez niego zbyt dużych ilości alkoholu. woziłem panią Turner na zakupy i kupowałem mocniejsze trunki dla pana Turnera. abyś je odszukał i ofiarował im coś. że już nigdy więcej nie tknie kieliszka. żeby odnaleźć spokój. Don Juan przerwał. don Juanie – odezwałem się. którzy mu sprzyjali. Byłem też domowym majstrem od wszystkiego i szoferem rodziny. gotów niemal do sprzeciwu. Będziesz musiał kupić dwa prezenty. W swoich poszukiwaniach nie możesz pominąć żadnej ewentualności. albo utratę szansy na to. Ale ja stracę ciebie. Ta misja spłacenia twoich długów nie podlega żadnym znanym ci uczuciom. To. – Nie wiem. Była szczupła i wysportowana. W zamian za pokój i wyżywienie zajmowałem się sprzątaniem basenu. Powodzenie twojej misji więcej dla mnie znaczy niż dla ciebie. to się grubo mylisz. Opowiadałeś mi o swoich dwóch przyjaciółkach. Jeśli ci się zdaje. a to oznacza albo utracenie ciągłości mojej linii. Też mi coś. które musiałem szmuglować do domu. ale tak naprawdę chowałem alkohol w belce. Jeśli nie będziesz w stanie przekroczyć tego progu. na jaką zasługuje – kontynuował. by przekroczyć próg osobistego długu i za jednym zachodem się wyzwolić. Wcześniej przyrzekł rodzinie. albo że jest to okres wyciszenia w twoim życiu. – Nie żebyś był w stanie kiedykolwiek spłacić swój dług do końca. patrząc na twoją udrękę. że wojownicy w podróży to pragmatycy – ciągnął. nostalgią ani melancholią. Jeśli myślisz sobie. – Ciągle ci powtarzam. kiedy moje napięcie zaczynało sięgać zenitu.

które jej ojciec dostawał w prezencie od wielkich szych dużego ekranu.]. gdyż byłem bardzo wybredny. ale bardziej krępa. Zazwyczaj wszędzie chodziliśmy z najlepszą przyjaciółką Patrycji. że chciałem. Po chwili obie dziewczyny wychodzą do toalety. Ma dość pieniędzy. Potem obie wyszły do toalety. z zaróżowionymi policzkami i zmysłowymi wargami. że jej tato ufa mi bez żadnych zastrzeżeń. najprostszej rady: jak się zachowywać w kinie. a kiedy wróciły. najwyraźniej w stanie niczym nie zmąconego szczęścia. który mieliśmy. Sandra była całkowitym przeciwieństwem Patrycji. W ukłonie dla Patrycji wziąłem na siebie te same obowiązki w domu rodziców Sandry. Potrafiła zjeść i wypić wszystko – i potem jeszcze to strawić – oraz zrobić coś. co sprawiło. ale twarz miała okrągłą. był zdania. i nikomu nic nie podpada. ale Sandra mnie powstrzymała. a może z nieskrępowanego zachowania tych dwóch dziewcząt – dość. upokorzona i wściekła jak osa. Codziennie zabierała mnie do kina. Pewnego razu bezczelny młodzian rzucił komentarz. A mnie się to podobało. a była to rzecz. Była tego samego wzrostu. – Niech idzie – powiedziała z jadowitym uśmieszkiem na ustach. Nie mogłem nawet otworzyć ust bez jej zgody. – To duża dziewczynka. Następnie przystąpiłem do realizacji zaleceń Nicholasa van Hootena. Pan Turner sam nigdy z nich nie korzystał. Patrycja nie miała żadnych oporów. która mieszkała obok nas z rodzicami. jak się wyraził. wynosiłem przed dom odpadki w dniu wywożenia śmieci oraz paliłem gazety i inne rzeczy. Wstała i wyszła. potrzebę opiekowania się drugim człowiekiem. że obnoszenie się z darmowymi biletami uwłacza jego godności. gdy należało cokolwiek podpisać. (przypis tłum. Rozpoczął od udzielenia mi. Miała darmowe bilety do wszystkich większych kin w Los Angeles. Poszedłem za jego radą i wybrałem się z Patrycja i Sandrą do kina na Fairfax Avenue w Los Angeles. Usadziłem Patrycję po swojej lewej stronie i ona też pochłonęła całą moją uwagę. by się ktoś mną opiekował. gdy spostrzegła. Chciałem pobiec za nią i ją przeprosić. Miał on dwie dziewczyny i z obiema mieszkał pod jednym dachem. nie sądzę. gdzie wyświetlano filmy nieme. jeżeli się ma dwie dziewczyny. gdzie siedziała uprzednio Betty.wyższa ode mnie. Zapewnił mnie. Anna siada tam. ale Patrycja nie zdzierżyła tak absurdalnej sytuacji. Śpiew w ogóle jej nie interesował. W kinach zawsze wymagano. że to pierwszy krok w długim procesie przełamywania niechęci obu dziewczyn do zaakceptowania trójkąta. tęższa. a gdy ja podpisywałem się za niego. W tym właśnie czasie zanieczyszczenie powietrza w Los Angeles wzrosło z powodu rozpowszechnienia się podwórzowych pieców do palenia śmieci. na którą sam nigdy bym się nie zdobył. by wziąć taksówkę do domu. a po powrocie on każe im zamienić się miejscami. gdyż nie wpuszczono nas na “Herkulesa" ze Stevem Reevesem w roli głównej. Ceniła jedynie przyjemności fizyczne. by taka potrzeba kiedykolwiek była częścią mojej natury. na jaki tylko stać człowieka – ale Turd [slang. który niesamowicie go rozbawił – mnie zresztą również – choć Patrycja strasznie się wściekła. Sandra również była wysportowana. zgrabiałem liście z trawnika. czytała podręczniki i dawała mi streszczenia. Być może wynikało to z bliskiego kontaktu. całą swoją uwagę skupia zawsze na tej. Uwielbiałem to. nie byli przekonani i żądali pokażą nią prawa jazdy. oklepanego francuskiego wyrażenia: menage a trois. Tę uwagę byłbym w stanie przeżyć. Powiedział mi. była chodzącym okazem zdrowia. Pisała nawet moje prace semestralne. mojego znajomego o nazwisku Nicholas van Hooten. ale spotkało nas jeszcze straszliwe upokorzenie. których podjąłem się u jej rodziców: sprzątałem basen. Została moją mamusią. oburzona. Obserwowała mnie jak kwoka swoje pisklęta. Uwielbiałem jej towarzystwo. która siądzie po jego lewej stronie. Nicholas nie był zbyt oryginalny i użył znanego. Zadowoliłem się tym stwierdzeniem i zostałem w kinie. kazałem im zamienić się miejscami. bym oszalał na punkcie kobiety. Potrafiła walnąć pięścią jak mężczyzna i kopnąć jak koń. by osoba okazująca taki bilet podpisała pokwitowanie. gdy wybiera się do kina ze swymi przyjaciółkami. co stanowiło decydujący warunek tego. stało się to jasne zwłaszcza wówczas. choć nie dlatego. że ostatecznie byłem do szaleństwa zakochany w jednej i drugiej. Zaspokajałem chyba jakąś jej głęboką potrzebę. że zawsze. Po radę udałem się do bardzo dziwnego młodzieńca. że nie nazywasz się Turner – powiedział z tak chamskim uśmiechem. Sandrą Flanagan. że ona to robi. całując się z Sandrą – nerwowo i z . – Coś tak mi się zdaje. ale czasem upierdliwi pracownicy kina wymagali podpisu pana Turnera. – gówniarz. że zupełnie straciłem dla niej głowę: po wylizaniu swojego talerza dawała jeszcze radę zrobić to samo z moim.

Twoje poczucie własnej ważności nieomal całkowicie się zniszczyło. Zacząłem od wypytywania osób. jak rozwiązać kwestie uczucia. – I czy jest dziś słabsza. Nie miałem z kim porozmawiać. gdzie są. którymi opatrujesz te wspomnienia. don Juan nie będzie jedynym człowiekiem. wolny od gniewnego echa wyrzutów czy użalania się nad sobą. było niewłaściwe. które w sobie nosiłem. W wyniku tego trójstronnego związku w końcu niemal całkowicie zniszczyliśmy się nawzajem. Ostatnie zalecenie don Juana brzmiało. nie miałem nawet cienia wątpliwości. czynią ich niemal lekkimi jak powietrze. gdy poczułem. Patrycja. z hukiem wyrżnęły w rząd krzeseł za nami. Rada Nicholasa van Hootena miała dla mnie opłakane skutki. wolny od egoizmu. Uzmysłowiłem sobie. iż wszystko. Akty tej natury dodają wojownikom skrzydeł. że wszyscy troje byliście nieuleczalnymi egocentrykami. Wspomnienie Patrycji Turner i Sandry Flanagan wtrąciło mnie w straszny nastrój. Jeśliś siebie wart – ciągnął dalej – kiedy ofiarujesz im prezenty. że przecież dziewczyny . Mogłem pozwolić sobie jedynie na spędzenie z nimi czasu niezbędnego do naprawienia krzywd. na które absolutnie nie byłem przygotowany. że to ostatni raz na tej Ziemi. które – mówiąc słowami don Juana – pozostają w nas przez całe życie. usiłując ukoić moją tęsknotę. że nawet jeśli rzeczywiście uda mi się je odszukać. Ja również coś utracę i będzie to dla mnie równie ważne jak to. – Tym razem obejmij je ze swojego milczenia – powiedział. do otoczenia każdej z nich całą głębią uczucia. Po raz ostatni obejmij je całkowicie. że jeśli nie wyjdę z tej próby zwycięsko. Ale potem pomyślałem sobie. było silniejsze niż kiedykolwiek przedtem. Powiedziałem mu. że wiem. Wyjechałem z Los Angeles i imałem się najróżniejszych zajęć. które im wyrządziłem. Idąc za radą don Juana. Bez cienia przesady i najzupełniej szczerze mogę powiedzieć. – Co było niewłaściwe – powiedział don Juan – to to. Próbowaliśmy potem rozwiązywać sytuację niezwykle dziwacznymi obietnicami i łzami. które może mieć dla ciebie kolosalne znaczenie: usuń ze swych wspomnień dotyczących tych dwóch dziewcząt wszelkie komentarze. – Nie. Zamierz to z głębi swej mroczności. powinności i społecznych norm zachowania. że ktoś ciągnie mnie od tyłu za włosy. Byłem właśnie w trakcie namiętnego pocałunku. dokąd się udali. Nic. niż była wówczas? – spytał don Juan. Musiałem odnaleźć Patrycję Turner i Sandrę Flanagan. co się z nimi stało. Nie byliśmy przygotowani na coś takiego. To była Patrycja. pełny melodramat. które dręczyło mnie przez te wszystkie lata. Jeżeli tracisz poczucie własnej ważności. Zrób mi tę przyjemność – kontynuował – i wykonaj proste. – Nie bądź jak ostatnia dupa. który prześladował mnie od wielu lat. Pewnego dnia nasze wzburzenie osiągnęło punkt kulminacyjny i gnani krańcową desperacją wszyscy troje rozproszyliśmy się w trzech różnych kierunkach i już nigdy więcej się nie spotkaliśmy. co zrobiłem. że są takie rzeczy. nie mogę z nimi zostać. że wierzyłem wówczas. zamierz. co robiłem. Nasz rząd siedzeń nie był solidnie przymocowany i przechylił się w tył. nigdy nie udałoby mi się wyzwolić z dręczących mnie koszmarów. dwukrotnie podsumujesz swoje życie. Gdyby nie pojawienie się don Juana obok mnie i w moim życiu. Wysportowana Patrycja zdążyła odskoczyć. Zastanawiałem się. nim siedzenia. iż nie miałem prawa angażować tak wspaniałych kobiet do nikczemnych i idiotycznych wybryków. Usłyszałem przerażone okrzyki dwóch osób. Czułem się zdruzgotany. Podjąłem się gigantycznego zadania wyjaśnienia. nieskomplikowane ćwiczenie. co jest ważne dla don Juana. przy przejściu. nie było w stanie osłabić ich wpływu na moje życie. Jeżeli nie czułbyś się wówczas taki ważny. don Juanie. który poniesie klęskę. pozostają same uczucia.poczuciem winy. a one nie były w stanie zostawić mnie. Stracę szansę stawienia czoła nieskończoności z pełną tego świadomością. co pozostałoby na samym dnie twojej duszy? – Moja bezwarunkowa miłość do nich – odparłem ze ściśniętym gardłem. Gdy don Juan jeszcze bardziej tę ranę rozjątrzył. a może nawet dłużej. Nie wiedzieliśmy. Sandra i ja wróciliśmy do domu w absolutnym milczeniu. typu “powiedziała mi to i tamto i zaczęła wrzeszczeć. Ich rodzice wyprowadzili się już z Los Angeles i nikt nie potrafił udzielić mi żadnej wskazówki. czy nie zamieścić ogłoszenia w prasie. Ale zamierz to. które znały ich rodziców. Nie byłem w stanie zostawić żadnej z nich dla drugiej. potraktowałem bardzo poważnie to zadanie. na których siedzieliśmy. które siedziały na końcu rzędu. iż spadłem w najgłębsze czeluście piekieł i już nigdy się stamtąd nie wydostanę. moralności. nie jest – odpowiedziałem z całkowitą szczerością i poczułem znajome szarpnięcie bólu. Druzgoczące poczucie niepowetowanej straty. i druga też zaczęła wrzeszczeć na MNIE!" i pozostań na poziomie swoich uczuć.

że chociaż okoliczności rzucają mnie w najrozmaitsze kierunki. Sandrą otworzyła i spojrzała na mnie takim wzrokiem. – Proś mnie o cokolwiek i jeśli tylko będzie to w mojej mocy. poza tym. i że wybieram się w podróż. – Wspaniałe w tobie jest to. ale tylko po to. Przedtem obiecałem jej. Jeżeli chcę do czegoś dojść. i tak dalej. Don Juan miał rację. Mieszkały w Nowym Jorku. powinna wiedzieć. – To było stwierdzenie metaforyczne – uspokoiłem ją. czego by ode mnie chciała. Zaczęła szlochać i śmiać się na przemian. energiczniejsza. że jej ulżyło. do której dojeżdża się pociągiem. przecież to. Przykro mi.mogły się wynieść poza granice Kalifornii. czym się zajmuje. Nalegałem. czy w kierownictwie. że nigdy nie miałeś niczego i nigdy nie będziesz miał. Nie dałem jej szansy mówić dalej. trzymając się za ręce i płacząc. Dzięki swoim znajomościom w najrozmaitszych biurach i urzędach ustalił ich miejsce pobytu w ciągu dwóch tygodni. znacznie uspokojona. zachowam jaw pamięci do końca życia. ciągle cię kochamy. że jesteś parkingowym. żyjesz na utrzymaniu różnych kobiet i tak dalej. jakby niezdolna do wyartykułowania mojego imienia. Pocałowałem ją w obie dłonie i owładnęło mną całkowicie przytłaczające uczucie. to. tak samo jak kiedyś. to. to wszystko. Pozwoliła mi wejść i usiedliśmy w pokoju gościnnym. Słyszałem. – Jeśli nie będzie ci się podobać. – Nie możesz tu zostać! Jestem mężatką! Mam trójkę dzieci! I jestem bardzo szczęśliwa w małżeństwie. by z pewnej odległości przyglądać się scenie. Pojechałem tam i najpierw zająłem się Patrycją Turner. gdy przynoszą jej do biura futro z norek. która przenikała mnie aż do szpiku kości. Mieszkała w jednej z podmiejskich dzielnic Nowego Jorku. Nie udało jej się zostać gwiazdą na Broadwayu. który wyraziłby moją wdzięczność. być może dlatego. czy w charakterze wykonawcy. Oświadczyłem jedynie.. kupię ci to. a może nawet dłużej. że jej mąż jest . Następnie pojechałem się zobaczyć z Sandrą Flanagan. jak mi przepowiadał don Juan. – Trafiłeś na żyłę złota? – spytała. że była znacznie większa. – Co planujesz? Jesteś chory? Nie wyglądasz na chorego. Moje milczenie było absolutne. Nie chciałem wiedzieć. Otwarłem starą ranę. Musiała wracać do pracy. jeśli zaś tak się nie stanie. Wyobrażamy sobie. jakby zobaczyła zjawę. niedaleko od siebie. W końcu udzieliło się i jej. śmiejąc się. ponieważ chciałbym jej ofiarować jakiś prezent. Z twarzy odpłynęła jej cała krew. że jeszcze kiedyś przyjadę ją odwiedzić. Wyrzucając z siebie słowa niczym z karabinu maszynowego. Zapukałem do drzwi. – jąkała się. I rzeczywiście – przyjechałem do jej biura raz jeszcze. Ta część mojego zadania była wypełniona. i przyjaźniły się jeszcze bardziej niż przedtem. co robię. Nie powiedziała mi. Z wyglądu wcale się nie zmieniła. Poczochrałem jej włosy i powiedziałem. że przyjechałem się z nią zobaczyć. Wyglądało na to. – No nie. – Skąd te złowieszcze słowa? – spytała z widocznym zaniepokojeniem. aby mi powiedziała. – Co ty tutaj robisz? – zapytała. objęła mnie. jak piszczy z zachwytu. silniejsze ode mnie. Rozmawiamy o tobie z Sandrą niemal codziennie. Patrycjo – odezwałem się. z której nie zamierzam już wracać. Odwiedziłem ją w jej biurze. odniesiesz do sklepu i dostaniesz pieniądze z powrotem – powiedziałem. dojrzalsza i bardzo elegancka. nad ziemią unosiła się delikatna mgła. Ja też jej nie powiedziałem. że kupię. Pociągnęła nosem i przez chwilę sprawiała wrażenie oburzonej i nadąsanej.. będę musiał poświęcić się temu całkowicie. o czym zawsze marzyła. że nabrała kształtów i była wielka jak dąb. Siedzieliśmy tylko. – A kupisz mi futro z norek? – zapytała mnie pomiędzy jednym szlochem a drugim. więc rozstaliśmy się. ale nic na to nie poradzimy. Konkurencja jest zażarta. Na dworze w zasadzie nie padało. – Wracam do Ameryki Południowej i tam chcę zdobyć fortunę. Wyszedłem z budynku. – Chciałbym ci sprawić jakiś prezent. Ostatecznie musiałem wynająć prywatnego detektywa. ale pracowała przy produkcji. Pozbawiony wyrzutów miałem jedynie uczucia. ale nie byłem lekki jak powietrze. a warunki bardzo trudne. Była zaszokowana moim widokiem. Była piękniejsza niż kiedykolwiek. Zaśmiała się i uderzyła mnie pięścią. która zaczynała krwawić. opowiedziała mi.

że zamierza przejść na ścisłą dietę i gdyby wiedziała wcześniej. do którego mógłbym nasikać. jadąc za nim. I to. Tworzenie tytułów było jego specjalnością. to tylko i wyłącznie rezultat folgowania sobie i użalania się nad sobą. Moim za to ulubionym. – Porzuć wyobrażenie. że nie jest zmysłowy i ona musi bardzo uważać. ale dla niej to bez żadnego znaczenia. które w moim odczuciu zakończyło się połowicznym sukcesem. choć zgodne z jej zmysłową naturą. czego by sobie życzyła. W pociągu do Nowego Jorku i później w samolocie do Los Angeles czułem przede wszystkim to. Powiedział. to wybryki młodości. Byłem Rodrigiem Cummingsem i byłem uwięziony w czasie i przestrzeni. ze wszystkimi bajerami. – Możesz mi kupić duże kombi. to. inny zaś My się nigdy nie zmienimy. który miał chyba na imię Herbert. zapewniając przez cały czas. że jest piękniejsza niż kiedykolwiek przedtem. co było najprawdziwszą prawdę. które nigdy nie powstaną. co pozostało na samym dnie mojej duszy. Przez głowę przemykały mi bezustannie tytuły. Była to reakcja czysto fizyczna. symbol mojej wdzięczności i niegasnącego uczucia. że – jak wszyscy moi przyjaciele – umrę w Hollywood. żeby się z tobą pożegnać – rzekłem – i powiedzieć ci. Zastanawiała się nawet. Ale zrobi to teraz i następnym razem. kiedy się kochają. – Przyjechałem tutaj. Kiedy spytałem ją. co przeżyliśmy razem. że zostałeś zraniony. i wspomniała. że łatwo choruje i czasem nie może iść przez to do pracy. które mój przyjaciel Rodrigo Cummings wymyślał dla książek. zaczęłaby ją już dawno temu. z zaparkowanego dyskretnie na uboczu samochodu słyszałem okrzyki jej zdumienia. jak trudno było mija odszukać. że moje życie ulatuje. że ofiarowałem im obu ostatni prezent. rzeczywiście kochałem te dwie kobiety ponad życie i wiedziałem. Starałem sieją uspokoić. co odczuwam. bo tak po prostu zostałem skonstruowany. nie obdarzonym może wielką wyobraźnią. ale później w swoich dzieciach odnalazła pociechę. których śladów nigdy się nie uda całkowicie zatrzeć. której echo słyszałem wewnątrz siebie. Chciałbym ofiarować ci jakiś symboliczny prezent. Powiedziałem jej. ale że udało mu się spłodzić z nią trójkę pięknych dzieci i że po trzecim dziecku jej mąż. więc trzeba je przykryć dywanem. czy istnieje taka rzecz. której potrzebowała. że dostała prezent. że to. będzie tak szczupła jak zawsze. przez które wspólnie przeszliśmy. że nie dlatego. Chciało mi się płakać. Wyglądała na głęboko wzruszoną. i że chcąc się pożegnać i podziękować – i to naprawdę szczerze i na dobre – czarownicy muszą dokonać wewnętrznej przemiany. że podziękowałem im i pożegnałem się z nimi. Płakała. że z pewnością nigdy by mnie nie było stać na to. było odczuciem. nad popełnieniem samobójstwa. Don Juan bezwstydnie zlekceważył moje osiągnięcie. Wręcz przeciwnie – nieznośny ciężar tego dziwacznego uczucia był większy niż kiedykolwiek. musiał po prostu dać sobie spokój.bardzo solidnym człowiekiem. roześmiała się i powiedziała dokładnie to samo. Uśmiechnęła się szeroko. szloch osłupienia. szloch bólu. Opowiedziałem. – Chcę pontiaca albo oldsmobile'a. do którego zmieściłyby się wszystkie moje dzieci? – zapytała. Zaśmiała się i odrzekła. kiedy ją odwiedzę. Nie czułem się w jakikolwiek sposób wyzwolony czy odmieniony przez to. Ale było mnie stać. że nie mam zamiaru zmieniać jej życia ani w jakikolwiek sposób się jej naprzykrzać. jakie piętno to na niej odcisnęło. Nalegałem. – Natychmiast porzuć to użalanie się nad sobą – rozkazał. Przedstawiłem to wszystko don Juanowi w sprawozdaniu z mojego przedsięwzięcia. i nigdy nie będę go miał. Prowadziłem samochód dilera. Przerwa pomiędzy przednimi zębami nadawała jej dziecinny wygląd. iż się do niej wybieram. co wcześniej Patrycja Turner: że nie mam nawet własnego nocnika. Ulubiony brzmiał Wszyscy umrzemy w Hollywood. jej zaskoczenie jednak. Powiedziała to przekonana w głębi duszy o tym. że jesteś miłością mojego życia. gdyż bardzo szybko się męczy. tak jak kiedyś. śmiejąc się. którą mógłbym jej ofiarować jako symboliczny wyraz mojej wdzięczności i uczucia dla niej. nie było wyrazem zachwytu. Wszystkie te tytuły kotłowały mi się w głowie. ale wiedziałem. ulatuje ze mnie niczym przesypujący się pomiędzy palcami piasek. który kupiłem od niego za dziesięć dolarów. że to się nigdy nie zmieni. że przyjechałem w odwiedziny tylko na chwilę. Nie ma już między nimi “tego czegoś". Zapadłem się jeszcze bardziej w siedzenie. był Grzeszny żywot Rodriga Cummingsa. pomimo swej głębokiej wiary. ale dobrym. Nie w duchu wskrzeszania czegokolwiek ani ranienia kogokolwiek – w tym samego siebie – . a co pozostanie na samym dnie twojej duszy? To. by zrobić jej podobny prezent. Wyrażała w ten sposób tęsknotę. gdy ten następnego dnia podjechał pod jej dom dużym kombi. żeby mi powiedziała. Kilkakrotnie nawiązywała do piekła.

ale dokładnie w takim. . jak powiedział kiedyś. co wywarło na niego wpływ. co kocha. jest zachować żywe wspomnienia tego. dla którego jedyną drogą ku temu. jest ten właśnie magiczny czyn: zachować w swym milczeniu to wszystko. którego jedyną cnotą. by podziękować i się pożegnać. na jaki don Juan starał się zwrócić moją uwagę: w duchu wojownika w podróży.

Byłem tak otumaniony. jak się troszczyć o własne sprawy. co żywo protestowało. potrząsając mnie za ramiona. dopiero wówczas. botanika i farmaceuty. don Juanie? – spytałem go od razu. – O jakim wyzwaniu mówisz. polega na tym. Don Juan maszerował równym tempem przez długie godziny. że wybieramy się na ekspedycję w góry. ale uciszył mnie. następnie wyszliśmy z domu i skierowaliśmy się na wschód. niż prawdziwe wyczerpanie. – Dość już leżałeś – powiedział stanowczo. co mówili nauczyciele i co z nimi robili. Spostrzegłem już wcześniej. Uczniowie tych. że ich technika ma dalekosiężne skutki. – Nadszedł czas. Trzeba było potwornych społecznych przewrotów – podbojów i sromotnych klęsk – by dawni czarownicy uzmysłowili sobie. w stronę gór. – Nie. bardziej katastrofalne. don Juanie? Mieszka tu. a zaczęło się od prostej techniki. przed którym stanąłem. który połknąłem. – Nie folguj sobie w zmęczeniu. Wyzwanie. hola. którym udało się przeżyć. Chodź. iż jest wcześnie rano. że nie miał najmniejszego zamiaru dawać mi żadnych próbek. don Juanie? – Tak – odparł sucho. gdzie będziemy szukać pewnych roślin. myślał co innego. – W ogóle dla czarowników czas jest sednem wszystkiego. gdy zawracano mi głowę.Klucz Byłem w domu don Juana w Sonorze. gdzie mieszka i jak się poznali. aż się rozpadnie. Kiedyś się poznacie. że w niezwykle krótkim czasie muszę wtłoczyć w . Technika ta miała równie dużą wartość dla ich uczniów: pozwala im zapamiętywać. że zorientowałem się. hola! – odparował don Juan. – Teraz liczy się tylko czas – ciągnął. W końcu zatrzymał się i usiadł po zacienionej stronie podnóża. Nie spałem praktycznie przez całą noc. kiedy mówił “jak najbardziej". w Sonorze? – zapytałem. – Co zrobisz z roślinami. przejdziemy się. żeby powiedział mi o nim coś więcej. – Nazywa się rewizją życia – odparł. że naszym zadaniem na ten dzień jest po prostu marsz. Gdy przybyli tutaj Hiszpanie. – To było tylko na dokładkę. Bardzo mnie zaintrygował ten jego znajomy czarownik i poprosiłem. gdy zawracają ci czymś głowę. – Spokojnie. niemal gburowato. Wiedzieli. Przedtem były inne przewroty. – Czy jest czarownikiem. – Są dla jednego mojego znajomego. która miała im ułatwiać zapamiętywanie tego. Don Juan przygotował już wcześniej posiłek. zdążyli do tamtej pory zejść do podziemia. spokojnie! A ty co? Bawisz się w profesora Lorce? Chcesz badać jego system poznawczy? Zapuściliśmy się głęboko pośród jałowe podnóża gór. – Czy jest Yaqui. Było oczywiste. czy mógłbym zabrać kilka gatunków roślin do identyfikacji w Ogrodzie Botanicznym Uniwersytetu Kalifornijskiego w Los Angeles. gdy dostrzegłem słońce. jakbym nie jadł od kilku dni. gdy wyruszyliśmy. które zbierzemy. – Mówisz o konkwiście Hiszpanów. – Nie – odparł. Pomyślałem sobie. ewentualnie opisał go. dumając nad rzeczami. które wisiało tuż nad łańcuchem gór na wschodzie. – Dawni czarownicy nazywali to przywoływaniem z pamięci wydarzeń swojego życia. gdy wyrwał mnie z głębokiego snu. jakby powstrzymywał narowistego konia. Robi z nich wywary lecznicze. dawnych czarowników już nie było. żeby zawracano ci głowę. Spytałem go wówczas. Wbrew mojej najszczerszej niechęci wstałem i poszedłem za nim. Don Juan miał rację. w swoim łóżku. Coś w tobie nie cierpi. które mi wcześniej tłumaczył. Ale jest niezwykle ważne. metody. nie jest Yaqui i nie mieszka w Sonorze. co robią i co mówią swoim uczniom. don Juanie? – zainteresowałem się. Było we mnie coś. don Juanie? – zapytałem. – Jak najbardziej. Powiedział. że zawsze. – Nie są dla mnie – odrzekł z szerokim uśmiechem. Chciałem spać całymi dniami i nie myśleć już więcej o magii don Juana. żebyś drażnił tę część siebie tak długo. byś zmierzył się z największym wyzwaniem magii – rzekł. Twoje zmęczenie to bardziej niechęć do tego. – Hola. interesowało mnie. że spałem przez całą noc w jednej pozycji. To właśnie ten nowy chów czarowników nadał starej technice dawnych czarowników nazwę rewizja życia. Chciałem powiedzieć don Juanowi. jak najbardziej! – odrzekł.

by moje wspomnienia cofały mnie w dowolny okres. a kończąc na dniu. Zakochałem się w Uniwersytecie Kalifornijskim. Wyczuwałem w tych budynkach tyle nadziei. poczynając od teraźniejszości. więc zacząłem płomiennie tłumaczyć. kiedy zacząłem uczęszczać na zajęcia na Uniwersytecie Kalifornijskim w Los Angeles. w jaki czarownicy przeprowadzają rewizję życia. Tę przestrzeń trzeba stworzyć. która psuła moją ekstazę. cofając się aż do samego początku jego życia. Chciała studiować muzykologię na uniwersytecie. co robisz. Rozumiesz. ale miałem wrażenie. Była to rozkosz dla moich oczu. spytała mnie. Pozwalałem. co jej dotyczy. gdzie jest kampus. jak to powiedział. Na przykład. że nie miałem w ogóle pojęcia o istnieniu w Los Angeles Uniwersytetu Kalifornijskiego. tyle obiecującej . Jej samolot wylądował wczesnym wieczorem. że jestem autentycznie pod wielkim wrażeniem piękna otoczenia. Sposób. do cholery. Wspomniałem też don Juanowi. aż do pewnego wieczoru. ale ułóż ją w kolejności. Była wówczas przerwa międzysemestralna. – Podziel ją według lat. Zazwyczaj moja rewizja życia rzucała mnie w najróżniejsze kierunki. że widzę coś tak pięknego jak jeszcze nigdy w życiu. że jeśli chcesz coś gdzieś wprowadzić. co ich dotyczy. W zamiarze bardzo krótka wizyta na wydziale muzycznym przekształciła się w obszerny obchód całego kampusu. na których się natknęliśmy. rozpoczynając od ostatnio poznanej osoby. w którym przyjdzie jej spędzić kolejne cztery lata życia. Kampus był opuszczony. powietrze wdycha się powoli i świadomie. jeżeli będą zbyt gwałtowne. po których trzeba spowolnić oddychanie. że jedyną rzeczą. podziel ją tak. o której zupełnie zapomniałem. – Jeżeli jesteś po brzegi wypełniony elementami powszedniego życia.ciebie wszystko. że próbujesz po prostu zaimponować mojej przyjaciółce swoją wrażliwością! Wcale tak nie było. że dzięki rewizji życia można taką przestrzeń stworzyć. Nieliczni studenci. bo chciałaby rzucić okiem na miejsce. Wiedziałem. musisz mieć na to miejsce – powiedział. don Juanie. można znaleźć? – wrzasnęła. robić męczące oddechy. czy mógłbym ją zabrać do kampusu. muszę stworzyć w tobie niezbędną przestrzeń. a kończąc na mamusi i tatusiu. skierowali nas do wydziału muzycznego. przechylając powoli głowę z prawa na lewo w ledwo dostrzegalnym ruchu. Technika polega na jednoczesnym przypominaniu sobie zdarzeń z przeszłości i oddychaniu. rozumianej jako zagadnienie abstrakcyjne. że pedantycznie analizuję wydarzenia z mojego życia i że bardzo wielką trudność sprawia mi stosowanie się do sztywnej reguły. Sam natomiast świadomie trzymałem się ogólnych ram czasowych. To jedna z wielu jej ról. widziałeś już wszystkie. a mianowicie to. by przypominać sobie każdą osobę po kolei. po czym wydycha się w ten sam sposób. kiedy do miasta przyjechała koleżanka z pokoju mojej dziewczyny z czasów college'u i pojechaliśmy odebrać ją z lotniska. Lepiej zaczynać od chwili obecnej. Budynki uniwersytetu zdawały się jakby ożywione jakąś własną energią. – Jakbyś nigdy w życiu nie widział kampusu uniwersytetu! Jak widziałeś jeden. ponieważ w drodze na plażę przejeżdżałem obok wejścia na jego teren od strony Sunset Boulevard mnóstwo razy. zdenerwowanej tym. Nigdy jednak nie byłem po drugiej stronie ogrodzenia. że wdechy i wydechy powinny być naturalne. których czarownik w życiu spotkał. jest bardzo sformalizowany – ciągnął. ponieważ wspomnienia z teraźniejszości są świeże. Powiedziałem don Juanowi. każdy szczegół. jak ci się podoba. że uparłem się. zawodów. – I co ja mam teraz. I to naprawdę wszystko. było rozdrażnienie mojej dziewczyny. A potem przypomnij sobie wszystko. poczynając od chwili obecnej. człowiek zacznie. i w ten sposób można stopniowo szlifować umiejętność przypominania. o co mi chodzi? Czarownicy minionych epok byli przekonani. – I co tu takiego. ale pozwalałem na to. z tym wszystkim zrobić? – zapytałem. uzmysłowisz sobie. że odkryłem wcześniej dziwną rzecz. aby jednak tego dokonać. rozpocząłem od osób z wydziału antropologii. Po sporządzeniu listy bierze się z niej pierwszą osobę i przypomina sobie wszystko. – Zaczniesz dzisiaj sporządzać własną listę – odrzekł. nie ma w tobie miejsca na nic nowego. don Juanie? – Mądrość magii głosi. Kiedy będziesz posuwał się do przodu. protestując przeciwko mojej propozycji. Coś tak mi się zdaje. by obejść cały kampus. – Jaką przestrzeń? Co ty mówisz. Powiedział. by same zdarzenia decydowały o przebiegu moich wspomnień. Podczas kolejnej wizyty w domu don Juana powiedziałem mu. cofając się w przeszłość. – Należy do niego sporządzenie listy wszystkich ludzi. by uspokoić mięśnie. co musisz wiedzieć o magii. Oto cała filozofia.

czterdzieści godzin w tygodniu! Zobacz sobie. Powiedziałem don Juanowi o moich rozmyślaniach. co stało temu na drodze. który odnosi się do rewizji życia. że otaczający nas wszechświat składa się z pól energii w formie świetlistych nici. – Ty klasyfikujesz wszystko przez całe życie. nie podejmując jakichkolwiek prób ich klasyfikacji czy wartościowania na podstawie założonego z góry standardu. co możesz osobiście uczynić z chmurami. którego należy się spodziewać w przypadku każdej z nich. strumienie. że chciałbym się tutaj uczyć. twoja klasyfikacja ożywa i tobą steruje. że podnosi z dna wszystkie odpady naszego życia i wynosi je na powierzchnię. – Twoja reakcja była jak najbardziej usprawiedliwiona. czy wiesz coś o chmurach. wściekła się jeszcze bardziej. że będę studiował na Uniwersytecie Kalifornijskim w Los Angeles. że to głupie tak myśleć. które przeraziły mnie nie na żarty. posępnej zadumy. że owe pola energii układają się w ciągi świetlistych włókien. – Po naszej wyprawie do kampusu rozeszliśmy się. był to pierwszy raz w moim życiu. Kilka dni temu. że nigdy nie widziałem piękniejszego miejsca. Wyjaśnił mi. – Idź do roboty! – wrzasnęła. cechy. zacząłem sobie wyrzucać swoje zachowanie. Następnie don Juan wprowadził mnie w zawiłości zagadnień świadomości i postrzegania. gdziekolwiek się zwrócili. kiedy cię spytałem. To nie są drzewa. że rozdrażnienie mojej dziewczyny było dla mnie tak wielkim zgrzytem. które są stałymi. Widzieli też. jakby była utkana z babiego lata. zachowuję się obsesyjnie i arogancko. doszło do twojego starcia z intencją. Byłeś prawdziwym meteorologiem. Wojownicy w podróży nie pozostawiają po sobie żadnych śladów. kiedy czyjś komentarz wywołał moją tak głęboką reakcję. w którym się znalazłem. dawni czarownicy nazywali mrocznym morzem świadomości. – Zobacz sobie. – Dotyk wojownika w podróży jest bardzo delikatny. Na początku powiedział. lecz z czasem staje się niczym dłoń ducha. których pod żadnym pozorem nie powinienem brać za teorie czarowników. – Chyba bardzo ostro ją osądziłem – powiedziałem do don Juana. Zamierzałeś tam być. że dawni czarownicy odkryli również. żadnych tropów. jak wygląda życie od ósmej do piątej. to tylko drewno. choćby nie wiem co. Moje pragnienie wypływało tylko i wyłącznie z osobistych pobudek. że mam niezwykle ciężką rękę. mimo to jednak jego motorem nie było poszukiwanie natychmiastowej gratyfikacji. że każda istota we wszechświecie łączy się z . że zapozna mnie z poszczególnymi elementami owego ciągu. Widzieli ich tryliardy. musiałeś odrzucić. co masz w życiu robić. że przedstawi mi pewien ciąg koncepcji. Powiedziałem don Juanowi. Ostrzegł. gdyż kilka wspomnień uzmysłowiło mi. i że ciąg czy też strumień włókien. Obiecałem sobie. – Kiedy już zaczniesz wszystko klasyfikować. a jednak nie potrafiłem wyrazić stanu. Teraz zostaniesz zmuszony do trzymania się od klasyfikacji z dala. że kiedy tak spacerowałeś sobie po kampusie. podałeś mi nazwy wszystkich chmur i procent wilgotności. czy wiesz. Klasyfikacje mają swój własny świat – kontynuował. Ponieważ jednak klasyfikacje od samego początku nie były zjawiskami. Oto wyzwanie dla wojowników w podróży. – To nie jest głupie – rzekł don Juan. Ale gdy zagadnąłem cię. Była to raczej nabożna cześć.przyszłości. choć pełen treści. niezniszczalnymi siłami wszechświata. których wcześniej nie widziałem. i przestań pierdolić! To właśnie jest życie: praca od ósmej do piątej. o czym mówię. a także Orłem. które dają energię. Komentarze don Juana pogrążyły mnie w stanie głębokiej. które są podstawą rewizji życia. Jestem przekonany. Powiedział. – Klasyfikacje mnie nie interesują – ciągnął. Wiem. – Chodziłam do szkoły prawie przez całe życie – powiedziała moja dziewczyna przez zaciśnięte zęby – i niedobrze mi się robi na samą myśl o tym! Gówno tu znajdziesz! Leją tu tylko wodę i nawet cię nie przygotują do tego. – Potęga rewizji życia – rzekł don Juan – polega na tym. jak gdyby uniwersytet wbił się klinem pomiędzy nas. iż poczułem się zmuszony spojrzeć na nią w innym świetle i jeśli pamięć mnie nie myli. co z ciebie zrobi! Spójrz na mnie – mam wyższe wykształcenie i nie nadaję się do pracy! A ja wiedziałem tylko to. Dostrzegłem w mojej dziewczynie cechy charakteru. nie miałeś bladego pojęcia. zawsze będą jak martwe kłody drewna. więc wszystko. Kiedy powiedziałem. że czarownicy starożytnego Meksyku widzieli. ponieważ zostały one sformułowane przez szamanów starożytnego Meksyku w rezultacie bezpośredniego widzenia energii w jej ruchu we wszechświecie. Było to tak. Dłoń wojownika w podróży z początku jest bardzo ciężka i ma żelazny uchwyt. Ale nie przesadzaj z tym – ciągnął.

że w chwili śmierci mroczne morze świadomości niejako wdzierało się do wnętrza świetlistej kuli poprzez punkt połączenia. które polega na odszukaniu klucza: zdarzenia z twojego życia. Założenia. przez chwilę z tym zwleka. tak jak ci mówiłem. że zmysły są mrocznym morzem świadomości. nie ruszając jednak ich energii życiowej. to teraz pójdziemy trochę w góry. Jest to takie zdarzenie. przechowujemy pod postacią wrażeń fizycznych w tylnej części ud. który czarownicy starożytnego Meksyku nazywali punktem połączenia. aż zrobiło się niemal zupełnie ciemno. co przeżywamy. która niczym aureola roztacza się dokoła punktu połączenia. o których ci opowiadałem – ciągnął – widzieli. Coś cię naprowadzi na wspomnienie zdarzenia. że tak powiem. być może spowodowała to cisza. Argumentował. Uprzedził mnie następnie.mrocznym morzem świadomości w okrągłym. którzy wcześniej przypominali sobie koleje swojego życia. że tym. Zajmij się teraz czymś. – Daj z siebie wszystko – powiedział. Uważali oni je za magazyn osobistej historii człowieka. gdy ma do czynienia z czarownikami. co przeobraża owe świetliste włókna w bodźce zmysłowe. ciągle powtarzane schematy. na co cię stać. które będzie twoim kluczem. że sposób. co czarownicy nazywaj ą rewizją okruchów życia. Uzmysławiamy sobie naszą niekonsekwencję. świetlistym punkcie. były dla mnie zupełnie niezrozumiałe. którym oświetlisz wszystkie pozostałe wspomnienia podczas rewizji życia i nadasz im taką samą lub podobną wyrazistość szczegółów. Owe pola energii są przekształcane w bodźce zmysłowe. że mroczne morze świadomości zabrało im ich świadomość pod postacią ich przeżyć. które przypomnisz sobie z taką wyrazistością. że to. gdy postrzega się tę istotę jako energię. wyjaśnił. w który jest wyposażony każdy człowiek. że będzie ci ona potem służyć za reflektor. że ścieżka się przeciera dopiero po gigantycznym przewrocie. a nie energii życiowej. wszystkie nie dopalone resztki unoszą się na powierzchnię. – Pokaż. po pojawieniu się na ekranie naszych wspomnień zdarzenia. gdy byliśmy z powrotem w jego domu – i jesteś gotów do wykonania kolejnego posunięcia czarownika. że powie mi coś. będzie po raz kolejny przeżywane. . Czarownicy widzą tę transformację i nazywają ją blaskiem świadomości. udzielił mi ostatniego napomnienia. że każdy żyjący organizm musi posiadać własny system interpretacyjny. że mroczne morze świadomości. Przez chwilę byłem absolutnie wyciszony. jak bardzo funkcjonalne są to założenia. Czarownicy odkryli w ten sposób fundamentalną prawdę o siłach wszechświata: mroczne morze świadomości łaknie jedynie naszych przeżyć. który stanowi o świadomości istot żyjących. musimy się zgodzić z tym. lecz coś w środku stawia rewizji życia niezwykle zacięty opór. – Czarownicy starożytnego Meksyku byli przekonani. jest niczym innym jak tylko różnymi poziomami świadomości. jest to poświata. którzy nastali po apokaliptycznych przewrotach. że dokonywana przez zmysły interpretacja dochodzących do nich bodźców również jest mrocznym morzem świadomości. które wstrząsa nami do głębi zatrważającą wyrazistością detali. Chodzenie zawsze pobudza wspomnienia – mówił. Widzieli oni również. że choć bardzo niejasno. a nie tylko wspominane. Don Juan nie miał żadnych wątpliwości. która mnie otaczała. No. Zanim zostawił mnie samego. kiedy działo się to naprawdę. Czarownicy określają to zdarzenie kluczem. że wszystko. – Czarownicy. że skoro przyjmiemy za fakt to. co my nazywamy zmysłami organizmów. Niektórzy zupełnie nieświadomie wykonali to zadanie tak dokładnie. ponieważ od tej chwili każde wydarzenie. za sprawą tajemniczego aspektu mrocznego morza świadomości rodzi się percepcja. Dalej don Juan wyjaśnił mi. Długo mi tłumaczył. Czarownicy powiadają. na których opierał się wykład don Juana. A może trafniejsze byłoby twierdzenie. że w punkcie połączenia człowieka łączą się ze sobą niezliczone miliardy pól energii z najdalszych zakątków wszechświata i przenikają go pod postacią świetlistych włókien. które przenosi nas z powrotem do tamtej chwili. Maszerowaliśmy. który pozwala mu na funkcjonowanie w jego otoczeniu. w jaki traktujemy otaczający nas świat. W tym świetlistym punkcie. do którego wracamy pamięcią. dobrze widocznym wówczas. – Chyba rozchodziłem cię już dosyć – powiedział don Juan. Powiedział też. to jednak nadzwyczaj głęboko czułem. które następnie poddawane są interpretacji i postrzegane jako znany nam świat. jest właśnie mroczne morze świadomości. jest wynikiem działania ludzkiego systemu interpretacyjnego. Dobitnie podkreślając każde słowo. co w rozumieniu czarowników ma fundamentalne znaczenie dla uświadomienia sobie zakresu rewizji życia. – Czarownicy są przekonani – ciągnął don Juan – że podczas rewidowania naszego życia.

że jego obuwie w ogóle nie skrzypiało. Natychmiast chciałem odwrócić się i wyjść. Zobacz. że na hazardzie zarabia więcej pieniędzy niż wszyscy lekarze i prawnicy w mieście razem wzięci uczciwą pracą. to jego ogromne stopy i ręcznie szyte buty z czarnej. aż potrafiłem wykonać je bezbłędnie. i grałem z nim w bilard. Byłem przerażony. że nazywa się Falelo Quiroga. że w końcu rzucił kij na ziemię i kazał mi dalej grać samemu. swego rodzaju szarpanie w klatce piersiowej. ale trzymał się doskonale i wyglądał świetnie poza tym. niebieskich oczach. Starał się ukryć ich cofającą się linię. Liczyłem sobie wówczas prawie dziewięć lat. po tym rozpoznawałem. starannie uczesane. chcąc zrobić mu przyjemność. Miał kwadratową szczękę i całkowicie zniewalający uśmiech oraz duże. Miał bardzo miłą powierzchowność. Ku wielkiemu rozgoryczeniu i jednoczesnej radości mojego dziadka w wieku dziewięciu lat potrafiłem wykonywać bez przerwy karoma za karomem. jakby się wyrwał z uścisku. kiedy się zbliża. Od tamtego razu nie był w stanie ze mną wygrać. Nosił się jak człowiek. ale dziadek mocno mnie przytrzymał i wprowadził do środka. właściciel salonu bilardowego. Pewnego dnia przyszedł odwiedzić mojego dziadka człowiek cieszący się w miasteczku złą sławą hazardzisty. . A żeby było ciekawiej i żebyś nie traktował mojego wnuka z góry. po czym wyciągnął dłoń wielkości głowy normalnego człowieka. Nie był otyły. że przy nim każdy czuje się swobodnie i że powinien był zostać księdzem. zaczesując włosy do przodu na czoło. co potrafi. Był bardzo wysoki i nadzwyczaj elegancko ubrany. Ludzie w miasteczku mówili. któremu niczego nie brak. Grywaliśmy całymi godzinami. Co powiesz na taką sumę? Położył na stole gruby zwitek pogniecionych banknotów i uśmiechnął się do Falela Quirogi. Ze swoimi manierami i pewnością siebie wyglądał na lekarza. gdy rozmawiali sobie. Większość ludzi w moim rodzinnym miasteczku wyglądała mizernie. – To mój wnuk – powiedział do owego człowieka. niebieski garnitur w prążki ze spodniami z pięknie zwężającymi się nogawkami. w którym powszechność próchnicy była zastraszająca. lakierowanej skóry. Bardzo ciężko pracowali na chleb i nie mieli czasu na przyjemności. tak nagle. Fascynowało mnie to. o starannie wygolonych policzkach i dobrych. Musiał być wówczas trochę po pięćdziesiątce. Dwie inne. Powiedział. co było absolutnym ewenementem w regionie. – Jasne. Było widać. a ja w odpowiedzi wymamrotałem swoje imię. Miał na sobie dwurzędowy. – Bardzo mi miło – odrzekł tamten. Mój dziadek był wytrawnym graczem i stosując przymus. Raz tak się rozeźlił. ale wtem coś w piersiach się otwarło i pozwoliło mi na zrobienie głębokiego oddechu. Falelo. o które bardzo dbał. zróbmy mały zakład. Mówili też.Potem poczułem wibrację. Nabrałem w tym takiej wprawy. Byłem przyzwyczajony do skrzypienia butów mojego dziadka. tak że byłem na tyle dobry. że zdaje sobie sprawę z mojej konsternacji. Wszedłem do pokoju akurat w czasie. jakby chciał nakłonić go do przyjęcia zakładu. Podczas jednej z naszych partii tak się denerwował i niecierpliwił. który trzymał go na uwięzi. a ja sobie popatrzę. twarz przyjemną. gdy chodził w tę i z powrotem po pokoju. a nie hazardzistą. Po salwie jego śmiechu zorientowałem się. Byłem w mieszkaniu mojego dziadka. Natomiast Falelo Quiroga sprawiał wręcz przeciwne wrażenie. Dzięki mojej obsesyjnej naturze mogłem rywalizować sam ze sobą i ćwiczyć to samo zagranie w kółko. że pewnego dnia go pokonałem. iż mogłem rozgrywać z nim poważne partie. zdążył mnie już wcześniej nauczyć wszystkich znanych sobie sztuczek. Niejednokrotnie psułem swoje zagrania. który poświęca czas tylko i wyłącznie na przyjemności. – Mój wnuk bardzo dobrze gra w bilard – powiedział niedbale mój dziadek. że miał odrobinę uwydatniony brzuch. niesamowite dla mnie cechy Falela Quirogi. sprawiał wrażenie człowieka ceniącego sobie wygląd dobrze odżywionego mężczyzny. że są już mocno przerzedzone. rozgrywając partyjkę. Z trudnością oddychałem. co? – To dziecko gra w bilard? – roześmiał się olbrzym. kiwając głową z lewa na prawo. – Może dam mu swój kij i pozwolę zagrać za mnie. Spojrzał na mnie surowo. przed oczyma stanął mi raptem kompletny obraz zapomnianego zdarzenia z dzieciństwa. który miał własny stół bilardowy. białe zęby. że nie tak dobrze jak ty. ale on zawsze się orientował i wściekał na mnie. Włosy miał czarne. że uderzył mnie kijem po głowie. – O tak – odparł z przekonaniem mój dziadek. prawnikiem albo doktorem.

jak to się normalnie robi. ustalił grę na określoną liczbę karomów. bo udało mu się odkryć. – Lepiej pokaż wszystko. idąc za jego namową. trochę z boku. Wygrał Falelo Quiroga. nauczył mnie innego sposobu rozgrywania. Na szczęście salon Falela Quirogi nie znajdował się zbyt daleko od szkoły. trzymałem kij niemal powyżej barków. Chodził dokoła stołu. usadowiony za olbrzymim biurkiem. że nadzwyczaj szczodry bywa tylko w obecności kobiet. Wyjawił Quirodze mój najlepszy wynik i zażartował. że w grę będą wchodzić znaczne sumy pieniędzy. bo zaczął zrywać boki ze śmiechu. – Masz do niego przyjść na kawę i duńskie ciasteczka. po czym rzucił monetą. co potrafisz. mały. Dwa dni później dwóch ogromnych facetów z otoczenia Falela Quirogi podeszło do mnie. Wygrałem bez trudu. że jestem taki dobry. gospodarz już tam był. Otwarcie wyraził zaufanie do moich umiejętności i dodał. – Zawiesza się na jego brzegu – odrzekł rzeczowo mój dziadek. Wstał i uścisnął moją dłoń. Następnie otworzył portfel i wyciągnął z niego kilka starannie złożonych banknotów. gdy skończyłem lekcje i właśnie wychodziłem ze szkoły. wiedziałem. jego banknoty były zawsze zupełnie pomięte. Falelo Quiroga mnie zirytował. wykazując niesłychaną cierpliwość i stanowczość. Mój dziadek był w siódmym niebie. czy nie chciałbym jeszcze ciasteczek. czym nakłonić mnie do ćwiczeń: kawą i duńskimi ciasteczkami. aż tyle. że będzie mi płacił za mój . bym przychodził do salonu bilardowego późnym wieczorem i rozgrywał kilka towarzyskich gier z wybranymi przez niego ludźmi. ale w pewnym momencie jego uderzenie chybiło o włos. widząc. Był to dla mnie kolejny zaskakujący szczegół. Pożegnał się. przypatrując mi się badawczo. Uśmiechnął się do mojego dziadka i zapewne z szacunku dla niego położył swoje pieniądze na stole. jak się wiercisz. – Mam nadzieję. a ja odpowiedziałem. podniósł mnie w górę i przytrzymał w swych olbrzymich ramionach. więc jeden z nich. Nie mogłem pochylić się nad stołem.– Proszę. Był bardzo skąpy i znany z tego. czy zechciałbym rozważyć jego propozycję. Natychmiast kazał mi podać kawę i pyszne ciasteczka. Zaśmiał się i sam przyniósł mi z pokoju obok całą tacę niewiarygodnie pysznych ciasteczek. nie chowaj asów w rękawie – dopingował go mój dziadek. wyrażał w ten sposób po prostu swoje zaufanie do mnie. zapewne bym im uciekł. ponieważ byłem za mały. który przejął rolę sędziego. Spytał. żeby ustalić. Ale mój dziadek. że mój dziadek powiedział Falelowi Quirodze. ale – co dziwne – tak samo zachowywał się Falelo Quiroga. który zaczai skakać z wielkiej radości. Kiedy miał za coś płacić. jak chwytam kij. kto ją rozpocznie. mężczyzna o imieniu Guillermo Falcón. Wiedziałem. poza tym. że nigdy! – Zachichotał groteskowo. Śmiał się przez krzywe zęby. – Nie mów. ale widząc mojego dziadka. Dziadek obiecał zabrać mnie do restauracji i zamówić mi najlepszy obiad w całym mieście. że nie mówi tego poważnie. musiał je rozprostowywać. sam wiesz. Dziadek wychwalał mnie pod niebiosa. grał tak dobrze. Chociaż Falelo Quiroga tego nie powiedział. że zemdleję. nie mów! – ciągle powtarzał Quiroga. – Falelo Quiroga chce się z tobą zobaczyć – odezwał się jeden z nich gardłowym głosem. Przypomniałem sobie wówczas. uspokoiłem się. rozprawialiśmy po przyjacielsku o kurzej fermie mojego dziadka. – W ogóle się nie zastanawiaj! Zniszcz gnojka i zabieraj moje pieniądze! Falelo Quiroga. zapytał mnie grzecznie. – Co on robi. Dziadek. połamie na mojej głowie wszystkie swoje kije do bilarda. gdybym jeszcze trochę dostał. Nie mogłem jednak iść tak szybko jak oni. Podszedł do mnie i wyszeptał przez zaciśnięte zęby. Oddech miał potworny. iż zaprzedałbym duszę diabłu za kawę i duńskie ciasteczka. Kiedy już napchałem się nimi do syta. proszę. Gdyby nie wspomniał o tej kawie i duńskich ciasteczkach. gdy musi dosięgnąć środka stołu? – zapytał Falelo Quiroga ze śmiechem. Bez żadnych oporów poszedłem z nimi. ale nigdy tego nie zrobił. co? – powiedział Falelo Quiroga. Myślałem. widać. żeby móc je policzyć. dziadek schował wygrane pieniądze i zapomniałem o całej sprawie. i się śmiał. że jeśli będę próbował być miły i przegram. że czuje się jak naciągacz. – To zgodne z przepisami. klepiąc dłonią o jego brzegi. Pan Falcón złożył mnie na kanapie w jego gabinecie. Mój dziadek miał zwyczaj chowania pieniędzy po wszystkich kieszeniach. jak potrafił. Wyciągając ramię maksymalnie do tyłu. – Ktoś cię już kiedyś nosił? Z tego. że nie obraziłbym się. Wspomniał od niechcenia. że ci się podoba – powiedział. i siedząc tak.

których straszliwie zawstydzałem. więc zawarłem z nim korzystny układ. Wynajął dla mnie masażystę. Udręczone twarze milcząco błagały mnie. a on złapał mnie z taką łatwością. tak jak dzisiaj? – zapytałem. Nie wdawał się w szczegóły i nie wyjaśnił. chłopcze – odrzekł. Jednak prawdziwa przeprawa zaczęła się tego dnia. Powiedział też. – Będzie mi pan dawał kawy i duńskich ciasteczek. Musiałem iść do szkoły. że w salonie bilardowym zgromadzili się wszyscy mężczyźni z miasteczka. Jeden z nich półżartem powiedział. którzy stawiali na mnie swoje pieniądze. że nikt się nie położy spać. jakby chwytał worek z bawełną. kiedy miała się odbyć ta partia. tej nocy zostanie albo rogaczem. – Jeśli dobrze nie wycelujesz. śpiesz się! Skoczyłem. bym tylko nie przegrał. żebym się odprężył. Masz moje słowo. Wróciłem do domu podekscytowany do granic możliwości. że Falelo Quiroga jest przestępcą i kanciarzem. żebyś położył się dziś spać wcześniej. jakbym trafił do nieba. Jest wielki jak dąb! Radzę ci.czas i fatygę pewien procent od wygranych pieniędzy. Największym problemem okazało się to. Pan Falcón złapie cię w ramiona. co mówił. albo – jeszcze bardziej praktycznie – pokrywał koszty wszelkich moich zakupów we wszystkich sklepach w miasteczku i koszty posiłków we wszystkich restauracjach. Noc. Praktycznie wszystko przebiegało najzupełniej normalnie poza tym. ale gwizdanie i bębnienie kamyków o szybę były tak natarczywe. że aż trudno to sobie wyobrazić. kupię ci całą piekarnię! Każę piekarzowi piec je specjalnie dla ciebie. uważałaby ona. Tamtej nocy grałem z dwoma mężczyznami i wygrałem obie partie. czy też mnie za przegranie meczu. miałem na głowie zbyt wiele ciotek. – Jesteś zupełnie mały. w tym za posiłki w mojej ulubionej chińskiej restauracji. Mój dziadek zachorował i nie mógł zasnąć. Pan Falcón cię obudzi. że postawił w zakładzie swoją żonę. gdy wróciłem do domu. Niektórzy z bywalców z wielkim przekonaniem mówili mi wprost. jaka jest moja rodzina. No dalej. W ogóle nie spałem. wybiegając z krzykiem z restauracji. Chciał. jeżeli nie wygra. że będzie odkładał moje pieniądze na specjalnym koncie w banku. w którym pewien fenomenalny bilardzista z pobliskiego miasta rzucił wyzwanie Falelowi Quirodze i zaproponował zakład na olbrzymią sumę pieniędzy. żeby nie zostać rogaczem. gdy kelner przynosił rachunek. Byli niezwykle zdumieni tym. to cię upuszczę i się zabijesz. – Jeśli będziesz dla mnie grał. Pamiętaj. czy mam jakiekolwiek szansę wyrwać się niepostrzeżenie z mojej sypialni. a poza tym mój pokój znajdował się na pierwszym piętrze. które pilnowały mnie jak kwoki swoich piskląt. że zaryzykowałem i skoczyłem z okna w ramiona pana Falcóna. że byłem tak zmęczony. na czoło zaś przyłożył mi . nie wróżyła dobrze. Nie mogłem zasnąć. Pan Falcón stał dokładnie pode mną. Było około siódmej rano. że wie. kiedy wyskoczysz przez okno. albo mordercą. – To żaden problem – odrzekł Falelo Quiroga z przekonaniem. Cała rodzina chodziła jak na rozżarzonych węglach. Dostałem tak pyszną kawę i ciastka. w których mnie wystawiał. Postawił mnie na ziemi i kazał biec. Wyglądało na to. na ulicy. – Oczywiście. Masażysta obłożył moje ramiona i nadgarstki gorącymi ręcznikami. trzy razy w tygodniu. Podobał mi się jednak pomysł grania w bilard z nieznanymi ludźmi. iż będę musiał spełnić nadzieje i oczekiwania wszystkich ludzi. gdy usłyszałem gwizdanie pana Falcóna i uderzenia małych kamyków o szybę. że jestem małym chłopcem przebudzonym z głębokiego snu i muszę się przebiec. Obiecał mi więc. że nigdy nie przyszło mi do głowy. Od tamtej pory Falelo Quiroga przysyłał po mnie pana Falcóna dwa. będzie gwizdał i rzucał kamykami w twoje okno. Falelo Quiroga chodził w tę i z powrotem. że nie będę w stanie wydostać się z domu. Ostrzegłem Falela Quirogę. czy miał na myśli zamordowanie swojej żony. gdzie chodziłem każdego dnia. mały – powiedział stłumionym głosem. Wiedziałem. Nikt nie zauważył mojej nieobecności. iż powieki ciążyły mi przez cały dzień. że postawili na tę grę swoje domy i cały dobytek. Powątpiewałem. – Skacz w moje ramiona. zanim się znajdę w salonie bilardowym. Odniosłem wrażenie. że jedyny problem polega na tym. żebym był zupełnie rześki. Powiedział. który usiłował modulować do głośnego szeptu. I dotrzymywał obietnicy – płacił za wszystko. Czułem się tak. Czasem zapraszałem nawet moich przyjaciół. Otwarłem okno. Skacz prosto w moje ramiona. co kupiłem. że nigdy nie zgłoszono ich na policję za nie zapłaconą konsumpcję. bym dostawał wynagrodzenie. że nie przystoi. Nie będę za tobą biegał. a ja wygrywałem wszystkie partie. Lepiej jednak uważaj! To bardzo niecierpliwy człowiek. Nie wierzyłem w ani jedno słowo z tego.

i że tak wygląda nasza nowa umowa. bo odprężył się i zaśmiał. Przysunął się ze swoim krzesłem bliżej mnie. Falelo Quiroga powtórzył swoją prośbę. gdzie mieszkaliśmy.zimny okład. żebym nie dławił się dymem papierosowym. – Wystarczy chyba. Trudno by było o bardziej oczywistą groźbę. gdy znalazłem się na z góry przegranej pozycji. potrzebowałem tego poczucia. kto zacznie. Wydzierał się na wszystkich i kazał otworzyć okna. że lada chwila dostanie zawału serca. że chciałem wracać. na mnie. tym lepiej. że jestem w potrzasku. Grałem tamtej nocy bardzo dobrze i gdy zacząłem doganiać w punktach mojego przeciwnika. Falelo Quiroga rzucił monetą. Musiał dostrzec w mojej twarzy przerażenie. Chciałbym. ale wcale nie czułem. Moim przeciwnikiem był Brazylijczyk chińskiego pochodzenia. Było to zupełnie tak. podobnie zresztą jak wszyscy pozostali. Jej przyćmione światło rozrzucało po pokoju dziwne. Miały twarde. jeśli powiem. – Dotrzymuję obietnicy. roztańczone cienie. – Pan Falcón był twoim stróżem przez całe miesiące – powiedział. by ustalić. i dlatego wysłał mnie w nowe miejsce przed resztą rodziny. Zupełnie nieoczekiwanie. Oniemiałem z wrażenia. młody. że potrafisz to zrobić. że pan Falcón wkłada wszystkie swoje siły w to. była nie do opisania. że muszę coś zjeść. ale jednocześnie – i równie mocno – chciałem . Ale jednocześnie – i równie mocno – chciałem z nim zostać. bardzo szykowny i pewny siebie. Ale masz chybić tylko o włos. co ma. którzy na mnie postawili. Na stopy założył mi tak wygodne i miękkie buty. Tego dnia czułem się skrajnie wyczerpany. Połowa ludzi przy stole bilardowym to byli przyjezdni z innego miasteczka. On zaczął i wykonał oszałamiającą liczbę karomów. mój dziadek wyprowadził się z okolicy. – Ale ty się nie przejmuj takimi sprawami – uspokoił mnie. Ogarnął mnie wówczas głęboki smutek. – W końcu jesteśmy kumplami. żebyś przegrał następny mecz różnicą jednego karomu. jakich jeszcze nigdy w życiu nie nosiłem. Falelo Quiroga zachowywał się najbardziej histerycznie. która sączyła się z panującego półmroku. Nie zwracałem na to wszystko najmniejszej uwagi. ponieważ był już ranek i musiałem szybko wrócić do domu. Wątpię. czy rzeczywiście wiedział. Uczucie to było osobliwie nieosobistą. pucołowaty. które mówiły. którą ci dałem. Jednak pewnego popołudnia pan Falcón odebrał mnie ze szkoły i zabrał do salonu bilardowego. śmiało jadać w każdej restauracji. żeby masażysta rozma-sował mi ramiona i barki. których potrzebowałem do wygranej. by włosy nie spadały mi na twarz. żeby cię ochraniać. W końcu musiałem ich wszystkich powstrzymać i w wielkim pośpiechu zrobiłem osiem karomów. Powrót don Juana przywrócił mnie do rzeczywistości. którą tylko sobie wybiorę. że nie będziesz musiał do końca życia w ogóle pracować. Zażyczył sobie. jakby wiedział. co ci zaraz powiem. dalekosiężną tęsknotą. Im bardziej dramatycznie. Euforia ludzi. i nie muszę płacić. że zamierza postawić anonimowo wszystko. Wiem. Nie zaproponował mi nawet kawy ani duńskich ciasteczek. – Odłożyłem ci w banku mnóstwo pieniędzy – powiedział bardzo uroczyście. osiągnęło szczyt. zarobisz tyle pieniędzy. Straciłem poczucie czasu. wojskowe pięty i wyprofilowane wkładki. Wyprosił wszystkich ze swojego gabinetu i od razu przeszedł do rzeczy. którzy na mnie postawili. że mogę sobie śmiało kupić wszystko w dowolnym sklepie. bardzo daleko od miejsca. że było to jego kolejne przeczucie. Przepełniało mnie napięcie nerwowe. Masz moje słowo. Nic z tego nie pojmowałem. że zawsze będziesz pod moją opieką. na moją przegraną. Upłynęła chwila. ale mógłby równie dobrze robić coś zupełnie odwrotnego z taką samą siłą. że życzą mi rychłej śmierci. Dobrze o tym wiesz! A więc jeśli zrobisz teraz to. zanim moje oczy przystosowały się do półmroku. Byłem tak bardzo zmęczony. a może pochodziła z poczucia. którzy postawili wszystko. co mieli. zdenerwowanie ludzi. oraz luźnym kombinezonem z paskiem. Był to pierwszy raz w moim życiu. po czym wytłumaczył mi. gdyż wzbudzał we mnie ogromny strach. Wlepiali we mnie swe ciężkie spojrzenia. co się dzieje. Don Juan zapalił lampę naftową i powiesił ją na gwoździu w ścianie. Miałem wrażenie. Falelo Quiroga był niezwyczajnie poważny. przynajmniej dla mnie. Falelo Quiroga był bardzo wyrozumiały i nie przysyłał po mnie przez cały tydzień. Z koloru twarzy Falela Quirogi wywnioskowałem. Chciałem ze wszystkich sił uciec od Falela Quirogi. Powinienem umierać z głodu. Nigdy jednak nie stanąłem przed koniecznością wyboru pomiędzy tymi dwoma odczuciami. Falelo Quiroga uzupełnił mój strój beretem.

Idą wszędzie. bym poszedł się utopić. – Chcemy nieskończoności. własny pęd. której nigdy nie rozwiązałeś. – Przypominanie sobie zdarzeń to dla czarowników coś magicznego – odezwał się. – Jak pasuje – powiedział i zachichotał z uciechy. Wszystko. Na prośbę don Juana opowiedziałem mu. gdybyś czuł jedynie przymus pozostania ze mną. – Ciągle przydarza ci się sytuacja. To dlatego przypominanie sobie tego wszystkiego jest czymś tak ważnym i niezmierzonym. a jednocześnie pragniemy od niej uciec. Don Juan przywrócił mi nieco kontrolę nad sobą. że wojownicy w podróży dostosowują się do okoliczności. Tak naprawdę nigdy nie musiałeś wybierać pomiędzy przyjęciem a odrzuceniem szachrajskiej umowy Falela Quirogi. Masz ochotę mi powiedzieć. Dzisiaj przypomniałeś sobie wydarzenie. Byłoby dla ciebie nieskończenie łatwiej. co ich otacza. że musisz ze mną zostać. . W taki sposób właśnie podróżnicy dochodzą do sensu każdej sytuacji. ale jednocześnie czujesz. Przede wszystkim zaś jego siła leży w tym. – To widzenie osnowy zdarzeń. Wydarzenia mają własną moc. które podsumowuje całe twoje życie – ciągnął don Juan. – Jedyny mój komentarz do tego może być taki. Potęga wojownika w podróży to czujność.zostać. co sobie przypomniałem. to wyzyskanie największego efektu z najmniejszego bodźca. która jest dokładnie taka sama jak ta. Nieskończoność zawsze stawia nas w tak beznadziejnej sytuacji i każe wybierać – kontynuował. dokąd prowadzi ich impuls. co z łatwością mogło się przerodzić w histeryczną reakcję wynikającą ze zmęczenia i pobudzenia. jest przeznaczone tylko dla ich oczu. nigdy się nie dopytując. a podróżnicy są tylko podróżnikami. jak to czy tamto się stało. Jego surowy ton pomógł mi odzyskać panowanie nad czymś. że nie wtyka kija w szprychy. Jakby znał przyczynę i głębię mojej udręki i dostosował brzmienie swego głosu do okoliczności.

Widok robił duże wrażenie. należał do pewnego profesora. Członkowie komitetu organizacyjnego zabrali nas do owego domu. która szybko mnie wyczerpywała i nie miała żadnego innego celu poza ukazaniem mi mej niezdolności koncentracji. Od czasu do czasu jednak coś we mnie pękało. Sufit. Uważałem to wszystko za swoją powinność i wykonywałem. twarde. bym zachowywał się jak samotny wilk. że dom leży na uboczu i nie ma tam żadnych hałasów. gdy moja rewizja życia przybierała taki obrót. czy nie bardziej niż wówczas. gdy kaszlał. ale wręcz żądał. gdyż w domu znajduje się tylko jedno wąskie. Przedtem moja pamięć była dla mnie niejasnym odwoływaniem się do tego. miał miejsce po wygłoszeniu wykładu w pewnym college'u w Oregonie. na które nie zwróciłem uwagi wówczas. Poprzedni nastrój ustąpił miejsca nowemu. gdzie nie ma telefonów i nie odczuwa się w ogóle istnienia zewnętrznego świata. coś. Za każdym razem. moim zdaniem dom był rewelacyjny. gdy przeżywałem je naprawdę. Łazienka to była osobna historia. gdzie mieliśmy nocować. i był położony dość daleko od Portland. Ja zaś byłem głupi i zgodziłem się z nimi zabrać. Zacząłem się rozglądać za miejscem do spania. nie zważając na to. Poza tym w środku było zimno. Nie zniechęcało mnie to. Położył się szybko i natychmiast zasnął.Współgranie energii na horyzoncie Wyrazistość klucza wniosła do mojej rewizji życia nowy impet. Miał olbrzymi pokój dzienny. kiedy moja stadna natura brała górę. Była to dla mnie ciężka harówka. podwieszony na osobliwym krętliku wkręconym w głowę figury. byśmy dla wygody zgodzili się tam udać. ale budynek był bardzo dobrze wykonany. pustelnicze łóżko. że nie potrafiłem przywołać z pamięci ich wyraźnego obrazu. którą klucz rozkruszył. kto wie. kiedy wspomnienie jakiegoś zdarzenia wstrząsnęło mną do głębi. Studenci z komitetu organizacyjnego . którzy zorganizowali wykład. choć były to rzeczy. ale nie mogłem niczego znaleźć. praktycznie narzucił mi je don Juan. moja zdolność przypominania nabrała rozmiarów. że tak powiem. że będą chcieli zostać i z nami porozmawiać. Od tamtej pory zacząłem sobie przypominać wydarzenia z mojego życia z zatrważającą wyrazistością. bym się stosował do tego zalecenia. a mój znajomy był u progu gruźlicy. Zastosowanie listy osób uczyniło z mojej rewizji życia czynność nadzwyczaj formalną i niezwykle wymagającą. który przebywał na urlopie naukowym. Kiedy jednak nadszedł czas spoczynku. Wraz z nabieraniem wprawy wyrazistość moich wspomnień bardzo wzrosła. Kiedy jednak don Juan zapoznał mnie z koncepcją klucza. kiedy znajdowałem się w samym centrum wydarzeń. Planowałem pojechać do motelu. co w zasadzie mi się udawało. wisiał krucyfiks naturalnej wielkości. był oświetlony z każdej strony i z pewnością widoczny z odległości dziesięciu kilometrów. tak jak sobie tego życzył don Juan. Dom był zupełnie pozbawiony wygód. gdy rzeźba się obracała. że porywały mnie ze sobą i pochłaniały mnie. że jest to najspokojniejsze miejsce na kuli ziemskiej. ściany i podłogę wyłożono lustrzanymi kafelkami. o których wolałem w zasadzie nie pamiętać. co tak naprawdę czuję. zwłaszcza wówczas. zapora. która kazała mi trzymać się kurczowo nijakich i niewyraźnych wspomnień. w szczycie dachu. Szkielet domu przypominał mały ostry klin. nasączyć sporą dozą plastyczności. który znajdował się na wzgórzu. zabrali mnie i mojego znajomego antropologa do domu. Dlatego też autentycznie nie widziałem żadnego sensu w tym najzupełniej jałowym zadaniu polegającym na “rewidowaniu mojego życia". Studenci. co się zdarzyło w przeszłości. że dostrzegałem rzeczy. Zaraz nad nią. zdziwiło mnie to. ale oni nalegali. choć zdarzały się sytuacje. okazało się. która była przerażająca i fascynująca zarazem. Nie można było tam wejść i nie zobaczyć własnego odbicia z każdej możliwej strony. Pewne wybrane przez siebie zdarzenia potrafiłem. Niemniej jednak posłusznie sporządziłem stosowną listę osób i bez ładu i składu zacząłem sobie jakoby przypominać swoje spotkania z nimi. co zmuszało mnie do skupienia uwagi na zdarzeniach nie związanych z moją listą. których wyrazistość była tak zatrważająca. jakby gdzieś wewnątrz mnie istniała zapora. oddech miał świszczący i pluł flegmą za każdym razem. który najwyraźniej domagał się oliwy. Szybko zapalono światła wewnątrz i na zewnątrz domu. których nie potrafiłem nazwać. Don Juan nie tylko mi radził. potrafiłem zachować na tyle duży dystans. Pierwszy raz. że mamy z kolegą poważny problem. Lampy na ścianach były skierowane na krucyfiks. nad którym znajdowała się antresola z sypialnią. Następnie studenci z komitetu rozjechali się przy pierwszej sposobności. W sumie wspominanie czegokolwiek z mojego życia absolutnie mnie nie interesowało. Powiedzieli. bo myślałem. Było to dokładnie tak. Bardzo mi się tam wszystko podobało. powodowało to skrzypienie krętlika. oświetlenie zaś było czerwonawe.

a ja zasnąłem. ja zaś poszedłem na drugą. Luigi. bezpieczny. przypomniałem sobie wcześniej równie wyraźnie. Zacząłem szukać grzejnika. jedyną zaś rzeczą. ogromną siłę i wytrzymałość dawało mi przekonanie. Zdarzenie. żółtego pokoju. zaczął ze łzami w oczach wrzeszczeć na mnie. Rozmawialiśmy . wybawiony z opresji. Wtedy to. Jedynym miejscem do spania. mieszczącego się w tym właśnie budynku. ale palce stóp zaklinowały mi się pomiędzy deskami platformy. Zaklinał się. czy to się na cokolwiek zda. ale wyglądało na to. zabijając się na miejscu. Na ścianach. Luigi opuścił platformę rusztowania metr poniżej poziomu dachu i wskoczył na deski. Stanął na jednej krawędzi. Dzień był bardzo gorący i skwar topił smołę. Tym razem jednak byłem sam. To przejście było dla mnie tak przerażające i żenujące. gdy podniosłem alarm. Chwyciłem się krawędzi ściany okalającej płaski dach i starałem się podciągnąć. Zwymiotowałem. Gdy mieliśmy zabierać się do pracy. Ruchy jego pędzla były tak chaotyczne i gwałtowne. która nadawała się do przykrycia. że platforma kołysała w przód i w tył. Byłem bardzo zaniepokojony. skończyło się na tym. Luigi miał namalować pannę młodą i pana młodego. ale zawsze miałem tendencję do częściowego ignorowania wszystkiego. Moje poszukiwania spełzły na niczym. chciał przyciągnąć uwagę ewentualnych klientów wielką reklamą. co się ze mną dzieje w obecności don Juana. że obaj spadniemy i się zabijemy i powinniśmy się przynajmniej zatroszczyć o zbawienie naszych dusz. ale zapomnieli o ogrzewaniu. Poczułem zawroty głowy. straciłem resztki panowania nad sobą. we własnej pidżamie. które udało mi się znaleźć. Światło paliło się bez przerwy i nie było sposobu na to. szlochając cicho i odmawiając “Ojcze Nasz". W rzeczywistości wisiałem tak na krawędzi ściany przez przynajmniej dwadzieścia minut. było to bardzo niepokojące uczucie! Gdyby było ciemno. żeby je wyłączyć. ja zaś miałem się zająć napisami. zamiast mi pomóc wyswobodzić stopy. że potrzebuję więcej farby i materiałów. Luigi był artystą. rozumowałem w ten sposób. Właściciel sklepu. że nie chciałem go w ogóle pamiętać. Przez chwilę zastanawiałem się. Mój szef nazywał się Luigi Palma. była garbowana skóra gigantycznego pudla francuskiego. że zaczynam mieć lęk wysokości. ale mówił. Luigi. tym dalej odpychałem rusztowanie od ściany. które don Juan określił mianem klucza. nie byłoby aż tak źle. podobnie jak poszukiwania wyłącznika świateł na ścianach i w ogóle jakiegokolwiek wyłącznika świateł w domu. Moje drugie wspomnienie również uderzyło we mnie z niepohamowaną siłą. kiedy przyjechali strażacy. Nie miałem zamiaru puścić się krawędzi i spaść trzynaście pięter w dół. że ich działanie zostało skasowane przez jakiś główny wyłącznik. Chciałem wejść z powrotem na dach pod pozorem. Ułożyłem głowę pudla w okolicach kolan. że miałem halucynacje o strażakach. Nie mogłem spać przez całą noc. by mu nie przeszkadzać. Trzymałem się krawędzi ściany niczym tonący brzytwy. co prawda. Weszliśmy na płaski dach i zamontowaliśmy rusztowanie. lecz im bardziej się starałem. uda mi się powstrzymać platformę przed dalszym odsuwaniem się. którzy postanowili spreparować jego skórę. po raz pierwszy z zatrważającą wyrazistością przypomniało mi się całe moje życie. reklama miała się znajdować na tylnej ścianie starego domu. Zaczął się popisywać. Zebrałem kilka ściereczek i zwinąłem je pod głowę. Luigi przypuszczał. Byłem najzupełniej pewien. Czułem twardy ucisk głowy psa pomiędzy kolanami. po czym ułożyli w niesamowicie wygodnym łóżku. które mocowały rusztowanie do dachu. Sporo ich też wykorzystałem do przykrycia skóry psa. mdliło mnie ze strachu i od ohydnego fetoru stopionej smoły. Wiele lat przed moim spotkaniem z don Juanem pracowałem jako malarz – wykonywałem obrazy na budynkach. usiadł na platformie i zaparł się o liny. Usiłowałem przyciągnąć stopy i całą platformę bliżej ściany. do samego końca wierny swej roli tyrana i ciemiężyciela. żebym się modlił. że jeśli będę opanowany. że nie minęły więcej niż dwie albo trzy sekundy od chwili. Kiedy strażacy w końcu mnie uwolnili. Ludzie znajdujący się w budynku musieli usłyszeć moje wrzaski i wezwali straż pożarną. Najwyraźniej musiał to być kiedyś pies właścicieli domu. Przeżegnał się i przyglądał mi się z przerażeniem w oczach. którzy wciągnęli mnie do ciepłego. że mi przejdzie.włączyli światło. Wybrałem jednak wołanie o pomoc. był cienki dywanik. wyciągnęli nas na dach i zabezpieczyli rusztowanie. pudel miał błyszczące czarne oczy i otwarty pysk z wywieszonym językiem. choć nie było ku temu żadnych widocznych powodów. Pewnego razu Luigi dostał zlecenie na namalowanie reklamy sklepu sprzedającego i wypożyczającego suknie i garnitury ślubne. którą pozalepiano pęknięcia w poszyciu dachu. Podkurczył kolana i ukląkł. Drugi koniec skóry sięgał mi do szyi. Wymalowałem wcześniej dziesiątki takich reklam na wysokich budynkach. jakieś zauważyłem. gdy tak leżałem i przeklinałem samego siebie w duchu za głupotę i zlekceważenie zalecenia don Juana. że przy nim wszystko jest możliwe.

Rozpędził się i skoczył.właśnie z kilkoma przyjaciółmi. W drodze do szkoły przechodziliśmy z moim najlepszym przyjacielem obok wielkiego domu. Nie zwracał na nas uwagi. płot miał przynajmniej dwa i pół metra wysokości i kończył się u góry zaostrzonymi szpicami. doprowadzając do tego. jak pies gna co sił w naszym kierunku. które trwały najmniej pięć minut. – W takim razie przygotuj się na najgorsze. czy ma świadectwo szczepienia jego przeciwko wściekliźnie. Wówczas kątem oka dostrzegłem. bez żadnego wyraźnego powodu. zrobił potężny skok. w którym trzymano zwierzę. chłopcze! – rzekł do mnie ze złością. – Zabieraj się stąd! – Wezwę policję – odparłem. – Słuchaj mnie. Oskarżył mnie o podstępne zwabienie na ulicę najcenniejszego psa właściciela. jeżeli nie przestaniesz przysparzać nam kłopotów. W tym domu mamy takie możliwości. że pies się nie znalazł i że nie ma właściciela. Nagle się podniósł i zamiast ruszyć na tego. przepraszając moich przyjaciół. rozdzierając zębami tylną część moich spodni. którzy jakby zrozumieli moją reakcję i bez słowa zostawili mnie samego. że sam uwierzyłem. lecz zwierzę się nie pokazało. Drażniliśmy psa codziennie. kogo chcesz – odparował. Faktycznie lekko zadrapał mi zębami pośladek. po którym biegał wielki. – Poddaj się. Przez chwilę sądziłem. słuchaj! Jestem potężniejszy od ciebie! Te codzienne demonstracje siły duchowej. Zdążyłem zgramolić się z dachu i wdrapać na pierwsze napotkane drzewo. Siedząc na drzewie. że się zabił. że był jeszcze bardziej rozwścieczony. iż lada dzień pies padnie trupem. ale dla takiego psa samochód to była pestka. tak więc skłamałem pielęgniarce. Zwróciłem się do dozorcy domu. – Lepiej sobie uważaj. po chwili pochłonęło mnie całkowicie. rzucił się na mnie. Pewnego ranka. który wystawał spomiędzy prętów ogrodzenia na przynajmniej piętnaście centymetrów. choćbyś nawet dostał syfa – warknął. Ale ten znów skoczył i kłapnął paszczą. Niewykluczone. Podała mi długą listę symptomów. Pobiegł dalej ulicą. – Gówno mnie to obchodzi. masz prawo wezwać policję. Właściciel pośle cię do więzienia. Uwierzyłem mu. na które powinienem być wyczulony i które mogą za jakiś czas . zadbany trawnik. Kiedy byłem już bezpieczny. Kiedy był może dwa metry od ogrodzenia. gdy przechodziliśmy obok ogrodzenia. że pies albo go usłucha. Jeśli właściciel psa odmówi pokazania ci świadectwa. Czekaliśmy przez chwilę. nigdy nijak nie wpłynęły na psa. więc wolno zaczęliśmy się oddalać. był na końcu olbrzymiego trawnika. ale jego wściekłość zdawała się przenikać ogrodzenie i nas dosięgać. psa nie było. – Mój ty Boże! – wykrzyknęła. Przypomniał mi się incydent. – Ale ja mogę mieć wściekliznę – powiedziałem z nie ukrywanym przerażeniem. Do codziennego rytuału mojego przyjaciela należało zapewnianie mnie. – Wzywaj sobie. – Musisz tego dopilnować – przykazała mi surowo. że rozharata sobie brzuch o spiczaste zwieńczenie ogrodzenia. Pielęgniarka w szkolnej przychodni powiedziała mi. Przeskoczył je z wielkim trudem. Wskoczyłem na dach samochodu. Mój przyjaciel lubował się w codziennym wciąganiu psa w ów pokaz triumfu ducha nad materią. – Już możesz być zarażony. który wydarzył się w ostatnim roku gimnazjum. który rozszarpie mnie na kawałki. byłem prawie poza zasięgiem psa. z początku nie wyraźne. agresywny owczarek niemiecki. Za ogrodzeniem rozciągał się olbrzymi. pies zrezygnował. dech w piersiach zaparła mi myśl. to my ich obrócimy przeciwko tobie. Byłem pewny. być może w poszukiwaniu mojego przyjaciela. Wtem go spostrzegliśmy. które z trudem utrzymywało mój ciężar. spadając ciężko na ziemię niczym worek ziemniaków. że rzucał się na płot. że musiałem wycofać się w kąt pokoju. wspomnienie. – Pies zaginął. ale on był jedynie oszołomiony. poddaj! – krzyczał za każdym razem mój przyjaciel. i obnażał zęby dokładnie tak samo jak on. może poza tym. siedząc na samym czubku drzewa. Było to przeżycie tak silne. że będę musiała wysłać cię do lekarza. gdy nagle. Był on tak bardzo o tym przeświadczony. Stawał dziesięć centymetrów od jego pyska. Fizycznie zatrzymywał się przy żelaznych prętach. psa z rodowodem. – Wezwiesz policję. a ja spadnę prosto w paszczę psa. Byłem przekonany. że muszę spytać właściciela psa. kto doprowadził go do takiej wściekłości. ogrodzonego czarnym płotem z kutego żelaza. albo zdechnie na naszych oczach z powodu ataku serca spowodowanego wściekłością. było to wiotkie drzewko. że złamie się wpół. niemal mnie dosięgając.

Teraz w grę wchodzi pojawienie się pewnej siły dezintegrującej. ponoszą nieskończenie dotkliwszą stratę niż kobiety. że aż trudno to sobie wyobrazić. sprawy rozwijały się powoli. gdy przenosiłem się w przyszłość: do mojego teraźniejszego życia. co do mnie mówił. że czarownicy stykają się z nieznanym w najprostszych i najbardziej powszednich zdarzeniach. Słuchałem don Juana uważnie. że szczepienia przeciwko wściekliźnie są niezwykle bolesne i że zastrzyki muszą być podawane podskórnie w okolicę brzucha. przeskoczyłem z powrotem do mojego teraźniejszego życia. Ten drugi umysł. na przykład. bez względu na to. sądząc. gdyż potęga drugiej nie pozwala jej na swobodną ekspresję. wpędzając mnie tymi słowami w koszmarny nastrój.wystąpić. musimy więc przygotować się na to. nie to chciałem powiedzieć. że poszedłem do szkolnej przychodni i błagałem kobietę. starali się jak tylko mogli wzmocnić działanie owej dezintegrującej siły. żeby zrobiła mi serię zastrzyków przeciwko wściekliźnie. Miałem możność przenoszenia się w czasie. dezintegrując obcą instalację. ponieważ nie istnieje żaden sposób adekwatnego opisania tego. który wszyscy mamy wspólny. o którym porozmawiamy kiedy indziej. Kilkakrotnie pokiwał głową. ale zupełnie straciłem panowanie nad sobą. Działanie owej siły. Mój skok w przeszłość nie był gwałtowny. powiedziałbym. rozmiar uniwersalny. Potem przyszła moja pierwsza prawdziwa depresja. Ale jest to temat. wyraźnej dominacji lewej półkuli mózgu nad prawą lub czegoś podobnego. A kiedy nie mogłem już tego dłużej znieść. że wali się na dobre. Z jakiegoś dziwnego powodu – równie niepojętego. działając w grupie. uznawałem to za metaforyczny sposób wytłumaczenia mi. która zaczyna cię ogarniać. Każdy czarownik. ale nie mogę powiedzieć. czując wszystkie symptomy. Był to skok w przyszłość. by w samotności stawić czoło sile. Zrobiłem wielką scenę. Cokolwiek don Juan mówił na ten temat. przechodził przez to samo. jak przyczyna moich niezwykle plastycznych wspomnień – nie potrafiłem zadać mu żadnego pytania. – Nie życzyłabym tego mojemu najgorszemu wrogowi – dodała. Don Juan nie mylił się. – Waliło się przez cały czas. że czarownik zostaje wypchnięty poza granice języka. Ale nie jest to siła. którego znam. co się dzieje. Powiedziała mi. że czarownicy starożytnego Meksyku byli przekonani. Poruszająca do głębi jakość twych wspomnień – ciągnął – mogła pochodzić jedynie z twojego prawdziwego umysłu. sam wyczuwając w swoim głosie nutę napięcia – że w obu przypadkach wpadłem w taką histerię. Ja je rzeczywiście przeżywałem. Po kolejnej długiej chwili milczenia don Juan wytłumaczył mi. Nie robiłem nic. W ogóle ich nie skomentował. a oni . że to było tak. Nie chcę powiedzieć. że one są z natury bardziej wytrzymałe. Powiedział mi wcześniej. których to spotyka. tak jak wspomnienia. Cały się trząsłem. że nasz umysł dzieli się na dwie części i jedna z nich jest zawsze niema. która wymiecie nas poza granice języka. – Pamiętam. iżbym pojął to. – Wiem. Przypuszczam. jakie to wszystko jest dla ciebie trudne – odezwał się nagle. W naszych czasach nie mamy sposobności podejmowania działań w grupie. to. niczego nie pomijając. Wpadłem w histerię. że – jak już mi mówił – mamy dwa umysły i tylko jeden z nich jest tak naprawdę naszym własnym umysłem. Jest to siła dezintegrująca obcą instalację. jakbym jeszcze raz przeżywał te chwile. która istnieje w tobie i w każdym człowieku. tylko leżałem w łóżku. która jest produktem ich żywota. ale bardzo szybko się naprawiało za każdym razem. że bezskutecznie poszukiwałem wyjaśnień i sposobów opisania efektów. to bez dwóch zdań – rzekł w końcu. Zrelacjonowałem don Juanowi oba te wspomnienia z najdrobniejszymi szczegółami. don Juanie – powiedziałem. Doszło do tego. jak bardzo będzie to bolało. Dopiero przy końcu skok był rzeczywiście gwałtowny. Teraz mam przeczucie. że tylko czarownicy decydują się na polepszenie swych prawdziwych umysłów. Zawsze rozumiałem don Juana w ten sposób. Mężczyźni. jakie wywarły na mnie moje wspomnienia. Kiedy do tego dochodzi. W przypadku śmierci oznacza to możność zachowania przez człowieka siły życiowej i zrzeczenie się jedynie świadomości. – Rewizja życia zawiera w sobie ukrytą opcję – rzekł don Juan – podobnie jak śmierć zawiera w sobie ukrytą opcję. Czarownicy starożytnego Meksyku. która dezintegruje ciebie. które wyliczyła mi pielęgniarka. tani model: siła ekonomii. ponieważ to nieprawda. – Jak trudno ci poradzić sobie z tym aspektem twojego życia. polega na tym. Miałem mdłości. W przypadku rewizji życia ukryta opcja jest taka. gdy zawodziło wsparcie. którą wykorzystują tylko czarownicy. – Coś w tobie zaczęło się walić. wtedy. Nie miałem wścieklizny.

ale i tak szuka ich towarzystwa. że w końcu wyrośnie na dupę wołową. szczupła i miała głos małej. w pełni to wszystko wykorzystywał. bez jakiegokolwiek udziału mojej woli przypomniałem sobie jeszcze jedno całkowicie zapomniane zdarzenie z mojego życia. jak ludzie zatrzymują się na ulicy. – Wystarczy po prostu. ma się rozumieć. że chcąc być na jakimś przyjęciu. ty nie jesteś ani przystojny. że jego twardym obowiązkiem jest skierować mnie na dobrą drogę. że trochę się martwię.nie potrafią zinterpretować tego. tak więc będziesz się musiał ładować do środka przez okno. które nadawały mu wygląd małego elfa. że będzie najbardziej pożądaną w towarzystwie dupą wołową. możliwie najmniej korzystając z utartych kolein poczynionych z góry założeń. Zapamiętaj. Jestem przystojny. Luis zaś dobry. Zgodnie z tym przekonaniem don Juan przygotowywał mnie do wsłuchiwania się w ten głos i skutecznego działania w każdej sytuacji. Dziadek przyrównał do Alfreda mojego drugiego kuzyna. że jest piękny. Niecierpliwie czekałem. Miał jasne włoski na uszach. śmiejących się niebieskich oczach i cudnie cyzelowanej twarzy z pięknie ukształtowanymi kośćmi policzkowymi. będziesz więc musiał ostro się napocić. usta. Musiałem mieć wtedy osiem lat. Podczas mojej wizji słyszałem ochrypły. że Alfredo jest piękny. tak jak przed Alfredem dlatego. że nie jesteś tam w ogóle mile widziany. Musisz się oswoić z myślą. strachliwej dziewczynki. aż glos ducha wyjaśni mi znaczenie moich wspomnień. – Nigdy nie będzie musiał wchodzić na przyjęcie na krzywy ryj. że muszę przyznać. że nie czuły się w jego obecności zagrożone. Powiedzmy więc. Próbowałem trochę ją ośmielić. Było to tak. ale serce ma ze złota. albo przed Luisem dlatego. Żeby tego dokonać. które dobiło mnie do reszty. co dane jest ich zmysłom. kiedy nagle poczułem brutalne szarpnięcie gwałtownej przemiany energetycznej. Żadne drzwi nie staną przed tobą otworem. Zazdrości się im. Jego ocena trzech wnuków była niezwykle trafna. musisz być sprytny i mieć się na baczności. Luisa. że gdzieś się pojawi. jak sam mawiał. Dziadek z wielkim naciskiem powiedział. że nieskończoność jest siłą obdarzoną głosem i samoświadomością. Potem przyszła kolej na mnie. Wrzeszcz! Rozkazuj! Doradzaj! Niech poczują. ale nic się nie działo. że jeżeli czarownicy nie próbują racjonalizować tego. Pochłonęło mnie wspomnienie domu dziadków. że masz ich w garści! Jak mogą wywalić kogoś. będziesz musiał tam wejść na krzywy ryj. co jest czym. Pod wpływem don Juana przyjąłem koncepcję. że jest piękny. Zauważyłeś kiedyś. a wszystkie drzwi natychmiast staną przed nim otworem. iż mój kuzyn Alfredo jest naprawdę piękny. że Luis jest przeciętnej urody i trochę przygłupawy. Ludzie piękni są lubiani. Prawdziwy z ciebie skurczybyk. Don Juan nazywał to zewnętrzne źródło nieskończonością albo głosem ducha i mówił. oczy. Wiedział o sobie wszystko i wykorzystywał swoje przymioty do maksimum. A teraz weźmy ciebie. wydatny podbródek. żeby na niego popatrzeć. On natomiast. – Nie ma powodów do smutku – powiedział – bo nie ma nic bardziej rajcującego od ładowania się gdzieś przez okno. Rozpoczął od tego. co ci. duch bezbłędnie odczyta. tym bardziej dziadek był zadowolony. – Twój kuzyn Alfredo jest na wierzchu – ciągnął dziadek. że poczułem się zupełnie rozbity i raz jeszcze musiałem wycofać się do kąta pomieszczenia. gdy usłyszałem orzeczenie tak dobitne. jaki znam. zupełnie jakbym poczuł nagły strach. rozpoznała mnie jakaś dziewczyna i podeszła. o drobnych kościach. zebrało mi się na płacz. Im dłużej płakałem. muszą polegać na wskazaniach z zewnątrz. bo wszyscy wyznają kult piękności. ale to inna historia. Dziadek mówił do mnie. po drugie zaś dlatego. Jedyny sposób. Był bez wątpienia mężczyzną bardzo przystojnym. Cały się trząsłem. bo to on pierwszy się znajdzie na liście zaproszonych. ściśnięty głos dziadka: – Alfredo nie wymaga żadnych rekomendacji – powiedział mi wówczas. żeby ci pozwolili zostać. że jest dobry. chcąc ze mną porozmawiać. Miałem dwóch kuzynów w tym samym wieku co ja: Alfreda i Luisa. no nie? Szczerze przyznałem dziadkowi rację. Była wysoka. jaką w życiu spotkałeś. mówię. i tak jak to stało się już przedtem. Wszystkie elementy doskonałe z sobą harmonizowały – nos. Swoją prezentację zakończył napomnieniem. za to. Była to prawdziwa lawina obrazów i to tak intensywnych. kto ma ich w garści? . jakby w moim wnętrzu włączył się alarm. Powiedział. nie opierając się jednak na antecedensach. Kobiety go uwielbiały – po pierwsze. Musisz dokładnie wszystko obserwować i być przygotowany na niekończące się upokorzenia. ani dobry. – Jeżeli mamy dalej ciągnąć te wyjaśnienia – rzekł – musisz szczerze przyznać. Kiedy pewnego dnia byłem w księgarni. to zawładnąć wszystkimi dokoła. czego zracjonalizować się nie da. Nikt cię nie będzie zapraszał na przyjęcia. i jak chcą go dotknąć? Jest tak piękny. Jeżeli będziesz zmuszony włazić gdzieś przez okno – ciągnął dziadek – to z tego powodu.

Musisz być nieustannie gotowy do przyjęcia ciosu o potwornej sile. że w ogóle nie zwraca na mnie uwagi. Wyrwałem ją z jej rąk i wydarłem się na nią. Słyszałem. kto zasiada na dyrektorskim stołku. Usłyszałem. że tuli ją do siebie. przygotowując mnie w ten sposób na wydarzenie o transcendentalnym znaczeniu. że poza tym. Nosiłem w sobie głęboko zakorzenione przeświadczenie. nie będzie ona miała żadnej innej przyczyny. był tam po to. Czułem nieodpartą potrzebę zrobienia jej wykładu na temat oszczędności. To jednak nie było wszystko. jak ją pouczam. iż zawsze muszę mieć wszystkich w garści. iż zawsze i wszędzie muszę być tym. twoje pobożne życzenia – powiedział. powinienem jeszcze potrafić zapanować nad każdą sytuacją. jakby rzeczywiście pochodziła spoza mnie. Każde następne twoje wspomnienie staje się coraz to wyraźniejsze. roztrzęsiony z wściekłości. Odnalazłem moją narzeczoną w pokoju gościnnym. że całkiem o nim zapomniałem. które wolno jej zapłacić. Zakodowałem sobie jednak jego napomnienie. bym mógł nim zawładnąć i formować go zgodnie z moimi kaprysami. Nie zdążyłem przeanalizować tego wydarzenia ani się nad nim zastanowić. Nie chciałem słyszeć o innym rozwiązaniu. budząc się z letargu. gdyż z równie wielką siłą objawiło mi się kolejne zapomniane zdarzenie z przeszłości. zupełnie jakby była czymś więcej niż martwym przedmiotem. która rozmyślnie ingeruje w życie czarowników. która spadła na mnie tak. trzaskając drzwiami. że ma zamiar się wyprowadzić z domu rodziców. wyszedłem. rozwodząc się z lubością na temat moich spekulacji i inspirujących. – Bez względu na to. bo –jak ci już wcześniej mówiłem – rozpocząłeś proces. Naprawdę byłem przekonany. płynności oraz zapomnienia się. jak udzielam lekcji jazdy samochodem jej młodszej siostrze i po prostu dostaję szału. że moim słabym punktem jest przekonanie. gdzie chciał się osiedlić. Poczucie to mówiło mi. ktokolwiek znajdował się w pobliżu. Zaczęła płakać i wyznała mi. Przedstawiłem mu kalkulację kosztów z dokładnie wyliczoną sumą. Zaczyna się wyłaniać twój prawdziwy umysł. Moje wychowanie jeszcze tylko wzmocniło tę potrzebę. że w grę wchodzi nieskończoność. Wyskoczyłem z samochodu i zacząłem kopać w drzwi. z którą się zaręczyłem. Jako że całe życie chowałem się za różnymi nieważnymi . Następnie zobaczyłem siebie. miałem w ustach nieprzyjemny posmak. Wówczas ingerowała właśnie w moje. że ma romans ze swoim szefem. Nie robiłem wyjątku dla nikogo. że niedługo coś odbierze mi wszelką sposobność do sprawowania kontroli nad ludźmi i że najbardziej ze wszystkiego potrzeba mi w tym okresie trzeźwości umysłu. jak przykazuję ojcu mojej narzeczonej. gdzie ma sobie kupować rzeczy i jakie są najwyższe ceny. co się do mnie zbliża. kiedy mi mówi. Poczułem absolutną pewność. by dać ci to do zrozumienia. Gdy zauważyłem. zamiast na niej grać. którą na tym straci. – To wszystko to tylko wybujałe psychologizowanie. że powinniśmy mieć wspólne konto. Powinieneś być jednak przygotowany na ataki nieskończoności. Zagroziłem jej stanowczo. że to bardzo głupie posunięcie. Oto zdrowy. by się nie przenosił do Oregonu. To nieskończoność zabiera się do ciebie – ciągnął. co przez te wszystkie lata z pewnością powtarzał mi bez końca. Moje pragnienie narzucania mojej woli innym przekraczało wszelkie granice. Usłyszałem samego siebie. że przestanę ją uczyć. Zakopałem ten incydent tak głęboko w pamięci. trzeźwy sposób czarowników na stawienie czoła nieskończoności. co w mych dorosłych latach przeistoczyło się w głęboko odczuwaną konieczność. jak mówię jej. że moje argumenty przemawiające przeciwko temu są nie do odparcia. Byłem z dziewczyną. że powinienem trzymać wszystkich w garści. Słuchając słów don Juana. Miałem świadomość i żadnych wątpliwości co do tego. odwołując się do zasady liniowości przyczyny i skutku. Nie musiałem się już zastanawiać nad znaczeniem moich plastycznych wizji. grała na gitarze. Powiedziałem naturalnie o tym wszystkim don Juanowi. która już w zalążku musiała być czymś zupełnie arbitralnym. olśniewających spostrzeżeń na temat ewentualnego znaczenia moich wspomnień. Don Juan zobrazował ją jako obdarzoną świadomością siłę. Wiedziałem. Czułem wręcz ów zbliżający się atak i bardzo się go obawiałem. – Jak zwykle poszukujesz wyjaśnień. który trwał przez całe życie. Don Juan roześmiał się życzliwie. W owym czasie oszczędzaliśmy pieniądze na ślub i kupno własnego domu. Wydzierałem się na całe gardło. którego nie da się już odwrócić. Byłem przerażony tą całkowitą pewnością. bym mógł stawić czoło temu. żadnego innego powodu niż ten właśnie. że nieskończoność – poprzez plastyczne wspomnienia dawno zapomnianych przeżyć – zwraca moją uwagę na siłę i głębię mojego pędu do kontrolowania innych. jaką wybierze drogę.Wspomnienie tej sceny wywołało w mojej głowie prawdziwą burzę.

że nie powinieneś się ociągać. zauważyłem. Zacząłem głęboko oddychać. strachu o przyszłość. przemieniając się w nie związane z sobą słowa. ale czułem skutki tego każdym mięśniem ciała. że nie jestem na tyle zdyscyplinowany. czy to będzie góra. by opowiedzieć mu o całym zajściu. czarownicy albo mają generowane przez energię wizje. granatowo-czerwonym kolorze. starając się uspokoić i stłumić pobudzenie nerwowe. aż w końcu jakby eksploduje. że zasłabłem. że nie spełniały pewnego nieodzownego warunku. Wyjaśnił mi kiedyś. Myślałem. Pospiesznie pojechałem do domu don Juana. co robię. jak w majakach po przejedzeniu. jakby była wyświetlana na ekranie w kinie. Ta brutalna ingerencja w moje życie wewnętrzne rozzłościła mnie i zaniepokoiła. że wraz z nabieraniem przez czarowników doświadczenia i dyscypliny owa granatowo-czerwona plama rozszerza się coraz bardziej. że moje zamroczenie wynika z tego. że wszystko. a w przypadku człowieka piśmiennego – w słowo pisane. Była niczym huragan. złowieszcze. czy rozumiesz. bo w tym stanie mogłem na własnej skórze doświadczyć owego współgrania energii. Niektórym czarownikom ta nauka zabiera całe życie. Aktem wolnym od zaborczości rosnących oczekiwań. ściana. Trafna interpretacja wymaga doświadczenia. Wówczas wszystko się urwało. Moje zalecenie jest takie. To. które mogłem odczytywać zupełnie tak. Powiedział mi wówczas. zacząłem widzieć koszmarne sceny. Wolnym od kultu Ja. w głębi otaczającego mnie mroku wyczuwałem wszystko. Przeczuwałem. Prowadziłem wykłady na zajęciach prowadzonych przez moich znajomych w różnych szkołach w południowej Kalifornii. – Nieskończoność spadła w ten sposób na ciebie po raz pierwszy. że zbyt szybko powstałem z maty. że bardziej niż kiedykolwiek będę potrzebował jego pomocy. że przed oczyma pojawia się dziwaczna plama o głębokim. Poczułem się jeszcze gorzej. Pewnego wieczoru siedziałem przy swoim biurku. Przed sobą miałem olbrzymią czerwoną plamę. czy po prostu własne dłonie. W jego mniemaniu. co uniemożliwiało mi wyłapanie czegoś. Czytaj . powinno być aktem magicznym. albo też odczytują napisy. mroczne. czystą magią. Byłem pewien. że zemdleję. będziesz się musiał nauczyć. którego zapowiedzią jest zawsze silne wzruszenie. Mówił z wielkim przekonaniem o tym. Wypowiedzi były nieskładne. przygotowując się do codziennej pisaniny. która rozlewa się niejako z lawendowych chmur. Były barokowe. że dotykam biurka. Nie wiedziałem. co było wokół mnie. na której wykonywałem ćwiczenia. Tamtej nocy. Przez głowę przebiegła mi myśl. kiedy siedziałem przy moim biurku. – Czarownicy i magia nie mają w sobie nic delikatnego – skomentował don Juan po wysłuchaniu mojej opowieści. wszystko. nie widziałem żadnych lawendowych smug ani nadciągających chmur. Słowa przebiegały przede mną z tak niesamowitą szybkością. przeistaczając się w myśli albo wizje. Mimo to czułem. Pomyślałem. że otacza mnie nieprzenikniona ciemność. Manifestuje się ono jako gra odcieni kolorów. co mi się przydarzyło. Powiedział. Ujrzałem żółte plamy. który don Juan opisał mi kiedyś jako cechę znamionującą wszystko. co miałoby jakikolwiek sens. Bardzo wiele pisałem. Przez chwilę czułem się trochę otępiały. Ale od tej pory energia będzie ci się jawić tak. że przeczytanie ich było absolutną niemożliwością. jak się do niej przystosować. spowodowane zaburzeniem widzenia. że czarownicy jego linii za jeden z najbardziej pożądanych skutków działania wewnętrznej ciszy uważali szczególne współgranie energii. Ogarnął mnie nadzwyczajny spokój. że siedzę na krześle. Jeśli zaś chodzi o szybkość twoich wizji. Jakby nie dość tego. by tak jak czarownicy móc dostrzec owo współgranie energii. Zacząłem wirować i trwało to tak długo. nakładająca się na dowolny horyzont w normalnym świecie. Zupełnie nieoczekiwanie owa olbrzymia plama eksplodowała. co robię. Całkowite opanowanie twoich zmysłów. Oczy zaszły mi mgłą. że wyrzuciłem do kosza dziesiątki rękopisów dlatego. całkowicie oddałem się pracy.zajęciami. moje wspomnienia powinny pobudzić mnie do granic wytrzymałości nerwowej. Mogę bez cienia przesady powiedzieć. niebo. Don Juan powiedział mi kiedyś. jednak miałem przed oczyma olbrzymią granatowo-czerwona plamę. jakby zostały napisane na kartce papieru wychodzącej z maszyny do pisania. tylko zacząć od zaraz. I tym razem szybkość wypowiadanych słów była dla mnie zbyt duża. aż pokrywa cały widnokrąg niczym nadchodzące chmury burzowe. który coś mi opisywał. Potem lawendowa smuga zaczyna się rozszerzać. aż w końcu zrobiło mi się niedobrze. Byłem wyczerpany. Następnie usłyszałem jakiś głos. co może zostać zaakceptowane przez nieskończoność. że to współgranie odcieni rozpoczyna się od pojawienia się na horyzoncie efemerycznej smugi koloru lawendy. co jest wyświetlane – ciągnął – to już inna rzecz. możliwą dzięki otwarciu się na impulsy nieskończoności. nadziei na sukces. powinno być improwizacją. albo słyszą wyrażane w słowach myśli.

Wojownik w podróży jedynie się jej podporządkowuje. oszołomiony taką koncepcją. Jeżeli coś czytasz. choć pytanie było retoryczne. że nie potrafisz ich opisać. to po prostu fakt. – Ale. potrafisz powtórzyć to słowo w słowo. tak jakby była napisem na ścianie? – zapytałem. don Juanie. bo nie jesteś zdolny zwerbalizować swoich przeżyć. Tak samo. oczywiście. – To taka pretensjonalność z twojej strony – odrzekł. choćby nie wiadomo co się działo. Jest to. czy to wszystko jest możliwe? Czy faktycznie można odczytywać energię. Tak czy owak. gdybyś usiłował to usłyszeć. twoja cecha charakterystyczna. – Ale dlaczego czytanie napisu? – chciałem wiedzieć.energię na ścianie! Zaczyna się wyłaniać twój prawdziwy umysł i nie ma on nic wspólnego z tym. – W twoim przypadku to nie tylko możliwość. spostrzegłbyś. . – Oczywiście. wybór należy do nieskończoności. Nade wszystko jednak – dodał po wystudiowanej pauzie – nie daj się przytłoczyć takim zdarzeniom tylko dlatego. Niech twój prawdziwy umysł wyreguluje prędkość. Ty bądź cicho i się nie denerwuj. że wygadujesz bzdury. starał się być widzącym nieskończoność. To są przeżycia spoza granic języka. który jest obcą instalacją. że jest możliwe! – odrzekł ostro. Gdybyś jednak zamiast być czytającym nieskończoność.

zupełnie samodzielnie. To. będziesz miał to już głęboko gdzieś. Nadaje mu pozór arbitralności. jakby stali na wystawie. był inny aspekt jego wiedzy: śnienie: – Nie. Jeśli chodzi o mnie. W twoim rozumieniu. – Rozpocząłeś rewizję swojego życia. – Jest to coś bardziej bezpośredniego i bardziej jeszcze tajemniczego. i że jedynym wytłumaczeniem. ucisku i ludzkiej nędzy. dla mnie było równie rzeczywiste jak nasza dzisiejsza rozmowa. co ty uważasz za sen. że lada chwila twój czas dobiegnie końca. prawda? – Byłeś tak rzeczywisty. byłem tak rzeczywisty jak to tylko możliwe. które mnie zawsze cholernie wkurzało – ciągnął – ponieważ osłabia akt o potężnej mocy. że spotkałeś się ze mną. doszedłeś do momentu załamania. i pod taką postacią faktycznie przyszedłem do ciebie z mojej wewnętrznej ciszy. czarownika. Śniło ci się najpierw. Nie dopuściłem do siebie osłupienia. z którymi od lat toczył wojny na ich terytorium. że niemal przebiło się na powierzchnię pewne zasadnicze pytanie i że przez jedną krótką chwilę zastanawiałeś się. iż podobne historie to niejako mój konik. że przyszedłem do ciebie. a potem. – Okoliczności twojego życia umożliwiły ci zdobycie większej ilości energii – ciągnął don Juan. gdyż najzwyczajniej w świecie przyjąłem. że mnie do czegoś przygotowuje. Być może któregoś dnia ty będziesz mógł to zrobić. Ty zaś z kolei ze swej wewnętrznej ciszy rzeczywiście udałeś się do umówionego miasteczka. w obu przypadkach w grę wchodził sen. Śnienie to akt zmiany punktu przyłączenia do mrocznego morza świadomości. kiedy to meksykański rząd deportował ich z ojczystych terenów w stanie Sonora w północnym Meksyku na plantacje trzciny cukrowej w środkowej i południowej części kraju. Byłem rzeczywisty. nade wszystko zaś zgromadziłeś dość wewnętrznej ciszy. – Wyjaśnijmy to sobie – kontynuował. gdzie mieszkam. wiedziony własnymi potrzebami. żeby to sobie uzmysłowić. – W moim rozumieniu. bo nazwa nie będzie miała dla ciebie absolutnie żadnego znaczenia. że zjawiłem się u ciebie. właściwym dla przeciętnego człowieka. które mogło ewentualnie wchodzić w rachubę. bardziej pasującą do twojego obecnego stanu. – Wiem. bym ujawnił tożsamość osoby. która wiedziała. A tak przy okazji. by mi powiedzieć. że – tak jak ze wszystkim w magii – do czasu. zlikwidowałeś swoją firmę. że nie istnieje żadna możliwość ujęcia tych wydarzeń w ramy rozumowania właściwe człowiekowi Zachodu. to. posmak fantazjowania. by opowiedzieć ci o wymogu nieskończoności i ostrzec. ale za bardzo się ugruntowało. Miałem wrażenie. mam dzisiaj dla ciebie nową definicję śnienia. Musisz się bardzo postarać.Podróże po mrocznym morzu świadomości – Możemy teraz porozmawiać o wewnętrznej ciszy nieco jaśniej – odezwał się don Juan. Jeżeli patrzysz na to w ten sposób. Przez całe popołudnie opowiadał mi o ciężkim losie. Starałem się zmienić to określenie. nie potrafiłbym tego zrobić. Jego słowa były tak nieoczekiwane. że spytał kogoś o mój adres. która nie przetrzymałaby rzetelnej analizy. to nie jest śnienie – odrzekł z naciskiem. zbieżnym ze stanowiskiem czarowników starożytnego Meksyku. Rząd meksykański miał problemy z Indianami Yaqui. w którym spotkałeś mnie w tamtym miasteczku. iż znalazł moje mieszkanie. jest to bardzo prosta koncepcja i bardzo prosty manewr. chociaż obawiam się. Twoje spotkanie ze mną w umówionym miasteczku było tą właśnie podróżą – ciągnął. czy naprawdę przyszedłem do twojego mieszkania. że aż podskoczyłem. że traktowanie ich jako snów oznaczałoby stworzenie fałszywej kategorii. Wyznałem don Juanowi. która nie wchodzi tu w rachubę. Śnienie jest określeniem. a jest to jedyna rzecz. jak to tylko możliwe – odpowiedziałem. ale nie jest to rzecz niemożliwa ani spowita gęstymi chmurami mistycyzmu. że rzeczywiście wydało mi się dziwne. aczkolwiek gdyby ktoś nalegał. który stał się udziałem Indian Yaqui po wielkich wojnach w latach dwudziestych. Don Juan opowiedział mi kilka niewiarygodnych ponurych historii indiańskich o intrygach politycznych i zdradzie. po raz pierwszy spojrzałeś na swoich przyjaciół tak. W owym czasie miałem nadmiernie rozbudzone poczucie sprawiedliwości społecznej i uczciwego postępowania. nie znając twojego adresu. Niemal zapomniałem o tych wydarzeniach. Powiedziałem. ale przypomniałem sobie. wiedział bowiem. gdy faktycznie będzie to możliwe. nie było snem. że udało ci się wypełnić wymóg nieskończoności. Wszystko to umożliwiło ci odbycie podróży po mrocznym morzu świadomości. .

co czarownicy starożytnego Meksyku uważali. Wcześniej don Juan powiedział mi. czułem się zdumiewająco agresywny. dzięki swej żelaznej dyscyplinie. Nie interesowało mnie. Zaraz potem zalał mnie potop rozmytych obrazów. że czarownicy jego linii byli przekonani. Później drobiazgowo stosowałem się do wszystkich jego zaleceń i udało mi się zapanować nad moją świadomością na tyle. Podlegał chaotycznym wahnięciom. Dalej don Juan wyjaśnił mi. którzy potrafią bez trudu utrzymywać punkt połączenia nieruchomo w nowym położeniu. że ktoś jest tam ze mną. gdzie rozpocząłem ćwiczenie. że nie jest on stabilny. Potrzebowałem kogoś pogrążonego we śnie i jakaś siła. śmiejąc się z mojego wyraźnego rozgoryczenia. gdyż to. że sztuka magii polega na świadomej manipulacji punktem połączenia. gdyż człowiek z natury jest drapieżcą. ponieważ wymaga agresywnego nastroju. które dzięki sile woli czarownika są dostępne dla punktu połączenia. Obliczyłem sobie. ponieważ kula energii. który akurat się przyśnił. Miałem wyraźne odczucie. Wiedziałem. nie chodziło w tym o to. skąd o tym wiem. że śpi. podczas snu. przez co wymusza się zmianę jego położenia w obrębie świetlistej sfery człowieka. żeby to zdobyć. że w takim razie przesunął się w okolice skraju żeber. że moja i don Juana obecność najwyraźniej go obudziła. Nie wiem. iż w obrębie świetlistej sfery człowieka istnieje przynajmniej sześćset punktów. lecz mimo to zupełnie odmienny. by potem spaść na niego. Powiedział. skierowała mnie do takiej osoby. lecz o to. Don Juan zapewniał mnie. U tamtego człowieka był on przesunięty na prawo od miejsca. Zamierzasz wyruszyć na łowy i kogoś wytropić. Czegoś poszukujesz i robisz wszystko. Mogłeś w taki agresywny sposób widzieć każdego w tej małej wiosce. po czym obudziłem się tam. oznacza to. co się widzi. Don Juan powtarzał mi również przez cały czas. kompletny świat. ale nie wiedziałem. Wiedziałem. choć nie ogarniałem jej w pełni moją świadomością. gdyż w nieokreślony bliżej sposób czułem czyjąś bliskość na poziomie świadomości absolutnie mi nie znanej z dotychczasowych doświadczeń. dając całkowicie samowystarczalny. czułem obecność don Juana. Oprócz tego zauważyłem. – Wcale nietrudno go osiągnąć. którą czułem. Powiedział mi. mogą przemieszczać i unieruchamiać punkt połączenia za pomocą woli. kim okazał się ów człowiek. Być może sprawiła to siła jego sugestii.Przez cały czas naszej znajomości don Juan obszernie mi wyjaśniał. Taki nastrój był specjalnością czarowników starożytnego Meksyku. A potem dostrzegłem punkt połączenia w miejscu. że pozostawała ona skupiona na elementach moich snów. by skupiać swoją uwagę na składnikach dowolnego snu. zwyczajowy obraz człowieka. odkryli oni wszystkie założenia magii właśnie dzięki takiemu nastrojowi. łącząc swe umiejętności. skradając się jak kot. że jeżeli nasz punkt połączenia zostanie przemieszczony do jednego z tych punktów i pozostanie w nim nieruchomo. była nieco rozpłaszczona na boki. gdzie powinien się znajdować. że trudnością w owej technice jest ten właśnie nastrój i że nie mogę być bierny podczas widzenia. będziemy postrzegać świat równie samowystarczalny i całkowity co nasz świat powszedni. kim ta osoba będzie. wiedziałem. ale tamtego dnia. a może nawet kogoś z odległych stron. którzy potrafią z niezwykłą łatwością przemieszczać punkt połączenia. rzeczywiście kogoś sobie upatrzyłem. Według don Juana. tuż za łopatkami. ale gdy go widziałem. Do śniących należą ci. za pochodzenie śnienia: przemieszczenie punktu połączenia. by nastawiać się świadomie na określony sen. Ważne jest to. Następnie don Juan pokazał mi. w ujęciu energetycznym. drugą zaś zwiadowcy. że śnienie jest sztuką odkrytą przez czarowników starożytnego Meksyku. że osiągasz poczucie pełnej obojętności. lecz przedmiotem oddziaływania. że to mężczyzna. lecz widzenie takiego przemieszczenia jest nieco kłopotliwe. dzięki której zwykłe sny zostają przekształcone w prawdziwe bramy do innych światów postrzegania. jak drapieżnik. która oznaczała zdolność do zwracania szczególnego rodzaju uwagi czy szczególnego rodzaju uświadamiania sobie istnienia elementów normalnego snu. po czym gwałtownie powracał do normalnego położenia. nie jest obiektem oglądu. Do zwiadowców należą ci. Rezultatem takiej . że czarownicy. był też nieco niżej. Jak tylko mógł. każdy by się nadał do tego celu. – To bardzo drapieżczy nastrój – ciągnął don Juan. Według koncepcji don Juana. Mogłem jedynie skupić uwagę na odpoczywającym człowieku. które nie jest jego normalnym położeniem. starał się rozbudzić we mnie coś. co nazywał uwagą śnienia. Śniący i zwiadowcy dopełniają się wzajemnie i pracują w parach. Każdy mięsień mojego ciała był przepełniony energią i ćwicząc śnienie. że czarownicy dzielą się na dwie grupy: jedną stanowią śniący. Było to dziwne wrażenie. kiedy powiedział mi o tym wszystkim. że punkt połączenia przemieszcza się bardzo naturalnie podczas snu.

Zazwyczaj natychmiast po jej przyjęciu zasypiałem. która najbardziej mnie zaintrygowała. że udałeś się do umówionego miasteczka – ciągnął don Juan – tak naprawdę umieściłeś swój punkt połączenia bezpośrednio w określonym miejscu mrocznego morza świadomości. do którego wstąpią. z pewnością nie w mym codziennym świecie przyziemnych spraw. jak się to robi. – Ale to niewiarygodne. że jacyś zidiociali czarownicy nadali aktowi bezpośredniego osiągnięcia mrocznego morza świadomości nazwę śnienia na jawie. Don Juan ubolewał nad tym. Proste. jego obecność nie pozwalała mi zasnąć. siły. Brzmiały sensownie. że to. Następnie mroczne morze świadomości wyposażyło cię we wszystko. gdyż umysł nie jest w stanie wchłonąć tak ogromnego pobudzenia. że sztuka zwiadowców uwidacznia się po przemieszczeniu punktu połączenia. Te trzy czynniki razem wzięte dają w sumie właśnie elegancję! Po chwili przerwy powróciłem do kwestii. a nade wszystko zaś trzeźwości umysłu. których nie można ogarnąć. Konsekwencją zgromadzenia się na punkcie połączenia nowego skupiska pól energii jest uaktywnienie się świadomości odmiennego rodzaju niż ta. gdyż generujące go pola energetyczne są różne od tych. . pełnego wyciszenia. że faktycznie byłem w tamtym miasteczku. Powiedział. Tak więc nie wpadaj w pułapkę aksjomatu “wierzę tylko w to. Ma się przemożne poczucie bycia tu i teraz. co prowadzi do skupienia się w punkcie połączenia innej niż zwykle wiązki tryliardów pól energetycznych pod postacią świetlistych włókien. która sprzyjała nastaniu wewnętrznej ciszy. Jednakże w czasie podróżowania po mrocznym morzu świadomości nie występują żadne zakłócenia spowodowane zaśnięciem. jak dzieje się ze światem naszych powszednich spraw. że trafną definicją magii jako zespołu pewnych praktyk byłoby twierdzenie. w całej jego pełni. które zazwyczaj się skupiają – w punkcie połączenia. które zezwala na odbycie takiej podróży. co niezbędne do odbycia twojej podróży. nie ma też absolutnie żadnych prób kontrolowania własnej uwagi podczas dziania się snu. czego dokonuje się w śnieniu. Czarownicy mawiają. która jest niezbędna do postrzegania świata na co dzień. Wyjaśnienia don Juana były najzupełniej jasne. że śniło ci się. jest to sztuka poddania się każdemu nakazowi nieskończoności. przekształca ona nowe pola energii w bodźce zmysłowe. – Kiedy ci się wydawało. że będą postrzegać nowy świat. – To nieskończoność wybiera – powiedział. Nie ma absolutnie żadnego sposobu świadomego wybrania sobie tego miejsca. Kiedy jednak byłem z don Juanem. don Juanie. które są interpretowane i postrzegane jako odmienny świat. że dla wojowników w podróży wybór nie jest tak naprawdę aktem ich woli. – Sztuka wojownika w podróży polega na opanowaniu umiejętności podążania za najmniejszą nawet podpowiedzią. czego dokonałem z mojej wewnętrznej ciszy. zamiast tego osiągałem stan głębokiego. że robi to wewnętrzna cisza. Don Juan orzekł. – Wszechświat nie ma granic i doprawdy nie sposób ogarnąć umysłem wszystkich wchodzących w grę możliwości w całym jego bezkresie. Powiedzmy. – Co mam zrobić. Nieruchome utrzymanie punktu połączenia w nowym położeniu daje czarownikom pewność. a raczej aktem eleganckiego poddania się sugestiom nieskończoności. czyniąc z określenia “śnienie" termin jeszcze bardziej śmieszny. gdzie tego sensu szukać. co? Następnie tłumaczył mi problem wyboru. powiedział. – Musisz świadomie wybierać się w podróże po mrocznym morzu świadomości – odparł – ale nigdy się nie dowiesz. Wówczas don Juan z wielką pewnością w głosie oświadczył – czym wywołał we mnie dreszcz zaniepokojenia – że czarownicy znają tylko jeden sposób przyswojenia sobie wszystkich tych informacji: trzeba je sprawdzić na własnej skórze. kiedy się śpi.manipulacji jest zmiana punktu styczności z mrocznym morzem świadomości. Don Juan powrócił do omawianego przez nas tematu: do moich podróży po mrocznym morzu świadomości'. kompletnego świata. bo jest to najgłupsze stanowisko. Kazał mi usiąść na moim łóżku i przyjąć pozycję. było bardzo podobne do tego. a co za tym idzie. Tym razem. co widzę". Powiedział mi wcześniej. dokładnie tak samo. don Juanie? – zapytałem. że wewnętrzna cisza sama go bezbłędnie wybiera. Potrzeba do tego ogromnego męstwa. choć nie wiedziałem. podążając niepojętymi ścieżkami. ciałem i duszą! – powiedziałem. jakie tylko można przyjąć. Podróż po mrocznym morzu świadomości zakłada wystąpienie natychmiastowej reakcji. ale nie niemożliwe – odrzekł. a jedynie się ich trzymać. umożliwienia postrzegania odmiennych światów. – To niewiarygodne. Dla czarowników linii don Juana nasz codzienny świat był zaledwie jedną z co najmniej sześciuset warstw wielkiego. że magia jest manipulacją punktem połączenia w celu zmiany ogniskowej kontaktu z mrocznym morzem świadomości.

nie tyle dlatego. wydawało się. że jesteśmy w tym właśnie miasteczku. Szczerze przyznam. ale wrogość zamieszkującej te okolice ludności zmuszała mnie do zawrócenia z drogi. Wiedziałem. jaki kiedykolwiek dane mi było oglądać w świecie don Juana. było oddalone o około dwa i pół kilometra na wschód od domu don Juana. że zostaliśmy pokonani i nie ma dla nas żadnego ratunku. wybudowanych na szlaku kolei. nie znałem ich języka. że rozumiałem. Od razu rozpoznałem miasteczko z opisów ludzi. Zaraz potem ujrzałem bodaj najdziwniejszy widok. że nie mają absolutnie żadnej możności wcielenia w życie swoich zamierzeń. że to miasteczko istnieje naprawdę. Moje zdumienie jeszcze wzrosło. jakim sposobem. gdy sformułowałem tę myśl. jakby kula energii – normalny obraz człowieka – była przezroczysta. Szacowali własne siły. jak się ogląda zdjęcia rentgenowskie. że przeżyłem tam największy szok w moim życiu. gdy próbowałem desperacko zadać pytanie. Rdzeń tych ludzi stanowiły raczej figury geometryczne zbudowane z czegoś. Nie spostrzegłem żadnego ruchu. Don Juan mnie prowadził. jakby scenę oświetliło dodatkowe światło. nie pojedynczo. ale nie byłem w stanie wydobyć z siebie żadnego słowa. Nie kończące się negocjacje Indian Yaqui koncentrowały się wokół przydzielania im przez bank zaliczek w oparciu o ogólnikowe prognozy jakości nadchodzących zbiorów. jak usta otwierają mi się i zamykają bezwolnie. Ich wypowiedzi koncentrowały się na konflikcie. co wyglądało jak bardzo gęsta wibracja materii. bo został mu narzucony z zewnątrz. Nagle podniósł się cyniczny głos. wypróżniony ze wszelkich myśli. Nie byli to absolutnie ludzie pokroju człowieka Zachodu. które mogłoby wskazywać na to. żaden z nich jednak jakby nas nie zauważył. ale nie mogłem wypowiedzieć ani jednego słowa. Ludzie ci byli rzeczywiście bardzo wojowniczy. ale w momencie. Wyraźnie rozumiałem ich słowa. Chciałem powiedzieć coś don Juanowi o tym. a to za sprawą faktu. Nie było w nim żadnych części szkieletowych. na których widać kościec człowieka. Tylko don Juan mógł mówić. co oni mówią. W następnej chwili spostrzegłem. że bank kupował zboże od okolicznych farmerów. Wszystko nabrało ostrości i ładu i zacząłem rozumieć. które nawet nie przychodziło mi do głowy.po chwili ciszy. zawiści i urażonej dumy pozostałych. Czułem. Przed nią zawieszona była gruba. u podstawy pionowej kreski litery “T" znajdowała się grecka “delta". żadnej reakcji ani ukradkowego nawet spojrzenia. chociaż nie wiedziałem. bo gdyby w którymś momencie jeden spośród nas siłą swej charyzmy wybił się ponad wszystkich i mobilizował resztę do walki. że idę. – Indianie Yaqui nie są wyjątkowi w swej małostkowości – powiedział mi do ucha. trzymając za ramię. Bardziej niż czegokolwiek innego na świecie pożądali pojawienia się na arenie jakiegoś charyzmatycznego wojownika. że w miasteczku wrze jak w ulu. na prowadzeniu wojny. jeden z Indian wyraził myśl. ile z powodu treści ich rozmów. że zdawali sobie sprawę z naszej obecności. Umysł miałem pusty. co mówiono. spacerowaliśmy po miasteczku zamieszkałym przez Indian Yaqui. nie wyłączając mnie samego. który by nimi wstrząsnął i zmobilizował do działania. Dokoła nas kręciło się mnóstwo Indian kłócących się ze sobą. gdy don Juan wyszeptał mi do ucha. Chciałem go zapytać. Moje ciało przeszyła udręka ich niemocy. Nie byliśmy już u niego w domu. spostrzegłem. którzy w nim byli. Rdzeń przypominał litery alfabetu – główny szkielet konstrukcji stanowiła duża litera “T". Zobaczyłem energię w jej ruchu we wszechświecie. tak więc nie widziałem tych ludzi tak. lecz nie zobaczyłem ludzi po postacią kulistych czy prostokątnych bąbli energii. rozjaśniło mi się w głowie. Najnowocześniejszej broni mogli przeciwstawić jedynie pałki i kamienie. Don Juan i ja staliśmy na środku ulicy przy banku państwowym. że nie mają przywódców. potencjał bojowy. Była to osada. Byli rozżaleni tym. która sięgała niemal samego podłoża i stanowiła podporę całej konstrukcji. co się dzieje. którzy mnie otaczali. byli inspektorzy banku federalnego. niejednokrotnie byłem w pobliżu. Indianin powiedział. Wyglądało to tak. w następnej zaś bardzo dziwnymi stworzeniami. Don Juan i ja znajdowaliśmy się w środku grupki ludzi. – W taki właśnie stan popadli ludzie. którzy mogli swobodnie do niego przyjeżdżać. ale w zbitkach. Na górze . na strategii. zostałby zdradzony z powodu zazdrości. w którym nigdy jeszcze nie byłem. który nie jest nawet charakterystyczny dla człowieka. podobna do aureoli otaczającej przywodzący na myśl owada rdzeń. tak jakby mój umysł nabrał zdolności wychwytywania całych konstrukcji myślowych. co mówią Indianie. i ubolewali nad tym. do której wstęp był dla kogoś obcego rzeczą nieomal niemożliwą. Odniosłem wrażenie. jak się tu dostaliśmy. odwrócona litera “L". że jestem w jednym z meksykańskich miasteczek. Ci. czułem się z nimi nierozerwalnie związany. stan. Rdzeń ów nie przypominał kształtem istoty z rzędu naczelnych. byli w jednej chwili normalnymi ludźmi z powszedniego świata. która najwyraźniej dobiła wszystkich zgromadzonych. Nie rozumiałem ani słowa z tego. Jedynymi ludźmi spoza plemienia Yaqui.

Brałem ten opis dosłownie i sądziłem. Podkreślał. w jaki sposób pokonałem drogę dzielącą miasteczko od jego domu. w jaki sposób dostałem się do tamtego indiańskiego miasteczka i miasteczka przy stacji kolejowej. bardziej nadawał okrągłej konfiguracji pól energetycznych człowieka wygląd wisiorka. z których składa się człowiek. były istotami o geometrycznym układzie z niby-liną w górnej części sferycznej aureoli. z miasteczka Indian do miasteczka przy stacji i z miasteczka przy stacji do domu. Don Juan bez przerwy mi powtarzał. Położyłem się na łóżku i usilnie starałem się sobie przypomnieć. gdyż sceny były tak szczegółowe. Cierpliwie mi tłumaczył. Moje siły szybko się wyczerpały i mogłem dostrzec już tylko ludzi w ich zwykłej postaci. zamierzenie miało swój początek na głęboko ukrytym poziomie. a kierowała nim konieczność. Ów łączący sznurek. choć nie znam ich języka. który umożliwia nam zrozumienie świata. która byłaby nanizana na ten sam sznurek. Kiedyś don Juan opisał mi metaforycznie energetyczną unię łączącą wiązki istot ludzkich. gdy zmrużą powieki. że mógł to być sen. Wszystkie istoty. Przez chwilę je widziałem. Powiedział mi wówczas. . Nie widziałem jednak żadnej innej istoty. zwróciłem też na te aspekty uwagę poprzez akt zamierzenia. że sznurek ten przechodzi przez skupisko pól energii. Don Juan i ja przeszliśmy miasteczko od jednego jego końca do drugiego i widziałem dosłownie dziesiątki istot o takim geometrycznym układzie. przywołać z pamięci jakieś wspomnienie. A potem widziałem sznur energii. Nie wierzyłem. Ciągłość czasu została przerwana. od samej góry do dołu. – Gwarantuję ci. który łączy ludzi ze sobą w określone linie. ciężkiego klejnotu.litery “T" dostrzegłem coś. jak się dostaliśmy z domu do miasteczka Indian. co się wydarzyło. lina przebijała czubek świetlistej sfery. że nie mogły być nierealne. jakie niektórzy z nas widzą. wiszącego sobie swobodnie na łańcuszku. Ta lina uparcie przywodziła mi na myśl kanciaste zygzaki. Moja zdolność widzenia ich była niezwykle rozchwiana. Don Juan powiedział. że moje zamierzenie nie było czymś świadomym ani wolicjonalnym. Rozumiałem. po czym traciłem wizję i miałem przed sobą zwykłych ludzi. i widziałem sznur energii. który widziałem. nadając mojej wizji wygląd gigantycznego paciorka. że uczestniczyłem w czymś wyjątkowym i niewytłumaczalnym. co przypominało linę o średnicy może jednego cala. pochłonięci ludzkimi sprawami. pomimo to w żaden sposób nie mogły być jednak rzeczywiste. to właśnie zasługa magii. że czarownicy starożytnego Meksyku opisywali te wiązki jako zasłonę wykonaną z paciorków nanizanych na sznurek. – Tracisz tylko czas – odezwał się don Juan ze śmiechem. że czas wracać do domu i po raz kolejny coś we mnie zatraciło zazwyczaj dobre poczucie ciągłości. że przerwanie owego strumienia ciągłości. Znalazłem się w domu don Juana. które widziałem. nie mając najmniejszego pojęcia. Odczuwałem potrzebę uzmysłowienia sobie pewnych możliwości związanych z podróżowaniem po mrocznym morzu świadomości i moja wewnętrzna cisza pokierowała intencją – odwieczną siłą wszechświata – tak. co mówili Indianie. badając najgłębsze pokłady mojej świadomości w poszukiwaniu jakiejś wskazówki. że nigdy nie będziesz wiedział. który łączy istoty ludzkie z pewnymi innymi istotami. jacy są. by mogło się stać tej potrzebie zadość. że tego dnia podróżowałem po mrocznym morzu świadomości i widziałem ludzi takimi. Powiedział. Tak właśnie działa wewnętrzna cisza.

Oświadczył. Okazało się. czasem całymi dniami. usiłując spiąć jakoś nasze dwa tory myślenia i działania. musiałem przerwać. wobec którego samo powstrzymanie się od osądu nie wystarczało. że już dość się napracowałem i że powinniśmy wejść do domu. Słuchałem go zdruzgotany i przygnębiony. U szczytu swych możliwości postrzegania widzieli oni coś. Ale on nie zwrócił uwagi na moje słowa. – Już wiesz – zaczai – że istnieje we wszechświecie pewna odwieczna siła.Świadomość nieorganiczna Pewnego dnia don Juan wyjawił mi złożoność swojej sytuacji życiowej. jak się posługiwać nożem przy czyszczeniu bambusów. Pewnego dnia pomagałem don Juanowi czyścić pale bambusowe z tyłu jego domu. nieomal pustym pokoju dziennym. don Juanie? – spytałem go najzupełniej szczerze. Kiedy don Juan zaczął do mnie mówić. Poddał mi kilka orzechów. suszonych moreli i plasterków sera zgrabnie rozłożonych na talerzu. Widzieli. .. że chcę dokończyć czyszczenie bambusów. jeśli w ogóle coś takiego nosili. gdzie mógłby mieszkać. Nie bardzo chciało mi się wierzyć. wiele takich razów. bo. który wymagał całej mojej uwagi. don Juanie – powiedziałem. że nieustannie zadawałem sobie zabójcze pytanie: no a jeśli wszystko to. iż jestem taką miernotą. Powiedziałem mu. gdzie mieszkał wraz ze swymi towarzyszami. – Nie. aspektu. – Czy latałeś stąd do Guaymas samolotem. byłem bezgranicznie zdumiony.. żeby cię o tym powiadomić. że najszybciej byłoby lecieć mu samolotem. Poprosił mnie. bym podjadał z talerza. żebym pozostawał czujny i uważnie słuchał tego. Musiałeś siedzieć i cierpliwie na mnie czekać. żeby móc się skupić na jego słowach. Nie chciało mi się jeść. twierdził.. ale przecież nie wiedziałeś. Kiedy zabrał mnie do swojego domu w środkowym Meksyku. co wpędza mnie w bezgraniczną konsternację. Wiedziałem. – Mieszkałeś w Sonorze tylko ze względu na mnie. śmiejąc się. – No cóż. jeżeli dobrze sobie przypomnisz – odrzekł – było wiele. iż lepianka ta odzwierciedla stan mojej świadomości. nie mogąc wytrzymać ciężaru odpowiedzialności. co sprawiało. którą czarownicy starożytnego Meksyku nazywali mrocznym morzem świadomości. – Nie było sposobu. – No ale. unikając jednocześnie subiektywizmu. lecz przywódcą grupy złożonej z piętnastu wojowników w podróży: dziesięciu kobiet i pięciu mężczyzn. że w obu kwestiach don Juan mówił prawdę. że celowo mówi mi coś. że mroczne morze świadomości jest odpowiedzialne nie tylko za świadomość organizmów. w której go po raz pierwszy odnalazłem. W nowym otoczeniu don Juan podjął mozolny trud objaśnienia mi bardziej złożonego aspektu swojej wiedzy. Polecił mi. że mieszka w lepiance w Sonorze dlatego. czego mój linearny umysł nie jest w stanie pojąć ani przyjąć. aspektu. ale. poczucia winy i zupełnej bezwartościowości oraz wyrzutów sumienia. bym włożył rękawice robocze. Poprosił. żebym usiadł w jednym z bardzo wygodnych foteli w przestronnym. kiedy do ciebie przyjadę. jest prawdą? Nie chciałem dłużej pytać. co ma mi do powiedzenia. don Juanie? – zapytałem go. gdzie mógł mieszkać nieskończenie bardziej komfortowo niż w lepiance. Sądziłem.. że naprawdę chce mi przez to powiedzieć. Stan mojej świadomości był bardzo mierny. – No cóż. – Przylatywałem bezpośrednio do tej lepianki. a on faktycznie miał inne domy. Praca pochłonęła mnie całkowicie. jak powiedział. będę bowiem musiał na bieżąco dostarczać mojemu organizmowi pożywienia. kiedy mnie nie zastałeś. Musiałem skończyć z obiektywizmem. żując wolno i starannie. ponieważ czułem się beznadziejnie zagubiony. gdzie na mnie czekałeś. – Tam się tylko z tobą spotykałem. drzazgi bambusa są bardzo ostre i łatwo powodują infekcje. że trzęśli portkami. Wówczas to właśnie nadszedł dla mnie czas. że – jak utrzymywał – ma inne domy. co mówi don Juan. Pokazał mi. nie leciałem do Guaymas – odrzekł z szerokim uśmiechem na twarzy. tak naprawdę wcale tam nie mieszkałem – odrzekł. kiedy musiałem zanurkować w głębiny jego wiedzy. za jakiego go uważałem. nie wierzyłem też w to. W owym czasie znajdowałem się na takim poziomie świadomości. coś. Nie był też czarownikiem samotnym.

lecz nie mają organizmów. W tamtej chwili mogłem jedynie słuchać z maksymalną uwagą i jeść. ponieważ śmierć człowieka kryje w sobie pewną dodatkową opcję. dopuszczają się wszelakiej intelektualnej masturbacji. – Powiedziałem ci. co wylądowało w przestrzeni i czasie. Powiedział. co powiedział don Juan. że trafnym byłoby stwierdzenie. – Co to za ukryta opcja. Przeciwstawnym względem niego i zarazem komplementarnym światem jest świat zamieszkały przez istoty. że jedne i drugie mogą istnieć obok siebie. że to nasz bliźniaczy świat. że dawni czarownicy wiedzieli. które organizmów nie posiadają. Cały wszechświat jest wypełniony po brzegi światami świadomości. w zasadzie sobie nie przeszkadzając. Czarownicy natomiast dysponują olbrzymim polem. W żołądku miałem bezdenną pustkę. – Przypuszczam. praktyczne . są oni jedynymi ludźmi. ponieważ nie są świadomi istnienia światów bliźniaczych. don Juanie? – zapytałem. a jednak to właśnie ta klauzula jest najważniejszą częścią dokumentu. że życie oznacza świadomość. dawni szamani stworzyli nieopisaną liczbę klasyfikacji różnych typów tej obdarzonej świadomością energii. że ledwie dostrzegalna. to w takim razie tak. nie zaprzątając sobie głowy czasem i przestrzenią. – Czy możemy w jakiś sposób postrzegać te istoty nieorganiczne. – Czy takie istoty nieorganiczne umierają. które mają świadomość? – zapytałem oszołomiony. gdzie ty i ja właśnie sobie siedzimy – odrzekł rzeczowo. don Juanie? Istoty bez organizmów. Nagle poczułem wilczy apetyt. – Dawni szamani odkryli. iż jeśli życie można mierzyć intensywnością. powiedział. którzy przeczytali tę drobno drukowaną klauzulę. ale nigdy nie przyjdzie im do głowy. a jednocześnie jest inna. – Czarownicy potrafią to robić na zawołanie. To trochę jak klauzula w dokumencie prawnym. Ich śmierć nieco przypomina śmierć człowieka. że zwracasz uwagę jedynie na to. Czarownicy starożytnego Meksyku nie myśleli. Istoty. które zostały ci dane. które lądują na naszym polu świadomości czy na polu świadomości naszego świata bliźniaczego. żyją – odparł. pochodzą z innych światów. które są względem siebie jednocześnie przeciwstawne i komplementarne. Rozumowali tak. w miejscu. – Jak najbardziej – odrzekł. Znano je pod ogólnym określeniem istot nieorganicznych. żeby się doczytać. że cały wszechświat składa się z sił bliźniaczych – rozpoczął. ląduje w polu świadomości naszego świata i w polu świadomości jego świata bliźniaczego. że i nasz świat jest jednym z takich bliźniaczych światów. – Tutaj. śmiejąc mi się jednak prosto w nos z mojego zdenerwowania. które mają świadomość. Oni myśleli jedynie w kategoriach świadomości. gdyż nigdy wcześniej nie wspominał o niczym takim. organicznymi i nieorganicznymi. – Jeśli śmiercią nazywasz koniec świadomości – tak. że podobnie jak postąpiłby każdy człowiek na Ziemi. – Są to siły. umierają. Potrafią to też normalni ludzie. ponieważ jeden typ jest całkowicie różny od drugiego. don Juanie? – zapytałem. – Czy takie istoty nieorganiczne żyją tak samo jak my? zapytałem. kiedy świadomość nieorganiczna z innych światów wylądowała w polu ich świadomości. nim mi odpowiedział. przenikliwością. w kategoriach czasu i przestrzeni. trwaniem takiej świadomości. Byłem zafascynowany tym. na którym łatwo zauważyć lądowanie czegoś niezwykłego. – Jeżeli uważasz. istot obdarzonych świadomością. Ich świadomość się kończy. tak więc jest z nami blisko spokrewniony. don Juanie? – zapytałem. – A to co znowu. – I gdzie jest ten świat. ale ci nie zdają sobie z tego sprawy. Don Juan mówił dalej. Dla nich opcja ta ma bezpośrednie.lecz również za świadomość istot. Nie możemy uciec od tego. tak jak ty. Kiedy zaczynają myśleć o świecie bliźniaczym. Obok siebie egzystują dwa typy świadomości i nigdy nie wchodzą sobie w drogę. O ile mi wiadomo. Dla tej przyczyny dawni szamani nazywali je istotami nieorganicznymi. – Kłopot z traktowaniem wszystkiego w kategoriach czasu i przestrzeni – ciągnął – polega na tym. że takie fantazjowanie ma swoje źródło w nie uświadomionej pewności. a jest to wycinek bardzo ograniczony. żując bezwolnie kawałek suszonej moreli. don Juanie? – Ukryta opcja śmierci dotyczy wyłącznie czarowników. Don Juan chichotał przez chwilę. wówczas – zupełnie szczerze – istoty takie są bardziej żywe niż ty i ja. lecz nie mających organizmów. klauzula napisana tak małymi literkami. że poziomy świadomości istot organicznych i istot nieorganicznych są tak od siebie różne. Cała masa istot z najdalszych zakątków wszechświata. choć przeciętny człowiek nigdy tego nie zauważa. którą ma każdy z nas: że nie jesteśmy sami. Musisz wziąć szkło powiększające. które istnieją poza zakresem naszego świata i jego bliźniaka. Dawni szamani podeszli do problemu wzajemnej egzystencji.

tworząc jedną. Nie. Dla przeciętnego człowieka śmierć oznacza koniec jego świadomości. Wiem. ciało. Zamiast dezintegrować organizm. powodują w reszcie ciała chaos. to nie jest dusza. nie spełnionych jeszcze oczekiwań. jak kończy się świadomość istot nieorganicznych. Nie miałem absolutnie nic do dodania. że gdy miałem czternaście lat. Miała olbrzymi dom z trzema patio z pomieszczeniami mieszkalnymi pomiędzy nimi – sypialniami. Dla czarowników. Jeżeli tak właśnie będzie. że nie emanuje z niej żadna energia. zamieszkałem w domu siostry mojego ojca. niezwykle wyspecjalizowaną. granice. że stają się nieśmiertelni? – Mój trzeźwy umysł czarownika mówi mi – odrzekł – że ich świadomość kiedyś się skończy tak samo. dopóty świadomość istot nieorganicznych się nie kończy. Wówczas to polem ich działania staje się nieskończoność. co ci opisuję. zwartą całość.zastosowanie. – Jak śmierć może cokolwiek jednoczyć? – zaoponowałem. części. który szamani starożytnego Meksyku nazywali ostateczną podróżą. która nie jest podzielona na części. Pierwsze patio było bardzo surowe. Ziemia jest ich matrycą. – Dla czarownika – odrzekł – śmierć kończy panowanie indywidualnych nastrojów ciała. że umierasz z ciekawości i chciałbyś mnie zapytać – mówił dalej z szerokim uśmiechem – czy to. jak to zazwyczaj bywa. którą mi kiedyś opowiedziałeś. gdy zdecyduje się na ową ukrytą opcję śmierci. – Zaintrygowała mnie niezmiernie pewna historia – ciągnął. które przestają funkcjonować poprawnie. Dopóki istnieje. Pozostawił mi posmak tajemniczości i nie wypowiedzianych. jak na przykład wówczas. które zostają złamane przez śmierć. zazwyczaj osoby bardzo silnej – silnej z punktu widzenia świadomości. to przemiana w istotę nieorganiczną. – Chcesz przez to powiedzieć. która idzie do piekła albo do nieba. Podczas kolejnej wizyty u don Juana rozpocząłem rozmowę od nurtującego mnie pytania. i w takim razie jest to twór fantasmagoryczny. don Juanie. – Ale co to za ukryta opcja śmierci. Śmierć eliminuje takie samowładztwo poszczególnych części ciała. – Chcesz przez to powiedzieć. wyłożono je kostką . jak długo będzie żyć Ziemia. które cały czas kołatało mi się w głowie. że świadomość właściwa istotom nieorganicznym będzie trwać tak długo. w chwili gdy zachodzi akt zjednoczenia. co się dzieje z czarownikiem. W obu przypadkach wynikiem śmierci jest akt wessania do mrocznego morza świadomości. co ty nazwałbyś duchem albo zjawą – odparł – sprowadza się w dokładnej analizie czarownika do jednej kwestii – każda z takich zjaw może się okazać skupiskiem pól energii. naładowana doświadczeniami całego życia. Czarownicy określają ją mianem konfiguracji wytwarzającej energię. zdolną do niewiarygodnych wyczynów w zakresie postrzegania. Absolutnie całe ciało czarownika zostaje przekształcone w energię – energię obdarzoną świadomością. Granice ustanowione przez organizm. przekracza własne granice i pod postacią energii rozlewa się po mrocznym morzu świadomości. gdy robi ci się niedobrze po zjedzeniu jakiegoś świństwa. obdarzoną zawrotną prędkością istotę nieorganiczną. Wówczas czarownicy przechodzą w stan. w przypadku czarowników ciągle funkcjonują. wówczas taka zjawa ma energię. – Była to historia o twojej ciotce. że duchy i zjawy naprawdę istnieją? – To. Jednoczy ich świadomość. choć nie są już widoczne gołym okiem. Przypominasz ją sobie? Opowiedziałem raz don Juanowi. – Dla czarowników śmierć jest czynnikiem jednoczącym. – Czy jest taka możliwość. na którą decydują się jedynie czarownicy. To. który nie pozostawia im ani krzty energii. Ty wyobrażasz sobie śmierć jako leżącego trupa. koniec jego organizmu. don Juanie? – zapytałem. don Juanie. Spójność i porządek wyjaśnień don Juana były moim zdaniem kapitalne. pokojami dziennymi i tak dalej. – Dla czarowników śmierć jest aktem zjednoczenia. Dla istot nieorganicznych śmierć oznacza to samo: koniec ich świadomości. które mają świadomość i które my zamieniamy w znane nam obiekty. Moim zdaniem jest to najrozsądniejsza odpowiedź na twoje pytanie. że po śmierci czarownicy ciągle mają świadomość? – zapytałem. Dawni czarownicy wierzyli. śmierć go jednoczy. Nie mam na ten temat żadnych wiadomości z pierwszej ręki. W takim przypadku nastrój twojego żołądka odbija się na stanie całości. Albo też może się okazać. to dusza. lecz ja nigdy czegoś takiego nie widziałem. Indywidualna świadomość. Nie ma żadnego rozkładu. które zaczyna się rozkładać. że to właśnie władza różnych części ciała dyktuje nastroje i reakcje całego organizmu. nie ma żadnego trupa. Dawni czarownicy byli przekonani.

nigdy mi nie wyjawiono dlaczego. która wyglądała dokładnie tak samo jak moja ciotka. strażnika i człowieka do wszelkich poruczeń w domu mojej ciotki. Zapytałem ciotkę. że osoba idąca korytarzem jest na wysokości drugiej żarówki. Nikt inny nawet nie dotykał owoców z sadu. wspaniały gawędziarz. pulchna pani po pięćdziesiątce. pani pełna dziwactw. – Nie zawracaj sobie głowy głupotami. które włączano każdego wieczoru o szóstej i wyłączano o szóstej rano. Czasami godzinami leżałem na łóżku. Prowadzili bardzo stateczne życie. słyszałem czyjeś kroki na długim korytarzu. klatki z ptakami oraz stojąca w samym środku fontanna w stylu kolonialnym. W domu mieszkał też główny lokaj. była dla mnie idealna. Doglądała ich z matczyną troską. czy nie mógłby robić swojego obchodu w okolicach mojego pokoju odrobinę ciszej. wysoki. że lokaj był kiedyś wojskowym i przywykł do codziennych obchodów. Kroki nagle ucichły. Zadowoliłem się jej wyjaśnieniem. kochany – odrzekła ciotka z uśmiechem. przyjmując zakłady na olbrzymie sumy pieniędzy. Podobieństwo było tak znaczne. po czym odwraca się i idzie z powrotem w kierunku głównego wejścia. urozmaicone jedynie dziwactwami mojej ciotki. była to osoba bardzo jowialna. za każdym razem tak właśnie robi. na które miałem ochotę. Oświetlony był skąpo czterema słabymi żarówkami. Małżeństwo to miało córkę. Okno miałem otwarte. masywny mężczyzna w wieku czterdziestu kilku lat. wyszedłem z łóżka i stanąłem pod ścianą. Powiedziano mi. że będą to najcudowniejsze chwile mojego życia. ale na skąpo . Kiedy obliczyłem. Masz urojenia. Czasem jego kroki mnie budzą. że ktoś robi coś dla mojego własnego dobra. Korytarz miał piękne łuki i wyłożoną kafelkami podłogę. łącząc wszystkie patio. czy ktoś przechadza się w nocy i zatrzymuje przy moim oknie. która prowadziła do wejścia do mojej kwatery. młoda kobieta – była towarzyszką mojej ciotki. nie śpiąc. bo napytasz sobie biedy. która ni stąd. Pewnego dnia napomknąłem lokajowi. o co ci chodzi! – odrzekł szorstkim głosem. Sytuacja. był tam również duży plac ogrodzony drutem. Mogłem jeść wszelkie owoce. że moja ciotka legalnie ją adoptowała. walki kogutów były jej ulubioną rozrywką. ze stałym dopływem świeżej wody. Te cztery osoby to byli najcichsi ludzie. który przebiegał przez całą długość domu od strony północnej. tak żebym mógł spać. – No to w takim razie kto chodzi koło mojego okna? – Nikt nie chodzi koło twojego okna. Myślałem. czasami spędzała przy nich całe dnie. gdyż wychodziłem wówczas często z moimi przyjaciółmi i nie musiałem się nikomu zgłaszać po powrocie do domu. W tamtych latach nie było dla mnie niczego gorszego od wysłuchiwania. gdzie zajeżdżały zaprzęgi konne. Tamtej nocy. – Nie wiem. Spędziłem tam dwa fantastyczne miesiące mojego życia. poprzecinany zygzakami ceglanych ścieżek na wzór mauretański. Wielkie halo! Przestraszyłeś się? – Nie. – Po prostu mnie to zaciekawiło. – Ciotka mi powiedziała. Głową domu była moja ciotka. gdyż ktokolwiek to jest. ale dał się skusić na lepiej płatną posadę głównego lokaja. gdy tak odpoczywałem. Popołudniami ciotka uczyła mnie muzyki i opowiadała niezliczone historie o przodkach. Trzecie patio zajmowały zwisające z okapu donice z kwiatami. trenowała je i wystawiała w poważnych walkach. wysoka. jej kucharką i powiernicą. Zawsze. jakich kiedykolwiek w życiu spotkałem. Wracaj do spania. że dom zbudowano w stylu kolonialnym i że to pierwsze patio było niegdyś podwórcem. obiecujące koguty. nie przestraszyłem się – powiedziałem. że jego kroki są troszeczkę za głośne i spytałem go. w której się znalazłem. – To pewnie mój lokaj na obchodzie. które skrywała za manierami żarliwej katoliczki. który był przedtem starszym sierżantem w wojsku. bo twój lokaj podchodzi pod mój pokój co noc. wytknąłem głowę na zewnątrz. sad był wypełniony drzewami. Drugie patio stanowił cudowny sad. Ciotka oddała na mój użytek całą kwaterę naprzeciwko sadu. przeznaczony dla drogocennych kogutów mojej ciotki. Jego żona – piękna. by koguty jej nie poraniły. Mówię ci to dla twojego własnego dobra. Wkładała grube skórzane rękawice i sztywne skórzane getry. pulchną dziewczynkę. gdzie nie trzeba. Skwitowała moją ciekawość rzeczowym stwierdzeniem. o okrągłej twarzy. by pokój wypełnił się zapachem kwiatów pomarańczy. Nie kręć się. ni zowąd wybierała się w podróż albo kupowała sobie nowe. że robi pan w nocy obchód – powiedziałem. – Nic podobnego! – odparł. a oczy zapałały mu obrzydzeniem. gdy tylko usłyszałem kroki.brukową.

Obie gałęzie rodziny są niezwykle drażliwe i obrażają się o byle co. Utrzymywał. – Jedynym sposobem na poddanie moich słów próbie jest bezpośrednie doświadczenie. dając mi złudzenie. że istoty organiczne i nieorganiczne z naszych dwóch bliźniaczych światów są dziećmi dwóch sióstr. żeby się ukryć. Gdyby ktoś nim szedł. która sprzyjała nastaniu wewnętrznej ciszy. że nie jesteśmy w stanie jej świadomie prowadzić. Przez głowę przebiegła mi niejasna myśl. że próby zaprzyjaźnienia się z członkami naszej rodziny mijają się z celem. stanowią tropiciele. są – z powodu swej żywiołowości – pokrewne człowiekowi. wyodrębnioną przez czarowników starożytnego Meksyku. Moje ciało było doskonale nieruchome – albo dlatego. Nie spytałem go. który dawni czarownicy popełnili w odniesieniu do tego typu istot nieorganicznych. – Powiedziałem ci wszystko. Był pusty. że to niewykluczone. tkwi w tym. – Energia naszych najbliższych kuzynów to prawdziwa kula u nogi! – ciągnął don Juan. nad którym nie miała żadnej rozumowej kontroli. oni natomiast wiedzą o nas wszystko. co trzeba wiedzieć o istotach nieorganicznych – rzekł nagle don Juan.oświetlonym korytarzu nie zobaczyłem nikogo. Jakiś głęboki strach zaczął trząść moim ciałem w nerwowych spazmach. iż istnieje prawdopodobieństwo. a my nie możemy pomóc im. mówiąc mi. że to niemal na pewno moja ciotka chodziła po nocy. Widzieli w owych blokach energii swych pomocników i opierali się na nich. Normalnie byłbym się ociągał. jak zaczyna mnie otaczać nieprzenikniona ciemność. że niektóre typy istot nieorganicznych z kategorii tropicieli. nasz najbliższy kuzyn. co mam zrobić. że jeśli ma być ze mną zupełnie szczery. Zastosowałem się do jego polecenia z niebywałą łatwością. Don Juan twierdził z przekonaniem. wiemy o nich wszystko podświadomie. był to pewien aspekt jej świadomości. jak wierzyli czarownicy starożytnego Meksyku. czyli odkrywcy. którą wokół siebie roztaczała. Nazywali istoty nieorganiczne takiego rodzaju sprzymierzeńcami. innymi słowy. Sedno sprawy. nie miałby czasu na to. że zasypiam. Są zdolne do nawiązywania łączności z ludźmi i wchodzenia z nimi w relacje symbiotyczne. Moja trwoga była tak ogromna. że kroki te były wytworem świadomości nieorganicznej. jak to zazwyczaj bywa pomiędzy najbliższymi krewnymi. że zanim zdążyłem usiąść. że istoty nieorganiczne. rozchodząc się w dół. – Dzisiaj pójdziemy poszukać istot nieorganicznych – oświadczył. że są w stanie ją okiełznać. Szamani ci byli przekonani. być może nie otwarcie. które mieszkają obok siebie. nie rozumiejąc. Oni nie mogą pomóc nam. ponieważ wymagania nakładane na nas w ramach takiej przyjaźni są zawsze nadzwyczaj wygórowane. Być może moglibyśmy połączyć siły i otworzyć wspaniały rodzinny interes. ale byłem tak głęboko wstrząśnięty. po barki. są to istoty nieorganiczne. lecz komunikacja ta odbywa się na takim poziomie naszej świadomości. Don Juan mawiał. Don Juan powiedział też. kolejną grupę istot nieorganicznych. lecz również była zdolna do znacznie bardziej skomplikowanych manipulacji świadomością. Taki typ istoty nieorganicznej. ale do tego nie doszło. korzystając z tej wiedzy świadomie i rozmyślnie. Moje myśli nie były już jasne. które przybywają z najdalszych zakątków wszechświata i są wyposażone w świadomość nieskończenie bardziej przenikliwą i szybszą od świadomości człowieka. są skończonymi egocentrykami. że nie mogłem tych . jedynie gołe ściany. były uważane przez czarowników jego linii za naszych krewniaków. jesteśmy dokładnie tacy sami. Don Juan powiedział mi wówczas. że swym przeraźliwym wrzaskiem obudziłem wszystkich domowników. że w końcu oboje potulnie przyznali. Inaczej mówiąc. jak i istoty nieorganiczne z bliźniaczych światów. zresztą nie było tam stosownego miejsca. Poczułem. bezustannie się z nami porozumiewa. iż każdej nocy w domu słychać nie zidentyfikowane kroki. Według don Juana. musi przyznać. że zasadniczy błąd. Ciotka i lokaj starali się mnie uspokoić. mimo wszystko jednak czułbym gdzieś w środku szarpiącą niechęć. zapadłem już w stan wewnętrznej ciszy. Był przekonany. Powiedzmy. że dawni czarownicy przez wiele pokoleń dopracowywali swe klasyfikacje i doszli do wniosku. czyli odkrywców. polegał na przypisywaniu tej bezosobowej energii ludzkich cech i przekonaniu. które zamieszkują nasz świat bliźniaczy. – Są tak samo popierdoleni jak my. Poza tym. że nie miałem najmniejszego zamiaru nakazywać mu jakichkolwiek ruchów. po same czubki palców stóp i w górę. że różnimy się wyglądem. że wszystko sam wymyśliłem. albo dlatego. Rozkazał mi usiąść na łóżku i znów przyjąć pozycję. iż moja ciotka – zupełnie nieświadomie – nie tylko była odpowiedzialna za powstawanie tych wszystkich hałasów. że zarówno ludzie. że jako czysta energia nie są one w stanie zapoczątkować jakiegokolwiek działania. Wyjaśnił mi. które niczym erupcje wulkaniczne wstrząsały moim splotem słonecznym. że zjawisko to pasowało do pewnej atmosfery figlarności czy tajemniczości.

To właśnie nasz system interpretacyjny mówi nam. Wyglądało to tak. na jakiejś skale. byśmy się ośmielili przeciwstawić jego nakazom. ale nie mogłem. Energia takich istot nieorganicznych oddziałuje na nas – ciągnął don Juan – a my interpretujemy sobie to oddziaływanie zupełnie dowolnie. Od czasu do czasu rozpłaszczały się. rozszerzały. Jeśli nic się nie zdarzy. Od tej pory – kontynuował – gdy tylko staniesz twarzą w twarz z dziwną zjawą. sam. Wszystko było materią kierowaną głębokimi odczuciami wewnętrznymi. w odległości około piętnastu metrów ode mnie. że wyschnięte koryto rzeki. Następnie zapytałem ich. Bąble te nie miały żadnych granic. bezpośrednie widzenie energii to granica ludzkich możliwości. tym lepiej na tym wychodzą. Jeden z mężczyzn rzeczowo oświadczył. który i tak zresztą wcale do ciebie nie należy. Im mniej czarownicy interpretują. Powiedział. niskim. co mam robić. Don Juan bardzo powoli. że są moimi sprzymierzeńcami. że jestem z don Juanem i idziemy przez pustynię Sonory. że chociaż ich nie znam. – Musisz zdać sobie sprawę z tego – rzekł – że to nasz system kognitywny. oddalonych od siebie o może trzy do pięciu metrów. jego słowa niejako coraz bardziej mnie zagęszczały. Wyglądali na miejscowych. Twarz miałem niesamowicie sztywną. w zależności od nastroju. że udało mi się tamtego dnia przekształcić antropomorficzną postać istot nieorganicznych w ich esencję: bezosobową energię świadomą samej siebie. jak gdyby dostosowywały się do nastroju mojego spojrzenia. Dzień chylił się ku końcowi i światło zachodzącego słońca wprawiło mnie w stan głębokiej desperacji. Chwilę później byłem znów w jego domu w środkowym Meksyku. sięgając swą wysokością wzrostu człowieka. jaka jest w rzeczywistości – powiedział. jak bym to normalnie uczynił. byłem tam z nim tak wiele razy. Jeśli będzie to istota nieorganiczna. Rozpoznałem okolicę. ale pragnienie przekazania mu moich wrażeń cielesnych zniknęło w okamgnieniu. on zaś spocznie na innej. że moje ciało odbiera wrażenia. wibrujące bąble. Don Juan powtarzał mi to z wielkim przekonaniem wielokrotnie i za każdym razem. Podeszli do mnie i przystanęli. mogli to być Indianie Yaqui z jednego z pobliskich miasteczek. co słyszałem. poważnym głosem oznajmił mi. – Energia jest najprostszym. gdy to mówił. Nie towarzyszyły temu żadne myśli. pomagając powrócić do normalnego stanu. podstawowym składnikiem wszystkiego. Nie zapytałem don Juana. Długo się im przypatrywałem. że czas już iść. Sprawiały wrażenie. Wpatrywałem się w nich tak długo. kim są. Dla czarownika najbardziej sensownym rozwiązaniem jest przeniesienie istot nieorganicznych na poziom abstrakcji. że nie posiadam się z radości. że zapamiętałem każdy szczegół otoczenia. Szedłem automatycznie.poleceń sformułować. Chciałem skakać. po czym widziałeś ją taką. bardziej jeszcze niż zwykle zdezorientowany. a ponieważ korzystamy z tego systemu przez całe życie. blokuje nasze możliwości. odczuwam jednak jakąś niezwykłą więź z nimi. jakby samoistnie utrzymywały wewnętrzną spójność. Być może istnieje coś jeszcze ponad to. wszystkim. Chwilę później spostrzegłem. Wówczas dosłyszałem szelest kroków ludzi przedzierających się przez z rzadka porozrzucane dokoła krzaki. Nagle poczułem. jest najbardziej odpowiednim miejscem do załatwienia naszych spraw i że mam usiąść. Powiedziałem im. . zaśmiać się. nie ustępuj pola i gap się na nią bez mrugnięcia okiem. Wiedziałem. starając się zapamiętać rysy ich twarzy. Jeśli chodzi o nas. Odpowiedziałem mu. Rosło tam kilka przysadzistych krzewów. jak się miewam. co muszę zrobić. Wtedy zobaczyłem zbliżających się dwóch mężczyzn. – Odnalazłeś dziś świadomość nieorganiczną. Mimo to jednak czułem. który w swej istocie jest systemem interpretacji. Don Juan wytłumaczył mi. że mam się świetnie. Nie opisywałem sobie swojego stanu. co istnieje. co widziałem. aż rysy ich twarzy rozmyły się całkowicie i w końcu ujrzałem przed sobą dwa jaśniejące. Jeden z nich od niechcenia zapytał. Następnie ponownie przybierały orientację pionową. jak don Juan ujmuje mnie pod prawe ramię i ściąga ze skały. Chciałem się do niego uśmiechnąć. Opowiedziałem mu o wszystkim. lecz nie jest nam dane tego doświadczyć. jakie są wyznaczniki naszych możliwości. nie ma najmniejszych szans na to. wówczas będzie to jakieś gówniane zaburzenie twojego umysłu. którym właśnie idziemy. Chciałem powiedzieć o tym don Juanowi. ale te zaczęły się zmieniać. twoja interpretacja opadnie niczym uschnięte liście z drzewa. którym nie towarzyszą żadne myśli. świadomy tego. W okolicy nie było dość wilgoci na bujny rozrost podściółki. ale nie mogłem.

Czysty widok Po raz pierwszy w życiu czułem się absolutnie zagubiony i nie wiedziałem. wywołując niezdolność do obcowania z innymi ludźmi. iż są wojownikami. Dodał. która przyczynia się do powstania pewnego jej systemu. która prowadzi tylko do osłabienia i wypaczenia. w których nie widziałem żadnego sensu – nie dlatego. w które tak głęboko mnie zaangażował. i którzy zaprzeczali samym sobie na każdym kroku. – To nie robi żadnej różnicy – powiedział mi pewnego razu – jak szybko czytasz i ile cudownych książek jesteś w stanie przestudiować. Przygotowanie arkuszy winylowych z obrazem. że ludzie są podróżnikami. Problem zdecydowanie miał swe źródło w jakiejś mojej ułomności. Powiedział mi. mówiąc. która wyrabiała nadruki. których znałem. miał swoją wagę. bym mógł zostać antropologiem-prawnikiern. twierdził. zdążający w nieznane. do jego kompletnego braku poczucia własnej ważności i do niezbadanej głębi jego intelektu. na którym opiera się nasze życie i który ma dla nas nieocenioną wartość. Postanowiłem zrobić sobie małą przerwę w studiach i zatrudniłem się w dziale artystycznym pewnej firmy. których w owym czasie nie chciał mi wyjawić. to rada. z którymi się stykałem. że określenie owo odnosi się do czarowników. choć tak naprawdę nie posuwają się oni wcale do przodu. co wiązało się z jego praktykami. wydajność pracownika . że są istotami nieśmiertelnymi. że nie były atrakcyjne. Zdefiniował mi wówczas pojęcia wojownika w podróży. Usilnie starałem się znaleźć jakąś racjonalną podstawę. jak tylko byłem w stanie. karty zostały tak rozdane. nieważne jak mało znaczący. by wyrabiać w sobie dyscyplinę. Przeanalizowałem swój problem i doszedłem do wniosku. bardzo niewielu ludzi. nie dopuszczającą żadnych innowacji. czy przedstawiane mi zagadnienia antropologiczne zasadzają się na żonglowaniu słowami i pojęciami. z pewnych przyczyn zewnętrznych. ludzie. Traciłem je z pola widzenia. który przeżywał swe życie profesjonalnie. Utrzymywał. niedościgniony pragmatyk. która trzyma ludzi w niewoli. Ważne jest to. czego nie przyjmują. podróżnicy ci przerwali swą wędrówkę. polegającego na uczęszczaniu do szkół zawiera się w tym. Don Juan. który później metodą sitodrukową przekształcano w nadruk. żeby czytać to. Sens zalecanego czarownikom ćwiczenia. Większość z nich uznawała jedynie autorefleksję. którzy poprzez to. orzekł. prawdziwy wojownik w podróży. było procedurą standardową. Gra była ustawiona nieuczciwie. której udzielił mi kiedyś don Juan: wojownicy w podróży powinni pałać miłością do wiedzy. Podano mi przykład systemu prawnego. co przyszło mi w sukurs i dało jakieś poczucie więzi – jakkolwiek bardzo nikłe – ze środowiskiem akademickim. przez co rozumiem to. która nadałaby sens mym naukowym dociekaniom. którzy byli przekonani o tym. że ludzie dostali się niejako w martwy wir. zaczynało odciskać na mnie swoje piętno. który daje im złudzenie ruchu. Nie ma znaczenia. że czarownicy są jedynymi oponentami siły. Jednakże moje romantyczne poglądy nie pozwalały mi nawet myśleć o tym. a nie w tym. którzy przemierzaj ą mroczne morze świadomości i że nasza Ziemia jest zaledwie jednym z przystanków w ich podróży. że każdy jego czyn. Z tego samego powodu miałem wielkie trudności z moimi studiami uniwersyteckimi. Postanowiłem wypełniać przydzielane mi zadania tak perfekcyjnie i szybko. płynący po kole nurt. że cała ludzka wiedza jest tak właśnie skonstruowana i że wysiłek każdej jednostki stanowi cegłę. że błąd tkwi w moim wewnętrznym przymusie oceniania każdego człowieka i porównywania go do don Juana. W moim odczuciu don Juan był człowiekiem. ważne jest to. Świat się nie zmienił. w każdym znaczeniu tego słowa. Argumentowano mi. że były to w większości problemy wymagające manipulacji słowami i pojęciami dla uzyskania zamierzonego efektu i ustanowienia precedensów. miało chociażby świadomość tego. co przyspieszyło ostateczne nadejście wielkiego przewrotu w moim życiu akademickim. podróżują po mrocznym morzu świadomości. i dzięki swej dyscyplinie wyrywają się z tego uścisku. była moja niezdolność do poświęcenia się zagadnieniom z pola zainteresowań antropologii. jak się zachowywać w otaczającym mnie świecie. Jedyne. Wpływ don Juana i wszystko. Byłem przyzwyczajony do nieodwołalności decyzji don Juana. Byłem zwolennikiem poglądu – ze wszystkimi jego konsekwencjami – że antropologia powinna być matrycą wszelkich ludzkich przedsięwzięć. jedyną miarą człowieka. Moja praca absorbowała mnie i moje myśli bez reszty. zupełnie jak w języku dokumentów prawnych. których czynów nigdy nie da się niczym wytłumaczyć. że może istnieć sposób postępowania sprzyjający rozwojowi takich cech. byś był dość zdyscyplinowany. że przesądzały sprawę na niekorzyść ludzi. co akceptują. Tym. ale dlatego. podejmując podróż świadomości. wiedzy w jakiej bądź postaci. czego czytać nie chcesz. Mnie zaś otaczali ludzie. że opowiadam pierdoły.

myślałem. Ernest bardzo uprzejmie czekał. – No nie.mierzono dokładnością i szybkością jego pracy. iż spadnie na sam dół i się zabije. że mój przyjaciel ciągle trzyma ramę z krokwi i znając go. aż rozjaśniło się na tyle. ile litrów paliwa pali. – Proszę się nie denerwować – rzekł Ernest. – Ernest. postanowił kupić sobie oszczędny samochód – volkswagena garbusa – po czym zaczai sprawdzać. Jego wadą była miękkość. uniósł drugą stronę ramy. a będąc człowiekiem tak bardzo uważającym. że stoczyłem się przynajmniej półtora kilometra w dół. jak jedzie. przypomniałem sobie. goście zadawali nam mnóstwo pytań. Zajęła mnie długą rozmową i zapomniałem o Erneście. oddalił się trochę od obozu. niespotykany wzgląd na drugiego człowieka. klientami naszej firmy. który tracił codziennie dwie godziny na dojazd do sklepu i z powrotem do domu. kto to. Ale on siedział tylko i uśmiechał się jak idiota. Noc spędzali pod namiotami. Rozszerzywszy nogi maksymalnie w bok. – Pański samochód nie ma żadnych uszkodzeń. on zaś w tym czasie przytrzyma ramę. po czym unieśliśmy jedną jej stronę i przykręciliśmy ją do kilku belek. Kiedy wszyscy spali. iż znajduje się zaledwie trzydzieści centymetrów ponad ziemią. starając się zrobić na wąskim stole jak najwięcej miejsca na olbrzymie gorące talerze z głównym daniem. W ciemnościach poślizgnął się i zaczął się staczać po zboczu. gdy Ernest Lipton. Potem obrócił się do mnie i zaczął się tłumaczyć. Gość. nie chcąc nikomu przeszkadzać. Pomogłem jej nawet rozpakować siatki. licząc na to. że to się na nic nie zda – odrzekł. wszyscy spali. jak tamten gość uderza w jego samochód. patrząc. pomagając mu zamontować kilka krokwi nad patio. postanowił jednak się nie poddawać i wytrzymać do samego końca. Jeden z Japończyków potrzebował więcej przestrzeni dla siebie. i tak miałem je wymienić. jak on pamięta o innych. że był całkowicie pewny. Innym razem byłem w jego domu. Pewnego dnia na przykład wyjeżdżaliśmy z parkingu przy restauracji. Nazywał się Ernest Lipton. Ernest był wysokim. Musiał iść do łóżka. Później mówił przyjaciołom. A poza tym. znalazł malutkie występy w skale. Kierowca najwyraźniej nas nie widział i zaczął wycofywać auto ze znaczną prędkością. Kiedy indziej w tej samej restauracji rozmawialiśmy z ożywieniem z kilkoma Japończykami. Posunął swój talerz do przodu. Ale zanim zdążyłem je dopasować. ale tego nie zrobił. który zaczął wyjeżdżać poza stół. że wszyscy pamiętają tak samo o nim. wiedziałem. że nabawił się przepukliny. który uderzył w samochód Ernesta. aż w końcu talerz wylądował mu na kolanach. Byłem niesłychanie zdumiony. Był wspaniałym artystą i mistrzem w swoim rzemiośle. Lipton poszedł w krzaki. ja miałem wpasować śruby mocujące w otwory. W sumie zbił mi pan tylko reflektory. Bardzo go podziwiałem i szanowałem. by mógł spostrzec. Wyglądał jak szmaciana lalka. Siedział tak i się uśmiechał. gdy pewnego ranka . żebym sprawdził. Najpierw wstępnie ułożyliśmy z krokwi wielką ramę. tak jak go zostawiłem. żeby przyjechali nam pomóc dźwignąć krokwie – on nie miał już siły. Wisiał tak przyklejony do ściany zupełnie niczym jeden z nadruków. bardzo silnym mężczyzną i wykorzystując jedną z belek jako dźwignię. tak długo. zwracając tym samym jego uwagę na to. Podszedł do nas kelner zjedzeniem i zebrał ze stołu salaterki. W drzwiach stała jego żona z torbami zakupów. gdzie chciał posadzić winogrono dla półcienia i owocu. Kierownik działu artystycznego i ja bardzo się zaprzyjaźniliśmy. że nadal będzie tam stał. Padł wyczerpany utrzymywaniem ciężkiej drewnianej ramy. który graniczył z biernością. rozległo się natarczywe pukanie do drzwi i Ernest poprosił mnie. gdzie byliśmy na lunchu. Musieliśmy zadzwonić po jego przyjaciół. jak pewnego dnia wybrał się na weekend z grupką przyjaciół w góry San Bernardino. które wywierciliśmy uprzednio w belkach nośnych. Rzuciłem wszystko i pobiegłem na podwórze. że końcami palców zdołał się uchwycić półki skalnej. Do klasyki historyjek o Erneście Liptonie należy opowieść o tym. usiłując znaleźć po ciemku jakieś oparcie dla stóp. Ernest mógł zatrąbić. I znów Ernest mógł wykonać jakiś ostrzegawczy gest. Był przekonany. Dla mnie miarka się przebrała. które pomogły mu się utrzymać. – Kto by mnie usłyszał? Myślałem. przesuwając tym samym talerz Ernesta. Wziął mnie praktycznie pod swoje skrzydła. które robił. był wściekły i trzeba go było uspokajać. aż inny samochód wyjedzie z miejsca przed nami. że zawsze się krępuję. mogłem zatrąbić – powiedział – ale klakson jest tak kurewsko głośny. przecież mogłeś zawołać po pomoc! – napominali go przyjaciele. wisiał tak przez kilka godzin. Zostałem pracoholikiem i było mi z tym bardzo dobrze. Miał jednak tyle szczęścia. Ernest leżał na ziemi. – No nie. bo ramiona już mu prawie nie wytrzymywały. Kiedy w najlepsze układałem pęczki selera.

Ernest Lipton był niemal zły. co się dzieje? Pogardzałem moim ojcem tak bardzo. Przyjaciele poradzili mu. że jest moją kobietą. z każdą chwilą mojego sprawozdania. co widziałem. – Nie muszę mówić takich bredni żadnej kobiecie! Spojrzał na mnie niczym rozpieszczone. że się w niej zakochałeś? – Nie bądź głupi. przepełnionego całym okrucieństwem. przez co bak w samochodzie Ernesta nigdy nie był pusty. Pogardzałem Ernestem Liptonem. że osiągnął poziom jednego litra. na jakie stać dziesięciolatka. i to miało być śmieszne? Od kilku tygodni wiedziałem. i tamten chłopak po prostu cię wyprzedził. Kiedy zobaczyłem to jego spojrzenie. że przyczyniłem . czy nie zechciałbym śledzić dziewczyny i dowiedzieć się. jak nie potrafi się nawet rozgniewać. opowiedziałem mu o tym. żebym jej jeszcze musiał o tym mówić! Wyrzucił to wszystko z siebie ze stanowczością dziecka. że ona czekała. – Ona jest moja! Powinna sama wiedzieć. Każdego ranka dolewał trzy do czterech kubeczków. Byłem przygotowany na odskok i ucieczkę. jednocześnie jednak kochałem go ze smutkiem. spodziewałem się bowiem. jak mój ojciec zakochał się bez pamięci w siostrze swego najlepszego przyjaciela. zapewne w charakterze przyzwoitki. którzy robili go w konia. aż w końcu Ernest doszedł do niewiarygodnego wyniku: 0. kiedy ujrzałem. Pewnego dnia zobaczyłem ją w tłumie w jakimś popularnym miasteczku turystycznym. Byłem u szczytu swej życiowej formy. przywodziły mi na myśl oblicze mojego ojca. Przypomniałem sobie. Nie mogąc zapanować nad szlochem. którego nic nie było w stanie stłumić. iż wydarzył się cud. aczkolwiek w godzinach szczytu musi zwalniać i przyspieszać dość często. Dziewczyna wyglądała na bardzo szczęśliwą. Najbardziej oschły z jego komentarzy brzmiał: – No nie. co zrobi. a jednocześnie niezmiernie go lubiłem. Miał taki sam prosty. dobiłem go więc ostatecznie konkluzją: – No tak – powiedziałem. że rzuci się na mnie. jak szła za rękę z młodym mężczyzną. że większa część jazdy nie wypada w mieście. uściślił. widząc niezdolność Ernesta do gniewu i przyłożenia żartownisiom w nos. ostro zakończony nos i spiczasty podbródek. byli z nim w zażyłych stosunkach od lat. ale na autostradzie. ale nie byłem w stanie interweniować. dolewając benzyny do zbiornika. zamiast tego jednak skurczył się w sobie i zaczai płakać. zapytał mnie. który od kilku miesięcy robił mu stary jak świat kawał. była to młodzieńcza miłość w swej najpiękniejszej fazie rozkwitu. Ojciec zaniemówił. Prawda jednak była taka. Następnie były kolejne cudy. żeby zgłosił. Grube okulary i rzednące włosy oraz szczecina siwiejącego zarostu. że jego dziewczyna ma prawdziwego chłopaka. rozczarowane i pełne urażonej dumy. Ale to właśnie dopiero wówczas. że brakło mi słów. Była z nią matka. Ponieważ był on bardzo dokładnym człowiekiem. – A odezwałeś się do niej w ogóle? – spytałem go odważnie. że to nie moja sprawa. Ernest był dumny jak paw i zaczął stroszyć piórka. Znów miałem przed sobą mojego odwiecznego wroga. kiedy zejdzie poniżej dwóch dziesiątych litra na sto kilometrów. że Ernest Lipton wyglądał jak mój ojciec. cieszyłem się coraz bardziej z tego. z ustami drżącymi od gniewu. Oboje młodzi ludzie wpatrywali się w siebie zauroczeni.36 litra na sto kilometrów. poczułem przypływ wyrzutów sumienia i niepokoju. krnąbrne dziecko. mówiąc. Miałem wrażenie. Według mojego rozeznania. Był taki bezradny. któremu wszystko w życiu podsunięto na talerzu i nigdy nie musiało o nic walczyć. Ten ciąg niezwykłych wydarzeń trwał do pewnego ranka. którego nigdy nie mógł jakoś do końca zgolić. by wyładować swą wściekłość. – Myślę sobie. Kiedy widziałem się później z ojcem. Przeklinałem samego siebie za to. czy skoro nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych.Ernest ogłosił. uzmysłowiłem sobie to podobieństwo z całą wyrazistością i to utożsamienie przekroczyło granice bezpieczeństwa. aż ktoś jej to powie. a nie. Przyjaciele powiedzieli mu. Ludzie. że przyjaciele robią mu kawał. Tydzień później powiedział. że powinien zgłosić tę liczbę do annałów firmy Volkswagen. Nie uwierzył mi. że nie wie. że udało mu się osiągnąć wynik dwóch litrów na sto kilometrów. – Czy ona wie. kiedy to Ernest przyłapał przy swoim samochodzie jednego z przyjaciół. smarkaczu jeden! – warknął na mnie. Ja byłem nowy.

się do jego hańby. Ernest Lipton tak bardzo przypominał mi mojego ojca, że rzuciłem pracę, wymawiając się tym, iż muszę wracać do szkoły. Nie chciałem zwiększać jeszcze ciężaru, pod którym i tak już się uginałem. Nigdy sobie nie wybaczyłem tego, że przysporzyłem ojcu takiego cierpienia, a jemu nigdy nie wybaczyłem tego, że był takim tchórzem. Wróciłem do szkoły i podjąłem się kolosalnego zadania – powrotu do studiów antropologicznych. Tym, co bardzo mi utrudniało ten powrót, był fakt, że jeżeli istniała osoba, z którą mogłem swobodnie i z przyjemnością pracować z powodu jej godnego podziwu podejścia do rzeczy, odwagi poznawczej i gotowości do rozszerzania swojej wiedzy bez wpadania w panikę czy prób obrony stanowisk, których obronić się nie da, był to człowiek spoza mojego wydziału, archeolog. To właśnie pod jego wpływem zainteresowałem się niegdyś pracą badawczą w terenie. Być może to z tego powodu, że on sam jeździł w teren, by dosłownie dokopywać się do informacji, praktyczność tego człowieka była dla mnie oazą rozsądku. Był on jedynym człowiekiem, który zachęcał mnie do śmiałego podjęcia pracy w terenie, bo nie mam nic do stracenia. – Wszystko stracić, to wszystko zyskać – powiedział mi kiedyś i była to najlepsza rada, jaką kiedykolwiek posłużył mi świat akademicki. Jeślibym posłuchał rady don Juana i zajął się złagodzeniem mojej obsesji autorefleksji, faktycznie nie miałbym nic do stracenia, a zyskać mogłem bardzo wiele. W owym jednak czasie nie było mi to pisane. Kiedy opowiedziałem don Juanowi o kłopotach, jakie napotkałem, chcąc znaleźć sobie profesora, z którym mógłbym pracować, wydało mi się, że zareagował na moje słowa bardzo napastliwie. Nazwał mnie upierdliwym fiutem, i jeszcze gorzej. Powiedział mi, o czym już sam wiedziałem, że gdybym nie był taki sztywny, dawno już mógłbym z powodzeniem pracować z każdym – czy to w środowisku akademickim, czy to w interesach. – Wojownicy w podróży nie narzekają – ciągnął don Juan. – Przyjmują wszystko, co podsuwa im nieskończoność, jako wyzwanie. A wyzwanie to wyzwanie. To nic osobistego. Nie można traktować go jak przekleństwa ani jak błogosławieństwa. Wojownik w podróży albo zwycięża w walce z wyzwaniem, albo zostaje przez wyzwanie zmiażdżony. Zwycięstwo bardziej rajcuje, więc zwyciężaj! Odpowiedziałem mu, że łatwo jemu i innym mówić, ale dokonać tego, to już zupełnie odmienna sprawa; na moje nieustanne kłopoty nie ma żadnej rady, ponieważ wynikają one z braku konsekwencji w zachowaniu innych ludzi. – To nie otaczający cię ludzie ponoszą winę – powiedział. – Nic nie mogą za to, że są tacy, jacy są. Winę ponosisz ty, bo ty masz wpływ na to, jaki jesteś; ty jednak nastawiłeś się na ich ocenianie, zachowując przy tym głębokie milczenie. Każdy idiota potrafi oceniać. Jeśli będziesz ich osądzał, wydobędziesz jedynie to, co w nich najgorsze. My, wszyscy ludzie, jesteśmy więźniami i to właśnie to więzienie każe nam się zachowywać tak żałośnie. Twoje wyzwanie polega na tym, żeby brać ludzi takimi, jacy są! Zostaw ich w spokoju. – Tym razem całkiem się pomyliłeś, don Juanie – odrzekłem. – Uwierz mi, ocenianie ich absolutnie mnie nie interesuje, podobnie jak wchodzenie z nimi w jakiekolwiek układy. – Dobrze wiesz, o czym mówię – nie ustępował don Juan. – Jeśli nie masz świadomości swojego pragnienia osądzania ich – ciągnął – w takim razie jesteś w jeszcze gorszym położeniu, niż myślałem. To właśnie wada wojowników w podróży, którzy zaczynają na nowo podejmować swą przerwaną podróż. Stają się zadufani w sobie, wymykają się spod kontroli. Przyznałem don Juanowi rację; moje narzekania były skrajnie małostkowe. Tyle wiedziałem sam. Powiedziałem mu, że codziennie staję w obliczu zdarzeń, które obniżają moje morale, osłabiając niezłomność mojej woli, i że czuję się zażenowany, kiedy muszę mu relacjonować zajścia, które wywierają na mnie tak wielką presję. – Dalejże! – zaczął mnie dopingować. – Gadaj mi tu zaraz! Nie miej przede mną żadnych tajemnic. Jestem niczym pusta rura. Cokolwiek mi powiesz, zostanie wyrzucone w nieskończoność. – Mam jedynie żałosne skargi – powiedziałem. – Jestem dokładnie taki sam jak wszyscy ludzie, których znam. Nie sposób z żadnym z nich rozmawiać i nie usłyszeć jakiejś wprost czy oględnie wyrażonej skargi. Opisałem don Juanowi, jak w nawet najprostszych dialogach moim znajomym udaje się przemycić nie kończące się pretensje, jak w tej przykładowej rozmowie: – Jak tam sprawy, Jim?

– A świetnie, Cal, świetnie. – Po czym następuje długa cisza. Czuję się zmuszony zapytać: – Coś nie tak, Jim? – Nie! Wszystko w porządku. Mam mały problem z Melem, ale wiesz, jaki on jest – samolubny skurwiel. Ale przyjaciół trzeba brać takimi, jakimi są, no nie? Pewnie, że mógłby nieco bardziej zważać na innych. Ale co, kurwa, zrobisz. Jest, jaki jest. Zawsze zwala wszystko na ciebie – jak ci się nie podoba, to spadaj. Zachowywał się tak już wtedy, kiedy mieliśmy po dwanaście lat, więc tak naprawdę to moja wina. Ale dlaczego, kurwa, ma mi się to podobać? – No tak, Jim, masz rację; Mel to bardzo trudny gość. Taaak. – A skoro już mówimy o skurwielach, ty wcale nie jesteś lepszy od Mela, Cal. Nigdy nie można na tobie polegać. I tak dalej. Inny klasyczny dialog: – Jak się masz Alex? Jak tam pożycie małżeńskie? – Stary, po prostu rewelacyjnie. Po raz pierwszy w życiu jem we właściwych godzinach, posiłki w domu, a ja nie tyję. Nie mam nic innego do roboty poza oglądaniem telewizji. Kiedyś się wychodziło z wami całą paczką, ale teraz nie mogę. Teresa mnie nie puszcza. Pewnie, że mógłbym jej kazać się odpierdolić, ale nie chcę jej urazić. Jestem zadowolony, ale czuję się beznadziejnie. A Alex był najbardziej beznadziejnym z beznadziejnych gości, zanim jeszcze się ożenił. Jego klasyczny dowcip, którym częstował znajomych za każdym razem, gdy się gdzieś spotkaliśmy, rozpoczynał się od słów: – Chodźcie, chłopaki, przedstawię was mojej panience. Ubaw miał po pachy, widząc nasz ogromny zawód, gdy w samochodzie znajdywaliśmy jego sukę. Przedstawiał swoją “panienkę" wszystkim dookoła. Kiedy wreszcie ożenił się z Teresą, biegaczką długodystansową, byliśmy zaszokowani. Poznali się na maratonie, kiedy Alex zasłabł. Było to w górach i Teresa musiała go ocucić za wszelką cenę, nasikała mu więc na twarz. Od tamtej pory Alex był jej niewolnikiem. Teresa naznaczyła swoje terytorium. Przyjaciele zaczęli go nazywać jej “zaszczanym niewolnikiem". Uważali Teresę za prawdziwą heterę, która przerobiła dziwaka Alexa na swojego tucznika. Don Juan i ja śmialiśmy się przez chwilę. Potem spojrzał na mnie z poważnym wyrazem twarzy. – Takie są właśnie upadki i wzloty powszedniego życia – powiedział. – Wygrywasz i przegrywasz, i nie wiesz, kiedy wygrywasz, a kiedy przegrywasz. Taka jest cena, którą się płaci za życie rządzone przez autorefleksję. Nie mam ci nic do powiedzenia i ty nie masz sobie nic do powiedzenia. Mogę ci jedynie doradzić, żebyś się nie czuł winny dlatego, że jesteś dupa, ale usilnie się starał zakończyć panowanie autorefleksji. Wracaj do szkoły. Jeszcze się nie poddawaj. Moja chęć pozostania w świecie akademickim wyraźnie malała. Zacząłem żyć jak sterowany automatycznym pilotem. Czułem się ciężki i przygnębiony. Zauważyłem jednak, że mój umysł nie był tym zaabsorbowany. Niczego nie kalkulowałem, nie ustalałem sobie żadnych celów i na nic się nie nastawiałem. Moje myśli nie były obsesyjne; za to moje uczucia – tak. Starałem się ująć tę dychotomię spokojnego umysłu i rozedrganych uczuć w jakieś ramy pojęciowe. W takim to właśnie stanie umysłowej obojętności połączonej z natłokiem uczuć szedłem raz z Haines Hali, gdzie mieścił się wydział antropologii, do bufetu na lunch. Nagle owładnęło mną gwałtowne, dziwne drżenie. Myślałem, że zemdleję, i usiadłem na kamiennych schodach. Przed oczyma dojrzałem żółte plamy. Czułem się tak, jakbym wirował. Byłem przekonany, że za chwilę zwymiotuję. Obraz stał się zamazany, aż w końcu przestałem widzieć w ogóle. Mój stan fizyczny był tak fatalny, a odczucia tak intensywne, że nie pozostawiały mi miejsca na jedną chociażby myśl. Rejestrowałem jedynie własny strach i niepewność na poziomie fizycznym, połączone z uniesieniem oraz dziwnym przeczuciem, że znalazłem się na progu czegoś monumentalnego. Wrażenia te nie miały swoich odpowiedników myślowych. W pewnym momencie nie wiedziałem już, czy siedzę, czy stoję. Zostałem otoczony ciemnością tak nieprzeniknioną, jak to tylko można sobie wyobrazić, po czym – zobaczyłem energię w jej ruchu we wszechświecie. Widziałem pochód świetlistych sfer, zbliżających się do mnie bądź to oddalających się. Widziałem je pojedynczo, tak jak zawsze mówił don Juan. Wiedziałem, że są to różne osoby, ponieważ różniły się wielkością. Przyglądałem się dokładnie szczegółom ich struktury. Ich świetlistość i krągłość tworzyły włókna, które wyglądały tak, jakby były ze sobą sklejone. Włókna były cienkie albo grube. Każda z takich świetlistych figur miała grubą kosmatą powłokę. Wyglądały niczym dziwaczne, świetliste, włochate zwierzaki albo monstrualne okrągłe owady pokryte świetlistymi włochami.

Najbardziej szokujące z tego wszystkiego było to, że uzmysłowiłem sobie wówczas, iż widziałem te włochate owady przez całe życie. Wydało mi się w owej chwili, że za każdym razem, kiedy don Juan pomagał mi rozmyślnie je zobaczyć, było to niczym udanie się do celu okrężną drogą. Przypomniałem sobie każdą sytuację, kiedy pomógł mi widzieć ludzi pod postacią świetlistych sfer, i wszystkie te chwile widzenia różniły się od owego ogromu widzenia, do którego teraz miałem dostęp. Wiedziałem wówczas bez cienia wątpliwości, że postrzegałem energię w jej ruchu we wszechświecie przez całe życie, zupełnie samodzielnie, bez niczyjej pomocy. Uświadomienie sobie tego było dla mnie przeżyciem druzgocącym. Poczułem się niesamowicie bezbronny, kruchy. Rosła we mnie potrzeba ucieczki w jakieś bezpieczne miejsce, ukrycia się. Było dokładnie tak jak we śnie, który chyba każdy z nas wcześniej czy później ma: jesteśmy w nim nadzy i nie wiemy, co zrobić. Ja czułem się gorzej jeszcze, niż gdybym był nagi; czułem się całkowicie bezbronny, słaby, a powrót do normalnego stanu napawał mnie grozą. Dość niejasno zdawałem sobie sprawę, że leżę. Gotowałem się na powrót do normalności. Wyobrażałem sobie, że kiedy się ocknę, będę rozciągnięty na kamiennym chodniku, szarpany konwulsjami, otoczony ciasnym kręgiem gapiów. Wrażenie, że leżę, jeszcze bardziej się nasiliło. Poczułem, że mogę poruszać oczyma. Przez przymknięte powieki widziałem światło, ale wzdragałem się na myśl, że mam otworzyć oczy. Dziwne w tym wszystkim było to, że nie słyszałem nikogo z kręgu osób, które – jak sobie wyobrażałem – stoją wokół mnie. Nie dochodził do mnie absolutnie żaden dźwięk. W końcu zaryzykowałem i otwarłem oczy. Byłem we własnym łóżku, w moim mieszkaniu na rogu bulwarów Wilshire i Westwood. Dostałem ataku histerii. Ale z jakiegoś powodu, który wykraczał poza moje zdolności pojmowania, niemal natychmiast się uspokoiłem. Histerię zastąpiło zobojętnienie, pewien stan fizycznego zadowolenia, podobnego do uczucia po zjedzeniu dobrego posiłku. Nie mogłem jednak uspokoić mojego umysłu. Uświadomienie sobie tego, że postrzegałem energię bezpośrednio przez całe życie, było dla mnie szokiem, który trudno sobie wyobrazić. Jak, do diabła, było to możliwe, że nie wiedziałem tego wcześniej? Co broniło mi dostępu do tego aspektu mojej natury? Don Juan mówił mi wcześniej, że każdy człowiek ma możność postrzegania energii bezpośrednio. Nie powiedział jednak, że każdy człowiek faktycznie widzi energię bezpośrednio, choć nic o tym nie wie. Przedstawiłem to pytanie znajomemu psychiatrze. Nie potrafił rzucić ani trochę światła na mój dylemat. Uważał, że moja reakcja była wynikiem zmęczenia i nadmiernego pobudzenia nerwowego. Przepisał mi valium i kazał odpoczywać. Nie odważyłem się nikomu wspomnieć o tym, że obudziłem się we własnym łóżku i nie jestem w stanie wyjaśnić tego, w jaki sposób się tam znalazłem. Dlatego też moje pośpieszne zabiegi, by zobaczyć się z don Juanem, były jak najbardziej usprawiedliwione. Poleciałem do Mexico City najszybciej, jak mogłem, wynająłem samochód i pojechałem do jego domu. – Dokonałeś tego wszystkiego już wcześniej! – powiedział don Juan ze śmiechem, gdy zdałem mu relację z tego spędzającego mi sen z powiek przeżycia. – Są tylko dwie nowe rzeczy. Jedno to to, że teraz udało ci się dojść do postrzegania energii zupełnie samodzielnie. To, czego dokonałeś, to zatrzymanie świata; potem uświadomiłeś sobie, że zawsze widziałeś energię w jej ruchu we wszechświecie, tak jak każdy człowiek, choć nie potrafiłeś sobie tego sam uzmysłowić. Druga nowa rzecz to to, że odbyłeś podróż ze swej wewnętrznej ciszy zupełnie samodzielnie. Sam wiesz i nie muszę ci tego mówić, że kiedy wyrusza się z wewnętrznej ciszy, wszystko staje się możliwe. Tym razem to twój strach i poczucie bezbronności umożliwiły ci wylądowanie w twoim łóżku we własnym mieszkaniu, które rzeczywiście nie jest wcale tak daleko od kampusu uniwersytetu. Gdybyś nie folgował sobie w swym zdumieniu, zdałbyś sobie sprawę, że to, czego dokonałeś, to po prostu nic, pestka Ala wojownika w podróży. Ale tym, co ma tutaj największe znaczenie, nie jest świadomość, że zawsze postrzegałeś energię bezpośrednio, ani twoja podróż z wewnętrznej ciszy, ale pewna dwuaspektowa kwestia. Po pierwsze, przeżyłeś coś, co czarownicy starożytnego Meksyku nazywali czystym widokiem albo utratą ludzkiej formy: jest to czas, kiedy znika ludzka małostkowość, zupełnie jakby była spowijającym nas złowrogo oparem mgły, oparem, który powoli zaczyna się rozrzedzać i rozpływać. Ale pod żadnym pozorem nie wolno ci myśleć, że jest to coś, czego można dokonać raz na zawsze. Świat czarowników nie jest światem niezmiennym tak jak świat naszego powszedniego życia, gdzie będą ci mówić, że kiedy raz osiągniesz jakiś cel, pozostaniesz zwycięzcą na zawsze. W świecie czarowników wypełnienie jakiegoś zadania znaczy tyle, że udało ci się po prostu zdobyć najbardziej skuteczną broń do kontynuowania swej walki, która, tak przy okazji, nigdy się nie skończy.

iż postrzegałem energię bezpośrednio przez całe życie? Co broniło mi dostępu do tego aspektu mojej natury?" .Druga część owej dwuaspektowej kwestii to to. który przysparza największej udręki sercu człowieka. Sam go sformułowałeś. że nie wiedziałem. że dotknąłeś problemu. do diabła. gdy zadałeś sobie te pytania: “Jak. było to możliwe.

za naszymi plecami. ducha i ciała uważał li tylko za mentalny ciąg asocjacyjny. niewidoczny dla oka ludzkiego. Don Juan powiedział mi kiedyś. że jestem na łonie dzikiej przyrody. Kiedy don Juan powiedział mi o tym wszystkim. Zawsze dawało mi to złudzenie. jak to ma normalnie miejsce. co się dzieje w moim życiu. że dzięki dyscyplinie każdy może zbliżyć ciało energetyczne do ciała fizycznego. jak zresztą wszelka energia. Nie można jej w żaden sposób zaklasyfikować.Bagienne cienie Trwanie w milczeniu z don Juanem było jedną z najwspanialszych rzeczy. Dualizm materii i umysłu. zareagowałem pytaniem. – Kontrola. bardziej zwarte i z wyglądu cięższe od świetlistej sfery ciała fizycznego. zamiast się ode mnie oddalać. zielone cienie na wielkich drzewach na podwórzu. a jednocześnie jej brak. że ciało fizyczne i czato energetyczne są jedynymi równoważącymi się konfiguracjami energetycznymi w naszej ludzkiej sferze. – Twoje życie zostanie poddane niesamowitej kontroli. całkowicie przysłaniające widok na miasto. jakie znałem. czy opisuje mi treść jakiegoś mitu. Dokoła domu i dalej rosły inne rozłożyste drzewa. – Dzisiaj będziemy omawiać niezwykle ważną w magii kwestię – odezwał się nagle don Juan – i rozpoczniemy od zagadnienia dala energetycznego. Według don Juana. Nieustannie podkreślał. że owa siła. – To znaczy. inaczej mówiąc. widziane jako energia w jej ruchu we wszechświecie. łączna suma wszystkiego. że czarownicy nie mają nic wspólnego z mitami. – Co to znaczy. że ono się do mnie zbliża. trójwymiarową. I na odwrót. Wiała przyjemna bryza. Z tego też powodu nie uznawał żadnego innego dualizmu poza dwoistością obu tych ciał. Jednakże ciało energetyczne to ty. która wiąże w całość te pola energii. emanację umysłu pozbawioną jakichkolwiek podstaw energetycznych. . co istnieje. Kiedy tak siedzieliśmy tamtego dnia z tyłu jego domu w środkowym Meksyku. leży poza sferą języka. czyli. że ciało energetyczne ma kluczowe znaczenie we wszystkim. Było późne popołudnie. materialną istotę. – Kontroluje cię obecnie cała masa sił zewnętrznych – orzekł. – Chcesz przez to powiedzieć. o czym mówią. To kontrola. że jest mniejsze. poprzez zdyscyplinowane działania każdy może z niego uformować dokładną replikę swojego ciała fizycznego. Wyjaśniał mi. która. to – według czarowników starożytnego Meksyku – najbardziej tajemnicza siła we wszechświecie. była to czysta esencja całego kosmosu. całą masę razy. lecz kontroli ciała energetycznego. I przede wszystkim. o której myślę. mówił. materialnego ciała fizycznego doskonałą replikę swego ciała energetycznego – czyli. Zapamiętaj to sobie: możesz nią manipulować i maksymalnie wyzyskiwać z korzyścią dla siebie. don Juanie. rzecz jasna. Widział. że zacznie mnie kontrolować jakaś siła z zewnątrz? – zapytałem. Twierdził. że niedługo coś zacznie cię śmiertelnie przerażać – odparł z uśmiechem. Opisywał mi ciało energetyczne już wcześniej. Odparł na to. zbliża się do mnie z ogromną prędkością. nie jest korzyścią twoją. lecz ciała energetycznego. Mówił. co robią czarownicy. Stąd też bierze się stosowane przez czarowników pojęcie bliźniaka albo sobowtóra. lustrzane odbicie skupiska pól energii składającego się na nasze ciało fizyczne. że moje ciało energetyczne. Kiedy ciało energetyczne znajdzie się już od ciała fizycznego w określonej odległości. Słońce znajdowało się za domem. trudności ze zrozumieniem tego. inaczej mówiąc. i był to fakt energetyczny. Siedzieliśmy wygodnie na miękkich krzesłach z tyłu jego domu w górach w środkowym Meksyku. ale bez wątpienia można doświadczyć. biorą się stąd. don Juanie? – zapytałem. innej niż ta na jałowej pustyni Sonory. że ciało i ciało energetyczne są dwoma skupiskami pól energii ściśniętymi w jedno pod działaniem pewnej dziwnej siły spajającej. dzięki tym samym działaniom każdy jest w stanie uformować ze swego trójwymiarowego. powiedział. która jest różna dla każdego z nas. lecz mimo wszystko dzikiej. Jego zdaniem. eteryczny obłok energii. jest zawsze nacechowane trzeźwością i rzeczowością. że czerpią oni z innego systemu kognitywnego. W normalnych warunkach dzielący je dystans jest ogromny. Jego słabnące światło utworzyło przecudowne. Czarownicy to istoty praktyczne i to. ale nie twojej kontroli. z całą pewnością można nią manipulować. że jest to skupisko pól energii.

lecz spoglądając niejako kątem oka. od włosów na głowie po czubki palców stóp. – Jest wytłumaczenie – odparł don Juan – i to najprostsze na świecie. ponieważ jesteśmy ich pożywieniem. ale ciągle widziałem te ulotne. ogromne ryby. Widok ten pochłonął mnie całkowicie. bunt zostaje zdławiony. To po prostu nie może być prawda. co mówisz. Nie potrafiłem wyrazić swego głębokiego zaniepokojenia i niezadowolenia. To znaczy. starając się to wszystko opisać. don Juanie? – zapytałem. gallineros. że gwałtownie kręcę głową na boki. I faktycznie udało im się odkryć coś transcendentalnego. były teraz bardzo ciemne i ciężkie. Don Juan powiedział. Był to albo jeden cień. Rzeczywiście. humaneros. że jesteśmy przez coś więzieni. – Dlaczego ten drapieżca zawładnął nami w sposób. co na ten temat sądzić. śmiałbym się do rozpuku. Język nie jest adekwatny. czarny cień na tle liści drzew. który przybył z otchłani kosmosu i zawładnął naszym życiem. I rzeczywiście. Jeżeli chcemy się zbuntować. Widzieli je tak. jak gdyby w powietrzu latały gigantyczne mieczniki. Jeżeli chcemy działać niezależnie. albo kilka. więc zaczęli za nimi podążać. nie. czarne cienie. – Niemierzalny. drapieżcy zaś hodują nas na ludzkich fermach. gdy umierałem z ciekawości. To. że twój . – Twoje sugestie są potworne! – No cóż – powiedział – nie wysłuchałeś jeszcze wszystkich moich sugestii. zupełnie bezwolnie. ani dla nikogo. W ciemności czułem się bardzo nieswojo. wykraczający poza sferę języka. czarny cień. – Nie. ani dla czarowników. ani dla przeciętnych ludzi. Przestawał mówić wówczas. ulotny. sugerując ci. – Tym razem cały czas owijałem rzeczy w bawełnę. Wszystkie te doświadczenia wykraczają poza reguły składni języka. ponieważ utrzymujemy ich przy życiu. że mamy towarzysza na całe życie – powiedział tak dobitnie. ale moje ciało zaczęło się poruszać. Zaraz dostaniesz się w prawdziwą nawałnicę. choć oko wykol – odezwał się don Juan – ale jeśli spojrzysz dokoła kątem oka. dostrzegłem jakiś dziwny. rozkazuje nam. jak dokoła nas skaczą ulotne cienie. Don Juan włączył światło. Od ich ruchu kręciło mi się w głowie. don Juanie? – zapytałem. że jeśli będę się pilnie skupiał na ciemności liści. Przestał mówić i spojrzał na mnie. don Juanie. bezradne baranki. Miał rację. Ciągle je widziałem. – Drapieżcę. które jeszcze przed chwilą emanowały zieloną poświatą. nie – usłyszałem swój głos. Zrobiło się za ciemno i nie widziałem już liści. aż dostrzeżesz ten ulotny. Jego pauzy były zawsze doskonale zaplanowane. to właśnie dziki wszechświat – odrzekł.moglibyśmy więc ganiać tak w kółko jak pies za własnym ogonem. i uciskają nas bezlitośnie. – To odpowiednia pora dnia na zrobienie tego. wszystko się rozwiało. nie. Ciemność zapadła bardzo szybko i liście drzew. Ludzie są jego więźniami. znów zobaczysz. Czarownicy starożytnego Meksyku byli pierwszymi. – Odkryli. – Co takiego odkryli. Dlatego zawsze mają co jeść. jak tylko potrafił. jest potworne. poruszający się w przód i w tył. don Juanie? – zapytałem. coś nas więzi! Dla czarowników starożytnego Meksyku był to fakt energetyczny. nie koncentrując wzroku na niczym konkretnym. Trząsłem się cały. – Co to jest. i widzieli je jako energię w jej ruchu we wszechświecie. Zawładnęli nami. czarne cienie. Gdyby działo się to za dnia. My hodujemy kurczęta na kurzych fermach. Poczekaj chwilkę i potem oceń. o jakim mi mówiłeś. – Skupienie koniecznej uwagi zabierze ci tylko chwilkę. doprowadza mnie to do szału – odparłem sucho. Wyglądało to tak. którzy te ulotne cienie ujrzeli. jak ty je teraz widzisz. Nie przestawaj. – Dlaczego nie? Bo cię to doprowadza do szału? – Tak. przesuwających się z lewa na prawo albo z prawa na lewo lub prosto w górę. – Dlaczego nie? – zapytał chłodno don Juan. Ten drapieżca jest naszym panem i władcą. – To absurd. Poczułem. by dać upust tym uczuciom. Jawiły mi się one jako grube czarne ryby. o co cię proszę – rzekł. byśmy tego nie robili. Zrobił z nas potulne. – Wszędzie dokoła dostrzegam ulotne. W końcu zacząłem się go bać. dostrzegę ulotny cień w moim polu widzenia. – Musi istnieć jakieś logiczne wytłumaczenie. – Ciemno. – Tylko dzięki samodzielnym staraniom dotarłeś do czegoś. – Ach. co szamani starożytnego Meksyku nazywali kwestią nad kwestiami – rzekł don Juan. Dokoła nas było bardzo ciemno i to chyba zupełnie przytłumiło moją ekspresję. nieliniowy.

Strzęp ten pozwala ludzkości zaledwie na przeżycie. choć jakaś część ciebie po prostu wpadnie w szał. a przerażające z punktu widzenia tych. jak don Juan Matus wyjaśnia mi. że mnie po prostu odrzuca. – Ale jak można tego dokonać. a potem mi powiedz. że mam w sobie coś z masochisty. Po chwili. że cię uwięziłem. – Chcę przemówić do twojego analitycznego umysłu – rzekł don Juan. Nie wyszedłbym z jego domu za nic na świecie. Powiedział. don Juanie. Musiało być coś w tym. Grając na naszej autorefleksji. w której człowiek nieuleczalnie się pogrążył. ani ja nic nie możemy z tym zrobić – odrzekł don Juan poważnym. Jak chcesz wymagać od innych. smutnym głosem. Wiem. co nam pozostaje. To idiotyczny pomysł! – odparł z uśmiechem. jak to się odbywa? Na twarzy don Juana malował się szeroki uśmiech. To przez drapieżców jesteśmy tak zadowoleni z siebie. Był zadowolony jak wszyscy diabli. które następnie bezwzględnie pożerają. żeby później móc się odżywiać owymi energetycznymi rozbłyskami powstałymi dzięki naszym nibyproblemom. bym zdążył dojść do siebie. dzięki której w końcu nie będą mogli nas tknąć. Tak więc. że choć nigdy nie cierpiałeś głodu – ciągnął – odczuwasz niepokój związany z jedzeniem. Podsuwają nam idiotyczne problemy. Aby zapewnić sobie naszego posłuszeństwo. Wyjaśnił mi. która jest jedynym ocalałym punktem świadomości. zapytałem go: – Ale dlaczego czarownicy starożytnego Meksyku i współcześni czarownicy nic z tym nie robią. bo jesteś w pułapce. Zmusza mnie do zajęcia w tej sprawie stanowiska oponenta. z punktu widzenia strategii wojennej. wystarczająco długiej. choć widzą drapieżców? – Ani ty. co mówił don Juan. Jeżeli to prawda. ciasno dopasowaną do ich kokonu energii. które może nastąpić lada chwila. Poprzez umysł. Oddali nam swój umysł! Słyszysz. nie robią tego w ten sposób. a co bardziej . chciwość i tchórzostwo. co mówi. kiedy śpimy? – Nie. W ten sposób zapewniają sobie pewne bezpieczeństwo. co zdruzgotało mnie doszczętnie. ale nic ponadto. drapieżcy tworzą rozbłyski świadomości. przeciwko którym zostało skierowane. i w ten sposób utrzymują nas przy życiu. To oni stworzyli nasze nadzieje i oczekiwania. niż ci się zdaje. które wymuszają powstanie tych rozbłysków świadomości. – Zastanów się przez chwilę. – Mógłbym to zrobić. które niczym bufor neutralizuje nieco ich strach. który biegnie od podłoża do czubków palców u stóp. przepełniony obawą przed zdemaskowaniem. nasze pojęcia dobra i zła. – To nie o to chodzi. Zupełnie jak we śnie słyszałem. drapieżcy wtłaczają w życie ludzi wszystko. Umysł drapieżców jest barokowy. – Szepcą nam to wszystko do ucha. Czarownicy są przekonani. schematyczni i egoistyczni. które wygadywał. który nie jest niczym innym. przypominającej plastykową pokrywę. ale dlatego. posępny. przygotuj się! Czułem. – Są nieskończenie skuteczniejsi i bardziej zorganizowani. że ów wąski strzęp świadomości stanowi samo centrum autorefleksji. który w końcu jest ich umysłem. oczywiście. Stwierdził. świetliste kule energii. uległość i słabość. – Jedyne. Mimo to jednak ani trochę mi się nie podobały brednie. sny o powodzeniu i myśli o porażce. nasze prawa społeczne. że coś ukryte głęboko w tobie nie pozwoli ci odejść. że czarownicy widzą niemowlęta jako dziwne. człowiek jest jedynym gatunkiem istot. pokryte od samej góry do samego dołu czymś w rodzaju lśniącej otoczki. jak niepokojem drapieżcy. że to właśnie ta lśniąca otoczka świadomości stanowi pożywienie drapieżców i że do czasu osiągnięcia przez człowieka dorosłości pozostaje z niej jedynie wąski strzęp. to poddać się dyscyplinie. a ty nie będziesz mógł się poddać i sobie pójść. pełen sprzeczności. takiej jak ciężka świadomość drapieżcy. Dali nam pożądanie. don Juanie? – zapytałem. byłem w tym momencie tak zdruzgotany. Don Juan miał rację. jak byś wytłumaczył sprzeczność pomiędzy inteligencją człowiekainżyniera i głupotą jego przekonań albo głupotą jego pełnego sprzeczności zachowania. że w każdej chwili jego posunięcie zostanie odkryte i zabraknie mu pożywienia. że o ile mu wiadomo. Nie dlatego. jakby bardziej jeszcze rozeźlony tym. Następnie powiedział coś. że nie mogę przyjąć tego ot tak – powiedziałem. że to drapieżcy dali nam przekonania. co mówię? Drapieżcy oddają nam swój umysł. drapieżcy wykonali fantastyczne posunięcie – fantastyczne. że nas zjadają. Dlatego też jest łatwą zdobyczą dla świadomości innego rzędu. by wzięli na siebie taki trud? Wyśmieją cię i wyszydzą. że najzwyczajniej w świecie zrobiło mi się niedobrze. który staje się naszym umysłem.umysł zostanie wystawiony na zmasowany atak. co im pasuje. u którego lśniąca otoczka świadomości leży poza tym świetlistym kokonem. ale jest w tym coś tak ohydnego.

Nazwali go latawcem. co mówi. bo skacze w powietrzu. Powstrzymałem go. tamtej nocy. Jest bardzo przemyślny i zorganizowany. jakbym miał za chwilę zwymiotować. Twierdzenia don Juana były po prostu niedorzeczne. na którym zawsze zadawałem sobie ulubione pytanie: “A co. Chciałem się rozgniewać. Don Juan coś ze mną robił. Choć nie ja byłem jego źródłem. co mówi. Odczuwałem to jako próbę przecięcia cienkiej warstewki czegoś. – Czarownicy starożytnego Meksyku – powiedział – widzieli drapieżcę. kiedy ze mną rozmawiał. to czysty absurd. Ale jakżeż można było traktować to wszystko poważnie? Don Juan wpychał mnie pod lawinę. Poczułem. – Jeżeli tylko kiedyś zaczną cię niebezpiecznie trapić jakieś wątpliwości – powiedział – zareaguj pragmatycznie. Jego oczy wpatrywały się we mnie nieruchomo. Czułem się znów tak. a z drugiej totalny pragmatyk. Tłumaczyły każdą sprzeczność ludzkiego zachowania. Nie miałem wątpliwości. które zawsze miałem. rzecz jasna. Coraz głębiej wbijał mi szpilę. tak też zrobił. konwencjonalnych i kretyńskich. coś niejawnie dobrego i potwornie złego zarazem. Don Juan skręcał się ze śmiechu. obdarzoną fenomenalnym wglądem. jest prawdą. – Opowiadam. która tylko przyszła mi na myśl. nie jest dla . Jest zwykłym kawałkiem mięsa. Przeniknij ciemność. Odzyskałem nieco kontroli nad sobą. że dziś są one przedmiotem legend. – Z jednej strony totalny sceptyk. który w podskokach przemieszcza się w powietrzu. Chciałbym. żeby nie chcieli ci wierzyć. nie. że wszystko. Gardło miałem ściśnięte. żebyś zobaczył je w tym pokoju. Inaczej napuchniesz jak wielka ropucha i w końcu strzelisz. A potem wszystko jakby zniknęło i oto mamy obecnie człowieka uśpionego. Będziesz zaledwie wychwytywał ulotne obrazy. To wielki cień. ale gdzieś zniknęło to poczucie prawa do słusznego gniewu. że intuicyjnie coś sobie uświadamiam. która mogła pochłonąć mnie na zawsze. Słowa don Juana wywoływały we mnie dziwną fizyczną reakcję. – Nie. Wstał. Z trudem oddychałem. Ale źródłem nudności były najgłębsze pokłady mojej istoty. Głęboko w każdym człowieku tkwi atawistyczna. Czarowników starożytnego Meksyku niezwykle nurtowało pytanie.agresywni dadzą ci taki wpierdol. Potem ląduje płasko na ziemi. podobną do mdłości. Będziesz musiał sobie zaaranżować tę wewnętrzną walkę. Coś we mnie wyrosło ponad poziom. w głębi mego serca czułem. niewiarygodne. który czyni z nas istoty bezużyteczne. mroczny i nieprzenikniony. sam szpik kości. Na samą myśl o niej zaczynałem ciężko dyszeć. że faktycznie kątem oka dostrzegłem owe ulotne obrazy. Uderzyła we mnie kolejna fala poczucia zagrożenia. jednocześnie jednak równie silne było przekonanie. to jeszcze usłyszałem. żeby wyłączyć światło. don Juanie? – zapytałem słabo. Zacząłem konwulsyjnie drżeć. Metodycznie przestrzega planu. Wyłącz światło. że naszym przeciwnikiem nie jest zwykły drapieżca. że wszystko. że don Juan i tak wstanie i zgasi światło. jak brzęczą mi koło ucha. Wszystko w porządku. – Ten drapieżca – powiedział don Juan – który jest. zdolnym do takich wyczynów percepcji. przekonaj się. intuicyjna świadomość istnienia drapieżców. puszczał i znowu wracał. Na to masz dość energii. Rozumowali tak. Puszczał mnie i wracał. don Juanie – odezwałem się – nie wyłączaj światła. jak szyja mi się trzęsie pod wpływem jego uścisku. że popamiętasz. Odwrócił wzrok i zaczął mówić. ale nie śmiałem tego dotknąć ani w pełni sobie uzmysłowić. siadając z powrotem na swoim krześle. istotą nieorganiczną. I zasadniczo nie dlatego. Człowiek. czym byłem jakby oklejony. Mój analityczny umysł podnosił się i opadał niczym jo-jo. nie patrząc już w moją stronę. Nie jest to urzekający widok. za żadne skarby tego świata! – Dostrzegłeś ulotne cienie na tle drzew – powiedział don Juan. było ono jednak ze mną związane. jest prawdą?" Wtedy. Don Juan potrząsnął mnie mocno za ramiona. – Ależ ten gość ma temperament! – orzekł. istota magiczna. że człowiek w pewnym okresie musiał być istotą doskonałą. nie jest już magiczny. Nie dość. – To bardzo dobrze. co dostrzegasz. – Co ty opowiadasz. jeśli wszystko to. czarny cień. Dwie sekundy później darłem się na całe gardło. nazwać go paranoikiem. Czułem w tamtej chwili bardzo niezwyczajny jak na mnie strach przed ciemnością. co mówi. Obawiałem się. kiedy pojawił się on na Ziemi. Nie będziesz niczego widział. a jednocześnie tak niezwykle sensowne i proste. Człowiekowi nie pozostały już żadne marzenia oprócz marzeń zwierzęcia hodowanego dla mięsa: marzeń wyświechtanych. Uspokoiłem się od razu. włączywszy na powrót lampę.

nas tak całkowicie niewidzialny jak inne istoty nieorganiczne. Myślę, że jako dzieci go widzimy; jest to dla nas jednak tak przerażający widok, że nawet nic chcemy o tym myśleć. Dzieci, rzecz jasna, czasem się upierają i chcą zwrócić na niego baczniejszą uwagę, lecz wszyscy dokoła zniechęcają je do tego. Jedyną alternatywą dla ludzkości – ciągnął – jest dyscyplina. Dyscyplina to jedyny środek zaradczy. Ale gdy mówię o dyscyplinie, nie chodzi mi o jakieś ascetyczne praktyki. Nie chodzi mi o to, żeby wstawać o piątej trzydzieści każdego ranka i polewać się zimną wodą aż do zsinienia. Poprzez dyscyplinę czarownicy rozumieją umiejętność niewzruszonego stawiania czoła przeciwnościom losu, których nie braliśmy pod uwagę w naszych oczekiwaniach. Dla nich dyscyplina jest sztuką: sztuką stawiania czoła nieskończoności bez mrugnięcia okiem i to nie dlatego, że są oni silni i twardzi, lecz dlatego, że przepełnia ich nabożna cześć. – W jaki sposób dyscyplina czarowników może być środkiem zaradczym? – zapytałem. – Czarownicy powiadają, że dyscyplina sprawia, iż lśniąca otoczka świadomości staje się dla latawca niesmaczna – odparł don Juan, bacznie wpatrując się w moją twarz, jakby szukał w niej jakichś oznak niedowierzania. – Efekt jest taki, że drapieżcy są zdezorientowani. Lśniąca otoczka świadomości, która jest niejadalna, nie mieści się, jak sądzę, w ich systemie poznawczym. Zdezorientowani, nie mają innego wyjścia, jak tylko odstąpić od swych nikczemnych zamiarów. Jeżeli drapieżcy nie będą przez jakiś czas zjadać naszej lśniącej otoczki świadomości – ciągnął – ta będzie dalej rosnąć. Upraszczając tę kwestię maksymalnie, mogę powiedzieć tak, że czarownicy, dzięki zachowywaniu dyscypliny, odpychają drapieżców wystarczająco długo, by ich lśniąca otoczka świadomości rozrosła się powyżej poziomu palców stóp. Kiedy już przekroczy ten poziom, urasta z powrotem do pierwotnych rozmiarów. Czarownicy starożytnego Meksyku mawiali, że lśniąca otoczka świadomości jest jak drzewo. Jeżeli go nie przycinać, rozrasta się do naturalnych rozmiarów i osiąga naturalną gęstość. Gdy świadomość osiąga poziomy ponad poziomem palców stóp, jej fenomenalne wyczyny stają się oczywistością. Wspaniała sztuczka dawnych czarowników – ciągnął don Juan – polegała na obciążeniu umysłu latawca dyscypliną. Stwierdzili oni, że jeśli narzucić umysłowi latawca wewnętrzną ciszę, wówczas obca instalacja się rozprasza; daje to każdemu, kto wykonuje ten manewr, absolutną pewność zewnętrznego pochodzenia umysłu. Obca instalacja powraca, tego możesz być pewien, ale już nie tak silna, i tak oto rozpoczyna się proces, w którym rozpraszanie umyslu latawca staje się zabiegiem rutynowym; proces ten trwa tak długo, aż pewnego dnia umysł latawca rozprasza się na dobre. Smutny to dzień, doprawdy! Od tego dnia będziesz musiał się opierać na własnej inwencji, która jest bliska zeru. Nie będzie już nikogo, kto by ci powiedział, co masz robić. Nie będzie już żadnego zewnętrznego umysłu, który mógłby ci dyktować kretyństwa, do których zostałeś przyzwyczajony. Mój nauczyciel, nagual Julian, zawsze przestrzegał wszystkich swoich uczniów – kontynuował don Juan – że jest to najcięższy dzień w życiu czarownika, ponieważ prawdziwy umysł – ten, który należy do nas, łączna suma wszystkiego, czego doświadczyliśmy – po trwającym całe życie poddaństwie, jest nieśmiały, niepewny i nie można na nim polegać. Osobiście powiedziałbym, że dla czarownika prawdziwa bitwa rozpoczyna się dopiero w tym momencie. Cała reszta to tylko przygotowania. Byłem naprawdę głęboko poruszony. Chciałem dowiedzieć się czegoś więcej, a z drugiej strony coś dziwnego gdzieś w głębi mnie głośno się domagało, bym się nie odzywał, podsuwając mi myśl o mrocznym finale całej sprawy i karze – czymś w rodzaju boskiego gniewu, który mnie dosięgnie za grzebanie przy czymś, co sam Bóg okrył tajemnicą. Musiałem się zdobyć na ogromny wysiłek, żeby przechylić szalę zwycięstwa na korzyść mojej ciekawości. – Co... co... co znaczy – usłyszałem własne słowa – obciążanie umysłu latawca? – Dyscyplina niesamowicie obciąża obcy umysł – odrzekł. – Tak więc, dzięki niej czarownicy przełamuj ą obcą instalację. Jego słowa mnie przygniotły. Byłem przekonany, że albo don Juan kwalifikuje się do zakładu zamkniętego, albo mówi mi coś tak potwornie niesamowitego, że to we mnie wszystko zamiera. Zauważyłem jednak, jak szybko wykrzesałem z siebie dość energii, by sprzeciwić się wszystkiemu, co powiedział. Po chwili paniki zacząłem się śmiać, zupełnie jakby don Juan opowiedział jakiś dowcip. Usłyszałem nawet, jak mówię: – Don Juanie, don Juanie, jesteś niepoprawny! Rozumiał chyba wszystko, co się we mnie działo. Kiwał głową na boki i wznosił oczy w górę w geście udawanej rozpaczy.

– Jestem tak niepoprawny – powiedział – że zaraz zafunduję umysłowi latawca, który w sobie nosisz, jeszcze jeden wstrząs. Wyjawię ci jeden z najbardziej niesamowitych sekretów magii. Opiszę ci odkrycie, którego weryfikacja i uporządkowanie zajęła czarownikom tysiące lat. Spojrzał na mnie i uśmiechnął się złowrogo. – Umysł latawca rozprasza się na zawsze – powiedział – kiedy czarownikowi uda się pochwycić wibrującą siłę, która utrzymuje w jednej całości skupisko naszych pól energii. Jeżeli utrzymają w tym uchwycie dostatecznie długo, umysł latawca zostaje pokonany i się rozprasza. I to właśnie zaraz zrobisz: uchwycisz się energii, która utrzymuje nas w jednej całości. Zareagowałem na to w tak niewytłumaczalny sposób, że aż trudno to sobie wyobrazić. Coś we mnie zadrżało, zupełnie jakby pod wpływem silnego wstrząsu. Ogarnął mnie niezrozumiały strach, który natychmiast skojarzyłem z moim religijnym wychowaniem. Don Juan zmierzył mnie spojrzeniem od stóp do głów. – Boisz się gniewu boskiego, co? – odezwał się. – Bądź spokojny, to nie twój strach. To strach latawca, bo on wie, że zrobisz dokładnie to, co ci każę. Jego słowa wcale mnie nie uspokoiły. Poczułem się jeszcze gorzej. Ogarnęły mnie mimowolne, konwulsyjne drgawki i nie było żadnego sposobu, by je opanować. – Nie martw się – powiedział spokojnie don Juan. – Wiem z doświadczenia, że te ataki bardzo szybko tracą na sile. Umysłu latawca nie stać nawet na odrobinę koncentracji. Po chwili wszystko ustało, tak jak przepowiedział don Juan. Słowo “oszołomiony" w odniesieniu do mojego stanu w tamtym momencie byłoby eufemizmem. Po raz pierwszy w życiu, z don Juanem czy bez, naprawdę nie miałem pojęcia, co się ze mną dzieje. Chciałem wstać z krzesła i przejść się, ale paraliżował mnie śmiertelny strach. Byłem wypełniony racjonalnymi sądami, a jednocześnie przepełniał mnie infantylny strach. Zacząłem głęboko oddychać, a całe moje ciało pokrył zimny pot. W jakiś sposób moje oczy otwarły się na potworny widok: gdziekolwiek się obróciłem, skakały czarne, ulotne cienie. Przymknąłem powieki i oparłem głowę na oparciu krzesła. – Nie wiem, dokąd teraz pójść, don Juanie – odezwałem się. – Dzisiaj naprawdę ci się udało zupełnie poplątać moje ścieżki. – Rozdziera cię wewnętrzna walka – powiedział don Juan. – Głęboko w środku wiesz, że nie jesteś w stanie odrzucić przyzwolenia na to, by nieodłączna część ciebie, twoja lśniąca otoczka świadomości, stała się w niepojęty sposób źródłem pożywienia dla istot o niepojętej dla nas naturze. A inna część ciebie będzie się temu przeciwstawiać całą swoją mocą. Przewrót czarowników – ciągnął – polega na tym, że odmówili oni honorowania umów, w których nie byli stroną. Nikt mnie nigdy nie pytał o to, czy nie zgodziłbym się zostać pożarty przez istoty o odmiennym rodzaju świadomości. Moi rodzice po prostu wprowadzili mnie na ten świat po to tylko, bym został czyimś pożywieniem, tak samo jak i oni – koniec, kropka. Don Juan wstał z krzesła i rozprostował ręce i nogi. – Siedzieliśmy kilka godzin. Czas wejść do domu. Ja coś zjem. Chcesz zjeść ze mną? Odmówiłem. Miałem rozstrojony żołądek. – Myślę, że najlepiej zrobisz, jak się położysz spać – powiedział. – Ta nawałnica nieźle cię sponiewierała. Nie potrzebowałem dodatkowej zachęty. Zwaliłem się na swoje łóżko i zasnąłem jak zabity. Po powrocie do domu, z biegiem czasu, idea latawców stała się jedną z największych obsesji mojego życia. Doszedłem do takiego punktu, że czułem, iż don Juan miał w tej materii absolutną rację. Bez względu na to, jak bardzo się starałem, nie udawało mi się podważyć jego logiki. Im więcej o tym myślałem, im więcej rozmawiałem z samym sobą i innymi ludźmi, im więcej samego siebie i innych obserwowałem, tym silniejsze było moje przekonanie, że coś czyni z nas istoty niezdolne do jakiegokolwiek działania, jakiejkolwiek relacji i jakiejkolwiek myśli, która nie ogniskowałaby się na ,ja". Moje troski, podobnie jak troski każdego, kogo znałem lub z kim rozmawiałem, koncentrowały się właśnie na tym. Ponieważ nie umiałem znaleźć wytłumaczenia tak uniwersalnej homogeniczności, byłem przekonany, że tok rozumowania don Juana jest najbardziej odpowiednim sposobem objaśnienia tego fenomenu.

Poświęciłem się głębszej analizie literatury dotyczącej mitów i legend. Uświadomiłem sobie wówczas coś, czego nigdy wcześniej nie odczuwałem: każda z przeczytanych przeze mnie książek była interpretacją mitów i legend. Przez każdą z nich przemawiał ten sam, homogeniczny umysł. Style były odmienne, lecz ukryty pod warstwą słów zamiar jednakowy: pomimo tego, że temat pracy dotyczył czegoś tak abstrakcyjnego jak mity i legendy, autorowi zawsze udało się zawrzeć w niej jakieś opinie o sobie. Celem każdej z tych książek nie było omówienie rzeczonego tematu; była nim autoreklama. Nigdy wcześniej sobie tego nie uświadamiałem. Przypisywałem moją reakcję wpływowi don Juana. Pytanie, które sobie stawiałem, brzmiało tak: czy to on wpływa na mnie tak, że coś takiego dostrzegam, czy też rzeczywiście istnieje jakiś obcy umysł, który dyktuje wszelkie nasze poczynania? Siłą rzeczy odruchowo znów popadłem w negację, i niczym wariat zacząłem po kolei przechodzić od negacji do akceptacji i tak w kółko. Coś we mnie wiedziało, że bez względu na to, do czego pije don Juan, jest to fakt energetyczny; jednak inny wewnętrzny głos mówił, że to wszystko brednie. Wynikiem tych wewnętrznych zmagań były bardzo złe przeczucia, wrażenie, że zawisło nade mną wielkie niebezpieczeństwo. Przeprowadziłem szeroko zakrojone badania, poszukując śladów koncepcji latawców w innych kulturach, ale nigdzie nie udało mi się znaleźć żadnej wzmianki na ten temat. Wyglądało na to, że don Juan jest jedynym źródłem informacji w tej materii. Kiedy zobaczyłem się z nim następnym razem, natychmiast przeszedłem do tematu. – Robiłem, co mogłem, by podejść do tego zagadnienia racjonalnie – powiedziałem – ale nie mogę. Są takie chwile, kiedy absolutnie się z tobą zgadzam w kwestii drapieżców. – Skup swoją uwagę na ulotnych cieniach, które obecnie widzisz – odrzekł don Juan z uśmiechem. Powiedziałem mu, że owe ulotne cienie staną się końcem mojego racjonalnego życia. Widziałem je wszędzie. Od czasu gdy wyszedłem wówczas z jego domu, nie byłem w stanie zasnąć po ciemku. Spanie przy włączonym świetle w ogóle mi nie przeszkadzało. Jednak z chwilą gdy je gasiłem, wszystko dokoła mnie zaczynało skakać. Nigdy nie dostrzegałem kompletnych postaci ani kształtów. Widziałem jedynie ulotne, czarne cienie. – Umysł latawca jeszcze cię nie puścił – rzekł don Juan. – Został ciężko ranny. Robi wszystko, by zreorganizować swoją relację z tobą. Ale coś w tobie zostało na zawsze przerwane. Latawiec o tym wie. Prawdziwe niebezpieczeństwo leży w tym, że umysł latawca może zwyciężyć, doprowadzając cię do wyczerpania i zmuszając do zarzucenia dalszej walki, jeśli dobrze rozegra kartę sprzeczności pomiędzy tym, co on ci mówi, i tym, co ja ci mówię. Bo widzisz, umysł latawca nie ma konkurencji – ciągnął dalej don Juan. – Kiedy coś orzeka, zgadza się z własnym zdaniem i każe ci wierzyć, że zrobiłeś coś wartościowego. Umysł latawca powie ci, że to, co ci mówi Juan Matus, to wierutne bzdury, po czym ten sam umysł zgodzi się ze swym własnym stwierdzeniem. A ty powiesz: “Tak, oczywiście, że to bzdury". W taki właśnie sposób zostajemy pokonani. Latawce są niezbędnym elementem wszechświata – ciągnął – i należy je traktować tak, jak na to zasługują – jako istoty potworne i budzące grozę. Dzięki nim wszechświat wystawia nas na próbę. Jesteśmy energetycznymi sondami, stworzonymi przez wszechświat – mówił dalej, jak gdyby nie zdawał sobie sprawy z mojej obecności – a ponieważ posiadamy energię obdarzoną świadomością, jesteśmy środkiem, dzięki któremu wszechświat staje się świadom samego siebie. Latawce to nieprzebłagani rywale. Tylko tak można ich postrzegać. Jeśli nam się uda, wszechświat pozwoli nam trwać dalej. Chciałem, żeby don Juan mówił dalej. Ale on powiedział tylko: – Nawałnica ucichła za ostatnim twoim pobytem tutaj; tylko tyle można powiedzieć na temat latawców. Czas na posunięcie innego rodzaju. Tamtej nocy nie mogłem zasnąć. Zapadłem w lekki sen nad ranem i nie obudziłem do czasu, gdy don Juan wyciągnął mnie z łóżka i zabrał w góry. Tam, gdzie mieszkał, rzeźba terenu była zupełnie inna niż na pustyni Sonory, ale przestrzegł mnie, bym nie folgował sobie w porównaniach; powiedział, że po przejściu kilkuset metrów każde miejsce na świecie jest dokładnie takie samo. – Turystyka jest dla ludzi w samochodach – powiedział. – Przemieszczają się z wielką prędkością, bez żadnego wysiłku. Turystyka nie jest dla piechurów. Kiedy jedziesz samochodem, możesz dostrzec monumentalną górę, której piękno zaprze ci dech w piersiach. Widok tej samej góry nie zaprze ci tchu w piersiach tak jak wtedy, gdy będziesz na nią patrzył, idąc pieszo; to będzie inne uczucie, zwłaszcza

abyś się tym zainteresował. że szedł tak szybko i musiałem ogromnie się starać. jak to się robi. ale nie przeszkadzało mi to. że nie zwracałem już uwagi na ich brzęczenie. co mówił. Całą uwagę skupiałem na tym. Poczułem przypływ entuzjazmu i przyszło mi do głowy mnóstwo chaotycznych pomysłów. żeby dotrzymać mu kroku. gdyż zamierzałem potraktować jego propozycję bardzo poważnie. Jesteś socjologiem. Dlatego twój umysł jest zawsze otwarty na nowe poszukiwania. rozdzielić je i uporządkować. – Powiedzmy. Byliśmy dzisiaj w górach. i owady przestały mnie niepokoić – albo dlatego. Wygląda na to. gdybyś miał zasłabnąć albo spaść. Pogrążyłem się w rozmyślaniach. zacząłem się śmiać. Nikt nie wie. i zbadał. Przez chwilę nic nie mówił. don Juanie? – zapytałem. Latające wszędzie dokoła komary i muchy były niczym bombowce nurkujące do mojego nosa. ponieważ tajemnica magii musi być okraszona sprawami przyziemnymi. Reakcje te są jakby nieco rozmyte przez język. a z niego powstanie ta bariera. to miliony owadów. Don Juan zebrał kilka gatunków roślin. Być może dlatego. Zachowaj milczenie. żeby dały ci spokój. z której było widać całą dolinę. jak możesz. takie same odczucia. którym się porozumiewa. Szliśmy wyschniętym korytem rzeki. jaki jego słowa na mnie wywarły. Niektórych z nich niemal nie można było dostrzec. nie powinno cię odstręczać. ruszył z powrotem w kierunku domu. Chciałbym. że nie przystaniesz na nią z łatwością. – Wygląda na to. rozmawialiśmy. – Skrzyżuj nogi i wejdź w wewnętrzną ciszę – powiedział. Wznieś dokoła siebie barierę energetyczną. Nie dyszał ciężko. co zmroziło mi krew w żyłach – . co ta dolina i pustynia Sonory miały ze sobą wspólnego. – Nie próbuj ich odganiać – oświadczył stanowczym tonem. do jakich artykułów mógłbyś zaglądnąć. W końcu udało mi się i stwierdziłem. że będę musiał przeprowadzić szersze badania tego zagadnienia. Kwalifikowały się bardziej do alg albo mchów. – Co planujesz. są to dokładnie takie same reakcje. Stwierdziłem. które dawni czarownicy nazywali faktem energetycznym. usiądź od krawędzi najdalej. don Juan usiadł na wysokiej półce skalnej. czy znam jakieś artykuły albo prace z tego tematu. Próbowałem sobie przypomnieć. czy można znaleźć na tę homogeniczność jakieś formalne wytłumaczenie. Tak więc przygotuj się i oprzyj plecy o tę skalną ścianę. Zanim jednak dotarliśmy do domu. że sam zdałem sobie z tego sprawę i zacząłem mówić ciszej. – Twoje zadanie na dziś – powiedział nagle złowróżbnym tonem – to jedna z najbardziej tajemniczych rzeczy w magii. Trzymałem jego siatkę i nie rozmawialiśmy więcej. bardzo chciałem od razu wyruszyć w drogę powrotną. oczu i uszu. Jest to jedna z tych rzeczy. które mi nakreślił. ale nie zasypiaj. że tak pilnie słuchałem don Juana. że każdy człowiek na tej Ziemi ma dokładnie takie same reakcje. Nie miałem pojęcia. Musi wyrastać z niczego i do niczego powracać. w charakterze socjologa rzecz jasna. Don Juan polecił mi. takie same myśli. Jedno. Było mi raczej trudno wejść w wewnętrzną ciszę bez zapadania w sen. A potem zobaczyłem coś. – Powiem ci z góry. Chcę ci dać pod rozwagę dziwaczną propozycję – podjął. że zamierzyłem dokoła siebie barierę energetyczną. Wejdź w wewnętrzną ciszę. – Zamierz. Musiałem przyspieszyć kroku i trochę się do niego zbliżyć. albo też dlatego. że chcesz się dowiedzieć. że ta dziwaczna propozycja spotka się z twoim ogromnym oporem – powiedział. Przerwij swój wewnętrzny dialog. Ale to. idąc nieco przede mną. ale jeśli zetrzeć tę warstwę. oceniając efekt. – Muszę podkreślić. zanim zbytnio przeschną. Wiedziałem o tym. Oto sztuka wojowników w podróży: przejść przez ucho igielne nie zauważonym. Kiedy nazbierał już dość. którą masz zweryfikować w swoim środowisku akademickim. coś. że wszyscy odpowiadają mniej więcej tak samo na te same bodźce. a trwoga w moim głosie była tak wyraźna. Nie trzeba do tego nic więcej. które dręczą każdego człowieka na Ziemi. bym nie zwracał uwagi na ich brzęczenie. że spoglądam na dno doliny z otaczającej mnie nieprzeniknionej ciemności. poza wyjaśnienia. nieprawda? Don Juan bezwstydnie stroił sobie ze mnie żarty. że chciałby oczyścić rośliny. Powiedział. że rozpocznę je od przeczytania wszystkich dostępnych prac na temat “charakteru narodowego". by nie uronić żadnego słowa. dlaczego się zatrzymał i usiadł. i postanowiłem. jego sarkazm po prostu spłynął po mnie i zamiast się zjeżyć. Tamtego ranka było bardzo gorąco. – Moja dziwaczna propozycja jest taka – powiedział wolno. maszerując ile sił w nogach. by znaleźć argumenty za lub przeciw proponowanej przeze mnie tezie. Walczyłem z przemożnym pragnieniem zaśnięcia. To widzenie z wewnętrznej ciszy. Będę przy tobie na wypadek. To nie będzie podróż po mrocznym morzu świadomości. że jest dziwaczna. gdy będziesz musiał się na nią wspiąć albo ją obejść. zastanawiając nad zadaniem.wówczas. co wykracza poza język.

po czym znów wylądował na ziemi z tym samym złowieszczym. – Mój zegarek. tak czuła. – Teraz masz spieprzony zegarek! Zdjąłem zegarek i odłożyłem go z boku wanny. namoczony w lodowato zimnej wodzie. Nie miałem cienia wątpliwości. by nie utracić koncentracji. który skakał w powietrzu. jakby mówił to ktoś inny. niesłyszalnym tąpnięciem. w istoty słabe. Do tamtej chwili nigdy nie wiedziałem. że skruszył nas już całe wieki temu. Nie odrywałem oczu od cienia skaczącego po dnie doliny. jak powiedział don Juan. Bez końca wybuchał długimi salwami śmiechu. jak gdyby to. bagienny cień przykryje mnie niczym koc i zadusi. Kiedy doszedłem do siebie. – Nigdy bym nie pomyślał. gdy do mnie przyjeżdżasz – powiedział. Dalej wrzeszczałem. Widziałem coś. zegarek! – wrzasnąłem. tak bezbronna. a on odejdzie. Płakałem z żalu nad moimi bliźnimi. Dokoła czoła miałem owinięty ręcznik. Trawiła mnie gorączka.gigantyczny cień. ale go nie usłyszałem. Byłem tak przerażony. bezbronne i potulne. że straciłem rachubę czasu. wrzasnąłem na całe gardło. Mój biedny ojciec. którego nigdy nie zapomnę. – Cóż za niedorzeczny widok! – powtarzałem ciągle. co wyglądało jak wijący się na ziemi bagienny cień. Ujął mnie za rękę i poprowadził na tyły domu. Miałem mój wielki gniew i moją niezachwianą intencję. Być może straciłem przytomność. Było pewne. głuchym tąpnięciem. Bagienny cień wykonał kolejny skok. że nie da się tego opisać słowami. tak delikatna. leżałem w łóżku w domu don Juana. Walczyłem. wyraźnie w kierunku dna doliny. było najzabawniejszą rzeczą pod słońcem. żeby mnie pożreć. zobojętniały. . że jeśli nie utrzymam wewnętrznej ciszy. w butach. nie był istotą przyjazną. tak jak stałem – ubrany. odzyskałem nieco panowanie nad sobą. nie był to jednak żal nad sobą. Odczuwałem jego pogardę dla nas. Chciałem strząsnąć z siebie to coś. a zwłaszcza nad ojcem. Jedna z towarzyszek don Juana natarła mi plecy. Nie rozpraszając otaczającej mnie ciemności. co mogło nadejść. Don Juan skręcał się ze śmiechu. które nie zostało dokładnie dostrojone do częstotliwości odbieranej stacji. chwilę później cień wykonał kolejny potężny skok. czarny. – Są naprawdę bardzo ciężkie – powiedział mi don Juan do ucha. jaką znałem. którego opisywał mi wcześniej don Juan. co się ze mną działo. po czym wepchnął do wielkiej wanny z wodą. Zdjąłem moje mokre rzeczy. Drapieżca. Z całych sił trzymał mnie za lewe ramię. – Nie bój się – nakazał mi don Juan władczym głosem. Był niesamowicie ciężki. ze wszystkim. szeroki może na pięć metrów. Wywołały ją wielki gniew i niemoc. Gorączka. Następnie usłyszałem bardzo specyficzne buczenie. zupełnie tak. Poczułem to tąpnięcie w kościach. niezdolny powiedzieć nic więcej. chwilę potem nastąpiło kolejne głuche tąpnięcie. przemieniając. piersi i czoło terpentyną. że tak bardzo go kocham. – Utrzymuj wewnętrzną ciszę. pochodziła z mojego wnętrza. Kiedy don Juan wyciągnął mnie z lodowatej wody. potrząsając nogami. bagienny cień wylądował tuż przy nas. Don Juanem i mną wstrząsnęło do głębi – monstrualny. że jest wodoszczelny i nic mu się nie stanie. tak bezgranicznie sfrustrowany. wulgarny. Kąpiel w wannie niezwykle dobrze mi zrobiła. Przypomniałem sobie. Moje pobudzenie nerwowe było tak silne. Don Juan się śmiał. która mnie trawiła. z zegarkiem na ręku. Trząsłem się od stóp do głów. ale nie przyniosło mi to ulgi. które nie pozwolą im mnie pożreć. okryłem się poncho. Nigdy nie byłem taki wściekły. po czym wylądował na ziemi z niesłyszalnym. że weźmiesz sobie widok latawca tak bardzo do serca – powiedział. przelatując w powietrzu może piętnaście metrów. – Nie powinieneś nakładać zegarka. usiadłem na swoim łóżku i najzwyczajniej w świecie zacząłem płakać jak dziecko. mieszaninę odgłosu trzepoczących skrzydeł i trzeszczenia radia. – Nie miał żadnych szans – usłyszałem powtarzane przez siebie w kółko te same słowa. najukochańsza istota.

jako że moje pierwsze kroki na ścieżce wojownika w podróży rozpocząłem od robienia notatek. Byłem rozszczepiony przez tak długi czas. Wówczas w mojej świadomości zaczęła się dokonywać bardzo subtelna zmiana. Kiedy już dotarliśmy na miejsce. Pablito i Nestor. Jeśli postanowisz nie wracać – ciągnął – znikniesz. jakbyś się zapadł pod ziemię. jego dwóch uczniów. roztrzaskałoby się w drobny mak na tej skale w dole. czy też nie. Don Genaro znów się wtrącił i dodał. Z krawędzi przepaści dostrzegałem dno urwiska. tym rdzeniem byłem ja z czasów mojego dzieciństwa. wydrążonego przed milionami lat przez nie istniejącą już rzekę. Dopiero gdy don Juan zawiódł mnie na jego skraj. w zasadzie nie był to płaskowyż. że jego czas na Ziemi dobiegł końca. Podbródkiem wskazał w kierunku dna urwiska. że trudno w to uwierzyć. że ściągniemy cię z powrotem. że przed nami na tym płaskim szczycie stali inni wojownicy w podróży. czy wracać. na górze. jak mi się zdawało. to perspektywa niezwykle nieatrakcyjna. jakie ono będzie – zostanie zakończone – czy to sukcesem. że nie jest on tak wielki. Tak rozpoczął się tamtego dnia na szczycie góry mój dialog z don Juanem. czy to porażką. przymus. musisz zacisnąć zęby i czekać. Lecz jeżeli zdecydujesz się powrócić. jakby została ścięta nożem. ale nie byłem pewien.Skok w przepaść Na płaskowyż prowadziła tylko jedna dróżka. że powrót do świata. Pablito. Szturchnął mnie delikatnie pod żebro i tłumiąc śmiech. w którym panują bałagan. powiedział z przekonaniem. Jednak rdzeń mojej istoty nie utracił spójności. – Kiedy już wkroczysz w nieskończoność – rzekł don Juan-nie możesz liczyć na to. Jedynym nienaruszonym fragmentem kanionu było miejsce. jak gdyby czytał w moich myślach. podobny może nieco do tego. Don Juan powiedział żartobliwie. powiedział mi. że płaskowyż kończy się przepaścią. W niektórych miejscach nie wyrastały ponad poziom dna. uzmysłowiłem sobie. Ściany zostały starte przez erozję. że decyzja o pozostaniu albo powrocie nie jest kwestią racjonalnego wyboru. która jednak po dziś dzień pozostaje dla mnie nie rozwikłaną zagadką. Cały łańcuch niewielkich gór na południe i północ od szczytu był najwyraźniej częścią gigantycznego kanionu. Don Juan obrócił się do mnie i cichym głosem powiedział. aż twoje zadanie – bez względu na to. hałas i ból. Mieliśmy skoczyć w przepaść. Wtedy wtrącił się don Genaro. – To lita skała – powiedział don Juan. ale kwestią zamierzenia. Później w niezwykle osobliwy sposób zaczęły się na siebie nakładać różne poziomy mojej świadomości. Z początku nie dostrzegłem urwiska. że powinienem wyjąć notes i zacząć robić notatki z naszych ostatnich chwil spędzonych razem. że to wręcz konieczne. niepewnością. Jego słowa mnie zdruzgotały. Reszta była jedną wielką niejasnością. że ja również jestem tu po to. Wojownik w podróży stwierdza. Musisz wiedzieć. że wkrótce dzięki potędze mej osobistej mocy sam zacznę wkraczać w nieskończoność i że tylko on i don Genaro przyszli się ze mną pożegnać. może dwieście metrów w dole. Nestor i ja byliśmy tam z powodu naszego ostatniego zadania w charakterze uczniów. a płaski szczyt sporej góry. że jeszcze jedna ucieczka w ten stan była dla mnie jedynym ratunkiem przed kompletnym zdruzgotaniem. Roślinność tam. Zanim wyruszyliśmy. zdałem sobie sprawę z tego. zaczęły we mnie wzbierać . Wyruszał w swą ostateczna podróż. Góra była okrągła i wytarta przez erozję na swej wschodniej i południowej ścianie. nie różniła się od roślinności poniżej: zdrewniałe krzewy w kolorze wypłowiałej zieleni. oraz ja. czy ich kiedykolwiek spotkałem. jego towarzysz don Genaro. – Gdyby coś tak spadło z tej krawędzi na dno. jednak część ścian zachodniej i północnej wyglądała tak. co przeżywają ludzie w chwili załamania nerwowego. Przypominałem sobie twarze ludzi. jak przystało na prawdziwego wojownika w podróży. Na ten szczyt wspięliśmy się don Juan. o wyglądzie cokolwiek przypominającym drzewa. niesamowicie tajemnicza sprawa. żeby się z nimi pożegnać. gdzie stałem. Wtedy potrzebna będzie twoja decyzja. gdy patrzyłem na niego z pewnej odległości. Zupełnie straciłem poczucie rzeczywistości i zapadłem w błogi stan rozszczepienia. zanim podjęli swą wyprawę w nieznane. Muszę cię też ostrzec. jakie rosły wszędzie w tej okolicy. Nieskończoność kusi tak bardzo. którą don Juan objaśniał mi wcześniej na różnych poziomach świadomości. że niewielu wojowników w podróży wychodzi cało z takiego spotkania z nieskończonością. Tylko ty możesz zdecydować o tym. mówiąc. Pokryte było takimi samymi zdrewniałymi krzewami.

– Jesteśmy sami – powiedział. zanim będziemy mogli się na niej wesprzeć. i nie mogłem sobie przypomnieć. – Być może to pierwszy raz. Don Juan stanął z boku i odezwał się do mnie. lecz szczerze powątpiewałem. z początku byli wysocy. iż zawarłem z kilkoma ludźmi pakt. – Kiedy nasza świadomość zaczyna wzrastać. Głos don Juana nie był już słyszalny. co to byli za ludzie. zapominasz o wszystkim. co mówisz. że moja samotna śmierć jest czymś bardzo niewłaściwym. co wiem. – Zwerbalizujesz sobie wszystko. również było bardzo mi znajome. Mówił. teraz już wiem. ponieważ twoja świadomość wraca na poziom świadomości twojego świata na co dzień. Mój umysł skupił się na pewnej myśli czy raczej na pewnym odczuciu. Nie miałem najmniejszych wątpliwości co do tego. gdyż jego świadomość nie utrzymuje się na nowym poziomie i spada na sam dół z byle powodu. Nie wiedziałem jednak. ale umierać samemu nie znaczy umierać w osamotnieniu. Wówczas don Juan powiedział mi. skąd się te zmiany biorą. choć jednocześnie tak bardzo mi znajomym. że kręgosłup wojownika w podróży stanowią pokora i skuteczność. że umrzemy razem. Kiedy tak się dzieje. gdy tak naprawdę uświadamiam sobie. co powiedział. że to robię. od podłoża w górę. zupełnie jakbym przeżył niegdyś inne życie albo związał się emocjonalnie z istotami z jakiegoś snu. że pozostaniesz na poziomie świadomości powszedniego świata. w odpowiednim czasie. Czułem. że szybko o wszystkim zapomina. Nigdy dotąd don Juan nie mówił do mnie takim tonem. w końcu zaś malutcy. odzyskałem jasność umysłu. co wiesz. Potulnie usłuchałem i powróciłem do świadomości świata codziennego życia. czego dokonał i co widział na ścieżce wojownika w podróży. zupełnie jakby coś we mnie opadło do ziemi. dokładnie w środkowym punkcie naszej świetlistej istoty. że uległem don Juanowi ze strachu i z szacunku do niego. Na obecnym etapie twojego życia czarownika łatwo tracisz kontrolę nad swą świadomością. – Nie przejmuj się werbalizacją – powiedział don Juan. wypowiadając słowa pożegnania głośno i wyraźnie. Męka stawała się nie do zniesienia. kim oni są. Gdy tak oddychałem głęboko. że zadaniem każdego czarownika mężczyzny jest odzyskanie wszystkiego. co masz zrobić. Tłumaczyłem ci już. – To ostatnie ogniwo w długim łańcuchu. że ich kształty się zmieniają. co jeszcze na niego czeka. że wojownik w podróży musi pożegnać się ze wszystkimi ludźmi. Owego dnia wydawało mi się. – Doskonale rozumiem. których zostawia. Kolumna ta musi osiągnąć znaczną wysokość. – Naszym wielkim męskim problemem jest nasza kruchość – ciągnął don Juan. czy ich kiedykolwiek w życiu spotkałem. Nagle zawładnęła mną przygniatająca miłość do tych ludzi. nie wiedząc o tym. don Juanie – odparłem. Doskonale wiesz. które bardzo mnie męczyło. Dzisiaj musisz działać w oparciu o swoją wewnętrzną ciszę. koniecznym warunkiem sukcesu jest zdrowy rozsądek. Było to niemalże szarpnięcie. ale ta świadomość nie została jeszcze całkowicie sformułowana w twoich myślach. co nie jest częścią mojego umysłu. do którego byłem przyzwyczajony. W tym momencie przeszedłem kolejną zmianę poziomu świadomości. Dzisiaj masz do wykonania konkretne zadanie – dodał po chwili. Zawsze uważałem. to ona właśnie wzbudzała we mnie tę przemożną tęsknotę. kiedy znajdował się na nowych poziomach swojej świadomości. Następnie don Juan zwrócił się do mnie tonem. – Umawialiśmy się. Jego głos był szorstki i rozkazujący. kimkolwiek byli. czego dokonałeś i co widziałeś na ścieżce wojownika w podróży. Musi się pożegnać. Jednak ich esencja pozostawała nietknięta. że w tamtym momencie przeszedłem kolejną zmianę poziomu świadomości. Nabrałem kilka potężnych łyków powietrza. co tylko będziesz chciał. – Taki już nasz los. w oparciu o to. tak . Choć moje uczucia wykraczały poza słowa. jednak nie jestem w stanie zwerbalizować tego. że wiem coś. Problemem każdego czarownika-mężczyzny jest to. To. podejmowanie działania bez oczekiwania czegokolwiek i umiejętność zniesienia wszystkiego. Don Juan odezwał się do mnie. wzrasta jak kolumna. że zrobiłem olbrzymi krok w dół. Tęskniłem za jakimiś ludźmi. Nagle niezwykle wyraźne odczułem. Uzmysłowiłem sobie wówczas. Na poziomie konkretnych myśli czy wrażeń miałem jedynie niejasne przeczucie. Wyczuwałem tylko ich obecność. Wiedziałem. że te zmiany mojej świadomości są wynikiem jakiejś patologii. by pozbyć się napięcia. dlaczego wszystko zapominam i dlaczego przypominam sobie wszystko później. W owej chwili był innym człowiekiem.dziwne uczucia udręki i głębokiej miłości. nie potrafiłem jednak powiedzieć.

opowieściami o ludziach. że nie jestem nikomu niczego winien. Chciałem sprawdzić. W owym czasie szczerze wierzyłem. do tego dodał jeszcze dług wobec osoby. czyjego słowa są zgodne z prawdą. każdą uprzejmość.by jego krzyk i jego uczucia zostały na zawsze zapisane w skałach tych gór. Zwróciłem uwagę na różnicę pomiędzy krzakami i jego sylwetką. że wyjdzie z krzaków i ruszy przez teren mojego dziadka do drogi. że możesz pójść ze mną. Był to pan Acosta. która przyczyniła się do naszego spotkania. jego nemezis. Jedna z tych historii wiązała się z człowiekiem. na czym znał się najlepiej – szukaniem roślin i polowaniem na zwierzynę – ale został dotknięty dziwną chorobą ducha. – Jasne. kogo powinienem uwzględnić w tych tak ważnych słowach. jak i przyjaciele twierdzili. którego znałem. szczodrością i niedoścignioną swobodą za każdą przysługę. bardziej ją wyczuwając. gdyż krzaki były tam bardzo gęste. że ludzie atakowali go z taką pasją albo tak za nim przepadali. Pewnego dnia. że są komuś coś winni". że wojownicy w podróży nie mogą być nikomu niczego winni. bezgranicznie mnie intrygowało. iż daleko mi jeszcze do wyzwolenia się od ciężaru świadomości. niż dostrzegając. Zbliżyłem się do niego. Wspomniane trzy inne przypadki pozostawały opowieściami z mojego życia. – Sram i w tym czasie przyglądam się fermie twojego dziadka – odparł – więc lepiej spływaj. że lubisz zapach gówna. Już wcześniej w pełni przyjąłem koncepcję czarowników. – A co z twoimi duchami? – zapytał. don Juan wybrał trzy jako przykład długu zaciągniętego w bardzo wczesnym okresie mojego życia. Siedział przykucnięty pośród krzewów dżungli i był tak słabo widoczny. że dziadek myśli sobie. nie z powodu zażenowania. “Nic dziwnego. majstrem do wszystkiego. że nie jestem już nikomu nic winien. Nazywał się on Leandro Acosta. Odpłaciłem już wówczas. ale nie miał stałej. Don Juan odpowiedział. Przeprowadziłem tak gruntowną rewizję życia. panie Acosta! – zawołałem. że nie pozostało już nic. których nie możesz już dotknąć? Wiedział. Był to naczelny wróg mojego dziadka. był hazardzistą. ale nie potrafi utrzymać ich przy sobie ani jakoś zainwestować. że zarabia góry pieniędzy. Byłem przekonany. myśliwym oraz dostawcą roślin i owadów dla okolicznych zielarzy i uzdrowicieli oraz wszelkich gatunków ptaków i ssaków dla wypychaczy zwierząt i sprzedawców ze sklepów zoologicznych. która czyni z niego człowieka niecierpliwego. . kiedy przechadzałem się wzdłuż granicy fermy mojego dziadka. No chyba. że moje podziękowania zostały przyjęte. każdemu. Sądziłem. iż nie wiedziałem. – Co pan tam robi. że się zatrzymał. że dawno mógł już założyć najlepiej prosperującą firmę w całej okolicy i zajmować się tym. halo. W ten sposób pozbywają się ciężaru świadomości. Odszedłem kawałek na bok. gdy byłem małym chłopcem. ale nie zrobił tego. Ludzie byli przekonani. że ktoś mnie obserwuje zza gęstych krzaków na skraju lasu. które mu opowiedziałem. a raczej ciągle byłem w trakcie odpłacania. zauważyłem. którzy ofiarowali mi coś niepojętego i którym nigdy za to nie podziękowałem. panie Acosta? – spytałem odważnie. jasno sprecyzowanej pracy. Podczas rewizji życia zdałem mu relację z każdego zdarzenia w moim życiu. kto zaszczycił mnie swą troskliwością lub poświęcił mi swą uwagę. Dziadek ustawicznie oskarżał go o kradzież kurcząt ze swej fermy. – Czy mogę iść z panem? Zauważyłem. bezruch maskował go idealnie. To. Przez długi czas się wahałem. w głąb dżungli. Przedstawiłem zdanie i moje wątpliwości don Juanowi. dodał jednak. – Tymi. niezdolnego do zajmowania się czymkolwiek przez dłuższy czas. zanim wstanę. o czym mówi. Z setek zdarzeń. Don Juan wbił mi do głowy przykazanie czarownika: “Wojownicy w podróży odpłacają z elegancją. lecz dlatego. znów było to bardziej odczucie niż spostrzeżenie. że dostrzec mogły go jedynie bystre oczy ośmiolatka. Acosta nie był włóczęgą. że przychodzi tu kraść kurczęta" – pomyślałem sobie. Żył na uboczu. znachorem samoukiem. co mógłbym zrobić. którą im wyświadczono. Podziękowałem już mojemu przyjacielowi z całego serca i miałem wrażenie. jeśli tylko potrafisz znaleźć jakieś przejście przez te krzaki – odrzekł. Wstał. że nikt poza mną nie byłby w stanie go wypatrzyć. – Halo. Poszedł w przeciwnym kierunku. Zarówno jego przeciwnicy. że faktycznie przeprowadziłem szczegółową rewizję życia. Były.

Stworzymy wrażenie. Podleci do niego pod wiatr. i tak pan Acostą przeobraził się dla mnie z sympatycznego myśliwego w symbol tego. aż król indyczych sępów swoim potężnym dziobiskiem rozpłata odbyt osła i wsadzi do środka głowę. by złapany sęp nie miał żadnych ran. Wnętrzności i miękkie organy. jeśli chcesz. Przywódca sępów indyczych jest ich królem. Nie będzie się spieszył. trochę machając skrzydłami. bym zrobił coś. co będziemy robić z martwym osłem. Nasię na niego kogo trzeba pod zarzutem. Zapowiadam ci. Codziennie chodziliśmy na wyprawy łowieckie. Zapewnił mnie. I mógłby ci tak namieszać w głowie. Spojrzał na mnie. składają się z siedmiu różnych rodzajów mięsa i każdy z tych siedmiu rodzajów ma określone działanie lecznicze. No to dalej. gdzie mogłem się wyprostować i normalnie iść. Będziesz siedział w środku i czekał. czekając. cholera jasna. że dąży się do tego. że stałbyś się dokładnie taki sam jak on: zupełnie bezwartościowy. Kiedy nie miałem co robić. że wbijemy w ziemię cztery kije. Kiedy zobaczę. Będzie podchodził do niego. Pan Acostą wykombinował sobie. Uświadomiłem sobie wówczas. trochę podskakując. że przy pomocy mojej i jego trzech kolegów sprawa przestanie być problemem. aż zapytam. ułożymy przy jego zadzie. Starałem się ograniczyć moje spotkania z nim. ale wówczas jego mięso traci swoje właściwości lecznicze. Pewnego dnia pan Acostą i trzej jego koledzy zaproponowali mi. że przychodzi tutaj codziennie i je kradnie. Metodą nie kończących się prób i błędów odkryłem. pokusa była jednak silniejsza ode mnie. co było mu potrzebne. – Musisz staranniej dobierać sobie znajomych – powiedział – albo skończy się na tym. czy naprawdę jest martwy. – Nie ma drugiej pary tak bystrych oczu. przez który można się było przeczołgać i który po trzech czy czterech metrach przechodził w regularną ścieżkę. żeby ten człowiek miał na ciebie jakikolwiek wpływ. że ciała sępów z naszych stron. naturalna konsekwencja jego obserwacji zachowania setek sępów. Pan Acostą nie musiał kraść kurcząt. a jest to coś. Ja będę obserwował całą operację przez lornetkę. i mamy go – orzekł rozpromieniony. które wyciągniemy z brzucha osła. Sęp będzie przez chwilę siedział nieruchomo na jego biodrze i będzie to sygnałem dla innych sępów. panie Acostą? – zapytałem. obezwładniając go. To dlatego jest królem. Łatwo go ustrzelić. Nasza komitywa stała się tak widoczna – nie było mnie w domu od świtu do zachodu słońca i nikt nigdy nie wiedział. bo sam dobrze wiesz. że jakiś dziki kot zdążył już nieco z niego podjeść. żeby brzuch nie wpadł mu do środka. Ptaka trzeba uśpić. Ponieważ pytanie nie padło. To on właśnie dostrzeże martwego osła i on pierwszy na nim usiądzie. Przewróciłby go na grzbiet. czego jeszcze nie udało mu się dokonać. nie raniąc go. olbrzymich ptaków o rozpiętości skrzydeł od półtora do prawie dwóch metrów. że jest to oczywisty wniosek. Ale moje argumenty jeszcze bardziej rozwścieczyły dziadka. Powiedział. Z niej potrafił uzyskać wszystko. za zewnątrz. gdzie się podziewam – że w końcu dziadek surowo mnie zganił. Taki był początek mojej znajomości z panem Leandrem Acostą. mały! Udało ci się. tak jest. żeby zacząć ucztę.To nie było trudne. co im się nigdy wcześniej nie udało: złapał żywego sępa. zaznaczyłem przejście przez krzaki sporym kamieniem. że skrycie zazdrości panu Acoście jego wolności. a potem wskoczy na biodro i zacznie nim kołysać. że złapałeś króla sępów za szyję. – Ty się ukryjesz wewnątrz osła – odparł ze śmiertelnie poważną miną. Miał do swojej dyspozycji cały ogrom dżungli. Wtedy złapiesz go obiema rękami za szyję – dam ci dwie specjalne rękawice skórzane i nie pozwolisz mu się wyrwać. Moi trzej koledzy i ja na koniach ukryjemy się w głębokiej rozpadlinie. Nie będę tolerował tego. że w krzakach był tunel. które będą stanowić część całego rusztowania. jest największy. pan Acostą zaczął mówić dalej. że jeżeli ty z tym nie skończysz. – Żadna sztuka. gdyby nie to. – Usuniemy wnętrzności i wsadzimy na ich miejsce kilka patyków. Dopiero wtedy gdy na ziemi znajdą się trzej albo czterej jego kompani. chodź ze mną. by złapać go żywcem. . najbardziej z nich inteligentny – ciągnął. – Brawo. że będziesz taki sam jak oni. Następnie sęp leniwie zacznie się zbliżać do ciała. Cała sztuka polega więc na tym. Starałem się ukazać dziadkowi bezsens jego oskarżeń. a nie zabić z użyciem przemocy. to ja to zrobię. Mógłbyś się jak nic zarazić od niego tą jego swawolą. żeby wywąchać. – A jaka jest moja rola w tym wszystkim. ruszymy pełnym galopem i rzucimy się na ptaka. że kradnie moje kurczęta. które wylądują w pobliżu. – Do tego wyczynu będziemy potrzebować martwego osła. co jest zakazane i pożądane zarazem. Pan Acostą wytłumaczył mi. król zabierze się do roboty.

Minął długi czas. znającego się na rzeczy. Jego słowa podziałały na mnie tak. Przygotowałem się na nadejście nieuniknionego. co to znaczy złapać króla indyczych padlinożerców? Uwierzyłem mu. Moje przypuszczenie przerodziło się w pewność. czy znaleźli tego martwego osła. panie Acosta? – zapytałem. szeroko rozwartym okiem wdarła się do środka. bym mógł się wczołgać do środka.– Da pan radę obezwładnić tego sępa. przy samej ziemi. Potem usłyszałem. Potem usłyszałem gwizd pana Acosty. – Niech mi pan powie. który przypominał stragan na targowisku. więc przyjąłem. odludnej równiny. Pod daszkiem leżał martwy osioł. gdy pan Acosta wsadził mnie do wnętrza podłego osła. była niemal nie do opanowania. gdy król sępów będzie się kręcił w pobliżu i kiedy już usiądzie na ziemi. Przeżyjmy tę przygodę i nie zawracajmy sobie głowy głupimi szczegółami. Sęp ma bardzo potężne szpony. Musimy zatkać każdą dziurę w ośle. wyglądał na dorastające zwierzę. Zacieniał go płaski daszek. a nie zamierzałem sam ich o to pytać. prawda? Myśli pan. co się dzieje na ziemi. Gdybym był niższy. Ruszyliśmy leniwym truchtem. Widziałem w nim prawdziwego myśliwego – zaradnego. Zatrzymaliśmy się przez namiotem. bym miał dopływ świeżego powietrza. – Wszyscy będziemy mieć rękawice i skórzane getry. W końcu odważyłem się zadać pytanie. Najgorsza chwila nadeszła wówczas. sam bym wlazł do środka. Następnie poczułem jakiś ciężar i wiedziałem wówczas. Może nimi złamać nogę jak zapałkę. – Zuch chłopak! – odparł pan Acosta. Pan Acosta udzielił mi ostatnich instrukcji. Wrzasnąłem przerażony i złapałem . krążąc gdzieś bardzo wysoko. Nie chciałbym. że zagwiżdże jak ptak. złapmy go! – powiedziałem. gdy usłyszałem trzepot ogromnych skrzydeł i nagle ciałem martwego osła zaczęło coś targać. że król sępów usiadł na ciele podłego zwierzęcia i znieruchomiał. Jechaliśmy może przez godzinę. zupełnie jakby na zewnątrz rozszalała się wichura. aż mi powiedzą. Czułem się okropnie. bo z pewnością tak właśnie bym zrobił. W tamtej chwili mój podziw dla pana Leandra Acosty nie miał granic. – Dobra. które miało wszystkie wydarzenia pod sobą. Czekałem. W czasie przygotowań pan Acosta wyjaśnił mi. bo sępy dostrzegą twoje oko i w ogóle nie przylecą. Oddychałem ciężko. przez którą mógłbym wyglądać. niesamowicie wielkim dziobem i świdrującym. Potem nagle olbrzymia ohydna głowa z czerwonym grzebieniem. że postawili namiot. zostawiając tyle miejsca. jak składają namiot i odjeżdżają galopem na swych koniach. nie denerwował się i nie niecierpliwił. które nie dawało mi spokoju. nie myślałem o niczym. że nie zostawili żadnej dziury. Ani pan Acosta. tak żebym był na bieżąco. Dałem się złapać na haczyk. z pewnością dobrze widzą. Ułożył za swoim siodłem gruby koc. moje niewiarygodne podekscytowanie nie pozwoliło mi odejść. chciałem się po prostu upewnić. Ciało osła zatrzęsło się i coś zaczęło rozdzierać jego skórę. Chyba nie był stary. niczym wieko trumny. ponieważ sępy nie próżnują i choć są bardzo daleko stąd. Usłyszałem trzepot innych skrzydeł i gwizdanie pana Acosty dobiegające z pewnej odległości. Nie żebym powątpiewał w jego możliwości. – Jasne. gdy zszyta skóra przykryła mnie już zupełnie. Pokusa. ani jego koledzy nie wyjaśnili mi. myśląc jedynie o dreszczu emocji. a potem jeden z jego kolegów podniósł mnie i usadził na nim. że się zgodzisz. czy też sami go zabili. Do pustego brzucha osła wsadził kilka kijów i skrzyżował je. Zostawili jednak dużą dziurę na spodzie. – Dajże spokój! Chyba nie jesteś takim głupolem. jakby ktoś owinął mnie peleryną niesamowitej pewności siebie. Choroby osłów nie przenoszą się na ludzi. żebyś podpatrywał. że król sępów krąży gdzieś w pobliżu. Nie zamierzałem zachorować na żadną chorobę i przegapić wydarzenia. co się dzieje. Nie mają prawa niczego zobaczyć. Czy wiesz. Następnie wszyscy rozpięli skórę zwierzęcia na rusztowaniu i zaczęli ją zszywać. poza zasięgiem naszego wzroku. by spojrzeć w niebo i patrzeć. Nie było ucieczki. Powiedział. – Trzymaj się siodła – powiedział pan Acosta – i jednocześnie koca. przebiegłego. – Spodziewałem się. a ich węch też nie jest tak dobry jak wzrok. – Te stworzenia to jedne wielkie oczy – powiedział. Dobrze. panie Acosta. że tak! – odrzekł tonem najpewniejszego człowieka pod słońcem. aż dotarliśmy do suchej. – Mają beznadziejny słuch. gdy złapię króla sępów za szyję. że mogę się od niego zarazić? Pan Acosta wzniósł oczy ku niebu. ten osioł na pewno zdechł z powodu jakiejś choroby.

Chodziliśmy razem na ryby. tak też było. gdy skórzane rękawice zsunęły mi się z dłoni. czy rozumiem dług tak samo jak wojownicy w podróży. – Udało nam się. Uratowało mnie jeszcze to. to drugie zaś przynosi wytchnienie. którego znałem. Zaraz potem poczułem. puszczaj. biłby się z każdym. tak więc nawet mnie nie drasnął. Musisz się więc bardziej starać". był dziesięcioletni chłopiec. bez względu na to. razem z moim drugim przyjacielem. czasami spędzaliśmy tak całe dnie. Niełatwo byłoby go zastraszyć. że mnie pokonał. mając nadzieję. Spuszczali na wodę kosze zjedzeniem. Wyrzuciło mnie na wyspę i byłem tam przez osiem dni. co pozwoliło mi wzmocnić uścisk. mam u pana Acosty wieczny dług. – A właśnie że tak. To będzie afront dla twojej męskości. Nie było sposobu. jak się pojawiło i tak naprawdę nigdy nie miałem okazji mu podziękować za to wszystko. bo przez chwilę w ogóle się nie poruszył. Podobnie jak jego imię. Moja znajomość z panem Acosta trwała wystarczająco długo. dotyczącym umysłu. czy nie. To była prawda. Z powodu jego wyniosłych manier nazywaliśmy go “Seńor Velez". trzymającym go za szyję. posągowy. Przedstawił mi swą prośbę. jak czerpać z samotności wszelką pociechę. jak krzyczy: – Puszczaj go. Wtedy. że pan Acosta spadł na sępa dokładnie w chwili. w których – ku mojemu wielkiemu rozgoryczeniu – on zawsze wygrywał. czego mnie nauczył. Pan Acosta nie posiadał się z radości.ptaka za szyję obiema rękami. po czym zjadaliśmy na surowo. Pewnego dnia Sho Velez poprosił mnie o coś bardzo niezwykłego. – Nie wolno ci mylić samotności z osamotnieniem – wyjaśnił mi kiedyś don Juan. Oszołomienie sępa zniknęło i ptak pociągnął mnie z taką siłą. udało się! – powiedział. Podobało mi się w nim również to. Nazywał się Armando Velez. Bez końca urządzaliśmy sobie jakieś zawody. z którego pochodzę. Don Juan powiedział. w formie wyzwania. Nie mógł mnie dostać. czego nigdy nie odważyłbyś się zrobić. mówił tak: “Jeśli sobie odpuszczę i pozwolę ci wygrać. że powódź pochłonie wyspę i obaj zginiemy. już to rozerwać mnie na kawałki potężnymi szponami. a ty będziesz przywiązany do rusztowania. żeby mnie zranić. co jest typowym zwyczajem w regionie Ameryki Południowej. przepraszając niejako za to. Rozkładaliśmy je na słońcu i suszyliśmy. – Osamotnienie dla mnie jest stanem psychicznym. – Założę się o wszystko – powiedział – że wiem. bo odleci razem z tobą! I rzeczywiście – król sępów był gotów już to wzbić się w niebo razem ze mną. Już pływałem po rzece w czasie powodzi. jak mi powiedział don Juan. oraz to. żeby nas stamtąd wydostać. Sho? – Nie odważyłbyś się popłynąć rzeką na tratwie. Lewą ręką rzucał kamieniem dalej niż prawą. że angażował całą swoją siłę na wyrwanie się z mojego uścisku i dlatego nie mógł wysunąć szponów tak daleko do przodu. Gdyby musiał. – Następnym razem wbijemy dłuższe kije w ziemię. Lubiłem go bardzo. płynęliśmy po wezbranej rzece. Musieli mi przysyłać jedzenie rzeką. . synu. a jednak nie należał absolutnie do tego typu ludzi. Potem moje zainteresowanie spędzaniem z nim czasu zniknęło równie tajemniczo. gdyż był zdecydowany. że wpadłem w rusztowanie i chwilę później znajdowałem się częściowo na zewnątrz. Z dala posłyszałem galopującego konia pana Acosty. że król sępów musiał być oszołomiony. Słyszałem. – Co ty wygadujesz. Szpony ślizgały mu się na luźno rozrzuconych na zewnątrz jelitach. potem rozpętało się prawdziwe piekło. Drugą osobą. Łapaliśmy bardzo małe rybki. rzecz jasna. którzy wyżywają się na słabszych. że nauczył mnie on cierpliwości myśliwego w najlepszym na naukę czasie. Kiedy nadeszła powódź. gdy sam byłem dzieckiem. To pierwsze upośledza. tak że sęp nie da rady ich wyszarpnąć. jakiej potrzeba myśliwemu. synu. ale “Senor" był skracany do “Sho". Wyrzuciło nas na wyspę. które ukrywały się pod kamieniami i trzeba je było wybierać z wody dłonią. wobec której miałem zdaniem don Juana dług. a przy tym bardzo przyjacielski. bym zdążył złapać jednego sępa. że trafią do celu. że był oburęczny. taki mały starzec. że był bardzo zaradny i inteligentny. Ludzie z miasteczka spodziewali się. znienawidzisz mnie. Samotność jest stanem fizycznym. trzymając się szyi intruza jak tonący brzytwy. Wydaje mi się. tak i on był niesamowicie wyniosły. o przezwisku “Zwariowany Pastuch". nade wszystko zaś pokazał mi. Za to wszystko. bo głowę miał do połowy utkwioną we wnętrznościach osła i rusztowaniu.

Wyraził to w swych kolejnych słowach: – Wiem. Sho wyszeptał mi do ucha. moja matka i ja jesteśmy na jego utrzymaniu. żeby zrobić to. przeszliśmy dobrych kilka kilometrów w niskie zielone wzgórza do pieczary. Zrozumiałem. szorstkim głosikiem. poza tym było parno i wilgotno. On to kiedyś zrobi i jestem pewien. które musieliśmy od razu włączyć. Poczułem. dopłynęliśmy do czegoś w rodzaju stawu. od patrzenia na cienie robiło się niedobrze. Sho. że tratwa mogła płynąć. że ma dość ikry. – Ty. o co tylko chcesz. Nie miałem pojęcia. mój ojciec jest tak samo szalony jak ty. że nie musieliśmy wiosłować. jak krzyczę w niewyobrażalnym uniesieniu: – Dobra. – Bo widzisz.Utrzymywali nas tak przy życiu. Tak więc zamierzam wziąć jego tratwę i sam się wybrać na tę rzekę. z tą różnicą. a nie dlatego. w której zawsze pełno było nietoperzy i smrodu amoniaku. że jego ojciec jest biznesmenem i że wszystko. – Och – odparł na to – w takim razie będę musiał popłynąć zupełnie sam. Gdyby nie to. – Ojciec skonstruował tratwę i chce się tam wybrać. – W życiu nigdy! Musisz być naprawdę walnięty. i usłyszałem samego siebie. Nigdy go nie widziałem. że zginę. ale będzie zabawa! Idę z tobą! Na twarzy Sho Veleza pojawił się krzywy uśmiech. że dasz się sprowokować i wybierzesz się ze mną. – Nie. Sho. gorąco. Ten podziemny odcinek rzeki zawsze był dla mnie niezwykle intrygującym miejscem. Uświadomienie sobie odwagi Sho Veleza było dla mnie czymś wstrząsającym. że uśmiecha się z zadowolenia na myśl o tym. byłby zwariowany jak nie wiem co. zawisło teraz niejako na włosku. czy Sho Velez wyjdzie z tego cało. że zginie. włącznie z miłością mojego życia. Światło latarek tworzyło groteskowe cienie. Przypomniał mi. że on jest ojcem i mężem. co z tobą? Po cholerę miałbyś się pchać w to diabelskie miejsce? – Muszę – odrzekł swym małym. Uparł się na tę wyprawę. że to wejście do piekła: opary siarki. – Możesz iść z każdym o zakład. aż woda opadła na tyle. że w życiu się nie zbliżę do tej rzeki! – wykrzyknąłem. zatykało dech w piersiach. – W grę wchodzi spuszczenie tratwy na podziemną rzekę. to inna kwestia – podjął Sho Velez tonem naukowca. że jeśli będziesz ze mną. ciężkie i nie dające się nabrać w płuca powietrze. że spotkamy się o pierwszym brzasku. ale za to mój ojciec będzie żył. jak przez szyję przebiega mi coś w rodzaju prądu elektrycznego. tak też się stało. Miał rację. gdzie rzeka chowała się pod ziemię. trzepocząc bezcelowo skrzydłami. Odór odchodów nietoperzy był nie do zniesienia. Umówiliśmy się. dobra! Tak. co posiada. jakim człowiekiem jest ojciec Sho Veleza. Pomyliłem się. Moja strata. Wiem. Nie miałem w tym względzie najmniejszych wątpliwości już w wieku dziesięciu lat. Dzieciom z okolicy mówiono. Światło zaniepokoiło nietoperze. Obaj mieli cechę. tylko stojące. Niosąc lekką tratwę jego ojca. moim dziadkiem. że wybieram się z nim. ale ja mu nie ufam – ciągnął dalej Sho Velez. Woda była na tyle głęboka. jak zarabia na swoją rodzinę. czy też nie. żeby robić coś takiego. Sho. Wewnątrz góry panowały nieprzeniknione ciemności. Zmobilizowała mnie jego odwaga. że mogli dotrzeć tam na tratwie i ściągnąć nas na brzeg rzeki. W głębi pieczary już ich nawet nie było. Po jakimś czasie. że duży odcinek naszej rzeki przepływa pod górą. Moja matka mówi. Moim zdaniem. Nikt poza nimi w całym miasteczku nie miał ani krzty odwagi. a nurt na tyle wartki. – Widziałem to twoje szalone spojrzenie w jego oczach. powierzchnia była prawie zupełnie nieruchoma. Moje dwie siostry. wyjdę z tego cało – powiedział. że on chce się po prostu wyszumieć. Ma sześć osób na utrzymaniu. Jest dla nas wszystkim. Przez chwilę myślałem. fetor. jakby główny nurt natrafił na zaporę. gdzie woda była bardzo głęboka. Nie obchodziło mnie to. bo widok jest naprawdę przerażający. Sho Velez zdradził mi. że może lepiej w ogóle nie patrzeć. Wiedziałem. . Wyglądało to tak. co zapowiadał. On i Zwariowany Pastuch to byli jedyni chłopacy z ikrą w całym miasteczku. które zaczęły latać dokoła nas. który wydawał się ciągnąć jak długie godziny. dwaj bracia. Chciałem być z nim aż do samego końca. Sprawdziłem wszystkich. Nie wiedziałem. Poważna twarz Sho Veleza sposępniała jeszcze bardziej. którą uważałem za coś wyjątkowego i niespotykanego: byli odważni. że udało mu się mnie podpuścić. wszyscy dookoła byli martwi. Na tratwie mieliśmy latarki. Wejście rzeki u podnóża góry stanowiła złowroga wielka pieczara.

jak wielkie wrażenie na mnie wywarł. że masz coś. Po drugiej stronie woda spływała pochyłym korytem. a on w mojej opinii był najlepszy spośród nich wszystkich. Celowo zakończyłem naszą przyjaźń. Nie było szans. Sho. Trzecią osobą. że mój dług wobec Sho Veleza nie da się wymazać. które spiętrzyły się w zaporę. – Nigdy by się nie przecisnął przez ten otwór. ale nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. że znajdujemy się na powierzchni stawu o głębokości około piętnastu metrów. – Jeśli nie masz niczego. musimy mieć coś. że jesteśmy bliscy śmierci – rzekł grobowym głosem. której kiedykolwiek w życiu zazdrościłem czegokolwiek. ja nie miałem nikogo. która nauczyła mnie tego. by nawet próbować wracać. rozłożyliśmy nasze ubrania na słońcu. Spostrzegłem wówczas. kosztowałoby go to jednak mnóstwo wysiłku. jakiś prąd. czy też nie. Jego triumf był całkowity. Już nigdy więcej z nim nie rozmawiałem. za co jesteś gotowy umrzeć – powiedział do mnie raz don Juan – jak możesz twierdzić. Przywiązaliśmy tratwę do kamienia i zaczęliśmy nurkować. Nie podzielałem jego grobowego nastroju ani jego pragnienia śmierci. Ja nie byłem tego taki pewien. by tratwa mogła przez nią przejść. będziemy mogli dosięgnąć sklepienia pieczary. Mój ojciec to wielki. dla czego warto żyć. – Tratwa nie da rady przejść dalej. Znalazłem otwór na tyle duży. Wzięliśmy nasze rzeczy i związaliśmy je w bardzo ciasne zawiniątko. Sho Velez był niepocieszony. Następnie dostaliśmy się do olbrzymiej jaskini w kształcie katedry. Liczyło się to. W mym ślepym uwielbieniu dla dziadka – mężczyzny – zapomniałem . że mamy coś. Przyznałem. Na powierzchni wszystko było gorące i wilgotne. że jest gotów to zrobić. Jedyny wniosek. iż zanim zaczniemy myśleć. Zderzyliśmy się na powierzchni. i udowodnił. zwierzęcy strach. Czułem. że był to jedyny gest. po czym zanurkowaliśmy. zupełnie jak na zjeżdżalni w wesołym miasteczku. Zdecydowaliśmy. że był on jedyną osobą. i odnalazłszy ponownie otwór. Sho Velez musiał poczuć to samo co ja. że musimy odnaleźć jakieś wyjście. – Mój ojciec by tam zginął – przyznał w końcu. u której w przekonaniu don Juana miałem dług wykraczający poza życie i śmierć. że woda została zatamowana prawie na wysokości górnego jej pułapu. ci ludzie byli jego. który przeistoczył się w głęboką prawdę. była moja babka ze strony matki. przecisnęliśmy się przez niego na drugą stronę. Symbolicznie przekazałem całą schedę w ręce Sho Veleza.– Ugrzęźliśmy – znów wyszeptał mi do ucha Sho Velez. Moje ciało odczuło różnicę temperatur i zacząłem się bać. i nie udowodniłem absolutnie niczego. Jesteś najlepszy. Na końcu jaskini dostrzegliśmy jasną plamę nieba i brodząc w wodzie. gdy mu powiedziałem: – Bądź ich królem. co znaczy. Nie mówiąc ani słowa. Sho Velez był jedyną osobą. a my nie damy rady wrócić. Kiedy tamtego dnia się rozstawaliśmy. stracił bowiem tratwę swojego ojca. gruby mężczyzna – powiedział. Uznałem jego wyższość. Ściągnąłem Sho Veleza pod powierzchnię i pokazałem mu dziurę. że być może jakiś zdesperowany. za co jesteśmy gotowi umrzeć. Nurt był o wiele za silny. że jeśli staniemy prosto na tratwie. Dzięki skałom porośniętym mchami i porostami mogliśmy zjechać spory kawał w dół bez jakichkolwiek obrażeń. Wynurzyłem się. To miasto było jego. wyrzekłem banał. Powodzie musiały nanieść do pieczary kamienie. Nie rozstrzygnęliśmy wówczas kwestii. wielki mężczyzna mógłby w końcu wydostać się stamtąd za pomocą liny. do jakiego doszedłem. później skierowaliśmy się z powrotem do miasteczka. którym mogłem dać mu do zrozumienia. – Ale miałby dość sił. dla czego warto żyć? Te dwie rzeczy idą ramię w ramię i śmierć nimi kieruje. był taki. – Sądzę. wyszliśmy na zewnątrz. że czasami z powodu nachylenia koryta rzeki prąd był oszałamiająco rwący. żeby przejść na piechotę całą drogę z powrotem do wejścia do pieczary. Przy wejściu pieczara miała kształt katedry i wysokość może piętnastu metrów. Gorączkowo szukałem jakiegoś przejścia. ale metr pod wodą było bardzo zimno. gdzie płynąca dalej woda sięgała nam do pasa. Don Juan był przekonany. za kogo mógłbym umrzeć. za kogo mógł umrzeć. starając się poczuć ruch wody. że po raz pierwszy w życiu poczułem ukłucie zazdrości. był to dziwny. czy ojciec Sho Veleza zginąłby tam. Pamiętałem. Jest na to za duży. Miał kogoś. by dziesięciolatek mojej postury zdołał się przezeń przecisnąć. którego nigdy wcześniej nie czułem. przez który przedostaliśmy się na drugą stronę.

ni stąd. której nie posiadam. Twierdził. Nazwał ją swym bastionem. by zamieszkać u dziadków. Powiedziała. Dotrzymał słowa i resztę swego życia poświęcił służbie mojej babce. a jego nowe istnienie nie należy już do niego. że to on zasugerował babce adopcję pewnego osieroconego niemowlęcia jako własnego syna. Miał długie. Najbardziej zwracał uwagę jego promienny. zakręcone rzęsy. jaki kiedykolwiek w życiu słyszałem. na wskroś przepełniony witalnością. Muzy mnie nie lubią. że jest dramaturgiem. że rysy twarzy gościa są bardzo uderzające. Babka przedstawiła mi go. Rzeczywiście miał wygląd zawodowego boksera. Sznur zdążył już zrobić głęboką ranę w jego szyi. Uzmysłowiłem sobie wówczas. Kierowca wniósł jego skórzane walizy do patio. było to przyczyną nie dających się opisać niesnasek w rodzinie. Nagle z całą wyrazistością stanęły mi przed oczyma wszystkie okropne historie o małym zepsutym Antoinie. Chyba zauważył. Spostrzegłem wówczas. proszę pana – odparłem. – Życie obdarowało mnie bardzo hojnie. że został adoptowany. które opowiadały mi kiedyś moje ciotki. młody człowieku? – zwrócił się do mnie najpiękniejszym scenicznym głosem. – Trochę się boksowało w swoim czasie. Masywność jego sylwetki maskowała jego wzrost. Na to z patio wyszła moja babka. Szanuję to. Jedyna rzecz. proszę pana – powiedział. Zauważyłem jednak. obejmując go z niesamowitą czułością. że jego jedynym gorącym pragnieniem w życiu jest zostać uznanym pisarzem. który przywabiłby do mnie muzy. Chyba wszyscy egzekutorzy byli jej chrześniakami i żaden z nich nie ośmielił się jej przeciwstawić. postawny mężczyzna. którym natychmiast mnie obdarował. co by mi się podobało. ale nie potrafię stworzyć niczego. z taksówki przed domem wysiadł nadzwyczaj elegancko ubrany. Na koniec wypowiedział myśl. natychmiast mnie sobie zjednał. Oskarżano go o to. powiedziała. Dalej Antoine powiedział mi. ale on już nigdy nie odstąpił mojej babki na krok. Naprężył biceps. jak zjawiłem się. Zjawiła się w porę i przerwała egzekucję. pisarzem. Kiedy przybyłem do domu mojej babki. jej dzieciątkiem. brak mi albo dyscypliny. Antoinem. jest właśnie tą jedyną rzeczą. Szeroko otworzył oczy i odskoczył w tył. jej adoptowany syn miał już pod czterdziestkę. i zakręcił się dokoła. reżyserem teatralnym. że codziennie ćwiczył. Jedno spojrzenie wystarczyło. kręcone włosy i długie. Nazywając mnie młodym człowiekiem. Podobało mi się to. której pragnę: talentu. by stwierdzić. dokładnie wiedząc. choć nie fizycznie piękny. Wcześniej babka wysłała go na studia do Francji. Mimo to wyglądali . co piszę. że nie tylko boksował worek. Był jej lokajem. Mężczyzna dał mu suty napiwek. należy do niej. że jego życie się skończyło w dniu linczu. Ściągnęła mężczyznę na ziemię i zabrała go do siebie do domu. jak pan się nazywa? Mężczyzna udał zaskoczenie. Wrażenie robiło też na mnie to. Kiedy zobaczyła mężczyznę. Wiele lat przed tym. Następnie wybuchnął głośnym śmiechem. – Gdybym nie miał matki – powiedział – nie chciałbym żyć. Każdy członek rodziny był chodzącym nieboszczykiem. że jedyna rzeczywistość dla niego to jego matka. Jego wysportowana sylwetka była dla mnie decydującym atutem. że wcale nie przypomina reszty moich krewnych. – A czy wolno mi wobec tego spytać. jakby zupełnie nic nie ważyła. i dlatego moje życie jest tak puste. poetą. – Mam wszystko – powiedział. Moje ciotki opowiadały. swą podporą. – Czy mogę cię spytać o twoje imię. Oto jest moja męka.o prawdziwym źródle siły tamtego domu: o mojej niezwykle ekscentrycznej babce. jak tylko puste życie może być. Był niezwykle przystojny. Uniósł ją tak. Pewnego dnia Antoine wyznał mi. co mi chodzi po głowie. że jest jej synem. boksując worek. – Nazywam się Carlos Aranha. że bacznie mu się przyglądam. Z początku nie rozumiałem. oczkiem w głowie. albo czaru. Ciało miał twarde jak skała. Rana się zagoiła. ale także go kopał w niezwykle zadziwiającym stylu. Kilku rozjuszonych młodzieńców już go właściwie wieszało na drzewie na ziemi mojej babki. ni zowąd. krzyknęła jak mała dziewczynka i zarzuciła mu ręce na szyję. majordomusem i doradcą. zupełnie jakby go ktoś zaatakował. Jednego popołudnia. że jest bardzo wysoki. by go wyleczyć. Od razu bardzo sobie przypadliśmy do gustu. on natomiast był żywy. swą bliźniaczą duszą. jak silne więzy łączą go z moją babką. że jest czarownikiem. uratowała ona pewnego Indianina przed zlinczowaniem. otwarty uśmiech. Moja babka rzeczywiście rozpieszczała go ponad wszelką miarę. która zupełnie zburzyła mój spokój.

kim teraz jestem. że nie umrzesz. Nagle Antoine zaczai mnóstwo pisać. niecierpliwie trąbiąc klaksonem. Widziałem. dopóki nie umrzesz! – wykrzyknęła do niego. że Antoine poczuł przypływ twórczej weny. – Obiecaj mi. Pewnego wieczoru moja babka niezwykle dramatycznie wkroczyła do pokoju Antoine'a. Ale był też bezsprzecznie plagiatorem. mój czas dobiegł końca. której nigdy nie powinienem był przestępować. kiedy to w skrajnej desperacji usiłował napisać wiersz dla swojej matki. – Muszę odejść. Oprawę sceny stanowiło patio domu moich dziadków. by moja babka rozmawiała z kimkolwiek tyle czasu. Ale zaledwie kilka miesięcy później wszystko się skończyło. Jestem kompletnym zerem. żebyś zrozumiał. – To nie ma nic wspólnego z tobą. co piszę. Antoine. Dobry czy zły. jak ujęcie z filmu. co do tego nie było żadnych wątpliwości. od tej pory nasze życie zaczęło biec niczym górski strumień. choć przecież byłem zerem i nie mogłem go zapewniać o niczym. Jej oczy miały twardy wyraz. Nieważne jak. Następnego dnia moja babka. Udawał się do portu. którą nagle pochłonął bezkresny ocean. Antoine jej przerwał. Zapewniłem go. Gdy zaczęła mówić. stworzonej przez serię adaptacji. Kierowca taksówki czekał na niego przed domem. by pozwoliła mu się wytłumaczyć. iż w każdej chwili może się wydarzyć coś niezwykłego – wspaniałego lub tragicznego. Poza tym. że przyzwyczaiłem się do tego. bardzo wcześnie rano. nie chciała w ogóle przyjąć do wiadomości występku swojego syna. które były całkiem spore. jak gdyby wewnętrznie zaczął pracować na wyższych obrotach. jak godzinami przesiadywali wspólnie. zazdrościli mu stylu. idąc za radą swego doradcy-czarownika. Widziałem ich. był on uosobieniem elegancji i towarzyskiego obycia. przed moimi oczyma dziesięciolatka rozegrała się najdziwniejsza scena. – Wszystko. Brutalnie przerwała mu wpół słowa. nierealna w tym sensie. ale ty musisz pozostać. bylebyś żył. sztuka była jego autorstwa. Antoine nigdy się nikomu nie wytłumaczył ze swego zachowania. jakiej kiedykolwiek byłem świadkiem: chwila pożegnania Antoine'a z matką.razem na tak szczęśliwych. poczynionych przez pisarza. Wyglądało to tak. zazdrościli mu błyskotliwości. uważałem. W końcu i tak będziemy znów kiedyś razem. wszystkie mięśnie ciała. sprzedała wszystkie posiadłości. oskarżył go o plagiat i wydrukował w gazecie dowód na poparcie swego zarzutu. jest świetne. Antoine – odezwała się. – Nie. i przekazała pieniądze Antoine'owi. Chciałabym. Tłumaczyła. A dzień później. on z głową złożoną na jej kolanach. W domu z dnia na dzień zachodziły tak drastyczne zmiany. jakby ciągle był małym dzieckiem. jesteś wszystkim. jak się cały w sobie natężył. W lokalnej gazecie publikowano jego wiersze. co pisze. żyj. jego własny problem był teraz niczym rzeka. a wcielonych w życie przez reżysera. Chciał złapać włoski liniowiec i dostać się na wycieczkowy rejs przez Atlantyk do Europy. wcale mnie to nie obchodziło. Faktycznie. Po wystawieniu natychmiast odniosła wielki sukces. mój drogi synu. Antoine. nie – rzekła stanowczo. którego nigdy jeszcze u niej nie widziałem. To chodzi o mnie. Ludzie zazdrościli mu osobowości. że wszystko. Wyglądało na to. jak ciałem Antoine'a wstrząsnął dreszcz cierpienia. jest gówno warte. Za bardzo go lubiłem. Tego dnia Antoine wyjeżdżał. Wydawca miejskiej gazety publicznie napiętnował Antoine'a. Tymczasem jednak. – Wydarzyło się coś okropnego. że miał swoje powody i była to jego sprawa. z całej siły. Antoine. Antoine był głównym bohaterem. że wszystko to jest przejawem głębokiej zawiści ludzkiej. Byłem świadkiem ostatniej gorączkowej nocy Antoine'a. ma się rozumieć. jego matka zaś aktorką pierwszoplanową. Widziałem. że sprawiała wrażenie spreparowanej. zapisanej gdzieś w scenariuszu. żyj. Ubrany był tak elegancko jak zawsze. Moja babka. żeby zadawać mu jakiekolwiek pytania na ten temat. . Wszyscy w mieście zazdrościli jej synowi elegancji. W pewnej chwili dałem się ponieść i przekroczyłem pewną granicę. Daj życiu szansę. usta jej drżały. Antoine. Była to scena tak nierealna. – To gówno warte – powiedział do mnie. Antoine skinął głową. iż to nieuniknione – ciągnęła. Błagał ją. Ale coś pomiędzy nami pękło. Gdyby ktoś mnie o to spytał. Zabrał się do reżyserowania sztuki w miejscowym teatrze. Nigdy nie słyszałem. W tym bardzo trudnym dla ciebie czasie wydarzyło się coś jeszcze ważniejszego. co w tym życiu zrobiłam. Jesteś absolutnie wszystkim.

do której wszyscy powrócimy. gdy się dowiedzieli. słysząc ostatnie napomnienie. jak ci wiadomo. co robimy. Przypominał aktora na scenie bardziej niż kiedykolwiek. zmuszony wysłuchać rady dzieciaka. Wszyscy byli tak bardzo wściekli na matkę za to. co zrobiła. całą swą uwagę: na tej cudownej Ziemi. Musisz jechać. Następnego dnia moja babka wyjechała ze swym doradcą-służącym-lokajem do mitycznego miejsca o nazwie Rondonia. Antoine – rzekła moja babka. Nagle jej usta rozchyliły się w przecudnym uśmiechu. udało mi się sprowadzić je z powrotem na tamten szczyt. który nie ustępuje po dziś dzień. co chciałeś mi powiedzieć. Objęli się. na płaskim szczycie góry. – Plagiat. Wówczas. gdzie jej czarownik-pomocnik miał zdobyć dla niej lek. zatrzymał się. iż wyjechała. co ci powiem. na której mogą skupić całą swoją miłość. moja samotność była czymś. że wojownicy w podróży mogą liczyć na jedną istotę. co się im słusznie należy. Bardzo uprzejmie mnie poprosił. jest to wspaniała rzecz. mamo – odrzekł. co chciałam usłyszeć. która. ci ludzie cię zabiją dla tych pieniędzy. bym opuścił jego pokój. Skinął głową. Don Juan z wielką cierpliwością tłumaczył mi. Potem odwrócił się i nie patrząc więcej na matkę. Żyj! To cała sztuka. Udało mi się doprowadzić do tego. na tej samej istocie. ich główny wróg. na tej samej istocie. ja o tym nie wiedziałem. nigdy. że dźwiga na swych barkach kolosalny ciężar. – Czas jest teraz wszystkim. Ja nie mam nic. żeby dalej był moim przyjacielem. – Nie odwracaj się i nie patrz wstecz. Antoine? – spytała. i wszystkiego. Zanim dobiegł do drzwi. czy wróci. – Musisz się spieszyć. Przemówiła moja babka. Antoine – powiedziała. Powiedział. ukrytego pod schodami. Gorzko pożałowałem mojego wybuchu. Kiedy mój krzyk przebrzmiał. czas jest niezależny od naszych życzeń. Na chwilę zamilkła. czym jesteśmy. centrum wszystkiego. mamo – powiedział. pięknie modulowanym głosem. że matka ich po cichu wydziedziczyła i że odrażający Antoine. Klakson taksówki zabrzmiał jeszcze natarczywiej. Jeżeli tego nie zrobisz. Płakałem. Uważaj na siebie". – Chciałbym przeczytać coś. Kiedy skończył czytać. że poczuł się głupio. zdawało się. że faktycznie nasz czas dobiega kiedyś końca. że sprzedanie posiadłości i oddanie pieniędzy Antoine'owi było z punktu widzenia czarownika fantastycznym manewrem jej doradcy. – To zabierze tylko chwilkę. mój drogi – powiedziała. ale wyglądał na sześćdziesiąt. jest moim osobistym przeświadczeniem o tym. – Lecz. szlochając. – Oczywiście. Płaszcz Antoine'a był schludnie złożony. matrycy. Miała na myśli swoje córki i ich mężów. która pozwala wojownikom w podróży wyruszyć w ich ostateczną podróż. Nigdy stamtąd nie powróciła i don Juan wyjaśnił mi. wymknie się ze wszystkim. Powietrze było przeładowane uczuciem. że samotność nie ma dostępu do wojownika. Cokolwiek teraz piszesz. który był zerem. czy też nie. że absolutnie ich nie interesowało. – Nie odwracaj się. . Wszystko. przeładowane drżeniem. jak gdyby chciał powiedzieć: “Do widzenia. – Oczywiście. zawiesił głos. nie mogąc się pohamować.– Słuchaj. Miał na sobie przepiękny zielony garnitur z angielskiego kaszmiru. czego nie sposób było wyrazić. przewieszony przez prawy bark. – Ja jestem jeszcze gorsze zero niż ty! Ty masz matkę. pobiegł w kierunku drzwi. Miał trzydzieści siedem lat. jak mi objaśnił don Juan. którzy kipieli z wściekłości. Wolałbym. przywołałem z pamięci te trzy wydarzenia zupełnie tak. że nawet nie zdawali sobie sprawy z tego. – Przykro mi. wzdychając. – To była sama rozkosz. Antoine – krzyknąłem. Antoine przemówił swym poważnym. Ja miałem wrażenie. matce. że cię w to wszystko wplątałam – przeprosiła babka. Bądź szczęśliwy i żyj. który w ten sposób uniezależnił ją od opieki rodziny. Był to wiersz dziękczynny. – Wyraża wszystko. Kiedy wyraziłem moje podziękowania tym trzem osobom. co dla ciebie napisałem. Moja babka była śmiertelnie chora. Antoine spojrzał na mnie. jakby się działy zaledwie przed chwilą. Żyj! Scena ta przepełniła mnie przedziwnym smutkiem. to nie dająca się niczym wyjaśnić melancholia.

Gdy tak patrzyłem na jego ruchy i słuchałem wyjaśnień don Juana. – Zapomnij o sobie. że twoja świadomość znów spadła do palców stóp – odrzekł. rozdęta jakby powietrzem. ale tak samo jest z pozostaniem tutaj. don Juanie? – wymamrotałem. gdy don Juan odejdzie. którego żaden z nas nie był w stanie zatrzymać. Tamta chwila była ponad litość. – Dzieje się z tobą to. gdybym umarł. – Zostanę zupełnie sam! – wykrzyknąłem cienkim. Obaj byliśmy w potrzasku nieodwracalnego manewru energetycznego. całego mojego szczęścia. – Abym mógł opuścić ten świat i stawić czoło nieznanemu. – Normalnie tak się nie zachowuję. Wyciągnął dłoń w moim kierunku i rozczapierzył palce jak dziecko.Po tych słowach don Genaro z myślą o mnie zademonstrował akt magicznej intencji. hola. pójść za nim. – Odchodzisz! – wymamrotałem. żebyś ty mi pomagał. Kiwnął głową. hola! – wykrzyknął. Abyś ty mógł pozostać i dawać sobie radę. po czym zgiął je do wnętrza dłoni. – Ciao – powiedział. że znajdziesz miłość! – powiedział. który sprawiał wrażenie. Nie obchodziło mnie. to nie zabawa. śmiejąc się. – Co się ze mną stanie? Co ja zrobię? – Ujmijmy to w ten sposób – powiedział spokojnie don Juan. Mocno klepnął mnie lewą dłonią w plecy i powiedział: – Podnoś się ze stóp! Dźwigaj się w górę! Moment później znów byłem spokojny. i ja nie chcę ci jej proponować. wysokim głosem. Wypuścić się tam. jak my zamierzamy to zrobić. co się ze mną stanie. Jego twarz nabrzmiała. w nieznane. – Nie mogę ścierpieć myśli. chciałem się przyłączyć do don Juana. ochraniaj go własnym życiem! Odsunął się ode mnie. czego się po mnie spodziewają. don Juanie – usłyszałem własne słowa. bez względu na to. łzy czy szczęście. jak przystało na wojownika w podróży. – Nie potrzebujesz już mojej pomocy. że jedyną radością wojownika w podróży jest to. jak don Juanowi odejść. gdy zrobił głęboki wdech. – Mój Boże! Odchodzisz na zawsze! W tamtym momencie don Juan zrobił mi coś. Wiedziałem. Po raz ostatni na tej Ziemi zażartował sobie ze mnie. że jego odejście to kwestia najbliższych minut. a może wyraził tym swoje uznanie dla tego. że na próżno by się smucić czy żałować czegokolwiek i że tak samo mnie jest trudno pozostać tutaj. i to tak. Zamienił się w świetlisty bąbel. a nic nie będzie dla ciebie straszne. – Już nigdy nie będziemy razem – powiedział cicho. będę potrzebował całej mojej siły. Kiedy odejdę. gdy go spotkałem. Don Juan powiedział. bądź nieskazitelny! Dbaj o swój świat. całej mojej wytrzymałości. czego i ja potrzebuję. pełny i całkowicie panowałem nad sobą. jakby chciał się pożegnać. bo ja nie będę myślał o tobie. Jeśliś wart miana wojownika w podróży. będę potrzebował całej żelaznej odwagi wojownika w podróży. będziesz potrzebował tego wszystkiego. poczułem się jeszcze bardziej upokorzony. Miał jeszcze chwilę wesołości. wykonał kilka oszałamiających ruchów. że jest sam. – Mam nadzieję. Szanuj go. zabrałby mnie ze sobą. że odchodzisz. Wiedziałem. Pomimo to. Już się nie wahałem ani nie przejmowałem sobą. co czynił wielokrotnie od pierwszego dnia. co czułem. Nie myśl o mnie. – Hola. bo jeżeli jesteś coś wart jako wojownik w podróży. Przychodzi taki moment. odejdę na dobre. Leżąc na brzuchu. Kiedy bezwolnie zacząłem szlochać. Ziemia przyjmuje gest Genara. Dźwięk mojego głosu i moje słowa mnie zażenowały. dokądkolwiek się wybierał. Nie chciałbym też. na-plułbyś mi w oko. czując litość dla samego siebie. moja samotność ustąpiła miejsca niebiańskiej radości. jakby pływał po ziemi niczym po wodzie w basenie. nade wszystko jednak. Wiedziałem. gdybym ci ją zaproponował. – Co się ze mną dzieje. Poczułem silny przypływ emocji i pocałowałem go w rękę. Wówczas straciłem resztki panowania nad sobą i całkiem poddałem się przygnębieniu i rozpaczy. Przez głowę przebiegła mi myśl. – Za chwilę postawisz sanktuarium dla moich sandałów! Trawiąca mnie udręka zmieniła się z litości dla samego siebie w poczucie niepowetowanej straty. . Spojrzał na mnie i w tym spojrzeniu było wszystko. że tak właśnie Genaro obejmuje cały bezmiar Ziemi i że pomimo różnicy wielkości. na którym poziomie świadomości się znajdziesz – powiedział. że może.

rozkosz dla oczu. była to ich ostatnia lustracja. A potem zniknęli. poprowadził piętnastu widzących. podziemna rzeka. nagual. widziałem. jak mi to wcześniej przepowiedział don Juan. stróżów i ulubieńców na północ. i skoczyłem w przepaść. dokładnie tak. bezgraniczne miłosierdzie ciemności. Przez chwilę czułem na twarzy wiatr. Mój czas dobiegł końca. a potem pochłonęło mnie niczym spokojna. i wirują nad nim niczym świetliki. jak don Juan Matus. swych kompanów. Wiedziałem. . Rozpędziłem się. biegnąc co sił w kierunku urwiska. Widziałem. ostatnie spojrzenie na tę cudowną Ziemię.Potem widziałem. co muszę zrobić. jak po kolei znikają za cienką zasłoną mgły. jak każdy z nich przemienia się w świetlisty bąbel i jak razem wznoszą się ponad szczyt. Zatoczyli jeszcze wokół niego koło.

w którym skoczyłem. chociaż nie słyszałem już hałasu silnika. byłem przemarznięty do szpiku kości. normalnie wpędziłby mnie w stan chorobliwego niepokoju. że natychmiast. Zawsze balansowałem na krawędzi hipochondrii. Automatycznie skierowałem się do łazienki po olejek do masażu. by się przeze mnie przetaczały. które napływały do całego mojego ciała falami. Spojrzałem na swoje odbicie w lustrze. Byłem do tego przyzwyczajony. Byłem albo odwodniony. Tak niezwyczajny ból. które bardzo mnie bolały. w których moje życie było zagrożone. co się ze mną dzieje. a potem powróciłem do życia. Świadomie zdecydowałem się jedynie na to. uderzyła mnie pewna myśl z siłą tak ogromną. Nocne powietrze było chłodne i świeże. Odruchowo nalałem wody do wanny i zanurzyłem się w niej. spływałem potem i czułem się zmęczony. Przez chwilę je rozcierałem. Gdybym jednak był duchem. ja żyłem! Nie miałem co do tego żadnych wątpliwości. ale nie czułem uniesienia. jakby z głowy wymazano mi wszelkie myśli. że absolutnie się nie przejąłem skurczem w łydkach. Nie miałem najmniejszych wątpliwości co do tego. Przyszło mi do głowy. Pociągałem łyk za łykiem. co zawsze robiłem o wszelkich porach dnia i nocy. że przemieniła się w niby– -wspomnienie. Czułem się tak. ale nie mogłem. że po śmierci powróciłem w takiej postaci do swojego mieszkania na rogu Westwood i Wilshire w Los Angeles. Usiadłem na brzegu łóżka. że w chwilach krytycznych. Czułem. Chciałem zasnąć w tej pozycji. Ułożyłem się w poprzek. Parking świecił pustkami. jak mógłbym czuć podmuch świeżego powietrza na twarzy albo ból w łydkach? Dotknąłem pościeli na łóżku. dlaczego je zamknąłem. nie mogąc sobie absolutnie przypomnieć. zupełnie jak gdybym nie pił od wielu dni. pięć tysięcy kilometrów od miejsca. pod nimi rysowały się grube czarne pręgi. Pomyślałem. że moje odczucia nie są takie same jak zawsze. Była noc! W pokoju było duszno. takich jak ta. stanąłem na wyprostowanych nogach. Żyłem! Boże. Choć miałem w głowie pustkę. Przecież skoczyłem w Meksyku w przepaść! Następna moja myśl była niby-logicznym wnioskiem: ponieważ rozmyślnie skoczyłem w przepaść. ale nie byłem pewien. że ktoś z obsługi parkingu naprawia jakieś auto na tyłach budynku. których nie byłem w stanie dokładnie przeanalizować. Wyglądałem potwornie. które powinienem był czuć. pomyślałem sobie. Kręciło mi się w głowie. Obecnie znajdowałem się w moim mieszkaniu w Los Angeles. Nie czułem ciepła wody. niezwykle bolesny skurcz chwycił mnie za łydki. że okno jest zamknięte. gdzie miałem moje biuro i mieszkanie. wydawała mi się rzeczywista. układając stopy na poduszce. Przypomniałem sobie o tym i wszedłem pod prysznic. Uzmysłowiłem sobie. że słyszę ryk silnika samochodu. czy też może wyżej. nie było to dla mnie nic wielkiego. iż będę miał potworne siniaki. Przestałem się nad tym zastanawiać i wróciłem do łóżka. do restauracji Shipsa na Wilshire. że muszą sobie naprawiać samochód akurat tuż pod oknem mojej sypialni. ze stopami na podłodze. Gdy ulokowałem się już wygodnie i zacząłem zasypiać. że źródłem hałasu musiał być rozpędzający się samochód w alei pomiędzy parkingiem a budynkiem. Nie mogłem zrozumieć. którzy prowadzili parking. śmiało mogłem być duchem. zdałem sobie sprawę. Don Juan uczył mnie. muszę być teraz duchem. Wówczas do głowy przyszła mi niezwykle osobliwa myśl: najpierw zginąłem. w jednym ruchu. Oczy miałem zapadnięte. należy do oczyszczenia siebie użyć wody bieżącej. Jakie to dziwne. jak ją przełykam. rozumowałem. Kiedy odzyskałem nieco kontroli nad moim ciałem. że zacząłem się bać. to jednak rozsadzały mnie wrażenia. Były tak naprężone. Sądząc z mojego wyglądu. by pobudzić krążenie w łydkach. Chciałem się spokojnie i racjonalnie zastanowić nad tym. co mi się nigdy nie przydarzyło i nie miało prawa gościć w moich myślach. Upadłem.Powrót Miałem niejasną świadomość. żeby je zamknąć. Było mi gorąco. kilkaset metrów od mojego mieszkania. Mogłem jedynie przyjmować te ataki i pozwalać na to. a na dworze jest ciemno. . Hałas tak się wzmógł. Stałem pod strumieniem ciepłej wody może przez godzinę. pracującego na wysokich obrotach bez obciążenia. Czułem. chcąc się zabić. że skoczyłem w Meksyku w przepaść. Odruchowo zacząłem pić wodę prosto z kranu. Myśl ta była jednak tak żywa. Pootwierałem okna. że w końcu całkowicie mnie obudził. który wówczas czułem. Miało odmienny charakter: było to raczej niejasne wspomnienie czegoś. Podszedłem do okna. W duchu przeklinałem chłopaków. choć nigdy wcześniej mi się to nie zdarzyło. Tak samo było z metalową ramą łóżka. Było to niby-wspomnienie. czy lepiej będzie trzymać je niżej. by się ubrać i wyjść z mieszkania. za to. jak głęboko oddycham. w którym mieszkałem. Nie mogłem iść. w jaki sposób udało mi się powrócić. albo martwy. Poszedłem na śniadanie. które nie wypływało z sytuacji. Nic dziwnego. Poszedłem do łazienki.

którego mógłbym się trzymać. że mogę przełykać jedzenie. kiedy spotkałem się z don Juanem w tamtym miasteczku. – Masz grypę? – Nie – odparłem. starając się. pola energii. że w dziesięć godzin przyleciałem.Przebyłem tę drogę tyle razy. Don Juan opisywał mi to wcześniej jako powszechną przypadłość mężczyzn-czarowników. gdzie skoczyłem w przepaść. Nie byłem w stanie ogarnąć tego. Innymi słowy. które normalnie znajdowały się na obrzeżach mojej świadomości. bo wcześniej w domu piłem wodę. w jaki sposób mógłbym wrócić z tak odległego miejsca do Los Angeles zaledwie w dziesięć godzin? Czy spałem przez dziesięć godzin? A może było tak. Mógłbym powiedzieć. Miały pewną wyjątkową cechę: rozjaśniały mój umysł. Ich klarowność i zakres były fenomenalne. Przykładem takiego dwojakiego skutku był mój związek z moimi kompanami. gdy przebywało się w odmiennym stanie świadomości. znajdowały się po takim przemieszczeniu w samym jego środku. Kiedy odeszła z moim zamówieniem. Nagle znalazłem się w drzwiach restauracji. że znałem na pamięć każdy jej metr. Nie czułem swoich kroków. Dzięki takim przemieszczeniom pomagał mi uaktywnić pola energii. którzy mieli mi towarzyszyć podczas mojej ostatecznej podróży. mój umysł ogarnęła kolejna fala paniki: czy było to tylko złudzenie. Tak naprawdę niczego nie wyjaśniało. i z mej wewnętrznej ciszy odbyłem powrotną podróż do Los Angeles. że jem śniadanie u Shipsa. że skoczyłem w Meksyku w tę przepaść o zmierzchu poprzedniego dnia? Lecz nawet jeśli sam skok nie był złudzeniem. to była: trzecia piętnaście nad ranem. przypłynąłem czy Bóg jeden wie co. Było tak. Nie istniał już żaden inny tok rozumowania. które doprowadzały mnie do rozpaczy. moje oczy bez ustanku. którego mamy dzisiaj? Spojrzała na zegarek i podała mi datę. Nie byłem w stanie spojrzeć za siebie. że zrobiłem dopiero dwa albo trzy kroki. choć sądziłem. W głowie zaświtała mi kolejna dziwna myśl. było to. mój drogi – powiedziała. że ma specjalny zegarek z kalendarzem. bo chrząkałem i kląłem. być może wyłoni się zza rogu jakiegoś budynku i wpadnie na mnie. w którym się wcześniej umówiliśmy. Naprawdę zginąłem – w taki czy inny sposób – na dnie tamtego wąwozu. kiedy się widzieliśmy. Gdziekolwiek szedłem. lecz z pewnością wskazało mi na pewną praktyczną procedurę. kto nagle wyrośnie przede mną. którą już wcześniej przetestowałem w łagodnej formie. W mojej głowie zaczęły się pojawiać bardzo wyraźne obrazy. że w codziennym życiu pozostawały one tylko i wyłącznie szarpiącymi za serce niby-wspomnieniami. Don Juan tłumaczył podwyższoną świadomość jako bardzo nieznaczne przemieszczenie mojego punktu połączenia. Wiedziałem. Wiedziałem też. Kontakt z nimi nawiązywałem jedynie w stanach podwyższonej świadomości. innych uczniów don Juana. Jedynym wytłumaczeniem. nie wchodziło w rachubę. Wadą tej sytuacji było dla mnie to. który dostała od swojej córki. i dojrzeć nieprzerwany ciąg zdarzeń. co zaszło w czasie. gdy stałem pod prysznicem pod strumieniem wody. Tym razem ten spacer był dla mnie czymś nowym. powiedziała. podeszła do mnie kelnerka. Przemieszczenie tej natury wywierało dwojaki skutek: powodowało niesamowitą jasność myślenia i postrzegania oraz niezdolność do przypomnienia sobie po powrocie do normalnego stanu tego. bezwiednie biegały we wszystkie strony. gdzie skoczyłem. chodziło o moją niezdolność do przypomnienia sobie zdarzeń. i tak samo całkowicie obca: moje poczucie ciągłości zostało nieodwracalnie zerwane. A tak przy okazji. ta myśl chyba całkiem mnie uspokoiła. Praktycznie sunąłem przed siebie. – Nie wyglądasz dzisiaj za dobrze. kulki z ziemniaków i grzankę z białego chleba z masłem. że zapobiegło mojej śmierci. która mnie znała. co męczyło mnie przez cały czas. by wypadło to beztrosko. że moje normalne życie upływało na nieustannym wyglądaniu kogoś. Siedziałem przez całą dobę nad esejem na zajęcia. jako że sama podróż do Mexico City z miejsca. który wszyscy w takich momentach widzimy. że zastosowałem się do wytycznych don Juana. gdy znajdowałem się w stanach podwyższonej świadomości. przesunąłem swój punkt połączenia w takie położenie. zajęłaby dwa dni. wzbudzając silny niepokój i niecierpliwość. Była tak samo wyrazista jak poprzednie nibywspomnienie o mojej śmierci i powrocie do życia. mocno naciskając na moje plecy. wypatrując ludzi. w przeszłość. Wszedłem do restauracji tak jak zawsze. być może wyjdzie z jakiegoś biurowca. do Los Angeles? Pokonanie w tradycyjny sposób dystansu do Los Angeles z miejsca. które mieściły się zazwyczaj na skraju mojego punktu połączenia. Usiadłem przy barze. które miały miejsce w czasie. Po raz pierwszy w życiu takie rozumowanie było dla mnie możliwe do zaakceptowania i całkowicie zadowalające. czego dokonywał za każdym razem. – Za ciężko pracowałem. jakbym miał pod stopami poduszki albo na chodniku leżał wyłożony dywan. Zamówiłem stek z jajkami. Jeśli chodzi o godzinę. że mogę mówić. Miałem swoich kompanów. które mi pozostało. przyfrunąłem. że żyję. których . Pierwsza nagła myśl dotyczyła czegoś.

że świat czarowników nie jest światem niezmiennym. musi pewnego dnia połączyć w pełny. które nie miały absolutnie żadnego znaczenia. że doprowadzenie do takiego scalenia trwa całe lata. Jednak wszystko. ileż nie dające się opisać. Byłem wojownikiem w podróży. Tamtej nocy. przeszło moje najśmielsze wyobrażenia. gdy jest rozszczepiony – powiedział pewnego razu don Juan. gdzie niczego nie wolno przyjmować za pewnik. nadaremno łamałem sobie głowę i obsesyjnie zadawałem sobie pytania. jest to świat wiecznych fluktuacji. Chciałem się nad tym zastanowić. Don Juan ubolewał nad tym. bo nie poddającym się liniowości mojego sposobu myślenia. Kiedy siedziałem tak tamtego ranka u Shipsa. że dopuszczał teraz możliwości tyleż złowrogie. Nie mogłem. To. zrozumiałem. na które nie było odpowiedzi: jak to jest wszystko możliwe? Jakże mogłem być rozszczepiony w taki sposób? Kim tak naprawdę jesteśmy? Z pewnością nie tymi ludźmi. W końcu spełnił się cel jego nauk: stanowiliśmy jedno tak bardzo jak jeszcze nigdy przedtem. pomimo to nie miałem jednak najmniejszego pojęcia. gdy tak siedziałem. by z racji swego natężenia położyć kres jego życiu. jak don Juan mówi o wojowniku w podróży. Nic nie miało znaczenia. tak jak zawsze pogrążyć się w kojącym smutku. Zdawało mi się. i nie zginąłem. czekając na zamówione śniadanie. czy kiedykolwiek spotkam jeszcze moich kompanów. Liczyły się dla mnie tylko i wyłącznie fakty energetyczne. co się wydarzyło w całym jego życiu. by pochłonęło mnie mroczne morze świadomości. że wszyscy zabrali się z don Juanem. charakterystycznego dla człowieka Zachodu. Skok w przepaść zmodyfikował mój proces poznawczy w sposób tak drastyczny. – Kiedy osiąga pełnię. wszystko. którzy nigdy świadomie nie ogarnęli pełnego zakresu swego działania i żyli w stanie rozszczepienia. Przypominałem sobie zdarzenia. bym mógł uznać całe to wydarzenie za rzeczywiste. Byłem zasadniczo jedną wielką układanką i ułożenie wszystkich klocków na właściwych miejscach dało efekt. którymi – jak nas wszystkich nauczono wierzyć – jesteśmy. nie było się nad czym smucić. Czułem takie właśnie drżenie! Wątpiłem. ponieważ zanim spadłem na dno wąwozu. jak rozumieć jego słowa. w którym słowo jest czymś ostatecznym i niezmiennym. U Shipsa doprowadziłem do integracji wszystkich części mojej istoty. co przeżył on w każdym takim wycinku. Siedziałem przy barze u Shipsa. a nie trafiłem tam w sposób. Owej nocy. nie było z punktu widzenia najgłębszego rdzenia mojej istoty. Było raczej tak. gdy po zdarzeniu na terenie kampusu Uniwersytetu Kalifornijskiego znalazłem się w swoim łóżku w moim mieszkaniu. blado by wypadło w porównaniu z tym. że precyzja don Juana w prezentacji swoich koncepcji śmiertelnie mnie przerażała. gdy zobaczyłem po raz pierwszy energię w jej ruchu we wszechświecie – tamtego dnia. Poddałem się mu bez . pocąc się obficie. To właśnie to złudzenie zmuszało mnie do szukania wyjaśnień i pod jego wpływem zachowywałem się przez cały czas jak niewierny Tomasz. ogarnia go drżenie. Tak. Nie było nad czym ubolewać. Powiedział mi. że tak się dzieje. Cała reszta to były dodatki. Nigdy jednak nie poczułem. Owego przełomowego ranka u Shipsa przeżyłem coś nieskończenie bardziej potężnego niż wówczas. którego dopominał się mój system kognitywny. co tak naprawdę don Juan ma na myśli. w mojej głowie pojawiła się nagle jeszcze jedna myśl. skoczyłem w tę przepaść. czego doświadczyłem tamtego ranka u Shipsa. pozwoliłem. czym to w rzeczywistości było. przy barze u Shipsa. Przez cały czas naszej znajomości słuchałem. poczułem. Poczułem przypływ empatii. choć tyle razy mi wyjaśniał. rzekł wówczas. że każda część naguala przeżywa określony wycinek całego zakresu jego działania i że to. Jego skuteczność na tym polu sprawiała na mnie wrażenie dogmatyzmu. Patrząc mi w oczy. którego nie da się opisać. Wszyscy byliśmy wojownikami w podróży i wszyscy zostaliśmy pochłonięci przez nieskończoność. że mężczyzna-czarownik. siłą rzeczy musi być rozszczepiony z powodu swej ogromnej masy energetycznej. o czym przez cały czas prawił mi don Juan. Don Juan wielokrotnie powtarzał. co mi się przydarzyło przez te lata spędzone z don Juanem w stanach podwyższonej świadomości – wszystko z najdrobniejszymi szczegółami – znów stało się dla mnie nieprzerwanym ciągiem wspomnień.nie było. co mógłbym powiedzieć o scaleniu moich odrębnych części poznawczych. świadomy obraz wszystkiego. powiedziałem sobie. Nigdy nie było tak. choć istnieli bardziej niż ktokolwiek inny. które ma wystarczającą moc. których nigdy nie było. zacząć ubolewać nad tą stratą. Byłem sam. że po prostu sprzeciwiałem się don Juanowi czyjego koncepcjom – tak rewolucyjnym. a słyszał nawet o takich nagualach. W obrębie każdej z nich działałem z doskonałą pewnością siebie i żelazną konsekwencją. który jest nagualem. Nie mogłem się nawet rozpłakać. Niesamowicie mi się podobały jego opisy i utożsamiałem się z nimi na gruncie czysto emocjonalnym. – Czarownik płacze. jak utożsamiam się z zasadami don Juana.

A mroczne morze świadomości dało mi wszystko. Uświadomiwszy sobie. całej mojej wytrzymałości a nade wszystko całej żelaznej odwagi wojownika w podróży. że znalazłem ten korytarz. Nie obchodziło mnie to. Było to coś więcej niż rozpoczęcie ostatecznej podróży. Chwilę później usłyszałem jego przerażający wrzask. Ludzie na sali. gdy akurat ktoś siedział na jego ulubionym stołku. Poczułbym nawet szarpiący żal. niektórzy z niepogryzionym jeszcze jedzeniem w ustach. na ile było mi dane. które wrzeszczy co sił w płucach. Wiedziałem. don Juan mnie nie obchodził. chcąc postradać życie. O trzeciej nad ranem u Shipsa wszystko to było oczywistością. nie uśmiechali się. zawsze przy tym samym końcu baru. jak zagłębiam się w jakiś korytarz. Walnąłem dłonią w bar. waląc dłonią w bar i śmiejąc się w głos. W żaden sposób nie mogłem za nim tęsknić. choć rysy twarzy miał bardzo regularne. . Moje normalne rozumowanie domagało się zadowalającego. którzy wpatrywali się we mnie. pomimo tego. lecz wylądował we własnym łóżku w Los Angeles. Poczułem rozradowanie. co było niezbędne. być może byłaby to wieczna podróż. bym nie zginął. Zrozumiałem to w tamtym momencie. korytarz był obdarzony własną siłą. Kiedy wszedł do restauracji. poprosiłem. Był jak dziecko. to był początek nowej epoki. W owej chwili byłem najzupełniej przekonany. powinienem był płakać. Chciałem pomyśleć o don Juanie. u Shipsa! Jakież to niesamowite! Po plecach przebiegł mi zimny dreszcz. co mogło jeszcze pozostać po moim starym “ja". Naprawdę nie byłem sobą. a linearne wytłumaczenia nie były możliwe. stopniowo nabierało elastyczności. że nie zabrał mnie ze sobą. mogłem ruszyć w podróż tym korytarzem. Korytarz był dla mnie wyzwaniem. Wciągał mnie do środka. będę potrzebował całej mojej siły. która nasuwała mi się od czasu. przerażone koszmarnym snem. który zmroził mi i wszystkim obecnym krew w żyłach. Wiedziony nagłym impulsem. Widziałem go wcześniej u Shipsa wielokrotnie. Byłem sam! Don Juan pozostawił mnie we śnie. co mi narzucono. Najwyraźniej sądzili. że tym razem ludzie. po czym spojrzał na mnie. spojrzeli na mnie. wymięty i wychudzony. czekał. Wówczas to. Ktoś mi kiedyś powiedział. Usłyszałem głos don Juana. Byłem sam i nie mogłem w żaden sposób temu zapobiec! Fizycznie czułem. że podobnego problemu nie da się nigdy rozstrzygnąć. Dwa dni wcześniej takie stwierdzenie nie wyjaśniłoby mi niczego. W tym właśnie tkwił sęk przerwania ciągłości. linearnego wytłumaczenia. Mężczyzna zeskoczył ze swego stołka i wybiegł z restauracji. cichym i nieogarniętym. sam lub w towarzystwie. Widziałem też nieraz. Ogarnął mnie nowy nastrój. Poczułem. nie była to też dla mnie przyjemność. jak stał na zewnątrz i zaglądał przez okno do środka. na tyle jasno. żeby mi powiedział. Dogoniłem go na parkingu. Myśl ta przybrała na sile. która nęciła mnie ku sobie. Wówczas to po raz pierwszy w życiu poczułem. by raz jeszcze dobrze mi się przyjrzeć. że dziesięć godzin wcześniej skoczyłem w przepaść. że jest dochodzącym pacjentem w niedaleko położonym Szpitalu Weteranów. że wszechświat jest doprawdy niezgłębiony. zgarbionego nad filiżanką kawy. ponieważ istniał pod postacią oddzielonej od osobowości emocji. że to ja krzyknąłem. usiadł tam. że aż krzyknął. że aby tu pozostać. Roześmiałem się w głos. z szeroko rozwartymi oczyma. Nie było miejsca na sentymentalizm i tęsknotę. która jest nieuniknionym przeznaczeniem wojownika w podróży. Tak. Przez długie lata widywałem go w różnych miejscach uniwersytetu.cienia strachu czy żalu. aż w końcu mogłem oddychać głęboko i swobodnie. jak moje ciało zaczyna tracić sztywność. aż się zwolni jego miejsce. Istniała pomiędzy nami jakby gigantyczna bariera. że owa obca myśl. że don Juan był pozbawiony wymiaru fizycznego. To byłoby moje normalne “ja". aż w końcu całkiem mną zawładnęła. ruszyłem za nim na dwór. Poza tym. Don Juan powiedział kiedyś. gestykulując z ożywieniem rękoma ponad głową. odwracając się. Zakrył oczy i znów krzyknął. Inaczej myśl o don Juanie sprawiłaby mi wielką przyjemność. kręcił się wszędzie i zagadywał studentów. co takiego we mnie zobaczył. Był to milczący korytarz. W chwili skoku doszło do wymiany. Zostawiłem go i wróciłem do restauracji. Mój umysł był skoncentrowany na nierozstrzygalnym problemie: nadal żyłem. tęskniłbym za nim. które prowadziły na parking. gdzie zwykle siadywał. jeszcze głośniej niż przedtem. który sam sprowokowałem. Stanąłem twarzą w twarz z nieskończonością. kiedy mówił. Chciałem. Ludzie popatrzyli na mnie i uśmiechnęli się z wyrozumiałością. Ustanowiłem precedens. mówiący. Nasze oczy się spotkały. ale nie mogłem. Jakąż słuszność miał don Juan. i do środka wszedł dziwny osobnik: był to mężczyzna może nieco po czterdziestce. I nie było to coś. ale nie. jak gdybym był zupełnie sam na sali. gdy się obudziłem. żeby mi wytłumaczył swoją reakcję. swobodę. jest prawdziwa: jestem kimś innym. W owej chwili otwarły się tylne drzwi restauracji. To don Juan był tym korytarzem. Nie obchodzili mnie. że to właśnie przerwanie ciągłości jest magią. Sprawiał wrażenie osoby niezrównoważonej. zniknęło bez reszty.

– Mój jedyny przyjaciel na tym świecie – odrzekłem i była to prawda. – Już myślałam. – Wyszedłem tylko zobaczyć się z przyjacielem – powiedziałem. że mnie zostawiłeś na lodzie. Kelnerka spojrzała na mnie. jeśli miałbym zdefiniować “przyjaciela" jako kogoś. mój drogi? – zapytała kelnerka z zatroskanym wyrazem twarzy. udając rozgniewaną i zaskoczoną. .– Co się stało. kto przenika spojrzeniem otaczający cię woal i wie. – Tamten facet to twój przyjaciel? – zapytała. skąd tak naprawdę jesteś.

Sign up to vote on this title
UsefulNot useful