Michał Waliński

Pomidorowy fantom, czyli NRR
Wczoraj, tak przed zachodem słońca, podglądałem krzaczki pomidorów na mojej mini grządeczce. Działka malusia, jakieś dwa metry na półtora, ale sam przecież ją skopałem i oporządziłem, brzegi folią obłożyłem, na folii kamienie, coby wiatr nie zdmuchnął i trawsko nie wlazło. I tak to stoję, to kucam, wpatruje się z miłością w cztery dorodne krzaczki, dwa malinowe i dwa inne jakieś. Czy im czego nie brakuje, czy może podlać, albo i zapylić w zastępstwie wymierających pszczółek, może jakieś papryczki dla towarzystwa dodać? Własnoręcznie je od ziarenka wyhodowałem, chuchałem, dmuchałem, nadzwyczajnie się starałem. Kiedy dojrzeją, nie zjem ani sztuki, o nie, mam inne pomidorowe projekty. Oczyma duszy patrzyłem w przyszłość: widzę je, wielgachne na dwie pięści, jedne już czerwieniejące, inne pięknie żółciejące, z błyszczącą, aksamitną skórką, twardym miąższem, co go pestkowy śluz jeszcze nie rozsadził, pachnące dojrzałym latem, och, jaki to zapach, nic - tylko zbierać delikatnie z krzaczków, na parapecie słonecznym ustawiać, by doszły. Nagle coś zakłóciło chwile błogiej kontemplacji. Zwidzenie jakieś? Fantom? Fantazmat? Kij wie, jaki fenomen? Kiedy oczy, po dłuższej chwili turbulencji, otrzeźwiały wreszcie, z zamglenia się wydostały, do równowagi wróciły, nogi ugięły się pode mną. Po drugiej stronie działki, vis z vis, stała Niewidzialna Ręka Rynku i bezczelnie się we mnie wgapiała, jakby celebrytkę bez majtek zobaczyła. - Fakt. Może ta pomidorkowa celebra w głowie mi zamąciła, może ciut przesadziłem z tym moim agrarnym instynktem, jakichś niezbędnych rytów zaniedbałem? – takie i inne myśli przybłąkały mi się naraz przez mózgownicę. - Oj, głupi, głupi! Ty we mnie ciągle wierzysz? – spytała z wyraźną ironią w głosie NRR. - A co mam nie wierzyć, przecie mówią… - począłem się szczerze tłumaczyć. - Co mówią? Kto mówi?! – warknęła NRR. - No, że jesteś taka wspaniała, zdolna, że wszystko wyregulujesz i wyrównasz, plusy z minusami pogodzisz, i w ogóle – raj będzie na ziemi, prawie jak w komunizmie, ale bez Lenina… 1

- Dureń! – skwitowała mnie zwięźle NRR – Wszystko, wszystko, w s z y s t k o! Teoretyk „wszystkości” mi się znalazł! Z tym by sobie nawet do spółki Leibniz z Millem synem nie poradzili, a przyznasz, że obaj mieli tęgie łby. Coś tam o jednym i drugim słyszałem. Jako wieloletni woźny szkolny trochę się w budzie niechcący poduczyłem, nie raz i nie dwa nawet coś z lekcji filozofii podsłuchałem. - To ty nie wiesz, że ja jestem fantasmagorią w głowach pewnych ludzi, takim magicznym pomocnikiem, jak w bajkach? – zwierzyła się NRR. - Jak to! Przecież cię widzę na własne oczy, jak bum cyk cyk, przysiąc mogę! - Czy z pełnym przekonaniem możesz orzec, że mnie n a p e w n o widzisz? – spytała z berkeleyowskim zacięciem NRR. – Poza tym nie przysięgaj nadaremno, przysięga jest zaproszeniem do kłamstwa i zdrady. Nie byłem za mocny w filozofii, a z Berkeleyem nikt sobie jeszcze nie poradził. – W jakich „pewnych głowach” niby ta Niewidzialna Ręka Rynku miała powstać? I po co? – inteligentnie zwekslowałem temat. - W głowach takich samych durniów jak ty, tyle że utytułowanych - profesorów, docentów, doktorów z uniwersytetów, tych, co się tak zwanym rynkiem zajmują, od których każdy handlarz na miejskim targowisku jest bystrzejszy. A p o c o? To proste, lecz pozwól, że wytłumaczę ci to na twoim przykładzie. - Na m o i m? – zdziwiłem się niepomiernie. - A no mówię – na t w o i m. Czy kiedy dostajesz te swoją pensyjkę, nie planujesz, jak związać koniec z końcem do końca miesiąca? - No, planuję, każdy tak robi. - Może nie każdy, ale bardziej istotne jest to, czy ci te plany wychodzą, czy nie wychodzą? Zastanowiłem się. – Raz wychodzą, a raz nie wychodzą – odpowiedziałem szczerze jak na spowiedzi. - Wyobraź więc sobie, że ty to państwo – ciągnęła wywód NRR. - Ja to państwo? – zdziwiłem się. - No, na przykład Polska, głupku! - No i co z tego? - Czy widzisz jakąś różnicę między twoim gospodarowaniem a ich gospodarką? - Jasne, że tak! Oni nigdy nie potrafią zrealizować swoich planów – wreszcie zrozumiałem, o co tej NRR chodzi.

2

- A widzisz! I tu jest pies pogrzebany! - Jaki pies? Pies na pogrzebie? – głośno myślałem. - Nie pies, durniu, i nie żaden pogrzeb, tylko dziura! - Jaka znowu dziura? Pies, pogrzeb, dziura – mimo wysiłku dostrzegałem jedynie bardzo luźne związki semantyczne między tymi pojęciami. - Budżetowa, ośle! Dziura budżetowa alias deficyt, alias manko, alias… - Ale co ma do tego Niewidzialna Ręka Rynku? – drążyłem z uporem kwestię. Jako wieloletni woźny w liceum dawno już pojąłem, że głód wiedzy może oznaczać pragnienie o wiele bardziej potężne niż popęd seksualny, obżarstwo lub zew mordu. Szkoda, że tylko u nielicznych osobników gatunku ludzkiego, wyłapanych przez niewidzialną rękę ewolucji. Tradycja renomowanego liceum zrobiła swoje. I mnie od czasu do czasu dopadała nagła potrzeba podreperowania steranego szkolnymi troskami i nudami intelektu. - To proste. Zaraz ci wytłumaczę – NRR doceniła najwyraźniej mój umysłowy wysiłek i przyjaźniej łypnęła na mnie kaprawymi oczkami. – Oni, czyli państwo, z a w s z e wyrabiają, przepraszam: planują, manko. Co do tego jesteśmy chyba zgodni? Muszą więc mieć pod ręką jakieś solidne i wiarygodne uzasadnienie deficytu, nie mogą przecież świecić oczami przed opinią publiczną, tym bardziej że w perspektywie zawsze są jakieś wybory. Łatają zatem dziurę budżetową, zapożyczając się kosztem przyszłej dziury budżetowej i jednocześnie pocieszają siebie i społeczeństwo, że jakoś to będzie, a poza tym teraz najważniejsze są mistrzostwa w piłce nożnej i to całe EURO. Niewidzialna Ręka Rynku cały ten bałagan uporządkuje i wszystkim będzie dobrze. Tylko należy trochę poczekać. Jak chyba zauważyłeś, położyłem akcent na czas przyszły. Po wyborach przyjdą inni, narobią jeszcze większego bałaganu, deficyt wzrośnie, znów zaczną żonglować bliską ich sercom metaforą NRR, bo Niewidzialna Ręka Rynku to alibi doskonałe. Na tym właśnie polega liberalizm. I demokracja. Zrozumiałeś? - A nie można by tak bez nich, bez tych polityków i ekonomistów? – spytałem nieco naiwnie rumieniąc się jak panienka z klubu dewiantów ślubujących ekstremalne dziewictwo. - Nie można! Od czasów Adama Smitha zawsze ktoś musi przypominać zwykłym zjadaczom chleba o istnieniu NRR. Pomyśleć… Jakim cudem ludzie, którzy żyli wcześniej, radzili sobie bez NRR? Na moim pomidorowym poletku pojawiła się sinawa mgiełka. Zrobiło się jakby chłodniej. Mgiełka przeistoczyła się szybko we wszechogarniającą mgłę, która szybko i bezboleśnie wchłonęła Niewidzialną Rękę Rynku. Tylko przez moment, dwa widziałem jeszcze jej kaprawe, lśniące i złośliwe oczka wybijające się na tle matowego tła. Może rzeczywiście wszystko to było tylko moim złudzeniem? Musiałem zgodzić się przynajmniej co do jednego z moja interlokutorką: metafory nie można z o b a c z y ć. Można

3

wyobrazić sobie i powiązać obrazy sugerowane przez przenośnię, ale „zobaczyć metaforę” – nie! Chyba że ktoś się uprze, że „zobaczyć metaforę” to metafora… Bez sensu. Skończyłem te mgliste niczym wspomniana wyżej mgła rozważania semantyczne, by powrócić do swoich pomidorów. Ostatecznie, to sam Miłosz napisał, że w życiu należy przede wszystkim zajmować się pomidorami. Zwłaszcza kiedy jest się staruszkiem, jak ja. Lubię to miejsce, ukryte w odległym i zapomnianym zakamarku rozległego terytorium szkolnego. Długo i przemyślnie szukałem właściwego miejsca na poletko. Co prawda, pomidory to nie marycha, ale „Caryca”, jak w pewnych kręgach nazywano dyrektorkę szkoły, była szczególnie łasa na świeże pomidory z rodzimego chowu. A moje to je moje, i nic babie do tego. Całą tę uprawę wymyśliłem, między prawdą a Bogiem, wiedziony nie jakimiś tam mistycznymi tęsknotami do rytów agrarnych, ale z czystej żądzy zysku i pożądania dóbr doczesnych. Bo że najpotężniejszym motorem działania ludzkiego jest pożądanie dóbr wszelakich, zgadzam się z Adamem Smithem bez dwóch zdań, a poza tym nie wiem, czy się z nim zgadzam. Dojrzałe, dorodne pomidory, które nieraz w marzeniach zbierałem, planowałem sprzedać za godziwe pieniądze na pobliskim targu, pieniądze zaś mądrze zainwestować, może zagrać na giełdzie, zaryzykować państwowe obligacje. Po przygodzie z Niewidzialną Ręką Rynku zmieniłem zdanie. – Państwowe? Nie! Za Chiny! Pieniądze zaszyję w materacu w starym, trzeszczącym w chwilach uniesień małżeńskim łożu. Tak będzie bezpieczniej. NRR jest na ogół w dobrej komitywie z politykami, ekonomistami i państwem, nie słyszałem jednak, aby Niewidzialna Ręka Rynku zrobiła dobrze zwykłemu człowiekowi.

Michał Waliński

4

Sign up to vote on this title
UsefulNot useful